Jesienią (Kraszewski, 1886)/Tom III/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jesienią
Podtytuł Powieść
Data wydania 1886
Wydawnictwo Nakładem Michała Glücksberga
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.

Zbliżała się w istocie chwila wyjazdu Adryana, który jak mógł pobyt swój przedłużał w Zamostowie. Zajmowało go tu wszystko, ale któż wie, czy ten młody opiekun, któremu się tak szczęśliwie powiodło zbliżyć jednych, drugich pousuwać, który zdawał się jak z pionkami na szachownicy postępować z temi co go otaczali, nie mając do posuwania się na niej woli własnej, kto wie, czy ten panujący nad innemi chłopak, sam nad sobą panować umiał. Wieczory spędzane z pannami Zamorskiemi nie poruszyły wcale młodego jego serca, a rozmowa jedna z prostą dziewczyną, wyjść mu nie mogła z pamięci. Dosia wabiła go, jak zagadka. Za drugim razem spotkawszy się z nią, przekonał się, że pierwsze wrażenie mylnem nie było, dziewczę miało dlań urok dziwny. Nic nie mówiąc nikomu, a korzystając z pozwolenia pana Krzysztofa, poszedł w las jego polować sam jeden. Nie wiem, czy co zabił, czy co widział nawet, lecz tak się obrachować jakoś potrafił, że na skraju lasu z Dosią się spotkał. Wracała z poziomkami dla pana Krzysztofa.
Dziewczę się nieco zmięszało z początku zobaczywszy Adryana, ale natychmiast oprzytomniało..
— Dobry wieczór pannie Wilczkównie.
— A! dobry wieczór panu.
Chciała odchodzić zaraz.
— Cóż to pannie tak spieszno.
— No, nie, ale — (zarumieniła się) — jeszczeby też dopiero, gdybym z panem w lesie miała gawędzić, kiedy już i tak...
— I tak? co? proszę dokończyć.
— Mówią, że to nie uchodzi.
— Któż mówił?
— A jegomość stary...
— A zkądże wiedział o jakiej rozmowie?
— Ja mu sama o niej powiedziałam, bo się kryć z niczem nie umiem. Stary powiada, że młodzi wszyscy to bałamuty.
Rozśmiał się Adryan.
— Niech mu panienka powie, że starzy są gdery.
— Ale co panu po mojej rozmowie, jam prosta dziewczyna.
— I prosta rozmowa najmilsza — rzekł Adryan.
— Ja od pana tobym się jeszcze czego nauczyć mogła, ale pan ode mnie?
— O! bardzo wiele! — patrząc jej w oczy wesoło, rzekł Adryan — ja jestem uczony z książki, a panna masz mądrość leśną, która więcej warta.
— Na cóż pan kłamie! — odezwało się dziewczę, które odchodzić chciało, a stało, jak przykute.
— Prawdę mówię.
— Jak się dowie jegomość, jak mnie spotka, to dopiero będzie! — szepnęła jakby sama do siebie — bądź pan zdrów.
Pobiegła kilka kroków. Adryan stał i patrzał zamyślony.
— Jeszcze słówko! — zawołał — tylko słówko.
Stanęła.
— Czego pan chcesz?
— Pożegnać się z panną Dosią.
— Albo co?
— Jadę ztąd, i któż wie, może tu nigdy nie powrócę, może panienki nie zobaczę nigdy.
Podniosła oczy jasne na niego.
— A to dlaczego? — spytała — któż panu broni?
— Mieszkać będę w innych stronach, więc choć dobre słówko.
Spuściła oczy.
— E! pan bałamucisz! a czyż ja wiem, co za dobre słowo mam powiedzieć, dobre słowo? Najlepsze słowo... Niech Bóg prowadzi — dodała cicho, a głośniej rzuciła: — Do zobaczenia! do zobaczenia!
I uciekła żywo. Pan Adryan stał długo w miejscu, dopiero, gdy mu z oczów znikła, powoli powlókł się do Zamostowa. Przez cały wieczór zamyślony był i smutny, zdawał się czekać chwili, gdy się pozbędzie panny Kornelii i nareszcie został sam na sam z ciotką. Pocałował ją w rękę.
— Mam rozmaite prośby do kochanej cioci — rzekł — ale potrzebuję ośmielenia.
Rozśmiała się hrabina.
— Ty?
— Czasami bywam strasznie bojaźliwy — rzekł Adryan.
— Ale kiedyż?
— Gdy się obawiam, że mogę być źle zrozumianym.
— Mów-że, o co idzie?
— Nie jest-to tak łatwo, jak się zdaje.
Rękami potarł włosy, odrzucił je na ramiona i począł:
— Prośba jest oryginalna, jak ja czasem bywam. Oto prosiłbym pani hrabiny dobrodziejki, ażeby kiedykolwiek przejeżdżając drogą około chaty pana Wilczka, stojącej na samej granicy lasów pana Krzysztofa, raczyła wstąpić, pod jakimkolwiek pozorem, a wstąpiwszy, starała się widzieć i rozmówić z panną Dosią Wilczkówną.
— A! znowu ona! tyle o niej mówicie, żem doprawdy jej ciekawa.
— I należy ciekawości tej dogodzić.
— A potem?
— Jeśli się Dosia podoba, jeśli ją znajdzie ciocia taką, jaką się ona nam wydaje, czemużby jej nie można wziąć do Zamostowa na wychowanie? — Z takiego szlacheckiego kruszczu zrobić artystyczne arcydzieło, nie byłożby to godnem jej serca? nie zajęłożby to cioci i nierozradowało, gdyby pod jej oddechem pączek ten rozkwitł pięknemi, pełnemi barwami?
— Ale cóż ci się śni? — zawołała hrabina — ja? wychowywać to dziecko lasu? czyżby mi ją dali rodzice?
— Z pewnością — rzekł Adryan — byłoby to dzieło chrześciańskie godne serca waszego.
— Tak — przerwała hrabina — oderwać ją od tego życia, w którem jest szczęśliwą, dać jej nowe pragnienia z jej stanem niezgodne, na to, ażeby wyrzucona ze społeczeństwa, stała się istotą zwichniętą i biedną, jeśli nie gorzej, jedną z tych nienależących do żadnej klasy wyrzutków, związkami krwi połączonych z ludem, a duszą z temi, co ją odepchną, lub... Adryanie, znać, żeś młody.
— Nie zapieram się tego — odparł Adryan spokojnie — właściwością mojego wieku jest marzenie, lecz, gdyby Dosia stała się tem czem marzę?
— To cóż? — zapytała hrabina.
Adryan pocałował ją w rękę.
— Burę dostanę — ożeniłbym się z tą Dosią.
Pani Wanda śmiać się zaczęła, lecz wkrótce twarz się jej zasępiła.
— Mój Adryanie — rzekła — przypuść, żem cię usłuchała, wzięłam Dosię. Ty naturalnie rok lub więcej nogą byś niepostał w moim domu, zajęłabym się nią całem sercem. Po tych dwóch latach, alboś ty się gdzieindziej zakochał i zapomniał o narzuconej mi wychowanicy, albo porzucasz i znajdujesz dziewczę zmienione, pozbawione tego wdzięku prostoty, który miał urok dla ciebie, i Dosia osiada na koszu, nieszczęśliwa na życie całe.
— Dlaczego? dlaczego? — pochwycił Adryan. — Mój Boże! więc wychowanie i światło jest tak niebezpiecznym darem, który z sobą niesie pragnienia, jakich świat nasycić nie może? Więc nauka może być trucizną? więc ona tylko namiętności i żądze rozwija, a nie rozum, co nad niemi panuje? Ja sądzę, że wychowanie powinno uczyć człowieka godzić się z przeznaczeniem, z pracą, z niedolą nawet, i dawać mu siły, a nie osłabiać? Jakieżby to było wychowanie, coby gorszym oddało dziecię, niż wzięło? Dlaczego ma stracić prostotę? To są wszystko dla mnie rzeczy niezrozumiałe, chyba tem wytłómaczone, że wychowanie jest złe, a ja o takiem wiedzieć niechcę. Niech jej ciocia, da dobre, a da jej skarb. Z takiem ona nie powstydzi się rodzicom pomagać w najcięższej pracy, i ubóstwo lżejszem się dla niej stanie.
Adryan mówił z zapałem, który hrabinę ujął, zbliżyła się doń i pocałowała go w głowę.
— Masz słuszność — rzekła — jam mówiła o wychowaniu tem tuzinkowem, pospolitem, któremu imię to dają niesłusznie, tyś je pojął lepiej. Gdybym wiedziała, że potrafię...
— Ciociu, niech głowie pomoże serce... temi tylko dwoma czynnikami coś dokonać można, one są jak dwie części składowe powietrza, którem oddychamy, żadną z nich żyć samą nie można, spojone z sobą, dają życie. Serce może się obłąkać, rozum może się omylić, we dwoje są nieochybni...
— Ja ci się oprzeć nigdy nie umiem — szepnęła hrabina — więc zobaczemy...
Adryan aż upadł przed nią na kolana, pochwycił jej ręce, całując z zapałem i wybiegł szybko.
Nazajutrz, jakby się wstydził pokazać po tej wieczornej scenie, Adryan pojechał do pana Teodora. Godzina była, w której się go zastać spodziewał, a nie znalazł. Powiedziano mu, że jest na folwarku.
Nie pytając co się tam działo, niespodziewając się, ażeby mógł być natrętnym, Adryan poszedł znajomą przez ogród drożyną. Zbliżając się ku dworowi, postrzegł w podwórzu kilka bryczek i jeden koczobryk wyświeżony, ludzi pełno kręciło się około domu. Okna były otwarte, a przez nie gwarna i wesoła dolatywała rozmowa. Wstrzymało to nieco pana Adryana, który nie uważał, że chłopak go wyprzedził i dał znać panu Męczyńskiemu o jego przybyciu. Już chciał się zawracać, gdy razem pan Teodor i Zamorski w granatowym fraku, białej kamizelce, nankinowych spodeńkach, wybiegli naprzeciw niemu.
— Prosimy pana! prosimy!
— Wpadam tu niespodzianie na uroczystość jakąś, bardzo przepraszam.
— Żadna uroczystość, panie dobrodzieju! Do ubogiej chaty kilku łaskawców raczyło przybyć, aby być świadkami szczęścia rodziców. Panie dobrodzieju, mojej córki Michaliny zaręczyny z Maciorkiewiczem....
Nie było się wymówić sposobu. Na ganek z kieliszkami wychodziła już szlachta, kilku z zawiesistemi wąsami tarabatkowych, dwóch we frakach jakby z archeologicznego zbioru pożyczonych, wreszcie Maciorkiewicz, ładny chłopak ubrany ad hoc wykwintnie, z wąsami blond i bródką podstrzyżoną. Trzeba się tedy było przedstawić szanownemu towarzystwu i pójść powinszować zarumienionej pannie, ubranej w białą suknię z pąsowemi wstęgami. Zupełnie podobnie ustrojona była Liza, której ufryzowane włosy spadały w puklach na białe ramiona. Matka dnia tego miała złoty łańcuch na szyi i zegarek.
Pan Teodor po kilku kieliszkach węgrzyna, ze szczególnem zuchwalstwem uśmiechał się do pięknej Lizy, która go jawnie i oczywiście kokietowała. Fortepian stał otworem, bukiety gdzie się tylko mogły zmieścić. Na stole już zburzonym szturmem, jaki doń przypuszczano, cały zastęp butelek i plama od czerwonego wina świadczyła o gościnności gospodarzy. Niesiono już kielich panu Adryanowi, dla spełnienia za zdrowie przyszłej pary.
Maciorkiewicz tego dnia był najnieszczęśliwszym z ludzi; serce go ciągnęło ku narzeczonej, a Misi się zdawało, że przyzwoitość wymagała, aby się dlań okazywała jak najchłodniejszą, odsuwała się więc od niego z przesadzoną skromnością. Za to Liza uśmiechami, wejrzeniami, słówkami, obdzielała wszystkich, co się nią zachwycali, a najobficiej pana Teodora, który dybał na nią widocznie, stawał przed nią bezwstydnie z kieliszkiem i całując w ręce nieustannie, szósty raz pił jej zdrowie. Matka udawała, że nie widzi, ojciec, że nie rozumie. W panu Teodorze zdawała się odbywać walka wewnętrzna, której płomień wino podsycało. Ujął Adryana za rękę i odprowadził go na stronę.
— Proszę cię, kochanie moje, przypatrz się tej dziewczynie. Hebe! powiadam ci.
— Hebes! — pomyślał Adryan, ale głośno się odezwał: — Weź-że ją waćpan, aby mu nektar nalewała całe życie.
— Tak, ale, ba! — zawołał Męczyński — zapewne, a lata! Młodym się to ja czuję, a jednakże rachunek, rachunkiem. No, i ten świat, ten świat...
Wskazał nieznacznie na taratatki.
— Z dziewczyny jeszcze zrobiłoby się może co należy, bo instynkt ma przedziwny, a no, rodzice, krewni, cioteczni, wujeczni, stryjeczni, wszystko to rękawiczek nie nosiło chyba na niedzielę i wełniane. Bigosem karmione, chustki do nosa uważa za luksus i po francuzku ani w ząb!
— Tak, to prawda — szepnął Adryan — ale Hebe.
— A oczy! patrzaj tylko — mówił Teodor — taż to błyskawice z nich lecą i pioruny, w samo serce. A biust! proszę cię, biust! marmur żywy... a..
Przerwał, bo się właśnie Liza zbliżała, jakby czuła, że na nią patrzą i chciała się jeszcze bliżej pokazać w całym blasku. Pan Teodor zawołał:
Pijemy pani zdrowie!
— A! panie — zawołała trzpiotnica — państwo mi wszystkie zdrowie wypijecie. Dość już tego.
— Ja nie tyle się obawiam o zdrowie pani — zawołał Adryan — co o pana Męczyńskiego, upija się zarówno winem i wzrokiem pani i gotów postradać przytomność.
— O! o! panowie jej zawsze macie dosyć, ażeby z nas sobie żartować — odpowiedziała żwawo Liza — wszystko, co mówicie, ma pozór słodyczy i grzeczności, a w istocie to tylko niemiłosierne szyderstwo.
— Zkądżeś pani się nauczyła takiej niewiary? — spytał Adryan.
— Pani, co jeszcze z wieku złudzeń i marzeń nie wyszłaś — dokończył Teodor.
— I my mamy trądycye nasze — odpowiedziała Liza.
— A! więc to przestrogi mamy! — rozśmiał się Teodor — ale niech pani wierzy, że mężczyzni są, jak djabli, nie tak czarni jak ich malują.
Porównanie do djabłów rozśmieszyło Lizę, spojrzała na Teodora, którego twarz rozczulona winem i widokiem Heby, dziwnie sentymentalnie była wykrzywioną, Adryan także się uśmiechnął.
— Ja ręczę za mego przyjaciela pana Teodora, że wcale czarnym nie jest, mimo wszelkich tradycyj, ma tylko tę wadę, że jest nieśmiały, pani powinna mu dodać odwagi.
Ostatnie słowa wyrzekł ciszej, tak, by ich pan Teodor nie słyszał, dziewczę bystro spojrzało na Adryana, dając mu niby znak, że go zrozumiało, i zwróciło zwrok na Teodora, który oczów z niej nie spuszczał.
— Żal mi mojej Misi — rzekła figlarnie — najprzód moje prawo starszeństwa stracone, potem towarzyszka i przyjaciółka mi ubywa, naostatek, lituję się nad jej losem.
— Przecież to małżeństwo nie przymuszone rzekł Teodor — ale z przywiązania i wzajemnej skłonności.
— A ktoby tam wierzył w męzkie przywiązanie — zawołała Liza.
— Czy i to należy do tradycyi? — spytał Adryan.
Liza się śmiała spoglądając na pana Teodora, wyzywając go oczyma; Męczyński zbierał się na jakąś ostrą i strzelistą odpowiedź, ale się lękał powiedzieć za wiele.
— Pani — rzekł wreszcie — niech się wszystkie kobiety boją, niech nie wierzą, ale nie godzi się tak mało ufać sobie, pani, co masz oręż na podbicie serc najtwardszych... w wejrzeniu, w uśmiechu, w głosie, w dowcipie...
— I w czem-że jeszcze więcej? — spytała Liza.
— I w całej swej uroczej postaci... i...
— Dziękuję panu — zawołała Liza — a jednak z całą tą postacią, nie mogłam uprzedzić Misi i nieznalazłam dotąd dla siebie Maciorkiewicza.
Imię to wymówiła z pewnym żartobliwym przyciskiem, pan Teodor pomyślał o możliwości pokrewieństwa z Maciorkiewiczami i dreszcz go jakiś przeszedł, ostygł znacznie i zamyślił się. Dziewczę to postrzegło i oczyma znowu ogrzewać go zaczęło, a że kieliszek był wypróżniony pobiegło po butelkę by go nalać, wymagając, aby pan Adryan i Męczyński wypili zdrowia, które zalegały. Stało się jak kazała.
Towarzystwo niezmiernie było ożywione, gwar panował w pokojach i w ganku, Liza pomagała matce, biegała więc ciągle i chwilami tylko zbliżała się do Teodora, który ją ścigał oczyma.
— Na miejscu pańskiem — szepnął Adryan — nie czułbym się bezpiecznym przy takiej zwodnicy, zobaczysz pan, że padniesz jej ofiarą.
— Niebezpieczeństwo jest w istocie wielkie — odezwał się wzdychając Teodor — ale między nami mówiąc, serce moje nie jest zupełnie wolnem.
— Nie zupełnie? więc kątek jakiś zajęty? — rozśmiał się Adryan — nie mógłbym się dowiedzieć przez kogo?
Teodor napił się wina, westchnął i rzekł z powagą.
— To moja tajemnica, kiedyś, może, ale dziś jeszcze jej zdradzić nie mogę. Dziewczę, to bawi mnie, to prawda, lecz rozum każe stronić od pokusy. Chodźmy.
Wyszli obaj na ganek, gdzie męzkie towarzystwo rozprawiało o koniach, o gospodarstwie, o myśliwstwie i innych sympatycznych przedmiotach. Adryan miał zręczność przypatrzeć się po raz pierwszy temu szczerości pełnemu, serdecznemu kółku poczciwej szlachty, która była najpewniejsza, że ogromne brzemię pracy dźwigała na swych ramionach. Stękali wszyscy, kieliszki krążyły do koła, a pracowitsi upominali się o karty do preferansa i wista, aby nie próżnować.
Teodor zaledwie się schroniwszy tu od pokusy, i porzuciwszy Adryana, prawie natychmiast wciągniony wzrokiem Lizy, powrócił znowu do pokoju. Nigdy może tak wielkie mu nie groziło niebezpieczeństwo. Dziewczę, jak ostrogą ukłute zaręczynami siostry, dobijało nieszczęśliwego Męczyńskiego, który się bronił tylko wspomnieniami hrabiny trochę, a nazwisko Maciorkiewiczów...
Rodząca się namiętność zaczynała sofizmatami zasłaniać się od napaści. Można się przecież było wynieść gdzieś tak daleko, aby tam o Maciorkiewiczach słuch nie dochodził. Liza tego dnia wydawała mu się tak piękną, tak pełną życia! Nie właściwiejże było jej młodością dopełnić swej dojrzałości, niż sprzęgać dwie istoty przeżyte, jak on i hrabina?
Wszystko to mówił sobie pan Teodor, i już, już nabierał odwagi do stanowczego kroku, gdy wiekowi właściwa obawa i brak tej woli sprężystej, co do czynu popycha, cofały go i onieśmielały.
Lizie zdawało się, że już dosięga celu, gdy nagle stary kawaler stygł, ziąbł, zamyślał się i milczący odchodził. Stało się to i teraz, bo zaledwie kilku słowy począł sentymentalną rozmowę, która daleko bardzo, z pomocą zręcznej współuczestniczki, zaprowadzić go mogła, gdy się Maciorkiewicz nawinął, oblał go już zimną wodą i pan Teodor na ganek powrócił.
Adryan, zdrajca, skorzystał z tego i wsunął się do salonu, w którym panna starsza gospodarowała.
— Co też pani za nielitościwą jesteś — rzekł — dla tego nieszczęśliwego Teodora!
— Ja? ja? — niby przestraszona spytała Liza — nie rozumiem.
— Rozumiesz pani doskonale — mówił Adryan — a gdybyś nie rozumiała, to się domyślisz. Niegodzi się tak męczyć tego biednego człowieka. Wszakże on widocznie najokrutniej jest zakochany.
— W kim? — z udaną powagą spytało dziewczę.
— No, nie powiem, jeśli pani nie wiesz — rozśmiał się Adryan — ale rachuję na to, że tej osobie w której on się tak zapamiętale kocha, zechcesz pani powiedzieć, aby mu trochę odwagi dodała. Pan Teodor jest mąż dojrzały — mówił żartobliwie ciągle chłopak — a w jego wieku ludziom zbywa na silnej woli, potrzebują aby im zadać nieco gwałtu, aby im litościwą dłoń podać. Pani mnie rozumie?
— Nie zupełnie — odparła Liza — bo zkądże pan wiedzieć możesz, czy ta osoba, ten ktoś, życzy sobie ośmielać pana Teodora, a nie przeciwnie?
— Spodziewam się tego — odezwał się Adryan — bo pan Teodor jest człowiek miły, dobry, zacny i godzien sympatyi.
— Ale sympatye się rodzą, a któż wie?
— Jeśli jej nie ma, nie trzeba przynajmniej zostawiać go w błędzie, i okazać mu, że może sobie szukać jej gdzieindziej.
— Przepraszam pana — śmiejąc się i mrużąc oczki rzekła Liza — daj mi pan słowo, że powiesz prawdę! Czy proszono pana o pośrednictwo?
— Daję słowo, że nie — odparł Adryan.
— Więc tak, przez miłosierdzie nad tym nieszczęśliwym?
— Nie inaczej.
— Cóż to za dobre serce! — parsknęła Liza spoglądając mu w oczy.
— Pani jesteś tak zachwycającą istotą — zakończył Adryan — że każdy by jej służyć pragnął, ale jesteś niedoświadczoną, przynoszę więc tylko dobrą radę, ot tak, czy się zda na co, czy nie, i rzucam ją pod nóżki pani, choćbyś ją zdeptać miała.
Liza się zarumieniła czując odgadniętą, zakręciła się, spojrzała bystro, nieodpowiedziała nic i uciekła.
Zatrzymano Adryana mimowoli, chociaż po razy kilka brał za kapelusz, chcąc się wysunąć. Zamorski miał na to sposób doskonały: zaczynał zaraz utyskiwać nad tem, że zapewne takie towarzystwo hreczkosiejów i ich proste, wiejskie przyjęcie, do smaku paniczowi być nie mogło. Naturalnie trzeba było czynem protestować przeciw temu przypuszczeniu i zostać na dłużej. Nad wieczór, podano przez pożyczanego kuchmistrza wystylizowany obiad, do którego i gość przypadkowy zasiąść był zmuszony. Teodor znalazł się, istotnie mimowoli, koło Lizy, zdawało się to być w przeznaczeniu.
Naprzeciwko posadzono Adryana, który mógł czynić postrzeżenia nad bardzo trafną metodą kokietowania na przemiany zaczepnego i odpornego panny Lizy. Potrafiła ona do końca obiadu tak wyłącznie opanować dziedzica, że nie obawiając się nawet oczów licznych świadków zwróconych na siebie, cały nią tylko był zajęty, a gdy od stołu wstawano, podał jej rękę i przy czarnej kawie jeszcze poczętą przeciągał rozmowę.
Ku wieczorowi potrafił wreszcie Adryan, z wielką przebiegłością zdobywszy swój kapelusz, wysunąć się przez ogród, aby powrócić do Zamostowa. Już oddychał swobodniej po tej wrzawie, gdy szybkie kroki usłyszał za sobą i uczuł się za rękę pochwyconym. Był to pan Teodor, który z odkrytą głową wymknął się za nim i cały zdyszany zawołał mu nad uchem:
— O... włos!
Niezrozumiały był ten wykrzyknik, ale wnet nadszedł komentarz.
— Co? — spytał Adryan.
— O włos, żem głupstwa nie zrobił — westchnął stary kawaler — dziewczyna mnie opętała, miałem już na ustach słowo, któreby mnie było związało! Szczęściem, wczas rozum przyszedł. Już nie powrócę do nich, nie, nie... Dosyć tego igrania z ogniem.
— Szanowny panie — rozśmiał się chłopak — ale dlaczegóż nie masz odwagi, jeśli na ochocie nie zbywa?
— Tak! zapewne, ale widzisz... Te dwie metryki, a potem, widzisz, ci Maciorkiewicze, a naostatek, to śliczne dziewczę może odszedłszy od ołtarza dopiero przekonać się, że kochać mnie nie potrafi. Nie! nie! nie!
Pan Teodor po obiedzie był trochę zanadto ożywionym i szczerszym niż kiedykolwiek.
— Wiesz co? — rzekł — dla mnie ideałem jest nie ta pokusa, ale, już ci się przyznam, twoja ciocia. Przed nią bym padłszy na kolana oświadczył się w pięć minut, gdyby na mnie okiem rzucić raczyła!
— Ah! — zawołał Adryan zdziwiony — bardzo mi pana żal, żeś tak niewygodnie swój sentyment umieścił. Ciocia była długo nieszczęśliwą, i nie wiem, by drugi raz chciała iść do ołtarza. W najszczęśliwszym razie, zresztą, czyż nie widzisz pan, że stokroćbyś był z nią w trudniejszem położeniu, niż z tą różową i białą pokusą, dla której sam możesz być ideałem, i która cię słuchać będzie, gdy z moją ciocią...
Niedokończył.
— Rozumna uwaga, za którą dziękuję — odpowiedział Teodor — ale cóż, gdy tam serce ciągnie.
— A do Lizy?.
— E! to płocha pokusa.
Zaczęli się śmiać, pan Teodor odprowadził Adryana go ganku, pożegnał go, postanowił jak najmocniej na folwark już nie powracać, zasiadł w swoim pokoju, ale w kwadrans, Zamorski, Maciorkiewicz i trzech obywateli przyszli za zbiegami, aby ich prosić, by towarzystwa nie pozbawiali tak drogiej ozdoby i uczynili mu zaszczyt dotrwania z niemi. Andryana już nie znaleziono. Teodor padł ofiarą, powracać musiał, pił znowu i całego rozumu swego potrzebował, by po wieczerzy sam na sam w oknie stojąc z Lizą, nie wyrzec nieodwołalnego słowa.
Tego dnia jednak na wargach mu drgając, nie przeszło ich. Teodor został ocalony. Liza nad rankiem rozbierając się w swoim pokoiku, zamyślona, tupała nóżką zniecierpliwości.
— To niegodziwy uwodziciel i zdrajca! — mówiła — gdybym się nie wstydziła, płakałabym ze złości. Doprowadzi zawsze prawie do... do ostatniego słówka, zdaje się, że już nic a nic nie braknie, tylko dokończyć syllabę. Nie! tej jednej syllaby niczem mu z ust wyciągnąć nie można. O! czekaj pan! gdy się pobierzemy, bo ja muszę być jego żoną, odpłacę za to, chybabym nie żyła! odpłacę!
Męczarnie pana Teodora w inny tylko sposób powtarzały się na pustelniku... Powrócił do zamku z odwiedzin w Zamostowie, w stanie ducha, który go przerażał. Zostawszy sam na sam z sobą, czuł się rozgorączkowanym, pomięszanym, a co najgorzej, niepewnym własnych wrażeń i ich następstw.
Wieczór był gdy się z Adryanem rozstali, i pan Krzysztof przeszedłszy pieszo ścieżynkę od krzyża do zamku, znalazł się w spokojnym swoim dziedzińcu, okolonym murami, a dwa Hermesy, stary i młody, wyszedłszy na spotkanie, lizały mu ręce, skacząc i witając.
Cisza i spokój tej kamiennej trumny, otoczyły go znowu, ale do koła głowy czuł ulatujące jak mary, słowa, dźwięki, wspomnienia, nawet nadzieję. To ukojenie, którem go karmiła jego pustelnia, już z niej uciekło, została tylko grobowa cisza i tęsknota. Minął dziedziniec, nie powitał słowem starego sługi, poszedł roztargniony wprost na górę do swojej izby.
Na stoliku stał przygotowany talerz poziomek, przysłany przez Dosię, pan Krzysztof spojrzał nań i nietknął. Stary przyniósł świecę i postawił przy oknie, na zwykłem miejscu, ale próżno czekał, aby mu co powiedział pan Krzysztof i wysunął się w końcu z westchnieniem.
Znał on już z oznak zewnętrznych, ten stan duszy swojego pana, który zburzonym będąc zwykle, błędny, godzinami bił się po swem mieszkaniu, jak w klatce! Tym razem tylko zapomniał o towarzyszce zwykłej swych dumań — o fajce. Z rękami zaciśniętemi na piersiach, z głową spuszczoną, chodził, stawał. Powtarzał sobie każde słowo Wandy, od pierwszego z nią spotkania w parku aż do pożegnania, każde z nich tłómaczył, rozbierał, ważył. Nie ze wszystkich swych odpowiedzi był zadowolonym, znajdował, że więcej, że szczerzej mógł się wynurzyć przed nią, zdawało mu się, iż powiedział za mało, a nie to, co był powinien. Wnikał w jej duszę, i nie był pewnym, czy ją zrozumiał. Wszystko dlań było wątpliwem.
Czasami znajdował w niej dawną swą ukochaną Wandę, znajomą, to znowu, inną, drugą, podobną do tamtej, ale ostygłą i niewiary pełną.. Dwie jakby postacie łączyły się w jednej, dwie twarze miała ta żywa, oblicze umarłej i rysy wskrzeszonej.
Z przestrachem porywał się za piersi, w której serce biło: znowu czuł, że kochał, że dał się wyciągnąć do świata żywych i że strącenie go napowrót do mogiły, byłoby śmiercią straszliwszą nad tę, którą się przemęczył.
Co miał począć? sam nie wiedział, dokąd uciec? czy z przeznaczeniem się zgodzić i odrobiną kropelką zwilżając spiekłe usta, czekać, aż ducha z nich resztka uleci.
Pomimo tej mocy, jaką miał nad sobą, pan Krzysztof przekonał się, surowo badając, że do dawanego stanu powrócić nie potrafi. Do szczęścia nie miał ni prawa, ni nadziei osiągnięcia go, ale dla czegóż miał odpychać cień jego?
Rozmyślając wpadł na to postanowienie, iż mu starczy widzieć, słyszeć, być przypuszczonym przed jej oblicze i karmić się okruszynami. To dlań było dozwolonem, dlaczegóż miał chcieć wszystkiego lub nie, i nie przyjąć w pokorze jałmużny? Dawniej byłby pewnie oburzył się sam na taki wydział połowiczny szczęścia, na cień jego, zamiast rzeczywistość; dziś gotów był przyjąć nie wiele, aby nie wracać do pustyni i ciszy.
Zamek wydał mu się ponurym, brudnym, nieznośnym. Na ścianach jego wisiały wszędzie wspomnienia męczarni długoletnich, jak te zeschłe głowy i ćwierci ciał, które na grozę zbrodniarzy dawniej na blankach twierdz rozwieszano.
Dumając, ani się spostrzegł, jak świeca dogorzała w lichtarzu, zasyczała i zgasła. Znalazł się sam, w ciemnościach, a przez szyby okien wpadał brzask dnia wczesnego, który już na wschodniem rodził się niebie. Zmęczony rzucił się na posłanie. Jedynym ratunkiem na ten stan niepokoju, było znużenie cielesne.
— Jutro w las! w las! — rzekł, kładąc się — kilka dni w ostępach, kilka nocy na barłogach, głód, trud, bezsenność, złamią i... uleczą.
Gdy się zbudził, słońce już było wysoko, obawiając się jakiej przeszkody, natychmiast porwał strzelbę, zawołał Hermesa, zapowiedział w domu, że nie powróci pewnie dni kilka i uciekł ścieżyną w głąb swych lasów.
W torbie miał trochę chleba, trochę wody w blaszance, i flaszeczkę z wódką; starczyło mu to na długo. Jagody w lesie koiły pragnienie, i zaspokajały głód, wreszcie miał zawsze chatę Wilczków, jako schronienie, gdyby się czuł nadto znużonym.
Błądzenie to po lesie, dawniej tak skuteczne, teraz wszakże prawie było niepodobnem. Siadał co chwila i dumał, lub roztargniony rozbijał się o drzewa. Ptastwo i zwierz pierzchały mu prawie z pod nóg bez wystrzału.
Dwa dni i dwie noce spędził w takiej wędrówce bez celu, po różnych zakątach, nie zaglądał nawet do Wilczków, bo i tam lękał się znaleźć wspomnienia i zamiast pokoju, rozdraźnienie nowe. Wreszcie znużenie i wyczerpanie zupełne, trzeciego dnia zaprowadziły go do zagrody leśniczego po południu.
Dosia spostrzegłszy go zdaleka, jak zawsze, wybiegła na spotkanie i zabrała mu torbę i strzelbę, pocałowawszy go w rękę. Spojrzała mu w twarz i znalazła go bardzo mizernym i bladym.
— Znowu pan pewnie kilka dni po lesie błąkać się musiał, bo widać, jak okrutnie zmęczony. No, czy to się godzi. Pan mnie nauki daje, a mógłby mnie posłuchać.
Wyszła i pani Wilczkowa.
— Pewnie pan głodny! Słyszę trzeci dzień, jak z zamku! — miłosierny Boże, a toż się pan zamęczy!
Pan Krzysztof nic nie odpowiadając siadł na przyźbie. Zakręcili się zaraz wszyscy, aby go czem posilić. Wilczek, który już od półtora dnia niespokojny zdaleka się za nim włóczył niepostrzeżony, także nadszedł z innej niby strony do domu. Dosia, która dawniej umiała go rozweselić i usta mu rozwiązać, tego dnia mimo szczebiotania, dokazać tego nie mogła. Patrzał na nią nie widząc i milczał. Podano na prędce co w chacie było gotowego, bo się go po troszę spodziewano, pan Krzysztof ledwie czego dotknął i zabierał się spoczywać, gdy drogą po nad zagrodą ujrzano posuwający się powóz, któremu się kazano zatrzymać.
Nie dostrzegłszy jeszcze, kto w nim był, pan Krzysztof natychmiast pierzchnął z ławy, na której siedział i schował się do dworku.
Z powozu wysiadała właśnie hrabina Wanda, która przybyła sama jedna, nie wziąwszy nawet z sobą nieodstępnej towarzyszki, panny Kornelii. Służący tylko szedł za nią.
Do dworku Wilczków rzadko kto, mimo jego położenia nad drogą zachodził, zdziwili się więc wszyscy postrzegłszy piękną panią, która zwolna, rozglądając się weszła na podwórko i skierowała się ku chacie. Wilczek znał hrabinę z widzenia, i jako gospodarz posunął się na jej przyjęcie. — W progu dworku stała opodal nieco Dosia, fartuszek trzymając pod brodą, wcale niezmięszana tem niespodziewanem zjawiskiem. Trochę głębiej za nią, bojaźliwie wyglądała sama Wilczkowa. Grzmilas był zamknięty, a Hermes pana Krzysztofa, który dla pań pięknie ubranych miał poszanowanie, wystąpił z Wilczkiem na powitanie z taką uprzejmością, jakby był jej dawnym i dobrym znajomym.
— Choć nieznajoma panu Wilczkowi — odezwała się hrabina — ale znając go z jego gościnności, pozwoliłam sobie zajść tu, aby chwilkę spocząć... a jeśli będziecie łaskawi mi dać szklankę mleka...
— Pani hrabina — odezwał się stary kłaniając — wcale nie jest nam nieznajomą. A któż to pani na, okół nie zna, i kogo pani kiedy nie poratowała? Toć to szczęście takiego mieć gościa... bardzo proszę — mówił prowadząc. — Dosiu! — zawołał — krzesełka..
Hrabina ciekawem okiem rzuciła na dziewczę, ale jej znikło. W chwileczkę potem niosła jej zarumieniona stołek i ustawiała go przed dworkiem. Miała więc pani Wanda czas dobrze się jej przypatrzeć. Dosia była, jak na dzień powszedni, ubrana bardzo skromnie, w koszuli, kaftaniku, spódniczce ciemnej i fartuszku nie bardzo białym. Nie miała nawet trzewików, a ręce zakasane po za łokcie, zarumienione i opalone. Już chciała uciekać Dosia, gdy hrabina chwyciła ją za rękę i zatrzymała.
— Zatrzymaj-że się, moja piękna Dosiu — odezwała się słodkim głosem, wesoło — tylem o was słyszała, że radabym poznać bliżej.
Dziewczę wcale bojaźliwem nie było.
— Pani słyszała o mnie? A od kogóż? — zawołała.
— A! od bardzo wielu osób.
— Od wielu! — powtórzyła Dosia myśląc — to już nie wiem, bo my tu mało kogo widujemy. Chyba, jak nasz pan był chory, to tu więcej się czasem gości trafiało, a tak...
— Pusto tu, cicho, ale ładnie — mówiła hrabina — a nie tęskno?
— Tęskno? a dlaczegóżby tęskno być miało, tać to raj, proszę pani — szczebiotało zupełnie już ośmielone dziewczę. — Taki śliczny las dokoła, łąki zielone, cicho, tylko pracować i modlić się, a Pana Boga prosić, aby ztąd nie wypędził.
— Szerszego świata nie jesteś ciekawa? — zapytała hrabina, a ojciec odpowiedział, uśmiechając się, za nią.
— My tu wszyscy swojemu radzi.
— Przecież — odwracając się ku niemu rzekła Wanda — Dosi by nie zawadziło i coś widzieć i trochę się rozpatrzeć.
— A jej to po co? — odezwał się Wilczek — wysokiej edukacyi my nie potrzebujemy, a co dla zbawienia duszy wiedzieć potrzeba, to się nauczyło.
— Główkę, słyszę, ma Dosia bardzo otwartą — wtrąciła hrabina.
— A no, na to się skarżyć nie mogę — począł Wilczek — dziewczyna roztropna.... Com też ja umiał, a z książek miał i wiedział, tem się z nią podzieliłem.
Hrabina wpatrywała się w nią bacznie, ale i Dosia równie ciekawa badała strój, twarz i każdy ruch pięknej pani.
— Pewnie to najlepsza nauka, co z ojcowskiego serca płynie — ciągnęła dalej Wanda — ale pan Wilczek na to nie może mieć widzę czasu.
— A ja też, proszę pani — odezwała się Dosia. — O! żeby tak czas! jabym się uczyła bardzo chętnie i czytała a czytała, ale matce trzeba pomódz, a tu koło domu dużo roboty. Mamy proszę pani krówki i ptastwo, i gospodarstwo, no i o krośnach nie można zapomnieć, a ogród, to też pilności potrzebuje. Dzień od brzasku do wieczora jak mignął, i już go nie ma. Chyba w święto, albo w niedzielę, to się tam jaką godzinę poczyta.
— Ale to prawdziwie szkoda — mówiła hrabina — że przy takiej ochocie tak mało czasu. Coś by na to poradzić potrzeba, panie Wilczek.
Zamilkła chwilę, jakby się namyślała.
— Juściżby się kimś posłużyć znalazło, a Dosię by doprawdy trzeba dać jeszcze na naukę.
— A! niech Pan Bóg broni! — zawołał Wilczek — niech Matka Boska uchowa. Jabym ze strachu zdechł, żeby mi poczciwego dziewczęcia nie popsuli, a głowy mu nie przewrócili!
Dosia się uśmiechnęła, kręcąc głową.
— Bo by też można Dosię powierzyć nie na takie ręce, gdzie sumienia nie ma.
— Ale nie! nie! — dodał Wilczek — lepiej tak jak jest!
Całej tej rozmowy przez na wpół otwarte okno dworku słuchał pan Krzysztof i serce mu biło. Czuł się wzruszonym, rozrzewnionym prawie. Usposabiał go ku temu stan jego duszy. Chciał wyjść, pokazać się, wmięszać do rozmowy, i nie śmiał, kilka razy poruszał się już i wstrzymywał, wreszcie nie mogąc wytrwać tak dłużej, wyszedł z chaty.
Wanda obróciła się słysząc kroki czyjeś, postrzegła go i mocno się zarumieniła. Krzysztof miał twarz wypogodzoną, tak, jak jej nie widziała jeszcze.
Zbliżył się z uśmiechem ją witając.
— Nie mogę dłużej podsłuchiwać rozmowy — rzekł — i siedzieć w ukryciu... Przychodzę za moją wychowankę podziękować.
— Siadaj-że pan — odezwała się hrabina, a kiedy los tak zdarzył, że tu jesteś, czemum niewymownie rada, musimy razem coś dla tej miłej wychowanki obmyśleć, nieprawdaż?
— A możemy się posprzeczać? — zapytał Krzysztof, któremu Dosia właśnie drugi stołek przyniosła i ustawiła. Chciała odejść zaraz, lecz hrabina dała jej znak by pozostała.
— Sprzeczajmy się, byleśmy się nie gniewali, gniew własny i cudzy ciężą na duszy.
— Słyszałem, żeś hrabina życzyła dla Dosi wychowania i nauki... mnie się zdaje — rzekł Krzysztof — iż jest pewien stopień obojga wystarczający do rozwinięcia moralnej strony człowieka, bez niepokojenia go i przeszkadzania mu do jego powołania... Dosia właśnie jest w tym stanie szczęśliwym, który starczy jej potrzebom. Nauka czasem bywa, jak fabrykowane piwo, zamiast koić pragnienie, budzi je do nieskończoności.
— Tych wszystkich obaw ja nie podzielam — odezwała się Wanda — im człowiek staje wyżej, tem widzi lepiej. Nauka, to uzbrojenie do życia, nadto go mieć nie można.
— Nie chcę się sprzeczać z panią — po cichu dodał Krzysztof — zwłaszcza, że życzenie jej z tak pięknych wypływa pobudek.
— Szczególniej z tej, że jak wszyscy mówicie i ja sama widzę — przerwała hrabina — zdolności są wielkie, których zagrzebywać nie należy.
— Więc cóż? oddamy ją na pensyę? ah! — zawołał Krzysztof — biedne dziewczę wymęczyłoby się okrutnie.
— Ale nigdy w świecie — poczęła żywo Wanda — trzeba, żeby ktoś z miłością i poświęceniem się nią zajął.
— Gdzież znaleźć kogoś takiego.
Hrabina zmilczała nieco, podniosła głowę, spojrzała na Krzysztofa i uśmiechnęła się.
— A mnie byście ją nie powierzyli? — spytała — mieszkam tak blizko, że ojciec i matka widywać by ją mogli, onaby do nich dojechać i dojść nie miała trudności, jabym miała zajęcie, a w dodatku pan Krzysztof dla wychowanki przyszedłby mnie też może czasem odwiedzić.
Uszom swym nie chciał wierzyć stary, a Dosia poczęła patrzeć z większą coraz uwagą na hrabinę.
— A! pani — zawołał Krzysztof — to chyba niepodobna, takie poświęcenie.
— Ale to byłoby najmilsze w świecie zajęcie, jabym to za łaskę poczytywała.
Dosia wcale nie opierała się rzuconej myśli, rozbierała ją w duchu.
Przywołano Wilczka, który się był usunął.
— Słyszysz, co hrabina wnosi — rzekł Krzysztof — radaby Dosię wziąć na jakiś czas do siebie.
— Do garderoby? — spytał Wilczek marszcząc się.
— Nie, nie, do mnie, przy mnie by była, czytałybyśmy razem i bawiłybyśmy się rozmową. Kiedy niekiedy mogłaby tu przyjechać.
Stary poszedł w rękę pocałować hrabinę, oczy mu pojaśniały.
— Ale czyżby to mogło być? a..
— Gdyby jej ale i nieznośnie było, wszakżeby każdego czasu powrócić do was mogła.
W ten sposób rozpoczęło się traktowanie o Dosię, a ta milcząc słuchała go nie odzywając się ani słowa. Mówiono za i przeciw, wezwano matki, która niepewną była, czy ma się cieszyć, czy płakać, naostątek wyrok o sobie zostawiono jej samej.
Hrabina patrząc jej w oczy ujęła jej opaloną rękę i spytała:
— Jakże ci się zdaje, możesz mi zaufać? chcesz jechać ze mną?
Stała Dosia milcząca, spojrzała na Krzysztofa, który po sobie nic poznać nie dawał, na ojca milczącego także, na matkę widocznie zaniepokojoną, zdała się ich pytać i badać, jakie to na nich uczyni wrażenie.
— Jeśli rodzice i opiekun pozwolą — rzekła — a no, to z ochotą, tylko matusi trzeba kogo dać, coby jej pomagał, bo sama nie wydoła, ale gospodarstwo upadnie.
— O tem ja pomyślę — zawoła hrabina.
Dosia przyklękła u kolan Wandy.
— No, to mnie pani bierz, jeśliś łaskawa, będę cię słuchać jak matki.
Pocałowawszy ją w obie ręce, pobiegła ojca, matkę i pana Krzysztofa całować rozradowana i wzruszona. Nagle spojrzawszy po sobie, stanęła, jakby przestraszona.
— Ale jak ja się tak we dworze pokażę! a! mój Boże! to się dopiero ludzie będą śmieli! Tu w chacie wszystko dobre, ale tam...
— Na to, poradziemy! — szepnęła hrabina — ja jutro po was przybędę ze wszystkiem, co potrzeba; pojedziesz ze mną.
Ktoby się był przypatrzył panu Krzysztofowi, jak się wśród tej rozmowy mienił, jak chłód z siebie zrzucał, jak coraz śmielej zbliżał się do hrabiny, zdziwić by się musiał nagłej metamorfozie. Szczęście, którego, doznawał, przeistoczyło go zupełnie, dawna owa dobra, łagodna, żywa i śmiała Wanda znowu stała przed nim. Miał prawo zbliżyć się do niej, mówić, patrzeć, czegóż mu więcej było potrzeba? Wychowanka stawała się węzłem, który łączył ich na nowo.
Hrabina także czuła się tego wieczora szczęśliwszą, niż od dawna była, nie wiedząc czem, dobra myśl, dobry uczynek wlał w nią życie, którego jej brakło. Ucałowawszy Dosię i szepnąwszy jej na ucho, że jutro przyjedzie z południa po nią, siadła do pojazdu i odjechała. Gdy znikło im z oczu to zjawisko, dopiero się całej rodzinie rozwiązały języki swobodniej. Wilczkowa zaczęła płakać nad utratą córki, znajdowała tyle niebezpieczeństw na dworze, iż jej od siebie puścić znowu nie chciała, ojciec sam nie wiedział co począć, pan Krzysztof milczał. Trzeba się było dać wszystkim myślom i uczuciom wydobyć, wymówić i samym się przewalczyć. Ku wieczorowi w istocie uspokoiła się matka, ojciec rozweselił, a Dosia, która na chwilę nie straciła odwagi i nie zachwiała się gdy jej wolę zostawiono, oświadczyła stanowczo, że pojedzie. Wreszcie i pan Krzysztof był w końcu za tem, ale bez łez i troski obejść się nie mogło tak ważne postanowienie, a matce zawsze ta mila odległości wydawała się gdzieś za światem. Dosia raz w tydzień obiecywała odwiedzać rodziców.
W rozmowie też nieznacznie wspomniała hrabina, że jej siostrzeniec odjeżdża i zapewne przez czas długi w Zamostowie bywać nie będzie mógł, dla nauk, które musiał dokończyć. Wpłynęło to wielce na zgodę ze strony pana Krzysztofa.
Panna Kornelia, która przejażdżką hrabiny była wielce zaintrygowaną, gdyż celu jej nie wiedziała, a domyślała się jakiegoś niebezpieczeństwa, czekała na powrót niecierpliwie. Wanda wysiadła w dobrym humorze, weszła i powitała ją tem, że ma jej dobrą zwiastować nowinę.
— Dobrą? tom bardzo ciekawa, co też to być może — spytała Kornelia — a gdzież pani była, jeżeli zapytać wolno?
— Jeździłam po nad granicą i lasami, a odpoczywałam kilka chwil u Wilczków, gdziem spotkała pana Krzysztofa. Jestem z tego bardzo rada, bom z nim zawarła znowu zgodę i jesteśmy przyjaciołmi.
— A! i to ma być ta dobra nowina? — spytała Kornelia zagryzając usta.
— To jedna, a drugą jest, żem sobie wzięła jeśli nie na wychowanie, bo to by było może za późno, to na wykształcenie jej nieco, Dosię! córkę leśniczego.
— A! tę sławną Dosię! tę nieporównaną, którą się to wszyscy tak zachwycają.
— Tę samą — odpowiedziała spokojnie hrabina — jest-to w istocie miła i zdolna dziewczyna, chciałabym przyłożyć się w czemś do jej wykształcenia.
— Pani ją bierze do garderoby? — zapytała Kornelia.
— Wcale nie, będzie przy mnie — odezwała się hrabina — będzie ze mną.
Kuzynka zamilkła widocznie dotknięta tem, że leśniczanka miała zasiąść może obok niej na krzesełku.
— Pańska fantazyjka! droga pani — poczęła z uśmiechem ironicznym — ale ja nie mam w tem głosu, wychowasz pani koczkodana i niewdzięcznicę, głowa się jej przewróci, ale cóż to do mnie należy.
— Czasem gdy się ma dobre intencye to i fantazye mieć wolno — zakończyła hrabina.
Na tem przerwano rozmowę, panna Kornelia usunęła się zburzona i niemal gniewna.
— Zobaczemy — rzekła — jeśli położenie moje stanie się do niezniesienia, trzeba będzie inaczej pomyśleć o sobie.
Bądź co bądź z usposobienia panny Kornelii łatwo wnieść było i gospodyni, że Dosia będzie miała wiele do przetrwania ze starą panną. Zapobiegając jak najtroskliwiej stykaniu się ich z sobą, tegoż dnia gabinet przy swej sypialni kazała hrabina urządzić dla Dosi i cały wieczór temu poświęciła.
Panna Kornelia przyszła niby w pomoc, ale nie mogła się wstrzymać od ostrych słówek i żarcików. Czuła, że ofiara ta wyśliźnie się z jej rąk, już zaostrzonych na przyjęcie. Poczęła ją nazywać nie inaczej, jak faworytką. Hrabina zdawała się na to nie zważać wcale.
Adryan, który późno z polowania powrócił, dowiedziawszy się o tem, co już w całym dworze było głośnem, poleciał dziękować ciotce.
— Proszę cię, żadnych podziękowań, bo ja to nie dla ciebie czynię, ale z egoizmu, dla siebie; poddałeś mi myśl, za którą ci jestem wdzięczną. Na nieszczęście spełnienie jej musi być hasłem do twojego odjazdu. Nie mogę na to pozwolić, abyś mi ją tu bałamucił.
— Jadę — rzekł Adryan posłusznie, całując ją w rękę — wprawdzie parę dni dłużej potrzeba mi się było zatrzymać, ale te przebędę u Teodora. Ciocia ma słuszność, i ani słowa. Kiedyż przybywa wychowanka?
— Jutro!
— Więc ja raniuteńko się do Zieleniewszczyzny przenoszę.
— Jeszcze raz ci dziękuję za myśl dobrą, której się cała chcę poświęcić; zbliżyła ona do mnie i przejednała ze starym przyjacielem, panem Krzysztofem. Spodziewam się, że przed odjazdem pojedziesz do niego na pożegnanie.
Adryan spojrzał na hrabinę, mówiła jakoś tak spokojnie, tak łagodnie, że mu dodała śmiałości do wystąpienia z tem, co mu na sercu leżało...
Pocałował piękną rączkę raz jeszcze.
— Gdy się zuchwałemu raz coś uda, to on jeszcze bardziej się uzuchwala — odezwał się — niech mi ciocia pozwoli być szczerym, albo zamknie od razu usta. Pan Krzysztof kochał, kocha i kochać musi ciocię, czyż nie należałoby mieć litości nad nim.
— Adryanie, o tem ani słowa — poważnie zaczęła hrabina — wkraczasz już w te sfery, których prawa nie masz dostąpić, chcę być w zgodzie z panem Krzysztofem, ale nic więcej, rozumiesz mnie, nigdy, nic więcej...
Wstała zarumieniona cała.
— Przepraszam — rzekł Adryan — zdawało mi się, że szczęście cioci...
— Ja jestem zupełnie szczęśliwą, i tego, co mam, stawić nie myślę na kartę. Zostaw mnie samej sobie. Chcę być swobodną. Życia zostało nie wiele, lata biegną jak strzały, dobijem się tak jakoś do końca. O szczęściu, o jakiem wy marzycie młodzi, nam się już myśleć nie godzi. Dosyć, mój Adryanie, proszę cię.
Zamilkli więc. Jakiś czas trwało milczenie to, ale hrabina chodziła po pokoju poruszona, i długo się uspokoić nie mogła.
Chłopak zaczął mówić o czem innem, posiedział jeszcze, i zapowiedziawszy, że nazajutrz rano wynosi się do pana Teodora, a raz tylko przyjedzie jeszcze na pożegnanie, wyrzekł dobranoc i wyszedł. Zostawało mu przed odjazdem wiele do czynienia, chciał być u Pawłostwa, u Krzysztofa, i uspokoić się, że Teodor przestanie nudzić hrabinę. Co do kasztelanica, o tego los był spokojnym, nie pojmował bowiem, ażeby się mógł podobać.
— W Zieleniewszczyźnie zastał starego kawalera w uporządkowanym nieco ogrodzie, który teraz wcale czysto wyglądał, świeżo wynudzonego przez starego Olszaka i zadumanego o przyszłych losach. Pan Teodor ziewał mocno, i na losy swe narzekał. — Był w tem usposobieniu, w jakiem się szczególniej starzy kawalerowie znajdują, gdy chmury obloką im horyzont i wszystko wydaje się czarnem, okropnem, rozpaczliwie smutnem.
— Masz pan załogę ze mnie na trzy dni — rzekł podchodząc Adryan. — Ciotka mnie wypędziła z Zamostowa, a że przede dniami trzema wyjechać nie mogę, stawam u pana na egzekucyi.
— Jakto, wypędziła? cóżeś zbroił? czy może jaka awanturka w garderobie?
— Uchowaj Boże! wcale nie jestem skłonny do tego, ale hrabina bierze na wychowanie Dosię i uważa, że tam, gdzie ona ma być, ja jestem niebezpieczny 1 nieprzyzwoity; kazała mi jechać precz. Jadę.
— Co? co? co? Dosię bierze hrabina? zkądże, na miły Bóg, do tego przyszło?
— No, z dobrego serca.
— Czy z nudów może, ale czemuż lepiej za mąż nie idzie?
— Spytaj pan ją! ja nie mogę! — śmiejąc się rzekł Adryan. — Przyjmujesz mnie pan na trzy dni?
— Na trzy miesiące, trzy lata! — zawołał ściskając go Teodor — tembardziej, że mnie formalny spleen napadł. I dziw! Nieszczęśliwszej doli nad moją, nie znam. Nigdy mi się w życiu nic nie udało.
— Wiesz pan dlaczego?
— Szukam właśnie przyczyny.
— Ta jest bardzo prosta, nigdyś pan do niczego nie przywiązywał takiej wagi, aby chcieć prawdziwie i wytrwale dążyć do tego wszelkiemi siłami. Przysłowie łacińskie mądrość narodów, powiada: Amor i Labor, zwycięża wszystko.
Teodor ramionami ruszył.
— No, niech sobie będzie jak chce, dosyć, że mi na świecie wszystko opak idzie. Co tu począć? co począć!
Zamyślony przechadzał się i wzdychał.
— Przyjacielu kochany, trzeba chcieć i mieć wolę, to wasza rzecz. Ja potrzebuję się z Krzysztofem pożegnać, jedziesz pan ze mną?
— Dziś nie mogę za nic! — przerwał Teodor — jutro.
— Zajęty pan dzisiaj jesteś?
— Tak, zajęty jestem, tak — powtórzył roztargniony pan Teodor.
Przeszedł się parę razy po ścieżce, dobył z kieszeni chustkę, zawiązał na niej węzełek, zmięszał końce, zebrał je w rękę i patrząc na nie chodził znowu.
— Ciągnij pan węzełek i rozstrzygnij o moich losach — rzekł do Adryana.
Chłopak śmiać się począł.
— W ślepe losy nie wierzę — kłaniając się i cofając, odparł Adryan — nie ciągnę, ale o cóż chodzi?
Gorączkowo jakoś schował pan Teodor chustkę do kieszeni.
— Na starość człek głupieje — odezwał się smutnie.
— Nie, ale słabnie.
— To wychodzi na jedno.
Rozmawiali o wszech rzeczach, między innemi o hrabinie, za którą jak najuroczyściej zaręczył Adryan, że za mąż iść nie myśli, co zasmuciło Męczeńskiego na chwilę, aż z folwarku nadszedł Zamorski zapraszając na obiad. Pan Teodor wcale u siebie kuchni nie miał.
Poszli tedy do Zamorskich, gdzie kobiet nie zastali w pokoju, ale salonik cały zarzucony mnóstwem bielizny i rozmaitych części wyprawy, którą robiono dla Misi. Kobiety same się nią zajmowały.
— Wie pan co — rzekł uśmiechając się Zamorski — my ludzie w dorobku, musiemy każdą rzecz robić oszczędnie, po gospodarsku. Moja żona wyrachowała, że dwie wyprawy razem sprawiając taniej nam wypadną. Zachód jeden, Liza przecież kogoś sobie znaleźć musi, szyje się więc dubeltowa wyprawa!
Teodor pokiwał głową.
— Doskonała myśl! — potwierdził Adryan.
Wtem wpadła Liza i chwyciła się za potarganą główkę.
— Ot to nas panowie pięknie zastali wśród tych gałganków! Dopiero się wyśmiewać będziecie z parafiańszczyzny.
— Przynajmniej nie ja — rzekł Adryan — bo mi się panie przy domowych zajęciach wydajecie najpiękniejszemi.
— Taka proza! — westchnęła Liza.
— Życie jest prozą! są poezyi chwile, ale tło szare, takie przeznaczenie. W poezyi popalilibyśmy się prędko.
Lizy oczki błysnęły.
— Krótko żyć, a dobrze! — szepnęła.
— Nie długo i dobrze — poprawił Adryan.
Teodor stał nad sztuką płótna i dumał. Krajały się z niego podobno poszewki i prześcieradła.
— Dla pani także robi się wyprawa! — rzekł sentymentalnie do Lizy.
— Któż to panu powiedział? ofuknęła żywo Liza, i pogroziła ojcu, który się śmiał, pewien, że nie zgrzeszył.
— Masz więc pani już kogoś w zapasie — mówił Teodor.
Liza figlarnie oczki spuszczała, jakby mówiła: Nie chciałeś mnie, muszę sobie innego szukać.
Męczyński był w humorze najgorszym, poszedł do okna, siadł w niem i zamyślony patrzał na obory, które wcale poetycznie ani malowniczo nie wyglądały. Liza ścigała go oczyma zdaleka. Wyszła i pani Zamorska z nożyczkami u pasa, a czepkiem trochę na bakier i Misia wreszcie dosyć smutna. Wazę niesiono na stół.
Adryan rad był odgadnąć dlaczego dziedzic dnia tego nie chciał się ruszać z domu, przeczuwał, że coś się stanowczego święciło i w milczeniu robił postrzeżenia. Ale po obiedzie nagle Teodor jakby zmienił zdanie, sam wniósł, żeby jechać do państwa Pawłostwa. Wymknęli się pod niebytność Lizy w salonie.
— Walczę z sobą — mruknął Teodor na ucho przyjacielowi — dziewczyna mi się podobała, powiem ci szczerze, rodzice wcaleby nie byli od tego, ona oczkuje i uśmiecha się, odwagi nie mam! Wieczorem czasem już, jużbym się oświadczył, strach ogarnia i odkładam do jutra. Nazajutrz rano o białym dniu wydaję się sam sobie śmiesznym. Łysina i gdzieniegdzie siwe włosy. Tfu! do kata. Ale w końcu raz trzeba się decydować, bo tylko co niewidać drugiego jakiego Maciorkiewicza. Gdyby mi ją kto wziął, byłbym w rozpaczy, a sam się posunąć nie mam odwagi. Jedźmy do Pawłostwa, zyskam dzionek i namyślę się.
— Czy znasz pan tę anegdotkę o wiarusie, co stał dwanaście lat u wdowy na kwaterze na wsi? — spytał Adryan.
— Nie przypominam sobie.
— Posłuchaj że jej pan — kończył chłopak. — Dwunastego roku, gdy wiarus zawsze myślał się oświadczyć, wyszedł rozkaz do pułku, żeby zmienił kwatery. Wiarus był w rozpaczy, utrzymywał, że gdyby jeden dzień jeszcze, wszystkoby się najszczęśliwiej skończyło. Boję się, żeby co podobnego nie spotkało pana.
Pojechali tedy do Pobogowszczyzny. U państwa Pawłostwa zastali po staremu wszystko. Wacek był już trzy razy u stryja, a za czwartym wybierała się z nim matka i Magdzia. Wielka panowała obawa i niepewność, jak się ten krok uda. Pan Krzysztof był już tak usposobiony, że niebezpieczeństwo zdawało się nie grozić żadne, biedna pani Pawłowa odkładała także z dnia na dzień, nie mając odwagi do stanowczego kroku.
— Jedźmy jutro wszyscy — rzekł Adryan, którego to niecierpliwiło.
Chwycono się tej myśli, Teodor tembardziej, że to znowu przeciągało walkę, której lękał się ostatecznego wypadku. Opowiadanie o Dosi, o panu Krzysztofie. zajęło wszystkich, pani Pawłowa myślała, czyby nie najbezpieczniej było przez hrabinę i z jej pomocą dobić przejednania, ale Adryan odważnie brał wszystko na siebie.
— Kochana pani — rzekł na wyjezdnem — nie odkładajmy, bijmy żelazo póki gorące, pan Krzysztof jest w dobrem usposobieniu, potrzeba z tego korzystać.
— Ja chcę dla niego urządzić w jednym z folwarków mieszkanie — dodał Paweł — po co ma się wędzić na tym starym zamku, który mu kiedyś jeszcze może runąć na głowę. Mógłby las sprzedać, a folwark okupić, albo mu go dam dożywotnią dzierżawą, bo wiem, że choć od brata darmo go nie weźmie.
— To na później — dodał Adryan — najprzód niech-no lody prysną.
Umówiono się więc nazajutrz jechać do zamku. Teodor i Adryan mieli przybyć na ranny obiad i razem ruszyć do pana Krzysztofa.
Gościnni gospodarze tak wstrzymywali swych gości, że późno już wrócili do Zieleniewszczyzny. Nie było żadnego projektu wstępowania na folwark, ale przejeżdżając około niego posłyszano dźwięki fortepianu. Liza, którą cały dzień zajmowała wyprawa, wieczorem marzyła przy fortepianie. Teodor nagle powziął myśl powiedzieć dobranoc Zamorskim.
— Wierz mi, Adryanie — rzekł — to dobre wcale ludziska, prości sobie, ale co w sercu to na dłoni, żadnego fałszu, i Liza poziomeczka. Wstąpiemy na chwilkę tylko.
Zamorski palił fajkę w ganku, zerwał się uszczęśliwiony.
— Tylko dobrej nocy państwu życzym i uciekamy! — krzyknął Teodor.
Muzyka ustała, Liza wypadła na ganek.
— Takeś mnie pan nastraszył! Słyszę krzyk, myślałam, że się pali!
— Pani — szepnął Adryan — w sercu pana Teodora istotnie się pali, ale...
Liza się odwróciła od niego.
— Bez ponczyku panów nie puszczę. Moja żona tak poncz lekki robi, najlepszy do poduszki, że w życiu nic podobnego nigdzie nie piłem... po szklaneczce...
Zaczęto się targować, noc była księżycowa, śliczna, siedli w ganku. Liza pobiegła z matką poncz przyrządzać, Teodor, który pod wieczór miewał paroksyzmy odwagi o mało nie pobiegł za nią, wstrzymał się w progu i zawrócił. Uląkł się sam siebie. Wiedział, że w tej porze nie powinien był wierzyć sobie. Adryan spojrzał nań z politowaniem i uśmiechnął się.
Ponieważ pani Zamorska już była rozebraną po całodziennych trudach kosztując spoczynku, Liza ją u wazy zastępowała i znowu porównanie do Heby przyszło na myśl Teodorowi.
Przez wdzięczność za ten przydomek, o którym wiedziało dziewczę, dolewało staremu kawalerowi trunku, który wcale słabym nie był, ale w istocie smacznym i zdradziecką słodyczą krył energiczny charakter. Energia też w części udzieliła się panu Teodorowi, który przy ostatniej szklance, pochwycił rączkę, co ją podawała i namiętnie do ust przycisnął.
W tej chwili Zamorski niezmiernie coś zajmującego opowiadając Adryanowi, uczuł potrzebę odprowadzenia go na drugi koniec ganku, i nikt nie widział tego całusa.
— Co pan robisz! — zawołała Liza.
— Całuję tę cudowną rączkę! — odparł Teodor, który jej nie opuszczał — O pani! o pani! gdybyś pani wiedziała.
— Co? ale cóż takiego?
— Gdybyś pani domyśleć się mogła! o pani!
— Nie jestem domyślna, ale ciekawa, powiedzże pan.
— Nie mam odwagi.
— Wstydzisz się pan.
— Wstydzę się, a odwagi nie mam.
— Czy to tak co zdrożnego?
Teodor pocałował jeszcze raz paluszki, które mu się nie wyrywały i westchnął.
— To szczęście, że nikt nie patrzy, a pan tak sobie pozwalasz. Puść-że pan rękę, proszę.
— Niech się nasycę tą śliczną rączyną! o pani!
— Za kilka dni już kto inny mieć będzie prawo do niej, i...
— Kto taki? — zapytał przestraszony Teodor.
— Nie mogę powiedzieć, ale jest ktoś taki.
— A ja o tem nic nie wiem!
— I nikt jeszcze — szepnęło dziewczę. — Misia mi wstyd zrobiła, musiałam sobie szukać narzeczonego.
— Ale któż taki? kto? kto śmiał.
Liza parsknęła.
— A pan co masz za prawo.
— Ja? prawa? tak, ja żadnego nie mam prawa, ale życzę pani tak dobrze... tak... tego...
— Dziękuję, i chciałbyś pan przeszkodzić dla tego, że życzysz mi dobrze?
— Wie pani co? — szepnął Teodor — ja, ja pani coś powiem, jutro, to jest zapytam ją jutro o coś, coś takiego, zobaczy pani.
— Dlaczegóż nie dziś? — zapytało dziewczę.
Teodor zamilkł. Niewiedział już jak radzić sobie, spoglądał jakby ratunku błagając na Adryana i Zamorskiego, lecz ci byli tak zatopieni w głośnej i żywej rozmowie, iż wcale nań nieuważali. Ojciec pod rękę trzymał młodzieńca i coś mu za oborami pokazywał, a tu tymczasem losy starego kawalera rozstrzygać się miały. Dałby był wiele, gdyby mógł to jeszcze odłożyć choćby do jutra, lecz Liza powtarzała: Dlaczegóż nie dziś.
— Wie pani, dziś, nie, nie czuję się godnym, to jest nie mam odwagi.
— Ale ja jestem niezmiernie ciekawą — poczęła Liza. — No, dobrze, słowo szlacheckie, jutro mi pan to powiesz, tak?
— Jutro, tak pani, niezawodnie.
— Kiedy?
— Wie... wieczorem — bąknął Teodor całując ją w rękę — wieczorem.
Liza się uśmiechnęła ironicznie.
— Daję panu tylko ostatni termin do jutra, albo będę się strasznie gniewała.
— A niech Pan Bóg broni!
Poncz się nareszcie skończył, panowie ogrodem odeszli do dworu.
— No — rzekł Teodor — już tedy dziś teraz się o mało, o mało nie oświadczyłem, a jutro, nie wiem jak z tego wyjdę. Ale gdybyś wiedział, kochany Adryanie, jaka trema mnie porywa, gdy na szalę życie przychodzi stawić. Maciorkiewicze, parafiańszczyzna, ah! ah! jestem najnieszczęśliwszy z ludzi. Liza śliczna, nie ma co mówić; ale szwagier, Maciorkiewicz! jak ci się to podoba? prawda? ładnie. Książę Hieronim jest u mnie z wizytą, prezentuję mu szwagra. Jak się zowie — Maciorkiewicz. Choć się powiesić, a dziewczyna jak malina.
Adryan śmiał się, ale już me odpowiadał ni słowa.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.