Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

W miastach Azyi Mniejszej, w Nikomedyi, Pergamie i Smirnie, dziewiętnastoletni Julian, poszukujący wiedzy helleńskiej, słyszał o słynnym sofiście i teurgu Jamblichu z Chalcydy, uczniu nowoplatończyka Porfirego, zwanym powszechnie boskim Jamblichem, i w chęci poznania go udał się do Efezu.
Jamblich był starcem niewielkiego wzrostu, chudym i zwiędłym. Miał zwyczaj użalać się na swe dolegliwości, na podagrę, reumatyzm i zawroty głowy, powstawał na doktorów, ale pomimo to sumiennie stosował ich rady, z upodobaniem rozprawiając o ziółkach, okładach, lekach i plastrach. Chodził stale w podwójnej ciepłej tunice, nawet podczas lata, nigdy bowiem nie było mu ciepło, i lubił wygrzewać na słońcu, jak jaszczurka.
W młodości jeszcze odzwyczaił się od mięsa i wspominał o niem ze szczerym wstrętem, nie pojmując nawet, jak można używać za pokarm ciała zwierzęcego.
Żywił się specyalną zupą, którą mu gotowała służąca z krup jęczmiennych na winie i miodzie, gdyż bezzębne szczęki starca już nawet chleba przeżuwać nie mogły.
Otaczali go wiecznie liczni uczniowie, czciciele i wyznawcy, pochodzący z Rzymu, Antyochii, Kartaginy, z Egiptu, Mezopotamii i Persyi.
Wszyscy oni wierzyli w moc cudotwórczą Jamblicha, on zaś traktował ich jak ojciec, któremu wiele kłopotu sprawia tyle niedołężnych drobnych dziatek.
Gdy się wszczynały między nimi dysputy i spory, mistrz uroczyście potrząsał dłonią, wykrzywiając twarz, niby od fizycznego bólu. Przemawiał łagodnie, przyjemnego brzmienia głosem i tem ciszej, im zgiełkliwiej inni krzyczeli. Nie znosił wrzawy, czuł wstręt do głosów donośnych i skrzypiących sandałów.
Rozczarowany Julian spoglądał w zdumieniu na tego grymaśnego, kostniejącego z zimna i chorowitego starowinę, nie pojmując, jaka potęga mogła ku niemu pociągać wszystkich. Przypominał sobie opowiadanie jego uczniów, którzy zaręczali, iż pewnej nocy boski mistrz podczas modlitwy był uniesiony niewidzialną mocą na dziesięć łokci od ziemi i otoczony aureolą złocistą. Inna opowieść mówiła o cudownem wywołaniu przez mistrza w mieście syryjskiem Gadarze z dwóch źródeł gorących dwu geniuszów miłości, wesołego Erosa i ponurego Arterosa, którzy pieścili się z Jamblichem, jak dzieci, i znikli na jego skinienie.
Słuchając słów mistrza, Julian nie odnajdował w nich żadnej potęgi. Metafizyka szkoły Porfirego wydawała mu się martwą, suchą, okrutnie zagmatwaną. Jamblich z łatwością, jak gdyby bawiąc się, wychodził zwycięzcą z najtrudniejszych sporów dyalektycznych. Jego nauka o Bogu, o świecie, o ideach, o Tryadzie Plotyna znamionowała głęboką erudycyę, ale cierpiała na brak iskry żywotnej. Czego innego spodziewał się Julian.
Wszelako czekał i nie odjeżdżał.
Oczy Jamblicha były niezwykłe, koloru zielonego, odrzynające się ostro od bronzowej pomarszczonej skóry oblicza. Taki kolor zielonawy miewa czasami niebo wieczorem pośród chmur gęstych przed burzą. Julian był przekonany, że w tych oczach, jak gdyby nieludzkich, ale tem bardziej nie boskich, iskrzy się owa tajemnicza wyższa mądrość wężowa, o której Jamblich nigdy uczniom nie wspominał. Ale dość było „boskiemu” zapytać głosem drżącym, dlaczego zupa jęczmienna nie gotowa, albo zacząć się skarżyć na pogardę, aby wszelki urok rozproszyć.
Pewnego razu Jamblich przechadzał się z Julianem poza miastem, na brzegu morza. Był wieczór cichy i smętny. W dali, nad przystanią Panormos, bieliły się tarasy słynnej świątyni Artemidy Efeskiej, uwieńczone posągami.
Na piaszczystem pobrzeżu Kajatrosu, gdzie według podania Latona dała życie Artemidzie i Apollinowi, stały nieruchomo trzcin ciemne kępy. Z licznych ołtarzów w poświęconym gaju Ortygii wyprostowane słupy dymu wznosiły się ku niebu.
W południowej stronie błękitniały wierzchołki gór Samoskich. Z cichym szmerem, jak oddech śpiącego dziecka, nabiegały przezroczyste fale na ubity czarny piasek. Pachnęły wygrzane w ciągu dnia morszczyzny i woda słona. Zachodzące słońce zapadło za chmury, ozłacając ich masy olbrzymie. Jamblich usiadł na skale, Julian położył się u nóg jego. Mistrz gładził dłonią czarne i gęste włosy ucznia.
— Smutno ci?
— O tak.
— Wiem o tem. Szukasz i nie znajdujesz. Brak ci sił powiedzieć: „On jest”, a nie śmiesz wyrzec: „Niema Go.”
— Jakim sposobem odgadłeś mnie, mistrzu?
— Biedny chłopcze! Od piędziesięciu lat cierpię na tę samą chorobę i będę cierpiał do zgonu. Czy sądzisz, że znam Go lepiej od ciebie? Że znalazłem? Są to bezustanne męki porodu. Wobec nich najwyszukańsze tortury nic nie znaczą. Ludziom się zdaje, że cierpią z głodu, pragnienia, z bólu, z nędzy; naprawdę zaś cierpią tylko na myśl, że, być może, On nie istnieje. Jedyna to boleść powszechna. Któż się poważy powiedzieć: On nie istnieje — i jakiej nadludzkiej trzeba potęgi, by wyrzec: On jest!
— Więc i ty nawet nigdy nie zbliżyłeś się do Niego?
— Trzykroć w mem życiu doznałem ekstazy, w której czułem się całkowicie z Nim połączonym. Plotynowi zdarzyło się to cztery razy. Porfiremu — pięć. Ja trzy miałem chwile przez czas mego istnienia, dla których warto było żyć.
— Pytałem o to twych uczniów, ale oni nie wiedzą nic.
— Czyżby się ośmielili wiedzieć? Dość dla nich łupiny mądrości. Jądro dla wszystkich prawie na świecie śmierci się równa.
— A zatem, niechaj zginę, mistrzu, ale daj mi je!
— Miałżebyś odwagę?
— Tak, ale mów, mów!
— Coż ci mam powiedzieć? Nie umiem... I po co o tem mówić? Słuchaj ciszy wieczornej, ona jest wymowniejsza od słów...
Nie przestawał głaskać po głowie Juliana, który myślał: „Tego właśnie oczekiwałem!”, i całując Jamblicha w kolana, szeptał błagalnie:
— Ulituj się, mistrzu!.. Odkryj mi wszystko, nie opuszczaj mnie!..
Jamblich, utkwiwszy w obłokach swe zielone, dziwnie nieruchome źrenice, przemówił zcicha, jakby do siebie, jakby nie słysząc i nie widząc ucznia:
— Tak, tak... zapomnieliśmy wszyscy głosu Boga! Jak dzieci, od kolebki z ojcem rozłączone, słyszymy go, ale nie poznajemy: By usłyszeć głos Jego, potrzeba, aby wszelkie echa ziemskie i niebieskie zamilkły w duszy naszej. Póki myśl w nas błyszczy i jak słońce południowe oświeca nam dusze, dopóty pozostajemy sami w sobie i nie dostrzegamy Boga. Ale kiedy rozum zniża się ku zachodowi, ekstaza wstępuje do dusz naszych na podobieństwo rosy nocnej. Źli ludzie nie mogą znać ekstazy; jedni tylko mędrcowie potrafią się przeistoczyć w liry, brzmiące pod ręką Boga. Skąd idzie ten promień, rozjaśniający duszę? Nie wiem. Przychodzi on znienacka, nieoczekiwanie. Szukać go niepodobna. Bóg nie jest zdala od nas. Należy się przygotować i spokojnie wyczekiwać, jak oczy, według wyrażenia poety, wyczekują, „by słońce wynurzyło się z ciemnego Oceanu.” Bóg nie przybywa. Bóg nie odchodzi. On się objawia jedynie. On jest zaprzeczeniem wszechświata, zaprzeczeniem wszystkiego, co istnieje Jest niczem i wszystkiem.
Powstał i zwolna wyciągał swe wychudłe dłonie.
— Ciszej, ciszej, powiadam wam! Słuchajcie Go wszyscy! Oto On! Niechaj milczy ziemia, i morze, i powietrze, i niebo samo! Słuchajcie! On wypełnia wszechświat, jego tchnienie przenika atomy. On oświetla materyę, chaos — „przedmiot przerażenia bogów!” — jak zachodzące słońce wyzłaca ten obłok ciemny.
Julian słuchał, i wydawało mu się, że spokojny i słaby głos mistrza obejmuje świat, dosięga nieba i ostatnich krańców morza. Ale smutek jego był tak wielki, że wyrwał mu się z piersi mimowolnem westchnieniem:
— Przebacz mi, ojcze, ale, jeżeli tak, po co żyć? Po co ta wieczna przemiana życia i śmierci? Po co cierpienie? Po co zło? Po co ciało? Po co zwątpienie? Po co tęsknota do niemożliwości?
Jamblich popatrzał nań łagodnie i kładąc, znowu dłoń na głowę Juliana, odpowiedział:
— Synu mój, w tem właśnie kryje się tajemnica. Niema zła, niema ciała, niema wszechświata, jeżeli On istnieje. On, albo wszechświat. Ciało, zło, wszechświat — to złudzenie, to kłamstwo życia. Zapamiętaj sobie, wszyscy mamy jedną duszę, wszyscy ludzie, a nawet nieme zwierzęta. Niegdyś wszyscy spoczywaliśmy razem na łonie Ojcowskiem, śród niewidzialnego światła. Ale razu jednego zobaczyliśmy z góry materyę ciemną i martwą, a każdy ujrzał w niej własny swój wizerunek, jak w zwierciadle. I rzekła do siebie dusza: „Chcę i mogę być wolną. Jestem podobna Jemu. Czemuż nie miałabym się odważyć porzucić Go i zostać wszystkiem?” I jako Narcyz w strumieniu, zachwycała się dusza swym obrazem, odbitym w jej ciele. Spadła tedy i chciała upadać do końca, rozstać się z Bogiem na zawsze, ale nie mogła. Nogi śmiertelnika dotykają ziemi, ale czoło górne niebiosa przewyższa. I oto po wiekuistej drabinie narodzin i zgonu dusze i istoty wszelkie wstępują i schodzą to ku Niemu, to od Niego, starając się daremnie porzucić Ojca. Każda dusza pragnie sama być Bogiem — napróżno. Plącze po łonie Ojcowskiem, nie znajduje spokoju na ziemi i dąży tylko do powrócenia ku Jedynemu. Musimy powrócić ku Niemu, i wtedy wszyscy będą Bogiem, i Bóg będzie we wszystkich. Czy sądzisz, że tylko ty tęsknisz do Niego? Zobacz, ile niebiańskiego smutku w milczeniu przyrody! Posłuchaj! Zali nie czujesz, iż wszystko tęskni do Niego?..
Słońce już zaszło. Złociste krawędzie obłoków czerwieniały i gasły. Morze stało się blade i lekkie, jak niebo; niebo — głębokie i przezroczysty jak morze. Po drodze w wozie przemknęli młodzieniec z dziewczyną — zapewne zakochanych para. Dziewczyna nuciła znaną tęskną piosenkę miłosną. Po chwili znowu cisza, i stało się jeszcze smutniej. Nagła noc wschodnia zlatywała na ziemię. Julian powiedział:
— Ileż to razy pytałem sam siebie: dlaczego natura tak jest smutna? i dlaczego im większa jej wspaniałość, tam głębszy smutek?..
Jamblich odparł z uśmiechem:
— Tak, tak... Patrz, ona chciałaby ci odpowiedzieć dlaczego, ale nie może. Ona jest niema. Śpi i w marzeniach stara się odnaleźć Boga, ale materya ją przygniata. Widzi Go, ale niedokładnie i sennie. Cały wszechświat, wszystkie gwiazdy, morze i ziemia, rośliny, zwierzęta i ludzie są marzeniami natury, śniącej o Bogu. To, co w ten sposób ona wymarzy, rodzi się i umiera. Natura stwarza samą kontemplacyą, niby we śnie, łatwo, bez wysiłków, bez przeszkody. I dlatego jej dzieła są tak piękne i tak swobodne, tak bezcelowe i tak boskie. Gra marzeń natury podobną jest do gry obłoków, bez początku i końca. Na świecie niema nic po za kontemplacyą. Im głębszą jest ona, tem bardziej milczącą. Wola, czyn, walka są jedynie osłabioną, niedokładną lub zamąconą kontemplacyą Boga. Natura w swej potężnej bezwładności stwarza formy, jak geometra; istnieje to, co on widzi. Jedną za drugą wyrzuca ona formy ze swego łona macierzyńskiego. Ale to jej nieme, mętne zapatrzenie jest obrazem tylko innego, jaśniejszego. Natura, Cybela śpiąca, nigdy nie otwiera powiek i nie znajduje słów, które tylko człowiek odnalazł. Dusza ludzka to natura z rozwartemi oczyma, przebudzona nareszcie i gotująca się do ujrzenia Boga nie w półśnie, jak dotychczas, lecz na jawie, oko w oko...
Pierwsze gwiazdy zabłysły na niebie, to gasnąc, to iskrząc się, niby brylanty, osadzone w ciemnym i głębokim lazurze. I co chwila rozpalały się nowe, coraz gęściejsze, niezliczone. Jamblich wskazywał je Julianowi.
— Do czegóż mam porównać wszechświat, te wszystkie słońca, te gwiazd krocie? Porównam je do sieci, zarzuconej przez rybaków w morze. Bóg przenika wszechświat, jak woda przenika sieć, która się zanurza, ale wody zatrzymać nie może. Tak i świat: chce, ale nie może ogarnąć Boga. Sieć się porusza, ale Bóg jest nieruchomy, jak niezmierzony ocean, w którym sieć pogrążono. Gdyby wszechświat się nie poruszał, Bóg nie stwarzałby nic, nie wychodziłby ze swego spokoju. Bo i dokądżeby dążył i po co? Tam, w państwie Macierzy przedwiecznych, na łonie Duszy Świata, kryją się nasiona. Ideje-Formy wszystkiego, co jest, było i będzie; kryje się Logos-Zarodek świerszcza i trawki, a obok nich i boga-olimpijczyka.
Wtedy Julian zawołał głosem, brzmiącym śród milczenia natury, jak jęk śmiertelnej boleści:
— Gdzież więc jest On? Kto On? Dlaczego nam nie odpowiada, gdy Go wzywamy? Jakie jest imię Jego? Chcę Go poznać, usłyszeć, zobaczyć! Dlaczego wymyka się mojej myśli? Gdzie jest?
— Biedny chłopiec! Cóż znaczy myśl wobec Niego? Niema dla Niego imienia. Jest taki, że umiemy powiedzieć, iż być musi, ale czem jest, tego określić niepodobna. Jednakże, czy możesz cierpieć, kochać, przeklinać, ażebyś Go tem nie wielbił? Stworzyciel wszystkiego jest Samym sobą, niepodobnym do niczego ze swych tworów. Gdy mówisz: „Niema Go,” wielbisz go tak samo, jak gdybyś rzekł: „On jest.” Niepodobna niczego Mu przyznawać, ani istoty, ani życia, ponieważ On jest ponad bytem, ponad istotą, ponad wszelkiem życiem. Dlatego powiedziałem ci, że On jest zaprzeczeniem wszechświata i myśli twojej. Wyrzeknij się wszystkiego, co istnieje, a tam, w tej otchłani pod otchłaniami, w tej najgłębszej bezdnie niesłychanego mroku, podobnego do światła, odnajdziesz Go. Poświęć Mu przyjaciół, rodzinę, ojczyznę, niebo i ziemię, siebie samego i swój rozum. Wtedy przestaniesz wpatrywać się w światło — bo sam będziesz światłością. Wtedy nie będziesz mówił: Ja i On, albowiem uczujesz, iż ty i On jedno jesteście, i dusza twa wyśmieje swe ciało, jako złudzenie. Wtedy nastanie milczenie; nie będzie więcej słów. A jeśli w tej chwili świat runie, ty będziesz szczęśliwy, bo cóżby cię mógł obchodzić świat, skoro będziesz z Nim razem? Dusza twa nie będzie pożądała, ponieważ On nie zna pożądań; nie będzie żyła, ponieważ On jest ponad życiem, ani myślała, ponieważ On jest ponad myślą. Myśl jest poszukiwaniem światła. On zaś nie poszukuje go, ponieważ Sam jest światłem. Przenika całą duszę i przetwarza ją w Siebie. Ona zaś wtedy, beznamiętna i samotna, spoczywa wyżej niż rozum, wyżej niż cnota, wyżej niż państwo idei, wyżej niż piękność w nieskończoności, na łonie Boga. Ojca wszechświatłości. Dusza staje się Bogiem, albo raczej tylko przypomina sobie, że przez wieki wieków była, jest i będzie Bogiem.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Takie jest, synu mój, życie olimpijczyków; takie jest życie mędrców i ludzi, podobnych Bogu: wyrzeczenie się wszystkiego, co istnieje w świecie, pogarda namiętności ziemskich, ucieczka duszy ku Bogu, którego ogląda oko w oko.
Umilkł, a Julian padł mu do nóg i, nie śmiejąc go się dotykać, całował ziemię, na której spoczywały stopy świętego męża. Potem wzniósł głowę i spojrzał w te zielone, dziwne źrenice, w których żarzyła się odsłoniona tajemnica mądrości „wężowej.” Źrenice te wydawały się spokojniejsze i głębsze od samego nieba, i jakaś moc cudowna szła od nich.
Julian wyszeptał:
— Mistrzu, ty wszystko możesz. Ja wierzę! Rozkaż górom, a zbliżą się! Bądź, jako On! Uczyń cud, Spełnij niepodobieństwo, wysłuchaj mnie! Ja wierzę!
— Czegóż to żądasz, biedny mój synu? Czyż cud, który się w duszy twej dokonać może, nie jest piękniejszy, niż te, jakiebym ja mógł uczynić? Dziecię moje, nie jest-że cudem straszliwym i zbawczym ta władza, w której imię masz śmiałość powiedzieć: „On jest, a jeśli Go niema — nic nie szkodzi: On będzie!” I mówisz: „Niech będzie On, bo ja chcę tego!..




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.