Joyzella/Akt II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Joyzella |
| Podtytuł | Sztuka w 5 aktach |
| Wydawca | Wydawnictwo M. Arcta |
| Data wyd. | 1904 |
| Druk | Drukarnia M. Arcta |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Antoni Lange |
| Tytuł orygin. | Joyzelle |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Joyzella (wchodząc). Jest to ogród nieodwiedzany przez nikogo. Słońce tu nie dochodzi, biedne dzikie kwiaty, które niszczy się przeto, że nie są piękne — oczekują tu rychlej śmierci, a ptaki milczą... Oto fijołek pozbawiony już zapachu, złoty jaskier, drżący i smutny! i mak, którego płatki wciąż opadają... Oto skabjoza spragniona troszki wody, jadowity ostromlecz co ukrywa swe zielone liście, dzwonek błękitny, co porusza milcząco swe kwiaty bezużyteczne. Poznaję was wszystkie, pokorne i wzgardzone, tak dobre i tak brzydkie... Mogłybyście być piękne; mało co brak do tego: promienia szczęścia, chwili łaski, uśmiechu nieco śmielszego, aby tu ściągnąć pszczoły... Ale żadne was oko nie widzi, żadna ręka was nie zrywa... Jakże tu wszystko zmartwiało! Trawa opuszczona i sucha, liście chore, stare drzewa zamierają, a wiosna sama i zorza poranna lękają się zarazić żałością tej samotni.
(Lanceor ukazuje się po za drzwiami...)
Lanceor. Joyzello!
Joyzella (odwraca się nagle). Lanceorze!
Lanceor. Joyzello!
Joyzella. Uchodź, uchodź! Strzeż się! Gdyby cię ujrzał, zginąłeś.
Lanceor. Nie zobaczy nas. Jest daleko stąd.
Joyzella. Gdzie?
Lanceor. Widziałem go, wychodził. Śledziłem jego odejście z wyżyny tej wieży, gdzie siedzę zamknięty jako więzięń. Jest na krańcu wyspy koło sinego lasu, który zamyka widnokrąg.
Joyzella. Ale może powrócić, albo mu ktoś o tem powie. Uchodź, uchodź — mówię tobie. Idzie o twoje życie.
Lanceor. Pałac jest pusty. Przebiegłem sale, ogrody, podwórce, długie szeregi bukszpanów, schody marmurowe.
Joyzella. Uchodź... To tylko zasadzka... Sprzysiągł się na twoje życie. Wiem o tem, powiedział mi... Podejrzewa, że cię kocham. Szuka tylko pozoru, aby wykonać swój zamiar. Uchodź... To już za wiele...
Lanceor. Nie.
Joyzella. Jeżeli ty nie chcesz, to ja odejdę.
Lanceor. Jeżeli odejdziesz, Joyzello, to ja pozostanę tu przy bramie, póki go noc nie sprowadzi do domu... Znajdzie mnie tu na zakazanym progu.. Przestąpiłem granicę mi wyznaczoną, a więc byłem nieposłuszny; i chcę, aby to widział i chcę, aby to wiedział...
Joyzella. Lanceorze, miej litość! Błagam cię, Lanceorze! Całe nasze szczęście kładziesz na szalę przypadku. Myśl tylko o sobie. Pójdę, dokąd zechcesz, abyś tylko opuścił tę kratę. Zobaczymy się gdzieindziej, później, innego dnia... Potrzeba nam czasu, potrzeba ostrożności, przygotowań... Patrz, ręce wyciągam do ciebie... A mów, co mam uczynić. Co mam ci obiecać?
Lanceor. Otwórz furtę.
Joyzella. Nie, nie, nie mogę!
Lanceor. Otwórz, otwórz, Joyzello, jeżeli chcesz, bym żył.
Joyzella. Dla czego chcesz, bym otworzyła?
Lanceor. Chcę cię widzieć zblizka, chcę dotknąć twoich rąk, których nie dotknąłem, patrzeć na ciebie jeszcze, jakem patrzał wtedy pierwszego dnia... Otwórz albo się zgubię sam... Nie odejdę...
Joyzella. Czy odejdziesz, skoro...
Lanceor. Zapowiadam ci, Joyzello... skoro tylko otworzysz, zanimby jaskółka, zanimby myśl miała czas dolecieć z miejsca, gdzie on jest, zanimby tą myśl zapragnęła ująć mą rękę, która dotknie twojej... Błagam cię, Joyzello, to zbyt okrutne... Stoję u tej furty, jak ślepy żebrak... Widzę jeno twój cień poprzez liście. Te kraty są ohydne, bo mi twoją twarz zakrywają... Jedno spojrzenie, Joyzello, bym cię ujrzał całą, a potem odejdę jak złodziej z wielkim skarbem, co strumieniami leje się po za nim. Nikt nie będzie wiedział — i będziemy szczęśliwi.
Joyzella. Lanceorze, to straszne. Nie drżałam nigdy, ale dziś drżę. Może ja drżę o życie — i może już nie o swoje własne. Cóż to za światło, co nagle zabłysło? Ono zdradza nas...
Lanceor. Ależ nie, to słońce wschodzące poza murem. To niewinne słońce, dobre słońce majowe, ono schodzi do nas, by rozweselić nas... Otwórz więc, otwórz szybko, każda chwila mijająca dodaje niebezpieczeństwa do niebezpieczeństw, których się lękasz... Jeden ruch, Joyzello, jeden rzut twojej ręki, a otwierasz mi naprawdę wrota życia!
(Joyzella obraca klucz; furta się otwiera; Lanceor przestępuje próg).
Lanceor (chwytając Joyzellę w ramiona). Joyzello!
Joyzella. Oto jestem.
Lanceor. Oto mam twoje ręce i oczy, twoje włosy i usta w tym samym pocałunku i w tej samej chwili, wszystkie dary miłości, których nigdy nie miałem i całą jej obecność... Ramiona moje są tak zdumione, że nie mogą unieść tych skarbów, a moje życie całe ich nie ogarnie. Nie odsuwaj czoła, nie oddalaj ust, Joyzello!
Joyzella. Czynię to, nie by uciec od ciebie, lecz by się lepiej przybliżyć.
Lanceor. Nie odwracaj głowy; nie wydzieraj mi cienia twych rzęs, światła twych oczu; nie godziny, minuta każda grozi temu szczęściu.
Joyzella. Szukałam twego uśmiechu...
Lanceor. A twój uśmiech go spotyka w pierwszym pocałunku, który łączy nasze usta, aby złączyć nasze przeznaczenia... Zdaje mi się dzisiaj, żem cię zawsze widział i żem cię zawsze całował...
i że wykonywam w rzeczywistości u progu raju to, com czynił na ziemi, gdym twój cień obejmował...
Joyzella. Całowałam cię w nocy, gdym całowała swe marzenia.
Lanceor. Nie miałem zwątpień...
Joyzella. Nie znałam trwogi...
Lanceor. I wszystko mi jest dane.
Joyzella. I wszystko mnie uszczęśliwia.
Lanceor. Jak twe oczy są głębokie i pełne ufności!
Joyzella. A twoje oczy jak czyste i pełne pewności!
Lanceor. Jakże rozpoznaję te oczy!
Joyzella. Jakże je odnajduję!
Lanceor. Twoje ręce na mych ramionach mają ten właśnie ruch, jaki miały, gdym czekał na nie, nie śmiejąc się obudzić.
Joyzella. A twoje ramię na mej szyi dawne swe miejsce znów zabiera.
Lanceor. Tak właśnie niegdyś źrenice twoje zamykały się na tchnienie miłości.
Joyzella. Tak właśnie łzy ci błyskały w oczach, gdyś je otwierał.
Lanceor. Gdy szczęście jest tak wielkie...
Joyzella. Nieszczęście nie przychodzi, póki go miłość trzyma na uwięzi.
Lanceor. Kochasz mnie?
Joyzella. Kocham!
Lanceor. O, jakeś ty mi powiedziała: kocham! Do samej głębi mego serca, do samej głębi mych myśli, do samej głębi mej duszy... Może ja o tem wiedziałem, ale trzeba to było powiedzieć... I same nasze pocałunki niczem były bez tego słowa. Teraz, dość. To słowo żywić będzie moje życie. Wszystka nienawiść świata nie byłaby w stanie go zmazać, a trzydzieści lat nieszczęść nie mogłoby go wyczerpać... W światłości jestem, a wiosna mnie przytłacza. Spoglądam na niebo, a ogród się budzi... Słyszysz ptaki, od których śpiewu rozdzwoniły się drzewa i powtarzają twój uśmiech i twe czarodziejskie: kocham... I patrz, jak złote promienie słońca pieszczą twe włosy, niby djamenty igrające śród płomieni, a tysiące kwiatów chyli się ku nam, by w naszych oczach schwycić na gorącym uczynku tajemnicę miłości, której nie znały.
Joyzella (otwierając oczy). Ach, były tu tylko biedne kwiatki półumarłe...
(Patrzy dokoła siebie zdumiona; gdyż od chwili wejścia Lanceora, choć nie baczyli na to, ponury ogród powoli a magicznie się przemienił. Dzikie rośliny, nikczemne zioła, co zatruwały jego powietrze, urosły ogromnie, i każda, podług swego rodzaju, rozwinęła cudownie swoje kwiaty wybujałe. Lichy powój stał się potężnym ljanem, którego przedziwne kielichy girlandami otoczyły drzewa, zginając się pod ciężarem tysiąca dojrzałych owoców i zaludnione gromadą cudnych ptaków. Biała mokrzyca jest teraz wielkim krzakiem gorąco i łagodnie zielonej barwy, a na nim błyszczą kwiaty większe niż lilje. Blada skabjoza wydłużyła swe łodygi, na których rozrosły się kity podobne teraz do słoneczników ślazowych. Motyle krążą po powietrzu, pszczoły brzęczą, ptaki śpiewają, owoce kołyszą się i opadają, światło rozlewa się dokoła. Perspektywa ogrodu rozszerzyła się w nieskończoność: i widać na prawo cysternę marmurową, na pół ukrytą po za żywopłotem różowych laurów i heljotropów, wyciętych w arkady).
Lanceor. Już tu są jeno kwiaty życia. Patrz!... One schodzą ku nam, rozsypują się koło nas. Błyszczą na gałęziach, zginają drzewa, plączą nasze kroki, cisną się nawzajem, duszą się, pękają w całym ogromie jedne w drugich, zasłaniają liście, rozlśniewają trawę... Nie znam żadnego z tych kwiatów, a wiosna jest w upojeniu... Nigdymnie widział roślinności tak bezładnej, tak świetnie rozbujałej...
Joyzella. Gdzież jesteśmy?
Lanceor. Jesteśmy w grodzie, którego nie chciałaś otworzyć memu szczęściu.
Joyzella. Cóżeśmy uczynili?
Lanceor. Dałem pocałunek, który się daje raz tylko jeden w życiu... A ty wyrzekłaś słowo, którego się nigdy nie powtarza.
Joyzella (omdlewając). Lanceorze, jestem szalona albo umrzemy oboje.
Lanceor (podtrzymując ją). Joyzello, ty bledniesz, a twoje drogie ramiona cisną mnie, jakbyś była w trwodze, że ukryty wróg...
Joyzella. Więc tyś nie widział?
Lanceor. Co?
Joyzella. Jesteśmy w zasadzce, a te kwiaty nas zdradziły. Ptaki milczały, drzewa były martwe, były tu jedynie złe zioła, których nikt nie zrywał. Poznaję je wszystkie, wiem ich imiona, przypomina mi się jeszcze ich dawna nędza...
Oto jaskier upadający pod ciężarem złotych kręgów, oto biedna mokrzyca-zmieniona w olbrzymi krzak lilji, wielkie skabjozy, które ocieniają nas swemi liśćmi, a te purpurowe dzwony, co po nad mur się wznoszą, aby całemu światu zdradzić, żeśmy się widzieli, to naparstnica, która biednie rosła w cieniu. Rzekłbyś, niebo rozsypało kwiaty. Nie patrz na nie: one tu są dla naszej zguby. Ah, teraz zapóźno rozważam, a powinnam była rozumieć... Szeptał niewyraźne groźby... Tak, tak, wiedziałam że on ma uroki. Mówiono mi o tem, alem nie wierzyła. Teraz nadeszła jego godzina. Dobrze! Zapóźno, ale zobaczymy, że miłość umie też...
(Słychać odgłos rogu).
Lanceor. Słuchaj.
Joyzella. To tentent koni i róg strażniczy. On powraca. Uchodź!
Lanceor. Ale ty?
Joyzella. Ależ ja się nie lękam niczego, oprócz jego ohydnej miłości. Uchodź!
Lanceor. Zostanę przy tobie, a gdyby jego przemoc...
Joyzella. Zgubisz nas oboje. Uchodź! Ukryj się tam za ostromlecze. Cokolwiek on powie, cokolwiek uczyni — nie zdradzaj się. Nie lękaj się o mnie, ja się potrafię obronić. Uchodź. On już idzie. Uchodź. Słyszę jego głos.
(Lanceor się ukrywa po za gęstwiną wysokich ostromleczów. Furta się otwiera i Merlin wchodzi do ogrodu).
Merlin. On tu jest, Joyzello,
Joyzella. Niema go.
Merlin. Te kwiaty nie kłamią; one zdradzają miłość. Były one przy was na straży i zachowały mi wierność. Nie jestem okrutny i przebaczam nieraz. Możesz go uratować, pokazując krzak, w którym się ukrył. (Joyzella nieruchoma). Nie patrz na mnie tem pełnem nienawiści okiem. Pokochasz mię kiedyś, bo drogi miłości są ciemne i szlachetne... Czy nie wierzysz, że dopełnię swych przyrzeczeń?
Joyzella. Nie wierzę.
Merlin. Nie uczyniłem nic, coby zasługiwało na taką nienawiść i podobną obelgę. Ponieważ tego pragniesz, los niechaj za mnie działa.
(Słychać krzyk bolesny po za krzakiem ostromlecza).
Joyzella (rzuca się po za krzewy). Lanceorze!
Lanceor. Joyzello! Jestem raniony! Wąż mnie ukąsił.
Joyzella. To nie wąż... to zwierz przerażający... Pełznie ku tobie... Depcę go nogą... rzężę... zdycha... Lanceorze, ty bledniesz. Oprzyj się na mej piersi... Nie lękaj się niczego, jestem silna... Pokaz mi swą ranę... Lanceorze, jestem tutaj... Lanceorze, odpowiedz!
Merlin (zbliża się i ogląda ranę). Rana jest śmiertelna... Trucizna to powolna, a działanie jej dziwne... Nie rozpaczaj... Ja jeden tylko znam lekarstwo.
Joyzella. Lanceorze, Lanceorze! odpowiedz mi, odpowiedz!
Merlin. Nie odpowie nic, śpi głęboko. Usuń się, Joyzello, jeżeli nie chcesz, aby ten prosty sen nie zakończył się śmiercią. Usuń się, Joyzello, nie zdradzasz go w ten sposób, tylko śmierć usuwasz.
Joyzella. Uczyń przedtem znak, co mu wróci życie.
Merlin (patrząc na nią poważnie). Uczynię to, Joyzello.
(Joyzella wychodzi powoli, odwraca się i wreszcie znika na surowy i rozkazujący gest Merlina. Pozostawszy sam, Merlin klęka przed Lanceorem i przewiązuje mu ranę).
Merlin. Nie lękaj się, mój synu. Dla twego szczęścia czynię to wszystko — i niechaj moje serce się otworzy w pierwszym pocałunku, jaki ci dać mogę.
(Długi pocałunek. Aryella wchodzi).
Aryella. Mistrzu, należy się śpieszyć, nową gotować zasadzkę.
Merlin. Myślisz, że w nią wpadnie?
Aryella. Człowiek zawsze w nią wpada, gdy instynkt go prowadzi; ale zastańmy mu rozum, zmieńmy jego charakter; będziemy mieli widok, co śmiech wywoła.
Merlin. Ja się nie uśmiechnę, bo to widok smutny — i nie lubię patrzeć, gdy piękna i szlachetna ‘miłość, miłość, która się uważa za wyrocznię jedyną — pryska za pierwszą próbą, w ramionach widma.
Aryella. Lanceor nie jest wolny, bo nie jest już sobą samym — i od godziny oddaję go na pastwę instynktu...
Merlin. Powinienby go zwyciężyć.
Aryella. Mówisz tak, bo ja ci jestem uległą; ale przypomnij sobie te czasy, kiedy byłam mniej posłuszną.
Merlin. Sądzisz się uległą, bo ja cię zwyciężyłem; ale nawet w światłości, w której cię potrafiłem wychować, pozostaje w tobie wiele cienia i spostrzegam w tobie coś okrutnego, co nazbyt urąga słabościom ludzkim.
Aryella. Słabości ludzkie często są konieczne do przeznaczeń życiowych.
Merlin. Cóż się stanie, jeżeli on ulegnie pokusie?
Aryella. Ulegnie, to zapisane... Idzie o to, czy miłość Joyzelli przeważy tę próbę.
Merlin. A ty o tem nie wiesz?
Aryella. Nie wiem. Dusza jej nie całkiem się mieści w mojem kole; zależy ona od pierwiastku, którego nie znam, który widzę tylko w niej, a który zmienia przyszłość... Starałam się ją poddać swej władzy; ale ona słucha mię tylko w drobiazgach. Jednakże czas działać. — Idź, poszukaj Joyzelli, a mnie pozostaw syna. Idź, aby próba nie była chybiona. Ożywię go, odnowię i pogłębię, i bardziej jeszcze zaślepię upojenie, w którem go pogrążyłam, i stanę się widzialną jego oczom, aby okłamać jego pocałunki.
Merlin (z uśmiechniętym wyrzutem). Aryello!
Aryella. Idź, pozwól mi działać!... Ty wiesz, że pocałunki, które się daje biednej Aryelli są jak muśnienie skrzydła, co się zamyka nad wartką wodą...
(Merlin odchodzi. Aryella idzie do marmurowej cysterny, tam pół ukryta za gąszczem laurów, zwija skrzydła, które ją osłaniają, siada na stopniach darniowych koło cysterny i powoli rozpuszcza swe długie włosy. Tymczasowo Lanceor budzi się zwolna — poomacku).
Lanceor. Gdzież to ja usnąłem? Nie wiem, co za trucizna weszła w moje serce. Już nie jestem ten sam, a rozum mój się obłąkał... Walczę przeciw upojeniu i nie wiem dokąd idę. (Ujrzawszy Aryellę). Ale cóż to za kobieta — tam — po za gąszczą wawrzynów... (Zbliża się i spogląda). Jest piękna... Jest półnaga, a nóżka jej zgięta niby kwiat przezorny, zlekka pluszcze się w wodzie, co się uśmiecha, okrążając ją pianką pereł... podnosi ramiona, aby związać włosy; światłość niebieska jaśnieje u jej ramion, jak woda promienista na skrzydłach z marmuru (Zbliża się jeszcze). Ona jest piękna! Muszę ją zobaczyć... Oto się odwraca, a jedna z jej nagich piersi — poprzez włosy — dodaje promienie do promieni, co ją ozłociły... Nasłuchuje, słyszy... jej oczy się rozszerzyły, rozmawiają z kwiatami. Spostrzegła mnie, kryje się, chce uciekać (Przeskakując przez gąszcz). Nie, nie, nie uciekaj odemnie.. Widziałem cię... Zapóźno... (Porywa Aryellę w ramiona). Chcę znać imię tego czystego zjawienia, które w noc pogrąża wszystko, com kochał... Chcę wiedzieć też, jaki cień zbyt zazdrosny, jaka kryjówka zbyt głęboka — taiła cudo, które mam w objęciu... Jakie drzewa, jakie groty, jakie wieże, jakie mury mogły dusić promienistość tego ciała, zapach tego życia, płomień tych oczu... Gdzie się kryłaś ty, którą nawet ślepiec by odkrył bez trudu — w ogromnym świętującym tłumie... Nie, nie wydzieraj się! To nie namiętność, upojenie chwili; to wieczno trwałe olśnienie miłości... Klęczę u twoich nóg, całuję je pokornie... Tobie jednej się oddaję... Twój jestem jedynie, twój! O nic cię nie błagam, tylko o jeden pocałunek twych ust, aby zapomnieć o wszystkiem i zapieczętować przyszłość... Nakłoń swą głowę... Oto głowa się chyli, zgadza się na me błagania i przy wołuje znak, którego nic już nie zmaże (całuje ją gorąco. Słychać okrzyk rozpaczy po za gąszczą). — Co to?
Joyzella (wstrząśniona). Lanceorze!
Lanceor. Skąd-że przychodzisz, Joyzello?
Joyzella. Widziałam i słyszałam.
Lanceor. A więc cóż z tego? Cożeś widziała? Spójrz do koła siebie, nic tu nie widać. Laury kwitną, woda w cysternie drzemie, gołębie gruchają, nenufary się otwierają. Oto wszystko, co ja widzę i wszystko, co ty możesz widzieć.
Joyzella. Czy ty ją kochasz?
Lanceor. Kogo?
Joyzella. Tę, co właśnie stąd uciekła.
Lanceor. Jakże mógłbym ją kochać? Nigdy jej nie widziałem. Ta kobieta była tutaj, przechodziłem przypadkiem... Wydaj e okrzyk. Nadbiegam. Zdawało się, że mdleje — i w chwili, gdym wyciągał do niej rękę, daje mi pocałunek, który słyszałaś.
Joyzella. Czy to ty przemawiasz? ty?
Lanceor. Tak, spójrz na mnie: ja to właśnie. Zbliż się, dotknij, jeżeli wątpisz.
Joyzella. Próba była okropna... Ale to jest śmiertelne...
Lanceor. Co?
Joyzella. Czy po raz pierwszy widziałeś tę kobietę?
Lanceor. Poraz pierwszy.
Joyzella. Nie będę już o tem mówiła. Może zrozumiem. W każdym razie przebaczam!
Lanceor. Nie masz nic do przebaczenia.
Joyzella. Co ty mówisz?
Lanceor. Mówię, że niepotrzebne jest przebaczenie, którem mnie przygnębiasz, za błąd, którego nie popełniłem.
Joyzella. Którego nie popełniłeś? Więc ja nie widziałam tego, com widziała, nie słyszałam tego, com słyszała?...
Lanceor. Nie widziałaś, nie słyszałaś! Joyzella. Lanceorze...
Lanceor. Lanceorze, Lanceorze!... Gdybyś tak wołała na mnie przez tysiąc lat, nic nie zmieni się tam, gdzie nie było nic...
Joyzella. Nie wiem, co się dzieje ze szczęściem nas obojga... Ale patrz na mnie i dotknij moich rąk, abym wiedziała gdzie jesteś... Przecie jeżeli ty tak mówisz, to nie ciebie ja widziałam w cudownym ogrodzie, gdziem swoją duszę oddała. Nie, jest coś, co igra z mocą naszą. Nie, to niepodobna, aby wszystko tak przepadło przez jedno słowo. Szukam, błądzę. Widziałam wówczas ciebie i całą prawdę, całą wiarę, jak widzi się nieraz morze pomiędzy drzewami!... Byłam pewna, wiedziałam... Miłość nie kłamała; teraz ona kłamie. Nie może być, aby wszystko miało runąć przez tak lub nie. Nie, nie, ja nie chcę! Pójdź, jeszcze nie zapóźno; jeszcześmy nie utracili szczęścia. Jest ono w naszych rękach, które odpychają los. To coś uczynił, jest może szaleństwem. Zapomniałam o tem, drwię z tego, nic nie widziałam: mówię ci... To nie istnieje: jednem słowem zacierasz to, co było. Wiesz równie dobrze, jak i ja, że miłość ma słowa, którym nic się nie opiera; i że największy błąd, wyznany w prawym pocałunku, staje się prawdą piękniejszą, niż niewinność... Powiedz mi to słowo, daj ten pocałunek! wyznaj prawdę, tę prawdę, którą widziałam, którą słyszałam, a wszystko nanowo będzie tak czyste jak było przedtem — i powtórnie odnajdę wszystko, coś mi dał.
Lanceor. Powiedziałem, com powiedział; jeżeli mi nie wierzysz, odejdź, przeszkadzasz mi...
Joyzella. Spójrz na mnie... Ty ją kochasz, ponieważ tak kłamiesz.
Lanceor. Nie, nie kocham nikogo, a ciebie mniej niż kogokolwiek.
Joyzella. Lanceorze, cóżem ja zrobiła? Może bezwiednie.
Lanceor. Nic, to nie to... Ale ja nie jestem ten, którym wierzyłaś, że jestem i nie chcę nim być... Jestem podobny do wszystkich: chcę, abyś o tem wiedziała i abyś się pocieszyła... i niechaj wszystkie moje przysięgi rozwieją się na wietrze nowego marzenia tak, jak ja rozdzieram ten zeschły liść w mej dłoni. Ah, miłość kobiety! Tem gorzej dla nich. Żyć będę jak inni w świecie bez wiary, gdzie się nikt nie kocha i gdzie wszystkie przysięgi ustąpują przed pierwszą próbą... Ah, ty plączesz... Tak, to było potrzebne, czekałem na to... Ty jesteś twarda, ja to wiem — i łzy twoje są rzadkie... Liczę je kropla po kropli. — Tyś mnie nie kochała. Miłość, co tak się zjawia, na pierwsze zawołanie, nie jest tą miłością, na której można trwałe szczęście zbudować... W każdym razie nie jest ona tą, której oczekiwałem. A potem jeszcze łzy... zbyt późno popłynęły. Tyś mię nie kochała, i ja cię nie kochałem. Inna by mi powiedziała... Inna by odgadła... Ale ty nie, nie, idź — idź-że sobie, powiadam!
(Joyzella oddala się w milczeniu, łkając. Zrobiwszy kilka kroków, odwraca się, waha, smutnie patrzy na Lanceora i znika, wołając cichym głosem:.
— Kocham ciebie!
Lanceor zgnębiony, błędny, chwiejnie idzie oprzeć się o pień drzewa).
Lanceor. Cóżem uczynił?... Jestem posłuszny. Czemu posłuszny? Nie wiem. Com powiedział? To nie ja mówię... utraciłem szczęście, teraźniejszość, przyszłość... Nie należę do siebie. Robię to, co mi jest nienawistne. Nie wiem, kim jestem. Joyzello, ach, moja Joyzello!
(Upada we łzach twarzą do ziemi).