Joyzella/Akt I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Joyzella |
| Podtytuł | Sztuka w 5 aktach |
| Wydawca | Wydawnictwo M. Arcta |
| Data wyd. | 1904 |
| Druk | Drukarnia M. Arcta |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Antoni Lange |
| Tytuł orygin. | Joyzelle |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
(Merlin siedzi koło Aryelli, uśpionej na stopniach schodów, marmurowych. — Noc).
Merlin. Ty śpisz, Aryello, ty siło moja wewnętrzna, potęgo zapomniana, drzemiąca w każdej duszy, a którą ja sam tylko jeden, jak dotąd, na ziemi — budzę do woli. Śpisz, moja młoda wróżko, uległa i pojętna — a twoje włosy rozwiane, jak błękitna para, niewidzialne ludziom, mieszają się z promieniami księżyca, z zapachami nocy, ze światłem gwiazd, z pękającemi różami — i przypominają nam, że wszystko się łączy ze sobą, że nic nie dzieli nas od wszystkiego, co istnieje — i że myśl nasza nie wie, gdzie się zaczyna światło, do którego dążym i gdzie się kończy ciemność, od której uchodzim... Śpisz głęboko, a w czasie twego snu ja tracę wszystką swą wiedzę i staję się podobny swoim ślepym braciom, którzy dotąd jeszcze nie wiedną, że na świecie tylu jest bogów utajonych, ile serc uderza... Niestety, jam jest dla nich złym duchem, od którego należy uciekać; czarownikiem, który spiskuje z ich wrogami. Oni nie mają wrogów, mają tylko poddanych bez króla. Wierzą, że moja moc tajemna, która nakazuje posłuch roślinom, gwiazdom, wodzie, kamieniom, ogniowi — i której chwilami przyszłość ujawnia cząstkę swoich błyskawic; wierzą, że ta siła nowa, a przecież tak ludzka — ukrywa się w czarodziejskich napojach, w słowach zaklętych, w ziołach piekielnych, w znakach straszliwych... Nie, ta siła jest we mnie, jako i w nich... Ona jest w tobie, moja krucha Aryello, która byłaś we mnie... Uczyniłem dwa — trzy śmielsze kroki naprzód w ciemności. Uczyniłem nieco wcześniej to, co oni zrobią jutro... Wszystko im będzie ulegało, gdy się w końcu nauczą ożywiać twoją dobrą wolę, jak ja ją ożywiłem... Ale napróżno mówiłbym im, że ty tutaj drzemiesz; napróżno bym pokazywał twój promienny wdzięk: nikt by cię nie zobaczył. Każdy musi cię odkryć sam w sobie... Każdy musi, jak ja, otworzyć grób swego życia — i obudzić cię, jak ja cię budzę...
(Przechyla się nad Aryellą i całuje ją w czoło).
Aryella. Mistrzu!
Merlin. Oto czas, Aryello, w którym miłość czuwać musi. Nieraz w tych dniach — będę sen twój niepokoił.
Aryella. Sen mój był tak długi, że usypiam wciąż na nowo. Ale czuję się mocniejszą i szczęśliwszą za każdem przebudzeniem, jakie mi twoja myśl nakazuje...
Merlin. Którędy prowadzisz mego syna i kiedy go zobaczę?
Aryella. Śledziłam go wzrokiem — w czujnem marzeniu. Zbliża się do nas. Sądzi się zabłąkanym, a przeznaczenie wiedzie go tam, gdzie go czeka szczęście.
Merlin. Czyliż mię rozpozna? Tyle minęło lat, jakich wymaga przepisana próba, abyśmy żyli obcy sobie, chętnie bym już go ucałował tak, jak wtedy, kiedy był małem dziecięciem.
Aryella. Nie, los musi wywikłać się swobodnie. — Miłość ojca, którego istnienie musi mu pozostać niewiadomem, niechaj nie fałszuje próby.
Merlin. Ale odkąd Joyzella jest tu, w pobliżu nas; odkąd on idzie ku niej — czyli przyszłość się wyjaśnia? czyli tam czytasz nieco dalej w jutrze?
Aryella. Czytam to, com wyczytała w pierwszej chwili... Przeznaczenie twego syna — całe jest wypisane w kole miłości. Jeżeli pokocha i jeżeli zostanie pokochany miłością cudowną, która zresztą powinna być udziałem wszystkich ludzi, ale która bywa tak rzadką na ziemi, że zdaje się obłędem; jeżeli więc pokocha i zostanie pokochany miłością szczerą i jasno-widzącą, miłością prostą i czystą jak woda górska, a tak potężną jak ona; miłością bohaterską a słodszą od kwiatu; miłością, która wszystko bierze, a oddaje więcej niż bierze, która nigdy się nie waha, która nigdy się nie myli, której nic nie wytrąci z równowagi i nic nie zrazi: która słyszy i widzi jedynie szczęście tajemnicze, niewidzialne nikomu; która je dostrzega wszędzie, po przez wszystkie postaci i wszystkie próby i która z uśmiechem idzienaprzód, gotowa nawet do zbrodni., jeżeli zdobędzie taką miłość, która gdzieś istnieje, i czeka na niego w jakiemś sercu, które sądzę, że poznałam: — to życie jego będzie dłuższe, piękniejsze i szczęśliwsze, niż życie innych ludzi... Ale, jeżeli nie znajdzie takiej wielkiej miłości, zanim ten miesiąc upłynie (gdyż kolo się zamyka), jeżeli miłość Joyzelli nie jest tą wielką miłością, którą przyszłość z wyżyny niebios sunie ku niemu; jeżeli płomień nie sięgnie granic płomienia, jeżeli go zwątpienie zamroczy, albo żal zasłoni — w takim razie śmierć przeważy i syn twój jest zgubiony.
Merlin. Ah, zapewne dla każdego człowieka godzina miłości jest wielką godziną.
Aryella. Dla Lanceora, niestety, jestto godzina nieubłagana. Teraz wchodzi on na najwyższy szczyt życia... Po omacku krąży między szczęściem a mogiłą... W całości zależy od ostatnich kroków, jakie robi i od ruchu dziewicy, która idzie na jego spotkanie...
Merlin. A jeśli Joyzella nie jest tą, którą los mu wyznacza...
Aryella. Lękam się, czy próba, jaką zamierzamy zrobić, nie jest jedyną z prób możebnych... Lecz nigdy człowiek nie powinien tracić odwagi w obliczu przyszłości.
Merlin. Czemuż robić próbę, skoro jest niepewna?
Aryella. Jeżeli my jej nie wykonamy, los ją wykona... Jest ona nieunikniona, ale oddana na pastwę przypadku... I dla tego staram się pokierować jej biegiem.
Merlin. A jeżeli on pokocha Joyzellę, ona zaś kochać go nie będzie tak jak tego wymaga przeznaczenie?
Aryella. Wówczas będziemy musieli jawniej współdziałać sprawie.
Merlin. Jakto?
Aryella. Postaram się o tem dowiedzieć.
Merlin. Aryello, błagam cię, ponieważ idzie tu o istotę najdroższą, droższą mi nawet od samego siebie; ponieważ mam tylko jednego syna i ponieważ on może stać się tem, czem — jak wiesz — ja bym nie mógł już być, czy niepodobna wykonać niesłychanego wysiłku, rozpacznego niemal wysiłku w przyszłość, zgwałcić czas, wydrzeć latom — choćby te miały się za to pomścić na nas obojgu — tajemnicę, ukrytą tak surowo, a która mieści w sobie więcej, niż nasze własne życie i nasze własne szczęście.
Aryella. Nie, wysilam się napróżno, dalej już nie sięgam... Przyszłość to świat, którego granicą jesteśmy my sami: odkrywamy w nim tylko to, co nas dotyczy, a czasami — przypadkowo — i to, co dotyczy najdroższych nam osób... Widzę jasno to, co się rozwija koło Lanceora, aż do chwili, gdy jego ścieżka krzyżuje się ze ścieżką Joyzelli. Ale dokoła Joyzelli lata są zasłonione. Zasłona to świetna, zasłona promienna, ale kryje dni jutra równie głęboko, jak zasłona mroku... Życie się przerywa... A potem, poza zasłoną — stoi Śmierć i Szczęście, które czekają, jak dwoje gospodarzy niezmiennych, obojętnych, nieprzeniknionych... I nie mogę rzec, który jest bliższy i bardziej przeważający. Nie mogę przeniknąć, czy Joyzella jest właśnie tą przeznaczoną. Wszystko zapowiadać się zdaje, że to ona, lecz nic tego nie potwierdza. Oblicze jej, skierowane ku czasom, które nadchodzą; napróżno całą swoją moc przyzywam: nie odpowiada i nie odwraca się do mnie. Nic jej uwagi nie rozstroi — i nigdym nie widziała rysów jej ducha, choć je przeczuwam. Jeden znak jest pewny: znak prób, wyraźnych i okrutnych, które będzie musiała przezwyciężyć. Po tych próbach ją poznamy.
Merlin. Musimy zatem, począwszy od tego punktu, który mogę przestąpić, musimy poddać się nieznanym potęgom — i pytać wypadki tak, jak inni ludzie, czekać ich odpowiedzi — i starać się je przełamać, gdyby chciały unieszczęśliwić naszych ukochanych...
Aryella. Ale spójrz, oto idą oni ku zorzy powstającej... Śpieszmy się, zbliżają się ku sobie... Przeznaczeniu ich, które już rozpoczyna swe dzieło, pozostawmy samotność i milczenie, jakich ono wymaga.
(Merlin i Aryella wychodzą. W kilka chwil potem — gdy światło dzienne nagle się powiększa — wchodzą i spotykają się Joyzella i Lanceor).
Joyzella (zdziwiona zatrzymuje się przed Lanceorem). Czego szukasz?
Lanceor. Nie wiem gdzie jestem. Szukam schronienia. Któż ty jesteś?
Joyzella. Nazywam się Joyzella.
Lanceor. Joyzella... Powtarzam twe imię... Ono pieści jak poszmer skrzydeł, jak tchnienie kwiatu, jak oddech wesela, jak promień światła... Maluje ciebie całą, śpiewa w sercu, opromienia usta...
Joyzella. A ty kto jesteś?
Lanceor. Już sam nie wiem, kto jestem... Przed paru dniami nazywałem się Lanceor; wiedziałem, gdzie jestem i znałem samego siebie. Dziś szukam siebie, wnikam w siebie, dokoła siebie, ale wciąż błądzę we mgle śród widziadeł...
Joyzella. Co za mgły? Co za widziadła? Od kiedy jesteś na tej wyspie?
Lanceor. Od wczoraj.
Joyzella. To dziwne, nic mi o tem nie mówiono.
Lanceor. Nikt mię nie widział. Zrozpaczony, błądziłem po wybrzeżu...
Joyzella. Ach, dla czego?
Lanceor. Byłem daleko stąd, daleko od mego starego ojca, gdy nagłym listem zawiadomiono mię, że mój rodzic umiera... Wyjeżdżam natychmiast... Płyniemy długo. Potem, w pierwszej przystani, gdzie się okręt zatrzymuje — nowy list mi donosi, że już jest zapóźno, że ojciec mój już nie jest żyw. Płynę dalej, aby przynajmniej oczy mu zamknąć i spełnić jego ostatnią wolę...
Joyzella: Dlaczegóż ty więc tu jesteś?
Lanceor. Dla czego, nie wiem, — i jak, nie wiem. Morze było tak jasne, niebo tak czyste. Widać było tylko wodę drzemiącą w lazurze. Naraz — bez żadnego powodu — wielkie błękitne piany rozwichrzyły fale. Wschodziły niby opary mgliste, czepiając się rąk, masztów, twarzy... Potem zahuczał wiatr, a ślepy okręt, popychany strasznym wirem, znalazł się wieczorem w nieznanej przystani tej nieoczekiwanej wyspy... Smutny i zrozpaczony schodzę tu na wybrzeże; usnąłem w grocie, zwróconej ku morzu, a gdym się obudził, tumany opadły; — spoglądam: okręt, jak białe skrzydło znika na widnokręgu fal!
Joyzella. Cóż się stało?
Lanceor. Nie wiem... Chciałem płynąć za nim, ale nie znalazłem łodzi w przystani. Muszę więc czekać zjawienia się innego okrętu.
Joyzella. To szczególne. To tak jak ja...
Lanceor. Jak ty?
Joyzella. Tak — i mnie tak samo gęsta mgła zaciągnęła na tę wyspę.
— Ale mój okręt się rozbił...
Lanceor. Kiedy i jak? Skąd przybywasz tu, Joyzello.
Joyzella. Przybywam tu z innej wyspy.
Lanceor. Dokąd płynęłaś?
Joyzella. Tam, gdzie ktoś mnie oczekiwał.
Lanceor. Kto?
Joyzella. Ten, który sądził, że mam być jego wybranką.
Lanceor. Byłaś zaręczoną?
Joyzella. Tak.
Lanceor. Kochasz go?
Joyzella. Nie.
Lanceor. A więc?
Joyzella. Matka życzyła sobie.
Lanceor. Chciałaś być jej posłuszną?
Joyzella. Nie.
Lanceor. To dobrze. To mi się podoba. I mnie też ojciec mój w chwili śmierci nakazał wybrać tę, którą on wybrał... Miał, jak się zdaje swoje powody, bardzo poważne. A ponieważ on sobie życzył, a niema go już na ziemi, muszę mu być posłuszny.
Joyzella. Dla czego?
Lanceor. Nie wolno się sprzeciwiać nakazom umarłych.
Joyzella. Dla czego?
Lanceor. One są niezmienne. Trzeba mieć litość, trzeba je szanować.
Joyzella. Nie.
Lanceor. Tybyś nie słuchała?
Joyzella. Nie.
Lanceor. Joyzello, to okropne!
Joyzella. Umarli są okropni, gdy wymagają, abyśmy kochali tych, których nie kochamy...
Lanceor. Joyzello, ja się lękam ciebie.
Joyzella. Powiedziałam. Cóżem powiedziała? Możem zbyt porywcza?
Lanceor. Joyzello, oczy twoje się łzawią na wspomnienie umarłych — i kłamią twoim słowom.
Joyzella. Nie, to nie z tej przyczyny... Może byłam zbyt surowa... A jednak oni nie mają słuszności...
Lanceor. Nie mówmy już o umarłych.
Nie powiedziałaś mi jeszcze, jak się rozbił twój okręt.
Joyzella. Gęsta mgła nas obłąkała. Mgła tak gęsta, że zapełniała ręce, jakby białem pierzem. Sternik się omylił, zgubił drogę. Sądził, że widzi latarnię. Okręt uderzył o podwodne skały. Ale nikt nie zginął. Fale mnie uniosły; a potem widziałam dokoła wodę błękitną, jakbym się zsuwała w głąb jakiegoś dusznego nieba... Zsuwałam się wciąż... Potem ktoś mię pochwycił za rękę i straciłam przytomność...
Lanceor. Któż cię pochwycił?
Joyzella. Pan tej wyspy.
Lanceor. Kto to jest ten pan?
Joyzella. Starzec jakiś, który błądzi jak cień niespokojny po tym marmurowym pałacu.
Lanceor. O, gdybym tam był!
Joyzella. Cóżbyś uczynił?
Lanceor. Uratowałbym ciebie.
Joyzella. Czyż nie jestem uratowana?
Lanceor. To, co innego. Nie cierpiałabyś i nic by cię nie dotknęło. Poniósłbym cię po grzbiecie fal... Ach, nie wiem, nie wiem, jakby to było!.. Niósłbym cię, jak czarę pełną drogocennych pereł, których żadnej cień nie powinien musnąć, jak cudny kwiat jutrzniany, w którym boimy się zakołysać kroplę rosy... Gdy myślę o niebezpieczeństwach, na jakie byłaś narażona, ty tak piękna, tak wiotka, śród wzburzonych fal i surowych urwisk, w ramionach tego starca... To co uczynił jest piękne; uczynił rzecz niemożliwą... Ale to nie dość... Jakże nareszcie dosięgłaś brzegu?
Joyzella. Po przebudzeniu leżałam na piasku. Starzec był przy mnie. Potem kazał mię zanieść do pałacu.
Lanceor. Czy on jest królem tej wyspy?
Joyzella. Wyspa jest prawie bezludna — i nie widać na niej nikogo, prócz kilku sług, którzy błądzą w milczeniu. Za poddanych miałby on tylko drzewa, kwiaty i szczęśliwe ptaki, których ta wyspa zdaje się pełną...
Lanceor. To, co uczynił jest dobre.
Joyzella. Jest on dobry i ludzki; przyjął mnie, jakby ojciec rodzony. A jednak ja go nie lubię...
Lanceor. Dla czego?
Joyzella. Zdaje mi się, że on mnie kocha.
Lanceor. Jakto? Czyżby śmiał? Nie, to niepodobna! albo wiek nie jest ciężarem, jakim być powinien, a rozum od nas uchodzi, gdy śmierć się zbliża.
Joyzella. A jednak ja się boję. Dał mi to do zrozumienia. Jest on osobliwy i smutny. Podobno, daleko stąd ma syna, który może i zginął. Myśli o nim ciągle. Gdy przypuszcza, że go zobaczy, twarz jego się rozjaśnia... on... oto on...
Merlin. Szukałem cię, Joyzello! (zwraca się do Lanceora i patrzy nań groźnie). Co do ciebie, to wiem, kto jesteś — i znam powody, co cię sprowadziły na tę wyspę; znam też fortel rzekomego rozbicia — i wiem, jaki wróg, cię tu przysłał.
Lanceor. Mnie? Ależ na te brzegi rzucił mię przypadek...
Merlin. Nie wymawiajmy słów bezużytecznych.
Joyzella. Cóż on zrobił?
Merlin. Chciał, niestety, zrobić to, co człowiek uczynić może najnędzniejszego; zdradzić dobroć, okłamać przyjaźń i wrogom sprzedać gospodarza zbyt szlachetnego, który go miał przytulić.
Joyzella. Nie.
Merlin. Dla czego: nie? Czy ty go znasz?
Joyzella. Tak.
Merlin. Od kiedy?
Joyzella. Odkąd go ujrzałam.
Merlin. A dawnoś go ujrzała?
Joyzella. Od chwili, gdy wszedł do tej sali.
Merlin. To zbyt mało.
Joyzella. To wystarcza.
Merlin. Nie, Joyzello — i wnet ci wypadki dowiodą, że to nie dosyć i że otwarte wejrzenie, uśmiech niewinny, łagodne słowa — kryją nieraz zasadzkę niebezpieczniejszą — niż siwy włos niewdzięcznej starości, albo uczucie bez nadziei.
Joyzella. Cóż zamierzasz uczynić?
Merlin. Czekam pewności ostatecznej, a wtedy uczynię to, co prawowite i konieczne, aby już się nie lękać wroga, co gotów się nie cofnąć przed niczem. Nielitościwe środki, jakie przedsięwezmę, tyleż są ważne dla twego bezpieczeństwa co i dla mojego. Bo ta sama kabała nas otacza, a los wiąże nas... Nie mogę dziś mówić ci więcej. Ufaj mi. Może już wiesz, że twoje szczęście jest mojem.
Joyzella. Uratowałeś mi życie — pamiętam o tem.
Merlin. Wspominasz o tem bez życzliwości, ale sądzę, że mi kiedyś oddasz sprawiedliwość. (Do Lanceora). A ty idź. Wieść, którą otrzymałem, jest niewątpliwa. Gdy wypadki, których się lękam, wieść tę potwierdzą, zacznę działać. Tymczasem jesteś moim więźniem. Wskażę ci miejsce, zachowane dla ciebie w pałacu. Gdybyś przestąpił zakreśloną granicę, sam siebie będziesz zmuszony sądzić i sam na siebie wydasz wyrok. Będzie on niecofniony. Idź, oto moje rozkazy.
Lanceor. Jestem posłuszny, ale w nadziei, że uznasz swój błąd. Do widzenia, Joyzello.
Merlin. Nie, powiedz jej: «żegnam», bo wątpię, czy się kiedykolwiek zobaczycie. Tymczasem, Joyzello, może cię kiedy przypadek postawi wobec tego człowieka. — Tedy mówię ci, uchodź: życie twoje i jego zależą ściśle od twojej rychłej ucieczki. Gdy się dowiem, żeście się widzieli, jesteście nieodwołalnie zgubieni. (Do Lanceora). Czy mi obiecujesz, że będziesz jej unikał?
Lanceor. Jeżeli idzie o jej życie, tak!
Merlin. A ty, Joyzello?
Joyzella. Nie!