Jerzy/List XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Jerzy
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST XVII.
JERZY DO HENRYKA.
(Trzy miesiące później).

Czas mija, Henryku, przynosi ukojenie i pewien rodzaj względnej ciszy. Nie dał mi on dotąd jednak tego, czegom od niego żądał, — prawdziwego spokoju. Kto raz odetchnął atmosferą miłości, czyja pierś raz zabiła uczuciem potężnem, ten ciszy nie odnajdzie już nigdy może. Jednak pracowałem i trzeźwiłem się. Były dnie całe, w których nie cierpiałem; ale w dniach podobnych zagłuszałem wewnętrzną istotę zewnętrznym światem; czułem że gdybym zajrzał w głąb mego ducha, znalazłbym tam boleść nieuleczoną, że lada słowo, myśl, zbudzi znów „wspomnień pieśń dziką, echową,” jak ją nazwał poeta.
Z tym stanem walczę dotąd i walczę napróżno. Mam serce niemęzkie, Henryku. Szczęście moje przeszłe, uczucie, na złudzeniu oparte było, i cóż ci powiem, żałuję złudzenia! Zdaje mi się, że lżejby mi było cierpieć, gdyby ona pozostała nieskalaną w myśli mojej. O, gdybym mógł przynajmniej pogardzić nią zupełnie; ale i to niepodobna. Czyż ona wie sama co zrobiła? czy jak dziecko szalone nie zwróciła się, chcąc mnie zranić, przeciwko samej sobie? Ona byłaby inną, gdyby się wsparła na mnie. Ale nie, to łudzenie się jest niegodnem mnie..... Widzisz wszystkie rany mego ducha; odkrywam je przed tobą jednym, nie szukając już lekarstwa, bo zaczynam wierzyć że ono nie istnieje. Ale życie takie jest mi nieznośnym ciężarem, i co wieczór po dniu pracowitym upadam znękany, bezsilny, szukając snu, który mnie unika. Myśl zagłuszona we dnie, w nocy odzywa się cierpieniem i nie pozwala mi nawet skosztować słodyczy chwilowego zapomnienia. Oto masz obraz wewnętrznego życia mego.
Niezadługo pewnie powrócę do Warszawy, bo pobyt w każdem obcem mieście po dniach kilku staje mi się nieznośnym; więc pocóż włóczyć z miejsca do miejsca boleść nieuleczoną?
Paryż zatrzymał mnie najdłużej. Olbrzymia stolica duchowego świata musiała oddziałać na mnie; powitałem ją z poszanowaniem, choć wiem że kryje w sobie nędzę i rany, brudy i zbrodnie; ale powitałem w niej najwyższy wyraz dzisiejszej cywilizacyi, przodownicę zbawienia świata na drodze wiedzy. Przez kilka dni nawet lżej mi tu było oddychać; miałem listy do ludzi nauki, którzy byli mi tutaj przewodnikami, wprowadzili mnie w koła bratnich inteligencyj. Poznałem osobistości, których imiona nauczyłem się oddawna wymawiać ze czcią; lecz i pomiędzy niemi nawet uczułem się samotny z swem cierpieniem. Zawód to był wielki. Ujrzałem z boleścią, że moje dawne pragnienia pozostały już wspomnieniem tylko; wszystko przewiało mi w duchu bezwiednie. Codzień odkrywam, że boleść ta głębsze niżem to sam mógł pojąć zrazu, zapuściła korzenie w mojej duszy. Hardość serca powiększa tylko moję mękę, bo dlatego że cierpię niemęzkiem cierpieniem, tracę szacunek samego siebie. Próżno łudziłbym się, Henryku: miłość ta zrosła się z istotą moją i lękam się by wraz z nią nie wyrwać serca z piersi i nie pozostać pomnikiem tylko dawnej istoty, gorzej niż pomnikiem.... lękam się stać negacyą żywą przeszłości mojej....
Te straszne myśli nasunął mi Lucyan. Spotkałem go tu niespodziewanie wczoraj i nie poznałem zrazu, choć to ten sam człowiek w pełni życia i młodości, choć ubiegłe cierpienia nie wyryły piętna wyraźnego na twarzy i zmieniły w nim tylko wewnętrzną istotę. Zamiast pogody, na czole jego błyszczała bezmyślność; oczy straciły wyraz szlachetny, przymgliły się, zmąciły jak opylone zwierciadło; otwarty uśmiech, pełen dowcipu i wdzięku, zniknął mu z ust, i człowiek ten, dawniej tak na pierwsze wejrzenie wyróżniający się od tłumu, teraz spospoliciał nagle, i na twarzy nosił tak wyraźne piętno upadku duchowego, że powitany przez niego, zatrzymałem się chwilę, myśląc: czy rzeczywiście był to Lucyan, czy też ktoś tylko podobny do niego. Głos jego i słowa nie rozproszyły niepewności, bo głos stracił dźwięk sympatyczny, a słowa, przystosowane do dzisiejszego człowieka, raziły mnie jak bluźnierstwo.
— Cóż u Boga, pytał, wstrząsając rękę moją, jakby nic nigdy nie zaszło między nami. Czyż nie poznajesz mnie?! Na honor, nie spodziewałem się ciebie spotkać na bulwarach paryzkich. Dawnożeś tutaj?
— Parę tygodni, odparłem, nie mogąc jeszcze zdać sobie sprawy z doznanego wrażenia, ale czując że wrażenie to było przykre nad wyraz.
— Ach, jakżeż tu rozkoszne życie! mówił dalej rozpromieniony. A ty sensacie bawisz-że się przynajmniej?... Masz jakoś diable kwaśną minę.
Milczałem. Lucyan patrzał na mnie uważnie, a potem dodał wesoło, jakby przypominając coś sobie:
— Czy może ci jeszcze w głowie piękna Stasia?... Ach, jakiż ja byłem głupi, a ty niemniej, pozwól to sobie powiedzieć. I rozśmiał się tak szczerym, tak swobodnym śmiechem, żem stał jak wryty, zdumiony patrząc na niego.
— Dziewczyna zadrwiła sobie z nas obydwóch, ciągnął dalej; ma foi, dobrze zrobiła, wdzięcznym jej zato, choć na razie gotów byłem w łeb sobie wypalić. Gdyby nie ona, byłbym się zakopał w tym starym domu w Lubelskiem i zagrzązł po uszy w domowem parafialnem szczęściu. Bien merci! Jerzy, ty byłeś narzędziem Opatrzności i wybawienia mego, dodał komicznie. Wdzięczność moja będzie wieczną, tem bardziej, że piękna Stasia pocieszyła się z Antosiem... Ale ty jakoś nie zdajesz się szczęśliwy, biorę cię pod swoją opiekę, i to od dziś zaraz. Chodź, pokażę ci jaki mam apartamencik...
Oddawna już nie słuchałem go, pogrążony w myślach, szukając w tej kaskadzie słów jednego serdecznego dźwięku, jednego chociaż urwanego tonu, coby mi wskazał, że przeszłość nie zamarła tak zupełnie w jego piersi bez echa. I nie znalazłem go. Ten miękki duch nie mógł znieść cierpienia, zamarł w jego pierwszym uścisku. Człowiek ten miał już tylko imię dawnego człowieka; pomiędzy nami nic już wspólnego nie było.
Ale nie zniechęciłem się tak prędko. Grzebałem w popiołach jego duszy, badałem to życie pełne, a bezczynne, oddane li-tylko zmysłom. W jego myśli nie było nawet unużenia, nawet tej niepojętej nudy przesytu, którą tak często zgłuszony duch mści się i protestuje przeciw zadanemu gwałtowi. Lucyan jak dziecko bawił się wszystkiem i poza tą zabawą przestał pojmować życie. Darmo szukałem: nie było w nim już nic zgoła, nawet próżni, coby pozostała śladem, że tam coś kiedyś istniało i zamarło. I zapytuję teraz samego siebie: czy ten dawny Lucyan istniał rzeczywiście, czy też był tylko odbiciem myśli mojej?.. Henryku, czy tak po kolei zwątpić mi przyjdzie o wszystkiem, czego sądziłem znaleźć urzeczywistnienie?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.