Jerychonka/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Data wydania 1895
Wydawnictwo Kurjer Warszawski; S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

W kilka dni potem wpadł Filip do pracowni Magdy, wesół, ożywiony, swobodny.
Majorowa, obrażona na niego za długą nieobecność, mimowoli uśmiechnąć się musiała na widok jego dawnéj, swawolnéj twarzy.
— Ach, ty niecnoto, gdzie się wałęsasz?
— A zaraz bura! Urządzałem się, i dziś przyjechałem po panie, aby raczyły mnie odwiedziéć we własném mieszkaniu.
— Gdzież to?
— Na Plantach. Ale panie zarazem spróbują moich koni i powozu. Stoi przed bramą.
— Co, kupiłeś konie i powóz? Słyszane rzeczy! A toć dorożek ci brak, czy co? A na piechotę nie łaska?
— Na piechotę będzie czas, gdy zjem spadek. Teraz będę nóg oszczędzał. Proszę się zbierać, bo śniadanie ostygnie.
— Awantura! Chłopak oszalał! Cóż, jedziesz, Magdo?
— Ależ i owszem. Czyś zaprosił jeszcze kogo?
— Będzie Malicki, Fink, no, i Sylwester.
— Ano, ostro się reklamujesz widocznie.
— A cóż! Muszę być sławnym! — odparł, patrząc na nią z porozumieniem.
— Więc jedziemy! — zdecydowała majorowa, która w gruncie rzeczy ogromnie była ciekawa i koni, i mieszkania, i śniadania.
— Zaraz, tylko się przebiorę — rzekła Magda, wstając od stalug.
— Ano, to i ja!
Magda chciała portret zasłonić, ale spostrzegła chciwy wzrok Filipa i rzekła, podając mu paletę:
— Możesz tymczasem trochę mi pomódz. Wykończ tę makatę na tle.
On wziął paletę i nic nie odrzekł.
Pozostał sam i oczu z płótna nie zdjął. Czuł wyraźnie, jak ulatywała jego swoboda i wesołość, jak go ogarniał niepokój i drżenie. Wrażenie było tak silne, że stało się prawie bólem. Postąpił o krok i gorejące oczy wpił w obnażone ramiona i usta rozchylone uśmiechem tajemniczym, na pół drwiącym, na pół rozkosznym.
— Śmierć mi daj lub siebie! — zamruczał głucho.
— I siebie i śmierć! — zdawał się mówić tajemniczy uśmiech.
I nagle sztuka, poryw artystyczny, chęć do sławy nawet, opadły, i gdyby usłuchał chęci, która, jak burza, przeszła mu przez duszę, uciekłby ztąd i pędził do niéj i powtórzyłby u jéj stóp frazes, który mruczał z uporem szaleńca:
— Daj śmierć lub siebie!
Magda wyszła ze swego pokoju i patrzyła nań. Chciała się cofnąć, ale się przemogła i, kładąc mu rękę na ramieniu, rzekła:
— „Salamandrze“ dasz jéj rysy i stworzysz arcydzieło.
Ocknął się i rzekł zmęczonym głosem:
— Nie widziałem jéj już od tygodnia.
— To za długo! Pójdź dzisiaj. Wyglądała jak urażona, wspominając ciebie.
Majorowa przerwała rozmowę, więc zeszli do bramy i wsiedli do powozu Filipa.
Kurs był bardzo krótki, ale majorowa znalazła przecie czas upatrzéć w oknie jakiejś suteryny dziecko blade i bezczynne, do którego obiecała sobie zajrzéć za powrotem.
Filip mieszkał jak milioner. Zajmował pięć pokojów, miał lokaja w liberyi, meble eleganckie, mnóstwo cennych drobiazgów i przedmiotów, zebranych w podróży.
Kiedy majorowa oglądała salon i jadalnię, Magda spytała przedewszystkiém o pracownię i poszła do niéj.
Była urządzona z przepychem, miała pyszne światło — ale pustką z niéj wiało. Puste płótno na stalagach, farby nietknięte, nigdzie studyów ani szkiców.
— Nie zacząłeś jeszcze nic? — spytała.
— Jutro. Przyjdź za tydzień na krytykę.
— Dobrze. Ale pamiętaj z początku tęgo się wprawiać. Zaniedbałeś rękę. Powinieneś szkicować bez przerwy teraz.
— Czy ty kiedy myślisz o czém inném, jak o malarstwie? — zaśmiał się Filip. — Sztuka stała się w tobie maniją.
— Zawsze tak było, tylkoś ty się zmienił. Otóż już dzwonią. Pójdźmy!
Pierwszy przybył Fink, prześladowca Oryża, wydawca i spekulant książkowy; był osobistością znaną i wpływową. Bardzo bogaty, bystry, rzutny — miał język cięty, stosunki rozległe i wielkie zachowanie wśród artystów i literatów.
Krótki i gruby, miał rysy wydatne, uśmiech satyra, spojrzenie cyniczne. Czuł swą siłę i dość lekko traktował każdego.
Gdy wszedł, jednym rzutem oka otaksował wartość mebli i mieszkania i rzekł do majorowéj:
— Winszuję, winszuję. Pupil i synowiec pani ma wielki dar i gust wybredny. Lokal cacko, piętnaście tysięcy. Co? zgadłem?
— Nieomal — odparł Filip.
— Dobrze pan robisz. Z pieniędzmi, jak z miłością. Kiedy co łatwo przyszło.. on le passe à d’ autres!
Zwrócił się do Magdy i rzekł:
— Przynoszę pani ukłony od pana Oryża.
— O, co w to, to nie wierzę! — odparła swobodnie. — Zanadto ceni swoje grubiaństwo, żeby o czémś podobném pomyślał. Cóż? Jakże mu idzie robota?
— Świetnie. Jutro go uwolnię, bo mi zanadto demoralizuje personel redakcyjny. Przyślę go pani na rekolekcye!
— Toby był zacny chłopak, żeby mu uciąć połowę języka! — rzekła majorowa.
— I umyć go gruntownie! — dodał Filip.
W téj chwili wszedł pan Sylwester i od progu zawołał:
— Nasz artysta się żeni, ani chybi. Co za luks, co za szyk!
— Bajesz! — odparł Fink. — To ty się żenisz podobno.
— Ja? Uchowaj Boże!
— A no, to się kochasz. Onegdaj przecie przyjmowałeś damy.
Stary galant zrobił minę skromną.
— Baronowa uczyniła mi zaszczyt zwiedzenia zbiorów — rzekł dyskretnie.
— Taak? — ironicznie zapytał Fink. — I ofiarowałeś jéj ten stolik saski porcelanowy, za który ci dawałem więcéj złota, niż sam wart jesteś.
— Awantura! Zkądże wiész o tém?
— Od jéj matki. Pochwaliła się zaraz twoją głupotą, a córka pewnie drwi z ciebie w duchu.
— Mój łaskawco! — rzekł Sylwester. — Moich stolików nie mam na sprzedaż, a nie zawsze ten robi dobry interes, kto się przechwala lub drwi. Z mojéj tranzakcyi z baronową jestem zupełnie zadowolony, chociaż milczę.
— Phy! — lekceważąco odparł Fink — i mnie stać na podobną tranzakcyę. Z baronową jesteśmy dawni znajomi.
Filip, słuchając tego, to bladł, to czerwieniał. Ledwie się hamował, by nie wybuchnąć i nie spoliczkować tych dwóch starców, plwających na jego ideał.
Spojrzał na Magdę wzrokiem rozpaczliwym a oburzonym zarazem, ona zaś zrozumiała go i rzekła z uśmiechem:
— Jutro rano powiem baronowéj, co prawicie, i słusznie uczyni, zamykając wam drzwi przed nosem.
Sylwester odrazu ucichł, ale Fink nie dał za wygraną.
— Czy pani jest spowiednikiem baronowéj, że tak broni jéj cnoty?
— Nie znoszę krytyk zaocznych. Jeśli pan miał łaski u baronowéj, to, opowiadając w ten sposób, czyni pan jak...
— Żyd! — podchwycił Fink. — Ma pani słuszność. Płacą teraz ludziom takąż monetą, jaką brali od chrześcijan moi przodkowie. Ząb za ząb, siność za siność, sparzelizna za sparzeliznę, pogarda za pogardę!
— Wzruszająca solidarność z tém, czego się odprzysiągło! Daruje pan, ale kto wyznaje takie zasady, powinien powrócić do Starego zakonu, aby być logicznym. Bez tego nie ma sensu! Zresztą nie myślałam tego, co mi pan podpowiedział. Nie potrzeba być żydem, aby być oszczercą. To potrafi każdy tchórz, bez różnicy wiary.
— A pani, co tak broni baronowéj, czy wié, co ona na nią wymyśla?
— Nie wiem i wiedziéć nie chcę! — Magda opędziła się, jak od osy, i zakryła uszy.
— Panowie, to zgroza! Macie Munkaczego na wystawie, Modrzejowską w teatrze, i mówicie o miejskich plotkach. A potém dowodzicie, że to my, kobiety, plotkarki...
— Racya, racya! — przytakiwała majorowa. — Próżność i plotkarstwo myśmy po was odziedziczyły.
— Bo to tylko widocznie wam się podobało i było dla was dostępne!
— Widzę, że pan bardzo od pana Oryża skorzystał, bo to jest jego rodzony frazes. Czyżby już panu brakło własnych złościwości?
— Chciałem pani zrobić przyjemność cytatą nadwornego mędrca.
— Ach tak! Dziękuję!
Złożyła mu ukłon głęboki i zwróciła się do wchodzącego w téj chwili doktora Malickiego.
— Profesorze, pewnie ta biedaczka suchotnica zmarła?
— Zkąd pani wié?
— Z oczu pana.
— Tak jest. Umarła! — odparł doktor i ręką machnął. — Ohydne!
— Co takiego? Kto to był? — zaciekawił się Sylwester.
— To był człowiek i śmierć. To dwaj moi prześladowcy. Mniejsza kto! Ohydny jest mój zawód, i basta! I pomyśléć, że mógłbym być inżenierem lub księdzem, a jestem zwykle szarlatanem często zaś oprawcą! Witam, panie Filipie, i cieszę się, że nie wyglądasz na pacyenta. Obyś żył, żył i umarł beze mnie! Szacunek, pani majorowo, pilnuj pani swéj trzódki, bo ospa wszędzie po suterenach! Fink, pewnie się opuszczasz w gimnastyce; oszukujesz mnie, ale nie oszukasz swéj krwi, pamiętaj!
Popatrzył na Sylwestra, przymrużył jedno oko, pokręcił głową, obejrzał go pod światło i nic nie mówiąc, palcem pogroził. Fink wybuchnął śmiechem, ale profesor się oburzył:
— Ty nie masz czego się śmiać, ale gimnastykować jak najwięcéj!
— Profesorze! A moja Boińska? — spytała Magda.
— Chciałabym takich dużo miéć. Ale powiedzcie mi, panie Filipie, poco to proszone śniadanie? Zaręczasz się, czy żenisz?
— Dlaczego?
— Ano, nie wiem zkąd słyszałem, że się żenisz z panną Magdą. Możem się wygadał przed czasem?
— Po czasie, profesorze! — roześmiała się artystka. — Filip obchodzi swoją installacyę malarską. Zaczyna pracować.
— To dobrze, tylko, proszę cię, nie maluj jak mój brat.
— Doktorze, jesteś zrzęda! — wtrącił Sylwester. — Twój brat ma świetną technikę.
— A to zrób go przedsiębiorcą od wyrobu maszyn, ale nie nazywaj-że artystą. Co on maluje? Zawsze jedną damę. Ta wącha kwiat, a ta bawi się perłami, tamta się wachluje, inna otula się futrem, a wszystkie jedno warte, to jest... nic. Nie zawracajcie mi głowy, że to jest sztuka. Ten chłopak lepiej-by był tapicerem.
— To jest modne i szalenie się opłaca! — wtrącił Fink. — Widocznie twój brat ma talent i szczęście... odpowiada potrzebie estetycznéj danéj chwili.
— Takie fuszery przedewszystkiem zepsują smak, zdemoralizują publiczność, a potem wy ją czynicie winną za ich utwory. Nieprawda! Winien jest ten, co tworzy, nie ten, co czyta i patrzy. Wszystko, jest chore teraz, wszystko rachityczne, skrofuliczne i histeryczne. Niech przepadną literaci, dziennikarze, malarze, aktorzy i filozofowie, a wtedy ja może odpocznę. Nienawidzę ich hurtem, bo to oni mi napełniają szpitale, kliniki i domy obłąkanych i sprowadzają takie komplikacye, że człowiek do grobowej deski nie może przestać uczyć się i musi łeb łamać nad coraz nowemi zwyrodnieniami.
— Profesorze, jedźcie do Karlsbadu! — wtrąciła majorowa.
— Dajcie mi czas, a pojadę i będę czytał „Robinsona Kruzoe“ i będę zdrów. Cóż, panie Filipie? dajcie co jeść, bo muszę zmykać. O czwartéj mam operacyę w klinice.
— Śniadanie podane, ale nie chciałem profesorowi przerywać filipiki przeciw cywilizacyi.
Malicki aż podskoczył.
— Cywilizacya! Idźcie na naukę do Botokudów. Oni są zdrowsi od was wszystkich. Ty, naprzykład, jesteś chory na nerwy. Jeszcze się trzymasz, boś młody, ale za rok będziesz u mnie i powiesz... przepraszam, nie zacytuję, bo panie tego nie rade słuchać, ale ci powiem jeśli chcesz, na osobności.
— Pan Stanisław już wrócił z Zakopanego? — spytała Magda.
— Jeszcze nie, ale go lada dzień oczekujemy. Pewnie teraz urodzi się dama w serdaku.
Przeszli do jadalni i zasiedli u stołu. Malicki burknął na lokaja, który mu chciał nalać wina.
— Nie pije profesor? — spytał Filip.
— Po co? Nie potrzebuję ani fałszywego humoru, ani fałszowanego napoju!
— Chcesz żyć sto lat, pomimo że zrzędzisz! — zaśmiał się Fink.
— Wcale nie, ale kto całe życie patrzy na choroby, może przecie o tyle skorzystać, żeby nie pragnąć ich i unikać, ile sił.
— Doprawdy, nie rozumiem ciebie. Z twojém usposobieniem przestałbym praktykować!
— A ja, z twoją tuszą, przestałbym jeść pasztet i pić burgunda. Myślisz, że minie dzień, żebym nie postanowił zerwać z medycyną. Alboż mi dadzą! At, a jeszcze żona mi prawi o powołaniu! Kobiety strasznie lubią ten frazes; może dlatego ogólnie dotychczas były zdrowsze, ale i one się psują. Ładne przyjdą pokolenia; ale figa: ja już ich leczyć nie będę!
— Wszystko to jest przesada! — rzekł pan Sylwester. — Dla zdrowego wszystko zdrowe. Ja żyję życiem obecném, karmię się tém, czém inni, a jestem zdrów, i opieki twojéj nie potrzebuję.
— O, i owszem. Tylkoś jéj już potrzebował, i to bardzo. Zresztą masz racyę: organizm twój mógłby być patentowany; to téż popełniłeś społeczny kryminał, żeś się nie ożenił. Zawszeni cię do tego namawiał.
— Co się odwlecze, to nie uciecze! — zaśmiał się Fink. — Przyznał się nam, że się stara o baronową Faustanger.
Malicki zastanowił się chwilę.
— Baronowa... ano, nic-bym nie miał przeciw. Zdrowa jest i zdrowia pilnuje. Cenię ją za to; ale, niestety, zanadto o siebie się lęka i za lat kilka grozi jéj otłuszczenie serca. To-bo bieda: jeden czuje zawiele, drugi zamało, nigdzie równowagi. A czy ona się z mężem rozwiodła?
— Po co? Brat jego ma fideikomis na Morawach i suchoty. A nuż klapnie, wtedy będzie interes do męża wrócić! — zaśmiał się Fink.
— Baronowa zbyt jest zamożna, żeby potrzebowała wracać do tyrana dla funduszu — ozwał się Filip.
— A pan zkąd spada? Z księżyca? — odparł Fink. — Pieniędzy nigdy zawiele. A Faustanger nie był nigdy tyranem. Kochali się nawet bardzo, ale się rozeszli, bo on miał kawalerskie długi a radczyni nie chciała ich płacić. Rzecz do naprawy i poprawy.
Magda słuchała z niesmakiem i znudzeniem. Rozmowa podobna raziła jéj gruntowny umysł i wymagania. Raził ją téż banalny wygląd jadalni, raził długi czas poświęcony jedzeniu, a nadewszystko raził sam Filip, który nie umiał rozmowy poprowadzić, pogłębić, stracił swój humor i błyski oryginalności, wyglądał osowiały, obojętny, znudzony.
Parę razy spojrzała nań: unikał jéj wzroku, jakby się wstydził lub myślał o zdradzie. A gdy tak milczała, zgnębiona złém przeczuciem, pan Sylwester przechylił się do niéj i rzekł półgłosem:
— Niech pani w to nie wierzy.
— W co? — spytała zdziwiona.
— W to, czego oni dowodzą! Nie myślę wcale o baronowéj, ani mi ona niebezpieczna. Pani wié, komu służę wiernie. To tylko pozór — zakończył tajemniczo.
Roześmiała się. Doprawdy, on był przekonany że ona cierpi nad jego odstępstwem!
Uspokajał ją i cieszył — on — co do siebie.
Popatrzyła mu w oczy, nie wierząc, ale twarz ta była przejęta wysokiem pojęciem o sobie i zlekka protekcyonalna.
To ją tak ubawiło, że aż wesoło rzekła:
— To szczęście, że mi pan dodał ducha, bo już przemyśliwałam o samobójstwie.
Sylwester poczerwieniał.
— Pani mi nie wierzy. Pani zbytnio ufa. Baronowa miała słuszność, mówiąc, żeśmy panią popsuli, a pani za nasze hołdy płaci nam... Oryżem.
Magda znowu nie wierzyła uszom. Ale i ją wreszcie oburzyły podobne insynuacye.
— O wasze hołdy się nie staram. Przenieście je wszystkie na baronową i powiedzcie jéj, że ma racyę. Dbam o jednego Oryża, i tego mi nie weźmie!
Brwi jéj zbiegły się i rozdęły nozdrza. Pan Sylwester wyglądał obrażony. Umilkł, a ona pożałowała wybuchu i dodała już wesoło, zwracając się do Finka:
— A wié pan, że Filip zaczyna malować?
— Słyszałem; jem i piję z téj racyi, ale nie wierzę.
— Uwierzy pan, gdy zobaczy „Salamandrę“.
— Życzę tego i zapowiem ją publiczności, ale nie wierzę w artystów-bogaczy.
— Otóż przekonam pana! — uśmiechnął się Filip.
Przez chwilę wątpliwość Finka zbudziła w nim energię; ale błysk zgasł niebawem, i sam nie wierzył już w swoją moc.
— Maluj, maluj! — zawołał doktor — byleś się w Stacha nie wdał. Maluj źle, ale niech to będzie treściwe i zdrowe. A radzę ci trochę masażu i hydropatyi... na nerwy! No, a teraz, moi państwo, bywajcie zdrowi, bo już około czwartéj.
Wszyscy wstali, trochę ociężali po winie. Fink zapalił cygaro i, gdy doktor wyszedł, rzekł:
— Stary robi się trochę manijakiem. Narzeka, a pieniądze gładko bierze. Rachują go na okrągłe trzykroć, i kamienica czysta.
— Chodźmy! — szepnęła Magda do siostry.
Gdy się znalazły na ulicy i w powozie, majorowa westchnęła głęboko.
— Nie podoba mi się Filip! — rzekła smutno. — Źle zaczyna. Zbytek i dogadzanie sobie czyni człowieka egoistą i próżniakiem. Uważałaś ty: on o niczem nie marzy. Na nim znać już przesyt i nudę. On inny, nie nasz dawny, a taki obcy, że ja już nie śmiem do niego po swojemu zagadać. Malicki miał racyę. On się powinien ożenić.
Magda potrząsnęła głową.
— Samaś mówiła niedawno, że sztuka to kapłaństwo bezżenne.
— Mówiłam o tobie. On nie będzie artystą.
— Musi być, inaczej się wykolei i zginie. On właśnie, ze swą wrażliwą, miękką naturą, musi sztuki się trzymać. Tylko ci ludzie, co z nim są, to źli towarzysze!
Powóz stanął. Wysiadły i weszły do mieszkania. Magda stanęła w oknie i, nie przerywając myśli, mówiła poważnie:
— Malicki ma racyę. Wszystko jest chore. Byłyśmy przecie między ludźmi, którzy bądź co bądź sztuką się zajmują. I cośmy słyszały? Dla Finka jest ona interesem pieniężnym, dla Sylwestra sposobem odznaczenia się i zadowoleniem próżności, dla Stacha Malickiego rzemiosłem, dla Filipa kokieteryą i zabawką. I to są ci, co krytykują, kupują i tworzą! I po co się dziwić, że teraźniejsi mistrze noszą w sobie wieczny niepokój, nieustanne szukanie czegoś, niezadowolenie z siebie! Oni szukają tego, co stracili na wieki... ideału. Sztuka, znudzona ciągłem kupczeniem sobą, zostawiła im to, co teraz popłaca... technikę, a zabrała to, na co niema pokupu... ducha! Jaka wiara, taka ofiara! Jaka myśl, taki czyn! O, Malicki mądrze mówił i bardzom mu wdzięczna za zdrowe słowo.
Wzdrygnęła się i dodała z oburzeniem:
— Nigdy mi jeszcze tak smutno i pusto nie było, jak wśród nich dzisiaj. I to oni będą kierowali Filipem! On ich wybrał. Chodzi mu więc tylko o reklamę.
— A ta baronowa! — wybuchnęła Osiecka. — Czyś ślepa, czy mnie chcesz oszukać, że jéj bronisz? On się mieni, gdy o niéj mowa.
Magda milczała. W tej chwili nawet to ją mniéj bolało, niż sponiewieranie sztuki.
— Czy prędko skończysz portret? Bo ja na tę kobietę nie chcę patrzéć.
— Ostatnie dziś było posiedzenie. Za tydzień portret będzie na wystawie.
Wyszła do pracowni, rada pomilczéć. Powoli dzień się kończył i stało się już tak cicho, że słychać było wieczorne rozhowory wróbli po rynnach. Magda położyła się na szeslongu i zaczęła duchową z sobą rozmowę.
Rozstrojona była i zbuntowana na życie. Co się stało? Czego? Przecie to, co jest dzisiaj, było wczoraj i będzie jutro. Myślała, że jest w zgodzie ze światem i ludźmi, miała się za dojrzałą i szczęśliwą. Dziś drażniło ją wszystko, a przedewszystkiem punkt widzenia ludzi.
Fink inteligentny był, słuchał Malickiego, a gdy ten wyszedł, szacował, nie jego, lecz kamienicę. Sylwester, wzdychający do niéj, oburzał się na samą myśl, że Oryż może czynić podobnież. Filip wysilał się, by zaimponować zbytkiem, a nie dbał o talent.
A ona sama? Dlaczego się gniewała i oburzała? Czy téż nie spaczył się jéj sąd i punkt widzenia? Wpół leżąc, z przymkniętemi oczyma, nie zauważyła, że portyera rozchyliła się i do pracowni wszedł Oryż. Stanął w progu, popatrzył na nią. Przez chwilę rysy jego wypiękniały wielkiem rozradowaniem; potém znowu przybrały niedbałą i cyniczną maskę, i zaczął nucić przez zęby oberka.
Magda się obejrzała, ale nie rzekła nic. Zwykle nie witali się, ani żegnali; uważała go za domownika.
I Oryż się nie odezwał. Pokręcił się po pracowni, obejrzał portret i szkic „Kultu,“ przeszukał, czy niema czego nowego, a potém usiadł u okna, dobył gazetę z kieszeni i czytał, nie przestając nucić.
Może z godzinę nie odezwali się do siebie. Zmrok zupełnie zapadł. Magda się uspokoiła i zaczęła snuć jakieś marzenia.
Cicho Oryż wstał, zdjął ze ściany gitarę, i ledwie strun tykając, wybierał jakąś melodyę. Mimowoli Magda słuchała. Talenty Oryża były to zawsze niespodzianki. Wiedziała, że pochwałą wywoła cyniczny koncept i w jednéj chwili zaprzestanie, więc uwagi nigdy pozornie nie zwracała. Wiedziała téż, że cnotę, ideał, formy towarzyskie, ofiarę, uczucie uważał za rzeczy niegodne wyznania i wyrazu, że krył się z niemi, jak ze wstydem, przed ludźmi, aż urobił o sobie opinię najgorszą, z czego był zupełnie zadowolony, i że powątpiewanie o prawdziwości téj opinii uważałby za obelgę.
Więc po chwili rzekła obojętnie:
— Przecie pana Fink uwolnił. To dobrze!
— Co to za dobrze! Czy tam się siedzi, czy gdzieindziéj między głupcami, zawsze się ma do czynienia z największym głupcem, to jest z sobą.
Magda się uśmiechnęła. To nieparlamentarne określenie było odpowiedzią na jéj rozmyślanie o sobie.
— A ja dzisiaj byłam na śniadaniu u Filipa.
— Słyszałem, i jak ten derwisz wielbiłem Boga.
— Co za derwisz?
— A ten, co każdego ranka stawał na drodze sułtana i dziękował Ałłahowi, że go nie uczynił sułtanem.
— Mnie téż wcale tam wesoło nie było.
— A pewnie. Kocha pani Osieckiego, a Osiecki baronową. Kobiecie to dosyć, by stracić równowagę.
— Pan ją traci jeszcze z marniejszéj racyi.
— Nie mam nic do stracenia. Obejdę się zupełnie bez równowagi.
Znowu zcicha wziął kilka akordów.
Magda wyprostowała się i rzekła swobodnie:
— Jeśli kocham Osieckiego nieszczęśliwie, to tém lepiéj. Miłość bez wzajemności daje natchnienie.
— Jak komu. Lew kocha lwa, a wrona wronę. Ale gdy paw kocha srokę, lub gołąb kaczkę, to już nie jest miłość nieszczęśliwa, ale głupia. A zresztą, czy pani nie dość, że kochasz sztukę bez wzajemności? Co ta biedaczka cierpi od pani za prześladowanie! Portret widzę gotów. Kogóż teraz pani chce pacykować?
— Nikogo, bo chcę trochę wypocząć.
— Warto! Leżéć na kanapie i śnić o Osieckim! To przynajmniéj będzie naturalnie, po kobiecemu.
— Właśnie, chcę panu dogodzić.
— Szkoda fatygi. Ja wcale na panią uwagi nie zwracam i od miesiąca wynoszę się.
— Szczęśliwéj drogi i pomyślności. Skorzystam jeszcze z ostatnich chwil i pójdziemy jutro na wieczór do Zaklickich.
— A cóż to ja mam się tam do spowiedzi przygotowywać, słuchając sentencyi tych dwóch mumii? Dlaczego to cnota jest zawsze taka nudna?
— Dlatego, że nic nowego nie wymyśla.
Oryż aż się uśmiechnął, tak mu się to podobało. Zaczął znowu przebierać struny gitary, a melodya była bardzo łagodna i prosta.
Teraz Magda poznała, co grał, i poczęła zcicha nucić:

Czterym latka wiernie służył gospodarzowi,
Sieczkiem rzezał, nie wieczerzał, niech on sam powie;
Matulu, niech on sam powie.

Zupełnie było ciemno w pracowni. Oryż wtórował zcicha i, słuchając, myślał, że może i on stanie się cnotliwym, bo oto od dwóch lat nic nowego nie wymyślił — jak kochać tę dziewczynę, któréj nawet nie pożądał. Może się stanie cnotliwym i nudnym.

Przyszedł Wojtek do tatusiów i wziął dziewczynę,
A ja bez niéj nieszczęśliwy chyba już zginę.
Matulu, chyba już zginę.

Oryż, dech tamując, słuchał, czy głos Magdy nie stanie się smutniejszym, ale nie zauważył zmiany. Równie spokojnie rzekła:

— To ładne, bo proste. Zagraj pan jeszcze cokolwiek.
— Nie umiem grać — burknął, odkładając instrument. — Gram, póki mnie bawi, i dla siebie.
— Więc przejdźmy do salonu. Może pan trochę pogrymasi z Marynią, bo ja już mam dosyć na dzisiaj pana szczerości.
— Woli pani zapewne fałsze Osieckiego.
— O nie! Filip nigdy przede mną nie kłamie! — odparła żywo.
— Taki nosorożec! On pewnie się pani zwierza ze swoich sukcesów z baronową. To zupełnie na niego wygląda.
— Dlaczego?
— Bo on jest tak sobą zajęty i zachwycony, że oprócz siebie nic nie widzi. Będzie deptał po sercach i myślał, że czyni łaskę.
— Myli się pan. On mi serca nie zdeptał, bo ono na ziemi się nie wala; zaufanie zaś jego cenię bardzo i cieszę się niem.
— Jeśli on się zmarnuje, mała będzie szkoda. Ale jeśli pani z jego racyi się zmarnuje, to będzie wstyd.
— Bądź pan spokojny: i sama się uchowam, i jego dopilnuję. Już zaczął pracować. Baronowa będzie miała poważną rywalkę w sztuce.
— Fink inaczej mówi: Osiecki będzie miał kapitalną modelkę, tylko dyabelnie drogą.
— Fink jest wstrętny. Sztuka w jego ustach, to, wedle przypowieści Salomonowych: „Kolce złote w pysku u wieprza!“ Nie wspominaj go pan. Gdy pomyślę, że to on jest krytykiem, opuszcza mię chęć do malowania.
— Alboż u nas jest krytyka? Jest paszkwil albo płatna reklama. Artysta, któryby chciał nauki, sądu, zdania sprawiedliwego od krytyki, niech się obwiesi. Bo żywemu nikt prawdy nie powie i nie napisze. Będzie interes dla kogo, by go chwalono... to obstaluje i zapłaci reklamę; nie będzie... to go zostawią na łup wszystkich zawiści, złości, szyderstw; słowem, wyrzucą go hyenom na pożarcie. Jeśli ma talent, to go publiczność czasem wydrze hyenom z pysków; jeśli nie ma szczęścia i sympatyi w tłumie... to przepadł.
Zamyślił się i po chwili znowu mówił:
— Znała pani Wacka Adamskiego? Dobre było chłopczysko, pokorne, pracowite, skromne. Nie był pyszny ze swojego talentu, choć miał rzetelną siłę. Osiadł tutaj i pilnie pracował. Mieszkaliśmy razem. Dał raz dobre studyum, sprzedał; dał coś drugiego... poszło. Więc duch weń wstąpił, zaczął w siebie wierzyć. Aliści, jak głowę nad tłum wychylił, dojrzeli go krytycy. Kto? co? zkąd? Czemu się z nimi nie poznał? Czemu potentatom się nie pokłonił? jak śmie obchodzić się bez nich! Powstało oburzenie, obraza. Mówię mu, gdym to zwąchał: „Wacek, zapoznaj się ze starymi i z krytykami, bo będzie źle!“ Chłop się nie wzdragał nawet, ale zapomniał, zwlekł, zajęty robotą. Daje trzeci obraz... znowu sprzedał. Aż tu jak gruchną krytyki! Odsądzili go od talentu, zwymyślali publiczność, że takie nędze kupuje, oszkalowali jego życie prywatne, wydrwili go, odarli, jak hyeny trupa... do kości. Jeden za drugim, dzienniki powtarzały to samo, żeby, broń Boże, nie okazać się gorzej poinformowanym. Wacek przeczytał i zdrętwiał. Jak nożem uciął... przestał tworzyć. Jakiś czas był jak martwy, potém przecie się otrząsnął: podgwintowałem go. Zrobił śliczny rodzajowy obrazek „Powrót rekruta.“ Znowu wrzask powstał. Krzyczano nawet na zarząd wystawy, że podobne nędze przyjmuje; pisano tyle, że nikt kupić nie ośmielił się, zarzucano mu, że kopiuje niemieckie oleodruki, ze złości i jadu dochodzili do absurdów. „Pluń na nich i maluj daléj — radziłem mu — i nie czytaj téj bibuły.“ Wacek istotnie przestał czytać, ale i przestał malować. Zaczął się po knajpach włóczyć, potém po szynkach: „Powiedzieli, żem pijak... niechże będzie ich prawda“ — odpowiadał z dziką zaciętością. Trwało tak rok, coraz niżéj spadał. Aż raz w nocy wracam... świeca się pali, butelka pusta, jakaś kartka na stole. Oglądam się. Wacek stoi w kącie, jakoś dziwnie skrzywiony, i nie rusza się. Wołam... nie odzywa się; podchodzę... aha, stoi, i mocno stoi, bo uczepiony do sznura za szyję, a sznur u belki uwiązany. Przeciąłem, gruchnął na ziemię — i tyle. Na kartce stało: „Talent zapisuję krytykom, a duszę wódce. Niech wam maluje kto inny!“ Gwałtu, co się potém dziaio! Jakie miał nekrologi, jak urósł, jakie mu cięli pochwały, jak ubolewali nad przedwczesnym zgonem i stratą, jaką sztuka poniosła! A Fink z Sylwestrem pobili się, kto weźmie „Powrót rekruta,“ „ostatnie dzieło nieodżałowanéj pamięci młodego mistrza.“ Oto jest illustracya dobrodziejstwa krytyki: a pani mówi o niéj z oburzeniem. Szkoda nawet tylu względów!
— Pan się jéj nigdy nie bał?
— Nigdy. Oni mnie nie zaczepią, bom nicość. Pani dotąd była w łaskach, i to gorsze. Lepiéj nie miéć wzmianki, niż być strąconym z piedestału. Jeszcze to panią spotka.
— Może być. Mnie już szczęście opuściło — rzekła smutnie.
— Opuścił panią Osiecki. Przepraszam, nie wiadomo, czy to było szczęście. To gorzéj, że baronowa jest o panią zazdrosna.
— Dlaczego? To nie ma sensu.
— Owszem, ma! Przedewszystkiem to, co brudne, nie cierpi tego, co czyste. Po drugie, baronową to drażni, że ona ma tylko piękność, a o pani nikt nie mówi, żeś piękna.
— Bo piękną nie jestem.
— A nie! Pani jest piękna, ale to nie bije w oczy, lecz bije umysł i dusza. Ta moc poniża baronową, gniewa. A wreszcie, pani nie zdaje się dbać o nią ani ją miéć za niebezpieczną. Tego ona nie daruje. Niech się pani spodziewa prześladowania.
Magda roześmiała się.
— Ależ pan mi dziś powiedział mnóstwo komplimentów! Co się stało? Ktoś pana mi odmienił u Finka.
— Nie, Oryża nikt nie odmieni! Może pani być tego pewna.
— Ależ ja jestem kobieta, i pan mi przyznaje duszę! Opamiętaj się pan!
— Bywają cielęta z dwiema głowami: dlaczego niema być kobiety z duszą? Natura czasem tworzy dziwolągi, żeby jéj nie posądzono, iż w pomysłach się wyczerpała. Pani niech to w dumę nie wzbija. Ma pani duszę, ale ją pani zmarnuje! Wszystko zaś to opowiedziałem pani na pamiątkę po sobie, przez wdzięczność, żeście mnie stołowały i uratowały od kataru żołądka. Myślę się wynieść od miesiąca, a może od jutra przestanę przychodzić.
— Gdzież się pan wynosi?
— At, trochę w świat ruszę. Tkwiłem tu zadługo. Obrzydliście mi ze szczętem!
— Szkoda mi pana będzie. Prawda, zadługo pan bawił, żeby odejść bez żalu. Dobrze mi było z takim kolegą!
Oryż ani słowa nie odparł. Chwilę siedział nieruchomy, potém żywo wstał i ku drzwiom się skierował.
— Już pan idzie? No, to do widzenia! — rzekła Magda, wstając także.
— Niech będzie... do widzenia! — lekceważąco odparł Oryż. — Ale ja tam wcale po tém nie tęsknię, ani pragnę!
Wyszli do salonu i — zdziwili się. Majorowa miała gości: dwie panie, zajmujące się dobroczynnością, i księdza Walerego. Toczyli ożywioną dysputę o przytułku noclegowym dla starców.
Magda przywitała się; Oryż bez żadnej ceremonii poszedł do przedpokoju, a nakładając palto, gwizdał. Damy dość dziwnie patrzyły na Magdę, która, wyszedłszy z ciemności na blask, mrugała oczyma i miała minę, jakby zmieszaną. Nie przyszło jéj przecie na myśl, aby ztąd wynikły dla jéj czci i honoru uwłaczające plotki i podejrzenia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.