Julia Potocka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Konstanty Piotrowski
Tytuł Julia Potocka Powieść.
Pochodzenie Poezye Konstantego Piotrowskiego
Data wydania 1836
Druk Drukarnia XX. Karmelitów
Miejsce wyd. Berdyczów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)

Cały zbiór

Indeks stron
JULIA POTOCKA
POWIEŚĆ.

Osnowę tej powieści wyjąłem — z opisów wojen Kozackich Rabina Zasławskiego współczesnego tych dziejów świadka i historyka, tłómaczonych z Hebrajskiego przez Pana Sterna i umieszczonych w pamiętnikach Warszawskich. Mówi on iż w mieście Niemirowie zdarzenie niżej opisane miało miejsce. Wiadomo także z historyi iż Jerzy Chmielnicki syn Bohdana został mnichem. Pozwoliłem sobie te dwa wypadki połączyć. Nadałem Pannie nazwisko Potockiej; familii znakomitej przez kilka wieków z historyą stale złączonej w tamtych stronach zamieszkałej. — Daleki jestem od pochwalenia samobójstwa, tak niezgodnego z zasadami Świętej naszej Religii — i opiewam go tylko jak czyn historyczny.




JULIA POTOCKA

POWIEŚĆ
I.

Już na połsferzu świata cicha noc milczała,
Na wałach Niemirowa, ustaje huk działa.
Zwyciężyli Kozaki. — W wściekłej zajadłości,
Noc tę straszną zrobili ohydą ludzkości.
Wyżebrać niezdołają życia starce, dziatki,
O zgrozo! ciągną ludzi jak bydło na jatki,
Zalała w nich ognistych napojów obfitość,
Święte miejsca! gdzie mieszka sumienie i litość.

Jedni s ciągnących jeszcze dech wnętrzności snują,
Drudzy nagłazach, gardła żyjących piłują.
Silną prawicą w górę wyrzucone dziecie,
Pod gwiazdami niewinne wyzionęło życie.
Lub ugodzona gruzem ułamanej skały,
Pełne słodyczy dusze w kolebkach wylały.
Wszędzie w miescie płynęły krwi zdroje obfite,
Nie mogły brać jej, ziemi wnętrzności już syte,
Z licznych ulic te straszne połączone scieki,
Jako nowe strumienie leciały do rzeki.
Nieszczęśliwych bez broni, i wojska pomocy,
Nie ocaliła ufność w ociemnieniach nocy.
Uciekających góry ni sadzone gaje,
Zakryć nie mogą; wszystkich światła noc wydaje.
Gdy więcej krwi wylewać srodzy sił nie mieli,
Resztę dawszy więzieniom, strudzeni usnęli.

II.

Gdy zeszło słońce na plac trupami zaległy,
Psy zgłodniałe s przy ległych okolic się zbiegły.
Nieostygłych ciał jeszcze, drgające kawały,
Z zażartą zajadłością s paszczęk sobie rwały.
Tych którzy wczoraj życiem i krasą jaśnieli,
Pies, ptak, i robak szczątki między siebie dzieli;
A okrutne kozactwo zbrodni ow plac krwawy,
Obrało miejscem godów, i głośnej zabawy.
Okażcle krzyknął jeden, czyj łuk lepiej strzela,
Natychmiast z więzień dano dzieci Izraela.
Patrząc wniebo w śmierteinej ustrojeni bieli,
Drząc, wściekłym barbarzyńcóm jako cel stanęli.
Już do strón łuków, zgubne przykładali strzały,
Wtem w powietrzu hetmańskie sztandary powiały.

Gdy na te okrucieństwa Jerzy okiem rzucił,
Od strasznego widoku twarz swoję odwrócił.
„Nigdym rzekł wbojach waszej zemsty niewstrzymywał,
„Tylekroć z wamim we krwi nieprzyjacioł pływał,
„Pomnicie Źołte-wody[1] i ten dzień pomnicie,
„Gdy Potocki dzielności konia winien życie.
„Ale po walkach pastwić się nad niewinnemi,
„Jest okryć się ohydą w oczach całej ziemi.
„Dzieci mé! wbojach bądźcie jako lwy krwiożerce,
„A po zwycięstwach miejcie miłosierdzia serce“.
Na grozny wyraz wodza, na głos dobrze znany,
Posłuszna tłuszcza, strzały schowała w kołczany,
A Izraele na pół umarłe od trwogi,
Padły przed nim na ziemię, ze swojemi bogi[2].

III.

Już ziemia w uroczyste odziała się cienie,
Przyszła chwila wytchnienia — spoczęło Stworzenie.
Ucichły góry, pola, lasy; rzeczne wały,
Na miękkich brzegowiskach roskosznie drzymały;
Sen swój balsam na troski lał żyjących dzienne,
Sam tylko Jerzy łoże utłaczał bezsenne.
Tysiąc straż życia jego pilnuje dokoła,
Sen do udręczonego wduszy przyiść niezdoła.
Nie pomaga dóm pyszny, jedwabiem obity,
Jest jad, co tak żre serce, jak szatę mól skryty.
Wyszedł z swych progów. Ten sam był porządek świata,
W wielkiej bani taż lampa świeciła bogata.
Gwiazdy jak dyamenty lskniły się wbłękicie,
Toż łagodne powietrze trzymające życie.

Gdy ziemię co raz nową człek nęka pożogą,
Natura dobroczynna jednąż idzie drogą!
Kurzącej się krwi, jeszcze nie oschłe strumienie,
Domy jak puszcze, głuche wiodące milczenie,
Tyle morderstw! Jerzego duszę troską poi,
Nie drzał przed człekiem, spojrzeéina niebo się boi.
Niebo, ziemia, cokolwiek w łonie swojem kryje,
Silnie mówią do duszy jego że Bóg żyje.
Bóg co s każdej blizniego łzy każe zdać sprawę,
A tutaj popłynęły takie rzeki krwawe!.
Ktoż jest tylu klęsk sprawcą? z jakiej to przyCZyny,
Wyszli zbrojne z swych domów rozległych pól Syny?.
Kto ich uzbrajał mieczem wśród spokojnej pracy?
Jerzy i Ojciec jego, a oba Polacy.
Hasłem swobody kryjąc własnej zemsty cele,
Utaiwszy ród — toczą krew, krzywd swych mściciele!

Ledwie dni kilkanaście oręża powodzeń,
Jleż łez popłynęło, i ile krwi wzbrodzeń!
„Gdzież rzekł morze tak wielkie? zdrój tak dobroczynny
Coby z rąk naszych zmyły, kroplę krwi niewinnej?
Lecz nie długo tém cnoty uczuciem żyć zdołał,
Wezbrała straszna zemsta, z wściekłością zawołał,
„Co? ja żałować będę wrogów mego domu!
„Sprawców naszych niedoli, boleści, i sromu!
„Niechaj z nieba pioruny, obłok po obłoku.
„Niech spada na mą głowę; nie cofnę już kroku.
„Chwieje się słaba wiatrem, kołysana trzcina,
„Chmielnicki nie mięknieje, karku nieugina“.
Nie jedną tylko troskę w łonie swojem kryje,
W najezdcy piersiach, serce roskochana bije,
Mury tutejsze kryją Julią ulubioną,
Możeż go ona kochać — będzież jego żoną?

W jakiejże dziś jej oczóm stawi się postaci?
Podaż smiało prawicę, zlaną krwią jey braci?
On zna jej dumę, jej wstręt do srogich mscicieli,
On kozak! grubą rękę dawać się osmieli?
I zgryzoty sumienia i serca zapały,
Jak silne wichry morzem tą duszą miotały.
„Serce miłości niezna najmniejszego skrycia,
„Pójdę rzekł i opowiem wszystkie tajnie życia,
„Gdy to wyznanie, wstrętu w jey sercu nie zmaże,
„Zwycięzca do ołtarzy slubnych iść jej każę“.

IV.

Czołu pooranemu cierpień tylu ciosy,
Słodkiemi były kilka kropel swiezej rosy;
Sercu gorejącemu miłości płomieniem,
Słodko było odetchnąć chłodném nocy tchnieniem,

Szedł Jerzy cichą ziemią — na życie uspione,
Wszędzie sen ponarzucał milczenia zasłonę.
We wszystkich domach gruba ciemność panowała,
W jednem tylko Julij oknie lampa tlała,
Ona tylko skonczyła modły swe gorące,
Jerzy drzący wydobył z siebie slowa drzące,
„Niekochałbym cię gdybym wszystko nie powiedział,
„Sądzisz Julio wielki między nami przedział,
„Pochodzisz z rodu który wysoko jest czczony,
„W świetnym tym stanie prawodawczym do korony,
„Którego tylko można osięgnąć nabycie,
„W bojach krwi swej przelewem, jam także wziął życie,
„Jestem Polskim szlachcicem. Kto wszystko utraci,
„Unika szczęsnych, szuka niedoli współbraci,
„Gdzie ziemia jak piastunka hojną piersią żywi,
„Rosili jarzmo potem, blizni nieszczęsliwi.

„Przybiegłem tam, w ich mowie wyrzekłem dwa słowa,
„Obrali mię swym wodzem, i wojna gotowa.
„Łatwości ich powstania zjasniać ci nie trzeba,
„Ciemni oni; lecz mogą wznosić wzrok do Nieba.
„Dawnych praw nie naruszam, mscicieli nie bronię,
„Bóg osądzi tę sprawę, na wieczności łonie.
„Nie pytaj się Julijo! jaki traf, sprowadził,
„Żem kochanego Króla i Ojczyznę zdradził.
„Rzuć okiem w serce moje tam ujrzysz żałości,
„Lecz coż stało się... losu wyrzucone kości.
„Kocham cię.. chcę twej ręki.. niech to nieprzestrasza
„Iż mój dóm i byt leżą na ostrzu pałasza,
„W pomyslnośoi me wszystkie bogactwa posiędziesz,
„W przeciwnośoiach, tą piersią zasłonioną będziesz,
„Obciążonemu łupem swieżego pogromu,
„Będziesz gwiazdą wiodącą me kroki do domu.

— „Ocaliłeś mi życie, tyś Pan mego losu,
„Posłusżna woli twojej, czekam twego głosu,
„Chcesz wyznania miłości nieszczęsnej dziewicy,
„Nie badaj, ach! nie badaj, zostaw w tajemnicy,
„Wszak Ojczyzna ma jeszcze święte prawa do mnie,
„Lituj się nad mą bracią, i pamiętaj o mnie“.
To rzekłszy białą dłonią z słodkiem przymileniem,
Dotknęła jego ręki — tem lekkiem dotknieniem,
Uczuł wrażenie szczęścia, które powtorzyła,
Każda kropla krwi jego, każda jego żyła,
Umilkły swieże troski, zsklepiły się rany,
Rzeski jakby do życia nowego skąpany,
„Tak rzekł, pojutrze Xiężyc gdy ćmy zjasni szare,
„Ja mej gwiezdzie w Swiątyni zaprzysięgnę wiarę.
„Smierć jedna te zamiary zniszczyćby zdołała,
„Gdyby się świat zapalił, gdyby ziemia drzała,

„Dusza ma wprzedsiewzięciu dotrwa niewzruszoną,
„Tak Julijo pojutrze będziesz moją żoną“.—

V.

Ojciec Kajetan już lat sędziwych używa,
Z wyschłych lic broda jak snieg biała na pierś spływa,
Od onej chwili, kiedy z światem zrobił przedział,
Nie o domie i lubej rodzinie niewiedział;
Całym jego majątkiem, wszystkiemi skarbami,
Gruba suknia, krzyż z drzewa, i Xięga z modłami.
Codziennie s pierwszą wiosną na przyległej łące,
Z świętą myślą, dwschodzące napotykał słońce;
Lub zgrubiałemi dłońmi wonne kwiaty zrywał,
Sok z nich tłoczył, i rany nędzarzóm oblewał.
Często w więzienia albo pod słomianą strzechą,
W imieniu Zbawiciela, niosł świętą pociechę;

Lub wszedłszy w kazalnicę w swej prostej odzieży,
Przypominał Królowi jako żyć należy,
Gdy bracia jego blizką burzą przestraszeni,
Wszyscy pędem ubiegli z klasztornych swych cieni,
On sam został — dla jednej swej owczarni duszy,
Gotów nędze wytrzymać i srogie katuszy.
Wciche jego mieszkanie, już wieść doleciała,
Że niezbędnym Julii serce ogniem pała.
Kocha i silnie kocha najezdcę swej ziemi,
Że w krótce z nim się złączy sluby wieczystemi,
Drogie są nader chwile — nie może ich ronić,
ma jeden zna jej losy — musi je odsłonić.
Przy pięknym domie, co był Julii schronieniem,
„Wnosił się ogród; wdzięczny owocem i cieniem.
Obok sosen wyniosłych, żeglarzóm przydatnych,
Rosły brzoskwinie pełne owoców szkarłatnych,

Tam lipa rozłożysta wonią kwiatów skromnych,
I wdziękiem pszczół muzyki, nęciła przytomnych.
Babilonka i brzoza po nad rzeczne zdroje,
Złączywszy swe gałęzie, mieszały łzy swoje.
Tam topola podróżna niezmierzonych lądów,
Tam stały wieczne dęby, swiadki Piasta rządów.
Te drzewa niebotyczne, starsze syny ziemi,
Nad drobnemi kwiatami, jak nad dziećmi swemi,
Rozłożyły gałęzi pawilon wspaniały;
Tak iż im żadne burze szkodzić niezdołały.
Tam jasniały wdziękami, róże krosnolice,
Niezapomnij, co zdradza dziewic tajemnice,
Obok tych co wylewa grunt Podola żyzny,
Wędrownice potomstwo odległej Ojczyzny,
Chcąc z nowymi Panami związki swe skojarzyć,
Nie przestały ich wonią i kwiatami darzyć.

Tam mirty i szczęsliwe rozmaryny stały,
Że drzeniem uroczystych przeznaczeń czekały.
Płynąca rzeka wonią drzew, kwiatów, karmiona,
Napawała je wdzięczna, z obszernego łona;
Julia chodząc sama, pod starych lip cieniem,
Orzezwiała się kwiatów balsamicznem tchnieniem.
Ojciec Kajetan, wierny w przedsiewzięciach stałych,
Co miał siły, natężał kroki nóg schorzałych.
Szedł spiesznie do ogrodu, a drzwiami małemi,
Poważny wchodząc starzec zginał się do ziemi.
W ulicy ocienionej lipami, i klony,
Znalazł Julią „niech Bóg rzekł będzie pochwalony.
„Pozdrawiam cię dziewico! wieść mię dolecieła,
„Że nie zgaszonym ogniem twoje serce pała,
„Kochasz, i silnie kochasz, najezdcę twej ziemi,
„Że się masz z nim połączyć sluby wieczystemi.

„Jesteś panią twych uczuć — nie mogę ich wzbronić,
„Lecz wielką tajemnicę muszę ci odsłonić;
„Słuchaj i zadrzyj — los twój nie jest ci swiadomem,
„(Temi słowy zatrwożył dziewicę jak gromem).
„Gdyś się rodziła matkę objęły
„Na głosy jej cierpienia, na jej płacz niewieści,
„Przyleciał lud, schodzą się kobiety okolne,
„Prosząc Boga, wszyscy łzy ronią mimowolne.
„Pierwsi lekarze, rady złożyli tajemne,
„Użyto wszystkich srodków, wszystkie nadaremne„
„Naprzód lekarze rzekli niemasz już
„Z dziecięciem we wnętrznościach musi iść do grobu,
„A wszyscy powtorzyli, nie masz już sposobu,
„Z dziecięciem we wnętrznościach, musi iść do grobu,
„Noc była — wszędzie cichość — jam w świątyni czuwał,
„Kaganiec słabe światło po ścianach posuwał,

„Wchodzi człek z bladém licem i smutném wejrzeniem,
„Będący raczej zmarłem, niż żywém stworzeniem,
„W twarzy przyniosł tę rospacz taki ból powiadam,
„Jaki okazał pierwszy człek nieszczęsny Adam,
„Gdy mu Anioł ogłosił Boga roskazanie,
„Aby natychmiast Rajskie opuścił mieszkanie.
„Przed obrazem Maryi, cudami licznemi,
„Szeroko rozsławionym, krzyżem legł na ziemi;
„I rzekł Ty panująca na niebiosów szczycie,
„Ratuj... Jeśli ocalisz, i matkę i dziecię,
„Niech to dziecie twą będzie własnością niewziętą,
„Niechaj w Klasztorze spiewa chwałę twoję świętą;
„To był twój Ojciec... Niebo słuchało przesięgi,
„Serafiny ją, w wieczne zapisały Xięgi,
„Gdy powrócił do domu na najpierwszym progu,
”Spotkał go krewny i rzekł „Składaj dzięki Bogu,

„Żona twoja już zdrowa i córkę powiła,
„Co mówisz? i łza szczęścia twarz jego zrosiła,
"Ale gdzież na tym świecie znajdziesz szczęście trwałe,
„Od tej chwili dwa lata, ubiegło nie całe,
„Gdy twa matka następne, oddająca dziecie,
„Pod mocą tychże bolów ukończyła życie,
„Ojciec twóy w iężkim żalu mąż niepocieszony,
„Kazał mię przyzwać - pójdę mówił śladem żony,
„Widzę koło mnie śmierci rostoczone cienie,
„Umrę. Mojej Julij ty wiesz przeznaczenie,
„Lecz by to jej dzieciństwa szczęścia nie zabrało,
„Do czasu ukryj ojcze tajemnicą stałą.
„Kiedy dokonczy swego szesnastego lata,
„Oblecz w szaty zakonne, i oddziel od świata.
„Oto jest tajemnica którą wiedzą nieba,
„Znasz twą powinność. Uważ iż ją spełnić trzeba.

„Serce twoje uczuciem napojone drogiem,
„Możeż się wahać między człowiekiem i Bogiem?
„Młodaś — jeszcześ próżności życia niepoznała,
„Mnie się pytaj dziewico — ta ci broda biała,
„Powie jaka jest trwałość człowieka płomieni,
„Jaka czczość pociech co świat szczęśliwością mieni.
„Jeżeli głos mój skruchy, w twém sercu nie czyni,
„Chodź ze mną, ja ci groby otworzę świątyni,
„Tam ujrzysz stosy trumien dziewic, i mężatek,
„Które śmierć w ich młodości Ścięła jak mdły kwiatek“
Na to dziewica z drzeniem wyrzekła te słowa,
„Dla mego Boga wszystkom poświęcić gotowa,
„Czuję w mej duszy silne miłości płomienie,
„Lecz mą powinność więcej niż kochanka cenię,
„Natchnienie mi doradza! i za nim iść muszę,
„Ujdę zbroniczych ślubów, i ocalę duszę,

„Lecz ty co widzisz wszystkie serca mego rany,
„Pobłogosław mej drodze, ty ojcze kochany“.
On kładł błogosławieństwo na schyloną głowę,
Ona na stopy jego, lała łzy perłowe.

VI.

Kiedy srogi los bodźcem żarzystym ugodzi,
Szczęśliwy! kto swą ranę snu balsamem chłodzi,
Szczęśliwi którzy duszę rzezwiąc w tej kąpieli,
Do przyszłych cierpień nowe z niej zasiłki wzięli,
Jak w ow czas dobroczynne smierć człowieka dzienna,
A choćby się nie ocknąć! — Julija bezsenna,
Szła sama do świątyni w zadumaniu pilnem,
Ciało znużone rankiem rzezwiła posilnem;
Powietrze chociaż czyste nieco było chłodne,
Weszło wspaniałe słońce na niebo pogodne,

Ptaki je powitały melodyjnym spiewem,
Zefiry z wonnych kwiatów schwytanym powiewem.
Kto w szczęściu kochał wdzięki natury i dziwy,
Ten ją chciwém wejrzeniem szuka nieszczęsliwy;
Julija jej uroków wielbicielka stała,
Czułem okiem w wypukłe niebiosa spojrzała,
I rzekła o naturo! matko moja droga!
O jak ty jesteś piękną i jakieś ty błoga!
Uszczęsliwić człowieka twoim jest zamiarem,
Dla niego świat posażysz ozdobą i darem,
Dla niego na murawach roczne kwiaty sadzisz,
Dla niego po lazurach to słońce prowadzisz,
Dla niego twoja ręka noc w gwiazdy obleka,
Wszelkie dobro od ciebie — nieszczęścia od człeka.
Wtem rzuca wzrok na myślom jej swiadome wody,
I dwa srebrne potoki oblały jagody.

VII.

Już noc odziała ziemię ciemnémi szatami,
Niebo było jak pole zasiane gwiazdami,
A Xieżyc jak z białego marmuru fontanna,
S której na świat płynęła jasność nieustanna.
Na ulicach kozaki tłumnie się gromadzą,
Jak uczcić Hetmanowę, głośno z sobą radzą,
Wszędzie w mieście tysiące wesołości znaków,
Wszędzie krzyk hura, hura, dziś hop, hop, kozaków.
Wśród rynku zapalono liczne beczki smoły,
Przy ich świetle ciężarne jadłem gną się stoły;
Na samym srodku miasta dwa wielkie lwy stały,
W dawnych wiekach wykute z granitowej skały,
Z ich paszcz pootwieranych dla ludu ochłody,
Zza miasta pociągane wytryskały wody.

Dzisiaj hojność i sztuka przez starania swoje,
Cztery wieki płynące zmieniła napoje;
Jeden lew sączył zdrojem zaprawione wódki,
A drugi z woniejących malin napój słodki.
Rzęsnemi oświecono lampami świątynię,
Lud obrzędu ciekawy jako woda płynie;
Szeregiem zasłużonych otoczon rycerzy,
W bogatych szatach wchodzi do świątyni Jerzy.
Na twarzy poznaczonej pałasza razami,
Nadzieja i szczęsliwość świecą promieniami.
Czeka z niecierpliwością — kosztowne pierscienie,
Wspólnego szczęścia, wspólnej wiary zaręczenie,
Które kapłan za chwilę świętą wodą zrosi,
Szczeliwy! już je teraz na swym palcu nosi;
Ilekroć je do ciała swej ręki przyciska,
S każdej żyłeczki serca krew silniej wytryska.

VIII.

Wyszła z domu Julija. Szatę miała bieli,
Jaką w obliczu Boga jasnieją Anieli,
Z dyamentu, rubinów, krzyż zdobił jej szyję,
Od którego promieniem wielka światłość bije.
Gdy weszła na próg mostu, spokojnem wejrzeniem,
Patrzała na blask nieba, i rzekła z westchnieniem:
„Jeśli mylnie o mojej powinności sądzę,
„Gdy w tylu przeciwnościach nieszczęśliwa zbłądzę,
„Czystość serca, przed tobą zakryć się nie może,
„Ty! który widzisz moje, przebacz mi o Boże!
„Maryjo! siostro droga! w kwiecie wieku zmarła,
„Byś anielskie nademną skrzydła rospostarła,
„Proś Boga niech mię zliczy do Męczennic czystych,
„I ty mi otwórz bramy niebios wiekuistych“.

Po tych słowach w wód tonie z zapędem się ciska,
A głębina daleko falami rospryska. —

IX.

Natychmiast drzący giermek bieży do świątyni,
I Jerzemu niedoli wierny obraz czyni.
Kajetan rzekł, miał wczoraj z nią długie rozmowy,
Xiędza to msciwe rady, przysiądzbym gotowy.
Jerzy załamał ręce, a w serca goryczy,
Lejąc łzy rzewne jako raniony lew ryczy.
Roskazał Kajetana przywołać — „Kapłanie,
„Wiedziałeś?“ — tu głos silne przytłumiło łkanie.
Juź kozactwo rwało się uczynić ofiarę,
„Stójcie rzekł hetman — Xięże zasłużyłeś karę.
„Gdybym na tych bojaków okiem mojem skinął,
„Jak ostatni złoczyńca w męczarniach byś zginął.

„Julija ciebie czciła karać cię nie mogę“
Stery kapłan najmniejszą niepokazał trwogę,
Stał nieporuszony, w ziemię oczyma utonął,
I s kaptura jak zgrobu te słowa wyzionął:
„Bóg rządzi życiem mojem, za nie nie dziękuję,
„Juliiś losu nieznał, mocno cię żałuję,
„Kochałeś silnie; miałeś wzajemność płomieni,
„Lecz ona do zakonnych przeznaczona cieni.
„Gdy jej matkę rodzącą dręczył ból męczeński,
„Ojciec w świątyni, żywot zaprzysiągł panieński.
„Tak, w klasztornej pustyni następnego lata,
„Myśl o Bogu miała ją, odgrodzić od świata.
„Jam powiedział jej losów tajemnicę ciemną,
„Ona śmierć swą męczeńską zakryła przede mną“.

X.

Gdy usłyszał te słowa, powoli twarż mieni,
Stoi chwilę jak kamień wsród świętych kamieni.
Potem żal lice jego jak cyprys ocienia,
Z westchnieniem rzekł „o! głębio bezdenna cierpienia,
„Ach nieszczęśliwym! nowy ból serce zakrwawia,
„Zbrodnia to zbrodnia. Ojcze idź s tych miejsc besprawia.
„Powiedz swoim przybycie nowego Anioła,
„Choć mię on zdradził; cenić go me serce zdoła.
„Mów i to iż w Powstańców niezbłaganych tłumie,
„Jest kozak który całem sercem kochać umie.
„Nie zdoła mocném słowem rzec nieszczęście swoje,
„Ale łzy jego płyną jak dwa wielkie zdroje.
„Ow najezdca, krwi waszej przesiękły wylewem,
„Jest dziś jak zwiędły listek, leżący pod drzewem.

„Srebrem mém, trakt do Krymskich usypałbym granic,
„Mam klejnoty, mam wszystko — bez niej wszystko na nic.
„Nie wylejesz mi kwiatów, ty ziemio jałowa!
„Witam ciebie pustynio“ te ostatnie słowa.

XI.

Ow Jerzy co przed chwilą podzwignąłby skałę,
Szedł słaby, niedołężny, jako dziecię małe.
Pałasz dotąd towarzysz wierny jego kroku,
0w-przyjaciel serdeczny, nie był już przy boku.
W oczach gdzie w przód blask świecił zwycięstwa i chwały
Teraz łza — wiatry z włosem na głowie igrały.
Sunął się; często kroki niepewne cofając.
Mały Filonek rzeki nadbrzeżem pełzając,
Spadzistą ziemię, łzami kroplistemi rosił,
I wewnętrzny ból serca jęczeniami głosił;

Kiedy psa poczciwego do szyi przycisnął,
Z oczu Jerzego strumień łez obfitych prysnął,
Na wzgorzu z wód dobyta Julija leżała,
S czarnych jej włosów woda, potokiem się lała.
Nad nią już śmierć swój biały żagiel rozwiesiła,
W rysach, nadzieja w Bogu; pod głową mchu bryła.
Przy zwłokach jak w Swiątyniach koło niemej trumny,
Wznosiły się wspaniałe dęby jak kolumny.
Skoro się zbliżył Jerzy, rzucił się na szyję,
Nieszczęsliwy! już ona twem tchem nie ożyje!
Chciałby życie swe wylać w tym czucia wylewie.
Słowik w ówczas umilknął na przyległém drzewie;
A xiężyc wychyliwszy s chmur, srebrne połkole,
Zdawał się czule dzielić człowieka niedolę. —

XII.

Widzicie ten kościołek na pochyłej górze,
I te mogiłki zmarłych przy pobocznym murze,
Patrzcie na opiekuńczy krzyżyk tej mogiły,
Nad nim fale gałęzi, świrki rostoczyły;
To grób Julii — klęczący ten mnich na mogile,
Siwy jak gołąb — wsparta dłoń na kija sile,
Oko ma w niebie, w ustach szeptanie pacierzy,
W rysach smutek s powagą — To Chmielnicki Jerzy.
Inne żądze co w wierzchu serc ludzkich mieszkają,
Słabe jako mdły zefir, prędko ucichają;
Lecz pierwsza miłość, nieba nieodrodna córa,
Wierna, niezmienna, działa jak wielka natura.

Stale słońce grób Julii malowało złotem,
Każda wiosna zdobiła go kwiatów błyskotem,
I dopoki Chmielnicki, krzyż żywota nosił,
Na tym się modlił grobie, i łzami go rosił.

KONIEC.

Przypisy

  1. Żółtewody, mieysce pamiętne klęską Polaków w bitwie z Kozakami.
  2. Znane talizmany z drzewa z długiemi rzemykami, które żydzi w czasie swego nabożeństwa przywiązują na czołach, powszechnie nazywane bogi.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Konstanty Piotrowski.