Kamieniarze (Franko, 1913)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Franko
Tytuł Kamieniarze
Pochodzenie Antologia współczesnych poetów ukraińskich
Data wydania 1913
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Sydir Twerdochlib
Tytuł orygin. Каменярі
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron

KAMIENIARZE.

Widziałem dziwny sen. Tuż pod nogami memi
Leżała dzika dal, ugory puste, śpiące.
Przedemną ściana skał, co chmur sięgała z ziemi;
Przykutym do niej sam pętami żelaznemi,
I towarzyszów też, podobnych mi, tysiące.

Każdego męża skroń poryły życia pługi,
Lecz w oczach wiary blask i miłość płonie żarem.
I każdą dłoń jak wąż — okręcił łańcuch długi
I każdy z mężów zgiął swych twardych plec
kolczugi,
Jak gdyby tłoczon był nieznanym mu ciężarem.

I nagle wszystkim nam zabłysły w ręku młoty
I zagrzmiał mocny głos. Tak piorun żga obłoki!
»Uderzcie w skały pierś! Ni chłód, ni żar spiekoty

Niech nie wstrzymają was! Na trud! na krwawe
poty!
Wam przeznaczone jest przewiercić pierś opoki.«

W ten mig, jak jeden mąż, podnieśliśmy swe dłonie,
Tysiące młotów wraz o skałę załomocą,
A skała pęka, drży, tysiącem iskier zionie,
My wszyscy bijem wciąż w kamienną pierś i skronie
Z upartą, żądną ran, rozpaczną jakąś mocą.

By wodospadów ryk, jak bitwy szczęk orężnej,
W granity wciąż i wciąż dzwoniły w takt oskardy;
I coraz nową piędź od skały niebosiężnej
Zdobywał tak nasz huf. Choć walki los potężnej
Kaleczył wielu z nas—młot walił w kamień twardy.

A wiedział każdy z nas, że sławy nie dosięże,
Że naszych krwawych łez zapomni myśl ludzkości,
Że wówczas drogą tą podążą inni męże,
Gdy my przebijem ją, gdy skruszym tu oręże
I gdy już w prochu tym wygniją nasze kości.

Lecz czyśmy wyszli tu po wawrzynowe wieńce?
Niech bohaterów skroń ozdobią wirydarze!
A my — niewolni my, nie sławy namaszczeńce,
My, z woli własnych dusz, wolności przyszłej jeńce,
Co ten postępu szlak krwią znaczą,—kamieniarze!

I ufał każdy z nas, że swemi ramionami
Rozkruszy skały pierś, rozbije w puch granity;

Że z własnej skrzepłej krwi i swemi piszczelami
Zbuduje twardy bruk, a drogą tą za nami
Przyjść nowe życie ma i nowe jasne świty.

I wiedział każdy wój, co tam daleko w świecie,
Porzucił z myślą: Dań dla wiecznych pęt męczeństwa...
Że matki nasze w łzach, że płaczą żony, dzieci —
I każdy świadom był, że na ten czyn nasz leci
Ze wszystkich stron, z ust swych i wrogów —
krzyk przekleństwa.

A choć świadomość ta — najgorsza to udręka,
Choć nieraz naszą pierś rozraniał żal, zgryzota:
Przekleństwa, łzy i ból i ran piekących męka
Nie miały mocy tej... i ani jedna ręka
Nie uschła od tych klątw, nie opuściła młota.

Tak wszyscy dążym wciąż. Przykuciśmy do siebie
Zamysłem świętym, młot w ramionach naszych
chrzęści,
Niech na nas miota świat przekleństwa, w piasku
grzebie —
Nie spoczniem, póki młot tą ścianą zakolebie...
Po czaszkach naszych głów przyjść musi wszyskich
szczęście!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Franko i tłumacza: Sydir Twerdochlib.