Kanclerz Jan Choiński. Mecenas uczonych polskich XVI wieku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Kanclerz Jan Choiński
Podtytuł Mecenas uczonych polskich XVI wieku
Data wydania 1886
Wydawnictwo Drukarnia Józefa Bergera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KANCLERZ

JAN CHOIŃSKI.

MECENAS UCZONYCH POLSKICH XVI WIEKU.






(Odbitka z „Biblioteki Warszawskiéj.“)




WARSZAWA.
W Drukarni Józefa Bergera.
Elektoralna Nr. 14.

1886.



KANCLERZ JAN CHOIŃSKI.






Дозволено Цензурою.
Варшава, 7 Августа 1886 г.








W „Katalogu” biskupa Łętowskiego (tom II-gi str. 95) czytamy te słowa: „Był Tomicki z Choińskim, oba biskupami krakowskimi, niezaprzeczenie najpiękniejszą ozdobą panowania Zygmunta Starego.“
Reformatorowie kancelaryi królewskiéj, znakomici mówcy polityczni, słynni w ówczesnej Europie mężowie stanu i biegli prawnicy, odznaczali się oprócz tego obydwaj książęta Kościoła zaletami osobistemi, rzadkiemi w czasach królowéj Bony, Kmity, Latalskiego, Gamrata i t. p.
Szeroko i daleko rozbrzmiewała sława „dobroczynnych“ dygnitarzów polskich. Corocznie zdążała uboga młodzież za pieniądze Tomickiego lub Choińskiego po światło do uniwersytetów zagranicznych, a było jéj tak dużo, że cudzoziemcy pytali z podziwem: cóż to za możni panowie, którzy wychowują tylu ludzi?
Podczas kiedy Tomicki dawał każdemu, kto się do niego zgłosił, wspierał Choiński młodzieńców odznaczających się wybitnemi zdolnościami. Jemu to zawdzięcza kraj Marcina Kromera i Józefa Strusia, w jego to szkole przygotował się Hozyusz do swéj późniejszéj, świetnéj działalności, z jego protekcyi lub pomocy korzystali: Jędrzéj i Stanisław z Łowicza, Grzegórz z Szamotuł, Dantyszek, Tydeman Gize, Jan Tucholczyk i wiele innych, mniéj znanych osobistości.
Kiedy téż umarł w pełni sił męzkich, nagle, niespodzianie, na sejmie piotrkowskim, obradującym w r. 1538 po sromotnéj pamięci wojnie kokoszéj, rozległa się powszechna skarga między utalentowaną młodzieżą z pierwszéj połowy XVI-go wieku.
„Wszyscy historycy — mówi biskup Łętowski — wytężyli się na pochwały Choińskiego“ (II, 100). Choć to była epoka Bony, trucizny Sforzów, paszkwilów, oszczerstw i różnych innych brudów, nie pada z pism owego i późniejszego czasu ani jeden cień na postać Choińskiego. Wytrzymał on w zupełności próbę ognia historycznego. Piszą o nim: Kromer, Dantyszek, Hozyusz, Stanisław z Łowicza, Tydeman Gize, Filip Padniewski, Joachim Bielski, Starowolski, Neugebauer i i., a każdy z czcią i uznaniem.
Mimo to zaginęła jego pamięć tak dalece, że Niesiecki, który biskupom wiele poświęca miejsca, podaje przy nim w rubryce właściwéj tylko daty najkonieczniejsze, a heraldycy i historycy nowsi nie postarali się nawet o poprawną pisownią nazwiska męża, który był razem z Tomickim „główną ozdobą panowania Zygmunta Starego.“
Powody tego zaniedbania okażą się w ciągu niniejszego szkicu.
Jan z Chojna Choiński, biskup krakowski i wielki kanclerz koronny, pochodził z starodawnego domu Habdanków wielkopolskich. Na saméj granicy Poznańskiego i dzisiejszego Szlązka pruskiego, a dawniejszego księztwa głogowskiego, w powiecie krobskim, na około Miejskiéj Górki, leży ziemia zwana „Hazaczczyzną,“ zaludniona jakimś odmiennym od sąsiednich włościan ludem, który zachował dotąd pewne odrębne właściwości w ubraniu i mowie.
Ziemia ta była odwieczném dziedzictwem („opolem”) jednego z owych niewielu czysto polskich rodów, nie pochodzących ani od książąt pomorskich i zaodrzańskich, jak: Gryfici, Lisy, Odrowąże, Nałęcze, Zaręby i t. d., ani od obcych przybyszów, jak: Alabandy, Amadeje, Berszteny, Bibersztajny i t. d., lecz wprost od przedhistorycznych wolnych posiadaczów dzierżaw polskich.
Czy Habdankowie idą razem z innymi, najstarszymi domami Wielkopolski, od podbitych przez najezdców pierwotnych książąt, jak chcą: Bobrzyński i Smolka; czy téż od młodszych linii Popielidów i Piastów, jak twierdzi Piekosiński, pytanie to dotąd nierozwiązane, tyle tylko pewna, że są t. zw. rodziną dynastyczną, że szlachectwo ich nie zna początku historycznego.
Zrazu rozbrzmiewało ich „zawołanie“ aż daleko w głąb księztwa głogowskiego, aż do dzisiejszéj szlązkiéj Góry (Guhrau), gdyż zostały ślady panowania ich w tych stronach; z biegiem jednak wypadków, wyparci przez niemców i zubożeni przez liczne fundacye pobożne, ścieśnili swe „opole,” sadowiąc się stale w południowym kąciku obecnéj Wielkopolski, gdzie obfite wody i moczary wytworzyły naturalne miejsca obronne.
Nazywali się zaś zwyczajem możnych panów z epoki pierwszych Piastów „grabiami” (hrabiami, comites), a pisali się „z Gór,” albo „z Góry.” — Gór, Górek, Górczek i t. p. znajduje się mnóstwo w tych stronach, choć nie wiadomo na pewno, która z tych miejscowości była pierwotném siedliskiem Habdanków.
Znakiem rodowym grabiów z Gór była biała litera W na polu czerwoném. Początek nazwania tego znaku jest powszechnie znanym. Ochrzcił go ów grabia Jan, który, posłując w r. 1109 od Bolesława Krzywoustego do cesarza Henryka, nie dał się olśnić dostatkami niemca. Odpowiedź cesarza: Hab' dank (dziękuję), stała się odtąd imieniem herbu dumnego panoszy polskiego. I przydomek „Skarbek” (od skarbca) wywodzi się od tego zdarzenia.
Członków tego domu cytują kroniki już XI-ym i XII-ym w. jako założycieli klasztorów, biskupów, hetmanów i t. d. W drugiéj połowie stulecia XIII-go, a jeszcze więcéj w XIV-ym, schodzą panowie z Gór na czas pewien z kart dziejowych, ustępując miejsca rodom nowszym w Polsce: Nałęczom, Grzymalitom, w końcu: Łodziom i Świnkom.
Mało słychać w tych czasach o panach z Gór. Większego rozgłosu doczekała się w XIV-ym w. tylko owa Habdanczanka, która, wzięta do niewoli przez litewskiego rycerza, Dowojnę, umiała swego pana tak bardzo w sobie rozmiłować, że ten porzucił dla niéj puszcze nadniemeńskie, zaniósł do Polski razem z Korabelą, t. zw. „krzyż lacki,” a osiadłszy między lachami ożenił się ze swą branką, i przyłączył jéj znak rodowy do swéj tarczy, dając w ten sposób początek herbowi „Dębno.”
Więcéj znanym był późniejszy Habdank Jakób z Gór, przebywający razem z Zawiszą Czarnym na dworze króla węgierskiego Zygmunta. On to walczył pod Grunwaldem na czele swych „stryjców herbownych” i wziął do niewoli Kazimierza, księcia szczecińskiego. Uzyskawszy po „wielkiéj wojnie” od Jagiełły dobra izbickie na Kujawach, opuścił około roku r. 1415 Wielkopolskę, przenosząc się stale w okolicę Włocławka i dając w ten sposób hasło do rozpadnięcia się całego domu na kilka pierwszych gniazd („familii”).
Wiadomo, że szlachta wielkopolska trzymała się bardzo długo starodawnego obyczaju, uważając wszystkich, do jednego przynależnych znaku za „przyjaciół,” za „stryjców herbownych,” i rządząc się prawem patryarchalném mimo statutu wiślickiego, który radził rozdrobnienie szczepów na pojedyńcze rodziny.
Już się praktyczniejsi wielmoże małopolscy pogodzili z nowym porządkiem rzeczy, a wielko-polanie stali jeszcze uporczywie przy odwiecznych tradycyach dynastów polańskich.
Jeszcze pod Grunwaldem wystąpili wszyscy pierwotni Habdankowie jako jedna „społeczność,” pod wspólnym walcząc znakiem. Pisali się wszyscy panami z Gór i posługiwali się tym samym przydomkiem (Skarbek). Owego bowiem grabiego z Konar, o którym wspominają kroniki, że, zniecierpliwiwszy się niepowodzeniem swojém przy grze w kostki z Kazimierzem Sprawiedliwym, „dał panu swemu w gębę,” nie można zaliczyć tylko do Konarskich, gdyż w owych czasach nie było jeszcze w Wielkopolsce ani śladu nazwisk gniazdowych. Był to jeden z panów z Gór, mieszkający właśnie w Konarach.
Od wspólnego pnia odpadł nasamprzód wymieniony Jakób z Gór, który, przeniósłszy się na Kujawy, zamienił przydomek całego rodu na miano gniazdowe, rozpoczynając w ten sposób dzieje familii, piszącéj się już stale Skarbkami. Od niego idą w dalszym ciągu Jazłowieccy.
Na miejscu, w rodzinnéj Górze, został inny Skarbek-Habdank, mieszkający w Konarach, i nazwał się z tego powodu Konarskim. Od niego wziął dzielnicę młodszy brat z rezydencyą w Chojnie. Był to pierwszy Choiński. Nieco późniéj oderwali się Kołaczkowscy, Pudliszkowscy (podupadli bardzo wcześnie, bo nieznani już przez Niesieckiego) i kilka innych domów.
Konary i Chojno leżą obok siebie, po obu stronach Miejskiéj Górki, a Kołaczkowice i Pudliszki nie daleko od głównych gniazd, wyżéj ku Krobi. Tak więc potwierdza geografia podania heraldyków.
Historya pierwotna wielkopolskich Choińskich, z domu Skarbków, ginie w wspólnych dziejach całego rodu panów z Gór. Jako Choińscy bez dalszego określenia występują dopiéro w drugiéj połowie XV-go stulecia, lecz odrazu na stanowiskach wybitnych, bo w najbliższém otoczeniu króla. Niejednę wzmiankę o Choińskich znalazłoby się bezwątpienia w kronikach szlązkich, gdyż położenie geograficzne ich włości zmuszało ich do ciągłéj walki z drapieżnymi ritterami niemieckimi.
Z tego powodu nie mieszkali téż zwyczajem polskim w dworach, lecz w zamkach obronnych, zbudowanych wśród bagnisk.
Jeszcze w r. 1555 stał w Chojnie gród rycerski, jak świadczą metryki uniwersytetu lipskiego, w których się Heronim Choiński zapisał jako pan z zamku Chojno (ex arce Choyno).
Drugi zamek Choińskich, którego dokładny rysunek podaje Edward hr. Raczyński w swoich „Wspomnieniach Wielkopolski” (tom I, str. 359), obwiedziony rowem i szańcami, stał w Golejewku. Na murach jego czekało zawsze 6 armat, gotowych do powitania chciwego rozbójnika szlązkiego. Bronił się w nim w r. 1620 Andrzéj Choiński, kasztelanic santocki (nie Adam, jak podaje mylnie Baliński), przeciw napadowi raubrittera Gocza, który najechał go nocą w 500 zbrojnych ludzi, trzech dworzan mu zabił, matkę, Zofią Kościelecką, zranił i zabrał wszystkie skarby domu (jak wyżéj: tom I, str. 359).
W Golejewku stoi dotąd kościół fundacyi Choińskich, cytowany w księgach biskupich już w r. 1448. Na miejscu pierwotnéj świątyni, zniszczonéj pożarem, wystawił ojciec kanclerza nową w r. 1522, którą kasztelan Piotr Choiński kazał w r. 1600 kosztownemi przyozdobić malowidłami. W kościele tym znajdują się nagrobki i portrety kilku Choińskich z XVI-go i XVII-go wieku.
Pierwszym Choińskim herbu Habdank, którego znają kroniki, jest Jan. Wymienia go Długosz (V, 668) pod r. 1478 jako notaryusza koronnego, pracującego przy boku Uryela z Górki. Jeździł on, (Bielski ks. IV, str. 470) po sejmie w Brześciu (z r. 1478), jako poseł królewski do Prus w celu odebrania przysięgi od nowego mistrza. Był nasamprzód archidyakonem łęczyckim, następnie wszedł w r. 1500 do kapituły gnieźnieńskiéj na miejsce Mikołaja Bedleńskiego. Umarł w Gnieźnie w r. 1507.
Drugim, historycznym członkiem tego domu, jest znów Jan, synowiec poprzedniego, biskup krakowski i wielki kanclerz koronny, o którym szczegółowiéj pisać zamierzyliśmy.
Jan Habdank z Chojna Choiński, urodzony w r. 1487, słuchał prawa w akademii krakowskiéj. Uzyskawszy już w ośmnastym roku życia (w r. 1505) bakalaureat pod dekanatem Szymona Sierpskiego, wyjechał za granicę, zkąd wrócił po kilku latach jako doktór obojga praw („dekretałów”), z zamiarem poświęcenia się służbie publicznéj. W tym celu przywdział ówczesnym zwyczajem suknią duchowną.
Potomek starodawnego rodu, wykształcony i zdolny, koligat możnych panów, z których jeden, Jan Habdank Konarski, był właśnie biskupem krakowskim, zdążał Choiński nadzwyczaj szybko po drabinie hierarchii kościelnéj. Zaledwo przyjął święcenia kapłańskie, a już ozdobiły go dwie kapituły: krakowska i kielecka, fioletami, a około r. 1520 powierzono mu zaszczytne stanowisko archidyakona krakowskiego, czyli urząd „sędziego duchownego i wizytatora dyecezyi, wglądającego w uzdolnienie naukowe i obyczaje plebanów.” Z tym tytułem wymienia go Szujski pod r. 1522 jako delegowanego, razem z Myszkowskim, kanonikiem gnieźnieńskim, do rozstrzygnięcia jakiéjś sprawy, odnoszącéj się do przywilejów uniwersytetu krakowskiego[1]. Do trzech powyższych dygnitarstw kościelnych dodano mu po r. 1526 probostwo poznańskie, które było w XVI-ém stuleciu synekurą dla paniczów w sukieuce duchownéj, lub dla ludzi zasłużonych krajowi. Wziął Choiński probostwo poznańskie po Latalskim, a oddał je Janowi Zbąskiemu[2]. Dochody z téj posady ciągnął jeszcze w r. 1530[3], w którym objął biskupstwo przemyślskie po Janie Karnkowskim. Z stolicy téj ustąpił w r. 1536 Piotrowi Gamratowi, posuwając się na biskupstwo płockie, a przy końcu r. 1537 zasiadł po Latalskim na stolicy krakowskiéj. Rubrycela krakowska z r. 1538 wyszła już pod jego herbem.
Acz biskup i „człowiek pobożnego a świątobliwego żywota,” jak o nim Bielski mówi (str. 579), zajmował się Choiński bardzo mało sprawami duchownemi. W Poznaniu, choć był tam proboszczem, nie mieszkał nigdy, a do Przemyśla i Płocka dojeżdżał tylko od czasu do czasu.
Był on przeważnie mężem stanu, mówcą politycznym i opiekunem zdolnéj młodzieży.
Istniała za czasów Zygmunta Starego i późniéj osobna instytucya, w któréj stawiali pierwsze kroki prawie wszyscy znakomitsi dyplomaci polscy. Była to kancelarya królewska. Pracowali w niéj pod nadzorem kanclerza lub podkanclerza t. zw. sekretarze koronni (notaryusze). Bezpośrednim zwierzchnikiem tych kandydatów do przyszłych dygnitarstw, był t. zw. „pierwszy, główny sekretarz” (supremus, primus, albo primarius secretarius regiae majestatis), który, choć należał do urzędników nie państwa, lecz króla, składał jednak przy objęciu swéj godności przysięgę senatorską i odbierał od monarchy mniejszą „sygnetową,” prywatną pieczęć, dlaczego go téż annullarius secretarius nazywano (Drzewicki, M. P. III, str. 409).
Tymi naczelnikami kancelaryi królewskiéj mianowano tylko synów rodzin już dobrze znanych w kraju, (secundum saeculi morem ex magnificis et nobilibus parentibus ortos; jak wyżéj), gdyż wychodzili z nich podkanclerze i kanclerze Królestwa.
Zanim Choiński wstąpił do kancelaryi królewskiéj, uczył się nasamprzód praktycznie prawa krajowego przy boku Jana Łaskiego, zasługując się znakomitemu mężowi razem z Myszkowskim. Doszedłszy późniéj sam do stanowiska pierwszorzędnego, odwdzięczył się rodzinie Łaskich za przyjaźń, którą mu prymas okazywał. Kiedy bowiem po śmierci Jana Łaskiego inny człowiek tego domu, awanturniczy Jarosław, naraził się królowi, wstawiał się za nim Choiński tak długo, aż go Zygmunt I, choć niechętnie, wrócił do łaski swéj[4].
Przygotowany w szkole Łaskiego, przeszedł Choiński do kancelaryi królewskiéj i zajął w niéj niebawem stanowisko pierwsze, gdyż stanął już około r. 1523 na czele sekretarzów koronnych, jako ich „primarius, supremus.” Jako taki miał nadzór nad wszystkimi sekretarzami, poprawiał razem z Tomickim ich listy i referaty, dbając o wytworną łacinę, układał sam mowy i różne dokumenty a kiedy zaszła potrzeba, jeździł w zastępstwie podkanclerza z poselstwami zagranicznemi.
Pracowali pod nim między innymi: Stanisław Górski, Stanisław Tarło, Jan Karnkowski, Mikołaj Zamoyski[5], Wieczwiński, Marcin Kromer, Stanisław Hozyusz, Samuel Maciejowski i w. in. mniéj znanych.
Był wówczas w. kanclerzem koronnym pan świecki, Krzysztof Szydłowiecki, wojewoda krakowski (od r. 1513—1532), a podkanclerzem Piotr Tomicki, pan duchowny (aż do r. 1535). Głównie drugi, który się w późniejszym wieku nie lubił wydalać z kraju, oddziaływał korzystnie na młodych dyplomatów. Mąż niezwykle pracowity, rygorysta, wprowadził do kancelaryi królewskiéj ład i wykwintą łacinę.
I jako człowiek przyświecał Tomicki swym podwładnym dobrym przykładem. Choć przebywał na dworze Bony, nie wyciągał nigdy ręki po dary i upominki, nie gonił za bogatemi synekurami, nie gromadził pieniędzy, lecz dawał hojną dłonią każdemu, kto się do niego z prośbą udał.
W ostatnim mianowicie względzie znalazł Tomicki w Choińskim gorliwego naśladowcę. I od drzwi młodego naczelnika kancelaryi królewskiéj nie odszedł nikt bez pociechy brzęczącéj.
Ponieważ Tomicki nie ruszał się chętnie z Krakowa, zastępował go Choiński w wszystkich sprawach zamiejscowych. Jako kierownik kancelaryi, pozostawał ciągle przy boku króla, jeżdżąc za nim to do Wilna, to do miast innych, lub na sejmy i sejmiki.
Kiedy Zygmunt Stary, udając się w lipcu 1526 do Gdańska, wysłał naprzód przed sobą pierwszych swych dygnitarzów: Macieja Drzewickiego, biskupa kujawskiego; Jana Latalskiego, biskupa poznańskiego; Krzysztofa Szydłowieckiego, kanclerza; Łukasza Górkę, generała wielkopolskiego; Stanisława Kościeleckiego, wojewodę poznańskiego, i Andrzeja Tęczyńskiego, wojewodę lubelskiego; jedzie z nimi i Choiński jako „primarius secretarius.“ Czynność sekretarzy koronnych pełnią przy jego boku w téj misyi: Stanisław Tarło i Mikołaj Zamoyski, kanonicy krakowscy (Acta Tomiciana, tom IX, str. 185).
Że zastępował w Gdańsku Tomickiego, dowodem list tegoż do niego, umieszczony w Act. Tomic. (tom VIII, nr. 70, str. 150). W liście tym prosi Tomicki Choińskiego, aby wstawił się do króla za Janem Niempez, mówiąc przytém wyraźnie: ponieważ działacie w naszém imieniu przy Jego Królewskiéj Mości (quum nostro nomine apud Majestatem suam agetis, accomodabitis, agatis tamen diligenter, rogamus et optime valeatis).
Zaledwo wrócił z Gdańska, udaje się znów Choiński w r. 1527 jako komisarz rządowy (nuntius ad conventus particulares) na sejmiki: proszowski i wiślicki (Metr. Koron. ks. 40, str. 350). Na akcie odnośnym wymieniono już jego nową godność, mianowicie probostwo poznańskie (praepos. posnan.), które uzyskał prawdopodobnie zaraz po powrocie z Gdańska.
Jeszcze tego samego roku, w czerwcu, jedzie Choiński z poselstwem do Ołomuńca razem z Andrzejem, biskupem płockim, Szydłowieckim, kanclerzem i Janem Tarnowskim, kasztelanem sandeckim. Czynność sekretarza pełnił przy nim w téj misyi pan świecki, Wieczwiński, kasztelan płocki.
Wróciwszy do domu z zagranicy, przenosi się z miasta do miasta, odprawiając po drodze sprawy Królestwa. Z tego czasu, z dnia 7 listopada 1527 r., przechował się w tajnych archiwach królewieckich („Heimliche Registrande“) list jego, napisany w języku niemieckim w imieniu króla (z Radomia) de Ekkarda de Reppichaw, posła księcia pruskiego. List ten przedrukowano w Act. Tomic. (tom IX, str. 325).
W trzy lata potém, w r. 1530, widzimy naczelnika kancelaryi królewskiéj na zjeździe w Poznaniu, dokąd Zygmunt wysłał swych doradzców, aby pogodzili Ferdynanda z Janem Zapolskim w sporze o koronę węgierską. Do załatwienia téj sprawy, która nie doprowadziła do skutku pożądanego, wyznaczono: Jana Latalskiego, Andrzeja Krzyckiego, Piotra Kmitę, Jana Tarnowskiego, Łukasza Górkę i Jana Choińskiego (Neugeb., str. 526).
Jeszcze Choiński nie wypoczął po drodze poznańskiéj, a jużci musiał znów spieszyć w daleką podróż do Ferdynanda, aby młodziuchną córkę tegoż, Elżbietę, zaręczyć Zygmuntowi Augustowi. Gdy wrócił z tego poselstwa, opróżniło się właśnie biskupstwo przemyślskie. Oddano je bez wahania człowiekowi, który mimo swego młodego wieku, położył już tyle zasług dla kraju.
Lecz Choiński, zostający w ciągłych rozjazdach, nie miał nawet czasu udać się osobiście do Przemyśla. Wysłał więc swego dworzanina, szlachcica Jana z Barczyk. Kiedy jednak kapituła nie chciała oddać rządów biskupstwa zawiadowcy świeckiemu, wtedy powierzył Choiński czynność objęcia stolicy księdzu Stanisławowi z Brzozowa, któremu się już kanonicy nie opierali.
Nie sama tylko młodość i rzutkość Choińskiego robiły go ustawicznym włóczęga. Na zjazdach i poselstwach potrzeba było dobrych mówców, a Choińskiego stawiano w tym względzie obok najcelniejszych mistrzów żywego słowa owego czasu, obok: Szydłowieckiego i Tomickiego. Wszyscy trzéj: kanclerz, podkanclerz i naczelnik kancelaryi posiadali sławę najlepszych polskich oratorów politycznych z pierwszych dziesiątków lat XVI w. Gwałtownie mówił Szydłowiecki, rozumnie Tomicki, a Choiński rozważnie — podaje Starowolski (Horum etenim trium simul eloquentia majorum nostrorum aevo celebrata est, et cum aliarum virtutum, tum Sarmatici candoris, indissolubilis triga. Traditumque est memoriae Sidloviecii imperiosam et torrentem, Tomicii prudentem et jucundam, Choinii circumspectam et suavam eloqueutiam fuisse)[6].
Mimo tak rozlicznych zajęć urzędowych, znalazł Choiński jeszcze czas do żmudnéj pracy naukowéj. Jego to bowiem i drugiego doktora praw, Jerzego Myszkowskiego, wyznaczył synod łęczycki z r. 1523 na przedstawienie Jana Łaskiego do ułożenia statutów gnieźnieńskich. Że dzieła tego dokonali: Choiński i Myszkowski, a nie Łaski, dowodem rozporządzenie prymasa, znajdujące się w samych statutach. (Venerabilibus et eximiis viris — pisze tam Łaski — dominis Joanni Choiński i Georgio Myszkowski... commisimus, ut statuta nova... diligenter revidere ac in unum volumen redigere deberent). Praca nad uporządkowaniem statutów gnieźnieńskich zajęła dwom doktorom „dekretałów“ kilka lat, bo dzieło ukazało się dopiéro w r. 1528 w Krakowie u Mateusza Szarfenberg’a[7].
Za jego téż staraniem (z czasów biskupstwa przemyślskiego) wyszedł pierwszy katechizm w języku polskim[8].
Pominąwszy działalność dyplomatyczną i naukowo-kompilatorską Jana Choińskiego, należy mu się pamięć u potomnych głównie jako mecenasowi utalentowanéj młodzieży.
Sam „dobrze uczony” — (Bielski str. 579) — i zdolny, lubił się otaczać ludźmi wykształconymi („doctorum conversatio et familiaris conferentia me admodum recreat et oblectat)[9], i popierać mniéj zamożnych. Jeszcze nie był ani biskupem, ani ministrem, jeszcze nie rozporządzał znacznemi dochodami, a już znano go w akademii krakowskiéj jako dobrodzieja ubogich uczniów. Wyszukiwał on za pomocą profesorów studentów zdolniejszych i ułatwiał im bezkłopotne ukończenie nauk. W ten sposób poznał między innymi za przyczyną Cypryana z Łowicza, słynnego profesora nauk lekarskich, Józefa Strusia (Struthius), poznańczyka, którego wysłał około roku 1523 swoim kosztem do Padwy (Sołtykowicz — O stanie akademii krakowskiéj, str. 202).
Choć sam potomek jednego z najstarszych rodów wielkopolskich, nie zważał Choiński wcale na t. zw. gminne pochodzenie swych protegowanych. Nie urodzenia, lecz zdolności i szlachetnego charakteru szukał gorliwy mecenas. Na niego to sarkano na dworze królowéj Bony, że wprowadza do najbliższego otoczenia monarchy ludzi „obskurnych,” że przenosi dzieci mieszczańskie nad synów wojewodów i kasztelanów. Przyszło nawet z tego powodu na sejmie z r. 1535 do głośnych pogróżek. Mimo to nie liczył się Choiński z żądaniami partyi dworskiéj, tém więcéj, że i Zygmunt Stary nie przywiązywał żadnéj wagi do takiego lub innego urodzenia, lecz cenił tylko osobistą wartość człowieka.
Od r. 1528 słuchał w akademii krakowskiéj wykładów: Jana z Kazimierza i Cyryaka Struzy, syna mieszczanina z Biecza, młody Marcin Kromer. Struza, dbały o przyszłość swego ukochanego ucznia, choć marzył o tém, aby miéć w nim „najwierniejszego w pracy towarzysza“[10], wolał jednak dla jego dobra poświęcić swe osobiste korzyści, i polecił go po skończeniu akademii kierownikowi kancelaryi królewskiéj. Choiński, który, obcując ciągle z młodzieżą, miał dobre oko, odgadł w Kromerze odrazu dużą zdolność i dlatego postanowił wydobyć go na wierzch. Nie mogąc go jako mieszczanina umieścić odrazu w kancelaryi, używał go nasamprzód osobiście do pióra; niebawem jednak, przekonawszy ludzi o talencie swego protegowanego, zrobił go mimo oporu z różnych stron sekretarzem koronnym.
Czule żegnał się wówczas profesor Struza z uczniem swoim w przedmowie do wydania dzieła p. n.: „Marci Tulli Ciceronis ad Trebatium Topica,“ pocieszając się tylko tém, że Kromera: vir clarissimus publica ad munia maxima ejus laude evocaverit.
Sześć lat przepędził Kromer przy boku Choińskiego, jeżdżąc z nim po kraju razem z knncelaryą królewską. Zwierzchnik i podwładny przywiązali się wkrótce do siebie. Choiński, pisząc o swym sekretarzu, mówi zawsze serdecznie: Cromerus meus... (Hosiana nr. 17), a Kromer pamięta późniéj w swéj kronice, że mu biskup był więcéj ojcem aniżeli panem i chlebodawcą (Etenim non in clientis, sed in alumni atque filii loco nos dilexit, ac de ornamentis nostris sedulo cogitabat; ks. V, str. 78 A).
Za życzliwość płacił Kromer tém, czém wówczas mógł, — wdzięcznością. Dedykował on Choińskiemu pierwsze swe próby literackie, jak przekład łaciński Arystotelesa: „De juventa et senectute“ (1532) i Pytagorasa „Aurea carmina“ (1534). A kiedy biskupowi umarł w r. 1534 sędziwy ojciec, pocieszał smutnego młody sekretarz wierszem żałobnym p. n.: „Consolatio Choinio post mortem patris” (Wiszniewskiego Hist. lit. pol. tom VII).
Są z owego czasu liczne ślady przyjemnego stosunku między Choińskim, a tymi, których on wspierał. Choiński umiał bowiem tak dać, że biorący nie czuł przykrości dobrodziejstwa.
Grzegorz z Szamotuł, doktór Kanonów, przypisał mu dzieło swoje: „O przeszkodach kanonicznych do małżeństwa“ — już wówczas kiedy patron jego nie był nawet jeszcze biskupem de nomine bo w r. 1529 (Jocher, tom III, str. 228). To samo uczynił w r. 1533 Jan Cerw Tucholczyk z swoją „Składnią“ (tamże III, nr. 658); to samo Struś z przekładem łacińskim „Astrologii Galena,“ wydrukowanym w r. 1535 w Wenecyi (tamże tom I, nr. 210). Tydeman Gize, Dantyszek i Hozyusz odzywają się o Choińskim zawsze z uwielbieniem.
Ówczesna zdolna młodzież przenosiła pracę pod kierownictwem Choińskiego ponad wszystkie inne, chwilowo nawet korzystniejsze widoki. I tak nie przyjął Stanisław Hozyusz w r. 1536 posady, ofiarowanéj mu przez Jana Latalskiego, bisk. krak., idąc za wezwaniem Choińskiego. Wywiązała się z tego powodu ożywiona korespondencya między obydwoma biskupami (Stan. Hozyusz i t. d. j. w. str. 409), z któréj dowiadujemy się, że Choiński pamiętał od pierwszéj chwili o losach Hozyusza. Jeszcze był bardzo młodym, kiedy umiał ocenić znakomite przymioty przyszłego kardynała (hunc virum, ob virtutes, quibus pulchre adornatus est, jam non a pauco tempore amavi) i polecił go krewniakowi i protektorowi swojemu, Janowi Konarskiemu, a po śmierci tegoż, Piotrowi Tomickiemu (Petri Tomicii, Praesulis Cracov., ut potui, insinuavi). Gdy Tomicki umarł, domagał się Latalski od Choińskiego, aby mu tenże Hozyusza odstąpił, lecz następca słynnego podkanclerza odmówił wręcz, nie chcąc narazić Hozyusza na zmienne kaprysy partyi dworskiéj. W cytowanym wyżéj liście odpowiada Choiński Latalskiemu: nie potrzebuję Hozyusza do czynności sekretarskich, lecz pragnę mieć w nim uczestnika rozmów uczonych (non ut scribendis epistolis oneretur apud me, sed quo doctrinae suae fructum interdum familiaribus colloquiis me participem faciat). Był więc Hozyusz przy Choińskim więcéj towarzyszem, domownikiem poufnym aniżeli sekretarzem.
Choć Kromer należał do najzdolniejszych urzędników Choińskiego, wolał jednak biskup, tak samo jak niegdyś profesor Struza, poświęcić osobiste korzyści dla dobra swego wychowańca. W tym celu nakłonił Kromera do wyjazdu za granicę, do Niemiec i Włoch dla dalszego kształcenia się. Ponieważ młody sekretarz nie posiadał odpowiednich środków, dał mu Choiński 60 dukatów na podróż (Hosiana; str. 32) i wyznaczył mu stałą pensyą na czas pobytu między obcymi, gdzie się Kromer uczył prawa (Wiszniewsk. M. H. L. P. VII, nr. 290). Aby zaś Kromer miał w świecie większe poszanowanie, mianował go Choiński na wyjezdnem (w. r. 1536), będąc już wówczas biskupem płockim, kanonikiem pułtuskim (Finkiel, j. w. str. 320).
W ten sposób wyrównał zacny mecenas swemu ulubieńcowi drogę, otwierając mu bramą do następnych dostojeństw i do znaczenia. Niejednemu pomógł on równie chętném sercem do wydobycia się na wierzch z podziemiów stanowiska podrzędnego.
Wielka też radość zapanowała między uczonymi stolicy podwawelowéj, gdy Choiński objął w końcu r. 1537 biskupstwo krakowskie i stał się przez to bezpośrednim zwierzchnikiem akademii. Józef Struś wrócił był już wówczas do Polski i wykładał medycynę podług Galena, a czynił to, jak mówił, „na cześć biskupa.“ Kiedy zabrakło książki w tym kierunku, zbiegli się studenci do Wietora, prosząc go, aby nowe zrobił wydanie. Posłuchał Wietor, „ażeby się przez to przypodobał Choińskiemu, najzacniejszemu i poczciwemu książęciu kościoła za „którego staraniem i kosztem ta właśnie nauka tak pięknie zakwitła w Krakowie“ (cujus opera et sumptibus studia haec nostra pulchre suas figunt radices Cracoviae; słowa Strusia, w przedmowie do nowego wydania Galena z r. 1537, a poświęconego Choińskiemu; (Jocher, nr. 212).
Lecz radość ta nie trwała długo. Już bowiem w roku następnym zeszedł z tego świata protektor akademii i mecenas uczonych polskich XVI w.
Wiadomo, że dwór Zygmunta starego był w drugiéj połowie jego panowania widowiskiem ciągłych intryg, przekupstw, a nawet skrytych zbrodni.
W miarę, jak się król starzał, rósł w Rzeczypospolitéj wpływ jego małżonki, przewrotnéj, chciwéj władzy i pieniędzy Bony. Córa Jana Galeaco Sforzy, wmięszawszy się raz do spraw Rzeczypospolitéj z powodu swego syna, któremu razem z mężem pragnęła zapewnić następstwo tronu, zasmakowawszy w rozkoszach bezpośredniéj władzy, głównie zaś w korzyściach ztąd płynących, nie chciała już wrócić do cichych komnat niewieścich. Lecz Zygmunt Stary, najznamienitszy, najsprawiedliwszy i najwięcéj królewski z wszystkich Jagielonów, nie dał się od razu wtłoczyć pod pantofel.
Tymczasem więc, czekając na lepszą sposobność, frymarczyła królowa dygnitarstwami, sprzedając je temu, kto dał więcéj. W ten sposób wdarli się na stolice biskupie ludzie źli i wcale nie duchownego usposobienia. Tak: plotkarz Branicki, szachraj Noskowski, głupiec „darmo na ziemi ciążący,“ Dzierzkowski, pijaczyna Latalski, rozwiązły Buczacki, chciwy lichwiarz Łukasz Górka i t. d. (Moraczewski Jęd. Dz. Rz. p. tom IV, str. 116). Kto dobrze zapłacił, zostawał biskupem, bez względu na to, czy posiadał odpowiednie kwalifikacye, lub téż nie.
Nie mogąc odrabiać sama wszystkich „interesów,“ musiała się Bona otoczyć ludźmi, podobnymi do siebie. Służyli jéj najgorliwiéj: Piotr Kmita Sobieński z Wiśnicza i Piotr Gamrat, znany karyerowicz. Jeden i drugi nie przebierali w środkach, gdy szło o wykonanie rozkazów królowéj, lub o własne zbogacenie. Czacki opowiada w swéj rozprawie o „Żydach,” że Kmita brał „łapówki“ od żydów, aby bronił przywilejów ich na sejmie, a od mieszczan, aby mówił przeciw Izraelowi, a po Gamracie została wieczna pamiątka w słowie „gamracić,“ „gamratować.“
Nie wesoły widok przedstawiał dwór krakowski po r. 1530. Rozdzielał się on na dwa stronnictwa: na przyjaciół króla i popleczników królowéj. Na czele pierwszego stali razem z Janem Tarnowskim dwaj Wielkopolanie: Tomicki i Choiński; na czele zaś drugiego: Kmita i Gamrat. Ponieważ pieczęcie, a z niemi władza znajdowały się w ręku zwolenników monarchy, zwróciła się przeciw nim nienawiść Bony i jéj zauszników.
Był jeszcze inny powód tego wrogiego usposobienia przeciw wielkopolanom.
Jedyni bowiem wielkopolanie nie robili na dworze Zygmunta Starego wielkich majątków. Bogacili się w tym czasie wszyscy dygnitarze niezmiernie szybko, a Konarski, Tomicki i Choiński nie pomnożyli swych fortun. Konarski „nie lubił groszy,“ a Tomicki i Choiński rozdawali wszystko, co posiadali. Taki nawet kanclerz Szydłowiecki, wojewoda krakowski, nie brzydził się „łapóweczką.“ Chwalił się sam, że wziął od cesarza Maksymiliana różnemi czasy do... 80,000 dukatów, że dostawał podarunki od Władysława węgierskiego, że „kochali go w ten sposób inni chrześciańscy i pogańscy monarchowie“ (Wapowski, pod r. 1532). Z wielmożów wielkopolskich odznaczał się wówczas tylko Górka chciwością złota, ale Górkowie dorabiali się dopiero z końcem XV-go wieku, więc posiadali jeszcze wszystkie wady „ludzi nowych.“
Oprócz tego drażnili wielko-polacy stronnictwo królowéj swą plemienną prawdomównością, swą prowincyonalną „gburowatością,“ która przechowała się dotąd między potomkami możnych niegdyś panów z nad Odry i Warty.
Podczas kiedy małopolanie wyróżniali się od pierwszéj chwili z pomiędzy innych „panów braci,“ ogładą towarzyską, giętkością, podajnością i zmysłem praktycznym, byli wielcy polacy już za czasów Piastów znani z tego, że „używali chętnie słów szkaradnych i rwali się zaraz do korda.“ Nawet prawodawstwo uwzględniało ten rys charakterystyczny wielkopolan, naznaczając za przestęstwa ich, jako zdarzające się częściéj, mniejszą karę.
Ludzie szorstcy, nie zakładający kagańca na usta, mówiący to, co myśleli, prosto z mostu, a co za tém idzie, dumni, odważni w słowie i despotyczni, nie mogli być na rękę wszystkim tym, którzy łowili ryby w mętnéj wodzie.
Ponieważ Konarski umarł przed kilku laty w klasztorze, dokąd usunął się na starość, a Tomicki dogasał, zwróciła się cała nienawiść Bony i jéj popleczników przeciw młodemu Choińskiemu, znanemu z „cnoty wypróbowanéj“ tém więcéj, że go Zygmunt Stary kochał jak syna.“ (Kron. Kromera str. 78 A).
Musiał być Choiński prawdziwym wielkopolaninem, skorym do „słów szkaradnych“ i do nie obwijania niczego w bawełnę, mimo swéj przyjemnéj powierzchowności, jak świadczy jego portret i Kromer (in victu cultuque corporis elegans, et moderatus; ks. V, str. 78 A), gdyż naraził sobie swą bezwzględną prawością i prawdomównością wielu możnych swego czasu. Kromer mówi wyraźnie, że jego dobrodziéj był wyjątkowo odważnym gdy chodziło o obronę sprawiedliwości lub zwalczenie niesprawiedliwości, przez co oburzył na siebie różnych wielmożów i nie używał dla tego takiéj popularności, na jaką zasługiwał. (constantia, integritate et libertate in defendenda justicia et injusticia oppugnanda singulari. Quibus rebus, cum potentes et factiosos quosdam offendisset, corum obtrectacionibus minus gratiosus fuit apud multitudinem, quam esse debuit; jak wyżéj). Lubił Choińskiego tylko Zygmunt Stary, który odznaczał się sam powyższemi zaletami czy wadami. Nienawidzili go zaś wszyscy, którzy mieli coś do ukrycia. Nie cierpiał go nawet Krzycki, człowiek wielkich zdolności, lecz płochy i pusty, choć jako siostrzeniec Tomickiego powinien się był znać na wartości charakterów szorstkich, pozornie niewygodnych, a w istocie łatwych i serdecznych.
Początek „rewolucyi pałacowéj,“ datuje się od r. 1532. W roku tym umarł Szydłowiecki, wielki kanclerz koronny, który, choć nie gardził darami „chrześciańskich i pogańskich monarchów,“ umiał jednak utrzymać w karbach żelazną dłonią tę całą gawiedź pokątną, goniącą za posadami i mamoną.
Wszelkiemi siłami starało się teraz stronnictwo królowéj o wielką pieczęć, aby osiągnąć przez nią moc wydawania dokumentów. Lecz Zygmunt Stary nie dał się nakłonić, woląc nie obsadzić wcale kanclerstwa, jak powierzyć je niegodnemu.
Kanclerstwo wakowało od śmierci Szydłowieckiego (od r. 1532) aż do r. 1537. Czyności kanclerskie pełnił aż do r. 1535 w zastępstwie Tomicki, a podkanclerskie Choiński. Tomicki nie był nigdy rzeczywistym w. kanclerzem koronnym.
Gdy w trzy lata potém, w r. 1535, zeszedł z tego świata słynny mąż stanu, Piotr Tomicki, opróżniły się po nim dwie wpływowe godności: podkanclerstwo i biskupstwo krakowskie.
Że się po nim Choińskiemu należało następstwo, nie zaprzeczał nikt. Wszakże nie kto inny, tylko młody biskup przemyślski pracował pod nadzorem biskupa krakowskiego od lat kilkunastu, a od dziesięciu przeszło działał w jego imieniu. Któż inny mógł być tak obeznanym z sprawami królestwa, jak czynny a rzutki naczelnik kancelaryi? Był on na domiar po śmierci Szydłowieckiego i Tomickiego jedynym z owéj trójcy głośnych mówców politycznych i dyplomatów, których sławę roznosiły poselstwa zagraniczne po ówczesnéj Europie cywilizowanéj. I osobista jego zacność a prawość dawała rękojmią, że będzie rządził Rzecząpospolitą godnie i uczciwie.
Lecz właśnie takiego sternika nie życzyła sobie Bona. Choiński nie pozwoliłby niezawodnie na sprzedawanie dygnitarstw, na gromadzenie owych „sum neapolitańskich,“ z któremi stara królowa późniéj z Polski ujechała. Więc trzeba usunąć hardego wielkopolanina. Podkanclerzym będzie Gamrat, człowiek bez zdolności wyższych i bez wykształcenia, „wiercipięta i trefniś,“ ale dworak giętkiego karku, zdolny do każdego czynu.
Król zagadywany ciągle, nie mogąc się opędzić natarczywym prośbom swéj małżonki, postanowił użyć tym razem podstępu, a zarazem ukarać zauszników Bony. Pytany komu odda po Tomickim małą pieczęć, odpowiadał półsłówkami, przez co utwierdził królowę w mniemaniu, że zamierza uczynić zadość jéj żądaniom.
Więc podkanclerzym będzie Gamrat! zawołano radośnie w obozie królowéj. Gamrat był tak pewnym swego wyboru, że kazał sobie już oddać kancelaryą, co też Choiński, zmęczony ciągłemi intrygami, chętnie uczynił.
Nadszedł wreszcie sejm, na którym Zygmunt miał rozdać urzędowo pieczęcie. Na sejm ten w r. 1536, przybył Gamrat z gotową dla króla mową dziękczynną za podkanclerstwo. I rzeczywiście gdy zbliżyła się w toku obrad chwila oddania pieczęci mniejszéj, zwrócił się marszałek dworu, który starodawnym zwyczajem ogłaszał w imieniu króla nowych dygnitarzów koronnych, w stronę Gamrata, zalecając w dłuższéj oracyi godność kanclerską. Gdy skończył przemowę, spojrzał na Gamrata i wyrzekł: Vobis, domine episcope (Wam, panie biskupie...) poczém urwał nagle, oglądając się na króla, z którym był w zmowie. Zygmunt siedział na tronie z miną niewinną, uśmiechając się tylko tajemniczo.
Gamrat pewny, że to o nim mowa, podniósł się z krzesła i zaczął dziękować, kiedy się król nagle odezwał: Domine episcope, non vos estis... (Panie biskupie nie wy to jesteście), i przechyliwszy się do Choińskiego oddał mu pieczęć.
Powszechny śmiech panów sejmujących odpowiedział na ten żart królewski, a stronnictwo Bony zawrzało oczywiście tém większą nienawiścią przeciw wybrańcowi Zygmunta.
Głównie Gamrat, ośmieszony, obrażony osobiście, nie mógł sprzyjać szczęśliwszemu współzawodnikowi.
Wypadek ten opisuje ks. Łubieński w „Żywotach bisk. płockich,“ a powtarzają go za nim inni (Niesiecki w „Koronie“ tom II, str. 177).
I biskupstwo krakowskie miał Choiński objąć zaraz po Tomickim w r. 1535, mimo to, iż starał się o nie syn króla, t. zw. Jan z książąt litewskich. Nie chcąc jednak Bony zbyt drażnić, usunął się na stronę Latalskiemu, który nie szczędził pieniędzy; a zadowolnił się tymczasem stolicą płocką.
Została jeszcze wielka pieczęć, któréj król nie rozdał nikomu po śmierci Szydłowieckiego. Na godność tę zwróciła Bona główną uwagę, lecz stary król, o którym Kromer pisze, że „posiadał sąd boski“ (cujus judicium divinum erat), nie uległ i tym razem namowom i prośbom swéj małżonki, bo oddał wielką pieczęć Choińskiemu już w r. 1537 dnia 7 lutego, a opróżnioną po nim małą, jego uczniowi i przyjacielowi, Wolskiemu.
Gdy prawie równocześnie, przy końcu r. 1573, „kupił“ sobie Latalski arcybiskupstwo gnieźnieńsko-poznańskie, postąpił Choiński z Płocka na stolicę krakowską.
Był więc Choiński nareszcie jednym z najpoważniejszych panów koronnych, bo biskupem krakowskim i wielkim kanclerzem koronnym ku wielkiéj radości ówczesnych uczonych polskich a ku pognębieniu stronnictwa królowéj. Jako taki mógł bowiem unicestwić wszelkie plany rożnych karyerowiczów, i byłby to niezawodnie uczynił, o czém świadczą współcześni mu autorowie.
Przeto musiał ustąpić. Nie jeden z ludzi owego czasu, sans reproche et tâche, którego nie można było kupić, doznał na sobie doraźnéj skuteczności mściwości Bony.
Zaledwo jeden rok trzymał Choiński wielką pieczęć w swéj krzepkiéj, niesprzedajnéj dłoni. Witał on w charakterze wielkiego kanclerza uroczystą mową, wracającego dnia 24 października 1537 r. Zygmunta z Lwowa do Krakowa.
Kiedy burzliwa, niesforna już szlachta, okrywszy się pod Lwowem („Wojna kokosza”) sromem, zjechała się w r. 1538 na sejm do Piotrkowa, podążył tam za królem i kanclerz.
„Zajątrzone serca przynieśli” panowie do Piotrkowa, pisze Bielski (ks. V, str. 523). Z „zajątrzonemi” téż sercami przybyli na sejm liczni nieprzyjaciele Choińskiego.
Gdy kanclerz przemówił do senatu i rycerstwa po wielkopolsku, „szkaradnie,” gromkiemi słowy, dopełniła się miarka. Nagle, niespodzianie, zupełnie zdrów, zaniemógł i skonał natychmiast, w poniedziałek dnia 11 marca 1538 r., licząc dopiero lat 51.
Stary Zygmunt opuścił Piotrków już w piątek, smutny i złamany, a Tydeman Gize doniósł Dantyszkowi o zgonie Choińskiego w czułych wyrazach, wskazując wyraźnie powód śmierci. „Straciło królestwo męża słynnego i potrzebnego — skarży się Gize — a my najlepszego patrona; nie wątpię, że umarł więcéj przez nienawiść niektórych, aniżeli z choroby (Ita regnum illud clarissimo ac necessario viro, et nos patrono optimo orbati sumus; non dubito, illum magis invidia quorundam, quam morbo aut fato peremptum; Manuscr. Heilsberg. Przypisy Krasickiego).
O śmierć gwałtowną, nienaturalną Choińskiego potrącają wszystkie jego nagrobki i wzmianki współczesnych autorów. Kromer, zawsze dobrze poinformowany, pisze: i byłby żył prawdopodobnie do tego czasu, gdyby dbał więcéj o własne pożytki, aniżeli o cnotę i Rzeczpospolitą. Tak jednakże zeszedł z tego świata śmiercią przedwczesną (Atque is viveret adhuc fortasse, si chariora sua commoda, quam virtutem et rempublicam habuisset. Caeterum autem octo annos immaturam mortem obiit (st. 78 A.). Tak samo późniejsi: Padniewski, Starowolski i t. d.
Choiński był ostatnim przedstawicielem świetności Zygmunta I-go. Świadek jego potęgi i wielkości, współpracownik robót wewnętrznych i misyi zagranicznych, towarzysz Szydłowieckiego i Tomickiego, domownik i osobisty przyjaciel króla, wziął z sobą kanclerz do grobu tradycye dzielności i sprężystości znakomitego Jagielończyka.
Zygmunt odczuł bardzo dotkliwie śmierć swego powiernika. Gdy go grzebał w wielkim ołtarzu, w katedrze krakowskiéj, na Wawelu, zrosił jego trumnę rzęsistemi łzami. Wszakże minęły razem z zmarłym „dobre czasy.” Nowi ludzie, których monarcha ani kochał, ani cenił, otaczali już tron. Choiński był ostatnim z dawnéj szkoły dyplomatów Zygmunta, którzy imię jego talentem swoim uświetniali między obcymi.
Stary król nie dźwignął się już po téj stracie. Zaraz po śmierci Choińskiego schwyciła Bona rządy państwa w swe bezmiłosierne dłonie, obsadziwszy znaczniejsze dygnitarstwa własnemi kreaturami.
Zwłoki Choińskiego spoczywają dotąd na Wawelu, w wielkim ołtarzu; tylko nagrobek ustąpił późniéj miejsca tablicom królów: Wiśniowieckiego i Sobieskiego, i znajduje się dziś w kaplicy św. Jędrzeja (Olbrachta).
Biskup Padniewski napisał dla zgasłego tak wcześnie kanclerza następny epitaf:

Mens ego regis eram, summi columenque senatus
Idque ope Mercurii, Palladis et fidei.
Summorum celerem cursum succidit honorum,
Quem dederat virtus, invida Parca mihi.

Epitaf ten umieścił Starowolski w swych „Monumentach” (str. 28).
Inny wiersz pochwalny podaje Okolski:

O mihi, si plures annos fera Parca dedisset
Et vellent vitae fata favere meae,
Quam tibi multa forent nostro de nomine, quamquam
Afflueres magnis Grachia (!) docta bonis.
Sed quia, quod volui, nequeo; grata accipe mente:
In rebus magnis et voluisse sat est.

Jeden z licznych wychowańców Choińskiego, Jakób Wierzba, kanonik krakowski i pułtuski, kazał wymalować portret swego dobrodzieja. Wizerunek ten wisi dotąd w krużgankach, w kościele OO. Franciszkanów w Krakowie. Wierzba położył pod nim podpis następujący: „Joanni Choiński episc. crac. et cancellario Regni, Senatori, Regenti constantissimo, et juris consultissimo, et apud Regem Sigismundum Primum merito suo graciosissimo ingenio, judicio, dignitateque praestantissimo. Cuius praeclarissimas de Republica et Religione cogitationes mors immatura intercepit — Patrono suo optime merito, Jacobus Wiesba, canonic. cracov. et pult. posuit.”
Inny portret Choińskiego znajduje się w Kielcach, w sali pałacu dawniéj biskupiego.
Oprócz króla uczuł śmierć kanclerza na razie najwięcéj ten, który mu wszystko zawdzięczał. Marcin Kromer znalazł się nagle za granicą bez dalszych środków do utrzymania. Restrictior est is — pisze do niego Hozyusz w owym czasie — ex cujus solius liberalitate pendes (Hosiana).
Już mu jednakże Choiński wyrównał drogi, już znano go w kraju jako młodzieńca, pełnego zdolności i osobistych przymiotów szlachetnego charakteru. Więc znaleźli się mecenasi, którzy podali rękę przyszłemu historykowi. Sam nawet największy wróg Choińskiego, Gamrat, zajął się Kromerem, chcąc go dla siebie zjednać.
Ta bezpośrednia zależność wszystkich protegowanych i wychowańców Choińskiego od jego nieprzyjaciół, była pierwszym powodem niepamięci, w któréj falach utonęło późniéj imię jednego z owéj trójcy dyplomatycznéj, świecącéj za panowania Zygmunta Starego. Uczeni, choć żalili się po cichu, nie mieli odwagi do publicznego wydania sądu i do wykrycia bezprawia, dopóki żyli jego sprawcy. Nawet Kromer, choć złożył w swéj kronice podziękowanie swemu dobrodziejowi, przyczepiając wiadomość o nim do wzmianki o herbie Habdank, pominął zręcznie śmierć jego.
I Stanisław Górski, kanonik krakowski, naprzód sekretarz kilku kanclerzów, potém królowéj Bony przyboczny pisarz, przyczynił się do zatarcia śladów po Choińskim. Zebrawszy bowiem z niezmierną pracowitością dokumenty swych zwierzchników, ochrzcił je niesłusznie wspólném mianem: „Acta Tomiciana,” krzywdząc przez to głównie Choińskiego, który pracę całego swego życia w tych aktach utopił. Choć bowiem był podkanclerzem i kanclerzem de nomine tylko przez lat trzy (od r. 1535—1538), zajmował jednak przez lat kilkanaście stanowisko naczelnika kancelaryi, a jako taki był autorem znacznéj części dokumentów, znanych pod zbiorowém nazwiskiem aktów Tomickiego.
Wiadomo zresztą, że nie Tomicki, tylko Szydłowiecki i Choiński obrabiali wszystkie sprawy państwa poza obrębem Krakowa, że oni to jeździli w imieniu króla na sejmy i sejmiki, na zjazdy i poselstwa.
Pracę tak Szydłowieckiego jak Choińskiego podciągnął Górski pod jednę rubrykę: Tomicki. Że sekretarz Bony musiał pominąć jéj ofiarę, rozumie się zresztą samo przez się.
I przedwczesna śmierć Choińskiego przyczyniła się oczywiście do zmniejszenia jego sławy. Gdyby był żył jeszcze lat kilka, byłby się niezawodnie dał we znaki przewrotnéj włoszce i jéj stronnictwu.
Jeśli kto, to historyk literatury polskiéj powinien pamiętać o Janie Choińskim, choćby dlatego, że wychował krajowi Strusia i Kromera, a Dantyszkowi, Hozyuszowi, Cypryanowi z Łowicza, Grzegorzowi z Szamotuł i wielu, wielu innym chętném pomagał sercem, ułatwiając im pracę naukową. Z tego powodu należy się mu bezwątpienia zaszczytne, może pierwsze miejsce między mecenasami uczonych polskich z pierwszéj połowy XVI w.
I owe „Statuta gnieźnieńskie,” które Choiński razem z Myszkowskim ułożył, i ów pierwszy katechizm w języku polskim, wydany jego staraniem, należą choćby tylko do bibliografii.
Że wszystko, co o Choińskim pisali współcześni, było prawdą, najlepszym tego dowodem jego spuścizna. Możny pan, sam bogaty z urodzenia, trojaki biskup, podkanclerz i kanclerz, nie pozostawił po sobie nic. Rozdał wszystko, co posiadał, między utalentowaną młodzież, nie przekazawszy rodzinie swéj ani grosza. Tomicki pamiętał przynajmniéj o swych koligatach. Siostrzeńcowi swemu, Krzyckiemu, pomógł do biskupstwa, a synowcom przysposobił grunt do dygnitarstw świeckich. Lecz Choiński nie postarał się o żadne synekury dla swych krewnych, choćby mu to jako domownikowi i ulubieńcowi króla nie było sprawiło trudności.
Brat jego, Wojciech, żonaty z krewniaczką swoją Heleną Konarską, siedział w majątku dziedzicznym, w zamku choińskim, odpierał napady ritterów niemieckich, lub najeżdżał ich sam, a w czasach spokojniejszych ruszał na sejmy jako poseł poznański (tribunus posnaniensis) z wolnego wyboru „panów braci.” Gdy zmarł, w r. 1555 oddał pięciu synom swoim starodawne siedziby rodu: Chojno, Golejewko i Ostrobudki. Ani jedna piędź ziemi nie przybyła Choińskim po kanclerzu.
Z synów posła Wojciecha chciał pójść jeden, Hieronim (Jarosz), drogą stryja. Ukończywszy uniwersytet lipski około r. 1560, przywdział suknią duchowną i zasługiwał się nasamprzód prymasowi Uchańskiemu, jak niegdyś Jan Łaskiemu. Uzyskał i on bardzo szybko fiolety, bo wszedł już w r. 1561 do kapituły krakowskiéj (Łętowski „Katal,” tom II, str. 112). Był i on sekretarzem koronnym, lecz do stanowiska pierwszorzędnego nie dotarł nigdy. Nie posiadał snać zdolności stryja. Hieronim Choiński podpisał unią lubelską w roku 1569 jako kanonik poznański (Const. str. 154).
Drugi synowiec kanclerza, a brat poprzedniego, Piotr, nie odstąpił od rycerskiéj swego rodu tradycyi. Zwyczajem możnych panów owego czasu „polerował się” w młodości na dworach monarchów zagranicznych. Dłuższy czas przepędził przy boku cesarza Rudolfa razem z wujem swoim (przez matkę) Krzysztofem Zborowskim. Zawikłany z tego powodu w sprawę braci Samuela, stawił się natychmiast na wezwanie i świadczył na sejmie warszawskim z r. 1585 na niekorzyść Zborowskich, choć był ich blizkim krewnym, bo siostrzeńcem. Między innémi oświadczył, że widział, jak się Krzysztof umawiał z posłem moskiewskim.
Zostawszy następnie w kraju jako podczaszy królowéj Anny, ożenił się z Zofią Kościelecką, córką Janusza, wojewody sieradzkiego (nie z Sokołowską, chorążanką spiską, jak mylnie Niesiecki podaje), któréj druga siostra, Regina, była za Wojciechem Mycielskim, i poświęcił całe swe życie „ekspedycyom wojennym.“ Paprocki nazywa go „mężem znacznym w sprawach rycerskich.”
Mianowany dnia 22 czerwca 1604 r. kasztelanem santockim — pełnił jeszcze przy końcu życia w r. 1613 czynność lustratora ceł wielkopolskich. Umarł w r. 1614.
Synowie tegoż kasztelana Piotra i Zofii Kościeleckiéj poszli śladami ojca. Jeden z nich, Andrzéj, wojował z rycerzami szlązkimi, którzy go ciągle napadali; drugi, Jerzy, walczył na czele własnéj chorągwi z Chodkiewiczem pod Chocimem. Wzięty do niewoli i wykupiony przez chłopów wsi swoich, którzy pojechali po swego pana do Turcyi, wrócił do kraju, lecz odczepił się od wspólnego pnia, bo osiadł w innym przez ojca nabytym majątku, w województwie kaliskiém.
Syn tegoż Jerzego a wnuk kasztelana Piotra „polerował się“ na dworze swego krewniaka po kądzieli, wojewody Krzysztofa Opalińskiego, z którym wyjeżdżał w r. 1645 z poselstwem polskiém do Paryża po Maryą Ludwikę, jako rotmistrz karabinierów koronnych. Ten sam walczył przeciw kozakom pod Starcem jako pułkownik polski (ductor exercituum; Okolski), pod naczelném dowództwem księcia Dominika Zasławskiego.
Jeden z synów tegoż zginął pod Gołębiem, gdzie potykał się ze szwedami, jako dowódzca własnéj chorągwi.
Na nim kończy się, w drugiéj połowie XVII-go w. historyczna działalność wielkopolskich Choińskich. Służyli oni krajowi przeszło 200 lat, przez sześć pokoleń, nie splamiwszy się ani razu sprzedajnością, chciwością lub zdradą. Już przy końcu XVI w. rozszczepiła się ta rodzina na dwie linie: starszą i młodszą. Starsza, która dotąd istnieje, trzymała się dawnego obyczaju, pracując dla Rzeczypospolitéj głównie z mieczem w dłoni.
Członkowie téj linii rycerskiéj, siedzący ciągle na koniu i pędzący życie na posługach publicznych nie mieli czasu do pilnowania swych interesów osobistych. Występowali oni dworno i zbrojno, odbywali dalekie podróże po Europie, odznaczali się hojnością i lekceważeniem pieniędzy.
Dłuższy czas trzymali się potomkowie Jerzego, kasztelanica santockiego, w województwie kaliskiém, gdzie ich Niesiecki jeszcze znał; ztamtąd przenieśli się w połowie XVIII w. do Prus zachodnich, w okolice Riesenburga (Preuss. Adelslexikon) i przestali być „possessionati“ w początkach bieżącego stulecia, podupadłszy zupełnie. Ostatni „possessionatus“ tego domu, Franciszek Ksawery Choiński, żonaty z Franciszką Raczyńską, szukał już w drugiéj połowie swego życia chleba w służbie pruskiéj.
Najstarszy syn jego Tymoteusz Choiński, żyjący dotąd naczelnik rozbitków tego niegdyś możnego domu, autor dzieła p. n. „Urządzenie lasów, podręcznik praktyczny dla obywateli ziemskich,“ Warszawa, 1878 r.; mieszka obecnie w Ameryce, gdzie założył na samym skraju stanu Arkanzas kolonią, którą polskimi zaludnił wychodźcami nazwawszy ją „Chojnem.” W samém Poznańskiém przebywa tylko jeden z Choińskich wielkopolskich, ksiądz Antoni, brat poprzedniego, licencyat św. teologii, proboszcz Bydgoszczy, autor rozprawki lingwistycznéj p. n. „Słówko o języku polskim.“ Reszta przepadła tak bez wieści, zmieszawszy się z tłumem, że nawet niewiadomo, gdzie się znajdują. Taki sam prawie los spotkał Tomickich i Konarskich.
Druga linia młodsza, idąca od piątego syna posła Wojciecha, a synowca kasztelana Piotra, od Jana Choińskiego i Zofii Mycielskiéj, wnuczki Jakóba, założyciela t. zw. linii podstolińskiéj, przeniosła spokojny żywot zamożnych ziemian nad ruchliwą, lecz wyczerpującą kieszenie włóczęgę starszéj braci, wyzyskując jéj rozgłos na swoję korzyść. Gospodarując skrzętnie i żeniąc się dobrze (Rozdrażewska, Mycielska, Ponińska, Szołdrska) odkupiła nie tylko od linii starszéj wszystkie majątki rodzinne, lecz dorobiła się jeszcze znacznie. Przy końcu XVII w. należało do niéj mnóstwo włości, między innemi: Chojno, Golejewo, Golejewko, Ostrobudki, Stwolno, Zielonawieś, Słupia, Niemarzyn, Szymanowo, Wydawy, Sikorzyn, Zawada, Kubeczki, Ugody i kilka innych mniejszych folwarków.
Cała ta ogromna fortuna dostała się spadkobiercom młodszych Choińskich po kądzieli mianowicie: Rydzyńskim, Rogalińskim, Woronieckim, Skórzewskim, Gajewskim, Wilkońskim, Mycielskim i Przyborowskim, gdyż linia ta wygasła po mieczu na Kazimierzu, synu Stanisława i Zofii Ponińskiéj. Przez cały wiek XVIII procesowały się dzieci różnych pań Choińskich o włości swych przodków. Wszystkie te generałowe, kasztelanowe, i księżne wodziły się po sądach, jak wytrawni pieniacze, czego liczne ślady zostały w papierach familijnych domu[11]. Ostatecznie wyszły majątki rodzinne z rąk spadkobierców Choińskich w r. 1798, z wyjątkiem jednéj tylko wioski (Ostrobudki), która pozostała przy Rogalińskich.
Choińscy wielkopolscy należeli od swego pierwszego występu do ludzi „piśmiennych.” Kończyli oni wszyscy wyższe zakłady naukowe swego czasu, szukali światła w uniwersytetach zagranicznych, byli słowem, zawsze ludźmi wykształconymi. Nawet kobiety z tego domu współzawodniczyły w tym względzie z mężczyznami. Dorota Choińska, żona generała Jędrzeja Skórzewskiego, marszałka konfederacyi wielkopolskiéj, mieszkająca przeważnie w Berlinie, znaną była na dworze pruskim z gruntownéj wiedzy i dowcipu. Pisywała ona sama „gładkie wiersze francuzkie.“ A rozum Wiktoryi Choińskiéj żony kasztelana Gajewskiego, opiewał P. Słowicki (Heroïka Poësis).
Tradycya kanclerza Jana przetrwała w linii rycersko-księżéj tego domu do czasów najnowszych. Nawet ojciec i dziad dziś żyjących Choińskich, Franciszek-Ksawery, choć pracował już na siebie w drugiéj połowie życia, pomagał, na ile go starczyło, uczącéj się młodzieży. Zbierał ją na ulicy w Poznaniu, wydobywał z brudu, ogarniał, przytulał do siebie i posyłał do szkół.
Oprócz téj cnoty, posiadali Choińscy jeszcze inną, któréj pamięć przechowała się w legendach, unoszących się nad okolicami Miejskiéj Górki. Kochali oni prosty lud i byli przez niego miłowani. Gdy który z nich ruszał na wojnę, powierzał żonę i dzieci swoje opiece swych chłopów. W pokoju zaś panował między dziedzicem a poddanymi stosunek szczeréj przyjaźni. Pan podawał dzieci swych robotników do chrztu, drużbował przy ślubach i odwrotnie. Wyobraźnia ludu uwieczniła ten rys, wcieliwszy go w opowieści, które przechodzą z ojca na syna.
Przy końcu tego krótkiego, pobieżnego szkicu należy sprostować jeden błąd, którego nie usunął dotąd żaden z heraldyków i młodszych historyków. Jest nim mianowicie pisownia nazwiska Choińskich.
Historycy i heraldycy piszą raz „Choiński“ to znów „Chojeński,“ choć współcześni kanclerzowi i krótko po nim idący przekazali następcom swym poprawne brzmienie
Kromer, Dantyszek, Hozyusz, Gize, Starowolski, Neugebauer piszą wyraźnie „Choinius.“ Na nagrobku kanclerza na Wawelu, pod jego portretami: w kościele OO. Franciszkanów w Krakowie i w pałacu pobiskupim w Kielcach; w katalogu biskupów krakowskich Długosza; w kodeksie wielkopolskim Raczyńskiego i w wszystkich wyżéj wymienionych papierach familijnych tego domu, nie uległo nazwizko żadnéj zmianie. Brzmi ono wszędzie „Choiński“ a nie „Chojeński.“ Tak samo podpisał się kanclerz na owym liście niemieckim z r. 1527, przechowywanym w archiwach królewieckich.
Mimo to, piszą heraldycy i historycy nazwisko historycznych członków tego domu raz tak, drugi raz owak, grzesząc tą dowolnością nawet przy wyliczaniu wypadków, odnoszących się do jednéj i téj saméj osoby.
I tak pisze Bielski notaryusza Kazimierza Jagiellończyka dobrze, a kanclerza podwójnie. Tak samo Okolski, inaczéj w rubryce domu, a inaczéj w ogólnym spisie szlachty na końcu I-go tomu. Tak samo Niesiecki w swéj „Koronie.“ W spisie biskupów przemyślskich, podkanclerzów, kanclerzów, i w miejscu, gdzie mówi o Gamracie, nazywa się kanclerz u niego „Choińskim,“ a jako biskup płocki i krakowski „Chojeńskim.“ Błąd ten powtórzył w téj saméj formie Morawski Teodor w swéj historyi, a biskup Łętowski, choć podał nazwisko z nagrobków właściwie, nie zatrzymał poprawnéj pisowni w artykule własnym.
Niedokładność w przepisywaniu nazwisk nie była w XVI w. rzeczą niezwykłą. Ten sam nawet dygnitarz, gdy nie był „uczonym,“ podpisywał się różnie.
Acta Tomiciana i Kodeks dyplomatyczny Rzyszczewskiego, jeżą się usterkami w tym względzie. I tak pisze Górski Tomickiego raz: de Thomice, to znów: de Thomicae, Thomiczky, Tomiczky, Tomicki i t. d. Tęczyńscy nazywają się: de Thanczyn, Thęnczyn, Thenczin i różnie. Kościeleccy: de Koszczyelec, Koszczelec i t. d. Szydłowieccy: de Schidloviecz, Schydłowicz; Maciejowski — Macziejewskim, Myszkowski — Miskowskim; Wieczwiński — Wyeczwyenskim i t. d. Łacina i niemczyzna pomieszała przepisywaczom w głowie[12].
Głównie zaś starano się zmiękczać nazwiska, nadające się do tego. Opalińskich pisano Opaleńskimi, Krasińskich — Krasieńskimi, Grudzińskich — Grudzieńskimi, Gnoińskich — Gnojeńskimi, Choińskich — Chojeńskimi.
Błąd heraldyków i historyków spowodował prawdopodobnie Długosz, który nazwał notaryusza Jana (z r. 1478) z łacińska od „Choyna“ Choyenskym, i polski tłómacz Kromera, który, choć czytał w oryginale wyraźnie „Choinius,“ zmiękczył pisownią na „Choieński.“ — Od nich przejął Paprocki omyłkę, a od tego reszta młodszych heraldyków, z których żaden nie uważał za potrzebne zajrzeć do źródeł.
Byłby to przeto szczegół niewielkiéj wartości, gdyż, czy ktoś pisze Choiński, czy Chojeński, wychodzi ostatecznie na jedno, gdyby Niesiecki, złudzony istnieniem jeszcze drugiéj rodziny tego samego nazwiska, nie był utworzył osobnych dwóch domów: Chojeńskich Habdanków i Choińskich Korczaków.
Są bowiem na Mazowszu, w ziemi bielskiéj, drudzy Choińscy herbu Korczak, rodzina równie starodawna, lecz nie senatorska.
Nazwisko swe wzięli ci Choińscy od kilkunastu Chojan (wielkich, małych i t. d.), leżących w tamtych stronach. I tych Choińskich piszą czasem urzędnicy grodzcy i heraldycy (Herb. Milewsk.) „Chojeńskimi.“ Rzeczywiście mogliby się właśnie oni jako dziedzice różnych Chojen, Chojan, a nie Choiny, jak podaje mylnie Niesiecki, nazywać prędzéj Chojeńskiemi, lub Chojańskimi. Tymczasem jest faktem, że tak wielkopolscy Habdankowie, jak mazowieccy Korczakowie, choć są odmiennemi rodzinami, pisali się i piszą się dotąd tylko Choińskimi.
Dwa domy tego samego nazwiska, choć różnego pochodzenia nie należą u nas wcale do białych kruków. Mamy np. 5) rodzin Baranowskich, Białobłockich (3), Bobrowskich (4), Bogusławskich (7), Borkowskich (4), Borowskich (3), Brzezińskich (6), Byszewskich (7), Gajewskich (3), Góreckich (4), Górskich (7), Jankowskich (5), Janowskich (5), Jasińskich i Jasieńskich (aż 10), Jezierskich (5), Komorowskich (6), Konarskich (2), Tarnowskich (3) i t. d. Baranów, błot, bobrów, borów, brzezin, brzóz, gajów, gór, górek, Janów, Janków, Jaśków, jezior, komór, konarów i t. d. było u nas dużo. Było i wiele choin i pochodzących od nich: Chojnów, Chojan i Choin (Słow. geograf). Nic więc dziwnego, że znalazły się dwie rodziny odmienne, które, nie wiedząc nic o sobie, nazwały się tak samo od swych równobrzmiących włości.
Warszawa, w listopadzie 1885 r.





Przypisy

  1. Szujskiego Józefa: „Przypisy do statutów uniwersytetu krakowskiego“ w „Archiwum do dziejów literatury i oświaty w Polsce.” Kraków, 1882 r., tom II-gi, str. 405.
  2. Maurera Romana: „Urzędnicy kancelaryjni królów polskich z lat 1434—1506;“ Brody, 1881 r.
  3. Kodeks dyplomatyczny Rzyszczewskiego.
  4. Stanisława Łaskiego, wojewody sieradzkiego: „Prace naukowe i dyplomatyczne,“ wydane z rękopisów Muzeum wileńskiego przez Mikołaja Malinowskiego; Wilno, 1864 r., str. 79 i następne.
  5. Kodeks dyplomatyczny Rzyszczewskiego, str. 609.
  6. Starowolskiego: „De claris oratoribus Sarmatiae libellus“ w „Act. Litter. R. P. et M. D. L.“ na rok 1756, str. 84.
  7. Jana Choińskiego i Jerzego Myszkowskiego Statuta gnieźnieńskie, zebrane z polecenia Jana Łaskiego p. n. „Statuta nova inclitae provinciae gnesnensis“ i t. d.
  8. Hausera Leopolda: — Monografia Przemyśla, 1883 r.
  9. Stanislai Hosii S. R. E. Cardinalis Majoris Poenitentiarii, Episcopi Varmiensis et quae ad eum scriptae sunt epistolae, tum etiam ejus orationes et legationes; nakładem Akad. Umiej. w Krakowie, 1879 r., str. 409.
  10. Finkola Ludwika „Marcin Kromer, historyk polski w XVI-ym w.“ w „Rozprawy i Sprawozdania z posiedzenia wydz. hist.-filozof. Ak. Umiej.“ tom XVI, Kraków 1883 r., str. 312.
  11. W zamku golejewskim znajdowało się bogate archiwum domu Choińskich, składające się: z dokumentów rodzinnych, aktów procesowych, pamiętników, raptularzów i t. d. Znaczną część tego zabrała Dorota Choińska, zamężna generałowa Skórzewska i przekazała je swym potomkom. Papiery te znajdują się dotąd w archiwum hr. Skórzewskich w Lubostroniu. Raptularze, pamiętniki i t. d. dostały się do biblioteki Działyńskich w Kurniku, a dokumenty familijne natury prywatnéj są w ręku Teodora Jeske-Choińskiego.
  12. Przyczyny tego zjawiska należy szukać w nieustalonéj pisowni.
    Red.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.