Przejdź do zawartości

Joyzella/Akt V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Maeterlinck
Tytuł Joyzella
Podtytuł Sztuka w 5 aktach
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1904
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Tytuł orygin. Joyzelle
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Akt V.
Galerja w pałacu.
SCENA I.
Wchodzą Merlin i Lanceor.

Lanceor. Mój ojcze! Więc to prawda, że ty jesteś moim ojcem? Odkąd wiem o tem, zdaje mi się istotnie, że wszystko przeczuwało tę prawdę w mojem jasnowidzącem sercu. (Zbliża się bardziej). Ależ tak, to cudowne! Widzę cię nakoniec takim, jakim cię widziałem śród igraszek dziecięcych; i gdy spoglądam na ciebie, siebie samego widzę w jakiemś zwierciadle poważniej szem, szlachetniejszem i głębszem, niż wszystkie zwierciadła tam w sali. Ale cóż powie Joyzella? Śmiać się będzie do rozpuku, wspominając swą bojaźń, gdyż wyobrażała sobie... Nie, ona sama ci powie, co myślała — i sama się ukarze za te szalone strachy. Nienawidziła ciebie, ale jakąś tkliwą nienawiścią, która już się uśmiechała, jakby przez nią przenikały promienie miłości... Ale gdzież ona się chowa? Od dwóch godzin szukam jej napróżno. Czyś jej nie widział? Muszę natychmiast jej opowiedzieć o szczęściu, jakie nam przynosi wieczór dzisiejszy.
Merlin. Jeszcze nie. Muszę być dla niej aż do końca dzisiejszego dnia — tyranem bez litości, który ją przeklnie w swem sercu. Biedne moje, drogie dziecię! Jakżem dręczył jej niebiańskie serce. Ale ty już znasz cel tych wszystkich prób. Dręcząc was, byłem tylko narzędziem losu i burzącym się wciąż niewolnikiem innej woli, której źródła nie znam, a która zdaje się wymagać, aby najmniejsze szczęście we łzach było wykąpane... Aby przyśpieszyć szczęście, przyśpieszyłem tylko te łzy, które wisiały nad dwojgiem waszych przeznaczeń... Poznacie kiedyś, dzięki jakiej potędze, która niema w sobie nic magicznego ani nadprzyrodzonego, ale która się jeszcze kryje w głębi żywotów ludzkich — rozkazuję chwilami pewnym zjawiskom, pewnym pozorom, które was obłąkały... Dowiecie się też, żem zdobył sobie dar, częstokroć nieużyteczny, czytania przyszłości — nieco wyraźniej i nieco dalej w jutro, niżli reszta ludzi... Widziałem więc was, jakeście się szukali nawzajem, po ciemku, w czasie i w przestrzeni, dla jedynej miłości, może najdoskonalszej, jaką widziałem w cieniu dwóch lub trzech ostatnich stuleci... Moglibyście się połączyć po długiem błądzeniu; ale należało przyśpieszyć oczekiwane spotkanie, dla ciebie mój synu, gdyż w braku miłości czyhała śmierć na ciebie... Z jednej strony nic nie zwiastowało w Joyzelli tej spodziewanej miłości, prócz jakichś rysów rozstrzelonych i niewyraźnych i prób, które miała zwyciężyć... Przyśpieszyłem więc nakazane próby: wszystkie były bolesne lecz konieczne; ostatnia będzie stanowcza, lecz najsurowsza.
Lanceor. Najsurowsza? Co chcesz powiedzieć? Czy jest niebezpieczna dla niej lub dla innych.
Merlin. Nie jest niebezpieczną dla niej, lecz po raz ostatni na straszną próbę naraża miłość przeznaczoną, z którą się wiąże twe życie... Dla tego pomimo wszystko, pomimo ufności, pomimo przewidywań, nawet pewności, lękam się, drżę nieco, gdy oto nadchodzi godzina stanowcza.
Lanceor. Jeżeli Joyzella postanowi, miłość niema się czego lękać... Idź, nie wahaj się, Joyzella będzie zawsze krynicą radości. Ale nie rozumiem, dlaczego, znając przyszłość, nie mogłeś z góry przewidzieć jej tryumfu.
Merlin. Mówiłem ci już, zanim tu weszliśmy, Joyzella może zmienić przyszłość, z którą się ściera... Posiada ona moc, którą widziałem tylko w niej; dla tego nie wiem, czy piękne zwycięstwo, którego oczekuje twa miłość, nie pogrąży się nieco w mroku i łzach...
Lanceor. Co chcesz powiedzieć? Zdajesz się niespokojny... Co kryjesz przedemną? Jak możesz wierzyć, że Joyzella stanie się kiedykolwiek przyczyną łez lub przyczyną mroku? Nie masz w Joyzelli nic, coby nie przynosiło zbawienia i miłości: nawet cierpienia, jakie zadać może, jeszcze zawierają błogosławieństwo. Ach, widzę, że znasz niedostatecznie żywy tryumf, jutrznię nieskończoną jej źrenic, jej głosu, jej serca. Trzeba ją było mieć w ramionach, aby wiedzieć jakie skarby nadziei, jakie fale pewności wypływają z najmniejszego słowa, które szepczą jej usta; z najmniejszego uśmiechu, co igra na jej czole... Ale zbyt opóźniam niecierpliwe zwycięstwo... Idź, idź, mój ojcze... Jestem tu, czekam, uważam jak mijają szczęśliwe minuty, aż wielki okrzyk radości mojej Joyzelli nauczy mię, że miłość utrwaliła przeznaczenie.

(Merlin całuje Lanceora i wychodzi powoli).
SCENA II
Merlin, Aryella, potem Joyzella i Lanceor.

(Ta sama sala, co w akcie IV. Księżyc oświetlają błękitnem światłem. Na prawo na wielkiem łożu marmurowem siedzi Merlin. — Aryella klęczy na stopniach estrady, podtrzymującej łoże).
Merlin. Aryello, godzina uderza, i Joyzella się zbliża. Zrobiłem ofiarę ze swego bezużytecznego żywota; a jednak chciałbym, aby moja śmierć, jeżeli można, nie przyszła zawcześnie, by zasmucić tę najgorętszą i najniewinniejszą miłość,.jaką nosiła ziemia... Ale ty drżysz, ty plączesz i ukrywasz oczy załzawione... Co widzisz, moje dziecko, że tak patrzysz z przerażeniem?
Aryella. Mistrzu, błagam cię, odstąp od tej próby, jeszcze czas... Oczy moje nie przenikają mgły, co go otacza. Próba może być śmiertelna, widzę to, czuję: w ręku tej dziewicy oślepionej i szalonej przypadek złożył nasze dwa żywoty. Nie chcę umrzeć! Są inne wyjścia. Zawszeni ci służyła jak twoja własna myśl... Ale dziś ja się lękam, nie mogę iść za tobą... Ty wiesz, że moja śmierć jest echem twojej... Cofnij się, szukać będziemy gdzieindziej, w przyszłości: i jeszcze możemy uniknąć niebezpieczeństwa.
Merlin. Nie mogę się cofnąć przed ostatnią próbą. Ty masz czuwać, aby poszła dobrze. Ty masz zatrzymać broń, jeszcze niepewną, którą Joyzella ma podnieść przeciw nam...
Aryella. Ależ ja nie mogę wiedzieć, czy zdołam to zrobić... Siła Joyzelli jest tak chyża, tak nieujęta, że wyśliźnie się moim rękom, moim oczom, wyśliźnie się przeznaczeniu... Widzę tylko migającą błyskawicę stali... Wszystko miesza się w cieniu, a moje i twoje życie zależą od jednego ruchu mej niezręcznej dłoni...
Merlin. Ona już tu jest, słyszę ją, porusza drzwi... Słuchaj i milcz; ja też jestem posłuszny. Czuwaj, bądź szybka i silna. Zamknę oczy, aby czekać śmierci...
Aryella (przerażona i szalona). Cofnij się!... Nie mogę... Odmawiam... Chcę uciekać!...
Merlin (rozkazująco). Milcz!
(Kładzie się na łożu, zamyka oczy i zdaje się głęboko spać. Aryella, łkając, ukrywa się na stopniach estrady. — Z lewa, na przeciwnym końcu sali, otwierają się małe drzwi — i wchodzi Joyzella owinięta długim płaszczem z lampką w ręku... Robi dwa lub trzy kroki, potem się zatrzymuje. — Aryella wstaje — i niewidzialna za ciężką zasłoną, czeka u stóp łoża).
Joyzella (zatrzymuje się, z błędnem okiem, niepewna, drżąca). Teraz i tutaj... Robię ostatni krok... Aż do tej chwili, której czas teraz już nie może zatrzymać, a w której ma się stać rzecz niezgładzona; aż do tych małych drzwiczek, które się zamknęły nad dwojgiem przeznaczeń, wiedziałam, wiedziałam wszystko, co należy uczynić... Ach, rozmyślałam długo, długo i sądziłam sprawiedliwie. Było tylko to, nie było nic innego; było to pewne, słuszne, nieuchronne... Ale teraz wszystko się zmienia i wszystko zapomniałam. Są inne siły, inne głosy — i sama jedna stoję przeciw temu — wszystkiemu, co szepcze w tę noc niepewną... Sprawiedliwości! gdzie jesteś? Sprawiedliwości! co mam czynić? Ja to działam, boś ty tego chciała... Tyś mnie natchnęła, tyś mnie przekonała... Tam, przed chwilą jeszcze, pod promieniami tysiąca gwiazd, oświetlających te drzwi, na które wskazywałaś, by umocnić mą duszę... Nie było wtedy żadnych wątpliwości: pewność zupełna wszystkiego co oddycha, wszystkiego co drga, wszystkiego co kocha i ma prawo do miłości, opromieniała me serce. Ale wobec oblicza samego czynu, ty sama się cofasz, ty zaprzeczasz swym prawom, ty mnie opuszczasz!... Ach, czuję się zbyt samotna, jak ślepa niewolnica oddana silom niewiadomym.... Pójdę, nie patrząc... Na nic nie baczę i podniosę obłąkane oczy na łoże dopiero wówczas, kiedy... (Idzie powolnym krokiem, mechanicznie, naprzód, aż do łoża). Teraz, los sam powie: tak! (Podnosi lampę, spogląda na łóżko, widzi Merlina uśpionego i zdumiona czyni gest w tył). On śpi... Co to jest? Nie przewidziałam tego. Wszystko, wyjąwszy to... Mamże jeszcze czekać? O, chciałabym zaczekać... Śpi głęboko... Więc nie chciał wcale... Ale gdyby nie spał, nie mogłabym tego zrobić... Rozbroił by mnie, opanował... Więc to prawda: los, sprawiedliwy, szczęsny los oddaje mi więcej nad to? A przecież, jeżeli śpi, nie mogę wiedzieć... Może poczuł litość nade mną, może się wyrzekł wszystkiego, możeby powiedział: idź precz! Nie był on bez duszy, a chwilami przemawiał jak ojciec... Ach, gdyby czuwał, gdyby stał, wyciągnąwszy ku mnie ramiona, z gestem... Wtedy, wtedy byłabym silna i zwyciężyłabym... Ale człowiek uśpiony... To kruszy nienawiść... A potem nie wiadomo... I zmienić ten sen chwilowy, który lada słowo może rozwiać w sen, którego żadna siła ludzka ani nadludzka nie przerwie... O, chciałabym przynajmniej aby jedno słowo przebaczenia... Ale nie, jestem zbyt bojaźliwa!... To trwoga mię okłamuje... Nie przyszłam tu, by rozważać jeszcze... Niema wątpliwości potem, co on zrobił i co powiedział... Słucham tylko swego głosu, głosu mego przeznaczenia, które chce, bym nas zbawiła... Tym gorzej, jeżeli się mylę... Moja prawda! moja prawda! Ty, lampo moja, zgaśnij; widziałam to, co trzeba widzieć... (Gasi lampę, stawia ją na schodach marmurowych, wyjmuje z zanadrza ukryty puginał, podnosi go i chwilę mu się przygląda). Teraz, twoja kolej... O, gdybyś mógł wykonać to, czego pragnie myśl moja, aby ta śmierć co błyska na końcu tego ostrza nie była prawdziwą śmiercią, nieodwołalną śmiercią... Ale to za wiele... Już czas... Słowo — czyn. Uderzam.
(Podnosi sztylet by uderzyć Merlina. Aryella, niewidzialna, chwyta za rękojeść — i bez żadnego zewnętrznego wysiłku, paraliżuje jej ruch. — W tej samej chwili Merlin otwiera oczy, podnosi się i radosnym ruchem tkliwie obejmuje Joyzellę swemi ramionami).
Merlin. Dobrze! Joyzella jest wielka, Joyzella tryumfuje. Zwyciężyła los, słuchając miłości: i ciebie, moje dziecię, wybrało przeznaczenie.
Joyzella (nie rozumiejąc jeszcze, wydziera się). Nie, nie, nie! Nie mogłam! Ach, jeśli brak mi serca, to przecież mam odwagę. I jeżeli nie mam już siły, to mam całe życie — i nigdy, nigdy póki mi tchu wystarczy...
Merlin. Spójrz na mnie, Joyzello! Zwracam siłę ramieniu, które podniosłaś w obronie miłości. Pozostawiam mu broń, która chciała mnie uderzyć i słusznie uderzyć... Aż do tego gestu wszystko było nieokreślone, teraz wszystko jest jasne, wszystko promienne i pewne... Spójrz na mnie, Joyzello, i nie lękaj się moich ust... Szukają one twego czoła, aby wreszcie złożyć na niem pocałunek, jaki składa ojciec na czole swej córki...
Joyzella. Cóż to znaczy — i co ty chcesz powiedzieć? Nie rozumiem. — Tak, widzę teraz w twych oczach, że zdajesz się mnie kochać, jak się kocha dziecko... Więc się omyliłam, a właśnie miałam zamiar!..
Merlin. Nie, ty miałaś słuszność. Nie byłabyś tą, której miłość wymaga, gdybyś nie uczyniła tego, coś zamierzała uczynić.
Joyzella. Nic już nie wiem, marzę.. Ale ponieważ nie jest to rzec ohydna, oddaję się marzeniu...
Merlin. Tak, to prawda, moja Joyzello, zwlekam z moją radością, z twojem szczęśliwem zdumieniem, śledzę twe oczy, które mi się zdają tak piękne w niepokoju: pragną się wyślignąć mej uwadze, a już patrzą pełne zaufania. — Już nie wiedzą, gdzie złożyć skrzydła, jak ptaki morskie, zabłąkane zdała od brzegu. Bo i ja przyjmuję udział w szczęściu, jakie ci ofiaruję... Nie będę miał innego... Ale ty bądź spokojna, razem zaczniemy zgłębiać tajniki przeznaczenia, i gdy Lanceor...
Joyzella. Gdzie on jest?
Merlin. Ach, imię to cię budzi — i oto brzeg ukazuje się oczom, zabłąkanym w przestrzeni... Słuchaj, ja go już słyszę... Serce twoje, mimowiednie, ostrzegło go, żeś go kochała aż do szczytu, poza który miłość przejść nie może... On śpieszy, on już jest...
(Drzwi się otwierają; wchodzi Lanceor, za nim Aryella, niewidzialna).
Lanceor. Ojcze! ona jest moja!
Merlin. Synu, ona tryumfuje. Przeznaczenie ci ją daje.
Lanceor (chwytając Joyzellę w objęcia i pokrywając ją szalonemi pocałunkami). Ach, jakżem ja to przeczuwał — i jakże byłem tego pewny! Joyzello, moja Joyzello! Nie pytam się ciebie, coś mogła uczynić dla rozbrojenia losu... Jeszcze nie wiem; ale wiemy wszystko z góry, gdy się kto kocha tak jak my — i już witam nową prawdę, jaka objawić się musiała temu, który dotknął twego serca... Ach, ojcze, mój ojcze! mówiłem ci o tem dawno... Ale ona nie rozumie, dla czego ja cię całuję... To prawda, to za prędko... Zbliż się, Joyzello, abym was oboje mógł złączyć w jednym uścisku... Mamy przed sobą wroga, co nas kocha; zmuszony był on zadawać nam udręczenia; a ten drogi nieprzyjaciel — to był mój własny ojciec, który sądziłem że zginął; mój ojciec obecny tutaj, odnaleziony powtórnie i który czeka tylko na uśmiech, aby cię też pocałować... O nie oddalaj się, nie patrz na mnie tym wzrokiem, w którym już czuć wyrzuty... Nic nie ukryłem przed tobą... Wiem to od niedawna, od dziś wieczora, od chwili, gdym się z tobą rozstał — i od chwili, gdym się o tem dowiedział, musiałem unikać ciebie, aby się nie zdradzić, gdyż całe nasze szczęście zależało zdaje się, od tej ostatniej tajemnicy; a gdy się tajemnicę składa w miłości, to jakby ukrywano zapaloną lampę w kryształowem naczyniu... Poznałabyś wszystko, choćby tylko z moich oczu, z moich ust, z mego cienia... A nie mogłem ci ujawniać swego szczęścia... Musiałaś go nie znać aż do najwyższej próby... Musiałaś wykonać jakąś rzecz niewykonalną... Jaką? Nie wiem; ale napróżno się uśmiechałem, musiałem ustąpić; musiałem czekać i rachować cierpliwie minuty owej godziny, która tak d zielila dwa niecierpliwe upojenia... Ale teraz przybiegam, słucham, chcę wiedzieć... Mów, mów, słucham!
Joyzella. Ponieważ jesteś szczęśliwy i ja też jestem szczęśliwa. Nic więcej nie wiem... Zaledwie, że się obudziłam ze snów okropnych i niezrozumiałych.
Merlin. Tak, moja biedna Joyzello, sen był okropny; ale oto leży on powalony, a próba minęła, budując podstawy szczęścia, któremu nic już nie grozi, prócz tej nieprzyjaciółki, co grozi wszystkim ludziom...
Lanceor. Ale jakaż wreszcie była ta straszliwa próba?
Merlin. Joyzella ci to opowie w pierwszych pocałunkach, wolnych od wszelkiego niepokoju, a które wymienicie po tem zwycięstwie. Odsłonią one daleko lepiej, niż moje biedne słowo to, co się w tej próbie zdaje nieprzebaczonem. Była to próba niebezpieczna i prawie nie do przezwyciężenia; Joyzella mogła wybrać drogę rozmaitą... Mogła ustąpić, mogła poświęcić się sama, poświęcić swoją miłość, mogła oddać się rozpaczy: alboż ja wiem? Nie byłaby wtedy Joyzellą oczekiwaną. Był to tylko szlak, wykreślony przez przeznaczenie: weszła na tę ścieżkę, kroczyła po niej aż do końca i zbawiła ci życie, zbawiając swą miłość...
Joyzella. Więc jest nakazane, aby miłość wymierzała ciosy i zabijała wszystko, co stoi na jej drodze?
Merlin. Nie, Joyzello, nie wiem... Nie róbmy praw z kilku szczątków, zebranych w nocy, która otacza nasze myśli... Ale ta, która powinna była uczynić to, co ty chciałaś uczynić, była tą, którą los przeznaczył dla mego syna... Było więc zapisane dla ciebie, dla ciebie jednej tylko — i może dla tych, które ci są trochę podobne, że one mają prawo do miłości, jaką im wskazuje przeznaczenie; i że ta miłość przeważy wszystko, co jest niesprawiedliwe. — Nie sądzę cię zupełnie; los cię zatwierdza; alem szczęśliwy, że on wybrał ciebie między niewiastami.
Joyzella. Ojcze mój! Drżę jeszcze, patrząc na tę broń, która jedną chwilę... Wybacz mi, mój ojcze, jam ciebie już kochała...
Merlin. Ja teraz proszę cię, abyś wyciągnęła do mnie rękę przebaczenia.
Joyzella. Nie, nie, to nie zimne ręce przebaczenia... To ręce, które pieszczą, uwielbiają, dziękują... Rozumiem teraz, dla czego, pomimo nienawiści, nie mogłam cię nienawidzieć! To, coś ty uczynił, było trudniejsze niż wszystko, co ja uczyniłam, bo to było okrutne; a gdy teraz myślę o tem wszystkiem, co się stało, widzę — że to ty, ty, mój ojcze, zniosłeś próbę najcięższą i najgodniejszą.
Merlin. Nie, najgodniejszą nie była żadna z tych, które ty mogłaś widzieć. Będzie ona tajemnicą tego serca, które cię kocha i które w sobie łączy was, a które od was obojga moje dzieci, żąda abyście dla zmiany tej głębokiej tajemnicy w szczęście — dali mu chwilę swej radości i może pocałunek nieco dłuższy od tych, jakie się daje zazwyczaj po drodze starcom odchodzącym...
Lanceor (rzucając mu się w ramiona). Ojcze mój!
Joyzella (również). I mój także!
Aryella (starając się wnęcić do grona osób, złączonych uściskiem). Nikt mię nie widzi, nikt nie pamięta, aby mi też dać dział miłości, wyrwanej mojemi niewidzialnemi rękami ze skąpych rąk czasu...
Merlin (uśmiechnięty). Widzę cię, Aryello; ty nas kochasz wszystko troje; ale ku Joyzelli wydziera się pocałunek gorętszy od tych, jakie my jej dać możemy... Możesz ją ucałować; próba skończona również iw mojem starem sercu. Jeszcze chwila, a będziemy daleko od niej i daleko od wszystkiej miłości...
(Aryella długo całuje Joyzellę).
Joyzella. Co mówisz, mój ojcze — i z kim mówisz?... Zdaje się, że kwiaty jakieś, których zerwać nie mogę, musnęły moje czoło i pieszczą me usta.
Merlin. Nie odpychaj tych kwiatów. One są smutne i czyste. Moja biedna Aryella rozsypuje je koło ciebie; to moja córka niewidzialna, dobra wróżka tej wyspy, istota, która was odkryła i czuwała nad wami... Chciała ona — poraz ostatni — wmieszać się do waszej wielkiej miłości — i prosi o cząstkę, tak dyskretną jak ona, tego szczęścia, jakie się jej należy.
Joyzella. Gdzież ona jest? Widzę przy sobie tylko ciebie i Lanceora.
Merlin. A czy sądzisz, moja córko, że widzimy wszystko co żyje w naszem życiu głębokiem? Bądź więc życzliwa i dobra dla biednej Aryelli. Daje ci ona teraz pocałunek pożegnania, zanim odejdzie, by wraz ze mną zniknąć tam, gdzie los pragnie, aby się zamknęło moje przeznaczenie.
Lanceor. Aby zniknąć wraz z tobą?... Ojcze mój, ja nie wiem...
Merlin. Nie pytajmy tych, którzy nie mają już nic do powiedzenia... Teraz wszystko się ustanawia. Dzięki nieznanym bogom, zgotowałem szczęście dwóm sercom, które mi były najdroższe; ale nie mogę nic więcej; — i wy nie możecie nic dla mego szczęścia. Idę ku swemu przeznaczeniu, idę milcząc, aby nie zasmucić tej uśmiechniętej godziny, która do was należy... Wiem, co mię czeka, a jednak idę...
Joyzella. Nie, nie, nie! Mój ojcze, ty nie odejdziesz! Jesteśmy przy tobie, a jeżeli jakie niebezpieczeństwo, którego widzieć nie możemy — grozi twej starości, postaramy się przynajmniej osłabić jego grozę. Gdy troje ludzi się kocha — nieszczęście, które zawisło nad jednym z nich, zmienia się w ciężar miłości, dźwigany wesoło...
Merlin. Niestety, moja Joyzello, wszystko to byłoby bezużyteczne... Obyż chcieli bogowie zsyłać na ludzi tylko klęski dobroczynne, jak były wasze! Ale nie wszystkie wole tajemne są tak jasne i tak dobre... Napróżno jednak mówimy o tem, co zapisane... Jestem tu jeszcze z wami, w ramionach tych co mnie kochają... Dzień mojej niedoli to jeszcze nie dzień dzisiejszy... Radujmy się tą godziną w słodkim smutku, jaki następuje po wielkich radościach — i uważajmy jak zwolna a zwolna upływają minuty miłości w tym bladym promieniu światła nocnego, w którem uściski nasze jeszcze więcej nas uszczęśliwiają... Reszta nie należy jeszcze do ludzi...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Maeterlinck i tłumacza: Antoni Lange.