Jorinda i Joringel
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jorinda i Joringel |
| Pochodzenie | Baba Jaga oraz inne bajki |
| Wydawca | Księgarnia Literacka |
| Data wyd. | [1930] |
| Druk | Drukarnia P. Brzeziński |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | Franciszek Mirandola |
| Tytuł orygin. | Jorinde und Joringel |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
W gęstym lesie mieszkała straszna baba, która była czarownicą. Przez cały dzień miała postać kota, lub sowy, a wieczór wyglądała znowu porządnie, jak człowiek. Do zamku swego zwabiała zwierzynę i ptactwo, potem zaś zarzynała, piekła i jadła. Kto tylko zbliżył się o sto kroków do zamku jej, musiał stawać i iść dalej nie mógł, aż go uwolniła, a jeśli to była nabożna dziewczyna, przemieniała ją w ptaka i zamykała do klatki. Miała w zamku swym już siedem tysięcy takich klatek, z najrzadszemi ptakami.
Pewna piękna dziewczyna, imieniem Jorinda, miała narzeczonego, imieniem Joringiel i kochali się bardzo oboje.
Chcąc pomówić ze sobą poufnie, poszli raz do lasu.
— Baczmyż pilnie, — rzekł Joringiel — by nie podejść zbyt blisko zamku czarownicy.
Był dzień piękny, słoneczny, ciepły, a na buku siedziała turkawka, gruchając żałośnie.
Śpiew ten rozczulił Jorindę aż do płaczu, Joringiel pocieszał ją i szli tak, aż nagle spostrzegli z przerażeniem, że zabłądzili. Nie wiedząc, którędy wracać, chodzili po lesie, aż do zachodu, a gdy słońce zaczęło kryć się za góry, zobaczył Joringiel poprzez gałęzie drzew stare mury zamku czarownicy.
Zdjęty przerażeniem stanął i nie mógł się ruszyć. Tymczasem Jorinda zaczęła śpiewać:
— Turkaweczko, śliczne ptaszę,
Kiedy będą gody nasze?
Ćwir! Ćwir! Ćwir!
Joringiel spojrzał zdziwiony tym zakończeniem śpiewu i zobaczył, że Jorinda przemienioną została w słowika, a wokoło niej lata szkaradna sowa o płonących oczach, hukając złowrogo.
Nie mógł się ruszyć, płakać, ni mówić, a tymczasem zaszło słońce i sowa odleciała. Za chwilę wyszła z gęstwiny stara baba z no, sem do brody zwieszonym, z kijem w jednej ręce, a klatką w drugiej. Mrucząc coś, schwytała słowika, wsadziła do klatki i odeszła. Joringiel nie mógł ruszyć ręką, ni przemówić i stał tak, aż ujrzał czarownicę raz jeszcze.
— Ave have, harave hahuave! — powiedziała mu, skinęła ręką, on zaś uczuł się wolnym.
Padł zaraz na kolana i jął błagać czarownicę, by mu oddała ukochaną Jorindę, ale nie chciała słuchać i wróciła do zamku.
Zrozpaczony Joringel poszedł, dotarł wkrótce do jakieś nieznanej wsi i przystał tam za pasterza. Często krążył koło zamku, nie mógł jednak wyswobodzić narzeczonej. Pewnej nocy przyśniło mu się, że znalazł prześliczny, purpurowy kwiat, z perłą wśród płatków. Zerwał go, poszedł do zamku czarownicy i dotknięciem pouwalniał od czarów wszystkie pochwytane ptaki i swoją Jorindę także. Zbudziwszy się równo ze świtem, zaczął zaraz szukać owego kwiatu, aż wreszcie znalazł dziewiątego dnia purpurowy kwiat z kroplą rosy, jak perłą, pośród płatków. Uradowany wielce ruszył bez wahania w drogę, a gdy się zbliżył na sto kroków do zamku, nie uległ czarom, ale doszedł do samej bramy. Za dotknięciem kwiatu rozwarła się brama, tak że wszedł w podwórze. Zaczął nadsłuchiwać świergotu ptaków i po chwili stanął w sali, gdzie czarownica karmiła jeńców swoich, w siedmiu tysiącach klatek.
Na jego widok wpadła w gniew straszny, ale ponieważ trzymał w ręku kwiat, nie mogła do niego przystąpić.
Nie zważając na nią, chodził od klatki do klatki, szukając swojej Jorindy, nie mógł jej jednak znaleźć pośród siedmiu tysięcy słowików i innych ptaków.
Nagle spostrzegł, że czarownica wzięła jedną z klatek i zmierza ku drzwiom. Przyskoczył prędko, dotknął klatki kwiatem, potem zaś czarownicy, tak że się stała bezbronną.
Zaraz stanęła przed nim odczarowana Jorinda, piękna jak dawniej i zarzuciła mu radośnie ramiona na szyję.
Uwolnili potem wszystkie dziewczęta i poszli do domu, wzięli ślub i żyli szczęśliwie.