Junakowie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Kaczkowski
Tytuł Junakowie
Pochodzenie Ostatni z Nieczujów
Data wydania 1853
Wydawnictwo B. M. Wolff
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



JUNAKOWIE.



Kiedy okiem rzucę po społeczeństwie zamieszkującém tę ziemię, i kiedy pojedyńczo przejdę sąsiadów mych charaktery: to z boleścią serca dla mnie, a na pociechę może ludziom nowatorskie opinije lubiącym, przekonuję się jawnie, że z tych usposobień, które dawniéj uchodziły za dobre, a nawet niemało do narodowéj przyczyniały się sławy, wiele już całkiem wymazanemi zostały z życia. Jest-li przyczyną tego cywilizacya, rozprzestrzeniająca wpływy swoje aż po wschodni kres Europy, czy rozum biorący dzisiaj berło nad wszystkiém, czy zupełny upadek dawnych zwyczajów i owéj fantazyi, która stanowiła główny typ charakteru moich współczesnych, pozostawiam to do rozsądzenia filozofom i moralistom; jednak chociażby oni i nieodmiennie kwestyę tę rozstrzygnęli, tego, co wyrugowaném zostało z życia, pewnie już nie powrócą.

W takich konjunkturach historyi ze spodziéwaną przyszłością, zdaje mi się, że nie źleby było, gdyby każdy starzec, sięgający pamięcią swoją w owe czasy niepowrotnie już przeminione, niezamykał swojego umysłu przed tegoczesną młodzieżą; bo aczkolwiek jéj drogi różne są od niegdy dróg naszych, i chociaż opinije któremi oni dążą do swojego zbawienia, cale nie odpowiadają uczuciom napełniającym niegdy serca moich współczesnych: jednak wątpię, ażeby mogły gdzie serca tak już popsute być, ażeby pogardzały wspomnieniami z swoich ojców żywota; mniemam nawet, że w owych uczynkach nie jedna strona taka jest, która naśladowana dziś, jeszczeby wielkie pozyskała oklaski. Takie uczyniwszy preludium, przystępuję do rzeczy.
Za panowania Sasów Rzeczpospolita przeżyła lat kilkadziesiąt w wielkim spokoju, — leniwstwo i piecuchowstwo opanowało kraj cały, więc Szlachta Sanocka z dawien dawna waleczna i bijąca się po wszystkich wojnach, rada nie rada także musiała przykucznąć u domowego komina, lubo w rzeczy długoletni pokój nigdy narodowéj doli nie wadzi. W całéj Rzeczypospolitéj bowiem, wedle ostatniéj konstytucyi stać miało tylko ośmnaście tysięcy wojska, to jest dwanaście w Koronie a sześć w Litwie, ale, ile że to wojsko nie mogło mieć nigdzie praktyki, chyba przy assystencyach Hetmanom, Trybunalskim Marszałkom i wojskowym komissyom, albo w nienader częstych wyprawach na hajdamaków na Ukrainę i różne bandy Cyganów i zbójców, — tedy komplet jego w Koronie ledwie kiedy dochodził sześciu, a w Litwie ani dwóch tysięcy. Do tego jeszcze służba w tém wojsku nie dla każdego była przystępną, i na towarzysza chorągwi czy to hussarskiéj, czy pancernéj polskiego autoramentu, potrzeba było mieć konia swojego, cały swój moderunek, i fundusz na utrzymanie siebie i pocztowego, bo gaża, którą i tak jeszcze obywatelowi pobiérać nie wypadało, nigdy na to wystarczyć nie mogła; — nie tak łatwo zresztą tam było o miejsce, a podczas gdy na pocztowego żaden szlachcic by nieszedł, to w autoramencie cudzoziemskim służyli tylko ci, którzy już żadnego posiedzenia mieć nie mogli na gruncie, bo nie miłe było kolegowanie z najemnymi Węgrami, Czechami i Niemcami. Młodzież więc po największéj częśći siedziała w domu i włócząc się po jarmarkach, odpustach i stypach, bawiła się jako mogła, a których krew nie mogła cierpiéć spokoju, ci junakowali pomiędzy sobą i przesadzali jedni drugich w trudnych wojennych lub fizycznéj siły dotyczących się sztukach rycerskich.
Największym junakiem w ostatnich latach panowania Augusta III, był w Ziemi Sanockiéj pan Edmund Chojnacki, syn pana Macieja Chojnackiego, Stolnika niegdy Rawskiego a późniéj pisarza Grodzkiego Sanockiego, który wielkim był przyjacielem JW. Wojewody Wołyńskiego i trzymał od niego wieś Zagórz dźierżawą a dziedziczną miał Strwiążyk, pomiędzy Chwaniowskiemi górami leżący. Pan Edmund za młodu oddany był do szkół Jezuickich do Lwowa, skąd po kilku latach ojciec jego, wielki rygorysta i sęsat, przeniósł był do Warszawy i wiele łożył na niego, bo dojrzawszy w nim nie mało talentów, chciał go koniecznie na wielkiego wykierować człowieka; więc trochę pieniędzmi Jezuitom a resztę synkowi batogiem naganiał, aby nieodmiennie do założonéj dójść mety. Ale krew jego gorąca już się zaraz w szkołach objawiła, bo kiedy to Pijarscy studenci z Jezuickimi ustawiczne bitwy staczali, on w jednéj takiéj, wydanéj na zamarzniętéj Wiśle, widząc że tamta partya przemaga, dobył szabelki, jednego Pijarskiego audytora srodze dokazującego skaleczywszy, w przyrębkę wtrącił, a sam rzuciwszy się z gołą klingą na pacholęta, tylko grudkami śniegu uzbrojone, całą akademiję rospędził. Sprocessowano go o to i byłby niezawodnie dostał haniebną z Akademii exkluzyę, gdyby sympatya niektórych panów, tym walecznym czynem zyskana, nie była mu wyjednała protekcyi. O czém dowiedziawszy się ojciec, lubo w duszy cieszył się taką syna fantazyą, jednak skarał go srodze, a po ukończonych szkołach, za protekcyą JW. Wojewody Wołyńskiego Ossolińskiego, na dwór Królewski wśrubował; tusząc sobie, że z wiekiem ferwor zmitygować się musi i tylko w takiéj mierze pozostanie, że go na wielkiego żołnierza i obywatela wyforytuje.
Jednak inaczéj się stało; już bowiem po półrocznéj służbie przy dworze pan Edmund przyszedł do zwady z daleko starszym rangą od siebie dworzaninem Królewskim, i tak go w pojedynku zesiekał, że tamten umarł do trzeciéj doby. Z wielką tedy niechęcią i umartwieniem dla ojca musiał powrócić do Zagórza i oddać się gospodarstwu. Orząc niby-to i siejąc, a w rzeczy wyglądając tylko, rychło się jaka wojna albo choć okazya do bitwy pokaże i przewodząc tu i ówdzie przy małych burdach powiatowych, zajazdach i pojedynkach, nabył wielkiego poważania u szlachty i nie bez przyczyny. Był on bowiem nader kształtnéj budowy, a wzrostem najsłuszniejszych o głowę przenosił; siłę miał taką, że rwał postronki jak nitki, konie wywracał, a raz o zakład całą chałupę chłopską sam jeden rozebrał od południa do zachodu słońca. Bronią każdego gatunku umiał tak robić jak nikt w całéj ziemi, a do tego jeszcze będąc w Warszawie, od Niemców fechtmistrzów takich się ponauczał sztucznych handgryffów, że kiedy wziął karabin lub dzidę do ręki, to na niego patrzano jakby na cuda. Nakoniec posiadał i to, co go dystyngwowało od innych, to jest polerowność światową, przeróżne wiadomości i umiejętność obcych języków. Powróciwszy w ziemię Sanocką i robiąc różne znajomości, bo chociaż był z pnia Sanoczaninem, jednak młodość całą strawiwszy w Warszawie, przyjechał do ojczyzny jak obcy, poznał się był także z panem Deręgowskim, Stolnikiem Ostrzeszowskim, a Ustrzyk-dólnych dzierżawcą, starym wygą i także wielkim junakiem, ale takim zwadą, że tak jak inni za handlem, za faciendami lub zabawą, on za samą bitwą jéżdżał w dalekie strony, a nawet aż do Węgier i na Ukrainę. Ale poznanie ich było dziwne. Raz z jarmarku z Bukowska wraca Deręgowski na koniu a przyjechawszy ku Zagórzowi, że mu ta droga bliższa była, wali prosto przez łąkę. Pan Stolnikowicz będący właśnie u robotników w polu i widząc że któś tratuje po łące, zbliża się i woła z daleka:
— Hej! a kędy to waszmość jedziesz!
— Kędy mi bliżéj, — rzecze Deręgowski.
— Ba! bliżéj, ale to trawa mosanie, niewolno.
— Niewolno? proszę! jeszcze mnie nikt nie rozkazywał.
— Ale ja ci rozkażę, — krzyknie Chojnacki, i jak go porwie za kołnierz, tak go jednym zamachem ściągnął z konia na ziemię, chociaż Deręgowski był także chłop duży i tylko jeden równał się wzrostem Stolnikowiczowi. — Wstając Deręgowski ze ziemi, popatrzył się zwolna na Pana Edmunda i rzecze:
— A gdzie ty się tu wziął taki w Sanockiém, chyba cię ziemia dopiéro wyrzuciła, żem cię nie znał dotychczas?
— Gdziem się wziął, to wziął, — odpowie Stolnikowicz, — a po łąkach nie jedź, bo jak mnie ziemia wyrzuciła, tak ciebie pochłonie.
— A no! — powiada Deręgowski pomału — może byś mnie i zjadł. — Na to pan Edmund:
— Jadał ja już nie takich i nie sroż się bardzo, bo u mnie gęba wielka.
— Toć i u mnie nie mała, ale u mnie i ręka ciężka.
— Co ty mnie z twoją ręką! — zawołał pan Edmund, — ruszaj z łąki, bo cię wraz z twoim pachołkiem rzucę na drogę!
Deręgowski, zaufany w swoją siłę i nieczując żadnéj trwogi, wciąż pomału spogląda a potém rzecze:
— Waszmość widzę ufasz swéj sile, ale ja także; ja zjadę z łąki, ale zrób mi waszmość ten honor i popróbuj się ze mną, bom ciekawy żali będzie choć jeden w Sanockiém, któregobym ja nie przemógł.
— Hm! — rzecze Stolnikowicz zmiękczony — dobrze! ale pierwéj powiedz, kto jesteś; bo mi coś patrzysz na jakiegoś kramarza, a ja się ze szewcami nie bijam.
— Jestem Deręgowski, Stolnik Ostrzeszowski.
— A ja Chojnacki, Stolnikowicz Rawski.
— Syn Pana Macieja?
— A syn.
— No to ja już znam waszmości, — alem się tego w tobie niespodziéwał. Więc spróbujmy się.
Więc pachołkowi kazali znijść z łąki i Deręgowski zrzucił kontusz ze siebie, a przypatrując się Chojnackiemu i jego budowie, ażeby wiedzieć, kędy go zażyć najlepiéj, i widząc że ten ma na sobie kubraczek z białego sukna, rzecze do niego:
— Tylko proszę, zdejm Waszmość ten czysty kubraczek ze siebie, bo szkoda aby się w trawie potarzał. — Na to pan Edmund:
— Nie frasuj się Waszmość o to, jak się zwala, to się wypierze, ale to mnie w głowie, że pięście, to broń nie szlachecka.
— O to najmniejsza, wszakże jutro możemy się spróbować na inną, a tymczasem bierzmy się.
I wzięli się jedną ręką pod pachy a drugą za karki i stali tak jak dwa posągi z pół Ave Maria, a potém jak się rżucą, to wprawdzie pan Deręgowski upadł na ziemię i błoto się zrobiło na tém miejscu, lubo trawa przedtém była w kolana, ale mu cały kubraczek pana Edmunda i z połową koszuli został się w ręku.
— Dobryś! — rzecze pan Edmund wpół nagi i mający tylko rękawy po wyżéj łokci na rękach, — jeszczem takiego niemiał w ręku.
— Ale ty lepszy — odpowie Deręgowski, — proszę o twoją przyjaźń, i wrazie chętnie się poddaję pod twoją komendę.
Odtąd zawiązała się pomiędzy nimi przyjaźń dozgonna.
W krótkim czasie, ile że to zawsze swój swego łacno odszuka, przyłączył się do nich pan Sobolewski, Cześnikowicz Żytomirski, który trzymał dzierżawą od JW. Wojewody Wołyńskiego klucz Czarneński, także ognistéj fantazyi kawaler, a chociaż nie tyle już imponujący siłą fizyczną, jednak sławny odwagą i wielkiém sercem, które go uczyniło tak nieskażonym i czystym, że nigdy ani najdrobniejszéj makuły, ani w jego uczynkach, ani w sądach, ani w myślach nawet niebyło. Także wielki junak i duch srodze niespokojny swojego czasu, w konfederacyi cudów męstwa dokazywał, a trzymając się nierozerwanie swoich przyjaciół, wszędzie im towarzyszył, — z nimi nie małych awantur był uczestnikiem, a ile że był miękkiego serca w pokoju, więc téż i najgorliwszym był wszystkich pokrzywdzonych obrońcą, a uciśnionych opiekunem i dobrodziejem. Srogim i surowym był sędzią we wszystkich sprawach, do których go powołano, ale ani sprawy takiéj ani osoby, na któréj by najmniejsza plamka była, nigdy się nie tknął. Komu on rękę podał, tego można było na ślepo szanować, co powiedział, to niezawodnie było udowodnioną prawdą; dla tego kiedy mu się kto w czém sprzeciwił, to się jak wściekły rzucał na niego i gotów był rozedrzeć na dwoje: ale znano go już powszechnie i szanowano nieodmiennie. Był przytém nabożny i bogobojny, co Piątek pościł a co Sobota świętą spowiedź odprawiał i jałmużny dawał, o czém wiedząc żebracy z całéj ziemi, co Sobota się do Czarnéj ściągali i już ze świtem dóm jego oblegali; on wszystkim dawał bez wyjątku, ale niech by się który był w dzień inny pokazał, tak by go nie minęły batogi, jak amen w pacierzu. Żydów nie nawidził i w całym kluczu Czarneńskim ani jednego nie cierpiał; nigdy nic od nich nie kupywał, ani ich do niczego nie używał, a miałby téż i całą dobę jechać o głodzie, do żyda nie zajechał i nic nie jadł u niego, mówiąc: — Żeby to plugastwo w pień wycinano, ani bym jednéj łzy nie uronił.
Czwartym w téj kompanii był pan Chryzanty Nowosielecki, z dawnego rodu dobréj szlachty Sanockiéj idący, a mający połowę wsi Wojtkowy, tuż niedaleko Strwiążyka pomiędzy Chwaniowskiemi lasami. Ten Nowosielecki był mały wzrostem, brunet z najeżoną czupryną, a oczy miał takie czarne i wzrok w nich tak srogi, że kiedy popatrzył, to aż dreszcz przenikała. Był on nie tyle odważny, ile zacięty i zwadliwy, za swoją sprawę dałby się był siekać w kawałki i gotów jak gad skakać do oczu, — nie posiadał nadzwyczajnéj siły fizycznéj, ale był tak sprawny i szybki w robieniu bronią, że mu nikt nie dorównał. Do tego jeźdcem był zawołanym a jego konie, które, mając bliskie stosunki z JW. Mniszchem, dziedzicem dóbr Chyrowskich, od niego dostawał, były wprawdzie nie wielkie, ale czystéj krwi tureckiéj i z natury już bardzo zwinne i wytrzymałe, a do tego jeszcze w jego rękach stawały się tak szybkiemi i takich różnych sztuk się powyuczały, że pan Chryzanty, chociaż pieszo nie wiele znaczył, jednak na koniu był prawie niezwyciężonym.
Pomimo to wszakże, najmniéj go w téj kompanii kochano, bo był niecierpliwym i zaraz do bitwy się zrywającym, choćby i przeciw swemu, — wtedy go Chojnacki brał za kołnierz, podnosił w górę jak kota i mówił: Cicho, bo jak spuszczę na ziemię, to piszczałki pójdą w kawałki. Więc swoim dawał pokój, ale inną szlachtę srodze niepokoił, osobliwie kiedy miarkę przebrał w napoju; raz nawet JW. Wojewodę wyzwał na pojedynek i byłby się musiał rąbać z nim Wojewoda, bo Nowosielecki był niezawisłym i tak dobrym w Wojtkowie, jak Ossoliński w Lésku, a nawet i w Rzeczypospolitéj oba sobie równi; ale Sobolewski, rzecz tę uważając za burdę, i za sprawę całéj kompanii, podjął się sekundowania i załagodził. Ustąpił Nowosielecki od swego, ale wymógł na swoich towarzyszach parol kawalerski, że odtąd w żadne zgody spraw cudzych wdawać się nie będą.
Zapoznawszy się Stolnikowicz ze swoimi towarzyszami i uczyniwszy z nimi przymierze zaczepne i odporne a nigdy nierozerwane, jeszcze więcéj łaskę swojego ojca postradał; bo i tak nie miał jéj już wiele za to, że to niekierował się po jego woli i zawiódł ojcowskie nadzieje. Piérwszy to był wypadek za moich czasów, w którym ojciec ze synem oziębiając się zwolna jeden dla drugiego, nakoniec stali się sobie całkiem obcymi. Pan Stolnik Rawski był, jak to już wyżéj powiedziałem, wielkim moderatem, nawet in publicis, gdzie uchwyciwszy się raz partyi Królewskiéj, dla tego że do niéj należał Wojewoda, trzymał się nie téj partyi, ale Wojewody aż do samego końca. Partya ta przeistoczyła się za interregnum w tak zwaną Saską, potém za panowania Stolnika Litewskiego, w oppozycyą, nareszcie my wszyscy, Stolnikowicz także, trzymaliśmy się stale przy jednym sztandarze i chętnie szliśmy wszystkiemi temi kolejami, przez jakie nasz sztandar przechodził, — ale pan Stolnik, widząc że Wojewoda zaraz po utraceniu nadziei osadzenia Elektora Saskiego na tronie, od téj partyi się pomału usuwa, to i on się usunął i chciał przejść na inną stronę. Zarzucił był już nawet i czapkę pomarańczową, Saskich partyzantów oznakę, a począł nosić zieloną, jaką Czartorysczycy nosili, ale i to nic nie pomagało: u swoich dawnych przyjaciół wiarę stracił na zawsze, a familija go wcale nie poszukiwała; a kiedy JW. Wojewoda dla rozruchów krajowych i upragnionego dla siebie spokoju, postanowił do Węgier na czas jakiś się przenieść, to panu Stolnikowi niezostawało nic innego, jak towarzyszyć swojemu panu. Jednak ta polityka i rozum dziwaczny, a dobre zachowanie jego syna u całéj szlachty, spowodowało go, że nienawidził tego, którego wszyscy kochali, — ziębił tylko z każdym dniem więcéj ku niemu, a nakoniec widząc, że pan Edmund zabrał tak bliską z owymi junakami znajomość, i nieraz swoich gości musiał przyjmować w domu ojcowskim, rzekł mu dnia jednego: — Wyrosłeś mi wasze na dużego chłopa i jak widzę zaczynasz się wodzić pomiędzy Owsianymi; mam ja tam gdzieś wioskę za Chwaniowem, weź ją i uczyń sobie dom własny, bo twoi adoratorowie zjedzą mnie daléj z kościami. Bądź zdrów i daj Boże szczęście w tych nowych zamysłach, za które wedle mojego zdania, trudno na co więcéj zarobić, jak na szwankowanie na zdrowiu, albo i co gorszego jeszcze.
Odtąd czwórka junaków skojarzyła się już nierozerwanie. Rzadko którego z nich można było widzieć samego; gdzie jeden tam téż i wszyscy, a jeżeli się tak zdarzyło, że się rozeszli, to zawsze tak wiedzieli o sobie, że się w pół doby znaleźli. Żaden z nich nie miał swojéj osobnéj sprawy, kiedy sprawa to wszystkich wspólna, majątki nawet, ruchome i nieruchome, zgoła wszystko, co jeden miał, to drugi mógł brać, jakby swoje nic się nie opowiadając, — i jedna tylko rzecz między nimi była wyłączną własnością jednego, a to żona Deręgowskiego, — tamci trzéj byli bezżenni.
Na oko zdaje się to nic, ale nikt by dziś nie uwierzył, co to za moc niezłamana była w téj kompanii, chociaż tylko z cztérech i to cale nie bogatych ludzi była złożoną. Czego chcieli, tego i dokazali, do któréj partyi, czy to na sejmiku, czy to na zjeździe, czy w kole chorągiewném, czy w jakiéj bądź sprawie oni się przyłączyli, ta niezawodnie przeważyła; nie mieli też Czartoryscy ani jednego partyzanta w ziemi Sanockiej za ich exystencyi. A trzymali się tak, że zawsze jednego byli zdania: czy to, że się zawsze nad każdą materyą wpiérw naradzali pomiędzy sobą, czy może już tak jednego natchnienia byli. Dość, że zawsze tak było, że kiedy jeden powiedział czarno, to spytać się drugiego, choćby i o sto mil będącego, to i u niego czarno. Mieli téż rozum nie mały w każdéj materyi, oprócz jednego Deręgowskiego, który więcéj ważył ręką, niż głową. Najsroższym téż był egzekutorem ich dekretów. Bo to kiedy kto od nich pomocy zażądał, a oni mu ją przyrzekli, to mu ją pewnie dali i to taką, że się ani od króla lepszéj nie mógł spodziewać; ale kiedy się na kogo uwzięli, to przepadł z kretesem. Wszyscy cztéréj byli towarzyszami chorągwi pancernéj, polskiego autoramentu, konsystującéj w Sanoku, któréj Rotmistrzem był JW. Jerzy Mniszech, Marszałek Wielki Koronny, a Chorążym JW. Józef Błoński, dziedzic Bereski, — ale się tém wiele nie zabawiali, tylko na kołach chorągiewnych bywali i kiedy który z nich był obrany deputatem do exakcyi podatków chorągwi się należących, to służbę swoją czynił; ale nie tak jak inni, którzy tę funkcyę sprawując, odzierali szlachtę i chłopów, robiąc z nimi formalne ugody, za pomocą których brali po trzykroć tyle, ile się należało; który z nich szedł na exakcyą, to jeszcze częściéj gdzie podatek darował, lub ze swego mieszka dołożył, niżeliby miał kogo ukrzywdzić. Roku jednego, kiedy pan Edmund Chojnacki był obrany namiestnikiem chorągwi, a jako taki musiał nieprzerwanie siedzieć w Sanoku, to wtedy przez cały rok i tamci trzéj tam siedzieli: a niemając nic lepszego do czynienia, to sprawy sądzili sądem kompromissarskim i zaraz egzekwowali, na cyganów i zbójców wyprawy robili i hersztów brevi manu wieszać kazali, jakoż i innych niesfornych a pokój publiczny burzących ludzi poskramiali. A lubo to do ich funkcyi nie należało, jednak ile że sprawiedliwie sobie w każdym takim terminie poczynali, nie tylko nikt się o to nie skarzył, ale jeszcze każdy oddawał im za to cześć i szacunek. Mieli téż wielu przyjaciół w téj ziemi, a pan Pieniążek młody i Krzysztof Brześciański, Kasztelanic Lubaczewski, byli jak gdyby ich consortes i nie rzadko ich w różnych okazyach, czy to personaliter czy groszem sukursowali; z moim ojcem téż w wielkiéj byli zażyłości, a jako starego i po obcych wojnach wysłużonego żołnierza, wielce szanowali i nieraz jego rad zasięgali.
Nie każdemu jest dzisiaj wiadomo, jakie to czasy były w Polsce natenczas, a podczas kiedy nauki co raz bardziéj się rozprzestrzeniają pomiędzy ludźmi i nie rzadko napotyka się głowy głęboko myślące i górujące fantazyą może aż nad wiek swój i po nad rzeczywistą potrzebę, to przecie rzadko nachodzi się taki, któryby o owéj epoce historyi naszéj, pod każdym względem dobre i jaką parcyalnością nie skażone posiadał wyobrażenie. Z nie małym nawet żalem ale jednak z pewnością przychodzi mi to powiedzieć, że nie tylko wiele ówczesnego żywota, spraw i szczegółów całkiem już dzisiaj poszło w niepamięć, ale co gorsza, są pewne o owych niektórych sprawach opinije, które dzisiaj pospolity kurs mają i za niezwichnione uchodzą, a jednak przeto z samego gruntu są cale fałszywe. Pochodzi to stąd, że nader mało posiadamy książek, któreby o owéj epoce, ze gruntowną znajomością materii a bez uprzedzenia pisały, — i stąd, że owego wieku współcześni, wygrawszy już swoje role na téj ziemi i widząc, że ich następcy, cale od starych obyczajów odstępują, a na wiarę świętą i religiją świętokradzkie czyniąc zamachy, rozumowi tylko swemu całą ufność oddają i na téj znikoméj ludzkiego ducha sile, całą swoją przyszłość opierają, — widząc owi współcześni nakoniec, że ich następcy, dla historii i tak szacownéj przeszłości nic już nie mają, krom lekceważenia w sercu i szyderstwa na ustach, — zatykając swe uszy wykrzykami nowatorskiego ducha, zamykali oraz swe usta i serca, i raczéj zapomnieni i na wieki milczący wchodzili w otwarte już dla nich groby, niżeliby mieli najdroższe swego życia wspomnienia ciskać na igraszkę zepsutemu i niedojrzałemi wynalazkami zarozumiałemu żakowstwu. Ci dumni swoim żywotem ojcowie, czy uczynili tak dobrze, czy źle? niechcę sądzić na dzisiaj. — Wypadało mi jednak to wspomnieć dla tego, iż już nieraz mi się zdarzało, że opowiadając coś z tamtych czasów, cale fałszywie byłem zrozumianym, albo znów posądzonym o coś, o czém mi się ani śnić mogło. A nie pochodziło to skąd inąd, jak tylko stąd, że słuchacze, nie mając cale żadnego albo jakąś parcyalnością skrzywione wyobrażenie o fakcie historycznym, którego szczegół jaki drobny opowiadałem, wedle tegoż wyobrażenia téż sobie grupując pojedyńcze me zdania, zaraz z nich jakąś wyciągali naukę moralną lub polityczną, która do mojéj tak była podobną, jako nowomodny pałacyk szwajcarskiego gustu, do modrzewiowego niegdyś dworku pomiernego szlachcica.
Kiedy już rozwiązałem usta do mnogich opowiadań spraw i wypadków mojéj młodości współczesnych, a Pan Bóg pomimo tak dostatniego wieku mego jeszcze mnie raczył pozostawić tyle bystrości, że i efektu, jaki moje opowiadania na słuchaczach sprawiają, z łatwością dostrzegać mogę; to zapewne i obowiązkiem było-by moim, wszelkim podobnym nieporozumieniom zapobiegać zawczasu. Jednak do uskutecznienia tego nie widzę innego środka prócz tego, ażeby najpiérw zasiąść i zakasawszy dobrze rękawy, całą owéj epoki polityczną i wojenną napisać historyę, a dopiéro na dnie tak pewném snuć owe drobne opowiadania, które mi niewygasła jeszcze pamięć przynosi. Nie przeczę temu, iż by to było radykalném na wszystkie nieporozumienia lekarstwem, wszakże za nadto jasném jest niepodobieństwo zpreparowania téj medycyny, ażebym się aż obszernie miał nad tém rozwodzić. Jako więc było dotąd, tak téż i nadal pozostać musi, więc po staremu, ja będę opowiadał, a kto łaskaw będzie mnie słuchał. Komu się zaś podoba który z moich staroświeckich żupanów nowomodną podszyć kitajką, to niech sobie uczyni tę igraszkę; wymawiam sobie tylko, iż by suknię tak odmienioną niekładł na powrót na mnie, za co ja znów mu ręczę, że choć szyję żupany, to pewnie nie na to, abym w nie dzisiejszych, lekkich odzieżą i rozumem, młokosów ubiérał. Ale powracam do rzeczy.
Powiedziałem już wyżéj, że najgłówniejszym owych junaków przymiotem była odwaga do najwyższego wyciągnięta stopnia. Wiedząc atoli o tém, iż najwspanialszy ten przymiot rycerski, zarówno zdrowych sił duszy jako i ciała wymaga, ćwiczyli się w nim ciągle i umiejętnie. Więc nie tylko tym końcem bili się ustawicznie w pałasze, strzélali sobie za uszyma z pistoletów ażeby nerwy zahartować i polowali na dzikie i drapieżne zwierzęta, ale nawet nocami sypiali w kośnicach, w kościelnych grobach i w najstraszniejszych leśnych pieczarach, czyniąc pomiędzy sobą o różne dziwne tego rodzaju junactwa znakomite zakłady. Broń mieli oni wszyscy tak dobrą, że jéj lepszéj dostać nie było można w całéj Rzeczypospolitéj, a dać sto i dwieście dukatów za pałasz albo za parę pistoletów, to u nich rzecz była zwyczajna; strzélał téż za to Nowosielecki tak z pistoletu, że asa wystrzélał, a jego Węgrzynek trzymał mu talar bity o kroków dwadzieścia. U Chojnackiego nawet była armatka, z któréj czasem na wielkie święto do celu strzélali, co-by byli czynili i częściéj, gdyby nie koszt nadzwyczajny na proch i kule. Jednakże, pomimo to wszystko przyznać im wypada, iż tak swoich sił nadzwyczajnych jako téż i takiéj odwagi, która im pozwalała każdą sprawę tentować, nigdy prawie w złych jakich zamiarach nie używali, i owszém jeżeli dziś po nich jaka się pozostała pamiątka, to ta zapewne nie co innego, jak tylko jakiś braterski i chrześciański uczynek opowiedzieć potrafi. Owóż kilka pamiątek z ich życia.
Pan Brześciański Szczerbaty, tak nazwany dla wargi przeciętéj, miał wioskę Równię, pomiędzy Ustyanową i Ustrzykami-dólnemi leżącą. Sam mieszkając aż koło Gorlic miasteczka, leżącego już w ziemi Sandeckiéj, w niéj nie gospodarował, a przez rząd Podstarościch i dyspozytorów tak ją był zrujnował, że nie tylko już prawie żadnych budynków nie miała, ale mu nawet żadnych dochodów nie niosła; a to wieś przecie, która na owe czasy warta była z jakie sto tysięcy. Zawiadomiony o tym nierządzie przez pana Sobolewskiego, który trzymając Czarnę niedaleko mieszkał od Równi, zjechał sam nakoniec, swojéj nędzy się przypatrzył, ale nic na to poradzić nie umiał.
— Puść w dzierżawę, — rzeknie mu Cześnikowicz Żytomirski, — małą weź tenutę a za to włóż na dzierżawcę obowiązek postawienia budynków i uporządkowania gospodarstwa.
— Dobrze mówisz; puszczę, żeby się jeno kto trafił uczciwy.
Z tém pojechali do pana Krzysztofa Brześciańskiego do Ustyanowy, gdzie zjechawszy się z panem Stolnikowiczem Rawskim, z Deręgowskim, Nowosieleckim i moim ojcem, pili i zabawiali się przez dni kilka, posławszy tymczasem żydka do Sanoka, żali-by tam, że to zawsze o tém wiedzą przy Sądach, nie odpytał jakiego dzierżawcy. Czwartego czy piątego dnia przyjechał istotnie niejaki pan Wrześniowski i począł tentować. W kilka dni ukończył interes, — ale jak się opisali, to tylko sam Pan Bóg wiedzieć raczy, bo było ich tam mądrych głów wiele, ale ani jednego legisty. Po podpisaniu kontraktu, w skutek którego pan dzierżawca pożyczył piętnaście tysięcy złotych panu Brześciańskiemu, wziął w dzierżawę na sześć lat Równię, rocznie po cztéry tysiące złotych i zobowiązał się wszystkie budynki postawić, obrócił się tylko pan Deręgowski do Wrześniowskiego i rzekł mu:
— Wchodzisz Waszmość w nasze sąsiedztwo, pamiętaj-że, sprawuj się dobrze, bo my tu dobrzy dla dobrych, ale ze złymi to i w piekle nie będzie gorzéj.
— Nu da Bóg, Wielmożny Panie, wszystko dobrze będzie.
I sprawił się doskonale. Bo jakoś we cztéry lata potém przyjéżdża do mego ojca do Bóbrki pan Chojnacki i zaraz na wstępie rzecze:
— Pamiętasz panie Skarbniku tego pana Wrześniowskiego, któremuśmy to przed tylu a tylu laty wypuścili Równię Pana Brześciańskiego?
— Pamiętam — rzecze mój ojciec — i słyszałem że doskonale w niéj gospodaruje.
— Już pogospodarował.
— No jakże?
— Wytoczył panu Brześciańskiemu proces o ośmdziesiąt kilka tysięcy za same budynki, o pożyczonych piętnaście tysięcy z prowizyą za cztéry lata i o kilkanaście tysięcy, które wypłacił gromadzie, jako niby długi niegdyś u niéj pozaciągane przez dziedzica.
— Zwarjował! — krzyknie mój ojciec, — a gdzieżby pan Brześciański u chłopów pożyczał!
— We wszystkiém powołuje się na literę kontraktu.
— A to chybaśmy nie dojrzeli, co on tam popisał.
— Jużci nie co innego. Więc przyjechałem do Waszmości, prosić o pożyczenie pieniędzy.
— Z największą chęcią będę ci służył, czém mogę; zapewne chcecie wykupić pana Brześciańskiego?
— Tak jest. On nie jest teraz przy gotowiźnie, a tu potrzeba najmniéj dać odczepnego cztérdzieści tysięcy. Dwadzieściaśmy złożyli pomiędzy sobą, ale dwadzieścia jeszcze brakuje.
— Dam, z całego serca dam, zgódźcie się z tym hultajem a niedajcie majątkom szlacheckim przechodzić w niegodne ręce.
Zabrawszy pieniądze i wydawszy rewers na swoje nazwisko, odjechał pan Stolnikowicz prosto do Ustyanowy, gdzie już na niego czekali tamci i tak tedy razem ruszyli do Równi. Przyjechawszy, szkoda mówić mój Boże! Dwór obdarty jak żebrak, trzy stodoliska nowe, na powietrzu sklecone, i stajnia licha, przezroczysta jak sito, wszystko razem przy pańszczyźnie, niewarte ani dwóch tysięcy. Pytają za Wrześniowskim, niéma. A gdzie? powiadają: w Ustrzykach. Dopiéroż gromadę wołać przed siebie, — tam to się było przysłuchać tym skargom, jako robić muszą od Poniedziałku do Soboty, jako za pańszczyznę i parobcy i dziéwki we dworze; jako lny prząść muszą po chatach, po dwa grosze od sztuki, a te grosze solą wypłacane bywają; jako żadnemu chłopu nie wolno nic kupić w mieście, bo we dworze jest i sól, i skóry, i buty gotowe i siermięgi i wszystko co chłopu potrzeba; jako na stróże i warty nocne wybierają samych cieślów i do siekiery zdatnych, którzy klepki muszą strugać po całych nocach; jako od każdego ślubu płacić muszą dzierżawcy i jako kilku chłopów już umarło od pobicia, a wielu pokaleczało, poodmrażawszy ręce i nogi przy zwózie drzewa zimową porą; jako oni są biedni teraz, jak ubodzy! Jako są chaty w których po tygodniu ciepłéj strawy nie jedzą; jako dzieci mrą od zimna, a niemowlęta od głodu, że matki nawet pokarmu dla nich nie mają! Jako dzierżawca dużo lasu wykradł i wyprzedał, jak remanentowe narzędzia poniszczył, — i wiele podobnych rzeczy. Łzy w oczach stawały naszym srogim wojownikom, kiedy chłopi upadłszy przed panem Brześciańskim na kolana, wlekli się za jego nogami, łkając i prosząc, ażeby zabrał tego kata i sam osiadł w Równi, że mu bez rachunku wszystkie pola zasieją i zbiorą zasiewy, że wymłócą i odstawią choćby na kraniec świata, że go pielęgnować będą i czcić jak ojca, że go nosić będą na rękach, że nakoniec pójdą do Króla i prosić go będą na klęczkach, aby mu pieniędzy pożyczył, tylko niech im powróci swobodę i niech im weźmie tego pana, który raczéj na arędarza stworzony, niż na dziedzica.
— Chyba bym nie był Deręgowskim, — zawołał na to Stolnik Ostrzeszowski, — żebym nie poskromił tego, który taką hańbę uczynił wszystkim dzierżawcom!
Aż tu drzwi się otworzyły i wszedł pan Wrześniowski. Istne straszydło: kontusz na nim szaraczkowy z grubego sukna, wytarty i wyplamiony, bielizna brudna, buty do kolan w błocie, twarz blada, oczy zapadłe, a do tego broda prawie do pasa, którą że to czasu niemiał podgalać, przy gospodarstwie zapuścił.
— Ou! panie Wrześniowski, — rzecze Stolnik Ostrzeszowski, — broda u ciebie jak u proroka, ale cnota jak u draba.
— No cóż-to, cóż-to Panie i Dobrodzieju? od razu tak grubo zaczynać, czy to się godzi?
— Ja grubo zaczynam ale może cienko skończę; ale ty jak grubo zacząłeś, tak co dzień grubiéj sobie poczynasz.
— Jakto panie i dobrodzieju?
— Jakto? jakżeż! zrujnowałeś wieś panu Brześciańskiemu, pobudowałeś szatry miast stodół, gromadę na żebractwo puściłeś, i jeszcze pieniasz poczciwe nazwisko po sądach? cóż to za hultajstwo?
— Ja wsi nie zrujnowałem, a że stodoły pobudowałem, to tak stoi w kontrakcie, — upominam się o mój kapitał, bo mi go pan Brześciański nieoddał.
— Jakto nieoddał, kiedyś pożyczył na lat sześć.
— Ale na lat trzy stoi w kontrakcie.
— Patrzcie! — krzyknie Sobolewski — toś rzekł sześć, a napisałeś trzy!
Verba volant, scripta manent, panie i dobrodzieju! w kontrakcie stoi trzy.
— A to infamis! — zawoła pan Chryzanty, a potém do niego:
— Szlachcic jesteś?
— Nu pewnie że szlachcic.
— Nu! a herb jaki? — rzecze Nowosielecki — już po tém nu snadno poznać, że musi być prawdziwy.
— Herb.... rzekł jąkając się dorobkiewicz — herb Świnka.
— No gadaj-że Świnko, za co każesz sobie płacić sto tysięcy?
— Wiecie panowie co — odezwie się obracając się Wrześniowski, herbu Świnka, — już południe dochodzi, niech Panowie jadą z Panem Bogiem do Ustyanowy, albo do Ustrzyk, ja tam zaraz przyjadę, to pogadamy.
— Prawdziwy szlachcic, herbu Świnka i grzeczny gospodarz! rzeknie żartem pan Chryzanty.
— Oho! nic z tego nie będzie, — zawoła pan Chojnacki — on dla tego chce do którego z nas jechać, żeby w swoim domu bronił go każdy gospodarz. Nic z tego Panie Wrześniowski, herbu Świnka, nic z tego! Tutaj na gruncie rzecz wyindagujemy, tu oszacujemy budynki, tu obliczymy prowizyą, którą żądasz od Pana Brześciańskiego, tu ci gromada do oczu powie, wieleś drzewa ukradł z lasu, tu ci każdy chłop za krzywdy od ciebie doznane w oczy plunie, potém na stole odbierzesz pieniądze, a na progu bizuny; a żeś herbu Świnka, to rozściele się dywan, jeżeli jaki masz w twoim domu — rozumiesz Panie Wrześniowski herbu Świnka!
Zbladł pan Wrześniowski jak chusta i zaczął paplać niezrozumiane wyrazy, a pan Chryzanty mu jeszcze ciągle przygryzał, dorzucając herb Świnkę, chociaż to herb jest przyzwoity i od znakomitych Rzeczypospolitéj rodów noszony. Wyrok został wypełniony ad jotam i był sprawiedliwy, ale choć-by był niewiem jaki, to już żeby i dach gorzał nad niémi, cofnionym być nie mógł, bo pan Chojnacki rzekł, że się stanie; a u nich wszystkich cztérech powiedzieć a zrobić, to było jedno. Wyliczono więc panu Wrześniowskiemu trzydzieści i pięć tysięcy złotych i pięćdziesiąt bizunów, za plamę rzuconą na dzierżawców ziemi Sanockiéj, poczém wyścigano z Równi.
Późniéj wielka się z tego zrobiła historya, bo junakowie nie znając się na formalnościach prawa, zapomnieli od niego odebrać kontrakt i wziąść kwit na wypłaconą summę, z czego palestrancik korzystał, bo panu Brześciańskiemu niesłychany proces wydał, a wszystkim gościom kryminał o gwałt i najechanie domu. Byłby niezawodnie nie mało wygrał, a to tém pewniéj, ile że wtedy trybunałami trzęśli Czartoryscy, i nieubłaganie sądzili wszystkich partyzantów królewskich, czego dowodem Karwowski, któremu jakoś właśnie podtenczas, głowę zdjęto — li dla przykładu. Ale już sam Bóg niedał złemu dojrzewać, bo niebawem nastąpiły rozruchy i już żaden trybunał nie doszedł; wkrótce zaś potém, i Świnka umarł w Sanoku, zostawiając po sobie około trzech kroć stotysięcy, które drudzy Świnkowie rozkradli. Tak zakończył ten rycerz nowego zakonu, noszący w sobie zaród może jakiéj wielkiéj familii; ale i w tém go Bóg nie pocieszył, bo niemogąc żadnéj szlachcianki dla siebie ułowić, bezżennym zszedł z tego świata.
Z chłopami i mieszczukami, lubo się nieraz trafiało, że pospolita szlachta za łby chodziła, nie tylko żaden z tych towarzyszy, ale nawet żaden stateczny szlachcic ręcznéj sprawy nie miéwał; ba! nawet zawsze tak obrażliwi i za lada chuchnięciem chmurzący się Chojnacki, Sobolewski, Deręgowski i Nowosielecki, chociaż-by i jakiéj obelgi doznali od nie-szlachcica, to ją mimo uszu puszczali, człowieka nie-szlachcica wedle praw starożytnych uważając za takie stworzenie, które spraw rycerskich nie znając, obrazić téż nikogo niemoże. Dlatego kiedy się wydarzyło, że się chłop ku nim zerwał, to się śmieli z niego, dowcipkując lub ziewając, tak jak lew na zaczépki małego węża. Raz pan Stolnikowicz jadąc z targu z Léska z Deręgowskim do Bereski, a jadąc przystojnie bo kałamaszką, cztérema końmi, z dwoma ludźmi i dosyć zbrojno, kiedy ich w Hoszwi dészcz napadł a daleko było drogą objéżdżać, kazali puścić przez żyto, które niedawno co powschodziło i koła nie mogły mu szkodzić. Chłop stojący na roli i widząc że taki wóz wielki jedzie po jego zbożu, puścił się z prętem ku nim, wołając: — Héj! dam ja wam tu przez zboże jechać! Nawracaj! nawracaj!
Deręgowski widząc małego chłopa grożącego prętem tak srodze zbrojnym mężom, zawoła w głos: — Héj! Macieju! wyprzęgaj lejcowego, niech choć z duszą ucieknę! — Chłop stanął i rzekłszy zwolna: — I przez żyto jedzie i drwi; — odszedł do domu. I tak na niczém skończyła się ta zaczépka, która przy ludziach, udających tylko odwagę, była by się bardzo boleśnie skończyła dla dbałego o swoje żyto chłopa.
Żeby się skutecznie bawić rycerskiém rzemiosłem, potrzeba nietylko mieć krew nie mięszaną w żyłach, ale i krew zimną i zastanowienie nad każdą sprawą, którą się przedsiębierze, inaczéj nie będzie to rycerz, jeno burda, nie żołnierz, obrońca wiary i uciśnionych, jeno zawalidroga i nieznośne w towarzystwie ludzkiém stworzenie; dowiedzie najlepiéj ów sławny wypadek JW. Wojewody Wołyńskiego, z JW. Malickim, Kasztelanem Sanockim, który, gdyby stér jego niebyli wzięli w swe ręce ci czteréj mężowie, byłby wybuchnął w brzydką wojnę domową i wieczną plamę zostawił na Sanoczanach. Lecz to jako rzecz przydłuższą na inném miejscu opowiem, tu tylko wspominając jeszcze, jako się ci przyjaciele pomiędzy sobą kochali i co u nich słowo znaczyło.
Słowo raz wyrzeczone, w dzień czy w nocy, po trzeźwu czy po pijanu, we cztéry oczy, czy w dużém kole, i zgoła czy w formie obietnicy, czy pogróżki, czy jakiéj bądź innéj, jeżeli tylko nie było od razu conditionaliter sformułowane, już go poprawiać wolno nie było i musiało być zaraz spełnioném. Prowadziło to za sobą skutek taki, że nie wiele nie potrzebnych rzeczy gadano, a pewien wypadek, doświadczony przez Deręgowskiego, nauczył nie tylko ich, ale i całą szlachtę Sanocką tego, że żaden nic nie mówił na przyszłość, bo co rzekł to i musiał dopełnić; a że téż żaden nie chciał być gorszym od nich, więc i każdy chociaż do ich quadrumviratu nie należał, stósował się do tego prawa.
Wypadek był następujący. Jednéj Niedzieli zasiedli u Deręgowskiego quadrumvirowie do kielicha i rozmawiając o różnych rzeczach bawili się. Nie było zwyczaju pomiędzy nimi upijać się, kiedy byli sami, ale kiedy Pan Bóg dał gości, to dobrze pociągali, osobliwie Deręgowski lał jakby w studnię, i z zawołanymi bibułami chadzał o lepszą. Wtedy jakoś Bóg nadniósł kilku Nowosieleckich, Załęskiego i jakichsiś tam jeszcze Zachwaniowskich. Postawili więc sobie beczkę zieleniaka i antałek maślaczu i pociągali. Wino u nas serca albo burzy, albo rozléwa; więc kiedy się po pijanu bić zaczną, to nie po felczera poséłać, jeno po księdza, ale kiedy się kochać zaczną, to się i popłaczą i polamentują i pozjadali by się z saméj miłości. Wtedy zaczęli się kochać. Więc ten tego a tamten tamtego za szyję ściskać i całować, a pan Chryzanty, że to był mały i dostać niemógł dużym do karku, to za nogi ściskał i w kolano całował. Deręgowski, który miał nieodmienny afekt i respekt dla pana Stolnikowicza, że to on tylko jeden był silniejszy od niego, jak go wziął całować a płakać, a gadać różne zaklęcia, tak mu się i wyrwały te słowa: — Tak cię kocham, że bym ci zaraz dach własnego domu podpalił.
Zaraz Chojnacki odsunął się od niego i popatrzył mu ostro w oczy. Już wszyscy wiedzieli co to znaczy i Deręgowskiemu się ochapiło; ale nie namyślając się ani chwili, wziął głownię z komina, wyszedł na dwór i róg dachu podpalił. Wszyscy wyszli za nim i póty z zimną krwią patrzyli na tę trajedyę, dopóki płomień cyplu dachu nie doszedł. Dopiéro rzucili się ratować. Oczewista, że jeszcze prędzéj uratowano, niż się zapaliło, bo na szczęście ani wiaterku nie było; ale co krokiewek się popaliło, a sprzętów na strychu złożonych, a co kontuszów, pasów a wąsów się osmaliło, za to tylko Deręgowskiemu podziękować.
O pojedynkach, których niezliczoną ilość zrazu ci junakowie naodprawiali, o ich polowaniach, w których jak się na jakiego niedźwiedzia uwzięli, to go i sto mil gonili, a musieli go dostać, i o innych ich bitwach, jako o rzeczach zwyczajnych i pospolitych, zamilczę, wspomnę tylko jeszcze o jednéj przez nich uczynionéj, cale rycerskiéj wyprawie, która głośną była na owe czasy po całéj Rusi.
Wiadomo jest, że w czasach, w których prawie żadnego wojska nie było w kraju i w okolicach, kędy tak nieprzebyte znajdują się wertepy i lasy, nie mało włóczyło się ludzi podejrzanych, cyganów, urwiszów i innych podobnych aplikantów. Otóż jednego roku, a działo się to na lat kilka przed interregnum, tak się byli zagęścili Cyganie w Ziemi Sanockiéj, że nie tylko co noc się gdzieś podkopali, albo zkuble poodkręcali i wielką szkodę uczynili, ale jeszcze i tak wielką kupą chodzili, że który szlachcic mieszkający zdala od innych i nie siła ludzi w swoim dworze mający, chociaż ich widział, cicho musiał siedzieć, w razie zaczépki, bojąc się jakich gwałtów z ich strony i większego rabunku. Dano znać o tém do chorągwi pancernéj, konsystującéj w Sanoku, i Namiestnik rozpisał mandaty do Panów towarzyszy ażeby się zjechali, ale ani mówić było o tém; żaden towarzysz nie zjechał, exkuzując się tém: ja pojadę, a tu mnie Cyganie cały dóm rozniosą. O czém przekonawszy się owi czteréj junakowie, na takie usługi zawsze gotowi, rzekli sobie: — Uczyńmy my na nich wyprawę. I uczynili. Więc najpierwéj przyjechali do mego ojca do Bóbrki, bo właśnie jakoś na kilka dni przedtém okradziono dzierżawcę w Polańczyku. Wojownicy dniem jechali w lasy, a w nocy patrolowali po drogach; ale kiedy oni tutaj tak się zwijają, że ani jednéj godziny spoczynku sobie nie dają, okradają Cyganie pana Fedorowicza-Jackowskiego w Załużu, ale to tak z kretesem, że mu nawet bydła i koni siła zabrali. Załuż od Bóbrki przeszło trzy mile, a jedzie się tam na Myczkowce i Lésko; wybrali się więc zaraz, a mój ojciec widząc że już się idzie prawie na pewno, pomimo wieku swego, zabrawszy sług kilka, także się do nich przyłączył. X. Dutkiewicz nawet, ex-jezuita, mój nauczyciel natenczas, wsiadł także na koń i z nimi pojechał; ten już jedynie dla dysponowania na śmierć tych, których wieszać będą, chociaż także przypiął szablę do boku, rewerendę zrzucił, a wziął żupan ojcowski na siebie i na to burkę ciepłą, muzułbasem podszytą, że wyglądał nie jak ksiądz, jeno jak lichy rycerz. Po drodze przyłączył się do nich pan Bal, kasztelanic Sanocki, wielkiego serca kawaler i bitwę lubiący, pan Osuchowski, Cześnikowicz Bielski który często u Pana Podstolego Pomorskiego w Hoczwi przesiadywał, a w Lésku kazał JW. Wojewoda dwunastom drabom z swojéj milicyi wsiąść na koń i pójść z nimi. Już zaraz za Léskiem sprawili się w szyk i komendę oddali mojemu ojcu, że to najstarszy był między nimi, a za młodu dużo po zagranicznych wojnach bywał i siła sztuk wojennych rozumiał. A był to wielki honor dla niego, bo gdzie który z owych junaków bywał, tam już krom niego nikt nie przewodził, — co wyraźnie mieli w swoim Zakonie. Wyprawa ta nad spodziewanie szczęśliwie się udała, bo zaraz wieczorem w lesie pomiędzy Załużem a Léską posadą, całą bandę Cygańską wraz z żonami i dziećmi, a opakowaną różnemi rzeczami, naleźli. Obaczywszy ich na polanie siedzących i dobytek szlachecki między siebie dzielących, zaraz krzyk wielki uczynili a wypaliwszy po parę razy z pistoletów, na koniach ich obskoczyli. Srodze się zbójcy przelękli a niektórzy z nich, mając lada jakie rusznice, wymierzyli i strzélać chcieli, ale pan Chojnacki krzyknął od razu: — Wara! bo jak tylko jeden strzał padnie, to was wymordujem do nogi. — Więc téż i dali pokój. Zaraz téż okrążyli ich szlachta z bliska, każdy ciekawie przypatrując się temu hultajstwu, które było osmalone, obdarte, kobiéty między nimi w łachmanach, dzieci nagie, a pomimo to na kupie sprzętów drogich nie mało i różnych rzeczy, że aż żal było patrzéć na walające się lamy i złotogłowie pomiędzy połciami słoniny i sadłami, i na cygańskie bębny, zajadające cukier, cekatę i inne specyały. Więc X. Dutkiewicz począł do nich w ten sens z konia: — Tak to sobie poczynacie na téj ziemi świętéj, wy o Panu Bogu zapominający łotry i rzezimieszkowie? Toż to na to was Pan Bóg stworzył i dał wam tak, jak drugim ludziom, wzrok w oczach, słuch w uszach, siłę w rękach, abyście rozbijali i kradli? Na to krwawo pracowali ziemianie i chłopi, aby swoim dobytkiem i sprzętem was łotry rozbogacić i wasze bezbożne potomstwo nakarmić? Są w wielkich puszczach dzikie lwy i tygrysy, są hieny po lasach....
Ale mój ojciec widząc, że się na długą oracyę zanosi, przerwał mu, mówiąc: — Daj pokój, Xięże, — po co siać pszenicę na skały. A wy hultaje, zabierajcie się, pójdziecie z nami. Który jest herszt między wami?
— Ten oto, proszę Jegomości, — ozwie się głos lamentujący, ale mojemu ojcu znajomy. Spójrzy więc i zawoła:
— A to ty Mateuszku? dajci Boże zdrowie, w pięknéj cię kompanii znajduję.
Był to Mateuszek, fornal służący u mego ojca, który za domową kradzież ukarany, uciekł z Bóbrki i zdybawszy się z tymi rycerzami, przystał do nich za ochotnika. O czém dowiedziawszy się pan Bal, rzecze żartem:
— Pięknie prowadzisz Panie Skarbniku sługi twoje, widać że masz Xiędza w domu, który ich dobrze religii naucza.
— A cóżem ja winien, — odpowie mój Ojciec — że się drzewo krzywe narodzi i im więcéj rośnie, tém krzywszém się staje.
Poczém herszt wyszedł naprzód: chłop duży, twarz straszna a osmalona, i wzrok w niéj śmiały. Miał na sobie granatowe węgierskie hajdawery, żółtym jedwabiem i złotem szamerowane, a zgoła po węgiersku obcisłe i w ciżmy wsadzone, przy których były srébrne ostrogi; daléj miał kaftan czerwony, którego cały przód był złotémi sznurkami i guzikami nakryty, włosy miał długie, czarne, z tyłu w warkocz splecione, a na głowie kapelusz duży z kanią széroką, około którego była taśma czarna blaszkami nabita, a za nią pare piórek kogucich. Stanął przed moim ojcem ostro i śmiało, tylko oczy spuścił ku ziemi.
— Zdejm kapelusz, — krzyknie pan Skarbnik, — ażaż to niewiesz, z kim gadasz?
Zdjął ale milczał.
— Właśnie teraz ci czas srożyć się, kiedy jesteś w połapce, a za godzinę już wisieć będziesz.
— Ta! — rzecze cygan, — wisieć ta wisieć; raz człowiek ginąć musi, a czy dziś czy jutro, to jedno, — Taka to u tych hultajów była rezygnacya.
Widząc szlachta, że wielka liczba jest téj zarazy, kazali co przedniejszych trochę powiązać i po dwóch posforować, których tak naprzód pędzili Wojewodzińscy. Sprzęt zaś i cały dobytek popakowawszy na wozy ich własne i otoczywszy to resztą téj hołoty, sami jadąc po bokach, postępowali tak lasem ku Leśkowi. Ale obradziwszy się po drodze, niedoszli do miasta, jeno na górze nie daleko Sanu stanęli i ztamtąd posławszy po warty do miasta, niby to obóz rozłożyli, sami pilnując dellinkwentów przez całą noc. Tymczasem mieszczanie z Leśka i lud inny, który się na to widowisko pozbiegał, stawiali szubienice na boku, których postawili trzy; a na drugi dzień rano, wybrawszy dwunastu co przedniejszych, przez oprawcę sprowadzonego z Sanoka, powieszono. Resztę po części pozabierali mieszczanie do Leśka, po części porozpędzali. Miejsce to, na którém tych hultajów powieszano, znaczném jest do dziś dnia, i nazywa się: Pod szubienicami.
Skończywszy tę egzekucyą i deponowawszy zdobyte rzeczy u Rejenta w Leśku, ażeby sobie każdy, coby swego znalazł mógł zaraz odebrać, rozjechali się wszyscy do domu, winszując sobie szczęśliwego téj expedycyi sukcessu i gruntownéj od złoczyńców deliberacyi. Jednakże nie tak się stało. Bo w kilka dni potém, jak się wezmą palić dwory szlacheckie a osobliwie gumna i stodoły, to jednéj nocy nie było, aby niebo nie było czerwoną łuną obciągnione. Straszny to czas był, pełen grozy dla szlachty ubogiéj, a osobliwie dla kobiet i dzieci; obstawiono się wartami, psy spuszczano z łańcuchów, niesypiano po całych nocach, ale to wszystko nic nie pomagało; — gdzie się miało co spalić, to się niezawodnie spaliło i zdawało się, że jakaś niewidoma ręka podpala. Do czterech tygodni więcéj jak w czterdziestu wsiach pożary były, a niektóre wygorzały do szczętu; — oczéwista, że to byli Cygani, ci którzy pouciekali, ale cóż to pomogło wiedzieć, kiedy ich widać nie było. Deręgowski mówił: — Czemu to którego z nas nie podpalą? oj! takbym ich popiekł jak wróblów.
— Ej! nie wywoływaj wilka z lasu — rzecze mój ojciec. Aż tu w dni kilka, Deręgowski stoi przy oknie wieczorem, a tu mu coś łyska za stodołą. Wyjdzie chyłkiem, ale nim doszedł, już cały róg był w płomieniu. Dobiegłszy, widzi wyraźnie że coś ucieka do góry, puścił się więc za nim i niebawem pojmał. Cyganiątko było, może dwunastoletnie, które mszcząc się śmierci swych ojców, podpalało szlacheckie majątki. Ale Deręgowski, nie zważając na powód, jeno na skutki uczynku, porwał je za szyję i wrzucił do ognia, aby we własném dziele zgorzało.
Po tym wypadku mało już ogniów było w okolicy, a niebawem i całkiem ustały, ale ile stąd szkody było, ile ubóstwa, ile nędzy, to tylko Bóg jeden wiedział, któren wié o wszystkich ludzkich, choćby i najpotajemniejszych, łzach i nieszczęściach. I bolało to wszystkich srodze i wszyscy nad tém cierpieli, najwięcéj jednak ci cztéréj kawalerowie, których konceptem była pierwsza na cyganów wyprawa. Będąc téj opinii, że oni stali się główną tylu nieszczęść przyczyną, nie pomału przemyśliwali nad tém, ażaliby to swéj Ziemi w jaki sposób nie mogli nagrodzić. Najwięcéj Sobolewski nad tém głowę swą łamał, aż dnia jednego odezwał się do swoich towarzyszy w następujące słowa:
— Mili bracia! Nie mało mnie głowa boli o to, że nasza na bandę cygańską wyprawa, lubo nam świadkiem Pan Bóg i sumnienia nasze, że w najlepszych chęciach robiona, jednak tyle nieszczęść i nędzy na ziemię naszą ściągnęła. Chociaż prawdziwą przyczyną tego jest tylko dopust Boży i nieodmienna wola Jego, jednak staraniem naszém być winno aż do saméj śmierci, szkodę tę, która z rąk naszych wzięła początek, ile możności nagrodzić. Nie mało ja nocy bezsennych strawiłem i nie mało modlitw zasłałem do Najwyższego Opiekuna naszego, aby mnie natchnął jaką szczęśliwą myślą i na ów tor naprowadził, którym idąc, przyjśćbyśmy mogli do takiéj substancyi, którą tym nieszczęśliwym pogorzelcom ofiarując, nagrodzilibyśmy choć w części poniesione pośród pożarów tych szkody. Myślałem: żeby gdzie wojna jaka! poszlibyśmy, a jako to bitnych pan Bóg zawsze obdarza zdobyczą, tak i nam by dopomógł i w krótkim czasie nazbieralibyśmy tyle majątku, ile by do załatania téj dziury potrzeba było. Ale niemasz żadnéj wojny w tych czasach. Węgry, kraj bogaty, gdyby wydawszy im pole wtargnąć w ich ziemie, można by się czém nie złém obłowić; ale to się nie godzi. Trzebaby zresztą na to pozwolenia od Hetmana, którego pewnie-by nie dał. Na Turka za daleko i z małą siłą nie ma się co puszczać w te kraje, — snadno by tam można nie wiele uczynić i na palu postradać żywota.
— A żeby wtargnąć na Wołoszczyznę, — odezwie się pan Chryzanty, — to kraj także nie ubogi, a nabili się dosyć ojców naszych, moglibyśmy im oddać dobre za nadobne.
— Daleko, — odpowie Deręgowski, — i zawsze to by już wojna była, i mogła by Rzeczypospolitéj jakiego kwasu narobić; bo nie bez tego, żeby się do nas siła nie naczépiało młodzieży, którzy smutnie dni pędząc u domowego komina, i grzbietu nie mają dobrze czém okryć.
— A ja bym myślał, — zakończył pan Chojnacki, — że najlepiéj zabrać się i pójść na hajdamaków. Nie jest to naród rycerski, któremu potrzeba aż wojnę wypowiadać, a bijąc ich, będziemy dobrze służyć Rzeczypospolitéj, i co się tyczy obłowu, to kiedy Bóg da, to tam będzie najlepszy, byle im tylko umieć trafiać wtedy, kiedy ze szczęśliwéj wyprawy wracają.
— Trafiłeś panie Stolnikowiczu; — zawoła Sobolewski, — więc zgoda?
— Zgoda! — krzyknęli wszyscy.
Zaraz więc posłali do chorągwi do Sanoka, zawiadamiając Namiestnika o swojém postanowieniu i proponując mu oraz, ażali-by nie zwołał wszystkich towarzyszy na koło i z całą chorągwią nie uczynił wyprawy. Namiestnik odpowiedział, że przeciwko wyprawie panów towarzyszy dla gubienia hajdamaków nic nie ma, ale koła zwoływać nie może, bo jeszcze termin roczny nie przyszedł, a z resztą nie ma na to ani rozkazu od Hetmana lub rotmistrza, ani jest perriculum in mora, w którym to razie wolno mu samemu zwoływać całe towarzystwo do chorągwi na koło.
Zostali więc sami; ale pomimo to, nie bawiąc się długo i wziąwszy cztérech pocztów i dwóch sługusów ze sobą, a uzbroiwszy się przyzwoicie, zjechali się do Ustrzyk i stamtąd mieli wyruszać. Działo się to na wiosnę, a mój ojciec, zaproszony przez pana Deręgowskiego jadąc na pożegnanie się z nimi, wziął mnie był z sobą. Pani Deręgowska bowiem była trochę powinowatą mojemu ojcu, (bo jéj matka była Zakliczanka z domu, a moja matka także,) i podczas gdy jéj mąż na tę wojnę wyjeżdżał, oddał żonę swoją, wraz z dziećmi i gospodarstwem jemu pod opiekę. Byłem tedy i na tych godach, na których ci cztéréj kawalerowie żegnali się ze szlachtą Sanocką, i widziałem ich z południa wyjeżdżających. Wyjeżdżali w mundurach towarzyszów chorągwi pancernéj; więc mieli na sobie żupany karmazynowe a kontusze granatowe z karmazynowemi wyłogami, ale od pasa w szerokie hajdawery schowane; na wiérzchu zaś mieli pancerze polerowane z cieniutkich polerowanych kółek złożone, a na rękach takież karwasze. Po lewym boku, niby wyrastając od pleców, każdy miał skrzydło jedno, z piór strusich, dla szelestu i huku przy attaku używane, i jeszcze na plecach kołczan z strzałami, nie używany w boju i tylko jako insignium i pamiątka onych wielkich zwycięstw przez przodków nad Turkami i Tatarami odnoszonych, używany; na tém wszystkiém mieli pozawieszane po pod lewe ramie, a na prawém na klamry spięte skóry lamparcie, wcale podług starożytnéj maniery, naówczas już pomału zarzucanéj. Na głowach mieli misiurki polerowane stalowe, z daszkiem z tyłu aż na kark spadającym, sprzodu zaś tylko czoło zakrywającym, a nad misiurką unosiły się u Chojnackiego i Nowosieleckiego pióra strusie barwne, u drugich dwóch kity z nitek szklannych kolorowych zrobione. I tak to pięknie wszystko wyglądało, że trąciwszy mnie ojciec mój, rzekł: — Przypatrz się tym rycerzom, jako są piękni i waleczni, abyś i ty kiedyś nie gorszym był od nich.
Po błogosławieństwie daném im przez sąsiadów i pożegnaniu się ze wszystkimi, przy lamencie pani Stolnikowéj i owych małych rycerzątek, które wcale, będąc zamazanemi, rycerskiéj postawy nie miały, odjechali wojownicy.
Minęło pół roku, nic a nic o nich słychać nie było; mija i trzy kwartały, pani Stolnikowa jeździ a jeździ do Bóbrki i prosi mego ojca, aby pisał do nich, albo do kogo znajomego na Ukrainie, co się tam z nimi dzieje? I pisał mój ojciec do pana Szwiejkowskiego Sędziego, który naówczas mieszkał w Szpikowie a potém był Wojewodą Podolskim, pisał do pana Golejewskiego Brygadyera, który podtenczas konsystował w Murafie, a z którym miał dobrą znajomość z młodu; ale, czy to że listy nie doszły, czy się tym Panom pisać nie chciało, nie było żadnéj odpowiedzi. Wszyscy myśleli, że poginęli od nożów hajdamackich i koniec. Aż jakoś ku wiośnie Pan Józef Błoński, wówczas Stolnik Sanocki a mający za sobą Lewickę, kasztelankę Inflantską, wracając gdzieś od krewnych swojéj żony z Podola, przywiózł był tę wiadomość, że nasi bohatérowie przejeżdżając z powrotem przez dobra JW. Mikołaja Potockiego, Starosty Kaniowskiego, zatrzymani zostali przez niego i już cztery niedziele tam siedzą w Kaniowie, pijąc ze starostą i zabawiając się. Powiadał także pan Błoński, jakoby słyszał, że wiozą kilka wozów samych złotogłowiów i złota, które na hajdamakach i włóczącém się tałałajstwie odbili. Potém jeszcze w Kwietniu jedna nadeszła wiadomość ze Lwowa, że tam ich widziano spieniężających różne fanty u żydów, a w Maju już i oni sami nadjechali.
Mnóstwo szlachty zjechało się do Ustrzyk, a można zaręczyć, że i król żaden nie mógł być solenniéj witany, jak oni. Przywieźli z sobą trzy bryki samych pasów litych, lam, całych sztuk atłasowych, aksamitnych a nawet i szat gotowych, które na hajdamakach odbili. Przywieźli pełne dwie skrzynie złota, jako pierścionków, maneli, kolczyków, zegarków i innych rzeczy. Przywieźli przeszło pół miljona złotych w złocie, pomiędzy któremi było sto tysięcy takich, które JW. Potocki, starosta Kaniowski, dowiedziawszy się że jadą kwestować pomiędzy hajdamakami na pogorzałą szlachtę Sanocką, do ich kassy darował. Przypędzili nakoniec ze sobą blisko sto sztuk najpiękniejszego bydła rogatego podolskiego, i kilkanaście sztuk prawdziwych tureckich koni. Sami téż żadnych wielkich szwanków nie ponieśli na ciele, a gdyby nie to, że pan Nowosielecki lewe oko stracił od strzały, to reszta znaczków i kresek, które odebrali, bez żadnéj wagi była. Ale za to wiele doświadczenia bojowego zrobili i wiele téż rzeczy bardzo ciekawych do opowiadania przywieźli; których jako przezemnie nie widzianych, i zdaleka tylko słyszanych, opowiadać nie będę.
W kilka dni po przybyciu, zaraz jednego dystrybutora, et quidem mojego ojca, wybrali i w jego ręce ten cały majątek złożyli, w celu ażeby w odpowiednich częściach pomiędzy pogorzelców był podzielony, sobie samym nic z tego, prócz koni i kilku znaczniejszych prezentów dla pani Stolnikowéj, jako indemnizacyę za strach i niepokój o męża, nie zostawiając. Co było o tyle szlachetniejszém z ich strony, ile że sami nie wielkie fortuny posiadając, od przybytku by ich była wcale głowa nie zabolała. Ale oni tego nie uczynili, bo by się to było z ich kawalerskim umysłem nie zgadzało; nie wiele dbano o te dobra doczesne i ziemskie łachmany, takie to czasy były natenczas, że i kto miał dobrą fantazyę i chęć do trudów, ten pomimo to, że wojny nie było w kraju, kiedy chciał jeszcze mógł przyjść do pięknéj fortuny.
Naopowiadawszy się dosyć o czynach i kolejach tych czterech kawalerów, stosowną rzeczą sądzę dodać jeszcze, jaki każdego z nich był koniec, bo ile że dużo młodszy od nich, wszystkich przeżyłem.
Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie — stare to i prawdziwe przysłowie, które się po większéj części i na tych junakach sprawdziło; bo chociaż i późniejszemi laty stara fantazja i odwaga w nich do szczętu nie wyginęła, jednak dobrze to mówią: Dzięcioł drzewo psuje ale i nos sobie psuje, a śmierć kiedy przyjdzie, to tak jak ów wilk, bierze liczone i nie liczone, a wszystko do siebie.
Otóż pan Sobolewski, że to najwięcéj krwi zimnéj z nich wszystkich posiadał, żył z nich najdłużéj. Służył on ze mną jeszcze, a chociaż siwym już był dobrze, jednak jednym z najwaleczniejszych żołnierzy był, jakich znałem. Wysoko poszedł w randze, ale przecie w jednéj z późniejszych bitew, pomimo swojéj krwi zimnéj, z takim ferworem na nieprzyjaciela uderzył, że na miejscu zginął.
Pana Nowosieleckiego także podobny koniec spotkał.
Pan Chojnacki zaś i Deręgowski, jeszcze parę lat żyli, ale obadwa w dziwny sposób skończyli. Ich historya będzie przedmiotem nowego przy wydarzonéj sposobności opowiadania; tutaj tylko dla zaspokojenia ciekawości słuchaczów nadmienię, że pan Stolnikowicz, zawiązawszy niepotrzebne konszachty z Panią Salomeą Strzelecką, Skarbnikową Gostyńską, wdową majętną i młodą, a dla przeszkód czynionych mu przez ojca, nie mogąc oblubienicy swojéj przed ołtarz zaprowadzić i rzecz tę daléj potajemnie prowadząc, z tak bardzo lubionego kawalera stał się znienawidzonym i tak haniebnie spotwarzanym, że mu raz Deręgowski po pijanu u Pana Fredra, Podstolego Pomorskiego, w oczy bisurmaństwo wyrzucił. Przyszło pomiędzy nimi do krwawéj bitwy, w któréj Deręgowski po prostu zginął, bo we trzy godzin po pojedynku umarł, a Pan Edmund, przechodząc jeszcze różne koleje losu i gryząc się niemi tak, że aż zesechł jak deska, pojechawszy raz na polowanie do Panów Brześciańskich do Ustyanowy, na jednéj polance, kulbakę położywszy sobie pod głowę, jak zasnął tak się i nie zbudzi, aż kiedy go Anioł Pański na sąd ostateczny zawoła.
Tak poginęli ci mego wieku junacy. Znałem ich wszystkich osobiście i na nie jeden ich czyn własnémi oczyma patrzałem; a dzisiaj, kiedy to opowiadam, to mi się zdaje, że to sen był tylko, tak piękny i tak wyraźny, — bo gdzież są dzisiaj ich czynów pamiątki? gdzież są ślady ich życia? w cóż się obróciła puścizna ich krwi i fantazyi, pozostawiona ich synom i wnukom? oto zaledwie w kilka liter na nędznéj karcie spisanych.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Kaczkowski.