Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część II/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XII.

Idąc wzdłuż łożyska Orontu ku jego źródłom, o czterdzieści stadyów od Antyochii natrafiało się na słynny gaj Dafny, poświęcony Apollinowi.
Onego czasu — opowiadali poeci — dziewicza nimfa uciekła przed natarczywofidą Apollina z nad Penejosu i stanęła wyczerpana na brzegu Orontu. Nie widząc obrony przed ścigającym bogiem, ubłagała matkę swą Latonę, która, by uwolnić córkę od uścisków Słońca, przemieniła ją w drzewo wawrzynowe — Dafne. Od tej chwili Apollo nad wszystkie inne drzewa umiłował Dafnę, której dumną zielenią, nie przepuszczającą promieni słonecznych, a przecie ustawicznie pieszczoną nimi, oplata sobie kędziory i lirę. Febus nawiedza miejsce przemiany Dafny, gęsty gaj wawrzynowy w dolinie Orontu, tęskni i upaja się wonią ciemnych krzewów, ogrzanych, ale nie zwyciężonych słońcem, tajemniczych i smutnych nawet w najgorętszy czas południowy. Ludzie wznieśli mu tutaj świątynię i corocznie urządzają obchody uroczyste, „Panegirye” na cześć Boga-Słońca.
Nie uprzedziwszy umyślnie nikogo, Julian o świcie wszedł z Antyochii. Chciał przekonać się osobiście, czy mieszkańcy pamiętają o święcie Apollina. Przez całą drogę marzył o tej uroczystości, spodziewając się ujrzeć liczne rzesze pobożnych, chóry na cześć Apollina, ofiary, dymy kadzideł, młodzieńców i dziewice, wstępujących po stopniach świątyni w białych szatach, symbolu niepokalanej młodości.
Droga była uciążliwa. Od skalistych wzgórz Bereidy chalibońskiej dął silny, skwarny wicher. W powietrzu czuć było ostry czad pożaru leśnego, z głębokiej gardzieli góry Cazius szedł tuman sinawy. Kurz drażnił oczy i gardło, trzeszczał pomiędzy zębami. Światło słoneczne przez dymy i mgłę świeciło chorobliwie i czerwono.
Zaledwie jednak Julian wszedł do gaju Dafne, owionęło go świeże i wonne powietrze. Trudno było uwierzyć, żeby o kilka kroków od upalnej drogi mógł istnieć taki rajski kątek. Lasek miał rozległości osiemdziesiąt stadyówy i pod nieprzeniknionemi sklepieniami olbrzymich stuletnich wawrzynów panował wieczny mrok.
Zadziwiała cesarza cisza śród gaju: ani wiernych, ani ofiar, ani kadzideł — żadnych przygotowań do święcenia panegiryów. Pomyślał, że tłumy zgromadziły się dokoła świątyni, i podążył dalej.
Z każdym krokiem las stawał się bardziej samotnym. Dziwnego spokoju żaden szmer nie mącił, jakby na opuszczonym cmentarzu. Nawet ptaki nie śpiewały, ponieważ niewiele ich tu przebywało dla zbytniego cieniu wawrzynów. Konik polny począł ćwierkać w trawie, ale ucichł wkrótce, jakby przestraszony własnym głosem. Tylko tam, gdzie wązką szparą przeciskało się słońce, brzęczały z cicha i senne owady, nie mogąc się odważyć na przelecenie z pasma promieni do sąsiedniego mroku.
Kiedy niekiedy Julian dostawał się w szersze aleje, obrzeżone dwiema aksamitnemi tytanicznemi ścianami odwiecznych cyprysów, od których padał cień czarny nocy bezksiężycowej.
Tu i owdzie podziemne wody zwilżały mech miękki, zewsząd wiły się źródła zimne, jak roztopiony śnieg, ale głuche, nie szemrzące, oniemiałe ze smutku, jak wszystko w tym zaczarowanym lesie. W jednem miejscu z rozpadliny skalnej zwolna wybłyskiwały jedna po drugiej kropelki jasne, ale mchy tłumiły szmer ich upadku, i krople sączyły się w milczeniu, jak łzy niemej miłości.
Były tam całe łany dzikich narcyzów, stokroci, lilii, a nad nimi mnóstwo motyli czarnych, nie różnokolorowych. Promienie południowego słońca, przecisnąwszy się z trudem przez gęste sklepienia laurów i cyprysów, stawały się blade, prawie księżycowe, przyćmione i żałobne, jak gdyby przepuszczone przez czarną tkaninę albo przez dymy pochodni pogrzebowej.
Zdawało się, że Febus zbladł na zawsze, niepocieszony po stracie Dafny, która pod najognistszymi pocałunkami boga nie przestając być wiecznie posępną i nieprzeniknioną, przechowywała pod konarami swymi wieczny chłód i cienie nocy.
Tak wszędy w tym lesie znać było pustkę i spokój, łagodny smutek zakochanego boga.
Już marmurowe stopnie, frontony i kolumny świątyni Dafny, wzniesionej za czasów Diadochów, błysnęły odlepiającą bielą skroś cyprysów, a Julian żadnego jeszcze wiernego nie napotkał.
Ujrzał wreszcie dziesięcioletniego chłopca, który szedł ścieżyną, zarosłą hiacyntami. Było to słabowite, chore zapewne dziecię. Czarne jego oczy dziwnie jakoś błyszczały na bladej twarzyczce o wdzięku helleńskim. Złote włosy miękkimi puklami opadały mu na cienką szyję, na skroniach, niby na przejrzystych płatkach kwiatu rozkwitłego w cieniu, krzyżowały się niebieskawe żyłki.
— Czy nie wiesz, chłopczyno, gdzie są ofiarnicy i lud? — zapytał Julian.
Dziecko nie odpowiedziało nic, jak gdyby nie słyszało zapytania.
— Słuchaj, maleńki, czy nie mógłbyś mnie zaprowadzić do kapłana Apollina?
Zagadnięty pokręcił głową z uśmiechem.
— Dlaczego mi nie chcesz odpowiedzieć?
Wtedy urocze dziecko położyło palec na ustach, następnie na obydwóch uszach i, nie uśmiechając się tym razem, potrząsnęło poważnie główką.
Julian domyślił się.
Widocznie głuchoniemy od urodzenia.
Chłopiec, przytknąwszy palec do bladoróżowych ust, z pod oka przyglądał się cesarzowi.
— Złowroga wróżba — szepnął Julian i uczuł niemal trwogę w ciszy, pustce i mroku zapadłego lasu, w towarzystwie głuchoniemego chłopca, pięknego, jak bożek mały, co się weń wpatrywał uparcie i zagadkowo. Wskazał wreszcie cesarzowi starca w łatanej i brudnej szacie, po której Julian poznał natychmiast ofiarnika. Zgarbiony i niedołężny starzec szedł, chwiejąc się jak podchmielony, uśmiechał i mruczał coś do siebie. Miał nos czerwony i łysinę, rozciągającą się na cały wierzch głowy, okoloną krótkimi kosmykami siwych włosów, podobnymi do wełny baranka, a tak lekkimi i puszystymi, że nie opadając, stały dokoła łysego czerepu. Słabe i załzawione oczy wyrażały dziecinną dobroduszność. Niósł dość wielki kosz z wikliny.
— Jesteś kapłanem Apollina? — zapytał Julian.
— Jam jest. Nazywam się Gorgias. Czego sobie życzysz, zacny człowiecze?
— Czy nie mógłbyś mi powiedzieć, gdzie się znajduje arcykapłan tej świątyni i gdzie są pobożni?
Gorgias nie odpowiedział odrazu, ale najpierw postawił kosz na ziemi, potarł łysinę, wziął się oburącz pod boki, przechylił głowę, przymrużył figlarnie lewe oko i dopiero zapytał:
— Dlaczegóż to ja nie miałbym być arcykapłanem Apollina? I o jakich to pobożnych mówisz, mój synu?.. łaska bogów Olimpu niech będzie z tobą!...
Czuć było od niego silnie zapach wina. Julianowi postępowanie ofiarnika wydało się nieprzyzwoitem, i już chciał mu dać surowe napomnienie.
— Upiłeś się widać, starcze...
Gorgias niezmieszany głaskał się po łysinie i jeszcze figlarniej przymrużył oko.
— Upić, nie upiłem się, ale zawsze pięć czarek wychyliłem na cześć Panegiryów. Powiem nawet, że bardziej ze strapienia, niż z radości. Tak, mój synu! Łaska bogów Olimpu niech będzie z tobą! Co zacz jesteś? Sądząc z twych szat, snadź jesteś wędrownym filozofem, albo nauczycielem jakiej szkoły w Antyochii?
Cesarz uśmiechnął się i potakująco kiwnął głową. Chciał wybadać staruszka.
— Zgadłeś. Jestem nauczycielem.
— Chrześcijanin?
— Nie, Hellen.
— Aha, to dobrze! Bo to tutaj włóczy się wielu tych... bezbożników.
— Nie odpowiedziałeś mi do tej pory: gdzie jest lud? Czy dużo ofiar przysłano z Antyochii? Czy chóry są gotowe?
— Ofiar? Dobry sobie jesteś! — rzekł starzec, śmiejąc się i zataczając tak silnie, że o mato nie upadł. — Dawno już, mój bracie, nic podobnego nie widzieliśmy... od czasów Konstantyna...
Machnął rozpaczliwie ręką i gwizdnął.
— Bądź zdrów! Fiut! Ludzie zapomnieli o bogach. Co tam ofiar!... garstki mąki nieraz braknie, by upiec placek dla boga, szczypty kadzidła, kropli oliwy do lamp! — choć głowę trać! Tak, tak, mój synu, — łaska bogów Olimpu niech będzie z tobą!... Mnichy zagarnęły wszystko, i jeszcze się biją pomiędzy sobą.... waryują z otłuszczenia. Nasza rola skończona. Nędzne czasy!... A ty mówisz: nie pij! Nie można nie pić, kiedy się ma strapienie, mój łaskawco. Gdybym nie pił, dawnobym się już obwiesił...
— Czy nikt nie przybył z Antyochii na to uroczyste święto? — zapytał Julian.
— Nikt, prócz ciebie, mój synu. Ze mnie kapłan, z ciebie lud, razem poświęcimy ofiarę bogu.
— Mówiłeś, żeś żadnej nie dostał?
Gorgias potarł się po łysinie ze śmiechem.
— Nie dostaliśmy żadnej, ale mam własną. Pościliśmy trzy dni z Euforyonem (tu wskazał głuchoniemego chłopca), żeby zebrać potrzebną sumę. Patrz!
Podniósł pokrywę kosza, z którego wysunęła łeb gęś związana i zagęgała, usiłując się wydostać.
— He he he! Cóż? zła ofiara? — pytał dumnie starzec. — Wprawdzie gęś nie młoda i nie tłusta, ale zawsze to ptak święty! Apollo na razie musi na tem poprzestać. Bogowie przejadają za gęsiną — dodał znowu, złośliwie przymrużając oko.
— Czy dawno już mieszkasz przy tej świątyni? — zagadnął Julian.
— Oj, dawno! Od czterdziestu lat, a może i dłużej.
— To syn twój? — pytał cesarz, wskazując Euforyona, który przypatrywał się im uważnie z miną myślącą, jak gdyby odgadując treść rozmowy.
— Nie, ja nie mam krewnych, ani przyjaciół. Euforyon jest moim pomocnikiem przy odprawianiu nabożeństwa.
— Kto są jego rodzice?
— Ojca nie znam i mocno wątpię, czy go zna ktokolwiek, matką zaś jego jest wielka sybilla Diotyma, która przez dłuższy czas mieszkała przy tej świątyni. Nie rozmawiała ona z nikim i nie podnosiła zasłony z twarzy wobec mężczyzn i była czysta, jak westalka. Gdy wydała na świat to dziecię, byliśmy wszyscy zdumieni i nie wiedzieliśmy co myśleć... Ale rozumny jeden hierofant stuletni powiedział nam...
Tu Gorgias z miną tajemniczą zasłonił dłonią usta i szepnął Julianowi do ucha, jak gdyby w obawie, że go chłopiec usłyszeć może:
— Hierofant nam powiedział, że to nie jest syn człowieczy, jeno syn boga, który nocą zstąpił w objęcia sybilli, śpiącej wewnątrz świątyni. Spojrzyj, jaki on piękny!
— Syn boga głuchoniemy!... — szepnął zdumiony cesarz.
— W czasach takich, jak obecne, syn boga i sybilli, któryby nie był głuchoniemym, musiałby umrzeć ze strapienia. Patrz, jaki on i tak chudy jest i blady!
— Kto wie? — rzekł Julian ze smutnym uśmiechem. — Może masz słuszność, starcze. Za naszych czasów wróżbiarzowi lepiej być głuchoniemym.
Wtem dziecię podeszło do Juliana i, nie spuszczając z niego uporczywego spojrzenia, szybko chwyciło go za rękę i pocałowało.
Julian drgnął.
— Synu mój! — rzekł z namaszczeniem starzec: — Łaska bogów Olimpu niech będzie z tobą! Snadź jesteś dobrym człowiekiem. Dziecko nigdy nie pieści się ze złym, ani bezbożnikami, a od mnichów ucieka, jak od zarazy! Mnie się wydaje, że on widzi i rozumie więcej od nas obydwóch, tylko nie potrafi tego wyrazić. Zastawałem go nieraz w świątyni samego: długie godziny przesiaduje przed posągiem Apollina i patrzy nań z taką radością, jak gdyby rozmawiał z bogiem.
Euforyon spochmurniał na twarzy i odszedł. Gorgias z niezadowoleniem uderzył się ręką w łysinę, mówiąc:
— Ja tu sobie gawędzę z tobą, a słońce już wysoko. Trzeba odprawić ofiarę. Chodź ze mną!
— Wstrzymaj się — rzekł cesarz. — Jeszcze o coś chciałem cię zapytać. Czy słyszałeś o cesarzu Julianie, że pragnie przywrócić do świetności kult dawnych bogów?
— Szłyszałem, słyszałem — odparł Gorgias, machnąwszy ręką i z niedowierzaniem potrząsając głową. — Ale cóż on, biedak, zrobić może?... Nie uda mu się. Powiadam ci — dla nas wszystko przepadło!
— Nie masz wiary w swych bogów — odparł Julian. — Mogąż Olimpijczycy tak nas na zawsze opuścić?
Starzec westchnął ciężko i, spuściwszy głowę, odrzekł:
— Młody jeszcze jesteś, mój synu, choć białe pasma przeświecają w ciemnych włosach, a na czole masz zmarszczki. Ale w czasach, gdy moje włosy były czarne, a młode dziewczęta mile spoglądały na mnie, raz przepływałem pamiętam, na statku, w pobliża Tesaloniki, i widziałem z morza Olimp. Podnoże i środek góry świętej rozpływały się w błękitnej mgle, jeno śnieżny wierzchołek było widać jak gdyby zawieszony w powietrzu, panujący nad niebem i ziemią, niedostępny, złocisty. Myślałem sobie, „Oto mieszkanie bogów!” I byłem wzruszony. Ale na tym samym statku znajdował się starzec szyderca, który się podawał za epikurejczyka. Ten wskazał Olimp i rzecze: „Przyjaciele, sporo lat już upłynęło od chwili, gdy podróżnicy wdrapali się na szczyt Olimpu. Otóż przekonali się oni, że to jest góra zwyczajna, jako i inne góry, i że na niej nic niema prócz śniegu, lodów i głazów!” głowa te zapadły mi głęboko w serce, i pamiętać je będę przez całe życie.
Cesarz uśmiechnął się.
— Starcze, wiara twoja jest dziecinna. Jeżeli bogów niema na Olimpie, dlaczegóż nie miałoby ich być wyżej, w państwie Idei wiecznych, w państwie duchowego świata?
— Zapewne! zapewne... — mówił Gorgias, jeszcze niżej spuszczając głowę i beznadziejnie gładząc się po łysinie.
— A jednak już po wszystkiem. Olimp opustoszał...
Julian spojrzał na niego zdziwiony.
— Widzisz — ciągnął Gorgjas: — ziemia rodzi już tylko ludzi zarówno słabych, jak zatwardziałych. Bogowie mogą tylko śmiać się z nich, nie zaś gniewać. Wytępiać ich nie warto. Zginą sami przez choroby, rozpustę i zniechęcenie. Bogowie znudzili się i odeszli.
— Wierzysz zatem, Gorgiaszu, iż rodzaj ludzki zginąć musi?
Ofiarnik pokiwał łysą głową.
— Och, och, och! synu mój! Łaska bogów Olimpu niech będzie z tobą! Ziemia starzeje się. Rzeki powolniej płyną, kwiaty na wiosnę nie mają już tego zapachu, co wprzódy. Niedawno mówił mi żeglarz stary, że podjeżdżając do Sycylii, nie widać już Etny z takiego oddalenia, jak niegdyś. Powietrze zgęstniało i stało się ciemniejsze. Słońce gaśnie. Zbliża się koniec świata...
— Powiedz mi, Gorgiasie, czy pamiętasz lepsze czasy?
Starzec ożywił się, oczy zabłysły mu ogniem wspomnień.
— Kiedy przybyłem tutaj za pierwszych lat panowania Konstantyna, — rzekł wesoło — wielkie Panegirye odprawiano jeszcze co rok na cześć Apollina. Ilu zakochanych młodzieńców i dziewic schodziło się w tym świętym gaju! Jak błyszczał księżyc! jaką weń roztaczały cyprysy! jak słowiki śpiewały! A gdy milkły ich śpiewy, powietrze drżało od całunków nocnych i miłosnych westchnień, jak od poruszania niewidzialnych skrzydeł! To były czasy!
Gorgias umilkł, zadumany smutnie.
W tej chwili z poza drzew doleciały posępne dźwięki śpiewu kościelnego.
— Co to znaczy? — zapytał Julian.
— To mnichy — odpowiedział kapłan. — Codzień modlą się u zwłok zmarłego galilejczyka.
— Jak to! zmarły galilejczyk tutaj w świętym gaju Apollina?
— Tak jest; oni zowią go „męczennikiem Babilianem”... Przed dziesięciu laty brat cesarza Juliana, cesarz Gallus, kazał przewieźć kości tego Babiliana z Antyochii do tego gaju i zbudował mu wspaniały sarkofag. Od tego czasu wyrocznie milczą. Świątynia została splamioną, i bóg się oddalił.
— To świętokradztwo!... — zawołał oburzony cesarz.
— W tym właśnie roku — ciągnął starzec — dziewica sybilla Diotyma wydała na świat syna głuchoniemego, co było złą wróżbą. Wody strumienia Kastylskiego, zawalone gruzami, zmalały i straciły swą siłę proroczą. Jedno tylko źródło święte nie wyschło; zowie się ono „Łzy Słońca.” O, tam, gdzie teraz usiadło dziecię... Kropla spływa po kropli z omszonego głazu. Powiadają, że to Helios opłakuje nimfę w laur zamienioną. Euforyon przesiaduje tam całymi dniami.
Julian odwrócił się. Pod omszoną skałą siedziało chłopię nieruchomo, zbierając na rozpostartą dłoń ręki ociekające krople. Promień słońca przedarł się przez wawrzyny, i zaiskrzyły się w nim łzy powolne, nieutulone i ciche. Cienie chwiały się dziwnie, i przez chwilę wydało się Julianowi, że dwa przezroczyste skrzydełka drgnęły za plecyma pięknego, jak bożek mały, chłopca. Był tak blady, tak smutny i tak uroczy, że cesarz pomyślał mimowoli:
— To sam Eros, mały dawny bożek miłości, cierpiący i skonania blizki w naszym wieku galilejskiego przygnębienia. Zbiera on ostatnie łzy miłości, łzy boga po Dafne, po umarłem pięknie.
Głuchoniemy siedział nieruchomo, a wielki motyl czarny, aksamitny, żałobny, siadł mu na głowie. Nie zauważył tego i nie drgnął. Jak cień złowieszczy trzepotał się motyl nad schyloną główką chłopczyny, a łzy słońca kapały jedna po drugiej na różową rękę Euforyona, i śpiewy kościelne żałobne, beznadziejne, rozlegały się coraz silniej a silniej.
Wtem za cyprysami usłyszano spierające się głosy:
— August jest tam...
— Pocóź miałby iść sam do Dafne?
— Jak to! Przecież dzisiaj wielkie panegirye Apollina! Patrzcie, oto on! Julianie! Szukamy cię od rana.
Byli to sofiści grecy, uczeni i retorowie, zwykli towarzysze cesarza. Między nimi był i wstrzemięźliwy nowoplatoniczyk Pryskus z Epiru i żółciowy sceptyk Juniusz Maurykus, i mądry Salustyusz Sekundus i najchełpliwazy człowiek pod słońcem, słynny mówca antyocheński Libaniusz. Julian nie zwrócił na nich żadnej uwagi i nawet żadnego nie powitał.
— Co się z nim dzieje? — szepnął Juniusz do Pryskusa.
— Pewnie jest niezadowolony z braku przygotowań do uroczystości. Postąpiliśmy nieopatrznie. Żadnej ofiary...
Julian zwrócił się do byłego retora chrześcijańskiego obecnie arcykapłana Astarty, Hekebolisa:
— Idź do sąsiedniej kaplicy i oznajmij mą wolę galilejczykom, modlącym się tam przy trupie. Chcę, ażeby przyszli tutaj.
Hekebolis oddalił się.
Gorgias, trzymając swój kosz z gęsią, stał jak skamieniały z rozwartemi ustami i wytrzeszczonemi oczyma, gładząc czerep łysy desperackim ruchem.
Zdawało mu się, że wypił za wiele wina i widzi we śnie to wszystko. Ale skoro sobie przypomniał wszystko, co mówił o cesarzu Auguście i o bogach do mniemanego nauczyciela, zimny pot oblał mu czoło, i nogi ugięły się pod nim z przerażenia. Padł na kolana, wołając:
— Przebacz mi, cesarzu!.. Zapomnij o mych słowach zuchwałych... Nie wiedziałem...
Jeden z usłużnych filozofów chciał odepchnąć starca.
— Odejdź stąd, głupcze! Nie pchaj się!..
Julian wstrzymał go:
— Nie obrażaj kapłana! Powstań, Gorgiasie! Masz dłoń moją. Nie obawiaj się niczego. Dopóki ja żyję, nikt nie uczyni nic złego ani tobie, ani twemu chłopczynie. Przyszliśmy obaj na penegirye, obaj kochamy dawnych bogów. Bądźmy zatem przyjaciółmi i sercem wesołem obchodźmy święto Słońca.
Śpiewy kościelne umilkły. W alei cyprysowej ukazali się bladzi i zmieszani zakonnicy, dyakoni i sam przeor, który nie zdążył nawet zdjąć z siebie szat kapłańskich. Prowadził ich Hekebolis. Przeor, otyły człowiek z twarzą czerwoną, spocony, szedł chwiejnym krokiem, sapał, ocierał sobie czoło. Doszedłszy do Augusta, złożył mu głęboki ukłon, dotykając rękoma ziemi, i rzekł przyjemnym głosem basowym, który mu zjednywał szczególną życzliwość parafian:
— Racz, dobrotliwy Auguście, przebaczyć niegodnym niewolnikom twoim.
Pokłonił się niżej jeszcze, a gdy stękając, prostował się, dwóch zwinnych nowicyuszów, podobnych do siebie jak dwie krople wody, wysokich, z wydłużonemi żółtemi jak wosk twarzami, pomagali mu z dwóch stron, podtrzymując za ręce. Jeden z nich zapomniał zestawić kadzielnicy, z której wydobywała się cieniutka smuga dymu.
Euforyon, zdaleka zobaczywszy mnichów, uciekł śpiesznie.
— Galilejczycy! — przemówił Julian — rozkazuję wam, abyście do jutrzejszego wieczoru oczyścili święty gaj Apollina z kości waszego umarłego. Nie chcemy używać przeciwko wam przemocy, jeżeli jednak woli naszej nie spełnicie, będziemy zmuszeni sami postarać się o to, żeby Helios był uwolniony od świętokradzkiego sąsiedztwa popiołów galilejskich. Wyślę tutaj moich żołnierzy którzy wykopią kości, spalą je i popioły z wiatrem puszczą. Taka jest wola nasza, obywatele!
Przeor kaszlnął cichutko, zasłaniając ręką usta, i wreszcie wymówił pokorniutkiem głosem:
— Najmiłosierniejszy cesarzu! jest to dla nas niewątpliwie rzecz przykra, ponieważ relikwie spoczywają z dawien dawna w miejscu poświęconem z woli cezara Gallusa. Jednak nie nasza tu rządzić wola; zawiadomimy o tem biskupa.
Szmer rozległ się w tłumie. Jakiś ulicznik, ukryty w krzaku wawrzynowym, zaczął śpiewać.

— Idzie rzeźnik, przytupuje,
Wielkim nożem wymachuje...
Głową trzęsie! okiem mruga...

Ale otrzymał taki policzek, że uciekł, wyjąc.
Przeor pomyślał, że dla przyzwoitości należy mu wstawić się za relikwiami, kaszlnął więc cichutko i zaosął znowu:
— Jeżeli Wasza Mądrość raczyła wydać rozkaz niniejszy z powodu bałwana.....
Poprawił się natychmiast:
— To jest bożka helleńskiego Heliosa....
Cesarzowi gniew błysnął w oczach.
— Bałwana!... — przerwał: — bałwana!.. oto są wasze słowa! Za jakichże to głupców nas macie, utrzymując, że my ubóstwiamy sam materjał, który nam boga wyobraża: metal, kamień lub drzewo?.. Wszyscy wasi kaznodzieje chcą o tem przekonać innych, i nas, i samych siebie. Ale to jest fałsz. Nie czcimy martwego kamienia, metalu albo drzewa, tylko duszę, żyjącą duszę piękna we wzorach najczystszej piękności ludzkiej. To nie my jesteśmy bałwochwalcami, lecz wy, wy, którzy pożeracie się wzajemnie, jak zwierzęta z powodu jednej joty, wy, którzy całujecie spróchniałe kości przestępców, skazanych za pogwałcenie prawa rzymskiego; wy, którzy bratobójcę Konstancyusza nazywacie „wiekuistym i świętobliwym.” Ubóstwiać wspaniałe rzeźby Fidyaszowe, olimpijskiem pięknem i mądrością tchnące, nie jestże rozsądniejsze, aniżeli się kłaniać dwóm skrzyżowanym belkom drewnianym, ohydnemu narzędziu tortury? Nie wiem, czy się rumienić za was, litować się nad wami, czy też was znienawidzieć! To szczyt szaleństwa i hańby dla naszej ojczyzny widzieć, jak potomkowie Hellenów, którzy czytywali Platona i Homera, rzucają się — o wstydzie! — w objęcia ludu, skazanego na zagładę, prawie już wytępionego przez Wespazyana i Tytusa, aby ubóstwić zmarłego Żyda! I wobec tego śmiecie jeszcze nam zarzucać bałwochwalstwo!
Przeor spokojnie rozczesywał pięciu palcami czarnosrebrzystą miękką brodę i spoglądał z ukosa na Juliana, ocierając grube krople potu z błyszczącego czoła.
Cesarz zaś wyrzekł do filozofa Pryskusa:
— Znasz, przyjacielu, starodawne obrzędy Hellenów. Odpraw misterye Deloskie, niezbędne do oczyszczenia świątyni Apollina od świętokradzkiego sąsiedztwa zwłok. Bóg powróci do swego mieszkania, wznowią się wyrocznie stare, jak tylko odwalą kamień, który źródło Kastalskie zakrywa.
Przeor zakończył posłuchanie głębokim ukłonem z tą samą czołobitnością, w której czuć było upór niezwalczony.
— Niech się wola twoja stunie, potężny Auguście! Myśmy dzieci, tyś ojcem naszym. Powiedziane jest w Piśmie: „Każda dusza niech będzie zwierzchnościom wyższym poddana: toć niemasz zwierzchności, tylko od Boga!”
— O, obłudnicy! — zawołał cesarz — znam ja wasze posłuszeństwo i waszą pokorę. Buntujcie się przeciwko mnie i walczcie przynajmniej, jak ludzie! Wasza pokora jest żądłem żmii, niewolnicy! Kąsacie nią tych, przed którymi się poniżacie. Własny wasz Nauczyciel Nazarejczyk osądził was dobrze, mówiąc: „Biada wam, faryzeuszowie obłudni, iżeście podobni grobom pobielanym, które się zdadzą z wierzchu być cudne, ale wewnątrz pełne są kości umarłych i wszelakiej nieczystości!” Zaiste, przepełniliście świat tymi grobami pobielanymi i nieczystością. Kłaniacie się kościom i od nich oczekujecie zbawienia! Jak robaki, żywicie się zgnilizną. Czy tego was Jezus nauczył? Czy kazał wam nienawidzieć swych bliźnich, tych — których zowiecie heretykami, ponieważ inaczej wierzą, niż wy? Niech usta moje powtórzą słowa Galilejczyka: „Biada wam, faryzeuszowie obłudni!” Żmije, jakże się uchronicie przed potępieniem gehenny?
Julian odwrócił się i chciał odejść, gdy wtem z tłumu wystąpili staruszek i staruszka, którzy się rzucili do nóg cesarza. Oboje ubogo, ale czysto przyodziani, nadzwyczajnie podobni do siebie, z twarzyczkami ptasiemi, z potulnemi zmarszczkami dokoła zamglonych oczu, przypominali Filemona i Baucydę.
— Broń nas, sprawiedliwy cesarzu! — szeplenił staruszek. — Mamy domek niewielki pod Antyochią u podnóża Staurinusa. Mieszkamy w nim od lat dwudziestu. Tymczasem onegdaj przychodzą dekuryoni...
Tu starzec załamał rozpaczliwie dłonie, a staruszka, naśladując męża, uczyniła to samo.
— Przychodzą dskaryoni i mówią nam: „Ten domek do was nie należy” — Jak to? Pan Bóg z wami! Od lat dwudziestu go posiadamy... — „Być może, ale nieprawnie. Ziemia stanowi własność świątyni boga Eskulapa, i dom wasz zbudowano z głazów świątyni. Ziemię wam odbiorą i oddadzą Eskulapowi.” — Co to wszystko ma znaczyć?.. Miej litość, wszechpotężny Auguście!..
Staruszkowie klęczeli przed nim, schludni i grzeczni, jak dwoje dzieci, i płacząc, całowali mu nogi.
Julian zauważył na szyi kobiety krzyżyk bursztynowy.
— Jesteście chrześcijanami? — zapytał chmurny.
— Tak jest.
— Chciałbym spełnić waszą prośbę... Ale cóż robić? Ziemia należy do bogów! Jednakżę każę wam zapłacić za wasz majątek.
— Nie trzeba! nie trzeba! — błagali staruszkowie. — Myśmy się tam do wszystkiego przyzwyczaili. Nie chodzi o pieniądze. Tam wszystko nasze, każda trawka znajoma...
— Tam wszystko nasze — powtórzyła staruszka, jak echo. — Winnica, oliwki, kury, i krówka, i świnki, wszystko jest nasze. I schodki są tam, na których od lat dwudziestu, siedząc przy sobie, wygrzewamy stare kości na słońcu...
Cesarz, nie słuchając, zwrócił się do przerażonego tłumu:
— Galilejczycy w ostatnich czasach zarzucają mnie prośbami o zwrot gruntów, należących do kościołów. Naprzyklad, walentynianie z Edesy oskarżali aryan o zabór własności. Chcąc przeciąć ten spór, oddałem część tych posiadłości moim weteranom galijskim, a drugą skarbowi. Postanowiłem tak samo postępować na przyszłość. Zapytacie: jakiem prawem? Ale wszakże mówicie sami, że „snadniej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wnijść do Królestwa Bożego!” Postanowiłem zatem dopomagać wam w spełnieniu tego trudnego a mądrego przykazania. Wiadomo światu, że wystawiacie ubóstwo, galilejczycy, czegóż więc szemracie przeciwko mnie? Pozbawiając was dóbr, zabranych przez was braciom heretykom, albo świątyniom olimpijskim, zwracam was jedynie na drogę zbawiennego ubóstwa, prowadzącą wprost do królestwa niebieskiego!
Złośliwy uśmiech wykrzywił mu usta.
— Krzywdzą nas niesłusznie! — lamentowali staruszkowie.
— To i cóż?... więc znoście krzywdę! — odparł Julian. — Powinniście się radować z prześladowania, jak was Nazarejczyk nauczał. Cóż znaczą te cierpienia doczesne wobec wiecznego szczęścia?
Starzec nie był przygotowany na podobny zarzuty zmieszał się i z resztką nadziei wyjąkał:
— Jesteśmy wiernymi niewolnikami twymi, Auguście. Mój syn służy jako pomocnik stratega w oddalonej twierdzy na granicy rzymskiej, i przełożeni jego są z niego zadowoleni...
— Także Galilejczyk? — przerwał Julian.
— Tak jest — westchnął starzec, przerażony nagle swem wyznaniem.
— Dobrze zrobiłeś, żeś mnie zawiadomił. Galilejczycy, niewątpliwi wrogowie rzymskiego Augusta, nie powinni odtąd zajmować wyższych urzędów cesarstwa, zwłaszcza zaś w armii. Znowu pod tym względem jestem bardziej w zgodzie z nauczycielem waszym, niż wy sami. Jestże to słuszna, żeby uczniowie Jezusa wymierzali sprawiedliwość według praw rzymskich, skoro On powiedział: „Nie sądźcie, ażebyście nie byli sądzeni!” — lub, ażeby chrześcijanie otrzymywali od nas miecz ku obronie cesarstwa, gdy Nauczyciel przestrzega: „Kto mieczem wojuje, od miecza zginie,” zaś w innem miejscu równie wyraźnie: „Powiadam wam, żebyście się nie przeciwili złemu!” Oto dla czego, w troskliwości o zbawienie dusz galilejczyków, odejmujemy im sprawiedliwość rzymską i miecz rzymski, ażeby bez opieki, bezbronni, obcy wszystkiemu, co ziemskie i błahe, łacniej mogli się dostać do królestwa niebieskiego.
Z głuchym wewnętrznym śmiechem, przez który jedynie choć w części nasycał swą nienawiść, cesarz oddalił się śpiesznie ku świątyni Apollina. Staruszkowie łkali, wyciągając ręce ku niemu.
— Cesarzu! Nie wiedzieliśmy... Bierz nasz domek, naszą ziemię, wszystko, co posiadamy, tylko ulituj się nad synem naszym!...
Filozofowie chcieli wejść do świątyni za cesarzem. Wstrzymał ich ruchem ręki.
— Sam przyszedłem na uroczystość, sam tylko złożę ofiarę!
— Wejdźmy — dodał, zwracając się do kapłana. — Zamknij podwoje, niech nikt z niepoświęconych się nie wkradnie...
Zawarto drzwi przed nosem przyjaciół-filozofów...
— Niepoświęceni? Jak wam się to podoba? — pytał strapiony Gargilian.
Libaniusz milczał nadąsany.
Maurykus z miną tajemniczą pociągnął przyjaciół w kąt portyku i szepnął coś do nich, stukając się w czoło.
— Rozumiecie?
Zmieszali się wszyscy.
Maurykus zaczął wyliczać na palcach.
— Po pierwsze: twarz blada, spojrzenie gorączkowe, włosy w nieładzie, krok nierówny, mowa bez związku. Powtóre: niezwykła surowość i rozdrażnienie. Potrzecie: ta niedorzeczna wojna z Persami! Na Palladę! To już oczywiste szaleństwo!...
Przyjaciela skupili się jeszcze bardziej i szeptem radośnie plotkować zaczęli.
Salustyusz, stojąc na uboczu, patrzał na tę naradę gorzkim uśmiechem.
Wewnątrz świątyni Julian zastał Euforyona. Dziecko ucieszyło się na jego widok i podczas nabożeństwa powielekroć zatapiało swój wzrok we wzroku cesarza, uśmiechając się zagadkowo, jak gdyby ich łączyła jakaś wspólna tajemnica.
Oświetlony słońcem ogromny posąg Apollina wznosił się pośrodku świątyni; ciało miał z kości słoniowej, draperye ze złota, jak Zeus Fidyasza w Olimpii. Zlekka nachylony bóg wylewał nektar ze swego kielicha na Matkę-ziemię, prosząc ją o powrócenie mu Dafny.
Lekki obłok przepłynął nad świątynią; zadrgały cienie na kości słoniowej, przez czas wyzłoconej, a Julianowi się wydało, że bóg nachyla się jeszcze bardziej z życzliwym uśmiechem, ażeby przyjąć ofiarę ostatnich czcicieli: zgrzybiałego kapłana, cesarza-renegata i głuchoniemego syna sybilli.
— Oto moja nagroda! — modlił się z dziecinną radością Julian. — Nie chcę innej chwały, Apollinie! Dziękuję i ci za to, że tłum wyklina mnie i odtrąca, jak ciebie, i za tę łaskę, którą mi okazujesz, pozwalając żyć i umrzeć samotnie, jak ty. Tam, gdzie się modli motłoch, niemasz boga! Ty jesteś tutaj, w sprofanowanej świątyni! Boże! od ludzi wyszydzony, piękniejszy jesteś teraz, aniżeli wtedy, gdy cię czczono! W dniu, który Parki dla mnie przeznaczyły, pozwól mi złączyć się z tobą, o Promienisty! pozwól mi umrzeć w tobie, o Słońce, jak na ołtarzu ogień ostatniej obiaty umiera w blasku twoim!...
Tak modlił się cesarz, i ciche łzy toczyły mu się po policzkach, a podobne do łez krople krwi ofiarnej padały jedna po drugiej na węgle nawpół strawione.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.