Joyzella/Akt III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Joyzella |
| Podtytuł | Sztuka w 5 aktach |
| Wydawca | Wydawnictwo M. Arcta |
| Data wyd. | 1904 |
| Druk | Drukarnia M. Arcta |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Antoni Lange |
| Tytuł orygin. | Joyzelle |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
(Ukazuje się Lanceor wychudły, zgarbiony, postarzały, niepoznawalny).
Lanceor (przed zwierciadłem). Kto ja jestem? W ciągu paru godzin postarzałem o lat trzydzieści. Trucizna robi swoje i ból podobnież... Z przerażeniem patrzę w zwierciadło, w którem widzę resztki samego siebie... A jednak ono nie kłamie. (Idzie do innego lustra). Bo oto drugie zwierciadło, które mówi mi to samo. Chyba, że wszystkie kłamią, jak wszystko mi się zdaje kłamać i igrać ze mną na tej nadzwyczajnej wyspie. (Dotyka się twarzy).
Niestety, one mają słuszność. Zmarszczki, które śledzi moja dłoń, nie są wytworem złośliwości kryształu. To moje własne ciało. A te plamy okropne, których zetrzeć nie można, czuję w dotknięciu palców... Ramiona się przygarbiły — i nie wznoszą się prosto do góry; włosy przygasły jak blady popiół, który opuściły płomienie; nawet oczy, moje oczy ledwie same się rozpoznają... Otwierały się, uśmiechały, pozdrawiały życie... Teraz migotają, a ich spojrzenia unikają mnie jak spojrzenia łotra... Nic mi nie pozostało z tego, czem byłem; rodzona matka by mnie nie poznała... Dosyć tego (spuszczając zasłonę wysokiego okna). Ukryjmy się — i niechaj noc czarna osłoni to wszystko (kładzie się na sojie, w ciemnym kącie pokoju). Zrzekam się wszystkiego, przystaję... Uczyniłem, czego nigdy miłość przebaczyć nie może... Tracę życie, jak utraciłem Joyzellę. Już ona mnie nie zobaczy, ani ja nie zobaczę jej więcej.
(Drzwi się otwierają, wchodzi Joyzella.
Joyzella (zdziwiona mrokiem, przez chwilę zatrzymuje się na progu. Poczem rzuciwszy okiem dokoła izby, spostrzega Lanceora, leżącego w kącie i rzuca się ku niemu z otwartemi ramiony).
— Lanceorze! Te trzy dni ubiegłe przeżyłam jak obłąkana. Szukałam cię wszędzie. Stałam koło wieży. Brama była zamknięta, okna również. Pełzałam na-, progu, aby uchwycić twój cień, wołałam, krzyczałam, nikt mi nie odpowiadał... Ach, jakże ty jesteś blady, wychudły... Mówię ci słowa, a nie myślę... Daj mi swe ręce...
Lanceor. Czy ty mnie poznajesz?
Joyzella. Dlaczego nie?
Lanceor. Ale czyż ja jestem? Czy jestem jeszcze sobą samym? O, spojrzyj na mnie... Jakie ślady ze mnie pozostały!.. (Idzie do okna i gwałtownie podnosi zasłonę). Ale patrz na mnie, patrz! Gdzie ty mnie poznajesz? Mów mi, czy to tu? Czy to moje ręce, moje oczy, moje ubranie może?
Joyzella (patrząc nań, we łzach rzuca mu się w ramiona). O, jakże ty cierpiałeś!
Lanceor. Cierpiałem, cierpiałem! Zasłużyłem na to po wszystkiem, com powiedział, po wszystkiem, com uczynił. Ale nie o to mi idzie, nie to mnie przygnębia. Zgadzam się umrzeć, abyś tylko odnalazła we mnie, choć na jedno mgnienie powieki, to, co kochałaś. Chcę się oprzeć na sobie, na tej drobnej resztce, która ze mnie pozostała. Chciałbym się ukryć, osłonić swoją nędzę... A jednak chcę, abyś mnie naprzód obaczyła, i abyś nakoniec wiedziała, co należy we mnie kochać, jeżeliś mnie kochała... Pójdź, pójdź, bliżej, bliżej... Nie, nie bliżej mnie, ale bliżej promieni, które oświetlają moją nędzę... Spójrz na te zmarszczki, na te źrenice umarłe, na te wargi... Nie, nie zbliżaj się do mnie, bo cię wstręt ogarnie... Jestem do siebie mniej podobny, niż gdybym wracał ze świata, którego nigdy nie odwiedziło życie... Ty się nie cofasz? Ty się nie dziwisz? Ty nie widzisz mnie, jak mnie widzą te zwierciadła?
Joyzella. Widzę, że jesteś blady i że zdajesz się znużony... Nie usuwaj moich ramion... Zbliż twoje lica... Czemu nie chcesz, abym na twoich ustach złożyła pocałunek, jak wówczas, kiedy nam się wszystko uśmiechało w cudownym ogrodzie kwiatów? Miłość ma też swoje dni, kiedy się nic nie uśmiecha... I pocóż ma się uśmiechać, gdy wokoło płacz? Odgarniam twe włosy, co ci twarz zakrywały i czyniły ją tak smutną. Spójrz, jak one są podobne do tych, które odgarniałam w pierwszym pocałunku. Dość, dość, nie myśl już o kłamstwach zwierciadeł. One nie wiedzą, co mówią; ale miłość dobrze wie o tem. Już życie powraca w twoich oczach, które mnie odnajdują. Nie miej żadnej obawy, boja nie czujęjej bynajmniej... Wiem, co trzeba uczynić — i znajdę tajemnicę, co twoją chorobę uleczy.
Lanceor. Joyzello!
Joyzella. Tak, tak, zbliż się do mnie. Kocham cię, gdyś tak w pobliżu mnie, jak w tej minucie szczęśliwej, kiedy nas wszystko łączyło...
Lanceor. Ah, rozumiem to; ale inna, inna rzecz!...
Joyzella. Jaka rzecz?
Lanceor. Rozumiem, że można swoją miłość odnaleźć w ruinach; że można zgromadzić jej szczątki i jeszcze można je kochać. Ale gdzież są szczątki naszej miłości? Nic już z niej nie pozostało; ponieważ zanim los mnie uderzył, jak to widzisz, ja sam zniszczyłem to, czego on nie mógł zniszczyć... Oszukałem, skłamałem — i to w tej samej chwili, w której najmniejsze kłamstwo w sferze, gdzie nic się nie zaciera, — rodzi błąd, którego miłość nie może przebaczyć... Prawda umarła w naszem jedynem sercu... Straciłem ufność, którą moje myśli otaczały twoje myśli — tak jak wodę przezroczystą otacza woda jeszcze jaśniejsza. Już nie wierzę samemu sobie, już nie wierzę w siebie; niema już nic czystego, w czem byś mogła się przejrzeć i cień mój odnaleźć... A dusza moja jest jeszcze smutniejsza niż moje ciało...
Joyzella. Czy całowałeś tę kobietę?
Lanceor. Całowałem.
Joyzella. Czy ona cię wzywała?
Lanceor. Nie wzywała.
Joyzella. A czemużeś mówił, żem się omyliła?
Lanceor. Po cóż ci to mówić, Joyzello: jest zapóźno. Nie wierzyłabyś mi wcale, bo musiałabyś uwierzyć w rzeczy niewiarogodne. Szedłem jak w marzeniu, jak we śnie niezwyciężonym i szyderczym... Mój duch, rozum, wola — czy ja wiem? — były dalej od siebie samych, niż to ciało zniszczone od tego, czem ono było niegdyś... Chciałem ci powiedzieć, chciałem krzyczeć tysiąc razy, że jestem kłamstwem, które już samo sobie jest nieposłuszne, i ohydne słowa, któremi kaziłem swe usta, dusiły wbrew mej woli gorące słowa miłości zrozpaczonej i wyznania pełne łez, które się rwały ku tobie... Wysilałem się wewnętrznie, choćby mi serce pękło; i słyszałem własny mój głos przewrotny i zdradziecki, a moje ręce, dłonie, oczy, pocałunki nie mogły mu zaprzeczyć... Bo wyjąwszy duszy, której nie widziałaś, czułem się ofiarą siły wrogiej, niezwalczonej i, niestety, niepojętej!...
Joyzella. Ale nie! Ja widziałam twą duszę! I odgadłam natychmiast, że to nie ty byłeś, coś mi tak kłamał; że to było niemożliwe.
Lanceor. Jakżeś to wiedziała?
Joyzella. Bo cię kocham...
Lanceor. Ale któż ja jestem, Joyzello, cóż ty kochasz we mnie, w którym ja sam sprofanowałem, w którym zniszczyłem wszystko, coś ty kochała?
Joyzella. Ciebie...
Lanceor. Cóż ze mnie pozostało? To już nie są moje ręce, które moc swą utraciły; to nie są moje oczy, których ognie zagasły; to nie moje serce, które swą miłość zdradziło.
Joyzella. Ty i zawsze ty i tylko ty sam! I cóż mi z tego, kim ty jesteś, abym cię tylko znalazła... Ach, nie umiałabym powiedzieć, jak to się tłómaczy... Gdy kto kocha tak jak ja cię kocham, jest ślepy i głuchy, bo widzi rzeczy niewidzialne i słyszy niedosłyszalne. — Gdy kto kocha tak jak ja cię kocham, — w tym, którego się kocha, kocha się nie to, co on mówi, nie to, co on robi, nie to, czem on jest, ale jego się kocha, tylko jego samego, bo on pozostaje sobą samym po przez wszystkie lata i nieszczęścia, które mijają... Jego samego, ciebie samego, w którym wszystko jest niezmienne — a miłość rośnie bezustannie. Jego, który cały jest w tobie; ciebie, który cały jest w nim — widzę — pojmuję — słyszę ciągle i kocham niezmiennie.
Lanceor. Joyzello!
Joyzella. Tak, porwij mię, uściskaj mię całą! Mamy przed sobą walkę, mamy cierpienia; ale oto zdaje się jesteśmy w świecie pełnym zasadzek. Jest nas tylko dwoje, ale wszystka miłość jest w nas!
(Gaj. Joyzella uśpiona leży na ławce śród trawnika, poprzed aleją bukszpanów wyciętych w arkady, gdzie kwitną lilje. — Noc nadchodzi. — Wodotrysk szumi. — Księżyc świeci).
(Wchodzi Aryella).
Aryella. Ona śpi. Tchnienia ogrodu milkną dokoła niej, aby słyszeć jej tchnienie; i tylko słowik, powiernik nocy, która go kąpie w swych srebrzystych promieniach, sen jej kołysze... Jakże jest piękna i spokojna!... i jak zdaje się czysta i tysiąc razy czystsza od tej wody, co z lodowisk spłynąwszy, tryska tam w alabastrze i szemrze pod blademi liśćmi. Jej jasne warkocze rozlewają się jak fala nieruchomego światła; i księżyc nie wie już, czyjem jest złoto, zmieszane z lazurem, przez który się prześlizgują promienie... Zamknęła jasne swe oczy, a jednak światło spadające z gwiazd, z drżeniem podnosi jej rozmodlone powieki, aby znaleźć pod niemi ostatnie wspomnienie pięknego dnia, którego już niema. Usta jej są kwiatem wilgotnym co oddycha; a lilje oblały kroplami rosy jej nagie ramiona, aby dać jej część pereł, jakich noc udziela w milczeniu, w imię nieba, otwartego na skarby świata... Ach, Joyzello, Joyzello! Jam jest tylko widziadłem zabląkanem w nocy, bardziej zabłąkanem, niż. ty — pomimo me jasnowidzenie — i bliższem grobu, gdzie szczęście zamiera... Nie należę do siebie, słucham swego mistrza, nic ci nie mam dać, jedno niewidzialny pocałunek, który cię zbudzić nie może i który nawet nie jest moim... Ale ja cię kocham, kocham jak mniej szczęśliwa siostra kocha tę, którą miłość wybrała przed nią... Kocham cię, otaczam cię kołem wszystkich potęg, niewypowiedzianych w modlitwach człowieka — i chciałabym, aby mój pan spotkał był ciebie wcześniej, zanim przeznaczenie, które mu wydziera tę godzinę nieporównaną, zapisało straszną przyszłość pełną łez, co go czeka i mnie z nim... Rozlewam swą tkliwość bezsilną i wzruszoną nad twoim snem tak spokojnym... Oto jedyny pocałunek, który dać ci mogę... Ah, czemuż ten, którego jestem tylko cieniem nieświadomym i uległym, nie przybywa tu sam, aby cię pocałować w usta, które mnie nęcą, jak wszystko co jest piękne nęci tajemnicę.
(Całuje Joyzellę w czoło).
Joyzella (uśpiona). Lanceorze!
Aryella. Jeszcze jeden pocałunek... Ostatni, jak się pije u źródła zakazanego przez aniołów, co strzegą tajemnic czasu i przestrzeni — a u których brzegu już nigdy się nie usiądzie.
Joyzella (uśpiona, głosem rozmarzonym). Czy to ty, Lanceorze! Niechaj twe usta lube będą tchnieniom zorzy. Upadam pod ciężarem kwiatów, sypiących się z Raju!
Aryella. Wierna we śnie i stała w marzeniu! Demony nocy nie wykradną nic z miłości, która wypełnia przeszłość i przyszłość serca... Ah, panie mój i ojcze! Na nią to czekała napróżno twoja nadzieja jedyna, aby odwrócić los, który grozi twej starości.... O panie, jeżeli chcesz, jest jeszcze czas.... Szczęście twoje tuż, chwytaj je żwawo... Waha się ono niepewne między tobą a twoim synem... Jednego ruchu dość, aby je zatrzymać przy nas... Zbliż się! Ona jest twoja. Pójdź, pójdź! wzywam ciebie. Wiem, że mam słuszność — i człowiek sam nie powinien zrzekać się życia i sam siebie gubić dla zbawienia tych, których kocha...
Merlin (zdała, głosem surowego wyrzutu). Aryello!
(Wchodzi, owinięty długim płaszczem).
Aryella. Dla ciebie mówię, a mój głos to twój głos... Mówię w imieniu twego serca, które kocha głęboko, a nie śmie tego wyznać. Musiałeś spotkać, w zapisanej chwili, tę kobietę uśpioną, aby uniknąć tej, co twą starość zatruje...
Merlin. Odejdź, zapóźno już...
Aryella. Nie, nie zapóźno... To jedyna chwila... Przeznaczenie twe zależy od gestu, jaki uczynisz...
Merlin. Odejdź! Nie kuś mnie! Albo cię wtrącę do twej ciemności bezsilnej. Wyciągnąłem cię stamtąd nie po to, byś mię w błąd wprowadzała, lecz byś mi otwierała oczy.
Aryella. Nie znaczy to obłąkać się — być posłusznym instynktowi, który sam jeden tylko zbawia ludzi... Pomyśl o strasznych dniach, jakie ci gotuje Viviana, którą musisz kochać, jeżeli tej kochać nie będziesz...
Merlin. Viviana? W tem-że to życiu czy na innym świecie imię to brzmi w tajni mego serca, jako imię obłędu, rozpaczy i hańby!
Aryella. Nie, w tem życiu, w jedynem jakie posiadasz... To imię wróżki, co w Broceliandzie, dokąd cię przeznaczenie prowadzi, czeka, abyś zawita! i abyś starość swą złamał... O mistrzu, ja to widzę! Czuwaj, ona się zbliża, by serce twoje opanować. Z chwilą, gdy miłość tak czysta, tak zbawcza utraci swe prawa, jej miłość wypełznie z mroku. Mistrzu, błagam ciebie! Oczy moje już liczą jej fortele, ona cię otacza ramionami, kłamiącemi miłość; zabiera ci potęgę, rozum, mądrość; porywa ci nakoniec tajemnicę twej siły — i jak pijany starzec — upadasz na ziemię... Wtedy ona cię obdziera,: szydzi z ciebie, podnosi się i zamyka nad nami jaskinię śmierci, która się nigdy już nie otworzy.
Merlin. Więc to nieuniknione?
Aryella. Ty wiesz o tem, jak i ja. Nic mię nie może omylić, gdy idzie o ciebie. Mistrzu, błagam cię: dla ciebie i dla siebie, która tak kocham światłość, a tracę ją wraz z tobą... Godzina nieodwołalna. Wybierz, wybierz życie... Ponieważ ono jeszcze ku nam się przychyla, to znaczy, że do nas jeszcze należy i że ty masz do niej prawo...
Merlin. Odejdź, to bezużyteczne... Zresztą ta by mnie nie kochała...
Aryella. Dość, że ty ją kochasz, aby tylko ten, którego ona kocha — nie stał więcej między wami. Oto co czytam w dwoistej przyszłości.
Merlin (obcierając czoło z potu udręczenia). Idź, wiem o wszystkiem. Więc było zapisane, że kochając to dziecię, mógłbym się uratować? Lecz ona nie jest dla mnie, a moja godzina minęła. Oto godzina tych, co przychodzą i spotkali się, jak tego pragnął czas i życie. Odejdź, odejdź, mówię tobie. (Aryella, zasłaniając twarz, odchodzi w milczeniu). Zrzekam się swego działu — i dla ciebie synu mój, kończę próbę. (Zdejmuje płaszcz i ukazuje się większy i odmłodzony, pokryty suknią podobną, do szat Lanceora — i sam do niego dziwnie podobny. Zbliża się do Joyzelli). Ach, moja czysta Joyzello! Cierpisz też, i jeszcze będziesz cierpiała, ponieważ w łzach ukrywa się twe przeznaczenie: ale cóż znaczą cierpienia, prowadzące do miłości...
Za najokrutniejsze z tych błogosławionych cierpień oddałbym wszystkie radości, jakich doznałem w moim biednym żywocie (przechyla się nad Joyzellą). Aryella mówiła prawdę. Dość jednego ruchu, abym cofnął wstecz godziny i dni i tak się wyzwolił od przeraźliwego końca, który los mi przygotowywa. Tak, ale ten ruch niweczy tego, którego kocham bardziej, niż samego siebie; tego, którego lata wybrały dla miłości, jakiej ja oczekiwałem. Ah, gdy się tak trzyma w ręku szczęście własne i szczęście drugiego człowieka! kiedy trzeba zdeptać dno, aby drugie żyć mogło, wtedy się czuje, jak głębokie korzenie wiążą nas z tą ziemią, na której cierpimy: wtedy to życie wydaj e okrzyk nadludzki, donośnie upominając się o swoje prawa. Ale wtedy należy też słuchać drugiego głosu, co w nas przemawia, a który nie mówi nam nic pewnego i nic wyraźnego, w którym niema żadnej obietnicy, a który jest jedno szmerem cichym, świętszym, niżeli te bezładne wrzaski życia... Lanceorze i Joyzello, kochajcie się, kochajcie mnie, bo ja was kochałem... Słaby jestem i kruchy — i stworzony dla szczęścia tak jak inni ludzie; i nie bez oporu zrzekam się swego działu. Kochajcie się, moje dzieci, jak słucham cichego szmeru głosu, który niema mi nic do powiedzenia, ale który sam tylko ma słuszność.
(Klęka przed Joyzellą i w czoło ją całuje).
Joyzella (budząc się). Lanceorze!
Merlin. Tak, to ja... Noc mnie tu ścignęła do ciebie... Budzę cię nowym pocałunkiem, abyś nanowo znalazła...
Joyzella (podnosząc się gwałtownie i patrząc nań z przerażeniem). Kto ty jesteś?
Merlin (wyciągając ręce, by ją objąć). Ty wiesz dobrze, Joyzello, i miłość to powiedzieć musi...
Joyzella (gwałtownie się usuwa). Ach, nie dotykaj mnie albo wezwę na pomoc Śmierć, aby zakończyła to straszne widzenie... Jakieś mary nieznane opętały mnie tej nocy — ale oto widziadło najnędzniejsze, najpodlejsze, najokropniejsze ze wszystkich, jakie mi zesłał cień... Jeszcze nie wierzę w nie... Chcę się przebudzić, oczy sobie przecieram, wydzieram się... Ah, nie zbliżaj się do mnie!... Precz! Idź — idź odemnie! Budzisz we mnie wstręt...
Merlin. Spójrz na mnie, Joyzello! Nie rozumiem ciebie. Zapewne jeszcze sen ci miesza pojęcia.
Joyzella. Gdzie on jest?
Merlin. Zbudź się, Joyzello.
Joyzella. Gdzie on? Coś z nim zrobił?
Merlin. Jest on tem wszystkiem, czem ja jestem — i jeżeli oczy twe błądzą...
Joyzella. A więc nie wiesz, że ja go noszę tu w tych oczach, co ciebie widzą i porównywają to, czem on jest z tem, czem ty jesteś?... Ale ty nie wiedziałeś, czem on jest w mojem sercu, że go tak udajesz... Ty obok niego; ty w tem ubraniu i w tej postaci, ach, to jakby śmierć chciała udawać życie... Ale choćby było dwadzieścia tysięcy podobnych do niego, gdyby on jeden tylko nie był podobny do samego siebie z dnia wczorajszego, pominęłabym dwadzieścia tysięcy widziadeł, i poszłabym wprost do tego jedynego człowieka, który nie jest snem śród innych snów! Oh, nie próbuj kryć się w cieniu. Cofasz się zapóżno. Odkryłam cię i wiem, kto jesteś. Znam twoje czarodziejstwa — i jakżebym się śmiała, gdybym nie czuła trwogi, żeś uzurpował tę postać tak drogą i tak nie możliwą do poznania — za pomocą sztuk złośliwych — i żeś mu zadał jakieś wielkie cierpienia... Cóżeś mi zrobił! Gdzie on jest? Ja się dowiem. Nie odejdziesz bez wyjaśnienia. (Chwytając za rękę Merlina). Jam jest sama, jam słaba... Ale ja chcę, ja chcę... Ja się dowiem, dowiem.
Merlin. Zanadto cię kocham, Joyzello, aby cokolwiek złego mu uczynić, dopóki ty go kochać będziesz. Niechaj się więc nie lęka niczego. — I ty się mnie nie lękaj.
Nie jestem tu, aby wyzyskać cień i serce twe opanować. Miałem inny cel. — Słuchaj, Joyzello, nie rywal lub nieszczęśliwy kochanek; przewidujący, niespokojny ojciec mówi do ciebie... Zanim przyszedł ten, co cię zdobył tak, jak nigdy na świecie człowiek nie zdobył kobiety, marzyłem, wyznaję, o szczęściu, którego próżno czekać na schyłku lat... Dziś zrzekam się tego marzenia, ze smutkiem, ale w dobrej wierze. Wiem, jak kochasz biedną nieświadomą istotę, którą złośliwy przypadek postawił na twej drodze... I nie wątp, mówię ci teraz bez nienawiści i bez zazdrości, choć nie bez trwogi, gdy myślę o strasznych dniach, jakie ci on gotuje... Dlatego się uparłem, że cię muszę oświecić co do niego, choćby to miało ci się nie podobać... Nie mam żadnej innej troski, tylko chciałbym odwrócić tę nieszczęsną miłość, w której czekają ciebie wszystkie rozczarowania i wszystkie łzy... Nie spodziewam się niczego dla siebie... Nie żądam, abyś mnie kochała zamiast niego... Dostatecznie mi wykazałaś, że to niemożliwe... Życzę sobie tylko, abyś jego więcej nie kochała... To wszystko, o co błagam los; a los tej nocy wysłuchał mych błagań...
Joyzella. Jakto?
Merlin. Próba jest surowa i smutna. Chciałbym ci jej oszczędzić. Ale ty wiesz, że są nieszczęścia zbawienne, przed któremi hańbą jest uciekać. Dość jednego ruchu, aby zburzyć świat. Małe odwrócenie szyi, która jeszcze się pochyla tak spokojnie; jedno spojrzenie tych oczu zbyt ufnych i zbyt niewinnych — zniweczy wobec mnie rzecz najpiękniejszą, jaka budzi miłość w sercu niewieściem.. A jednak, to konieczne. Sprawiedliwie jest i dobrze, aby ona dziś rozpadła się we łzach, które może nie będą niezatarte, ponieważ później płynęłyby w cierpieniach, których nic nie pocieszy!...
Joyzella. Co chcesz powiedzieć?
Merlin. Że w tej samej chwili, kiedy wszystko, co w twojem sercu jest nietkniętem i prawdziwem, przezroczem i gorącem; — kiedy wszystkie przejrzyste moce twej duszy, wierność, prawość, niewinność twojej krwi dziewiczej unoszą się ku temu, któregoś wybrała, aby uczynić zeń najczystszego, najszczęśliwszego człowieka: — on tam — poza nami — o dwa kroki od tej ławki — w cieniu tych liści, które sądzi nieprzeniknionemi dla oka — on leży tam w objęciach kobiety, z którą parę dni temu — jak to sama widziałaś — kalał już tę cudowną miłość, jaką ty mu dałaś...
Joyzella. Nie.
Merlin. Dla czego mówisz: nie — nawet nie patrząc na mnie?
Joyzella. Bo on, to ja sama...
Merlin. Nie chcę, abyś wierzyła mym słowom. Proszę tylko, abyś odwróciła głowę.
Joyzella. Nie.
Merlin. Czy słyszysz szmer ich pomieszanych głosów — i śpiew pocałunków, odpowiadających pocałunkom.
Joyzella. Nie.
Merlin. Nie podnoś głosu, aby przerwać zbrodnię, której nie chcesz widzieć. Nie usłyszą ciebie; oni słuchają tylko swych ust... Ale odwróć się, Joyzello, błagam cię! Idzie o twoje życie i o szczęście, do którego masz prawo. Nie odpychaj prawdy, która sama idzie ku tobie i która cię wybawi, jeżeli będziesz miała odwagę ją przyjąć. Ona już nie wróci, chyba po to, abyś płakała kiedyś po niewczasie... Ale patrz, patrz... Możesz nawet nie odwracać głowy... Gwiazda twoja jest łaskawa i wcale nie znużona... Nie zamykaj oczu, ona ci je sama roztwiera... Patrz! cień ich ramion, wydłużony przez księżyc, pełza pod arkadą, ukrywając resztę ciała... Otwórz oczy! Patrz!... Cień ten urąga cii aż do twych ust się doczołga...
Joyzella. Nie!
(Milczenie).
Merlin. Rozumiem cię, Joyzello. Nie przedemną wyrzekać się będziesz szczętów twej miłości. Pozostawiam cię sobie samej, wobec swego obowiązku, wobec swego przeznaczenia... Podobne poświęcenia nie chcą mieć świadków i wymagają milczenia... Oto jest prawda: tchórzostwem byłoby uciekać przed nią. Potrafisz stanąć z nią oko w oko, gdy będziesz sama... Czas jeszcze... Podziwiam cię, Joyzello. Twoje życie i twoje szczęście wzywają twej odwagi, a zależą od jednego spojrzenia.
(Merlin wychodzi. Joyzella długą chwilę siedzi na ławce, nieruchoma, z rozszerzoną źrenicą, mocno utkwioną przed siebie. — Poczem się podnosi, wstaje i oddala powoli, nie odwróciwszy głowy).