Kain (Lisle)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Leconte de Lisle
Tytuł Kain
Podtytuł Poemat
Pochodzenie Przekłady
z poetów obcych
Wydawca „Gazeta Polska”
Data wydania 1899
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KAIN
POEMAT
Urywek.

W trzydziestym roku, w czasie próby długowiecznej
Pojmany do niewoli na ziemię Assura,
Togorma, mąż Widzący, syn Elma, wnuk Tura,
Miał taki sen, gdy usnął, wśród trzciny nadrzecznej,
W godzinie, gdy pod słońcem bieleje natura.

Od kiedy strzelec Jahweh, co śmiertelne ciosy
Mierzy w silnych, ich ciałem karmiąc sępów stada.
Oddał lud swój w niewolę Assyryi — gromada
Cała, goląc na czaszce i twarzy swe włosy —
Głucho milcząc, bezmyślnie pod jarzmem upada.

Ugięci pod ciężarem tych nędz ustawicznych,
Zgłodniali i spragnieni, spoglądali w strachu
Na ruiny swych grodów i świątyni gmachu,
A jak surowe mięso na jatkach publicznych,
Wisiały ich książęta na szubienic haku.


Stopa nieobrzezanych gniotła kark i ducha
Walecznych. W proch upadły, spustoszały mury
Świątyni, gdzie swe modły śpiewały praszczury,
I dziewice płakały pod biczem eunucha,
A z niebios patrzał Jahweh — niemy i ponury.

Więc w dzień ów, zostawiwszy przy prababkach siwych,
Na swych matach skórzanych uśpione dzieciny
I przecudne niewiasty smutnej swej drużyny,
Syn Elama, od młyńskich trudów uciążliwych,
Znużony, nad Khobarem legł usnąć śród trzciny.

Na pastwiskach promieńmi oblanego łanu,
W cieniu palm spoczywały byki i rumaki
I wielblądy dwugarbne, a przy nich strażaki,
Co przybyli z chaldejskiej ziemi i z Iranu.
Togorma, mąż Widzący, miał sen. Oto taki:

Oto był wieczór czasów tajemniczych świata,
Wówczas, gdy od południa słońc do zórz północy,
W przyrodzie rozkwitały pełne świeżej mocy:
Skała, kwiat, zwierz i ptaków gromada skrzydlata,
I gdy Bóg wśród swych istot oddychał wszechmocy.

Więc był to wieczór czasów. Nad wzgórzami chmury,
Wznosząc się nad kipiącej morskiej kadzi łono,
Zwieszały się na niebie, jako ołów bury;
To znów, porwane wirem szalonej wichury,
Z hukiem się w błyskawicę wiążą nieskończoną.

Na zachód jakieś zéze oko purpurowe
Pogrążało się zwolna w złote morza piany,

A na wschód Gelboe-hor spadzisty, odziany
Od podnóża do szczytu w swe blaski surowe,
Płonął, jak stos żałobny — jeszcze krwią oblany.

A w oddali, w oddali szumią pustyń piachy,
Kędy wyją szakale i gdzie ryczą osły,
I kędy naraz potwór jaki wielkorosły
Zgrzytem kłów lodowate sieje wokół strachy
I łamie stare palmy, co zielono rosły.

Lecz pod Gelboe horu pasma szczytem świeżym,
W gęstej mgle, gorejącej od tych płowych woni,
Które rozlewa niedźwiedź i król puszcznych błoni,
Lew, ryczący jak wicher na morzu bezścieżnem —
Słychać było nieznany szum — w pomroku toni.

I widział mąż ów zdala, jak rosła brzemienna
Żelazem — ściana grodu, a ponad nią wieże —
I pałace miedziane, niezdobyte leże,
Ul ogromny, o wnętrzu straszliwem, Gehenna,
Gdzie dni dawnych mieszkali olbrzymi rycerze.

A ci schodzili z szczytu gór i z równin dali —
Z głębi lasów i pustyń wieczystych bez wiosny,
Niezłomniejsi nad cedry i wyżsi nad sosny —
Zmęczeni, zlani potem, ciężko oddychali,
A każdy w grubych ustach cierpiał głód nieznośny.

A na barkach każdego leżał lew krwiożerny,
Kosmaty niedźwiedź, albo jeleń wielorogi,
A olbrzymie niewiasty ich przez leśne drogi,
Niosąc w dzbanach kamiennych kryształ wódz cysterny,
Szły, z nagiemi ramiony, wolno stawiąc nogi.


Szły, rzucając przed siebie swe dumne spojrzenie,
I stąpały pół nagie i zwinne — z pogodą,
Co była straszna swoją siłą i swobodą;
I białe swoje stopy na mech i kamienie
Z jednakowym spokojem po kolei wiodą.

Wiatry, pełne szacunku, w ich warkoczy splotach,
Drżąc po ich marmurowych karkach się błąkały,
A ściany krwi kolorem malowanej skały,
Niby wielkie zwierciadła, wiszące w ciemnotach,
Szkarłatami wieczoru grzbiet im oblewały.

Osły z Khamosu — krowy z ciężkiemi wymiony,
Czarne kozły i byki zbłąkane — szeregiem
Szły — i, bite drągami — wartkim spieszą biegiem,
I łydki wielbłądzicy gryzł kundel spieniony —
I wrota skrzypią zawias pordzewiałych ściegiem.

Śmiechy, gwar, odgłos dzikich pieśni coraz żywszy,
Pomieszany z żałosnem gnanych stad beczeniem.
Niby huk skał pod fali burzliwem wstrząśnieniem
Szły aż do wież, gdzie, na krzyż ręce założywszy,
Stali starcy, skórzanem pokryci odzieniem.

Widziadła, którym broda całe piersi bieli
I srebrną pianą błędnie na ramiona bieży,
Nieruchomi od twardych, skórzanych kołnierzy,
I którzy z szczytu murów dumnie się patrzeli
Na swój lud, co ma w oczach głąb’ mórz bez rubieży!

I później kiedy wszystko: tłum i szum i pyły
Znikły za wałem grodu olbrzymów straszliwym,
Mroki nocy z czeluści swoich wyłoniły

Głuchej grozy i strachu lodowate siły —
Rozlane wśród tumanów w westchnieniu chrapliwem.

I Widzący czuł, jak mu staje włos na głowie,
Gdy ujrzał, jak się z mroków ta zgroza wychyli
I poznał w swoim duchu, że tu postawili
Przed laty gród męczarni wyklęci przodkowie,
Że tu jest grób Kaina na ziemi Hevili.

Tu stanął on skrwawioną stopą, zlaną kurzem
I krwawem patrząc okiem, błędnej rzekł rodzinie:
„Grób mi zbudujcie! Życia mego czas wnet minie.
Złóżcie mię swobodnego pod kamiennem wzgórzem,
Tułacz chce spać. Dość zniosłem bólów! Umrę ninie!

Ziemie, nieznane ludziom, dzikich gór pieczary,
Wyście widziały, jakem tułał się po świecie
Bezustannie. Tu staję i padam. Na grzbiecie
Połóżcie mnie w mogile, twarzą w niebios gwary
O! wy mojej miłości i rozpaczy dzieci!

Niechaj słońce spogląda i niechaj deszcz myje
Piętno, co mi nienawiść wyryła nad czołem,
Ciało moje przed głodnym sępem i sokołem
Uchroni się. Mych pustych oczu mrok nie wyje;
Bojaźliwi zamilkną nad mej śmierci dołem.

Ale niech jęki wichrów, niech groza katuszy
Czuwań nocnych, niech głodu ból, niech błąkań zwiry,
Niech żałoby wczorajsze i dzisiejsze kiry,
Niechaj agonia światła napełnia me uszy
I huczy w mojem sercu, jak potoku wiry!“


A więc tak uczynili. Orły uleciały
Z miejsca, gdzie ten straszliwy czyn był dokonany;
Pradziad usnął w mogile, latami złamany,
Według woli zwrócony twarzą na upały
Słoneczne, na lazury i na burz orkany.

Enochio, twierdzo mężów straszliwych gromady,
Pieczaro gwałtowników, niezwalczonych grodzie,
Ty, coś nigdy nie znała — w rozpaczy ni głodzie —
Strachu, ani wyrzutów! drżał syn Elma blady,
Kiedyś stanęła przed nim w zmarłych wieków lodzie!

Widział twe wielkie schody, a na nich ogniste
Pochodnie, co się wiją w nocnych wiatrów pyle,
Słyszał ryki niedźwiedzi i lwów, które sile
Twych łańcuchów uległy. Widział przezroczyste
Fale twych wód, gdzie czarne jęczą krokodyle.

I ze wszech stron w tym groźnym, żelaznym potworze
Śpiących z otwartem okiem dochodziły tchnienia,
I tylko tu i owdzie, śród mroków milczenia,
Jakieś widma żałobne opuszczały łoże,
By słuchać tajemniczych szmerów nocy cienia!

Lecz oto z łona mroków rozdartych, od dzikiej
Granicy puszcz, co huczą wrzawliwym cyklonem,
Jakiś jeździec straszliwy na rumaku wronym,
Z zaciśniętymi pięśćmi, z grobowemi krzyki
Biegł przez góry i doły w galopie szalonym!

A jego jasne włosy w splotach jak rzemienie
Ulatywały z szumem, a koń biegł z tententem,
A za nimi z chrapliwym i długim lamentem

Biegło tłumem olbrzymim rozliczne stworzenie,
Które żyje na ziemi i nad firmamentem.

Orły i lwy drapieżne, psy i gadzin mrowie,
Głodne sępy, niedźwiedzie, wilki i wilczyce
I behemoty grube, jako twierdz wieżyce
Biegły i przeklinały w swej ryczącej mowie,
Enochu, twą ponurą i straszną stolicę.

Ale syny Aniołów spały w ciszy głuchej
A wielki rycerz wołał: stanąwszy na murze,
„Biada tobie Enochio! biada-ć, pychy wzgórze!
Grodzie tego, co bunty knował od pieluchy,
I którego przed czasem przeklął Bóg w lazurze!

Mogiło przeklętego! Dzień pomsty nadchodzi,
Morze huczy i wyje, a powierzchnia fali
Wnet wyżej ponad góry na ptactwo się zwali:
Zagłada ostateczna straszliwa się rodzi
I siedm pieczęci niebios piorunami pali.

I dzika puszcza mówić będzie: „Czem się stała
Enochia, podobna Gelboe kamiennej?
Sęp i kruk mówić będą w swej mowie plemiennej,
„Gdzie twierdza, co tu niegdyś strach naokół siała,
Gród olbrzymi, o ścianie żelazem brzemiennej?

Zginiecie — bratobójcy przeklęci synowie!
Ani pyłu, ni kości z was nie pozostanie! —
Oto już niecierpliwe zawyły otchłanie
Nad pokoleniem tego, co w myśli i słowie
Nie chciał przed twą potęgą uklęknąć, o Panie!


O Kainie, Kainie! ty w noc bezpromienną,
Jeszcze w łonie twej matki na wieki przeklęty.
Biada ci! Dotąd słońce pije krwi odmęty,
Co rozlała twa ręka maczugą kamienną,
I wiecznie pić je będzie z trumny twej zamkniętej.

Ty, nad którego cichym snem króluje pycha,
Nędzne ciało! Ty, duchu, pomście dany wiecznej,
Któryś nie znał nadziei ni wiary słonecznej,
Biada ci! Pies szczęśliwszy, co za miastem zdycha,
W straszliwej ci twej zbrodni dojrzeć dał Przedwieczny!“

Wówczas pod ciemnym szczytem twierdzy buntowniczej,
Podnosząc czoło, tułów, i piersi i ramię
Pośród przekleństw i obelg zwolna wstał w swej jamie
Olbrzym, co go zrodziła na ten świat goryczy
Ta, przez którą zginęły syny twe, Adamie!

Stanął, wyprostowany w pościeli granitnej,
Gdzie minęły już nad nim sześciowieczne lata,
Jak usnął, by się więcej nie zbudzić dla świata
I spojrzał w gęste mroki puszczy starożytnej
I na piersiach spoczęła jego pięść kosmata.

Lice było pokryte brodą osiwiałą,
Lecz pod gęstemi brwiami błyszczało mu oko,
Jedną marą zajęte, otwarte szeroko
I w horyzont od wieków w wiek na wstecz patrzało,
Stając duchem przed świata młodzieńczą epoką.

Togorma widział wówczas, jak syny Enocha
Zbiegły się niezliczone, jak mrowie w wzburzeniu

Na wieże i na mury w jednem oka mgnieniu,
Aby spojrzeć na dziada, który powstał z procha
I stał w grobie i marzył w głębokiem milczeniu.

A bestye wciąż ryczały w nienawiści dzikiej,
A rumak, z nozdrzy krwawym buchając płomieniem —
Łamał palmy jak słabe trzciny nad strumieniem,
A wielki rycerz, strażnik Gehenny, swe krzyki
Grobowe — łączył z bestyi stugwarnem ryczeniem.

Ale potężny człowiek nad swej trumny złomem
Wyciągnął sękowate ramię swe — i oto
Uszy bestyi ryczących napełnił głuchotą,
I mówił głosem wolnym, wielkim niby gromem,
Który wichry z ech w echa w dzikie puszcze miotą...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Leconte de Lisle i tłumacza: Antoni Lange.