Kandyd, czyli Optymizm/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wolter
Tytuł Kandyd, czyli Optymizm
Podtytuł IV. Jak Kandyd spotkał swego dawnego mistrza filozofii, doktora Panglossa i co z tego wynikło
Pochodzenie Powiastki filozoficzne /
Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia »Czasu« w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

IV. Jak Kandyd spotkał swego dawnego mistrza filozofii, doktora Panglossa i co z tego wynikło.

Kandyd, bardziej jeszcze przejęty współczuciem niż grozą, oddał przeraźliwemu nędzarzowi dwa floreny otrzymane od poczciwego anababtysty. Widmo popatrzyło nań uważnie, zalało się łzami i padło mu na szyję. Kandyd cofnął się przerażony. „Ach! rzekł jeden nędzarz do drugiego nędzarza, nie poznajesz już swego drogiego Panglossa? — Co słyszę, to ty, ukochany mistrzu? ty, w tym okrutnym stanie! cóż za nieszczęście cię spotkało? czemu nie jesteś już w najpiękniejszym z zamków? co się stało z panną Kunegundą, perłą dziewic, arcytworem przyrody? — „Słabo mi“, rzekł Pangloss. Natychmiast Kandyd zawiódł go do domu anababtysty, gdzie dał mu kawałek chleba; kiedy zaś Pangloss pokrzepił się nieco: „I cóż, spytał, Kunegunda? — Umarła“, odparł tamten. Słysząc to, Kandyd zemdlał: przyjaciel ocucił go trochą lichego octu, który znalazł się przypadkiem w izbie. Kandyd otworzył oczy: „Kunegunda umarła! Och, najlepszy ze światów, gdzieżeś jest? Ale z czego umarła? czyżby z tego, iż widziała jak ojciec jej wygania mnie z zamku nogą? — Nie, rzekł Pangloss, rozpruli jej brzuch żołnierze bułgarscy, nagwałciwszy się jej wprzód ile wlazło; roztrzaskali głowę baronowi który chciał jej bronić; baronową pokrajali na kawałki; mego biednego pupila spotkał los podobny jak siostrę; co się zaś tyczy zamku, nie pozostał zeń ani kamień na kamieniu, ani jednej stodoły, ani barana, ani kaczki, ani drzewa. Ale pomszczono nas wspaniale, Abarowie bowiem uczynili toż samo w sąsiednim zamku, należącym do szlachcica bułgarskiego“.
Słysząc to, Kandyd ponownie zemdlał; następnie, przyszedłszy do siebie i powiedziawszy wszystko co miał do powiedzenia, zapytał o przyczynę i skutek, i o wystarczającą racyę, która doprowadziła Panglossa do tak żałosnego stanu. „Niestety, rzekł tamten, miłość: miłość, pocieszycielka rodzaju ludzkiego, zachowawczyni świata, dusza wszystkich istot obdarzonych czuciem, tkliwa miłość. — Ach, rzekł Kandyd, poznałem i ja tę miłość, tę władczynię serc, duszę naszej duszy; przyniosła mi tylko jednego całusa i dwadzieścia kopnięć w siedzenie. W jaki sposób ta piękna przyczyna mogła sprawić w tobie tak żałosny skutek?“
Pangloss odparł w tych słowach: „O, drogi Kandydzie! znałeś Pakitę, ładną subretkę dostojnej baronowej: zakosztowałem w jej ramionach słodyczy raju; ale stały się one źródłem piekielnych mąk, które mnie oto trawią: była niemi zakażona do szpiku; być może, umarła od nich. Pakita otrzymała ten podarunek od bardzo uczonego Franciszkanina, który dotarł aż do źródła, miał go bowiem od starej hrabiny, która otrzymała go od kapitana kawaleryi, który zawdzięczał go margrabinie, która dostała go od pazia, który otrzymał go od jezuity, który, w czas swego nowicyatu, posiadł go w prostej linii od jednego z towarzyszów Krzysztofa Kolumba. Co do mnie, nie udzielę go już nikomu, bowiem umieram.
— O Panglossie! wykrzyknął Kandyd, cóż za osobliwa genealogia! żali nie dyabeł był jej protoplastą?
— Wcale nie, odparł ów wielki człowiek: była to rzecz nieodzowna na najlepszym ze światów, składnik konieczny; gdyby bowiem Kolumb nie nabył na wyspie Ameryckiej tej choroby, która zatruwa źródło płodzenia, często udaremnia samo-że płodzenie, i która jest najoczywiściej sprzeczna z wielkim celem przyrody, nie mielibyśmy ani czekolady ani koszenili; a trzeba jeszcze zauważyć, że, aż do dziś, na kontynencie, choroba ta jest naszą specyalnością, jak spory teologiczne. Turcy, Indyanie, Persowie, Chińczycy, Syamczycy, Japończycy nie znają jej jeszcze; ale istnieje wystarczająca racya, aby ją poznali z kolei, w ciągu następnych wieków. Na razie, uczyniła ona cudowne postępy pośród nas, a zwłaszcza w owych armiach złożonych z poczciwych, dobrze wytresowanych rekrutów, które rozstrzygają o losach Państw. Można twierdzić stanowczo, iż, kiedy trzydzieści tysięcy ludzi walczy, w regularnej bitwie, przeciw drugiej armii tejże samej siły, po każdej stronie znajduje się około dwudziestu tysięcy dotkniętych przymiotem.
— To cudowne, rzekł Kandyd; ale trzeba się leczyć, mistrzu. W jaki sposób? odparł Pangloss; nie mam ani szeląga, mój przyjacielu: zaś, na całej powierzchni kuli ziemskiej, nikt ci nie puści krwi ani nie wsunie lewatywy, o ile mu nie zapłacisz, albo o ile ktoś inny nie zechce zapłacić za ciebie“.
Te ostatnie słowa zrodziły w Kandydzie postanowienie: rzucił się do nóg miłosiernego Jakóba, i odmalował tak wzruszająco stan przyjaciela, iż poczciwiec nie zawahał się przygarnąć doktora Panglossa; dał go leczyć swoim kosztem. Dzięki kuracyi, Pangloss postradał tylko jedno oko i jedno ucho. Pisał dobrze, i doskonale znał arytmetykę. Anababtysta Jakób powierzył mu prowadzenie ksiąg. Po upływie dwóch miesięcy, zmuszony udać się do Lizbony w sprawach handlowych, zabrał na okręt obu filozofów. Pangloss wytłómaczył mu, jako wszystko w świecie dzieje się możliwie najlepiej. Jakób nie był tego zdania. „Musieli ludzie (rzekł) zepsuć cokolwiek naturę, nie urodzili się bowiem wilkami, a stali się wilkami. Bóg nie dał im ani armat 24-go kalibru, ani bagnetów, oni zaś sporządzili sobie bagnety i armaty, aby się uśmiercać wzajem. Mógłbym przytoczyć również bankructwa, oraz trybunały, które zagarniają mienie bankrutów aby zeń wyzuć wierzycieli. — Wszystko to jest nieodzowne, odparł jednooki doktor; niedole poszczególne składają się na powszechne dobro; tem samem, im więcej jest nieszczęść poszczególnych, tem bardziej całość jest dobra“. Podczas gdy tak rozumował, ściemniło się, wiatry zadęły ze wszystkich stron naraz, i, tuż pod samym portem, okręt stał się igraszką najstraszliwszej burzy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.