Jerzy/List XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Jerzy
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Drukarz Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
LIST XVIII.
PANNA ROZALIA DO JERZEGO.

Nie wiem dokładnie gdzie pana szukać i list ten powierzyć muszę losowi, który nas prześladuje. Nie uwierzyłeś pan słowom moim, własnym przeczuciom; dziś złe stało się już niepowrotnem. Może nie w mocy twojej było działać inaczej. Stało się, pokuta się spełnia: Stasia jest umierająca! Piersiowa choroba rozwinęła się z niepojętą szybkością; wiek młody tak mało umie znosić i cierpieć! Jerzy, Stasia umiera! żadna siła ludzka nie zdoła jej zbawić. Zanoszę od niej ostatnią prośbę do ciebie: chce cię widzieć przed śmiercią i pożegnać.
Prośby tej nie możesz odmówić; daj Boże by list ten doszedł wcześnie, ale ja nie mam i tej nadziei. Jadwiga umarła, nie widząc już Stanisława. Nie trać chwili jednej, dnie Stasi są policzone; nie zasmucaj ostatniej godziny tej, co przez ciebie umiera.

∗             ∗

We cztery dni po odebraniu tego listu, który jednak błąkał się czas jakiś za Jerzym, zanim go zastał w Paryżu, znowu bryczka pocztowa toczyła się drogą wiodącą do Zalipnej. Jechał nią Jerzy. Tylko zamiast czerwcowego zachodzącego słońca, zimny jesienny ranek operlał skrzepłą rosą ziemię i trawy i tumanami mgły zasunął krajobraz; tylko na jego twarzy słoneczny niegdyś wyraz pogody zamglił się także. Lica jego, wychudłe i zbledzone, nosiły ślady długiej, pospiesznej podróży, odbytej z gorączkowym niepokojem znękania ciała i znękania ducha. Jechał ze ściśnionem sercem, pragnąc w jednej chwili przebyć dzielącą go przestrzeń, a coraz straszniejsza trwoga tłoczyła mu piersi i zapierała oddech.
Pożółkłe liście zaścielały lipową ulicę; krzewy dziedzińca straciły zieloność; gdzieniegdzie tylko czerwieniły się liście sumaków i kalin, rumieniąc mgłę ranną jakąś krwistą barwą. Wszystko tutaj zmieniło się strasznie, wszystko zdało się owiane atmosferą pustki i śmierci. Jerzy chwiejącym się krokiem wszedł na ganek. Na spotkanie jego nie wyszedł nikt. Ujął za klamkę: ale tutaj tchu mu zabrakło, i stał jakby tajemnicza siła przeczuć przykuwała go w miejscu. W tej chwili stary Jan ukazał się z pękiem kluczy w ręku z drugiej strony dworu. Poznawszy przybyłego, rzucił się ku niemu i obejmując kolana, zapłakał jak dziecko.
Jerzy zrozumiał wszystko: twarz jego zbielała bardziej jeszcze, mrok padł mu na oczy, wsparł się o filar jakby skamieniały, i tylko dreszcz poruszający ciało jego zdradzał w nim życie.
— Panie, panie, wyjąkał stary Jan wśród łkania, przyjeżdżasz zapóźno. Umarła już, umarły obydwie; we dwa dni po biednej panience, pogrzebaliśmy i pannę Rozalią.
Stary Jan więcej jeszcze mówił; ale Jerzy go nie słyszał: ten jeden wyraz umarła, na który przecież przygotowanym być musiał, uderzył go jak gromem.
Któżby śmiał odgadywać co działo się w jego duchu? Ktoby się odważył mierzyć otchłanie rozpaczy otwarte w takiem sercu?
W kilka godzin dopiero zażądał zobaczyć grób Stasi i skierował się ku cmentarzowi. W rogu dwie świeże mogiły usypane były żółtym piaskiem; tutaj chciał pozostać sam, by może w obec wielkiej tajemnicy śmierci, badać tajemnicę swego ducha.
Nad wieczorem doktór, któremu według zlecenia zostawionego Janowi dano znać o przybyciu Jerzego, przyjechał śpiesznie i nie zastawszy go w domu, poszedł na cmentarz. Znalazł Jerzego siedzącego na kamieniu starego grobowca, o kroków kilka od mogiły Stasi. Twarz miał ukrytą w dłoniach i był nieruchomy jak posąg. Doktór zatrzymał się chwilę, szanując tę boleść bez nadziei; ale w końcu zbliżył się do niego i przyjazną rękę położył mu na ramieniu. Jerzy zadrżał, spojrzał na niego, poznał i rzucił mu się na piersi. Duma jego złamaną była zapóźno.
— Mów mi o niej, mów o niej! wyrzekł błagalnym głosem.
Doktór ścisnął rękę jego i podał mu list, mówiąc zcicha:
— Zostawiła mi to dla ciebie, to jej myśli ostatnie. Umarła cicho, spokojnie, bez skargi, jak zasypiające dziecko.
Jerzy zerwał pieczątkę.
Jerzy, pisała Stasia, ostatnia nadzieja moja się nie spełni: nie zobaczę cię więcej. Czuję śmierć nad sobą, ale nie umrę spokojnie, dopóki serca mego nie otworzę przed tobą. Jeśli pamiętać o mnie będziesz, jeśli choć po śmierci szukać mnie zechcesz w Zalipnej, zostawiam dla ciebie to słowo, którego już ustom moim nie wymówić. Ja cię kochałam jedynie Jerzy, ja ciebie kocham dotąd, a choć kosztem życia zdobywam sobie prawo powiedzenia ci tego raz jeszcze, nie znajduję bym je opłaciła zbyt drogo.
Przebacz mi, jeśliś cierpiał przeze mnie. Ból odjął mi rozum, postąpiłam jak dziecko szalone; ale śmierć grzech ten zmaże, odkupi przed tobą. Nieprawdaż Jerzy, ty mnie przebaczysz! O gdybym choć raz to słowo usłyszała od ciebie, gdyby usta twoje pochylone nad mojem czołem wyrzekły: „Odejdź w pokoju, kocham cię;” wtedy przestałabym się lękać śmierci i w rozkoszy tej chwili zapomniałabym grozy konania.
Widać zawiniłam wiele, bo ta ostatnia pociecha jest mi odmówioną. Może to grzech tak kochać, może to grzech że w tych ostatnich chwilach myślę o tobie jednym. Ufam że Bóg mi przebaczy, bo tyś mi otworzył serce i myśli, tyś mi dopiero dał pojąć Boga.
Byłam szalona, Jerzy, nie umiałam wznieść się do ciebie; chciałam cię zranić i tem się zabiłam.
Żebyś ty mógł wiedzieć rozpacz, gdym zrozumiała całą wielkość spełnionego szaleństwa, gdym uczuła moc miłości mojej dla ciebie! Nie mogłam patrzeć na człowieka, którego postawić chciałam na twojem miejscu, i spełniwszy złe, nie umiałam naprawić go poświęceniem. Byłam złą żoną. Znienawidziłam biednego chłopca, którego całą winą było to, że stał się mężem moim. Uciekłam od niego do Zalipnej, jak ptak zraniony śmiertelnie, by skonać tu, gdziem ciebie poznała.
Oto cała spowiedź moja, Jerzy. Teraz, z oddalenia w jakiem mi się przedstawia świat i ludzie, ty jeden nie zmalałeś mi w oczach, teraz i siebie sądzę sprawiedliwie. Spełniłam wiele złego, zawiniłam przeciwko wszystkim którzy mnie kochali; śmierć moja jest sprawiedliwą, a jednak serce moje było czyste i szczere. Potrzeba mi było punktu oparcia w życiu, twego ramienia, Jerzy, — czemuż mi go zbrakło?.. Ostatnie słowo moje, ostatnia myśl ulatująca będzie dla ciebie. Przebacz mi, bo cię kocham!.....



List ten pisany był drżącą i niepewną ręką; ślady łez były na karcie. Jerzy długo trzymał go w ręku, pożerając oczyma i duchem, aż zwyciężony wzruszeniem, zachwiał się, pochylił na ramię doktora i zapłakał strasznemi łzami męzkiej boleści.
KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.