Jerzy/List XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Jerzy
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LIST XIII.
JERZY DO HENRYKA.

Dziękuję ci za list, mój drogi, za te męzkie, energiczne słowa, których duch mój zmiękły i rozstrojony potrzebował tak bardzo. Mówisz do mnie, jak mówić trzeba: bez pobłażania, ale i bez szorstkości. Dziękuję ci; byłbym podwójnie winnym, gdybym upadł po tym pokarmie silnych, który mi przysłałeś. Jednak gdym czytał te niezłomne zasady życia, streszczone w kilku zdaniach szlachetnych, wstyd występował mi rumieńcem na czoło. Henryku, jestem jeszcze godnym ciebie, a jednak pierwszy krok fałszywy uczyniony na drodze życia, postawił mnie na ślizkiej pochyłości, z której cofnąć się trudno. Ten tylko może cierpieć z odkrytem czołem, kto poniósł rany w uczciwej walce; potępiłeś mnie temi słowy. Mnie tu cierpieć nie wolno, walka sama tutaj była hańbą i upadkiem! Z położenia w którem sam postawiłem siebie i nas wszystkich, wyjść mogę jedynie, raniąc śmiertelnie nietylko siebie, bo o mnie mniejsza, ale wszystko co kocham. Przez te mordercze godziny bezsennych nocy strawionych nad Lucyanem, ta paląca kwestya przyszłości stawała mi na myśli we wszystkich fazach możliwych.
Znasz mnie, jestem dość surowy względem samego siebie, oskarżam się bez wahania o złe każde, choćby spełnione myślą przelotną; mogę ci więc śmiało powiedzieć, żem nie pamiętał o sobie, żem swoje szczęście lub nieszczęście kładł na boku, a ważyłem tylko na szali myśli cierpienia Stasi i Lucyana. Bo ty o Stasi sądzić nie możesz; ale ja znam jej serce, wiem że mnie kocha niepowrotnie jak ja ją, wiem że odemnie mniej cierpieć nie będzie, i poznałem że niewolno mi nawet i tego mieć na względzie. Choćbyśmy wszyscy troje zarówno cierpieć mieli, niewolno mi dokupywać się nawet jej szczęścia zdradą i niewdzięcznością. Wyrok więc jest wydany, nieodwołalnie wydany; im prędzej spełnionym będzie, tem lepiej.
Teraz, po tej śmiertelnej walce z samym sobą, poraz pierwszy podniosłem oczy na Lucyana bez wyrzutu, i czułem w sobie coś nakształt tego, co czuć musi matka pochylona nad śpiącem dzieckiem, kiedy wie, że jego życie okupiła kosztem życia. Twarz jego była spokojna równy oddech podnosił mu piersi, na ustach błąkał się uśmiech przelotny, a czarne rzęsy rzucały długi cień na policzki wychudłe. Było coś ufnego i miękkiego w wyrazie tej twarzy, w tej bezsilnej postaci, w tym półuśmiechu. On pewno śnił o miłości swojej, nie domyślając się że ręka na której się miał wesprzeć, już sięgała po nią, że nieszczęście przeszło tak blizko niego. I powróciło mi do serca wspomnienie pierwszych lat naszych, a razem cała miłość ku niemu. Dziwne rozrzewnienie opanowało mnie samowładnie; ukląkłem przy łóżku, przejęty skruchą, żalem, litością, i przycisnąłem usta do ręki jego. Dziwnym trafem Lucyan ocknął się w tejże chwili, spojrzał na mnie przytomnym wzrokiem i osłabioną dłonią ścisnął moją. Teraz mogłem mu oddać ten uścisk bez wstydu; ofiara serca mego spełniona już była wolą. Zażądał pić słabym głosem, — podałem mu chłodzący napój.
— A Stasia? zapytał, szukając jej wzrokiem w około.
Wziąłem go za puls: był równy, choć słaby. Lucyan powrócił do życia, niebezpieczeństwo przeminęło; próbował unieść się z poduszek, ale osłabienie było zbyt wielkie — opadł na ręce moje.
— Jerzy, szepnął cichym głosem, przymykając zmęczone powieki, mój dobry, drogi Jerzy! a Stasia?..
Nie mogłem odważyć się mówić mu o niej.
— We śnie, mówił dalej jakby ze skargą, we śnie ona nie mogła zbliżyć się do mnie. Jadwiga, Starosta, stali ciągle pomiędzy nami.
— Starosta, zawołałem, jaki starosta?
— Starosta Stanisław, odparł niecierpliwie. Jadwiga nie odchodziła prawie od mego łóżka. Ale jak dawno jestem chory?
Majaczenie zaczynało się mieszać do słów jego. Wziąłem go za puls; gorączki jednak nie było wcale.
— Ach! jak mnie ta Jadwiga męczyła, mówił dalej Lucyan. Nie mieliście sumienia zostawiać ją ciągle przy mnie i oddawać jej Stasię na pastwę. To ona obudziła mnie nagle teraz i zobaczyłem cię klęczącego przy mojem łóżku. Powiedz mi Jerzy, co to wszystko znaczyć miało?
— Miałeś malignę, odparłem machinalnie, nie mów tak wiele, spocznij. Nie było tu nikogo, oprócz panny Rozalii, Stasi i doktora.
— Widziałem was wszystkich przecie, ale i ty musiałeś widzieć Jadwigę, w tej białej sukni lamowanej srebrem, z wieńcem róż białych na czarnych włosach, jakby w weselnym stroju. Ona stawała ciągle między mną a Stasią, groziła jej...
— Na miłość Boga, to ci się śniło tylko, Lucyanie.
Przesunął ręką po czole.
— Prawda, prawda, szepnął, ona umarła już! Więc z pewnością to był sen tylko?
— Z pewnością, odparłem, kryjąc pomieszanie.
— Jak dawno jestem chory? zapytał poraz drugi.
— Tydzień cały.
— Któryż to dzień dzisiaj?
— Zdaje mi się że szósty lipca.
Westchnął ciężko, pamięć mu wracała.
— Szósty lipca, powtórzył cicho; pierwszego miał być ślub mój. Ten dzień, oczekiwany tak namiętnie, przeszedł, a jam o tem nie wiedział. Jerzy, czy tak ma być z każdą nadzieją?..
Spuściłem głowę, niby nie słysząc. Słowa te były dla mnie wyrzutem i męką; nie poznawałem go w nich zupełnie. On, ulubieniec losu, zdawał się przeczuwać że szczęście opuścić go mogło; piérwsza nadzieja niespełniona niweczyła jego ufność w życie. Byłoż to przeczucie, czy brak hartu tego duchowego pieszczocha?
— A Stasia? spytał po chwili, patrząc mi w oczy.
Zamiast odpowiedzi, poszedłem zawezwać doktora, który spał obok w moim pokoju. Obadwaj wróciliśmy do Lucyana, który z uporem dziecka powtarzał imię narzeczonéj.
Nie mogłem mówić mu o niej, bo byłem sam jak w gorączce, słysząc dziwne słowa, któremi jego chorobliwe majaczenia wiązały się ze snem moim, z tradycyami przeszłości. Czy wolno nam myśleć, że żywi służą tu za igraszkę umarłym, że oni mieszać się mogą do życia naszego, do uczuć nawet? Nie, to być nie może! Inteligencya moja wzdryga się na podobne przypuszczenie; nie uznaję nad sobą władzy fatalizmu. Nie mogę oprzeć się wypadkom, ale myśli i czyny moje do mnie należą. A jednak, czy umiałem oprzeć się unoszącemu mnie prądowi? czy zaszedłem tam tylko, gdzie zajść chciałem? Jaka ręka kierowała nami wszystkiemi od dni kilku i krzyżowała losy nasze? Umysł mój upada pod ciężarem tych zapytań; ale niech będzie jak chce, czynem muszę na nie odpowiedzieć. Niech przeciw idei obowiązku stanie tutaj cały świat niewidzialny, nie wymyśli on gorszego piekła nad to, które goreje we mnie, i nie zwalczy niezłomnego postanowienia jakie uczyniłem.
Lucyan dopytywał się ciągle o Stasię, o wypadki zaszłe w czasie nieprzytomności jego. Teraz dopiero przypomniał sobie jej niebezpieczeństwo.
Doktór uspokoił go, opowiadając jakim sposobem wyratowałem ją cudem prawie. Opowiadał mu jej upór w pozostaniu przy nim, jej dziwną bezwładność, chorobliwą zmianę, trwogę jaką w nas obudziła i jak wreszcie ja jeden potrafiłem wyrwać ją z tego pokoju, przemocą prawie.
Słuchałem go machinalnie, aż Lucyan wyciągnął od mnie drżącą rękę.
— Jerzy, wyrzekł rozrzewnionym głosem, ty byłeś naszym dobrym aniołem. Stasia kochać cię musi jak brata.
Zadrżałem od stóp do głowy na te słowa; tego było już zanadto! Ale spotkałem oczy Lucyana, utkwione we mnie z wyrazem takiej wdzięczności i zaufania, iż zamiast wziąć jego rękę, rzuciłem mu się na piersi i uścisnąłem, przysięgając w duchu, że nie zdradzę nigdy tego serca.
Lekarz chciał przerwać koniecznie rozmowę, której lękał się dla chorego; ale nie było rady z jego uporem. Obiecał milczeć, byle mu mówiono o Stasi. Stasia była jeszcze lekko cierpiącą. Zabranialiśmy jej wchodzić do pokoju Lucyana, póki poznać jej nie mógł, póki lękaliśmy się co chwila jego śmierci; ale teraz niebezpieczeństwo minęło, lekarz obiecał że zobaczy ją dnia tego, bo już ranne promienie świtu ukazywały się na niebie, i Lucyan zasnął znowu spokojnym, pokrzepiającym snem, szepcząc półgłosem jej imię ukochane.
Było moim obowiązkiem oznajmić kobietom szczęśliwą wieść o zdrowiu Lucyana; poszedłem do nich o zwykłej godzinie. Stasia zmieszała się, słysząc że narzeczony ją wzywa. Nie mówiliśmy z sobą wcale od owej chwili wyznania, nie widzieliśmy się prawie. Ja nie odstępowałem chorego; ona zaledwie przyszła do siebie po gwałtownych wstrząśnieniach dni kilku; ale znać że słowa moje jakby cudem uspokoiły ją zupełnie. Stasia była ufną i cierpliwą, bo wierzyła że w mojem ręku przyszłość jej była bezpieczną, bo nie rozumiała że słowa moje, wymuszone moralnym gwałtem chwili, jak próżne dźwięki ulecić powinny. Ona nie przypuszczała nawet w myśli tego, co stać się musiało.
Panna Rozalia z mniejszą radością niż sądziłem przyjęła wiadomość moję. Ona zdaje się cóś dostrzegać; troska nie schodzi z jej czoła, jakby czuła że chwila przesilenia losów naszych trwa ciągle. Czy odgadła uczucia Stasi, moję namiętność? czy przeszłość nauczyła ją nie ufać obecnej chwili? czy rozumie tę dziwną analogią, wiążącą przeszłe pokolenia z dzisiejszemi? Dość że jej postać smutna i poważna przesuwa się pomiędzy nami, jak cień zabłąkany, złowieszczy.
Stasia położyła rękę na mojem ramieniu, gotowa iść gdzie ją zaprowadzę, a oczy ufne i pogodne wlepiła we mnie z taką pełnią miłości, z tak nieskończoną słodyczą, żem lękał się znowu utracić zmysły. Prowadziłem ją przez ogród do Lucyana i tknięty niepokojem, zatrzymałem się nagle.
— Panno Stanisławo, wyrzekłem, Lucyan zaledwie odzyskał przytomność; lada wstrząśnienie śmiertelnem dla niego być może. Bądź dobrą dla niego.
— Jakto? zapytała, patrząc mi w oczy.
Wytłumaczyć mi się było trudno, a Stasia zrozumieć mnie nie mogła, czy nie chciała.
— Pamiętaj pani, odparłem, że Lucyan cię kocha, i mówiąc to drżałem.
— Jerzy, rzekła po chwili, dlaczego mi to mówisz? Czy sądzisz żem niedość cierpiała, że niedość cierpię?
— Bo nie chcę aby on dziś cierpiał, wyrzekłem z szorstkością rozpaczy, bo on nie może, nie powinien cierpieć!
— Zwolna jej ręka wysunęła się z mego ramienia.
— Jak ty dziś mówisz do mnie? szepnęła blednąc.
Był niewysłowiony ból w jej głosie; czułem jakem ją ranił. Ból ten odzywał się stokroć spotęgowany w mojej piersi; ale mówiłem dalej, jak ten co cierpieniu urąga:
— Jest między nami straszne nieporozumienie; przebacz mi pani, wina tu moja.
— Cóż mam przebaczyć? wyrzekła, jakby zbierając siły. Jerzy, wszak ty mnie kochasz?
Był błagalny wyraz w tych słowach, na który ja musiałem głuchym pozostać.
— I na cóż ci mam powtarzać, odparłem z goryczą, słowo które nigdy z ust moich wyjść nie było powinno, które nie powinno było postać w sercu? Ja nigdy nie powtórzę go więcej. To było szaleństwo, prawie zbrodnia! Jeżeli możesz, zapomnij o niem i przebacz!
Słowa te były okrutne może. Ale cierpienie przechodziło moje siły; lękałem się zdradzić jakimbądź miększym wyrazem i wymówiłem je, nie podnosząc oczów na Stasię. Gdym się odważył spojrzeć na nią, była strasznie bladą, chwiała się i drżącą ręką pocierała czoło, jakby siląc się zrozumieć coś niepojętego. Rzuciłem się ku niej; ale odepchnęła ramię moje, wsparła się o drzewo i stała chwilę, zbierając myśli, tak piękna, tak szlachetna i smutna żem tylko ręce załamał w milczeniu i nie śmiałem zbliżyć się do niej.
— Czy mam sądzić, spytała po chwili rozbitym głosem; że wszystko co zaszło między nami było igraszką tylko?
— Stasiu! zawołałem gwałtownie, ty tego nie myślisz, nie możesz pomyśleć!
— Czyż nie mam prawa? wyrzekła zwolna, spuszczając głowę.
Miała słuszność, a jednak, czy wolno mi się było tłumaczyć?
— Stasiu, odpowiedziałem, wysłuchaj mnie, zrozumiej! Czyż nie jest to dla mnie najstraszniejszym wyrzutem, że słyszeć muszę podobne słowa, czując żem na nie mógł zasłużyć? Czyż widok twego cierpienia...
— Jakiem prawem, zapytała dumnie, zaglądasz pan teraz w serce moje?
Chciała odejść, ale nie miała siły; łzy wstrzymywane gwałtem, drgały na jej rzęsach.
— Czyż nie chcesz zrozumieć, wybuchnąłem w końcu, że niewolno mi ciebie kochać?
— Prawda, wyrzekła głucho, jestem narzeczoną Lucyana, czy nie to chciałeś powiedzieć?
Zdjęła z palca obrączkę, i cisnąc ją w rękach gwałtownie, dodała:
— Za chwilę już nią nie będę!
— Czy zmienisz serce jego? spytałem; czy będziesz miała smutną odwagę zabić go jednem słowem?
— Moje serce zmienione, odparła cicho, nie w mocy mojej wrócić do przeszłości.
Schodziliśmy na niebezpieczną drogę.
— Stasiu, wyrzekłem stanowczo, nie łudź się tem co nigdy być nie może. Choćbym miał skonać, nie zdradzę Lucyana, nie postawię dalej jednego kroku na drodze twojej. Masz prawo nienawidzieć mnie i przeklinać! Byłem słaby jak dziecko. Nie będę się uniewinniał napróżno, sądź mnie jak ci się podoba; ale pamiętaj że ten człowiek umierający niedawno, któremu chcesz wyrządzić śmiertelną krzywdę: — kocha cię...
— I cóż ztąd? wyrzekła szybko, ja go nie kocham! Jerzy, ja kocham ciebie! Jakiem prawem odpychasz serce moje, łamiesz życie, niweczysz przyszłość? jakiem prawem zadajesz mi takie cierpienie i bez litości igrasz ze szczęściem mojem?
I zakryła w dłoniach twarz zarumienioną, a łzy przeciekały strumieniem przez palce zaciśnięte. Ukląkłem przy niej.
— Stasiu, mówiłem nieprzytomny prawie, miej miłosierdzie nademną!
— A ty, czy masz litość? zapytała przez łzy.
Cierpiałem jak potępiony; chwila ta wyczerpywała siły moje gorączkowe.
— Jeśli mnie kochasz, zawołałem z rozpaczą, zdobywając się na ostatnie słowa, nie czyń mnie zdrajcą i niewdzięcznym. Ja winienem Lucyanowi więcej niż życie; ty daj mu szczęście, którego ja się zrzekam. Niech męka moja daremną nie będzie! Ulituj się nad nami!
— Więc ty mnie kochasz? spytała z uporem dziecka, z namiętności kobiety, chcąc wydobyć to słowo z ust moich.
— Kocham, odparłem zwyciężony... I cóż ci przyjdzie ze smutnego wyznania? Czyż tego nie wiesz od pierwszej chwili gdyś na mnie spojrzała?
— Kochasz mnie, kochasz! powtórzyła Stasia, jakby lubując się tem słowem; kochasz, a skazujesz mnie na nieszczęście, mówiła łzawym głosem, patrząc na mnie przejrzystym wzrokiem miłości.
Nie mogąc znieść tego spojrzenia, które mi otwierało raj wzbroniony, zamknąłem oczy ogarniony zachwytem, mocując się z szaleństwem.
— Na Boga! zawołałem, nie patrz tak na mnie, bo doprowadzisz mnie do rozpaczy tylko, a nigdy do złamania obowiązku!
Ale Stasia nie zważała na słowa moje, może nie dosłyszała ich wcale.
— Ja nie pojmuję takiej miłości, mówiła namiętnie; ja nie pojmuję jak możesz poświęcać mnie i siebie, i skazywać na cierpienie bez końca, zaco? dlaczego? Ja także mam prawo mówić, gdy chodzi o przyszłość moją, mam prawo odzywać się do ciebie i zapytać: nacoś otworzył mi oczy i myśli, nacoś mi dał poznać siebie? Jerzy, Jerzy! ja nie chcę byś ty mnie poświęcał!
Stasia nie rozumiała dotąd cierpienia; była to dla niej straszna, niepojęta nowość, przeciw której oburzały się jej siły żywotne, jej młodość, jej nadzieje. Nie mogła pojąć życia rozpaczy, nie mogła pojąć by ono stało się jej udziałem. A ja, ja, którym ją kochał nieskończoną miłością, dla którego jej boleść była męką przechodzącą siły, musiałem ją wtajemniczać w to piekło beznadziejne, w które ją sam wtrącałem. Milczałem długo, stojąc przed nią jak winowajca z zaciśniętemi usty, by powstrzymać krzyk rozpaczy wyrywający się z głębi serca. Gdyby Stasia nie była dzieckiem, gdyby mogła zrozumieć siłę boleści mojej i niezłomność postanowienia, byłaby się ulitowała nademną. Ale ona tego zrozumieć nie mogła.
— Stasiu, wyrzekłem w końcu, wysłucham wszystkiego co chcesz mi powiedzieć; zawiniłem przeciw tobie tak strasznie, że muszę i powinienem przyjąć wyrzuty i skargi. Nienawidź mnie, jeśli ci to ulgę sprawić może, pomyśl żem niewart skarbu który odrzucam...
— Nie mogę, nie chcę cię nienawidzieć, zawołała gwałtownie. Jerzy, ty wiesz że ja cię kochać muszę, że ja cię kochać będę zawsze...
— To próżne słowo, wyrzekłem z rozpaczą. Niepodobieństwo stoi między nami. Jeśli mnie kochasz, bądź godną mnie, dotrzymaj Lucyanowi danego słowa.
Wtedy smutna jej twarz rozżarzyła się dziwnym wyrazem, łzy oschły na płomiennem licu. Stasia przetworzyła się w jednej chwili i stanęła naprzeciw mnie z jakąś gorączkową energią.
— Nigdy, wyrzekła, nigdy nie będę niczem dla człowieka, który stanął na drodze mego szczęścia. Moje serce było twojem, masz prawo je zabić, lecz nie masz prawa niem rozrządzać i jak w spuściźnie oddawać drugiemu. Ty masz obowiązki dla niego, ja ich nie mam i mieć nie chcę. Słuchaj mnie: ja nienawidzę tego człowieka! Możesz mu oddać tę obrączkę, która mi cięży.
Wcisnęła mi ją w rękę gwałtownie i oddaliła się szybko, zostawiając mnie pod wrażeniem tych słów ostatnich.
Szła naprzód, nie kierując się ani ku dworowi, ani ku mieszkaniu Lucyana, wyraźnie sama nie wiedząc gdzie dąży. Śledziłem zdaleka jej krok gorączkowy: gdy nagle zachwiała się i padła, zwyciężona strasznem wzruszeniem chwili.
Podniosłem ją nieprzytomną i nieprzytomnej mogłem powiedzieć wszystko, co przepełniało serce moje. Przyciskałem jej martwą kibić do piersi rozgorzałej namiętnością, wymawiałem w duchu wyrazy, które nigdy nie miały przejść przez usta. Lękałem się jej martwości, lękałem bardziej jeszcze chwili, w którejby otworzyła oczy, i zrozumiała żem zapierał się słów własnych, że boleść zerwała z mojej twarzy maskę heroizmu.
Jednak po chwili wróciłem do przytomności, pojąłem że potrzebowała pomocy, i niosłem ją na rękach jak dziecię, do dworu. Szczęściem drzwi szklanne były otwarte; wszedłem do sali i złożyłem ją na kanapie, nie spostrzegając nawet że w pośpiechu położyłem ją na tych samych poduszkach, gdzie według snu mojego spoczywała Jadwiga. Stałem z załamanemi rękoma, pochylony nad jej zbladłą twarzą, śledząc oddech stłumiony — gdy we drzwiach ukazała się panna Rozalia. Nie było znać na niej zdziwienia ni trwogi, tylko smutne jej oko spoczęło na mnie z niewymownym wyrzutem. Widocznie odgadła wszystko, tajemnica moja przestała być tajemnicą; nie wiem tylko czy umiała ocenić piekielną rozpacz moją, gdy rozszalały bólem, cisnąłem w moich rękach drobne, zimne dłonie Stasi. Wyraz mojej twarzy musiał być straszny, bo panna Rozalia spojrzała na mnie i cofnęła się. W milczeniu wskazałem jej Stasię zemdloną. Zbliżyła się szybko i zmierzyła mnie od stóp do głowy surowo.
— Idź pan już, idź, rzekła drżącym głosem, i tak sprawiłeś tu dość złego.
I nie patrząc nawet na mnie, zadzwoniła, kazała przywołać lekarza i sama poczęła rozpinać suknię Stasi. Ja stałem przy drzwiach ogrodu, pókim nie usłyszał jej westchnienia, póki doktór nie zaręczył, że to lekkie nerwowe wstrząśnienie nie grozi niebezpieczeństwem.
Cały dzień błąkałem się jak szalony po ogrodzie i polach. Nie śmiałem spojrzeć w żadną twarz ludzką; lękałem się Lucyana, Rozalii, a nadewszystko lękałem się spotkać oczy Stasi, pełne rozpaczy, dumy i miłości. Sama myśl powrotu do tego domu, z mojej winy napełnionego cierpieniem, przejmowała mnie dreszczem trwogi; a jednak znajdowałem się w położeniu mordercy przykutego do swojej ofiary; nie wolno mi było uciekać, zostawiając za sobą tylko ślad łez.
Wieczorem, gdym oprzytomniał trochę, ujrzałem się w tym samym parowie, nad którym zatrzymałem jej konia. Powstałem, zbierając myśli, z postanowieniem dżwigania swego ciężaru do końca i skierowałem się powolnie do Zalipnej. Było już późno, jednak światło przymglone błyskało jeszcze w oknie Stasi. Niepokój pociągnął mnie tam gwałtem prawie. Ujrzałem ją przez szparę w firance: była sama. W białej nocnej szacie siedziała nieruchoma; wspierając twarz na zaciśniętych konwulsyjnie rękach, łzy zatrzymała się na jej twarzy marmurowo białej i nie płynęły więcej; w oczach była ponura, osłupiała rozpacz. Patrzyłem na to, ja sprawca złego, ja com mógł jednem słowem zamienić te łzy w łzy szczęścia, i nie wymówiłem słowa tego, nie dałem znaku obecności swojej, ale chwiejącym się krokiem poszedłem do mieszkania.
Doktór czekał tu na mnie. Widocznie jego przenikliwe oko odgadło serdeczny dramat rozgrywający się między nami; ale z taktem człowieka serca i myśli nie dał mi tego uczuć. Byłem już zupełnie panem siebie; uczucie spełnionej ofiary wróciło mi jakąś względną spokojność; byłem gotów do cierpień bez szemrania.
Doktór, widząc mnie wchodzącego, powstał od stolika, na którym pisał i rzekł z cicha:
— Lucyan kilka razy chciał pana widzieć.
— Czy śpi teraz? spytałem.
— Zasnął trochę, gorączka wzmogła się niepokojem, bo panna Stanisława jest trochę cierpiącą i nie mogła przyjść do niego.
Drzwi Lucyana były uchylone. Skierowałem się ku nim, chcąc zająć zwykłe miejsce przy jego łóżku, ale zatrzymał mnie doktór.
— Niech pan odpocznie dzisiaj, rzekł półgłosem; czuwałeś już tyle nocy, jesteś strasznie zmieniony i blady. Ja cię zastąpię.
Wstrząsnąłem głową i ścisnąłem mu rękę w milczeniu. Miałem w tej chwili jakby pragnienie cierpienia; ono jedno odkupywało we własnych oczach moich złe uczynione. Doktór nie nalegał więcej, obadwaj zrozumieliśmy się bez słów, i wszedłem do Lucyana.
Choć wszedłem cicho, on dosłyszał, bo sen jego był niespokojny i przerywany.
— Gdzież byłeś ten dzień cały? zapytał, wyciągając ku mnie rękę.
— Byłem już spokojny o ciebie, odparłem, i korzystałem ze swobody tego pięknego dnia, błąkając się po polach, jak student na wakacyach.
Lucyan spojrzał na mnie niezwykłym wzrokiem.
— A Stasia, spytał, czyś jej nie widział?
Zadrżałem mimowolnie na te słowa. Lucyan ze mnie oka nie spuszczał!
— Stasia, szepnąłem, Stasia jest cierpiąca.
Chwilę trwało między nami milczenie; Lucyan przymknął powieki. Odetchnąłem, wzrok jego mi ciężył, a rozmowa ta była męką. Wsparłem czoło na rękach i pozostałem długo nieporuszony, bez myśli wyraźnej, prawie bez cierpienia, nie czując nic innego nad niewysłowione zmęczenie. Ale Lucyan nie zostawił mnie długo w spokoju. Podnosząc głowę spotkałem jego oczy błyszczące gorączką utkwione we mnie.
— Jerzy, wyrzekł stłumionym głosem, Jerzy, tu coś się dzieje, coś tają przedemną. Ja to widzę, ja to przeczuwam. Nie widziałem dziś Stasi; doktór, Rozalia zbywają mnie półsłowem. Ty przynajmniej powiesz mi prawdę, ty zrozumiesz że najstraszniejszą męką jest niepewność.
Ale ja na to pytanie, uczynione błagalnym głosem, odpowiedzieć nie mogłem; i ja także musiałem zbyć go czemkolwiek. Próżno zdobywałem się na spokój kłamany: Lucyan domagał się odpowiedzi, odwoływał się do przyjaźni mojej. On także był bez miłosierdzia.
— Lucyanie, rzekłem w końcu wzruszony, bądź spokojny o przyszłość. Nie dzieje się tu nic: zaufaj tym którzy cię kochają.
— Którzy mnie kochają, powtórzył smutnie. Jerzy przychodzi mi zwątpienie do serca, czy doprawdy kochanym jestem. Czemu jej tu niema? Ty przynajmniej mnie nie zawiedziesz, dodał, obie moje ręce biorąc w swoje, jak gdyby mu się ziemia z pod stóp usuwała, a on chwytał się punktu oparcia nad przepaścią.
— Nigdy! nigdy! odparłem z mocą przekonania, ściskając jego dłonie.
Ale on w tej chwili odrzucił ręce moje gwałtownie, jakby się dotknął wstrętnego gadu; wzrok jego się zmienił i stał groźnym prawie. Idąc za kierunkiem jego oczów, spostrzegłem z przerażeniem na palcu moim pierścionek Stasi, o którym wśród gwałtownych wstrząśnień dnia tego zapomniałem zupełnie.
— Co to znaczy? zapytał głosem, który zaledwo wydobywał się z jego piersi.
Nie miałem w tej chwili siły ani woli kłamstwa, a przecież prawda mogła tu być morderstwem. Wszystkie usiłowania moje dnia tego obracały się przeciwko mnie; stałem na miejsca jak piorunem rażony.
— Jerzy, wołał Lucyan, unosząc się na poduszkach, wytłomacz mi co to znaczy.
I wstrząsnął ręką moją, a ja nie znajdowałem słowa odpowiedzi.
— Rozumiem, mówił ze wzrastającą mocą, jakby w paroksyzmie szału, rozumiem. Nie chcesz mi odpowiedzieć jakim sposobem ten pierścionek jest w twoim ręku?
Lucyan był strasznym w tej chwili; ogień namiętności i gorączki zapalił się w jego oczach podkrążonych, nadając im blask dziki.
— Teraz rozumiem wszystko, mówił napół nieprzytomnie. Przypominam sobie: ona siedziała nad mojem łóżkiem, ręką chłodząc mi czoło. Stasia moja była przy mnie; ty tu przyszedłeś, ty oderwałeś ją z tego miejsca, tyś jej powiedział: kocham cię więcej niż sumienie, kocham cię, choć to szaleństwo i zbrodnia. Ty wiesz dobrze że to zbrodnia; zabrałeś mi jej serce, jej wiarę, jej pierścionek, morderco!...
Niepojętym fenomenem na widok pierścionka Lucyan jakąś intuicyą przypomniał sobie nagle słowa moje, wyrzeczone w chwili kiedy zrozumieć ich nie mógł. Te straszne wyrazy przywróciły mi przytomność.
— Lucyanie rzekłem z mocą, ty sam nie wiesz co mówisz. Ty temu sam nie wierzysz. Ja dla ciebie poświęciłem życie i szczęście; nie masz prawa mnie tak potępiać, powiem ci wszystko.
Ale Lucyan nie był już w stanie pojąć słów moich. Wpadł w paroksyzm zupełnego szału: złorzeczył mi, obrzucał obelgami, chciał biedz do Stasi, zrywał się z gorączkową siłą. Zaledwie utrzymać go mogłem. Głos jego i pasowanie się nasze zbudziło doktora.
— Ratuj go! zawołałem do wchodzącego, nie wiedząc sam co mówię, i wyciągając do niego ręce jak do zbawcy; ratuj go! jam go zabił! Dwa razy dzisiaj jestem mordercą!
Ale obawy moje były przesadzonemi. Paroksyzm przeszedł szybko, nastąpiła reakcya osłabienia. Lucyan opadł znowu na poduszki, wpół omdlały, wpół senny, a ja nie wiem dotąd, czy słowa moje, które tak nagle stanęły mu w pamięci, zostały lub nie w jego myśli, czy zbudzi się ze świadomością o nich. Jeżeli tak się stanie, opuszczę dom ten, obciążony przekleństwem, pogardą może tych których kocham, a którym serce swoje rzuciłem na pastwę, i jak ptak zraniony, ze złamanem skrzydłem, będę mógł zapóźno schronić się przy tobie. Jeśli nie, trzeba będzie kielich wypić aż do dna.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.