Kajetan Koźmian (Siemieński, 1865)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Kajetan Koźmian
Pochodzenie Portrety literackie (Siemieński)/Tom I
Data wydania 1865
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


KAJETAN KOŹMIAN.
(1772—1856.)

Po różnych pismach polskich ukazały się już liczne artykuły spowodowane zgonem Kajetana Koźmiana zaszłym w marcu 1856, który oddawna usunąwszy się od urzędów publicznych, piastowanych przez ciąg życia zaszczytnie, osiadł w zaciszu wiejskiém w swoich Piotrowicach pod Lublinem. Tam oddając się ulubionym muzom, nie tracił do saméj śmierci ani bystrości umysłu, ani poetycznego ognia, ani popadał w to zobojętnienie dla spraw świata i ludzi, w jakie najczęściéj popadają ci, co wyskoczywszy nagle w roli posłanników ludzkości, z trąbą zapowiadającą nową erę zbawienia, spędzeni są rzeczywistością rozwijającą się w innych warunkach.
Wydymione te wulkany stoją zazwyczaj bezużytecznie; fundusz ich wewnętrzny starczył ledwo na jeden wybuch; a na żużlach i popiołach trawa nawet nie rośnie.
Kto, jak ś. p. Koźmian umiał do ośmdziesiąt piątego roku życia zachować umysł w takiéj czerstwości, że się prawie z latami odświeżał, jak tego dowód mamy w niektórych utworach lirycznych na krótko przed zgonem pisanych, ten widocznie innego był hartu, niż dawniejsze pokolenie; ten musiał mieć wielki fundusz ducha, którym rozrządzał rozumnie, nie marnując go na czcze rojenie, ani rozpraszając w drobiazgi. Jestto bowiem jednym z ujemnych przymiotów naszego wieku, wkładać całe bogactwo umysłowości w najdrobniejszą cząstkę jakiej rzeczy i, dochodzić jéj składu, podobnie jak fizyologowie, co przez szkło mikroskopu rozbiérają atomy i najdelikatniejsze włókna i tkanki. Tego rodzaju praca analityczna, nietylko niepozwala ogarnąć ogromu całości, ale nawet wyobrażenia téj całości w duszach zaciera. W literaturze nowszéj można tę dążność często spotykać w tych zaściankowych prowincyonalizmach, w tém rozczłonkowaniu dziejów i społeczeństwa, zgoła w téj rozkładowéj robocie, z któréj ciągle nam wróżą rezultaty wielkie: zupełnie jakby kto chciał robactwo roznoszące ciało zchorowanéj osoby, nazwać przyszłymi konserwatorami jéj zdrowia.
Charakter Kajetana Koźmiana, przedewszystkiem zachowawczy, nosił w sobie zapewne wyobrażenia i uczucia tych czasów, które młodością widział, do których w męzkich latach należał; nie dziw że mu się przeciwnym zdawało wszystko, co malało, rozdrabiało się, zapominało tradycyi, co mu wreszcie psuło ten ideał całości, będący, że tak się wyrażę, najpierwszą jego muzą, źródłem wysokiego tonu, na który nastrajał swoję lutnię. Wykształcony na starych wzorach łacińskich, wżyły w tę wielkość instytucyi rzeczypospolitéj, co choć gasnące, olśniły go całym blaskiem, nawykły patrzeć na ludzi budzących poszanowanie dla swych cnót prawie rzymskich, dla swéj biegłości w sprawach publicznych; wychowany nareszcie w karności i prostocie obyczajów staroświeckich, niemógł się tak łatwo oswoić z wyobrażeniami nowego czasu, z odmienną fizyonomią społeczeństwa; z tym wszystkiem co się około niego działo. Człowiek więcéj niż dwóch pokoleń, świadek tylu zmian i przeobrażeń, zachowanyż został przez Opatrzność, jak ten dąb, co go zostawiają w wyrąbanym lesie, aby do jego wysokości pięły się młode latorośle zapustu?
Pospolicie, lecz w innych zupełnie stosunkach, takiego człowieka nazywają zabytkiem przedpotopowym, człowiekiem, który się przeżył, — my, w naszym położeniu powinniśmy go nazywać żyjącą tradycyą. Podług mnie, nieznam wspanialszéj postaci w społeczeństwie, jak starca, który młodszemu pokoleniu przedstawia w sobie żywą przeszłość. Kajetan Koźmian przedstawiał ją w swoim żywocie ziemiańskim: dobry gospodarz, nie pan lecz opiekun i przyjaciel wieśniaków, światły doradca, gościnny sąsiadom, poważny ojciec rodziny, a nadto jeszcze pamiątka chodząca, serce podnioślejsze, około którego się można było ogrzać — wszystko to składało męża niezwykłych zalet w życiu domowem, a tacy ludzie nigdy się przeżyć niemogą, przynajmniéj niewiem, ktoby przeżycia się ich pragnął. — Jak ulubiony jego poeta Jan Kochanowski, najszczęśliwszym się uczuł, kiedy z większéj sceny świata zeszedł w wiejskie zacisze; chociaż obowiązki i powinności obywatela powołały go do wysokich urzędów, które piastował, jednakowoż dusza jego zawsze tęskniła za cichą niepodległością i miernością, jak to wyśpiewał w jednym z najdawniejszych swoich wierszy do fortuny:[1]

Szafuj innym twoje względy,
Sławę, bogactwa, urzędy,
Ja się przed twoim ołtarzem nieprzestaję modlić,
By mię nad ludzi twoja nie wzniosła opieka,
Zostaw mi czucie człowieka,
Ja się sam nie dam upodlić.

Taki duch godności osobistéj i obywatelskiéj przebija w każdym wierszu Koźmiana. Gdybym tylko pytał pięknych sentencyi, moralnych, publicznych, domowych, których pełno w jego rymach, odgadnąłbym już charakter i sposób myślenia podniosły i szlachetny; lecz daleko snadniéj mi to przychodzi, gdy zwracam uwagę choćby na tych dwadzieścia kilka lat ostatnich, które wieszcz — starzec przepędził w zaciszu wiéjskiem, otoczony jak patryarcha obowiązkami rodziny i obywatelstwa, a przytém wydobywający z lutni swéj ton tak rozgłośny, że wszędy dochodził i tak przenikliwy, że każdą szlachetną duszę poruszał. Kto żył w takiem poszanowaniu i powadze u ludzi, tego wewnętrzna istota musiała się szczerze odzwierciedlać w utworach natchnienia; niemogły to więc być piękne słowa skombinowane sztuką, a w dysharmonii z człowiekiem, który je pisał, a o którym nieośmielono by się wyrzec to, co on sam o Horacym powiedział:

I wieszcz, filozof, dworak, choć wieśniak pozorem,
Coś zalecał w twych pieśniach, zaprzeczałeś wzorem.

Zresztą język prawdy i przekonania ma swoję właściwą cechę, niedającą się sztuką zastąpić. To jednak pewna, że nasi pisarze z tak zwanéj szkoły klassyczno-konwencyonalnéj bardzo mało indywidualności swojéj wkładając we własne utwory, słabo się tylko w nich odrysowywują. Zbyt może zajęci wzorem jakiego klassyka, będącego w ich pojęciu takim akmé (Ακμη) doskonałości, wszystko, i co widzieli zewnątrz i co wewnątrz czuli odnosili do niego, jego przemawiali językiem, jego tworzyli natchnieniem. Głos ich duszy z trudnością się przez te formy przedzierał. Przeciwnie, romantycy obierając inną drogę kreacyi, usiłowali więcéj snuć z siebie, we własną głąb zazierać, a choć i tu niebrakło na konwencyonalizmie i naśladowaniu, z tém wszystkiem indywidualności silniéj się rysowały w tém, co z ich piór płynęło.
Ztąd poszło, że nowa szkoła zainteresowała nietylko pewną odrębnością swoich płodów, ale nawet pisarze należący do niéj intrygowali publiczność, odgadującą w nich wyjątkowe jakieś istoty arcyduchowe i płomienne, cierpiące i tajemnicze, które porównane z klassykami zazwyczaj ludźmi pewnéj pozycyi w towarzystwie, form zimnych, prozaicznych, a zasad konserwatywnych, musiały tych ostatnich zdeskredytować. Łatwo teraz pojąć, gdy się te czasy odsunęły już od nas i sąd nastał spokojniéjszy, jaką krzywdę wyrządzano wyznawcom klassycznym, odmawiając im wszelkich możebnych zalet, nawet gniazdowych, dlatego tylko, że nie poszli za duchem romantycznym. Wyrok ciążący na całym tym rodzaju dotykał i Koźmiana; a jak zazwyczaj stronna gorliwość za daleko się unosi, więc w klassyku potępiono i człowieka, i zastosowano do niego ten wiersz:

„Napisał tysiąc wierszy o sadzeniu grochu“

wtenczas, kiedy dokoła odbywała się ciemna gra gotującego się wybuchu, mogącą czém inném natchnąć jak dydaktycznym „wieńcem Wirgilego chwały.“ Salon literacki warszawski, w trzeciéj części Dziadów naszkicowany, wiele miał rysów zdjętych z natury, tego trudno zaprzeczyć; lecz za tém nie szło, aby koryfei szkoły klassycznéj był obojętnym na to, co obchodziło żywo każde obywatelskie serce. Co więcéj, on tak twardo stojący na wyłomie swojego obozu, odpowiadający na zaczepki i szały przeciwników dowcipnym sarkazmem lub biczem satyry, sam wkrótce ogrzał się tym ciepłem młodéj literatury, i w późnéj starości zaczął żywiéj i duchowiéj uczucia swoje tłumaczyć. To pokazuje, że w piszącym zawsze odbić się musi duch epoki, choćby najmocniéj się jemu opierał i protestował.
My dziś wolniejsi od uprzedzeń naszych poprzedników, winniśmy to, co z właściwego wyrugowano miejsca, co potępiono bezwzględnie, odnieść do należnego porządku i usprawiedliwić.
Kajetan Koźmian, jak tylu innych, których zastała późniejsza reforma romantyków, należał do epoki pisarzy Księztwa Warszawskiego. Komu wiadomo o jak zwątlonych siłach powstało księztwo, i jakie wpływy działały przeważnie na umysły pod każdym względem, ten sobie łatwo wytłumaczy, że wpływy wyobrażeń francuzkich w epoce Stanisławowskiéj zatrzymane upadkiem politycznego bytu, a więc i upadkiem literatury, musiały silniejsze jeszcze parcie wywierać, kiedy zwycięztwa Napoleona dały téj części kraju byt i organizacyą. Jeżeli tedy literatura wielkiego cesarstwa była jakby echem buletynów, deklamacyjna i zimna, jednostronna i formułkowa, nic dziwnego, że się to i u nas odbiło. Zkąd przyszedł kodex cywilny, ztamtąd szło i poetyczne natchnienie i forma. O samodzielności trudno było myśleć, bo ta wymagała geniuszu lub głębokich studyów na innéj drodze; a tymczasem geniusze i talenta absorbowała wojna, a na studya czasu nie było. Ludzie bowiem naukowi i piśmienni wszyscy poszli w służbę publiczną, i tam ich zasług szukać należy, a nie na polu sztuki. Jeżeli więc ukazywały się twory wyobraźni, to jedynie jako owoc chwili wykradzionéj obowiązkom publicznym.
Odnosząc do tych czasów Ody i Pieśni Koźmiana, widzimy w nich niepospolitą siłę, pęd liryczny, ton podniosły, a niekiedy miejsca tak szczęśliwe, że je za wzór poetycznéj szczytności podaćby można. Oprócz tych zalet jest jeszcze forma i język wysoko udoskonalony, co już niepoślednią miało zaletę w ówczesnym stanie naszego języka, którego nie uczono. Niesłusznie tedy zwolennicy przeciwnéj szkoły, wyrzucali klassykom poprawność i ubieganie się o wdzięczne formy, bo porównywając ich sposób pisania z dawniéjszym z epok panegiryków, zawsze pokaże się ogromny postęp. Każde przeto zaniedbanie i lekceważenie tego, co już raz było osiągniętem i zrobionem prowadzi do upadku, jak to się sprawdziło na wielu pisarzach romantycznych, co naśladując genialność gardzącą formą, nanieśli dziwacznych i dzikich wyrażeń, a nadewszystko rozbratali się z loiczną a rozumną jasnością będącą jedną z cech słowiańskiego ducha.
Wirgiliusz i Horacy, jakkolwiek umknięto im znaczenia, przeto że ślepo trzymali się wzorów greckich, niemniéj jednak mają swój odrębny charakter, będący odbiciem się ówczesnéj Romy, pani świata — jest w nich tyle humanizmu, taki wyraz wytwornéj cywilizacyi, taka znajomość życia, że nowożytne ludy przechodząc z pod opieki kościoła, na pole świeckości, wzięły sobie tych swoich przewodników za kodex, podług którego usiłowali kształcić się na obywateli. Civis Romanus był to ideał zmodyfikowany pojęciami chrześciaństwa; cóż dziwnego że i dwaj poeci rzymscy, co ten ideał przekazali, stali się owym wzorem najdoskonalszym, poza którym nic już nie widziano. Przypomnijmy sobie wreszcie, że umysły uchylając się z pod jednéj powagi kościoła rozciągającéj wpływ na wszelkie stosunki społeczeńskie, poddały się innéj — powadze starożytnych. Długo byłoby rozprawiać o znaczeniu i ważności powagi, któréj dziś wypowiedziano posłuszeństwo, zwyczajnie jak w chwili przechodnéj; chociaż to pewna, że kiedy analiza się sprzykrzy i zużyje, musi nastąpić panowania syntezy, a z nią powagi, z różnicą że ją przeniosą na takiego Danta, Szekspira i t. p. Koźmian należał do tych jeszcze, dla których wzory rzymskie były nienaruszoną powagą w rzeczach literatury; była to tradycya idąca nieprzerwanym ciągiem przez całe nasze piśmiennictwo. Niesłusznie mu przeto wyrzucano naśladownictwo Wirgilego i Horacyusza, kiedy on, człowiek innéj epoki, nie mógł nawet dopuścić, żeby coś wyrównywało tym wzorom doskonałości; wreszcie, jak każdy nosi w duszy swój ideał, swoje uczucie piękna, tak i on nosił a trudnoż układać estetyczny kodex dla stosunków formy z treścią, gdyż piękność zachwycająca nas w obrazie i słowie, zawsze będzie tajemnicą świata, jest to właśnie ten czar, wdzięk, gracia, horacyuszowe dulcia sunto, którą więcéj czuciem można pojmować, niż wyuczać się z prawideł.
Toż i nasi klassycy mieli insze pojęcie piękności i w czém inném jéj szukali.
Nie ujmuje to nic utworom Koźmiana, ani go robi niewolniczym naśladowcą, kiedy w swoich lirykach co chwila powołuje się na Horacego, a w dydaktyce opisowéj na Wirgila — tak jak nie ujmuje nic kaznodziei, kiedy przytacza texty pisma św. i na nich się opiera, bo i mówca kościelny i klassyczny poeta, dumni są z powag idących im w pomoc.
Z tego punktu uważając jego liryki i inne utwory tak dydaktyczne jak epiczne, niemożna im odmówić niezmiernie wykończonéj formy i tego natchnienia idącego z głowy, co jeśli nie sprawi uroku i wrażenia głębokiéj poezyi, ma zawsze urok rozumu; a przyznam się, ostatni ten przymiot mógł robić śpiewaka Ziemiaństwa dumnym, kiedy swoje rymy porównał ze wszystkiémi gminnościami, co weszły przebojem w naszą literaturę. Czuł w tém swoją wyższość, i wiedział czém to zagraża; z wielkim téż dowcipem zgromił tę swawolę w jednym nie drukowanym wierszu do jenerała Morawskiego, który może dać miarę o jego talencie w rodzaju satyry:

Gdy równie słynny pieniem jak marsowym szykiem
Morawski mi powiada, niechcę być klassykiem!
I woła na nieśmiałe Feba towarzysze:

„Nieucz się lecz pisz jak chcesz! — a sam tak niepisze
Przypomnić wiersz klassyka nadaje mi prawo:
„Nierwijcie chłopcy kwiatków, bo wąż jest pod trawą,
Rady sprzeczne z wzorami wprowadzą was w sidła!
Lecz komu uciążliwe rozsądku prawidła,
Niech spali dzieła, takiej uległe przyganie,
A choć zginie Horacy, Baka pozostanie.
Więc na przekór pierwszemu stargawszy przepisy,
Łączcie węże z ptakami, z jagnięty tygrysy,
Do końskiej szyje ludzkie przyprawiajmy głowy,
Rybę z piękną kobiétą spójmy od połowy,
I nad témi cudami napełnioną kartą
Niechaj się gmin zadziwi z gębą w pół rozwartą.
U gminu są godniejsze dla wieszczów pamiątki,
Zasiądźmy z lutnią w ręku między wiejskie prządki,
I własnym ich językiem nowe tworząc wzory,
Śpiewajmy wilkołaki, widma i upiory.
Wszak już uczeń Krzemieńca[2] w ukraińskim smaku
Nuci dyndającego wisielca na haku,
Drugi za nim podobnież budzi podziw w gminie,
Śpiewając nam balladę szczytną o pierzynie.
Z tak szczęśliwych początków wróżyć mi jest trudno,
Że nam zaśpiewa kazkę, a choć ta jest brudną.
Przedmiot gminny dostarczy wątku do osnowy —
Cóż ztąd, że nieco trąci — ale narodowy!
A tylko gminny obraz godny wieszcza śpiewu;
Niech więc nasze pasterki pasą trzodę z chlewu,

Niech im pijany Maciek przygrywa na dudzie,
Poco smakiem salonów psuć czysty smak w ludzie?
Zgrzeszył Brodziński, zgwałcił nowych wieszczów prawa,
Gdy krakowskiego Maćka przekształcił w Wiesława!
Precz więc Grecy z Parnasu, precz Rzymian prawidła,
Nasz Helikon za piecem, a Muzy u bydła!
Chceszli nam obraz szczytny wystawić a szczery,
Idź do jaskini zbójców, tam twe bohatery;
Maluj wielkiej ludzkości poetyczne dzieje:
Wspaniałe rozbójniki, szlachetne złodzieje;
A gdy owoc twych płodów rozmnoży się wszędzie,
Za mistrzem wielkim głosem wołaj: „Co to będzie?“

Antagonizm obrońcy konwencyonalnego klassycyzmu uderzył tu na żywiół gminny wprowadzony do literatury często bardzo nieszczęśliwie i nieumiejętnie, ale zawsze odświeżający ją tchnieniem rodzinnym, co mimo wstrętu do gmninności, nie uszło jego uwagi, gdy Brodzińskiemu oddał słuszność za uszlachetnienie ludowych postaci; zawsze jednak list do Pizonów musiał być na stole; wierny téj powadze nie odstąpił jéj do śmierci.
Daleko jednakże trafniejsze było poczucie Koźmiana, kiedy w ostatnich latach zabrano się do przerabiania ustalonych pojęć narodu, co do usług i wartości niektórych ukochanych pisarzy, i jeden z historyków piśmiennictwa P. Maciejowski, tymże duchem pędzony, zaczął dowodzić wyższości Klonowicza nad Kochanowskim; — była to prawdziwa obelga zadana czci otaczającéj pamięć słowika Czarnolasu, tego pobożnego ziemianina — wieszcza, co pierwszy miał łzy natchnione, co pierwszy umiał zanucić hymn godny Boga ojców naszych. — Nowy ten estetyk, nie mogąc znieść wyższości uświęconéj, chciał ją zastąpić zgryźliwym, żółciowym Klonowiczem, dlatego że miał koloryt mieszczański. — Kilka wierszy satyry Koźmiana zrobiło doraźną sprawiedliwość:

Jakież to obłąkały rozsądek mamidła?
Czyliż gad, że ma żądło, już ma przeto skrzydła?
Wprawdzie mól tak szczególną odebrał naturę,
Iż z zbutwiałych szpargałów czasem wzięci w górę;
Wiem, że robak, co toczy podwaliny skrycie,
Kiedy szczyt na dół runie, czołga się po szczycie;
Wiem, że złowrogie ptastwo, wśród zamierzchłej doby
Porze skrzydłem powietrze, nim padnie na groby;
Lecz czy ztąd wniosek idzie i wiary nabierze,
Że gdzie niesięgną orły, sięgną nietoperze?
Pedanci! tworom wieszczów czyniący wyrzuty,
Pomnijcie, że sąd szewca niesięga za buty. —

Jak nadmieniłem, najwięcéj ognia i trafności postrzeżeń znajdziesz w jego satyrycznych wierszach, mających przytém dużo powagi niezniżającéj się nigdy do szarpania osobistości; karci on tylko grzechy swojego czasu, i staje się wymownym nad podziw.
„Cenzor, przed Rzymem skarży ten sam Rzym wyrodny.“ To jego własny wiersz najlepiej malujący ducha jego satyry, która nieograniczała się li na samych biczach kręconych na romantyków, ale nieraz chłosnęła i nadużycie publiczne. Do tego ostatniego rodzaju należy Mowa Katona Censora o obyczajach rzymskich, którą napisał podobno w roku 1811. Nawykły jak zawsze odnosić wszystkie pojęcia i uczucia do wzorów i dziejów rzymskich, tak i w tym wierszu włożył w usta Katona to, co sam chciał powiedzieć, na pewne swawole w wyższych sferach, szczególniéj na całe otoczenie ówczesnego naczelnego wodza Księcia Józefa. Są to niezmiernie silne i wymowne wyrzuty; każdy wiersz jak grot wpruwał się w odsłonione słabe strony i pewnie ocucił niejedno przygłuchłe sumienie:

„Gdzież są owe cnót wielkich i odwagi wzory,
Niezazdrośni wodzowie, dzielne dyktatory?
Już są w grobie...“

Albo ta apostrofa:

„Kto z was teraz Rzym pozna po tak wielkich stratach?
Czyli pewnie po mowie? czy pewnie po szatach?

Czy go pozna po prawach, zwyczajach, przymiotach?
Poznałby go po męztwie, lecz nigdy po cnotach...

Najsilniejsze jednak wrażenie — bo strzał był zbyt blizki i celny — zrobiły te wiersze:

Wstyd wspomnieć na co idą składki i zabory,
Które ze łzami ludu odnoszą Pretory.
Spójrzcie na przepych pułków i na wodzów zbytki,
Kannejskie po ulicach żebrzą niedobitki;[3]
A śrebro złotem błyszczy wpośród nowych szyków,
I gmachy się pod tłumem walą biesiadników. —

Kto tak się odzywał, nie można mu odmówić obywatelskiéj odwagi. Pieśni i Ody ulubionego mu Horacyusza umiał Koźmian przepolszczać z niezwykłym talentem; jestto najlepszy z naszych tłumaczów; wszakże i tu niepoprzestał na roli prostego tłumacza, gdyż zwykle wybierał takie ody, coby się dały do okoliczności bieżących stosować; brał więc myśl Horacyuszową i wlewał w nią swoję, odpowiednią chwili. Tak on wybornie zastosował wypadki roku 1809 do sławnéj ody Justum et tenacem propositi virum, gdzie między innemi przestrogami i tę dorzuca:

„Nędzne są kraju takiego losy,
Gdzie rządzców sławę i czyny

Płochość bez zasług wznosi w niebiosy,
Zazdrość potępia bez winy.“

W Odach na cześć Napoleona pisanych w różnych czasach, widać entuzyazm bez deklamacyi; czujesz, że to nie oficyalne hymny, lecz szczére uniesienie wdzięczności posunięte aż do postawienia bohatéra na równi z Niebiany, za co potém sam siebie strofuje w innéj Odzie, należącéj już do innéj okoliczności; bo opiewającéj upadek Dumnego:

Bóg to, Bóg! głos mój powtarzał,
Bóg z wieczną władzą i chwałą!
Ach! bo kto narody stwarzał,
Jakież mu imię przystało?
Chociaż godne przebaczenia,
O bluźniercze uniesienia!
Zagińciesz z bezbożnym wiekiem!
Mógłżem tak Stwórcę poniżyć,
By ku niemu tego zbliżyć,
Co się nieznał być człowiekiem!

W ostatnim wierszu znowu za daleko poszedł w potępieniu — ale w okolicznościowych rymach trudna miara, zawsze w czemsiś przebiera, co potém ze zmianą, dekoracyi odwoływać trzeba wierszem. W gorączkowych momentach, trudno znaleźć grunt ogarniający całość czy zdarzenia, czy człowieka. Byron i Lamartine dopiéro późniéj mogli nad upadkiem bohatéra podumać. Nie wypada mi, ponieważ nie przytoczyłem dotąd żadnego przykładu wielkiéj lirycznéj piękności, pominąć kilku wierszy z téj ody, w których olbrzymim pędzla pociągiem, oddał zniszczenie armii Napoleońskiéj w śniegach Rossyi.

Porzucaj godowe stoły,
Uchodź zguby w cofnych krokach,
Słyszysz ryczące żywioły,
Poznaj boską dłoń w obłokach.
Lecz cię trwoga niezwycięża,
Jeszcze się rwiesz do oręża;
A tu z twych groźnych zastępów
Marzących boje i łupy,
W marzłe w ziemię stoją trupy.
Pastwa dla kruków i sępów.
U dwóch sprzecznych ziemi kresów,
Gdzie tchną mrozy, gdzie wrą żary,
Na dwóch świata Kambizesów,
Stoi równy pomnik kary.
Świat się pyta z trwogi zbladły,
Jak te góry z niebios spadły,
I zgniotły tłumy szeregów?
Pan, by pychę w proch obrócił,
Ze wszechmocnej dłoni rzucił
Tam garść piasków, tu garść śniegów. —

Jeśli to nie poezya, cóż nią będzie? natchnienie godne psalmisty sypie pełną ręką piękności wyższego rzędu, nieprzemijające, jakiekolwiek nastaną szkoły. —
Poemat większego rozmiaru, Ziemiaństwo, zaczął Koźmian pisać w r. 1810 i przez wiele lat pisał, dodawał, poprawiał, gładził. Szydzono sobie, że utwór ten trzymał w tece dłużéj, niż dwakroć jak Horacy przepisał. Wszakże wpatrzywszy się w jego zasadę, zbliżenia się o ile śmiertelne siły starczą, do nieśmiertelnego wzoru, jaki sobie obrał, wypada ją uszanować, jako sumienności przykład. Kiedy do większych części dzisiejszych pism mało kto drugi raz zagląda, Ziemiaństwo zawsze będzie czytane, nie jak się czytają romanse, ale przez wszystkich chcących się ztamtąd nauczyć siły i wdzięku wyrażeń, jasności i zwięzłego pisania. Każdy utwór w który pisarz włożył wiele rozmysłu, wiele staranności, już tém samem ma większą żywotność, niż wszelkie prace alla prima robione. —
Poemat ten, na Wirgiliuszowéj kanwie osnuty, opiewa bogactwa ziemne naszego kraju i zachęca do uprawy roli, pokazując i korzyści i rozkosze wiejskiego żywota. Nie radbym uważać tego utworu za proste ćwiczenie się w opisach znanych dobrze przedmiotów gospodarczych, ale za coś więcéj istotnego. Urok wojennéj sławy za Napoleona unosił wszystką młódź na pola bitew, gdy tymczasem żywot cichy, rolniczy, mniej nęcił; społeczeństwo wyrzucone z wielowiekowej kolei, biegło szukać zaspokojenia swych żądz w różnych zawodach a nadewszystko w przepychach wielkiéj stolicy cesarstwa, ztąd przywiązanie do obyczaju ojców i do domowéj strzechy i roli stygło i zacierało się. W takiéj chwili, obudzić miłość do ziemiańskiego żywota, tego niewyczerpanego źródła zamożności i cnót patryarchalnych, było zadaniem poety. Poczuł to śpiewak Ziemiaństwa, jak poczuł wzór jego, śpiewak Georgik za czasów Augusta Rzymskiego.
Będę usiłował wyjaśnić lepiéj ten stosunek.
W dydaktyce potrzeba uważać dwa różne od siebie momenta: jeden, gdzie dydaktyka jest naturalną potrzebą; drugi, gdzie jest sztuczną kombinacyą. W epoce takiej jak Hezyodowa, kiedy czas dla nauk specyalnych i rzemiosł jeszcze nie był przyszedł, gdzie każdy sobie był wszystkiem i wszystko musiał umieć, gdzie zjawiska natury jeszcze powlekała tajemnica, gdzie ciekawość nauczenia się gorąca, a do zaspokojenia trudna — tam poezya wystarczyć mogła, jak wystarczały Hezyodowe Prace i Dnie. — W bardziéj rozwiniętych zaś cywilizacyach, gdzie się już umiejętności ścisłe ustaliły, dydaktyki właściwéj niema, bo jéj niepotrzeba; jednakowoż poeci wśród wykwintów miejskich eleganckiego świata odbiegającego od natury, starają się sztucznémi sposobami przenieść się w niepodobne położenie pierwotnéj prostoty i szukać natchnień, jakie mogły się zrodzić w kolebce społeczeństw. Ostatnia ta epoka jest epoką Wirgila. Z tém wszystkiém Georgiki daleko są wyższe od tak zwanych poematów opisowych, będących zazwyczaj skalą upadku, bo pisarz nie mając co wysnuć z siebie, szuka tego w przedmiotach zewnętrznych, czego we własnéj duszy znaleźć nie może. Wirgilowe opisy ożywia interes patryotyczny, społeczny. Rolnictwo, z którego wyszły silne cnoty Rzymu i sława, niebyło już w stanie wyżywić odrodnych potomków. Przyczyn tego upadku wiele: to użycie do pracy niewolników w miejscu ludzi wolnych; to zakładanie ogromnych willi i parków bezużytecznych; to spustoszenia wojny domowéj; to zastąpienie dawnych possesyonatów weteranami Sylli, Cezara, Oktawiana, nie mających wyobrażenia o uprawie.
Złe do tego doszło, że nikt się pracy rolnéj nie imał z zamiłowaniem — rolnictwo uciekło z Italii. Wirgili chce mu cześć przywrócić, ożywić, znowu miłość pługa zaszczepić, a z nim i staroświecki obyczaj i dawne ojców cnoty. Tego rodzaju dydaktyka była na dobie.
Nasz śpiewak Ziemiaństwa poczuł tę analogią, i postanowił patronować sprawę zaniedbanego pługa:

„Opiekuj się więc pługiem, z którego szczodroty
Płyną twoje dostatki, a krzewią się cnoty!
Pługiem, za którym jeszcze, niech się wspomnieć godzi,
Dawna wiara i skromność przodków twoich chodzi,
I szczodrość nieobłudna, praca i wstyd prawy,
Lepszy stróż społeczeństwa, niż mędrców ustawy.“

Pod opieką ulubionego mistrza, podobnie jak Dant, który Wirgila wziął za przewodnika w podziemne kraje, i on się puszcza po ziemi lechickiéj, z tą jednak różnicą, że Dant patrzał własnémi, Koźmian Wirgila oczyma.
Główna przyczyna, dlaczego ten poemat nie zrobił wrażenia, jest ta, że w nim studiów odpowiednich zbyt mało; malarz natury polskiéj przestał na dostarczonych mu patronach; nie podsłuchał tajemniczych głosów téj ziemi, a wszystko co widział i co mógł czuć, gwałtem przymierzał do czegoś znanego, obcego. Wszakże z drugiéj strony Ziemiaństwo uważane w tym kierunku, jakiego się trzymała klassyczna szkoła, jest najwykończeńszą pracą, w któréj można spotykać miejsca prawdziwie ogniem natchnienia pisane, szczególniéj niektóre apostrofy i ustępy o rasie koni i wołach — rysunek byka po mistrzowsku skreślony:

„Na ich czele poważnie idzie wódz wspaniały,
Tocząc się jak ogromny obłom siwéj skały,
Gruby kędzior pochmurne czoło mu zakrywa,
W grubych marszczkach podgardle do goleni spływa;
Bądź rogiem się zastawia, bądź krzywy zyz toczy,
Pasterz zbrojny kosturem nie śmie zajść mu w oczy;
Przygłuszonym pomrukiem liczne wiedzie stada,
I, jak szeroka przestrzeń, tak szeroko włada.“

Tu czujesz, że śpiewak obraz ten wysnuł ze siebie, że własnémi oczyma widział „ten ogromny obłom siwéj skały;“ale Koźmian nie wierzy nawet, żeby mógł co sam przez się czuć i widzieć bez Wirgila, kiedy powiada:

Są cuda, których samo bóstwo niepowtarza,
Raz stworzyło naturę i raz jéj malarza.

Ostatnich lat kilkanaście poświęcił Koźmian napisaniu wielkiego historycznego poematu: Stefan Czarniecki, który liczy do 15 tysięcy wierszy. Zamierzając dać narodowi epopeję, trafił na bohatéra, którego otaczała cudowność, i ta wiara, że był umyślnie przez Boga obranym na wybawienie króla i ziemi swéj od najazdu pięciu groźnych nieprzyjaciół wpadających pod przewództwem Karola Gustawa, a zesłanych na ukaranie grzesznych słabości Jana Kazimierza i swawoli szlachty znęcającéj się nad włościanami.... Cud obrony Częstochowy przez Kordeckiego dał hasło do pokrzepienia się w ufność i na siłach, w skutek czego zawiązała się Konfederacya Tyszowiecka, stawająca przy królu. Tu występuje Czarniecki, którego poeta przeprowadza przez tysiączne koleje bitew i tryumfów, aż do zawarcia pokoju w Oliwie kończącego wojnę szwedzką. Przedmiot niezmiernie bogaty w sytuacye i charaktery; ale jak w innych utworach Koźmiana tak i w tym działanie zastąpione bywa opisem, zawsze na jeden ton wygłoszonym, bez zastosowania dykcyi do przedmiotu. Koturnowy Wirgili znowu mu przewodniczył — czemuż nie Homer, który po ziemi stąpał bosą nogą, prosty, z miejsca na miejsce przenoszący się gęślarz?
Zbytnie przywiązanie się do jednego wzoru i form jego, zwichnęło te bogate dary i zasoby wyobraźni i ducha, jakiemi mógł sędziwy śpiewak Czarnieckiego rozrządzać; tak dalece, że niewiem, czyli sam prosty przekład Homerycznych poematów nie odpowiedziałby więcéj potrzebie naszéj wewnętrznéj patrzenia na rzeczywistość i prawdę, podniesioną do wielkich rozmiarów i niedojrzanych wysokości, duchem boskiego piewcy, — niż ten narodowy poemat, w którym poeta prawdę i rzeczywistość podciągnął pod formy zbyt znane a wysłowił po akademicku, bez téj prostoty i naturalności i bez téj prawdy, bez jakiéj trudno wiarę i serce czytelnika pozyskać.
Są inne jeszcze względy, które czynią epos tak trudnem w nowożytnym świecie zadaniem; gdzież owe tradycye bardzo żywe, i wiara niezaprzeczona, podzielana przez wszystkich?
W wieku, gdzie historye piszą, gdzie analiza panuje, opinie się różnią, bohatérowie dzienni cześć odbierają — może być ledwo poemat historyczny. Czy Stefan Czarniecki Koźmiana odpowiada temu zupełnie? — najlepiéj to przekona, że po przeczytaniu go, ten i ów uda się do historyi aby się dowiedzieć o prawdzie rzeczywistéj — czemu? bo mu to wszystko choć przyobleczone w szatę prawdy poetycznéj — niewystarcza; bo nareszcie jest to źródło z którego czerpał i sam poeta, który innych niemiał tradycyi, tak jak Homer lub autor Nibelungów i Romanców o Cydzie.
W ogóle gdzie tylko przedmiot jest natury więcéj lirycznéj, tam Koźmian nic nie pozostawia do życzenia, jak w ustępie gdzie pustelnik w klasztorze Bielańskim obwieszcza Janowi Kazimierzowi przyszłość ojczyzny. Lecz gdzie dramat życia zachodzi, gdzie potrzeba obrazów plastycznych i postaci narysowanych i postawionych tak, aby się mogły utrzymać na nogach, aby się nie rozpływały w mgle sentencyi — tam mniéj go podziwiać mogę; choć zawsze niedostatki te pokrywa szata ślicznie utkana, udrapowana rozumnie, a olśniewająca oczy jak syryjska purpura na którym z Cęzarów.
Co do innych pism jego, szczególniej Pamiętników, takowe mieszczą wiele cennych obrazów z staropolskiego życia i społeczeństwa, na jakie Koźmian patrzał w młodości. Sceny trybunalskie, zgromadzenia sejmikowe w Lublinie, pełne są rysów zdjętych z natury i ciekawych anegdot. — Późniéj za czasów Księztwa Warszawskiego, kiedy wszedł w służbę publiczną, spotkać się można z wybornie oddanémi charakterami i portretami osób grających główniéjsze role. Na ludzi i wypadki jestto sędzia surowy, powiem nawet bezstronny gdy patrzy z warownego stanowiska dobrego patryoty i człowieka nieodstępującego od zasad wiary. — Sądy jego w rzeczach literackich i dążeń młodszéj generacji, wychodzą z powyższego punktu widzenia, i dlatego więcéj są rażące, bo nieuznają nowych kierunków i żywiołów tak zwycięzko opanowujących cokolwiek już ziałowiałe i zapuszczone pole produkcyi umysłowéj. —
Ściera on zarozumiałość młodych, i słusznie upomina się o zasługi jego epoce należne. Mimo tego, sam się ogrzewa ciepłem młodości i ku schyłkowi życia wchodzi w stosunek z poetą nowéj ery, który ją najwspanialéj i najgodniéj reprezentował, to jest z Zygmuntem Krasińskim, synem jenerała, z którym przyjaźń łączyła go od lat wielu.
Jest to jeden z najwięcéj wzruszających epizodów tak w życiu starego wieszcza jak młodego psalmisty. Koźmian znał małego Zygmunta jeszcze w domu rodziców i podziwiał nadzwyczajne zdolności w dziecięciu, rokujące mu wielką przyszłość, co nawet wyraził w cztérowierszu umieszczonym pod wizerunkiem Zygmunta siedzącego jak na koniu na szabli ojcowskiéj:

Pogrom Trojan a Greków walecznych nadzieja
Wiesz, czém się przed Ulissem zdradził syn Peleja.
Tale twój Zygmunt do zabaw szablę twą przyswoił,
I czego nikt niedopiął — ojca z niéj rozbroił.

Było to grzeczne pochlebstwo dla ojca; wprawdzie syn nierozbroił go ze szabli i nigdy nią nierobił, ale natomiast wystąpił w pełnéj zbroi duchowej, tak misternéj roboty, że gdyby cały naród był ją przywdział za jego przykładem, niezmogłyby go złości piekielne. — Późniejszy bieg zdarzeń rzucił Zygmunta za granicę, zkąd dolatywały w ustroń zamieszkaną przez Starca utwory jego, jak: Nieboska komedya, Irydion i inne. Tyle kreacyjnych zdolności, taka świeżość i oryginalność pomysłów, dziwny urok wspaniałego stylu, wszystko to budziło w klassyku admiracją dla jenialnego młodzieńca, i zaczęto godzić go z płodami nowéj szkoły, która wchodząc na tor wielkich pomysłów ogarniających naród, i największe zadania ludzkości, jemu zaimponowała. Właśnie pracował Koźmian nad swoim Czarnieckim, który miał być ostatniem słowem i usprawiedliwieniem się z zarzutów robionych klassykom pchniętym w zapomnienie, — kiedy dowiedział się o przyjeździe Zygmunta do Warszawy. Było to w roku 1844. — Starzec zebrał co miał wykończonych pieśni swego poematu i powierzając je synowi Jędrzejowi, polecił mu zakomunikować je młodemu wieszczowi. Zygmunt z przyjemnością słuchał odczytów, i nie szczędził w ciągu trafnych uwag krytycznych, zachęcając do ukończenia całego dzieła. Wyższy jego umysł odgadł odrazu, co się mieści w téj epopei, — oto duch polski napełniający całość jéj. Uczucie całości, jak to już nieraz wytykałem, nader zmarniało u nas przez drobiazgowość zapatrywań się, a głównie przez stosowanie pewnych teoryi, które mają na względzie człowieka, a naród tracą z oczu. Czego zaś nieznalazł w utworze Koźmiana, to daru tworzenia. Jakoż jednym ze swoich listów pisanych do niego powiada: „Niech ten wielki umarły (Czarniecki) weźmie z rąk twoich część i naszego życia, z tem i nam jeszcze lepiéj będzie, bo uwierzym w to; i jemu, bo doskonale i zupełnie odżyje w nas. W tém anielskie posłannictwo poety że wskrzesza, lecz niezupełnieby wskrzeszał, gdyby nic więcéj przebudzonemu niedawał nad to, z czém on się położył w trumnę.“ Zresztą prawdziwa epos powstać może tylko w zespolonéj pracy narodu z poetą — tak że nierozróżnisz co zrobił naród a poeta. Z Czarnieckiego niepodobna było zrobić czegoś na wzór homeryczny, niebyło żywych o nim tradycyi — ale natomiast należało wciągnąć w siebie taką masę narodowego życia i pojęć, aby je wlać w zbudzoną pierś bohatéra — żeby tenże nie do swojéj epoki, która na zawsze minęła, ale do całéj teraźniejszości i przyszłości należał. Te mniéj więcéj podsuwał uwagi Krasiński w korrespondencyach z Kajetanem Koźmianem, które ciągnęły się lat kilka, przeplatane rozmaitemi spostrzeżeniami o duchu czasu, unoszącym nas w jakąś straszliwą przepaść i barwione nieraz dla ochłody serc zranionych i przeczuwających wielkie niedole, jakim uroczym rymem, w którym i starzec i młodzieniec szli z sobą w zawody mieniając się na role. Strofy ośmdziesięcioletniego Koźmiana wrzały młodzieńczym zapałem, kiedy w Krasińskim niemającym i połowy jego lat przebijał się głęboki smutek nieurojony, niechorowity, lecz smutek nawiany w duszę darem wieszczącym, który mu był od Boga dany, tak samo jak starożytnéj Kassandrze, albo co bliższe podobieństwa, Jeremiaszowi. Odgadł go starzec, kiedy doń pisał te słowa:

Niechciéj przenikłym dociekać wzrokiem
Co przyszłość brzemienna zrodzi,
Bóg ją okrywa ciemnym obłokiem
Wdzierać się do niéj niegodzi.

Choćbyś myśl lotną, zatopił w niebie
Z całym rozumu zarzewiem,
Wyczerpasz umysł, duszę i siebie
I wyrzec musisz: nic niewiem.

Krasiński na to odpowiedział rzewnym wierszykiem, w którym tłumaczy się z przewidywań rozstrajających jego ducha.

Czemu Mistrzu masz siwiznę
Stokroć młodszą méj młodości?
Boś za młodu miał ojczyznę,
A ja tylko proch jej kości.

Czemu Mistrzu dotąd tleje
Żar ci w piersiach niezrównany?
Boś za młodu znał nadzieje
A ja tylko zwątpień rany.

Z grobuś nieraz wyjrzał w górę,
Czuł już dreszcze zmartwychwstania;
Jam wciąż patrzał tylko w chmurę,
Która Boga mi przesłania.

Młodość Mistrzu jest rzeźbiarką
Co wykuwa żywot cały;
Choć przeminie sama szparko
Cios jej dłuta wiecznotrwały.

Więc już zwiądłem gdyś ty dzielny,
Gdyś żyw jeszcze, mrę nikczemnie;
I niebędę nieśmiertelny, —
Ach szczęśliwszyś ty odemnie!

Odpowiedział na nie Koźmian (d. 20 czerwca 1856) w tych strofkach:

Wyniosły wieszczu w męczeńskiéj koronie
Iskrę twych ogni rzuciłeś daremnie,
Próchno i popiół znalazła w mem łonie
Ledwo zątlała, już zagasła wemnie.

Los i cierpienia wspólne są nam obu:
Gdy cios morderczy wydarł matce życie,
Ja płaczę jak syn schylony do grobu,
Ty, jak od piersi oderwane dziecię.

Choć mu pokarmu obca pierś nieskąpi,
Odwraca usta jakby od trucizny.
Cóż nektar matki dziecięciu zastąpi?
Więdnie bez niego jak ty bez ojczyzny.

Ach krzep się! duszy, niech cię wspiera siła,
Osierocony, niejesteś sierotą;
Ostatnie dziecię co matka powiła
Jest starszych braci pieszczotą.

Jego kwilenie rzewnie przypomina
Bolesnéj straty ostatki —
Tém większy urok czerpa w niem rodzina
Im podobniejsze do matki.

Wieszczu! z twych trenów smutku i żałości
Niechaj odległa potomność uznaje
Jakiéj ta matka godna jest miłości,
Co takich synów wydaje.

Przypominam sobie co kiedyś z okoliczności którychś nowych poezyi Wiktora Hugo napisał był Ludwik Veuillot, ów bicz na wybryki pióra, że poeta, który po pięćdziesiątym roku życia wiersze pisze, wart być ochłostanym publicznie — laurami. Trafna ta recepta niedałaby się do Koźmiana zastosować, chociaż w ośmdziesięciu leciech pisał wiersze — bo téż francuzka muza ukwiecona wietrznica co innego niż muza polska z obliczem matki, umęczonéj i zapłakanéj wdowy.... Uczucie syna niema starości, tak jak ma ją uczucie kochanka.... Ostatnie tępiejąc z latami może być tylko pobudzone sztuką, kiedy pierwsze wzmaga się długością życia, idealizuje poezyą wspomnień wielkich lub bolesnych, ożywia się nadziejami nieopuszczającémi do grobowéj deski. —
Pod tém hasłem dusza poetycznego młodzieńca spływała się z duszą starca, i rozmawiały ze sobą, i rozumiały się jakby rówieśnice.
Przez lat dwadzieścia kilka, od powstania 1831 r. Koźmian usunął się od publicznego urzędowania i osiadł na swoim zagonie, szczęśliwy pod cieniem drzew zasłaniających mu widok na sprawy tego świata, które coraz niezrozumialéj przedstawiały się jego zdrowemu pojęciu i coraz dzikszym językiem odbijały się o serce. Niekiedy tylko ocucał go jaki fenomen, jakie uczone głupstwo, spółczesny lub niepoczesny objaw publicznego entuzyazmu — wtenczas krew mu się psuła i smagał biczem epigramu. Wiadomo jakiemi owacyami przyjmowała Warszawa koncercistę Kątskiego w r. 1853, że niemogłaby lepiéj uczcić którego z bohaterów wracających z pól Raszyna lub Dembego. Tknął go ten brak taktu i chłosnął potężnie ową muzykalną kołowaciznę:

Zagrał był koncert Kątski Turkom przed stu laty
Ugiął ich na kolana, wytrącił bułaty;
Nam dziś tak zagrał Kątski do serca i duszy,
Że słuchaczom z podziwu aż podrosły uszy;
Ten klawiszem brał ruble, tamten mieczem wały,
Jaki wiek, jacy ludzie — taki rodzaj chwały.

Wszystkie literackie prace Koźmiana mają wyjść w czterech sporych tomach. Pomieszczą się tam wiersze oryginalne, siedm ód w części nieznanych, pieśni i hymny, listy wierszem, poezye do różnych osób, bajki, epigramaty, napisy; daléj większe utwory, jak: Ziemiaństwo — Stefan Czarniecki — przekłady z Horacyusza, Wirgila, Tybulla — mowy pogrzebowe — Obrona podoficera Grotkowskiego — Żywot kasztelana Jana Tarnowskiego, Jenerała Dąbrowskiego — kilku rozpraw krytycznych — Nekrologi, — nakoniec pamiętniki poczynające się od r. 1779 a doprowadzone do r. 1831. —
Szlachetnie i godnie spełnione posłannictwo pisarza, jeżeli współcześni a tém mniéj idące po nas pokolenia, nieośmielą się mu wyrzucać, że ich serca zatruł jadem, pomieszał rozumy, wyrzucił z karbów świętych powinności, nabawił niesmakiem życia lub rozpalił nigdy nienasyconą żądzą.... Przeciwnie, błogosławić będą, że w pięknéj treściwéj mowie przechował im tyle prawd życia, tyle myśli podniosłych, tyle do cnoty zapału, a do rodzinnéj strzechy — miłości.
Niepodobna mi lepiéj zamknąć tego żywota jak parą strofkami, które Koźmian napisał o sobie w wierszu do księdza Baranowskiego wówczas proboszcza w Bychawce. Miał wtenczas 77 lat wieku:

„Już się przybliża kres mego żywota
Niezbędna starca oczekuje droga,
Pójdę w nią śmiało, bo otworzą wrota
Gdy ty zapukasz i westchniesz do Boga.

Nieszczędź pociechy mojemu plemieniu
Wzorem, nauką, zachowaj od skazy;
Nad memi zwłoki wyryj na kamieniu
Jeślim zasłużył te krótkie wyrazy:
„Tu leży starzec, Bóg mu lat przyczynił,
„Czcił Boga, kraj swój kochał, ludziom niezawinił.“

Są to wyrazy prawdy, którym potomność nietylko kłamu nie zada, ale owszem powtarzać je będzie przy każdem wspomnienia o naszéj wielkiéj i pięknéj przeszłości, która i po swem upadku przeciągała się jeszcze i żyła w takich mężach jak Kajetan Koźmian.



Przypisy

  1. Proźba wieśniaka do fortuny.
  2. Aluzya ta do Zamku Kaniowskiego, ale Goszczyński niebył uczniem Krzemienickim.
  3. Alluzya do kalek i starców z Konfederacyi Barskiéj, żebrzących kiedy młódź tonęła w zbytkach i świeciła złocistemi szlify.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.