Kapral Zosia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kapral Zosia
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


KAPRAL ZOSIA.
I.

— Proszę, mateńko, oprzeć się o mnie! — mówił słodkim głosikiem niebieskooki Janek Bogusiński, wyskakując z tramwaju w Hanowerze i podając matce rękę, jak dorosły mężczyzna, który powinien opiekować się kobietą.
Ordynarni Niemcy i opasłe Niemki z uśmiechem żartobliwym, lecz zarazem z odcieniem podziwu patrzyli na rycerskiego chłopca o jasnych włoskach i zaróżowionej buzi.
Chłopiec jednak nie zwracał na niemieckie miny żadnej uwagi. Miał dzisiaj moc kłopotów. Spieszył się do gimnazjum, gdzie go oczekiwał pojedynek. Prawda, że nie na ubitej ziemi, lecz przy czarnej tablicy klasowej.
Niedawno wstąpił do gimnazjum, a trudno z tem szło, bo niemieckiego języka prawie wcale nie znał, więc przyjęto go warunkowo, jeżeli będzie celował w innych naukach.
Janek dużo podróżował z rodzicami, dużo widział i słyszał, znał geografję, jak nikt z kolegów. Najulubieńszym jego przedmiotem była matematyka; sam układał zadania, nad któremi suszyli sobie głowy belfrowie niemieccy. Obkuwał się Janek mimo wrodzonych zdolności straszliwie!
Dziś właśnie miał rozstrzygnąć się spór, kto zostanie pierwszym uczniem, czy on — mały Janek, jedyny Polak w całem gimnazjum, czy biały, jak mleko, o oczach gotowanego karpia, tłusty, jak półgęsek, Hans Bruckner, syn ławnika Hanoweru.
Ten spór miało rozstrzygnąć ćwiczenie piśmienne z matematyki.
Janek pożegnał swoją mateńkę przed gmachem gimnazjum i skierował się do klasy. Wkrótce wszedł nauczyciel i na tablicy wypisał temat wypracowania klasowego. Uczniowie pochylili się nad kajetami. Janek bardzo prędko rozwiązał zadanie i zaniósł je nauczycielowi, który ze zdziwieniem spoglądał na małego matematyka.
— Już? — zapytał, opuszczając okulary, które miał założone na czoło.
— Już, panie profesorze! — odpowiedział Janek i podążył do swojej ławki.
Gdy przechodził koło Hansa, który pocił się jeszcze nad zadaniem, ten wybałuszył na niego swoje bezbarwne, rybie oczy i z nienawiścią zasyczał:
— Polnischer Hund!
Janek drgnął. Coś rzuciło go w stronę Hansa. Zajrzał w rybie oczy kolegi, i, nic nic mówiąc, trzasnął go w policzek, aż rozległo się w klasie.
Hans ryknął płaczem. Janek przeżywał ciężkie chwile w oczekiwaniu surowej kary. Lekcja się skończyła. Nauczyciel zeszedł z katedry, przetarł okulary, co było oznaką powagi chwili, i rzekł:
— Jan Bogusiński uderzył Hansa Brucknera w twarz. To bardzo źle! Lecz ja nie mogę ukarać Bogusińskiego, gdyż Bruckner pierwszy go obraził. Wyraźnie słyszałem, co Bruckner powiedział. Jesteście mężczyznami, musicie załatwić tę sprawę sami, czy teraz, czy wtedy, kiedy będziecie dorosłymi.
Nauczyciel wyszedł z klasy. Janek wstał i przygotował się do bójki, lecz Hans płakał gorzkiemi, bezsilnemi łzami.
— Niemcy nie są wcale odważni! — pomyślał Janek, z politowaniem patrząc na drgające od łkań plecy Hansa...

II.

Przypomniał sobie Janek swoje zdanie o Niemcach w roku 1918, kiedy w Warszawie i innych miastach do kresu dochodziła potęga Niemców, trzymających w swojem ręku Polskę. Od skautów-kolegów, na placu gry w piłkę nożną, dowiedział się Janek, że już się tworzą małe partje, które, tylko patrzeć, jak się rzucą na Niemców i zaczną ich rozbrajać. Natychmiast wyprosił u matki kilkanaście marek niemieckich i kupił u Żyda za Żelazną Bramą stary, zardzewiały rewolwer. Nabojów do niego żyd nie miał, czy nie chciał sprzedać, a gdy Janek odchodził, kupiec szepnął, trwożnie się oglądając:
— Nu! Kawaler nie u mnie kupował tę zabawkę, bo ja tem nie handluję. Niech kawaler pamięta!
Janek był niezmiernie zadowolony, że nabył broń. Wyczyścił starannie rewolwer, od kolegi dostał trochę prochu i parę kawałków ołowiu i sam sporządził kilka naboi.
Pewnego dnia, siedząc z mateńką, usłyszał krzyki i gwizd andrusów ulicznych. Wyjrzawszy przez okno, zobaczyli, że tłum otoczył kilku niemieckich żołnierzy i rozbraja ich.
Jakby wiatrem wymiotło Janka z pokoju.
Porwał za swój rewolwer, wsunął go do kieszeni kurteczki i wybiegł na ulicę.
Nie zatrzymując się, doszedł aż do Mokotowa, gdzie stało sporo oddziałów niemieckich.
Po drodze, około kolejki wilanowskiej, spotkał jakiegoś grubego, rudego niemieckiego oficera, który miał przy sobie rewolwer w drewnianej pochwie i szablę. Janek podszedł do niego i, nic nie mówiąc, przyłożył mu swój rewolwer do piersi. Oficer jak na komendę podniósł ręce, a Janek odpiął mu szablę i rewolwer i spokojnym głosem rzucił:
— Jest pan wolny teraz. Proszę iść!
Tego dnia Jankowi udało się rozbroić jeszcze kilku niemieckich żołnierzy i złożyć odebraną broń w komendanturze polskiej.
Po tej wyprawie odczuł Janek najwyraźniej w świecie, że jego przeznaczeniem jest życie wojskowe...
Tegoż wieczoru zagadnął matkę, która zgodziła się z tem, że w chwili obecnej Rzeczpospolita potrzebuje jak najwięcej wiernych i dzielnych obrońców, gdyż powinni oni wywalczyć i ustalić szczęście i ład w wolnej ojczyźnie. Po naradzie rodzinnej postanowiono oddać Janka do szkoły kadetów w Modlinie. Tak się też stało.
W szkole poczuł się Janek w swoim żywiole. Wszystko mu się podobało i zajmowało. Bardzo prędko zaprzyjaźnił się z kadetami, szczególnie serdecznie zaś z Gwidonem Majewskim i Stefanem Chęcińskim, z którymi razem marzył o wzięciu udziału w wyprawie kijowskiej, na której mogliby prowadzić wojnę podjazdową, jak czynił to przy strasznym Jaremie Wilniowieckim, przesławny pułkownik Wołodyjowski i przyjaciel jego, Skrzetuski. Lecz byli mali jeszcze, o wiele mniejsi niż „mały pułkownik“, byliby zawadą w pochodzie, a co najważniejsze, nie przyszedł jeszcze wtedy na nich czas.
Przyszedł trochę później, wtedy, gdy najeźdźca moskiewski, walczący przeciwko Bogu i całej cywilizacji, ruszył na zachód i wtargnął w granice nieprzygotowanej do wojny Polski.
Wtedy rozległy się śmiałe, płomienne i szlachetne głosy Piłsudskiego i Hallera, wtedy to sypnęli się potomkowie starej, bitnej szlachty, wiarusów z czasów dawnych wojen i powstań, sypnęli się ci, co przechowali jeszcze pamiątkowe kosy kościuszkowskie, pod chorągwie garnęli się ci, którzy pamiętali słowa i przepowiednie Kilińskiego — i wtedy to armja polska, jeszcze bardzo młoda i niedoświadczona, rosła z dnia na dzień.
Żołnierzy było poddostatkiem, oficerów brakowało.
Bo powstających pułków zaczęto posyłać kadetów na instruktorów.
Wśród nich był i Janek Bogusiński z kolegami modlińskimi. Przydzielono go do 3-go pułku piechoty legjonów, złożonego ze starych legjonistów, którzy oddawna walczyli za Polskę na różnych frontach.
17-letni Janek otrzymał rangę kaprala i starannie musztrował swoją kompanję.
Lubiono go powszechnie w szkole kadetów, ale tu, w szeregach wiarusów lubiono go jeszcze bardziej. Gdy wychodził przed swoją kompanję i gdy rozlegał się jego dźwięczny, śmiały głosik, legjoniści starannie wykonywali komendę, jakgdyby mieli przed sobą doświadczonego bojowego kaprala; w koszarach zaś pocichu się śmiali z jego różowej, dziewczęcej twarzyczki, jasnych niebieskich oczu, rumieńca oburzenia, obrzydzenia i wstydu, gdy się czasem wyrwało jakiemu wiarusowi brudne słowo, i — dali mu przezwisko „Zosia“.
Lecz kapral „Zosia“ umiał zmusić wiarę do słuchania jego komendy i rozkazu, a w jego obecności żołnierze nie śmieli używać brzydkich słów.

III.

3-ci pułk został przerzucony w Lubelskie, gdzie odrazu wszedł w bój z konnicą moskiewską i w ciągłych potyczkach posuwał się naprzód. Pod Żukowem Budiennyj postanowił zatrzymać marsz pułku i skierował świeże siły do ataku.
Bitwa trwała długo. Walecznie bronili się wiarusi i ochotnicy, lecz, zmęczeni długiemi pochodami i ustawicznemi bojami, zaczęli się cofać.
Już wygiął się i pękał w kilku miejscach front pułkowy, już ten i ów z żołnierzy wymykał się w pole, gdy spostrzegł to Janek Bogusiński, a serce rozgorzało w nim, jak płomień.
Coraz bardziej i bardziej ugina się i wypręża front, już cofają się ze wsi szare szeregi żołnierstwa. Janek podbiega do porucznika, dowódcy bataljonu, i przykładając rękę do czapki, dziecięcym głosem mówi:
— Panie poruczniku! Stoję z drugą kompanją w rezerwie bez potrzeby. Znam swoich ludzi — chłopcy naschwał. Potrafimy utrzymać front i rozbić Moskali. Proszę o pozwolenie przejścia do kontrataku.
— Do szeregu, mały, do szeregu! — krzyknął porucznik.
— Panie poruczniku! — błagającym już głosem mówi Janek, pacholę-kapral. — Za chwilę spędzą naszych ze wsi, a tymczasem mógłbym zająć ją. Jeżeli zginiemy — strata niewielka, a korzyść może być. Czuję, że zdobędziemy wieś!
Porucznik spojrzał w twarz chłopca. Stał wyprostowany, blady, oczy mu świeciły odwagą i głębokiem przekonaniem. Oficer pomyślał chwilę i nagle rzucił:
— Prowadź!
Jak błyskawica zjawił się przed swoją szczupłą kompanją Janek.
— Chłopcy! — zawołał. — Do boju! Za mną!
Było tyle mocy i ognia w słowach kaprala „Zosi“, że żołnierska brać kopnęła się z miejsca i z okrzykami „Niech żyje Polska!“ „Bij Moskala!“ — gnała w stronę wsi.
Na czele pędził mały kapral. Zderzyli się z atakującymi Moskalami na bagnety i zaczęła się krwawa robota. Janek widział, jak jedna po drugiej zostawały za nim chaty Żukowa.
— Zdobędziemy wieś! — grało mu w duszy. — Naprzód chłop...
Nie skończył, zachwiał się i padł. Nawet nie drgnął, bo kula moskiewska wdarła się w jego odważne, bohaterskie serce.
Kompanja jednak już się zapaliła do boju, potężnie parła naprzód i zapędziła się daleko za wrogiem.
Wieś była zdobyta, a ten, który się do tego przyczynił, leżał z twarzą jasną i spokojną, jakgdyby spał w poczuciu, że uczynił tego dnia wszystko, co honor i serce nakazały...
Gdy legjoniści dowiedzieli się po bitwie o śmierci kaprala, otoczyli zabitego i chociaż znużeni i prawie wszyscy ranni, długo stali, patrząc ze smutkiem w spokojną twarz małego bohatera. Niejednemu łza błysnęła w oku, niejeden coś szeptał blademi ustami. Naraz przybiegł z czołówki, gdzie mu robiono opatrunek, jeden ze starych legjonistów, który stale przebywał z kapralem.
Ten stanął, jak wryty, jakgdyby zgrozą zdjęty, przed ciałem chłopięcia, i naraz z rozpaczą w głosie jęknął:
— Janku... poco... poco... tak?
Nie dopowiedział i ścisnął dłońmi głowę, opasaną bandażami.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.