Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V

Powróciwszy do Macellum z bazyliki aryańskiej, Julian chwycił gotową całkiem, starannie zawiniętą „tryremę” i, wymknąwszy się niepostrzeżony przez nikogo (gdyż Eutropiusz po nabożeństwie udał się w podróż kilkunastodniową) poza bramy twierdzy, pobiegł do świątyni Afrodyty, położonej tuż przy kościele świętego Maurycego, tak, iż gaj, poświęcony bogini, stykał się z cmentarzem chrześcijańskim.
Niechęć, spory, a nawet procesy nie ustawały nigdy pomiędzy obiema świątyniami. Chrześcijanie domagali się zburzenia bezbożnego zboru; kapłan Olimpiodor użalał się na stróżów bazyliki, którzy nocami potajemnie wycinali w poświęconym gaju stuletnie cyprysy, lub w gruncie, należącym do bogini, kopali groby dla chrześcijan.
Julian zapuścił się w gaj. Ogarnęło go powietrze ogrzane. Na szarej włóknistej korze cyprysów, wyciśnięte skwarem popołudniowym, występowały grube krople żywicy. Julianowi się wydawało, że czuje w tym półzmroku wonny oddech Afrodyty.
Wskroś zieleni drzew bieliły się posągi. Tu stał Eros, wypuszczający strzałę z łuku. Widocznie jakiś brutalny sługa bazyliki, na urągowisko bałwanowi, utrącił mu łuk marmurowy. Broń Amora i śliczne rączki bożka leżały w trawie u podnóża posągu. Ale zdradzieckie chłopię bezrękie pomimo to, wystawiwszy naprzód pulchną nóżkę, celowało po dawnemu z pustym na ustach uśmiechem.
Julian wszedł do domu kapłana Olimpiodora. Mieszkanie składało się z kilku niewielkich, ale wygodnych izb bez śladu przepychu, raczej ubogo urządzonych. Nie było tam kobierców ani naczyń srebrnych: zwykła posadzka kamienna, sprzęty drewniane i tanie amfory z wypalonej gliny. Za to każdy przedmiot miał cechę wytworności. Rączkę zwyczajnej lampy kuchennej stanowiło przedziwne dzieło sztuki starożytnej, wyobrażające Neptuna z trójzębem; wysmukłe kształty wazonów glinianych z lichą oliwą wzbudzały podziw Juliana. Wzdłuż ścian biegły leciuchne freski: to nereida, siedząca na łuskowatym jednorożcu wodnym, to pląsająca bogini młoda w długim peplonie, którego fałdy rozbujane układały się we wdzięczne zwoje.
Wszystko się śmiało w tym słonecznym domku; nereidy, tancerki, trytony, nawet łuskowate jednorożce, nawet Neptun na lampie, a nadewszystko śmieli się mieszkańcy, którzy urodzeni dla wesołości, nie znali brzydoty, złośliwości i nudów. Tuzin smacznych oliwek, trochę białego chleba, grono winne i parę puharów wodą rozcieńczonego wina wystarczały, ażeby posiłek uważać za ucztę, i ażeby Diofana, żona Olimpiodora, na znak uroczystego święta, zawieszała tryumfalnie u drzwi domu wieniec laurowy.
Julian wszedł do niewielkiego ogródka w atryum. Pod lazurem nieba strzelał do góry wodotrysk, a wśród narcyzów, akantusów, tulipanów i mirtów wznosił się Merkury z bronzu, skrzydlaty, uśmiechnięty, jak domek cały, gotując się do lotu. Pomiędzy kwiatami, migocąc w słońcu, goniły się motyle i pszczoły.
Na dziedzińcu, w lekkim cieniu portyku, Olimpiodor i siedemnastoletnia jego córka Amaryllis oddawali wdzięcznej grze atyckiej w „kottabos.” Na wetkniętej w ziemię kolumience wahała się, niby ramię wagi, niewielka laseczka poprzeczna, mająca na obu końcach zawieszone drobniutkie szale; pod niemi, w naczyniach pełnych wody, stały dwa posążki metalowe. Gra polegała na tem, ażeby z pewnej odległości plusnąć strugą wina z puharu w jedną z szalek, która, pod ciężarem płynu, powinna była stuknąć o statuetkę.
— Dalej, graj prędzej! Kolej na ciebie! — wołała Amaryllis. — Raz, dwa, trzy!
Olimpiodor cisnął zawartość swego kielicha — i chybił.
Zaśmiał się dziecinnym śmiechem. Dziwnie było patrzeć na tego dojrzałego, siwiejącego już mężczyznę, jak się zapalał do gry tak dziecinnej.
Dziewczyna, uroczym ruchem nagiej ręki odrzuciwszy liliową tunikę, plusnęła z kolei winem, i mała szalka kottabosa zadźwięczała, opadłszy na posążek. Amaryllis ze śmiechem klasnęła w dłonie. Wtem ujrzeli na progu Juliana i pobiegli ku niemu, witając go i całując.
Amaryllis wołała:
— Diofano, gdzie jesteś?.. Chodź, zobacz, jakiego mamy gościa! Chodź prędzej!..
Diofana przybiegła z kuchni.
— Ach, to ty, Julianie, dziecko kochane! Zdaje mi się, że zmizerniałeś?.. Tak długo ciebie nie było widać...
I rozpromieniona z radości, dodała:
— Bawcie się, dzieci moje. Wyprawimy sobie dzisiaj prawdziwą ucztę. Przygotuję świeże wianki różane, usmażę całe trzy okunie i zrobię wam słodkie pierożki z imbierem.
Tymczasem podeszła do Olimpiodora młoda niewolnica i szepnęła mu do ucha, że pewna bogata patrycyuszka z Cezarei pragnie z nim pomówić, mając interes do ofiarnika Afrodyty.
Olimpiodor udał się do niej. Julian i Amaryllis grali dalej w kottabos.
Wtem na progu zjawiło się cichutko dwunastoletnie dziewczę, blada, jasnowłosa Psyche, najmłodsze dziecko Olimpiodora. Dziewczynka ta miała wielkie i nadzwyczaj smutne oczy i wydawała się sama jedna w tym domu niepoświęconą Afrodycie, obcą radości ogólnej. Żyła na uboczu, zawsze zadumana, podczas gdy inni się śmieli, a nikt nie wiedział, co ją smuci i co cieszy. Ojciec uważał ją za istotę pożałowania godną, nieuleczalnie chorą, urzeczoną jakiemś spojrzeniem złowieszczem, czarami zawziętych jego wrogów, galilejczyków, którzy przez zemstę pozbawili go dziecka.
Czarnowłosa Amaryllis była ulubienicą Olimpiodora; natomiast matka skrycie pieściła Psychę, z zazdrosną namiętnością kochając to dziecię chore, którego dusza wymykała się z pod jej władzy. Psyche w tajemnicy przed ojcem uczęszczała do bazyliki świętego Maurycego, pomimo pieszczot, błagania i gróźb swej matki. Strapiony kapłan wyrzekł się swego dziecka, a gdy mu o niem wspominano, chmurzył twarz, która przybierała wyraz złowróżbny. Utrzymywał, że z powodu bezbożności dziewczyny winnica, dawniej błogosławiona przez Afrodytę, dawała mniejsze zbiory, i że ten mały krzyżyk złoty, który córeczka jego nosiła na szyi, wystarczał do sprofanowania świątyni bogini.
— Po co ty chodzisz do kościoła? — zapytał pewnego razu Julian.
— Nie wiem. Tam tak dobrze! Czy nie widziałeś tam Dobrego Pasterza?
— Galilejczyka?.. Widziałem... Skądże ty wiesz o nim?..
— Stara Teodula mi opowiadała... Od tej pory chodzę do kościoła. Ale za co, powiedz mi, Julianie, za co oni wszyscy nienawidzą Dobrego Pasterza?..
Olimpiodor powrócił i z tryumfującą miną opowiadał o rozmowie swojej z patrycyuszką, dziewicą wysokiego rodu, którą narzeczony porzucił, za sprawą, jak sądziła czarów rywalki. Po wielekroć udawała się do kościoła chrześcijańskiego i modliła się gorąco do świętego Mamasa, ale posty, ani czuwania, ani modły nie pomagały.
— Albo to chrześcijanie ulżyć potrafią? — zakończył Olimpiodor z pogardą, rzucając ukradkiem spojrzenie na przysłuchującą się uważnie Psychę. — Chrześcijanka zwróciła się do mnie, i Afrodyta ją uleczy.
I z zachwytem pokazywał dwa białe gołębie razem związane, które chrześcijanka mu wręczyła z prośbą o ofiarowanie ich bogini miłości.
Amaryllis wzięła do rąk ptaszyny, ucałowała w różowe dzióbki i oznajmiła, że szkoda wielka byłaby je zabijać.
— Ojcze, ofiarujmy je bogini bez krwi rozlewu.
— W jaki sposób?.. Ofiara krwi wymaga.
— Darujmy im wolność. Niech lecą do nieba, do tronu Afrodyty. Wszak bogini jest w niebie, nie prawdaż? Więc je tam przyjmie... O, pozwól mi na to, błagam cię, ojcze kochany!..
Amaryllis całowała go tak czule, że nie mając serca odmówić dziewczęciu, Olimpiodor pozwolił jej rozpętać gołębie i puścić wolno. Wesoło trzepocząc skrzydełkami białemi, ptaki wzleciały ku niebu, „do tronu Afrodyty.” Kapłan przysłonił dłonią oczy i patrzał, jak dar chrześcijanki niknął w obłokach, podczas gdy Amaryllis skakała i klaskała w dłonie z radości, wykrzykując:
— Afrodyto. Afrodyto! Przyjmij tę ofiarę niekrwawą!..
Gdy Olimpiodor odszedł, Julian z poważną i nieśmiałą miną zwrócił się do Amaryllidy. Rumieniec oblał mu twarz, gdy drżącym głosem wymawiał imię dziewczęcia:
— Amaryllis! Przyniosłem ci...
— Ach, dawno już miałam się ciebie zapytać, co ty tam masz takiego?..
— To jest... tryrema...
— Tryrema... Jaka? Po co? Co ty mówisz?
— Prawdziwa tryrema liburnyjska...
Zabrał się z pośpiechem do rozwijania swego podarunku i nagle wobec przyglądającej mu się dziewczyny uczuł niewysłowione zawstydzenie. Aamryllis spoglądała nań w zdumieniu. Zmieszany ostatecznie, chłopiec rzucił na dziewczynę błagalne wejrzenie i spuścił zabawkę do zbiornika wodotrysku.
— Spojrzyj tylko, Amaryllis... to tryrema... prawdziwa tryrema... z żaglami, ze sterem. Patrz, jak doskonale płynie!
Ale Amaryllis zaśmiała się głośno:
— Jakiś ty zabawny! Na cóż mi twoja tryrema? Nie dalekobym na niej zajechała! Statek dobry dla myszy lub cykady. Podaruj go lepiej Psyche, ją to uraduje. Patrz, jak pożądliwie nań spogląda.
Głęboko dotknięty, Julian próbował udawać obojętność, chociaż łzy go dławiły, i zadając gwałt sobie, drżącemi ustami przemówił z pogardą:
— Widzę, że się nie znesz wcale...
A po namyśle dodał:
— Nie znasz się wcale... na sztuce.
Ale Amaryllis śmiała się jeszcze głośniej.
Ku większemu upokorzeniu chłopca, zawołano ją w tej chwili do narzeczonego, zamożnego kupca z Samos, który się stroił bez smaku, perfumował bez miary i popełniał mnóstwo błędów gramatycznych w rozmowie. Julian nie mógł go znosić, i od chwili, gdy się dowiedział o jego przybyciu, cały urok domku był dla niego stracony.
Z sąsiedniego pokoju dochodził go ożywiony szczebiot Amaryllidy i głos jej narzeczonego.
Nie mówiąc ani słowa, Julian z chłodną zawziętością porwał drogą swoją tryremę, prawdziwą tryremę liburnyjską, która go tyle kosztowała mozołu, i wobec przelękłej Psyche połamał maszty, poszarpał żagle, poplątał liny i tratował nogami zabawkę póty, póki nic z niej nie zostało.
Tymczasem powróciła Amaryllis. Twarz jej ożywiał wyraz niezwykłego szczęścia, tego nadmiaru życia, tej niepohamowanej radości miłosnej, która u młodych dziewcząt wywołuje konieczną potrzebę ściskania i całowania kogokolwiek.
— Julianie!... Przebacz mi!... Zrobiłam ci przykrość... Przebacz mi, mój drogi!... Wiesz przecie, że cię kocham... kocham...
I nim chłopiec miał czas się zastanowić, odrzuciła tunikę i oplotła mu szyję obnażonemi, świeżemi rękoma. Julianowi od słodkiego lęku serce bić przestało: widział tuż przy sobie, blizko, jak nigdy dotychczas, parę dużych wilgotnych czarnych oczu, czuł upajającą woń ciała i silny uścisk jędrnej piersi dziewiczej, od którego zakręciła mu się w głowie. Przymknął oczy, uczuwając na ustach przeciągły pocałunek.
— Amaryllis! Gdzie jesteś, Amaryllis?
Był to głos Samioty. Julian z całej siły odtrącił od siebie dziewczynę i z sercem przepełnionem nienawiścią, oraz bólem, wołając: „Puść mnie, puść!” — wyrwał się z jej objęć i uciekł.
— Julianie! Julianie!
Nie słachając, wybiegł z domu i pędził winnicami i gajem cyprysowym aż do świątyni Afrodyty. Słyszał, jak go wołano, jak Diofana wesołym głosem oznajmiała, że placki z imbierem są gotowe, ale się nie odzywał. Zaczęto go szukać. Wtedy ukrył się śród krzaków wawrzynowych u stóp Erosa i czekał tam, dopóki mieszkańcy domku, przyzwyczajeni do jego dziwacznych kaprysów, nie przestali go szukać w mniemaniu, że wrócił do Macellum.
Ale skoro znowu zapanowała cisza, Julian wyszedł z ukrycia i spoglądał na świątynię bogini miłości, stojącą na wysokim, ze wszech stron odsłonionym pagórku. Białe marmury kolumn jońskich, przepojone słońcem, kąpały się miękko w ciemnym i ciepłym lazurze, który z rozkoszą otulał ten kamień zimny i jak śnieg biały.
Każdy róg frontonu wieńczyły akrotery z gryfami, których ostre zarysy z łapami, uzbrojonemi w wystające pazury, z rozwartym dziobem orlim i z łonem kobiecem, dumnie odrzynały się od błękitnego tła niebios.
Julian doszedł po stopniach do portyku, cicho pchnął niezamknięte drzwi bronzowe i wkroczył do wnętrza świątyni, do nawy świętej.
Owionął go chłód i cisza.
Zachodzące słońca świeciło jeszcze w górze na kapitelach, których misterne zwoje wyglądały niby loczki złote. Dół świątyni zalał już mrok. Z trójnoga ulatywała jeszcze woń palonej mirry.
Wsparty o mur, Julian wzniósł nieśmiało oczy, tłumiąc oddech w piersi.
Tak, to była Ona. Pod gołem niebem, w samym środku świątyni, w nagości swej bez sromu, niby tylko co z piany morskiej zrodzona, wznosiła się zimna, biała Afrodyta — Anadiomene. Bogini patrzała z uśmiechem na niebo i na morze, zachwycona ich urokiem, nie wiedząc jeszcze, że to jej własna piękność odbija się, jak w wieczystych zwierciadłach, w wodach i w błękicie. Żadna szata nie kaziła jej boskiego ciała, i tak stała niepokalana i naga, jak owo niebo bez chmur, które się wznosiło ponad jej głową.
Julian przypatrywał jej się chciwie, nie wiedząc, jak długo. Naraz uczuł, że dreszcz uwielbienia wstrząsa jego ciałem. I oto chłopiec w ciemnym habicie mniszym ugiął kolana przed Afrodytą, wzniósł ku niej twarz i przycisnął ręce do serca.
Potem, wciąż jeszcze zdala i nieśmiały, siadł u podnóża kolumny, nie spuszczając oczu z posągu, oparł twarz o zimny marmur i, czując napływający mu do duszy spokój, zasnął.
Ale i we śnie odczuwał jej obecność.
Zstępowała ku niemu coraz bliżej a bliżej. Czarowne białe ramiona objęły mu szyję, i chłopiec z uśmiechem poddawał się tym beznamiętnym pieszczotom, od których aż do głębi serca przejmował go chłód marmuru. Te święte objęcia niczem nie przypominały ognistych i odurzających uścisków Amaryllidy. Dusza Juliana wyzwalała się z miłości ziemskiej. Wstępując w sfery wiecznego spokoju, podobnego do nocy ambrozyjskiej Homera, do słodkiego odpocznienia śmierci.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Gdy się obudził, noc już była. W niezasłonionym czworokącie nieba błyszczały gwiazdy. Sierp księżyca rzucał srebrne światło na głowę Afrodyty.
Julian podniósł się. Olimpiodor snadź zachodził do świątyni, ale nie zauważył chłopca, albo też nie chciał go budzić, gdyż obecnie na trójnogu bronzowym żarzyły się świeże węgle i wiotka smuga wonnego dymu unosiła się ku obliczu bogini.
Julian z uśmiechem zbliżył się, wyjął ze stojącej pod trójnogiem czary chryzolitowej parę gałek żywicznych i rzucił je na węgle. Wzbił się gęściejszy słup dymu i różowy odblask ognia, zlany z poświatą księżyca, rozniecił niby lekki rumieniec życia na twarzy bogini.
Jakby czysta Afrodyta — Urania schodziła z gwiazd na ziemię.
Julian ukląkł i całował stopy posągu, szepcząc:
— Afrodyto, Afrodyto! Wieczną ślubuję ci miłość!
I łzy gorące padały na zimne, marmurowe stopy bogini.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.