Przejdź do zawartości

Joyzella/Akt IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Maeterlinck
Tytuł Joyzella
Podtytuł Sztuka w 5 aktach
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1904
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Tytuł orygin. Joyzelle
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Akt IV.
(Sala w pałacu. Wgłębi, naprawo, wielkie łoże marmurowe, na którem leży Lanceor nieprzytomny. Joyzella strwożona, z rozwianym włosem, krąży koło niego).
SCENA I.
Joyzella, Lanceor, potem Merlin.

Joyzella. Lanceorze! O, już on mnie nie słyszy! Oczy ma szeroko otwarte!... Lanceorze! Jam tu, jam przy tobie, patrzę w twoje oczy. Spojrzyj na mnie, spojrzyj! Nie, on mnie nie widzi... Lanceorze, miej litość nademną!... Jeżeli glos twój za slaby, daj jakiś znak życia... Ramionami cię obejmuję, kochającemi ramiony... Przyjdź, o przyjdź do siebie w naszej wielkiej miłości... Patrz, patrz, rękami podnoszę ci głowę. Czy poznajesz me ręce, które ci pieszczą włosy? Mówiłeś mi często, gdyśmy byli szczęśliwi; mówiłeś mi często, że najmniejsza pieszczota tych rąk ukochanych przywoła twą duszę, nawet wówczas, gdyby ta, w najwyższej błogości żyła w głębi raju, w najczarniejszej nocy głębi... Nie, nie, ona nie jest tam... Ale głowa jego się chyli, ramię opada bezwładnie, a palce jego zimne jak marmur (machinalnie dotyka kolumny marmurowej koło łóżka). Nie, to co innego... Ale ja muszę wiedzieć... A jego oczy już nie są... (Podnosi głowę). Ach, czy to jego oczy, czy też moje oczy tak się mroczą... Nie, to niemożliwe... Nie, nie, ja nie chcę... Otworzę te usta (dotyka swemi usty ust Lanceora). Lanceorze, Lanceorze! Cały ogień mego życia wejdzie do twojego serca... Nie lękaj się, nie lękaj! to płomień, co zbawia, to życiodawcze życie... Wetchnij je całkowicie aż do ostatniej treści tego oddechu, co ciebie kocha... Chciałabym własną duszę zatracić, aby wymienić nasze dwa żywoty. Przelewam na ciebie moje siły, moje godziny, moje lata... Oto je masz, oto one! Uczyń tylko gest, otwórz usta... To musi być... Musi być możliwem takie wskrzeszenie tych, których kochamy więcej niż siebie... Ponieważ oddaje się im wszystko, oni muszą przyjąć... (Podnosi głowę, by spojrzeć na Lanceora). Upada! Oddala się! (Półobłąkana chwyta go znów w objęcia). Na pomoc! To za wiele! Na pomoc! Przybywajcie! Ach, nie, ja wiem dobrze, wiem, wiem, — to nie ona! Ona nie przychodzi, gdy miłość jej tak grozi!.. Nie, nie, ja się nie lękam niczego, nie, nie, ja nie chcę... Ale wołam pomocy, ratunku! Nie mogę być sama, nie mogę walczyć sama przeciw wszystkim potęgom nadchodzącej Śmierci! Jeżeli nikt nie przyjdzie, ona zwycięży! Pomocy, wołam!.. Musi ktoś przyjść na pomoc!... Życie musi mi pomódz, bo ja już nie mogę, nie mogę i... upadniemy.
(Upada we łzach na martwe ciało Lanceora. Wchodzi Merlin).
Merlin. Joyzello, oto jestem.
Joyzella (prostuje się, jakby idąc na spotkanie Merlina, przyczem trzyma w objęciach Lanceora). Ach, to ty! Więc to ty! Nareszcie pomoc i życie nadchodzi! Spojrzyj, czy widzisz? Już czas, on upada! Do stóp ci się chylę! Tak, tak, ty możesz wszystko: ja to widziałam jasno! Ach, w takiej chwili dusza bywa jasnowidzącą nawet w najgłębszą noc, której gwiazdy żadne nie oświetlają... Błagam cię, mów, co mam czynić? Już nie jestem Joyzellą, już nie jestem dziczką, nie mam już dumy! Złamana jestem, półmartwa, ścielę się u twych nóg! I niema teraz mowy o tem, ani owem, o miłości i pocałunkach, ani o żadnych drobiazgach... Życie i śmierć stoją tu oko w oko, walczą tu wobec nas — i trzeba je rozdzielić! A ty nic nie czynisz? Ach, znam twoją nienawiść i złość do tego bezbronnego człowieka... Tak, ty masz słuszność, on jest wszystkiem czem chcesz, on jest nikczemnikiem, przecherą, twoim wrogiem, zdrajcą dziesięciokrotnym, jeżeli ci o to idzie... Tak, wyznaję, nie miałam racji, i już nie kocham go, bo ty nie życzysz sobie tego — i jestem gotowa na wszystko, abyś tylko jego ratował... Ale to jest konieczne, to jest jedynie ważne, a wszystko inne jest szaleństwem... Zbliż się, zbliż, bo mówię ci, że ona tryumfuje, i że zwycięży! Patrz, jak zsiniały te ręce, jak te oczy blask utraciły, a to jest przerażające...
Merlin. Joyzello, nie lękaj się niczego; życie jego jest w moich rękach i uratuję go, jeżeli chcesz, aby go uratować.
Joyzella. Jeżeli chcę, by go uratować?.. Ależ czy nie wiesz, że gdyby się wahał... Ale czy nie wiesz, że gdyby dla niego było trzeba... Nie, nie, chcialam powiedzieć... przygnębienie plącze mój umysł... On już nie oddycha, nie słyszę bicia jego serca. Tyś tak powolny! Czy sądzisz, że niema niebezpieczeństwa, że pośpiech nie jest konieczny!.. Nie będę już mówiła więcej; przeżeranie tracisz minuty, w czasie których może mógłbyś go uratować... Jeżeli nie chcesz mu dopomódz sam — i rozumiem to, bo ty go nienawidzisz — powiedz mi poprostu, co mam uczynić, by go uratować. Potrafię to zrobić. Ale widzę i pewna jestem, że już nie można czekać i że należy się śpieszyć.
Merlin. Powiedziałem ci, Joyzello, życie jego jest w moim ręku i nie może się przerwać, jeżeli ja się na to nie zgodzę. Uprzedziłem cię o tem. Trucizna czyni swoje; ja to rozpoznaję.. Ja tylko jeden mogę go wyleczyć, wyrwać z objęć śmierci, przywołać jego moc i piękność, co przechodzą — i oddać ci go takim, jakim był zanim...
Joyzella. Ach, błagam cię, nie zwlekaj! Cóż mnie jego piękność obchodzi, gdy jego życie zanika... Zwróć mi go takim, jakim jest — cóż mi znaczy piękność — abym go tylko miała z powrotem, aby tylko oddychał...
Merlin. Dobrze, ja ci go zwrócę... Jużem to zrobił dwa razy — i żałowałem tego — i poraz ostatni to zrobię, ponieważ tak bardzo tego pragniesz; ale jest to ofiara, jakiej by nie uzyskał nikt prócz ciebie. Zwracając mu życie, stawiam na kartę swoje własne. Aby jego siłę przebudzić, aby jego duszę przywołać do życia, muszę mu oddać część swojej siły, część swojej duszy. Może być, że on mi zabierze więcej niż mi pozostało — i że martwy upadnę koło rywala, któregom obudził do życia... Niegdyś ryzykowałem tak moje życie, aby ratować przechodnia, prawie bez namysłu i nie żądając za to żadnej nagrody. Ale dziś jestem mędrszy i rozważniejszy. Ponieważ ofiaruję życie, słuszna, aby mi zapłacono i aby mi zapłacono z góry — i nie oddam mu życia, jeżeli mi nie złożysz obietnicy najdroższego momentu twojej...
Joyzella. Jak to? Coż mam uczynić?
Merlin. O biedne, przeczyste dziecię!.. A wy, moje czyste myśli nie mieszajcie się do ohydnych słów, jakie mój głos wypowie obok ich miłości... Rumienię się wobec tej próby i wstydzę się słów, których mam użyć... Przebaczysz mi, kiedy się dowiesz o wszystkiem... To nie ja mówię; to mówi przyszłość, której człowiek znać nie powinien; przyszłość bez w’stydu, bez litości, która objawia jeden dzień i rozświetla przeznaczenie po to jedynie, aby ukryć resztę — i która chce, abym poznał, czy to ty jesteś ta wskazana...
Joyzella. Co ty mówisz? Czemu się wahasz? Niema na świecie nic — na próżno badam — niema nic na świecie na tym i na tamtym, na co bym nie mogła odpowiedzieć... Pytaj mnie, o co zechcesz...
Merlin. Oto jest rzecz: nie będę już mówił zagadkami... Człowiek, którego tu Widzisz — i którego obejmują twe ramiona, leży rozciągnięty, a tak blizki śmierci, jakby już leżał na grobowej desce. Jeden gest przywoła go na stronę życia; jeden gest strąci go tam w otchłanie... Otóż, w tej samej chwili, w której ty powiesz tak — i zanim echo drzemiące w cieniu luków marmurowych znajdzie czas na powtórzenie twojego tak, uczynię gest nieomylny, który go wydobędzie z mroku, jeżeli tylko ty przyrzeczesz mi, że tej nocy przyjdziesz tu do tej sali, gdzie ci go zwrócę i że na tem samem łożu, gdzie teraz leżysz przechylona — bez wstydu, bez zastrzeżeń, oddasz mi się cala...
Joyzella. Jakto? Ja mam ci się oddać?
Merlin. Tak
Joyzella. Ja, mam oddać się tobie, kiedy on mi będzie zwrócony?
Merlin. Aby ci był zwrócony.
Joyzella. Nie, nie zrozumiałam... Są zapewne słowa, których nie rozumiem... Nie, to niepodobna, aby człowiek, który nie jest księciem piekieł zjawił się w taki sposób w chwili, kiedy najwyższy ból serdeczny już nie wie, czego się może spodziewać, i co ma przedsięwziąć... Nie, ja źle słyszałam i obelgi w twarz ci rzucam... Musisz mi przebaczyć, jestem dziewica nieświadoma i nie zupełnie rozumiem, co znaczyły twoje słowa... Ale teraz widzę... Tak, ty masz słuszność. Tak, ty chcesz powiedzieć, że i ja powinnam wziąć udział w tem niebezpieczeństwie — i chcesz moje życie na chwilę połączyć ze swojem, aby stworzyć inne życie, mające go ożywić... Ale ten udział ja chcę mieć sama dla siebie, chcę go mieć całkowitym, ile można największym — i nie przypuszczałam, że mogę go otrzymać...
Merlin. Joyzello, czas ucieka... Nie szukaj żadnych omówień, ty wiesz, czego ja chcę od ciebie, a słowo moje wyraża jasno to, w co ty nie chcesz wierzyć.
Joyzella. A zatem, mam w tej samej chwili, kiedy on do życia powróci, kiedy znów oddychać zacznie w mych ramionach i uśmiechać się do miłości, którą odnajdzie nanowo, mam w tej samej chwili odebrać mu wszystko, co mu dałam?... Ale cóż mu pozostanie, gdy ty nam wszystko zabierasz; i cóż ja mu powiem, gdy on mię uściśnie?...
Merlin. Nic mu nie powiesz, jeżeli istotnie szczęścia jego pragniesz...
Joyzella. Ale ja muszę powiedzieć mu wszystko, ponieważ go kocham... Nie, nie, ja to widzę dobrze... To niemożliwe, to nie istnieje... I muszą być bogowie czy demony, co przeszkodzą temu: inaczej nie wiem, po co pragnąć życia... Mam ufność do ciebie... To była tylko próba, i wszystko to jest sen, nie rzeczywistość. I zdaje mi się nawet, że już z mniejszą złością patrzysz na mnie. Patrz, błagam cię, rzucam się do twych nóg i całuję twe ręce... Wyznam ci wszystko... Nie kochałam ciebie, boś go zbyt nienawidził; ale nie przypuszczałam nigdy, abyś był tak niesprawiedliwy i tak niegodny miłości. Kiedy tu wszedłeś, nie wahałam się; poszłam ku tobie, błagałam cię, abyś wyrwał śmierci jedynego człowieka, którego kocham; a przecież wiedziałam, że ty kochasz mnie także... Ale — nie wiem dla czego — instynkt mówił mi, że jesteś szlachetny i zdolny uczynić to, cobym ja uczyniła dla ciebie, coby on sam uczynił; a gdy uczynisz to co my byśmy uczynili — w sercach naszych będziesz miał cząstkę naszej miłości, cząstkę nie najmniej dobrą, nie najmniej piękną i nie najmniej przemijającą...
Merlin. O tak, wiem o tem. Kiedy mu zwrócę życie za cenę własnego życia, on otrzyma pocałunki, i usta, i oczy, i dni, i noce, słowem wszystko, co stanowi przemijające i próżne szczęście miłości... Ale ja zyskam więcej... Czasami, przypadkowo uzyskam przy spotkaniu życzliwy uśmiech, który nie przepadnie, abym tylko nie chciał zbyt często się go dopominać! Nie, Joyzello, w moim wieku już się nikt nie zadowala złudzeniami tego rodzaju, ani resztkami urojenia. Minęła dla mnie godzina bohaterskiego kłamstwa. Chcę mieć to, co on będzie miał. Mało mi zależy na twoim uśmiechu, który wiem że jest niemożliwy, ciebie samej pragnę... Całą cię pożądam, choćby na jedną chwilę; ale tę chwilę będę miał; tę chwilę mi daj. (Zbliżając się do Lanceora). Patrz, Joyzello, twarz jego się rozkłada, zwlekaliśmy za długo, a niebezpieczeństwo rośnie co chwila... Czy przyjdziesz?...
Joyzella (błędnie patrząc dokoła). I nic nie grzmi, nic się nie wali, a ja jestem sama na świecie!..
Merlin (dotykając ciała). Niebezpieczeństwo straszne, poznaję symptomy...
Joyzella. A więc dobrze, przyjdę! Przyjdę tej nocy! przyjdę wieczorem!... Ale naprzód ratuj go! zwróć mu życie. Patrz, te oczy się wydrążają, te usta więdną, a ja tu się targuję o jego życie, jakby szło...
Merlin. Zwrócę ci go. Ale pamiętaj, Joyzello, że gdybyś nie była wierną swej obietnicy, ręka, co go leczy, uderzyła by go bez litości...
Joyzella. Nie, będę wierną słowu — i na kolanach pójdę na drugi świat, aby być wierną. Przyjdę, mówię ci... Cała ci się oddam, cała jestem twoja... Czego chcesz więcej?... Nic mi już nie pozostaje...
Merlin. Dobrze. Mam twą obietnicę. Wypełnię swoją. (Na stronie, biorąc Lanceora w ramiona). Przebacz mi, synu mój, w imieniu twych przeznaczeń, które się domagają tej męczarni. (Przechyla się nad nim i długi pocałunek składa na jego ustach i powiekach). Oto powraca z krain bez światła... Życie mu zwrócone, ale przebudzi się tylko w twoich gorących ramionach. Zostawiam cię twemu zadaniu. Pamiętaj o swem słowie!...
(Wychodzi. — Joyzella wzięła Lanceora w ramiona — i w trwodze patrzy na niego. — Wkrótce oczy kochanka się otwierają, a ręce czynią słaby ruch).
Joyzella. Lanceorze!... Oczy jego się otwarły i znowu zamknęły — i widziałam światło, kąpiące się w błękicie... A teraz jego ręce zdają się szukać moich... Oto moje ręce, Lanceorze, one są w twoim ręku, ach, a twoje ręce już nie są zimne jak lód’ Moje ręce nie puszczają twoich w obawie, że je utracą... A jednak chciałabym podtrzymać twe barki i objąć twą szyję, co się chyli ku memu łonu... Ach, wszystko dobre powraca — powraca w jednej chwili... Czuję już, jak bije jego serce, oddycham jego oddechem... Wszystko mi zabrano, ale mi wszystko zwrócono... Słuchaj mnie, Lanceorze, chciałabym cię zobaczyć, szukam twego oblicza, nie kryj czoła w mych włosach, co cię kochają... Oczy moje kochają cię więcej i dopominają się o swój dział... (Lanceor zlekka podnosi głowę). Słyszał mnie i wysłucha!... O, już niema wątpienia, zmartwychwstał, tu — wobec mnie — i jest teraz żywszy niźli samo życie... On tu jest przy mnie, a róże jutrzenki i kwiaty przebudzenia ożywiły jego jagody i pokrywają jego uśmiech... on już się uśmiecha tak jakby mnie miał zobaczyć... Ach, bogowie są za dobrzy! Mają litość nad ludźmi! Jest niebo, co się otwiera! Są bogowie miłości! Są bogowie życia.... Trzeba im okazać wdzięczność i kochać się więcej, ponieważ oni nas kochają... Pójdź, pójdź w me ramiona: oczy twoje szukają mnie jeszcze, ale usta twe mnie odnajdują... Już się otwarły, by wywołać moje! a moje usta patrz — oto są — pełne miłości...
(Milczenie. — Joyzella całuje go długo i gorąco).
Lanceor (wracając do przytomności). Joyzello!
Joyzella. Tak, to ja, to ja... Patrz na mnie, patrz! Oto moje ręce, moje czoło, moje włosy, moje ramiona... Oto moje pocałunki, które pozna czar twoich pocałunków.
Lanceor. Tak, to ty, to ty — i światło... Ach, i ta sala, którą widziałem... Trzeba chwilę czekać... Cóż to mi się stało?... Wracam do przytomności... Leżałem tam, tam, nie wiem gdzie, przed jakąś wielką bramą, którą chcieli otworzyć... Byłem pogrzebiony, a zimno mnie opanowało... Potem wołałem ciebie, wołałem bez końca — a ty nie przychodziłaś...
Joyzella. Ale ja przyszłam, ja byłam, byłam przy tobie!
Lanceor. Nie, ty nie byłaś przy mnie... Lody mię pochwyciły, noc mnie pochwyciła, życie me się rozwiewało... Ale teraz ty jesteś, jesteś... Oczy me się otwarły — i nagle cię widzą, gdy wyszły z mroku... Napróżno są zdumione wielkiem światłem; ty jesteś przy mnie — a ja przechodzę wprost z grobu w promienie słońca i ramiona miłości. Tak się to zda niepodobnem temu, kto wraca z tak daleka... Muszę się dotknąć ciebie, muszę się uczepić pieszczoty twoich rąk, promień twoich oczu, muszę ująć złoto przeczyste twych włosów, które mi świadczą, że jest dzień! Ach, ty nie wiesz, jak się kocha, umierając — i jak ja kochać cię będę, ja com utracił ciebie i odnalazł z powrotem...
Joyzella. I ja też, i ja też!
Lanceor. O, jakaż to radość wrócić w objęcia ramion, które drżą jeszcze, bo już nie miały nadziei... Czy ty czujesz, jak twoje ramiona drżą, a moje cię ubóstwiają? Szukają się, obejmują, pełne trwogi, że się zatracą i nie śmią już się otworzyć. Już nie słuchają nas, nie wiedzą, że ranią i duszą nas w swojem ślepem upojeniu. Ah, wiedzą one wreszcie co znaczy uścisk gorącego ciała; i chcialoby się umrzeć, aby poznać życie i poznać miłość!...
Joyzella. Tak, chciałoby się umrzeć...
Lanceor. To dziwne, kiedy byłem tam — w tej lodowatej krainie — ktoś zbliżył się do mnie... zdaje się, żem go poznał.
Joyzella. To był on.
Lanceor. Kto?
Joyzella. Pan tej wyspy.
Lanceor. On? Ależ on mnie nienawidził.
Joyzella. To był on.
Lanceor. Nie rozumiem dobrze. Więc to on mię przywołał do miłości, do życia. Chciał mię oddać tej, która mnie kochała i którą on sam kochał? Joyzella. Tak.
Lanceor. Ale dla czego to zrobił?
Joyzella. Błagałam go tak gorąco, aż przystał.
Lanceor. Czy się wahał?
Joyzella. Tak.
Lanceor. Dlaczego?
Joyzella. Mówił, że ratując twoje życie, stawia na kartę swoje.
Lanceor. Nic go nie zmuszało... A więc poprostu wrócił on życie jedynemu człowiekowi, który niweczy mu nadzieję miłości, coby go mogła uszczęśliwić.
Joyzella. Tak.
Lanceor. I nic za to nie żądał? tylko przez dobroć, litość, szlachetność...
Joyzella. Tak.
Lanceor. Ach, byliśmy niesprawiedliwi, a najgorsi wrogowi są lepsi niż nam się zdaje... Są skarby szlachectwa i miłości nawet w sercu nienawiści... I on to zrobił... Nie, naprawdę nie wiem, czy ja potrafiłbym to zrobić... Nie przypuszczałbym, że ten biedny starzec... Nieprawdaż, Joyzello, że to niemal niewiarogodne i że to bohaterskie...
Joyzella. Tak.
Lanceor. Gdzież on jest? Musimy iść rzucić mu się do nóg, wyznać swój błąd, zmazać naszą niesprawiedliwość, żeśmy go nie kochali... Musi on mieć swój dział — i najlepszy dział szczęścia, które nam zwraca... Musi on mieć nasze serca, naszą radość, nasze uśmiechy i nasze łzy miłości: wszystko co można dać tym, którym się daje wszystko...
Joyzella. Pójdziemy, pójdziemy...
Lanceor. Joyzello, co ci jest?... Niewiem, czy moje zmysły są jeszcze pod panowaniem nocy, z której wychodzę, ale nie poznaję twoich słów i ruchów... Myślałby kto, że ty się wahasz, że wątpisz, że śnisz... A ja, który powracam do ciebie pełen radości i miłości — — tak mało ich znajduję w twych oczach, co się kryją przedemną; w twoich rękach, co o mnie zapomniały. Cóż się stało? Po co mnie przywołano do życia, jeżeli w czasie mego letargu — utraciłem to, com kochał.
Joyzella. O, nie, nie, Lanceorze! tyś mię nie stracił...
Lanceor. Głos twój pożąda uśmiechu, a tylko żałość znajduje.
Joyzella. Tak, chciałabym się uśmiechnąć i już się uśmiecham... Ale nie dziw się; płakałam tak długo i tak rozpaczliwie, że łzy jeszcze dotąd mimowoli stoją mi w oczach... Radość była tak daleko, że nie może powrócić za pierwszym pocałunkiem... Trzeba wiele pocałunków, zanim ona zdobędzie w sercu mojem zaufanie — i prawie smutna jestem śród tego szczęścia...
Lanceor. O biedna moja Joyzello! Więc to to oznacza twoje milczenie tak surowe... A ja się niepokoiłem, jak głupie dziecko... Myślę tylko o sobie, jestem upojony życiem i nic nie rozumiem... Zapomniałem, że na twojem miejscu utraciłbym odwagę... Prawda, masz rację, to ty wracasz z krainy śmierci — nie ja. A gdy dwie istoty kochają się tak jak my się kochamy, tylko ten, który nie umiera, umiera rzeczywiście. Nie kryj swoich łez... Im zdajesz się smutniejszą, tem bardziej widzę, że mnie kochasz... Teraz, ja się zaopiekuję tobą, teraz ja przywołam twą duszę, ja ogrzeję twe ręce, szukać będę twych ust — i sprowadzę cię do tej krainy szczęścia, którą utraciliśmy... Będziemy tam niedługo, ponieważ miłość nami kieruje... Ona zwycięża wszystko, gdy znajdzie dwoje serc, które jej się oddają bez trwogi i bez zastrzeżeń. Wszystko inne jest niczem, wszystko inne się zapomina, wszystko inne na bok schodzi i jej miejsca ustępuje...
Joyzella (zapatrzona przed siebie). Wszystko inne schodzi na bok i jej miejsca ustępuje...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Maeterlinck i tłumacza: Antoni Lange.