Jelita/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



PANU GRACJANOWI

UNGROWI



wdzięczny



Autor.


Drezno 1 Stycznia 1881.





Tom I.



I.


Pora była jesienna, jeszcze letniém ciepłem ogrzana; na polach stały tam tylko nie pozwożone do brogów i stodół kopy, gdzie duchowieństwo dziesięciny z nich swojéj nie oddzieliło; mało który zagon pochyloném od wiatru i deszczów zbożem był okryty. Na skoszonych łąkach pasło się bydło swobodnie, na ścierniach rozproszone czerniały owce. Wśród żółtych pól, pasami zorane na przyszłą siejbę widać było role czarne, nad któremi ulatywało ptactwo szukające w świeżéj ziemi robaczego żéru.
Na niebiesiech jeszcze jesień nie rozwiesiła była szarych opon deszczowych, porozrywane tylko obłoki przesuwały się po bladym błękicie, złotemi i pomarańczowemi bramowane pasami słonecznych promieni. Wiejska cisza otulała osadę wielką, zdala lasami otoczoną.
Siedziała ona tu zakryta od napaści nieprzyjaciela, który tak często kraj niszczył i pustoszył, bo nigdzie koło niej zgliszcz widać nie było, a chaty czas miały postarzeć w spokoju.
W pośrodku na wzgórzu, opasany wałem porosłym zielenią, a obwarowanym częstokołem, rozsiadał się dwór duży drewniany z dachem wysokim. Brama wyższa jeszcze od niego wjazd wskazywała. Stała ona teraz otworem.
W podwórzu dosyć pustem, wśród którego studnia z żórawiem i korytami najwidniejszą była — rozłożyły się wozy jakieś, od których konie odprzęgano, jezdni zsiadali, gwarno było i czeladzi dużo, wybiegłszy z szop kręciło się pospiesznie około dworu.
Włodarz miejscowy w długiéj opończy podpasanéj rzemieniem, w czarnych skórzniach, z twarzą ogorzałą, z długiemi włosy spadającemi na ramiona, czapkę wysoką w ręku trzymając, w drugiem kij biały, zdawał się zajęty i zakłopotany ugaszczaniem przyjezdnych.
Spadli tu widać niespodziewani, bo wszystko się koło nich kręciło potraciwszy głowy...
Dwór pański, który w podwórzu się rozglądał, wcale był wspaniały i znamionował dostatniego człeka... Kilkudziesięciu zbrojnych w nielada oręż, na koniach dobrych i strojnych, wozów kilka, odzież czeladzi barwna, postawy dworu i żołnierza dumne a rzezkie, mogły bodaj udzielnego książątka w podróży kazać się domyślać...
Gospodarowało tu owo rycerstwo jakby w domu. Jeden, starszy widać nad orężnemi, do włodarza nakazująco przemawiał, a ten czapki nie nakładając, zafrasowany czeladź popędzał.
Trzeba było pomieścić ludzi i konie, na wypadek słoty kędyś pod dach zaciągnąć wozy, choć one skórami ponakrywane były, w ostatku garść tę znużoną i zgłodniałą, karmić i poić.
Włodarza téż głos ochrypły, a krzykliwy co chwila nawoływał parobków, a ci biegali to i owo chwytając postraszeni. Jeden pochwycił już był żuraw i stanąwszy na zrębie studni co rychléj wodę w koryta naléwał, bo konie spragnione do suchych się cisnęły; drugi siano z szopy ciągnął. Rycerstwo nakrzykiwało i klęło... Ten sam ruch widać było przy dworze, którego drzwi wszystkie otworem stały, i okna były odsunięte.
Lecz tu oprócz czeladzi, przybyłych gości nie widać było.
W sieniach dwu zbrojnych spoczywało na ławie, żelazne hełmy pozdejmowawszy z głowy; siedzieli znużeni nic nie mówiąc do siebie.
W izbie sąsiedniéj, której drzwi nie zamknięte były tylko przywarte, dawał się słyszeć krok ciężki mężczyzny, który zwolna, dziwnie się jakoś poruszał. Po tym chodzie znać było jakby go droga odbyta nie uspokoiła i nie znużyła.
Zbrojni co słuchali pode drzwiami spoglądali czasem na siebie, jakby się pytali — co on robi...
W istocie ktoś tam się poruszał jakby bez myśli a pod władzą uczucia co nim miotało.
Szedł to żywo bardzo i jakby pędził za czemś, to stawał nieporuszony, to wlókł się nogi za sobą ciężkie pociągając... Ruchom tym towarzyszył to szczęk oręża, który musiał mieć na sobie, to dychanie piersi zmordowanéj...
Czasami przysiadał ciężko na ławę... słychać było uginające się pod nim suche drzewo, to wstawał pospiesznie i biegał po izbicy, zbliżając się ku drzwiom samym i oddalając w drugi koniec... zkąd głucho stąpania dochodziły.
Orężna straż ile razy się przysunął ku drzwiom, zdawała się gotować do powstania, a gdy się nie doczekała pana, opadała znużona, swobodniéj oddychając...
Tymczasem w podwórzu orszak pański zabierał się na nocny spoczynek, bo wieczór nadchodził.
W chacie stojącéj niedaleko dworu baby już roznieciły były ognisko wielkie, widne przez drzwi roztwarte, któremi dym wilgotnych, nagle podpalonych polan wychodził kłębami.
W drugiéj obok, gdzie łaźnia była, także parobcy co rychléj nakładali drzewo, aby dla podróżnych choć późno kąpiel była gotowa.
Zwolna słońce blade spuszczało się po za chmurami przeświecając ku zachodowi. Od wsi dochodził teraz gwar i beczenia a ryk trzód, które z pastwisk powracały... Zdala u stawu kołatał młyn. Stada kaczek sznurami i gromadami przeciągały na błota...
Z izby po któréj się przechadzał przybyły, pan czy gość, niekiedy przez okno odsunięte, otwarte pokazywała się głowa...
Ile razy ona wyszła z tych ram, na ciemném tle głębi izby, ci co w podwórzu stali a ujrzeli ją... jakby po nich mrowie przechodziło, prostowali się, milkli, stawali pokorni i gotowi na skinienie.
Była to głowa, która na lada ramionach siedzieć nie mogła, ni do lada kogo należeć.
Pańskie oblicze, groźne, straszne, piękne razem i trwogę wrażające. Dwoje oczów siwych ale bladem wejrzeniem zimném przeszywających, nos orli, czoło wysokie, usta ściśnięte, policzki blade zorane już brózdami trosk i lat... Do koła włos bujny siwiejący...
Z ust dziwnie złożonych, niby do uśmiechu i kąsania razem, duma, pycha, panowania siła i żądza dyszeć się zdawały...
Gdy wargi te zadrgały a oczy im szarym blaskiem swym szklannym zawtórowały — najmężniejszy poczuł trwogę, którą czeladź na widok tego bladego oblicza przejmowała...
Głowa ta wysuwała się nagle, jak popchnięta czémś ze środka, ale nie spoglądała na ludzi co się nią czuli zagrożeni — patrzała gdzieś w dal, jakby wyczekiwała i nasłuchiwała...
Chwilę tak malowała się na czarnem tle, z dwojgiem rąk silnych spartych na zrębie okna, i ginęła w mroku...
Naówczas straż siedząca na ławie w sieni słyszała znowu chód niecierpliwy, chrzęst i stękanie...
Zmierzchać zaczynało, gdy zdala ziemia zadrgała jakby od kopyt końskich...
Zbrojni ludzie u studni pozwracali oczy ku gościńcowi, i głowa w oknie błysnęła... Stanęła, nie chowając się długo do głębi. Rękę przyłożył nasłuchujący do ucha, czekał...
Słychać było kłusem nadjeżdżających, których za drzewy i budowlami widać jeszcze nie było.
Zbliżali się. Rozeznawali już w podwórzu nie tentent pędzonego stada, co się płosząc rozpędza, ale mierzone kroki gromadki ludzi, których konie nawykły iść razem. Szczękało jakby żelazo... Chód był ciężki...
Głowa w oknie poruszała się żywo, wychyliła więcéj jeszcze... Z za opłotków ukazały się żelazne hełmy spiczaste... i dzid kilka... Patrzący znikł odbiegłszy stanowiska.
Kilkanaście koni zmierzało ku wrotom otwartym.
Przodem jechał w pięknej zbroi, czarnowłosy, silnie zbudowany mąż, na koniu ciężkim i spoconym. Żelazem był okryty na pół choć w podróży, obyczajem tych co go nigdy nie zwykli byli zrzucać, aby ramion nie oduczać od rycerskiego brzemienia. Za nim tuż pachole tarcz wiozło i miecz, a dalej zbrojni, wąsaci, zarośli, chłop w chłopa ludzie dobrani a rośli, różnie pouzbrajani pędzili na koniach postrojonych jak kogo stało, w rzemienne i mosiężne rzędziki.
Na tarczy, którą pachole wiozło, i na hełmie u tego co przodem jechał, widać było znamię zawołania, chustę białą, zwiniętą ze spuszczonemi końcami.
Po znaku tym ludzie w podwórzu musieli się domyślać kogoś, bo między sobą żwawo szeptać zaczęli, rozstępując się i drogę wolną czyniąc przyjezdnym.
Jadący na przedzie zobaczywszy orszak u studni, trochę żywiej podjechał pod dwór, i osadziwszy konia, zsiadł z niego nie troszcząc się oń, bo już pacholę u cugli stało.
Sam krokiem pospiesznym wbiegł ledwie na straż w sieni spojrzawszy, która zobaczywszy go powstała — i drzwi do izby otworzył, gdzie w progu czekał nań wcześniéj przybyły.
Ten, któregośmy siwą głowę tylko widzieli w oknie, stał teraz cały czekając na gościa, jeszcze z podróżnéj zbroi nie rozdziawszy się — przy mieczu, głowę tylko mając od hełmu wyswobodzoną, który na stole wśród izby rzucony świecił blaskiem jaki okno nań ciskało.
Spojrzeli sobie w oczy i przybyły rękę wyciągnął ku siwemu gospodarzowi.
Nie powiedzieli słowa do siebie, oczyma mierząc się tylko...
— Bóg płać — głuchym, stłumionym głosem, ozwał się wreszcie siwy mąż — Bóg płać żeście przybyli... Sroga potrzeba była rozmowy...
Postąpili kilka kroków ku przodkowi wielkiéj a pustej izbicy. Czysta ona była, ale snać dawno nie zamieszkiwana, bo w niéj okrom niezbędnego sprzętu ław i stołu jakby wrosłego w podłogę, nie było nic.
Na stole hełm się świecił i dzban stał a kubek... Na ławie leżał płaszcz ciśnięty od niechcenia...
— Biegłem jakom mógł i co sił starczyło do Pomorzan — począł teraz hełm zdejmując i czoło ocierając z potu przybyły. Poseł wasz mi napędził strachu, bo mi na łeb spieszyć kazał do was. Obawiałem się zastać tu co złego...
— I niceś tu dobrego nie zastał — odparł głosem drżącym siwy.
— Cóż? wojna? Krzyżacy znowu na karku... Nie nowina to — odezwał się gość. — Jeżeli ich nie mamy, zawsze się ich spodziewamy... Rozejm pono wypowiedziany, więc już niszczą pewnie lub w Mazowszu albo gdzie na granicy...
— Krzyżacy! Krzyżacy! — z gorzkim uśmiechem żywiéj coraz począł siwy. — Toć chleb powszedni — nie byłoby po co was wołać na nich...
Potarł czoło i urwał, a po chwili silnie się w piersi bijąc krzyknął.
— Nie o to dziś idzie, ale o mnie i o wszystkich nas, i o tę ziemię Wielkopolską całą, która przepadnie...
— Jakto! — odparł zdziwiony gość.
— Tak, jak mówię — unosząc się ciągnął daléj siwy... Nadeszła ta godzina że jéj bronić potrzeba.
— Od kogo?? — zdumiony spytał stojąc gość.
Siwy, którego kilka słów wyrzeczonych już o jakieś roznamiętnienie przyprawiły, drżał, nie mogąc czy nie śmiejąc powiedzieć co myślał.
— Rozgośćcie no się — rzekł hamując — pomówimy o tém, bo mówić o czém jest, na Boga miłego!!
Spocznijcie z drogi, siadajcie... ja, téż ledwiem z konia zsiadł, ale we mnie wre wszystko... jeszczem nawet tchnąć nie mógł.
— Straszycie mnie! — rzekł spokojnie miecz odpasując gość. Ani mogę odgadnąć o co idzie i co was tak zaniepokoiło...
— Chybabyś kamiennym był — zakrzyknął siwy — abyś jak ja nie zakipiał, gdy ci rozpowiadać zacznę. Ale, gościem mi jesteście, synowcze miły, naprzód trzeba po podróży ciało pokrzepić.
Klasnął w ręce. Wszedł jeden z siedzących u drzwi.
— Jeść i pić niech dadzą co mają — zawołał — a nie opieszale!! Włodarza pędzić aby nas nie morzył głodem...
W dzbanie woda tylko...
Wyszedł zbrojny.
Gość się tymczasem ze zbroi powoli rozdziewał, i ręce wyciągał, a nogi prostował. Ciemne swe włosy rękami poprawił i na tył głowy zarzucił.
Twarz jego wyszła teraz w całym blasku.
Gdyby nie wieku różnica i nie to co on zawsze po sobie zostawia, gdyby nie życia zapisane ślady, twarz siwego do téj młodszéj byłaby wielce podobną. Rysy mieli też same, lecz wyraz ich był różny. Ciemnowłosy miał coś rycerskiego, butnego a lekceważącego w sobie, zwiastującego, że życie brał po prostu, szedł jawnie do celu, a mówił jak myślał... I gdyby zgrzeszył byłby grzech swój wyznał.
Starszy tę butę miał już przerobioną na dumę niezmierną, drażliwą, chorobliwie bolejącą, niespokojną...
W téj chwili była ona jak rana rozdarta — tknąć jéj nie można było.
Wrzenie wewnętrzne zdradzało się poruszeniami i wzrokiem obłąkanym, a ostrym.
Nie rozpoczęli jeszcze rozmowy, gdy już czeladź żeńska i męzka, tak poprostu odziana, jak ją tu niespodziani goście zastali, wnosić poczęła jadło niewykwintne, mięsiwa pieczone, polewki, jaja, kaszę, a do nich piwo i miód.
Oba do wojaczki i myśliwstwa nawykli, niewybredni rzucili się na ten posiłek chciwie. Lecz starszy szybko zaspokoiwszy głód, rychło porzucił jedzenie, nóż swój otarł, ręce obmył i począł po izbie się przechadzać zasępiony. Dłużéj u stołu pozostał gość, oczyma ścigając gospodarza i przekąsając powoli.
Stróż tymczasem w kominie ogień wieczorny naniecił, a gdy dojadł gość, zebrano misy i zostawiono tylko miód i kubki.
Starszy popijał coraz, lecz w jaki sposób jakby sam nie wiedział co czynił. Zaprzątnięty był czém inném.
— Miły stryju — odezwał się, napróżno wyczekawszy by mówić począł, czarnowłosy — czekam na to, coście mi mieli rzec, i po co wezwany byłem tak pilno...
Siwy się namarszczywszy stanął i począł patrzeć nań.
— Obaśmy Świdwy — począł — tyś syn brata mojego, a dziś gdy jego na świecie nie ma, tyś drugiéj gałęzi naszego rodu, zawołania Nałęczów, głową... Nie z Dobkiem chciałem mówić, a z Nałęczem i temi co z nim idą...
— Wiecie, — odparł Dobek spokojnie — że dotąd po Bożemu ród nasz zawsze, w złéj i dobréj doli spójny był i jako snop związany... Nierozwiąże on się i teraz...
— Wszystkich bo nam sił trzeba, aby się nie dać pognębić — zawołał stary Świdwa.
Dobek słuchał jakby nie rozumiał.
— Ojczaszku, — rzekł łagodnie — bom ja od śmierci pana rodzica mojego tak was nawykł zwać — ojczaszku, cóż nam zagrażać może?
Dzięki Bogu, stanęliście z łaski pana a króla naszego tak wysoko, że całym krajem władacie. Wielkopolską rządzicie, panem jéj jesteście...
Stary żachnął się cały.
— Tak! tak! mówisz o tém co było — zakrzyknął — a co nie jest!..
Tak, król mi oddał wielkorządy w Polsce, bo ja mu ten kraj dałem, jam mu go ocalił, jam wyrwał z rąk Szlązaków... Należało mi się to i — więcej... Gdyby nie ja, dawnoby stracił Poznań i Gniezno... Dał mi wielkorządy bo musiał i był powinien...
Zapalał się stary.
— Nie tylko mnie, — ciągnął daléj — ale dzieciom moim Wielkopolska należała — gdyby nie ja niemiałby jéj Łoktek dawno...
Na tom rachował, żem tu dla siebie pracował nie dla niego. Byłbym koronie jego hołdował, z nią trzymał, służył mu, ale w kraju tym, który już za swój uważałem, com robił to była moja sprawa... Jam tu panem powinien był pozostać... jak inni...
Tu stary połknął znać nazwisko pomorskich panków, które chciał wymówić.
Dobek słuchał coraz poważniejąc.
— Teraz, jeżeli ja nie opatrzę się w czas co czynić — mówił Świdwa — stracone wszystko... Jaki mi koniec gotuje ten chytry starzec... któż przewidzi. Jestem dla niego kamieniem na drodze, solą w oku...
Chciwy, pochłonąłby wszystko, gdy tego co ma utrzymać mu trudno... Czeski król Jan, Krzyżacy, Mazury, wszystko przeciwko niemu... Zamiast bronić Krakowa, on sięga po Wielkopolskę...
Zaczął się śmiać szydersko.
— Ojczaszku — odparł z cicha Dobek — aleć bo to przecie jego dzielnica, przecie on koronowany król nasz...
— Tak! tak! koronowany! — śmiał się Świdwa. Korony ja mu z głowy nie zdejmuję, ale w Poznaniu ja — pan... Hołdu mu nie odmawiam, a wyrzucić się nie dam... Jużem zaraz podejrzewał złe zamiary gdy tu młodego Kaźmirza z żoną wysłał na mieszkanie do mnie...
Teraz mu już wielkorządy oddaje — a ja wojewodą mam pod nim być, więcéj nic?..
Z zamkum się dla królewicza wynosić musiał precz... Rozumiesz ty to??
Patrzał na Dobka, który wcale nie okazywał wzruszenia.
— Ojczaszku — począł uspokajająco. Rozumiem ci ja, że tobie coś tu długie lata jakby udzielnym był książęciem, teraz pod rozkazy iść dwudziestoletniego młodzieniaszka może przykro, ale, miły panie, syn to królewski... ziemia królewska... Cóż począć!!
Stary Wincz Świdwa (tak go z Wincentego mianowano) cały się wstrząsnął.
— Tego nie zniosę, nie będzie to! — krzyknął — raczéj niech wszystko przepada niżbym ja miał cierpieć upokorzenie...
Byłby może zapędził się daléj, w wyznaniach co chciał poczynać, gdyby go wyraz twarzy Dobka, na którą spojrzał nie powstrzymał.
Dobek jego oburzenia nie dzielił, stał zimny.
— Gotujcie się na moje rozkazy, do kupy pod moją chorągiew — odezwał się Wincz po małym namyśle. Tom wam chciał rzec... Nie opuścicie mnie przecie samego...
Nałęcze i ich powinowaci pójdą za mną. ' 025]Powinowactwo nie co innego znaczy tylko powinność rodowi... Za Nałęczami oprócz ich nieprzyjaciół plemiennych, muszą wszyscy... Będzie tego więcéj niż pół Wielkopolski...
— Na Boga, ojczaszku — przerwał podchodząc Dobek — uspokójcie się ino... Ślijcie albo jedźcie do króla, ale mu tak zaraz nie rzucajcie rękawicy... Możni my tu jesteśmy, ani słowa, macie przyjaciół, ale i na nieprzyjaciołach nam nie zbywa... Łoktek stary jest... przyciśnięty... prawda — ale król to i pan nasz...
Węgry za nim stoją, Papież się nim opiekuje...
Pan to nasz, namaszczony...
Wstrząsł się Wincz stary i huknął.
— Milcz-że. Wiem ja to wszystko... On król, a jam wielkorządca, nie synaczek jego... Niech go sobie posadzi gdzieindziéj, ma zamków dosyć — ja go w Poznaniu, gdziem pierwszym był, nie ścierpię. Drugim tu nie mogę być! nie będę!
Odwrócił się i począł chodzić żywo. Buchał z niego gniew. Dobek patrzał, stał, milczał.
— Ojczaszku, na Boga! namyślcie się, podumajcie — rzekł w ostatku — widząc że stary zżyma się i rzuca ciągle. — Królowi wojnę wypowiedzieć, nie mała rzecz... Łatwiéj pono się na to rzucić, niż podołać temu. Sroga to sprawa! Boże uchowaj!
— Ani tak straszna, ani taka ona trudna jak ci się widzi — krzyknął Wincz. — Niewiesz jaką siłę mam... Niech ja tylko Łoktka odstąpię, a szala się przeważy... Pójdzie chyba znów na skargę do Papieża, ale już nie do Rzymu, a do Awenionu... ale mu posiłków Ojciec święty nie da... a będzie kląć?! Jużci my do tych piorunów nawykli. Nauczyli nas Krzyżacy że można pod klątwą żyć i nic się nie stanie człowiekowi.
Dobek ręce załamał. Stary Wincz mówił coraz gorącéj.
— Ma króla Jana Czeskiego przeciwko sobie, który się téż polskim królem zowie, a jego krakowskim królem tylko zwą; ma Brandeburgów, ma Szlązaków przeciwko sobie, ma moc krzyżacką, a ta nie mała jest — niech ja stanę po ich stronie — wygnamy go!!
Oczy mu się zaiskrzyły okrutnie. Dobek milczał namarszczony.
— Cóż ty na to? co? — nalegał zapalony starzec.
— Milczę — rzekł powolnie Dobek. — Wyście ojczaszku mocno zażaleni, a żal pomiarkowania nie zna... Trzeba ochłonąć.
— Nie! trzeba drugich rozpalić! — zawołał Wincz. — Ja? nie ochłonę! Jam zestarzał na wielkorządach, posiwiał, a miałbym na starość karku ugiąć przed młokosem? Nigdy!!
— Sroga rzecz! sroga! — zamruczał Dobek — rozmysłu trzeba. Jeżeli się wam niesprawiedliwość stała, do królaby iść, wprost, a otwarcie mu skarżyć...
Wincz się rozśmiał.
— Tak to znasz Łoktka? — krzyknął. — On gdy co postanowi raz, żelaznym klinem mu tego nie wybić z głowy... Mały jest, stary... lat siedemdziesiąt mu, ale kamienny... Syn ten, to jego ukochanie... to jego przyszłość cała... dla niego mnie poświęcił. Targować się z nim, wodę warzyć daremno... Chciał nieprzyjaciela, będzie go miał we mnie.
Ja sobie kraju tego wydrzeć nie dam!
To mówiąc uderzył nogą w podłogę, aż na stole kubki zadrgały.
Dobek przyszedł powoli doń i chciał go w ramię całować, aby uspokoić, odepchnął go stary i rzucił się na ławę.
— Dla was ja i dla całego rodu pracowałem — począł głosem przerywanym. — Z téj ziemi chciałem dziedzictwo zrobić dla plemienia mojego... Także samo z Pomorzem się stało... z wielkorządzców porośli władycy... Ale jabym się był nie odrywał od korony i tak jéj hołdował jak Szlązacy czeskiemu królowi. Byłbym wiernym pozostał...
W samo serce mnie ugodził niewdzięczny Łoktek... I zwiódł mnie. Powiedział że Kaźmirza z młodą żoną nie ma kędy posadzić — i tylko mu na zamku mieszkanie dać niby chciał, a łowy w lasach. Co mi to szkodziło? nie sprzeciwiałem się. Aliści najechali, zamek ich pełen... polaków, litwy, służby, czeladzi, ciurów, bab... już dla wielkorządzcy kąta niema... Daléj Kaźmirz sobie rządy przywłaszcza i on tu już rozkazuje, a ja stary pod nim — wojewodą!!! Na równi mnie z kasztelanem Jędrkiem stawia! mnie! Wincza Świdwę z Pomorzan i Szamotuł! Mnie!..
To mówiąc wstał, rozprostował się, i ścisnąwszy rękę a wyprężywszy ją zdawał się chcieć niewidzialnego odpierać wroga.
Dobek czując że mu się sprzeciwiając więcéj go jeszcze podrażni, milczał. Spoglądał tylko szukając w twarzy i oczach znaków uspokojenia, które nie przychodziło.
Stary Wincz coraz to z kubka popijał i mówił, jakby sam do siebie, mniéj zważając na Dobka.
— Jeszczem ja tu dosyć silny, aby nie dopuścić czego nie chcę. W Polsce téj mojéj lepiéj mnie znają i więcéj mnie się boją niż Łoktka i synka jego... Jest nas kupa, wszyscy moi pójdą na skinienie ze mną, za mną... Nie odstanie dla niego żaden. Jam zęby na tém zjadł aby tu się panem uczynić i jestem nim...
Królewicz ze swoją śpiewającą Litwinką i wszystkiemi dziewkami, po za wrota zamku nie rozkazuje... kraju nie zna... ani jego nikt... W Krakowie się chował, na Węgrzech dokazywał, nauczył się pięknie stroić, mówić gładko, śpiewać może — ale do oręża nie zdolny... Młokos jest... z nim ja sobie rady łatwo dam, a Łoktek starzec...
— Samiście przecie mówili że kamienny to pan! — przerwał Dobek.
— Tak, ale i kamienie ludzie kruszą, a jam téż nie przewiąsło słomiane!! — zawołał stary uparty Wincz.
— Ojczaszku! — począł błagająco synowiec.
— Nie do rady jam cię tu wezwał, — przerwał nie dając mówić Wincz — lecz bym ci rozkazy dał... rozumiesz!...
Zamilkł Dobek.
Po chwili przecie Świdwa trochę się zdał spokojniejszy.
— Przywiedli mnie do ostateczności — odezwał się — nie jam winien że tam się rzucę, gdzie muszę abym sromu uniknął...
— Jużci pana swojego nie zdradzicie! — szepnął Dobek.
Wyraz ten — zdrady — jak miecz w piersi uderzył starego. Porwał się z wrzaskiem.
— On mnie zdradził! — zawołał — on mnie! Jam miał obiecane wielkorządy do żywota. Nie umarłem przecie... żyję — zdradą mi królewicza na zamek wwiedli, zdradą mnie z mojego stołka zrzucili... Sami oręż mi w ręce pchają!! Biorę go i nie puszczę...
Wśród rozmowy noc nadeszła ciemna, ale chmury się przerzedziły, niebo zaiskrzone od zachodu u góry zczerniało i osypało gwiazdami.
W izbie zamkniętéj od ognia i upału dnia gorąco się zrobiło.
Stary Wincz wstał z ławy na któréj siedział i poszedł do okna.
— Po tom cię wezwał — począł — abyś mi ludzi zbierał. Wszystką siłę jaką my mamy, powinowaci nasi, i przyjaciele zwoływać trzeba...
— Ojczaszku — przerwał Dobek — poczniemy my, opatrzą się i drudzy... A nie wszyscy pójdą z nami, to pewna.
Dużo mamy druhów, ale i wrogów dosyć.
Wincz się uśmiechnął.
— Garść ich jest — rzekł. Nie wołać ich, będą siedzieli po kątach... Naszych więcéj. Nie darmo ja tu lat tyle gospodarzył i ludzi sobie jednał...
— Lecz jeźli zmiarkują że przeciw królowi ich prowadzić masz? — zapytał Dobek.
— Oni króla nie znają, bom ja tu im za niego był — wyrwał się stary — dość mi tego...
Wstał z ławy i chodzić począł.
Na chwilę rozmowa się przerwała, gdy w progu stanął Włostek, prawa ręka wojewody, pułkowódzca jego, mąż jak olbrzym z wąsami miotlastemi, w kaftanie skórzanym i pasie kutym, na którym miecz wisiał ogromny.
Wincz się ku niemu zawrócił.
— Ludzi swych pomieściłeś? — spytał.
— Po szopach śpią, warty stoją, rzekł — Włostek — ale nie z tém przyszedłem. Ziemianin z Sieradzkiego jakiś od króla się do was opowiada. Tylko co przybył.
— Z pismem? — zapytał Wincz.
— Widzi mi się że z gębą tylko — rzekł Włostek.
— Dawaj go tu — zamruczał wojewoda powolnym krokiem idąc ku drzwiom.
Pułkowódzca wyszedł spiesznie i po chwili małéj wprowadził zapowiedzianego posła.
Mężczyzna był lat średnich, prawy ziemianin a wojak, który się w miękkich pieluchach nie chował. Mąż jakby z dębu wyrzeźbiony, słuszny, barczysty, silny, twarz ni piękna ni brzydka a rozumna i mocy jakiejś dusznéj pełna.
Po chodzie i obrocie znać było że się ani zatrwoży, ni zdziwi, ani da zbić z drogi. Wszedł tak pewien siebie, jakby nie przed wojewodą stawać miał, a do równego sobie w odwiedziny przybywał. Skłonił się mało, hełm zdjął i na ręku swym go położył.
— Czołem, panie wojewodo...
— Zkąd Bóg prowadzi? — hamując głos zapytał Wincz.
— Od wojska królewskiego mnie wysłano do was — rzekł poseł.
— Król? — przemówił Wincz.
— Nie, panam nie widział, ino naszego wojewodę Sieradzkiego, bom ja Sieradzianin z nad Pilicy od Hebdy i Hebda mnie z rozkazu króla do was wyprawił.
Wojewoda nim się zapytał z czém, jakby mu nie pilno się było dowiedzieć, lub łatwo się domyślał o co szło — naprzód kubek miodu nalał i podał go gościowi.
— Po drodze się pokrzepcie — rzekł.
Wolnym krokiem przybyły ku stołowi podszedł, wąsy odgarnął, kubek ujął i miodu się napił.




II.


Znał Dobek dobrze stryja swojego i wiedział że mimo gwałtowności, umiał w potrzebie i spokojnego udać i co wybuchało z niego w głąb nazad zepchnąć, nie spodziewał się jednak aby tak nagła zmiana zajść w nim mogła. Twarz nawet tylko co namiętnością drgająca, wygładziła się jak jezioro w pogodę, ani zmarszczki na niej nie było; głos brzmiał jakby w duszy pokój panował.
Z gwałtownych ruchów przeszedł naraz do ociążałych jakichś i obojętnych. Przybyły też pewnie odgadnąć nie mógł, iż na chwilę przed tém burzył się wojewoda.
Nie pilno mu było nawet pytać o to z czém przyjechał.
— A jakież tam drogi? — rzekł zimno.
— Różne... — rzekł z równym spokojem poseł. — Deszcze już ulewne przechodziły gdzieniegdzie, to wody jesienne poprzybierały...
— Rozkisło u was bardzo? — mówił Wincz.
— A no! u mnie nad Pilicą wody dość — rzekł gość — indziéj drogi niezgorsze...
— Cóż? zbieracie się już? Wici były? pytał stary.
— Co żyło to się pozbiegało pod chorągwie — mówił ziemianin. — Niemabo rady, król chce raz skończyć z Niemcami.
Wojewoda się uśmiechnął.
— Z Krzyżakami! — poprawił — a no! dobrzeby było raz ich precz zegnać i Pomorze odzyskać, ale bodajby nie było trudno...
— Przy Bożéj pomocy — zamruczał z wielkim spokojem poseł.
— Z czémże was do mnie wyprawiono? — odezwał się nareszcie Wincz.
— Waszéj miłości też do tego tańca proszą niezwłocznie — odezwał się wysłany, Król Pan nasz nakazuje aby co żyje na granicy postawić, bo Krzyżaków tylko co nie widać.
Wojewoda obojętnie uśmiechał się.
— Będzie ich słychać wprzódy niż widać — rzekł. — Głośno idą te Niemcy, ho! ho!
Poseł nie zdawał się tém bynajmniéj strwożony, gładził się po głowie, usta ściągał, nie ogarniał go strach żaden przed tą głośną potęgą.
— Daremno was do mnie gnano — odparł wojewoda — bom ja moją powinność znał i bez tego...
Co ma być w swoim czasie przyjdzie...
— Spocznijcież u mnie — dodał. — A kto wam wskazał że mnie w Pomorzanach najdziecie?
— Byłem ci w Poznaniu na zamku — odparł ziemianin — ztamtąd mnie za wami wyprawiono.
Wojewoda nie rzekł nic.
Namyślił się nieco i wskazał na ławę przybyłemu, aby siadł, sam też nieco opodal się usadowił.
— Jak was zowią? — zapytał.
— Florjan Szary jestem, z Surdęgi nad Pilicą — rzekł głosem spokojnym przybyły.
— A zawołanie wasze?
— Różnie nas wołają, a no i Koźlarogi — odparł Florjan. Ziemianieśmy w Sieradzczyźnie tak starzy jak ona...
— Sami téż na wojnę idziecie? — szło daléj pytanie.
— Idę — mówił Szary — syna dorosłego niemam jeszcze, a ojciec stary już i na konia nie siędzie. Rad nie rad ludzi prowadzić muszę.
— Jak to, nie rad! ziemianin a rycerz zawsze wojnie rad być musi — rzekł wojewoda.
— I ja téż — mówił z flegmą Szary — ale ojczysko stare rady sobie nie da z sąsiadem, a mam pod bokiem takiego... z piekła rodem...
Westchnął — rozśmiał się téj szczerości wojewoda.
— Ten ci też musi na wojnę! — dodał.
— Nie, nie pójdzie, pośle kogo za siebie, bo będzie teraz właśnie z ojcem moim i czeladzią wojował — mówił Szary — od czasu jak tam siadł, dnia jednego pokoju od niego nie mieliśmy.
Westchnął znowu.
— Dlatego człowiek coby wojnie dla króla był rad, nie może się nią cieszyć, bo mu swoja własna dolega...
Wincz patrzał uważnie na mówiącego, a że w głosie jego żal i smutek się przebijał — nie wyciągał go już więcéj na słowo.
— Nalejcie sobie miodu — rzekł pół głosem.
Nie wymawiając się podróżny, poszedł do dzbanka, nachylił go, kubek napełnił i z nim powrócił na ławę.
— Wojna będzie sroga — począł Wojewoda trochę pomyślawszy. — Królewskiemu wojsku nic zarzucić nie można, dobre ono jest... ale Niemcy w stal pookowywani, każdy z nich gdyby twierdza, choć do niego się nasi dostaną, nie wiedzieć zkąd go począć... od stóp do głowy żelazo... konie téż zbrojne...
— Prawda to — rzekł Szary, ale za to gdy który z konia padnie, albo na ziemię się obali, nie podniesie się łatwo i toporami go można dobić. Nie ruszają się też w boju tak rączo, jak nasi...
— Ale za to murem stoją — rozśmiał się wojewoda. Toście pewnie słyszeli, że gdy w rząd się ustawią a chcą nieprzyjacielowi oprzeć się, łańcuchami jeden do drugiego, od pasa do pasa poczepiają i wszyscy jakby z jednej bryły!!
— Za to — rzekł Szary obojętnie — byle jeden padł muszą z nim też wszyscy leżeć...
— Rzadko to u nich bywa — odezwał się wojewoda. — Już co do tych spraw wojennych i oręża doskonałego, nie wiem czy gdzie na świecie lepszy jest niż u Krzyżaków. Co roku do nich ciągną pielgrzymi nietylko z Niemiec całych, Francyi, ale i z Anglii i — kto wie z jakich krajów?
Gdzie kto co wynalazł i zrobił, oni to pierwsi mają. Oręż od Saracenów, od Arabów, z Włoch i z Hiszpanii.
Powiadają nawet że jakiś ogień piekielny, co go niedawno mnich w klasztorze gdzieś na Niemcach zrobił, już od lat trzech mają u siebie...
— Jaki ogień? — zapytał Dobek ciekawie...
— Kto go wie co to takiego jest — począł wojewoda. — Tajemnicę z tego robią, jak ów ogień przyrządzać, ale straszny bardzo, bo go z rur żelaznych puszczają z wielkim hukiem, i leci daleko a co napotka to pali i kamienie ciska...
Szary się przeżegnał pobożnie.
— Szatańska chyba moc, a mnichy jej duszę zaprzedawszy, kupili, rzekł. U nas o tem nie słychać dzięki Bogu.
— U nas nie słychać — odezwał się ironicznie wojewoda — to prawda, a oni trzy lata temu już ten ogień robić się nauczyli. Przyjdzie im oblegać twierdzę, rzucą tylko ogniste pociski i żeby najlepiej była obwarowana to ją zżegą.
— Ale na ludzi w boju przecie nie będą szatańską mocą ciskali? przerwał ziemianin.
— Dla czego? rzekł wojewoda — albo oni nas za ludzi mają i pożałują, u nich co nie niemiec to nie człowiek... Srogie bestyje! Szary westchnął, lecz miód popił i dodał tylko.
— Jak skoro moc szatańską mają, a nią się posługują, pan Bóg ich sam pobije jak Lucypera i zastępy jego.
Wojewoda z prostoduszności ziemianina uśmiechnął się nieco.
— Mnie się widzi — dorzucił, że nie z szatana oni to mają, kiedy krzyże na płaszczach noszą.
— Na płaszczach, rozśmiał się Dobek — ale nie w sercach.
Florjan Szary spojrzał ku niemu i uśmiechnął mu się.
Wojewoda tymczasem prawił dalej.
— Nie będzie nam z niemi łatwo wojować, bo choć nasz lud mężny, ale tej chytrości i rozumu co oni nie ma. Oni w sto włóczni na naszych tysiąc idą.
Milczeli słuchający.
— Nie dla tegoż serce mamy tracić? odezwał się Szary. Mądrzy oni ale i król pan nasz rozumny jest i wie jako z niemi poczynać, a Bóg łaskaw. Sprawa nasza dobra, swojej ziemi bronimy, oni cudzą rozdrapują.
Popił miodem Szary, obejrzał się, powoli z ławy wstał, kubek postawił, i skłonił się ku drzwiom zmierzając.
— Jaką mam odpowiedź zanieść panu Hebdzie? spytał od progu.
— Spieszno wam! wtrącił Wincz.
— Jutro muszę być w drodze, rzekł Szary... Spoczywać nie czas.
Wojewoda postał trochę, dumając.
— Jedźcie z Bogiem — odezwał się, a wojewodzie powiedzcie, że ja co mi powinność moja każe, uczynię. Znajdą mnie gdzie potrzeba.
Tak dwuznacznie odprawiwszy poselstwo, kiwnął głową wojewoda, ręką dał znak. Szary się trochę pokłonił i wysunął z izby.
Czas był do snu już dawno, Dobek też przeciągnął się, ziewnął i obejrzał za posłaniem.
— Mnie jeszcze sen nie bierze — rzekł rozstając się z nim wojewoda, a jutro pomówiemy z sobą, bo mi ludzi przyprowadzić musisz i godziny do stracenia nie ma.
Dobek już na wychodnem się wstrzymał. Spojrzał stryjowi w oczy, mówiąc wejrzeniem to, czego już nieśmiał powtórzyć słowy.
Zrozumiał wzrok Wincz i odwrócił się z uporem.
— Spij spokojnie — rzekł ściskając go za rękę. Żadna siła w świecie nie może mnie od tego odwieść com raz postanowił.
Dobek wyszedł.
Zaledwie się oddalił do izby w której mu posłanie ludzie jego przygotowali, gdy wojewoda Włostka do siebie zawołać kazał.
Zbliżył się do niego znowu rozgorączkowany i niecierpliwy.
— Ślij mi po ludzi, rzekł — spieszyć... Już mnie posłami gnają aż tu. Niech pułki wszystkie i co naszego rycerstwa jest, do mnie przybywa. Im więcej nas będzie tem lepiej. Zbierać a wici słać naglące, pod gardłem, pod sromotą, do ostatniego człeka.. potrzebuję ludzi wielu.
Mówił tak przerywanym głosem, a Włostek, proste niby człeczysko tak mu w oczy patrzał, jakby jego myśl odgadywał.
Było to spojrzenie starego sługi, albo zwierzęcia wiernego co się z człowiekiem zżywszy, czyta mu w oczach i niewypowiedziane wyrywa z głębi duszy.
Po cichu rzekł Włostek.
— Nie już tak pilno królowi służyć, kiedy on nas...
Nie dokończył; wojewoda tylko nań spojrzał, i po ramieniu go uderzył.
— Ludzi trzeba, rzekł porywczo, a co potem — mnie wiedzieć... Idź — a spraw się.
W drugiej izbie zgotowane było posłanie dla Wincza, nie na łożu bo go tam brakło, ani na tarczanie bo i tego nie było we dworze, ale obozowe na ziemi, skórami pokryte.
Podszedł Wincz ku niemu, popatrzał, lecz układać się do snu nie miał ochoty.
Pacholę go rozebrało do siwego kaftana, siadł w nim dumać na ławie...
We dworze ucichło — spali wszyscy, wojewoda na komin polan dorzucać kazał, sen go nie brał. W duszy jego całe życie przechodziło płomieniami i czernią, wspomnieniami jasnemi i smutnemi. Stał jakby w progu nowego — a na stare się oglądał. Żal serce ściskał chwilami, to gniew brał górę — duma nim rzucała, wszystko zasłaniając sobą. Zemsty pragnął...
Tak długa noc posępna, cicho upłynęła cała w pół śnie, pół burzy tej dusznej, która czasu obliczyć nie dała. Zaczęło już szarzeć na dzień i ogień wygasał, gdy wojewoda jak siedział u stołu wsparty na ręku usnął.
Otwarłszy oczy zaledwie mógł im uwierzyć.
W pół mroku stała przed nim postać niewieścia, w długich szatach podróżnych, w białej zawitce dokoła twarzy i pod brodą, w czapce na głowie z chustą białą w ręku. Stała i ręce złożywszy zwisłe patrzała nań z politowaniem i przestrachem razem.
Twarz, którą biały rąbek otulał, piękna niegdyś, była jeszcze urodziwą, szlachetną, a słodyczy pełną, razem i męztwa nie niewieściego. Wielkie czarne oczy w oprawie powiek zarysowanych wdzięcznie, patrzały łzawo ale śmiało, i brwi nad niemi ciemne jakiś ból ściągał. Wyraz jego piętnował i usta małe a zbladłe.
Panią i matronę poznawać w niej było łatwo, która choć niewiastą, więc ledwie na pół wolną się czuła, zachowała powagę i wiarę w moc swoją.
Patrzała tak na spiącego jakby stała nad kolebką chorego dziecka, zrozpaczona i mężna, ufająca w Bogu.
Wojewoda podniósł głowę, oczy przetarł, obejrzał się do koła, jakby nie wierzył im i potrzebował przypomnieć sobie kędy się znajduje. Ona wciąż milcząc wpatrywała się jeszcze, a potem rzuciwszy nagle z wybuchem płaczu i jęku zawiesiła mu się na szyi.
— Halka? co ty tu? zamruczał poruszając się Wincz... Halka?! tutaj?...
— Tak — tutaj aż zbiegłam za tobą, odezwała się niewiasta głosem dźwięcznym a pewnym — tak, musiałam dogonić ciebie — bo wiem, czuję co się w duszy twej dzieje... Winczu mój!
Głos jej zmiękł i w płacz się znowu przemienił.
Wojewoda zlekka odtrącił ją od siebie.
— Babskie trwogi dziecinne, rzekł pomięszany, cóż się ma dziać? Nic się nie stało, i nic...
— Winczu mój, panie mój — w twojej duszy stała się okropna sprawa... poczęła Halka. Nie mówiłeś mi nic, alem nie daremnie żyła z tobą lat tyle, i umiem odgadywać nawet to co jutro myśleć będziesz.
Odstąpiła na krok i załamała ręce.
— Panie mój — nie! to się nie stanie. Lepiej być męczennikiem niż katem i zdrajcą!!
Ostatni wyraz posłyszawszy wojewoda jak piorunem ciśnięty rzucił się z ławy, wyprostował, głowę odrzucił na ramiona.
— Mnie zdradzili — krzyknął — ząb za ząb. Nie zdrada to będzie, ale spłata długu... Nie byłbym mężem gdybym ścierpiał sromotę nie zmazawszy jej krwią. Usta Halki otwarły się jakby mówić coś chciała.
— Milcz! milcz — zawołał wojewoda, którego twarz straszliwym wyrazem się zmieniła. Tyś niewiasta, ty nie rozumiesz tego, nie twoja rzecz. Strzeż swej czci, ale mojej straż zostaw mnie... Ruszył się jakby iść chciał, niewiasta mu drogę zastępowała.
— Zgadłam więc — zawołała podnosząc ręce, panie mój! jeszcze czas...
Z gwałtownego oburzenia i gniewu, Wincz przeszedł nagle w jakieś urąganie i szyderstwo, z którem mu łatwiej może było żonie dostać placu.
— Dość! dość! Wiesz że się nikomu mięszać w moje sprawy nie daję... Długie włosy macie, czeszcie je, aby pięknie świeciły, to wasza rzecz! Dać mi pokój!... Dać mi pokój...
— Żoną jestem twoją, odparła mężnie Halka. Nie mięszam się do niczego, lecz gdy o cześć i sumienie chodzi — ubij mnie... Wojewoda ruszył ramionami.
— Ubić nie ubiję, rzekł szydersko, lecz na koń lub wóz wsadzić każę i odprawię abyś mi nie rozbijała głowy. Świdwowie się nigdy babom wodzić nie dawali, ani ja pozwolę...
Namarszczył się grożno, lecz żona stała nieustraszona.
Łzy biegły po jej twarzy, nie wiedziała co mówić miała, słów jej nie stało, padła na kolana, wojewoda się rozgniewał i krzyknął; lecz widząc ją omdlewającą na poły, schylił się, podniósł w milczeniu i na łożu swem, które stało nietknięte położył.
Dwie towarzyszki które za drzwiami czekały, wsunęły się natychmiast niespokojne o panią, a wojewoda korzystając z tego wyśliznął się z sypialni, przeszedł wielką izbę pierwszą i nie zatrzymał się aż w podsieni u słupów. Tu już był Dobek, który wstał raniej. Nie powitali się nawet. Wojewoda był gniewny i wzruszony.
Zwrócił się do niego.
— Niemasz tu już co dłużej gościć — rzekł — wiesz czego żądam... Jedź.
Dobek popatrzył mu w oczy.
— Jam głową domu, jam wojewodą waszym, nie zrzucili mnie jeszcze... posłuchu żądam, posłuch mieć muszę. Nie proszę o radę nikogo. Jedź — a spiesz.
Dobek tak go widział poruszonym, iż długo przemówić nie mógł.
— Do dziś dnia — odezwał się w końcu — byłem gałęzi mej Nałęczowego zawołania głową, — ale od dziś nie chcę być więcej. Stawcie na miejsce moje innego, ja tam gdzie wy, nie pójdę.
Wincz natarł nań grożno.
— Wieszże ty dokąd ja idę? zawołał.
— Wiem — rzekł Dobek stanowczo — i dla tego z wami iść nie chcę.
Zwrócił się wołając na swych ludzi. Wczoraj łagodny i miękki, Dobek dziś występował męzko i śmiało, wojewoda zamruczał tylko i podniosłszy głos:
— Bez jednego człeka obejść się łatwo — zawołał śmiejąc się złośliwie. Z panem Bogiem! Pamiętajcie tylko że ja, choćby mi wielkie rządy odjąć chciano, rychlej tu rozkazywać będę niż kto inny.
Dobek ze spuszczoną głową, niechcąc sporu przedłużać, z bolem wypowiedziawszy co miał na sercu, stał milczący. Rękami tylko dawał swym ludziom w dziedzińcu znaki, ażeby mu konie co rychlej prowadzono.
Czeladź biegała siodłając i wędzidła nakładając, bo konie dopiero u wodopoju były. Przeciągnął się więc wyjazd, na który Dobek zżymając się i niecierpliwiąc czekał.
Wincz który stał długo w nadziei że z synowcem na nowo rozmowę zawiąże, w końcu widząc go odwróconym w stronę i umyślnie milczącym, odszedł gniewny.
Miał już siadać na podprowadzonego mu konia, młodszy Nałęcz, gdy za płotem ukazali się jezdni i w podwórzec wpadł kłusem zbrojny mąż, od Dobka młodszy, z oczyma bystremi, żywy, wesół, lecz coś obce pochodzenie i obyczaj zdradzającego mający w sobie. Strój jego i uzbrojenie było mniej więcej takie jak naówczas nosili wszyscy ci, co do zamożniejszego liczyli się rycerstwa.
Polska nie odróżniała się wielce od narodów zachodu powierzchownością w wyższych społeczeństwa klasach. Wojsko było mniej dobrze uzbrojone, ubożsi ziemianie nosili się ze staroświecka i podług dawnego obyczaju; ale na dworach królów i książąt, mających stosunki częste z Europą, strój i zbroja, pochodzenia francuskiego, włoskiego, niemieckiego, przeważały. Duchowieństwo które dawniej jeździło do Rzymu często, teraz do Awinjonu, rycerstwo które także chętnie się zaciągało za granicą dla poznania świata, kupcy dla zysku przywozili sprzęt, oręż, sukna flamandzkie, hollenderskie tkaniny, klejnoty, broń i t. p.
Na wojnie ziemianie bogatsi zbroje nosili takie w jakie niemcy i francuzi opatrzeni byli.
Przybywający wyglądał jeżeli nie z cudzoziemska, to na wzór obcych w stal okuty, i suknie miał wykwintnie szyte, o które dbać się zdawał. Koń też jego miał drucianą siatkę na sobie i rozmaite świecące blaszki na rzędzie.
Mężczyzna lat około trzydziestu, pięknej twarzy, ciemnowłosy, zręczny, zatoczył koniem przed dworzec jakby dla popisu, i choć dużo miał blach na sobie, lekko skoczył z siodła, konia pacholikowi tarczowemu oddając.
W chwili gdy Dobek spozierał ku niemu, oczy się ich spotkały... Znajomi musieli być, bo przyjezdny chciał go witać i posunął się już ku niemu gdy Dobek głową mu skinąwszy tylko, szybko podanego wierzchowca dosiadł — i od podsieni ruszył...
Przybyły stanął nieco tem zdziwiony, gdy Wincz, który musiał go zobaczyć, wyszedł na spotkanie. Ujrzawszy gospodarza rycerz zwrócił się zaraz ku niemu i powitał go z poszanowaniem wielkiem.
Zamienili wejrzenie jakby się porozumiewali, wojewoda wprowadził go do dworu, lecz nie do izby blizko której żonę zostawił, ale do głębszej komnaty na tyłach, tak pustej jak całe to domostwo.
Przybyły ów gość osiadłym był od dziada w Wielkiej Polsce i liczył się już do tutejszych ziemian, chociaż krwią do nich nie należał. Ojciec jego na dwór króla Przemka sprowadzony z Niemiec dla biegłości w sztuce turniejów i różnych rycerskich cwiczeniach[1], zasłużywszy się panu, otrzymał od niego posiadłości znaczne, ziemię i lasy, tu się z córką ubogiego ziemianina ożenił i nazwisko nawet swe niemieckie von Kopfen zmienił na Kopę... Syn jego Petrek na pół był niemcem dla ojca, pół polakiem dla matki, — więcej go jednak pono ciągnęło serce nad Ren, skąd pochodził, niż nad Wartę i Wisłę.
Za młodu stary oddawał go na służbę rycerską do wojsk cesarskich, Petrek włóczył się z niemi po Włoszech, napatrzył świata i nabrał smaku do obczyzny. Gdy powrócił nic mu w domu nie smakowało, tęsknił za niemcami i za życiem zachodnim. Wszystko mu w domu się barbarzyńskiem wydawało: wyśmiewał się z ludzi i obyczaju...
Lecz, ziemie jakie po ojcu wziął trzymały go tu; a że z ziemiany prostakami żyć nie lubiał, najwięcej po dworach różnych przesiadywał. Nim królewicz Kaźmierz przybył do Poznania, wieszał się u dworu wojewody poznańskiego Wincza Swidwy[2] z Pomorzan i Szamotuł. Lubił go on, bo wesołemi rozmowy i śpiewkami wedle obyczaju niemieckiego i opowiadaniem o podróżach swych go zabawiał.
Petrek, choć go pan wojewoda stale do siebie chciał przywiązać, nie dał się skusić żadną dostojnością. Siadywał u niego po dobrej woli, a podczas znikał i mówiono różnie o nim: jedni utrzymywali że za granicę jeździwał, i po dworach niemieckich się zabawiał, drudzy że z Krzyżakami wyprawy przeciwko Litwie jako gość odbywał, on sam powiadał że doma siedział.
Do stosunków z zakonem niemieckim, z powodu że się on srodze z królem Łokietkiem zadzierał, niebezpiecznie przyznawać się było.
Jak wszyscy tacy ludzie co raz błędnego życia zakosztowali, i miejsca zagrzać nie lubią, Petrek płochy był, bawić się i śmiać lubił, szukał wesołego towarzystwa, wypraw awanturniczych — towarzyszów coraz nowych. Na męztwie mu nie zbywało, lecz więcej miał jeszcze wprawy i zręczności niż siły; a sprytu i wymowy niż rozumu i powagi.
Gdy z wojewodą razem weszli do pustej izby, a wojewoda się obejrzał w koło, jakby upewnić chciał że ich nikt nie podsłucha; Petrek hełm już zdjął i pasa począł sobie zwalniać... Zbliżyli się do siebie, tak aby po cichu rozmawiać mogli.
— Dotarłżeś aż do gniazda? zapytał Wincz.
Z uśmiechem zwycięzkim głową naprzód Petrek dał znak potakujący.
— Panie wojewodo — rzekł wesołym głosem z przechwałką butną, znacie sługę waszego, że co zamierza zawsze dopiąć musi, choćby karku nastawić przyszło! I tym razem, prawdę mówiąc, w chwili gdy już wojna wypowiedziana, gdy oni idą na nas, dostać się do wielkiego mistrza nie było łatwo.
— Sam li on dowodzić będzie! zapytał ciekawie wojewoda.
— Myślę że nie — odparł Petrek. Poprowadzi może swoich do Torunia, a wyprawą dowodzić będzie marszałek.
— Widzieliście jego samego! począł badać wojewoda.
— Tak jako was widzę w tej chwili! śmiejąc się odparł Petrek... Widziałem go i mówiłem z nim, bo takiej sprawy, ani nawet wielkiemu komturowi, ani marszałkowi poruczać nie mogłem. Musiałem z samym Luderem mówić i to na cztery oczy... Do Bromberga aż musiałem, aby go pochwycić.
Wojewoda słuchał widocznie z zajęciem wielkiem, dech wstrzymywał, oczy mu się zaiskrzyły.
Petrek jakby tej niecierpliwości dowiedzenia się skutku nie rozumiał, mówił przechwalając się obojętnie.
— Przyjęli mnie bardzo dobrze, jak starego znajomego i towarzysza broni. W Toruniu musiałem z niemi pić całą noc... Ochota okrutna, bo się na tę wyprawę z wielkiem sercem gotują, a dali sobie hasło w pień ciąć co napadną i palić żeby jedna chata ni budynek po nich nie pozostał...
Mówią że korzystać chcą z tego iż króla Jana z sobą nie będą mieć w początku wyprawy, bo Czech im ludzi wyrzynać nie dawał a chrzcić kazał, czego mu darować nie mogą.
— Ale cóż mistrz? co mistrz? przerwał wojewoda.
— Mistrz też mnie przyjął dobrze i zaraz do rozmowy dopuścił, mówił Petrek, choć gości dostojnych miał z Anglji i Niemiec, których przyjmować musiał.
— Cóż rzekł? co? wtrącił Wincz — mów, a nie trzymaj mnie na wolnem ogniu.
— Zdawał się radować postanowieniu waszemu — odezwał się Petrek — ale cóż? ogólnemi słowy tylko się ze mną o tem rozgadał, wciąż powtarzając jedno. — Sam z wojewodą o tem muszę się układać.
Chce abyście do niego przybyli.
— Mówiliście mu warunki moje! pytał Wincz.
— Juściż to było najpierwszem — rzekł Petrek, iż chcecie i domagacie się aby waszego kraju nie napastowali i nie niszczyli, a uważali go jako sprzymierzony. Na to mi rzekł kwaśno mistrz, iż do arcybiskupa Gnieznieńskiego żal ma i na nim się mścić musi, ani mu może darować, choć na tej ziemi siedzi.
Nachmurzył się wojewoda.
— Ciągną już! gdzie są! zawołał...
— Myślę że koło Torunia się zbiorą wszyscy, i mistrza tam też zastaniecie, ale prędko potrzeba iść, aby was wyprzedzając nie rozlali się na Wielką Polskę...
Wojewoda na ławę przysiadłszy zadumał się.
— Pojedziecie ze mną — rzekł po namyśle.
— Rozumie się że nie odstąpię was — prędko dorzucił Petrek. Nie pochlebiając sobie, trudno by też było bezemnie który wszystkie drogi i przesmyki znam i rozmówić się z niemi umiem, — dostać się z całą głową do Krzyżaków.
Wojewoda wstał, popatrzył na podłogę, podumał.
— Cicho — rzekł — cicho — zapowiedzą się łowy na jutro, pojedziemy w lasy, wy ze mną, i do Torunia! Nie może już inaczej być. Chcieli tego... zmusili mnie. Niemogę inaczej... Sromu nie zniosę — lepiej śmierć.
Chciał król... chciał... stanie się.
Westchnął ciężko wojewoda.
Tłumaczył się jakby z potrzeby przed samym sobą, i powtórzył razy kilka jeszcze pół głosem.
— Chciał król! zmusił mnie... Nie może już inaczej być — nie może...





III.


Twierdza i osada krzyżacka w Toruniu, przed stu laty już, na prędce naówczas sklecona pod strachem takim, że budujący ją czółna gotowe do ucieczki trzymać musieli, napaści Prusaków obawiając się — miała czas rozrosnąć się, wybujać, umocnić w rękach zakonu.
Teraz było to okazałe i silne zamczysko, gród murami, basztami i samą rzeką, a wałami i przekopy broniony. Z dala już ściany jego, wspaniale się okazywały, świadcząc jak ci co tu niegdyś z małą garścią przyciągnęli na cudzą ziemię — silnie w nią już wrośli i w potęgę się wzbili.
Minęły dawno te czasy gdy za lichym wałem i naprędce wbitemi ostrokołami pierwsza gromadka rycerzy niemieckich przyszła tu na prawym brzegu rzeki stawiąc kroki nieśmiałe, co ją tak daleko zaprowadzić miały.
W przeciągu wieku Toruń ciągle się rozpościerając, krzepiąc ciągle nowemi osadnikami zaludniając, walczył teraz niemal z Malborgiem o lepsze.
W murach było się gdzie i większej sile rycerzy pomieścić, a znaczne zapasy oręża i żywności, w wielkich gmachach były nagromadzone. Żaden rok nie minął by się tu z czerwonej cegły misternie budowane domostwo jakie nie podniosło ku górze.
Krzyżacy w częstych wycieczkach swoich tu mieli miejsce zborne, i ztąd wyciągali w różne strony. Z pewną czcią byli dla tego jednego z najpierwszych gniazd swoich, pełnego pamiątek.
Tu teraz mistrz Luder książe Brunswicki, z tego domu który trzech swoich członków oddał na posługi zakonu — doprowadził wojsko, które na Polskę, grabież i pożogę Łoktkowych włości przeznaczonem było.
Sama głowa rycerskiego tego stowarzyszenia, wiodła starszyznę i gości na brzeg Wisły, zdać tu mając dowództwo marszałkowi i komturowi wielkiemu. Dziwiono się trochę temu iż wielki mistrz, który zawczasu oświadczył iż sam wyprawą dowodzić nie może, chciał ją aż do Torunia wieść, choć ważne sprawy powoływały go do Malborga.
Mistrz Luder, który po Orselnie, zabitym zdradziecko, nastąpił, miał wielkie zadanie na barkach swoich. Krzyżacy, którym od przesiedlenia się na tą ziemię podarowaną im dla dalszych na poganach zdobyczy — wiodło się ze szczęściem szczególnem, choć je słabości i nieopatrzności tych zawdzięczali co ich na pomoc wezwali; Krzyżacy od przybycia swojego tu z surową regułą zakonną; — samym trybem życia wojennego z niej się wyłamywać poczęli.
Dawne owe prawa, które ich pół-mnichami czyniły, zapomniane zostały i lekceważone. Napływ rycerskich awanturników z całej Europy.[3] przynosił tu z sobą wcale nie mnisze obyczaje. Wyprawy na pogan dzikiemi jak oni czyniły ludzi. Nie szanowano w nich nic, ani też siebie. Zakonnik codzień na śmierć się narażając, gdy tylko mógł, z życia chwili każdej korzystał.
Zamiast modlitw brzmiały śpiewy wesołe i piosnki miłośne u stołów, nie mierzono wina, nie wzbraniano kosztownych łańcuchów, mnich co nie powinien był mieć żadnej własności, bo nawet suknia którą nosił, mogła mu być odjęta, łupił czasu wojny i łupu nie oddawał do ogólnej skarbnicy. Rozpusta, samowola, zbytki się zagościły.
Przyszło do tego że jeden obrażony rycerz, którego przeszły mistrz na wyprawę wziąć nie chciał, mściwą ręką go ubił.
Po zabitym Orselenie wybrano mistrzem Ludera, który swym tytułem książęcym i związkami wrażał powagę, a był mężem energicznym i rozumnym — ażeby dawną karność przywrócił w zakonie.
Zadanie to było ciężkie nad którem musiał on, nie odstępując na krok stolicy, czuwać aby je w najmniejszych spełniać szczegółach.
Był Luder już od lat kilkudziesięciu krzyżackim płaszczem przyodziany, bo go bardzo za młodu oddano zakonowi, — pół wieku niemal dzieląc losy jego wtajemniczonym był najlepiej w to życie wewnętrzne, którego znał wszystkie sprężyny. Mężny żołnierz, ale zarazem pobożny pan, człowiek wykształcony, poeta po troszę; Luder szanowanym był przez współbraci i gdy do wyboru przyszło postawiono go na czele, bo on najlepiej wyrywających się z posłuszeństwa i z pod prawa, utrzymać w nich umiał.
Siwiejący już, czynnego ciągle życia, wojak, myśliwy, Luder mimo wieku był jeszcze mężem wielkiej siły, powagi i rzeźwości do pracy. Choć starszyźnie krzyżackiej, która się teraz białemi płaszczami odznaczała, uboższych braci strojąc szaro nie zbywało na mężach rycerskiej postawy, i warunkiem niemal przyjęcia do zakonu była siła fizyczna; — Mistrz Luder stanąwszy wśród swoich, pół głową ich przerastał, a zbroi jego bez kilku kaftanów pod spód podłożonych, żadenby z braci nie wdział na siebie.
Twarz też miał jakby do rozkazywania stworzoną — oczyma, brwiami, wyrazem samym rozkazującą.
Mówił mało, lecz gdy co rzekł, spierać się z nim nie było można. Wydawał wyroki i nieodwoływał ich nigdy.
Od śmierci Orselna, którego w chwili napaści na progu własnego mieszkania bronić nie było komu, postanowiono by dwu rycerzy nie odstępnie, wszędzie mistrzowi towarzyszyli. Wybrał sobie na kompanów tych Luder, Konrada von Gartau i Ottona Dobner’a.
Właśnie z niemi razem zajmował izby, które dlań na zamku toruńskim przeznaczone były — gdy Dobner, który się był u drzwi nieco zatrzymał, szepnął mu iż tu już nań oczekiwano.
Mistrz ledwie był z konia zsiadł, i należał mu spoczynek, bo część nocy spędził w drodze, lecz posłyszawszy imie które Dobner mu szepnął — wnet dał rozkaz aby przybyłych do sąsiedniej izby wprowadzono.
W Toruniu jak w Malborgu na zamku z dwojga komnat rodzajów składały się mieszkania. Wielkie i bardzo przestronne sale służyły dla zgromadzeń zakonnych i gościnnych stołów, do których często po sto i więcej osób zasiadało. Izby w których pojedyńczy zakonnicy, nie wyjmując mistrza, komtura i dostojników, przemieszkiwali — były ciasne, małe, a dla samego ogrzewania łatwiejszego kominami — nie bardzo przestronne. Były to niemal cele klasztorne.
I ta w której Luder się przeodziewał nie większą była od innych, lecz obok mała jadalnia, kilkanaście osób mogła pomieścić. Widok z niej przez okno duże, na Wisłę i przeciwne jej brzegi wychodził.
Tu w przyciemnionym kącie, na ławie ze spuszczoną głową siedział stary mężczyzna — w stroju po którym stanu jego rozpoznać było trudno. Można było sądzić iż się umyślnie przebrał tak aby go nie poznano. Szare suknie ale z sukna przedniego niemiały nic coby je odznaczać i oko mogło zwrócić na nie. Miecz krótki a szeroki w pochwach czarnych także się nie świecił ozdobami. Mimo to coś w tym człowieku znamionowało nawykłego do rozkazywania raczej niż posłuszeństwa.
Siedział i czekał, a samo oczekiwanie już krew w nim burzyło, patrzał na drzwi, poruszał się niespokojnie, jak gdyby obrażało go to że nie pospieszono prędzej przeciwko niemu. Był to wojewoda i wielkorządzca poznański Wincz z Pomorzan.. On! u Krzyżaków, on oczekujący na mistrza, u drzwi jego.. w ręku wrogów i ich mocy!!
W duszy powtarzał to sobie szydersko, z goryczą, jakby sam niewierząc temu co z nim uczyniły losy.
Na towarzyszu jego Petrku Kopie, pobyt na zamku toruńskim tak wielkiego nie czynił wrażenia. Chodził on z wesołą twarzą po izbie, oknem wyglądał, i wspaniałością gmachów, w których się znajdował z przyjemnością napawać się zdawał.. Na twarzy igrał uśmiech jakby rad był że wielką sprawę szczęśliwie doprowadził do końca.
Wincz milczał i wzdychał. Potrzebował ciągle przypominać sobie co go spotkało, aby wytłumaczyć co czynił i zagłuszyć sumienie.
Po chwili wyczekiwania która mu się nad miarę długą wydawała, otwarły się wreście drzwi, i mistrz Luder w białej sukni, bez miecza, odziany po domowemu wszedł sam, zamykając je natychmiast za sobą.
Wojewoda wstał nie spiesząc, powoli i mierzonemi krokami począł zbliżać się ku niemu.
Oba oni, nie znając się wcale, naprzód oczyma ciekawemi mierzyli, siły swe oceniając.
Wincz Świdwa tak miał pańską postawę jak Luder, — oba niemal się czuli równemi dumą. Mistrz czuł że człowieka tego musi oszczędzać i łagodzić — Wincz zrozumiał iż pod płaszczem zakonnika stał przed nim książe niemiecki..
Skłonili się sobie głowami, lecz Luder ręki nie wyciągnął.
Usłużny Petrek żwawo po niemiecku zaczął wojewodę polecać, ułatwiając rozmowę, która łamanym językiem dla obu nie łatwą być miała.
Od pół wieku tu już siedząc, książe się języków różnych uczył po trochę, lecz żadnym nie mówił dobrze, mając je jako barbarzyńskie w pogardzie. Pruskim z musu i dla stosunków z ludem, mówił najlepiej; Swidwa[4] zaś oprócz polskiego mało co niemieckiego tylko rozumiał.
Petrek Kopa stał się jako tłumacz i pomocnik niezbędnym, i tak ta rozmowa, która powinna była być tajemną i poufną, bez świadka się nie obeszła.
To ją czyniło nad wyraz trudną i przykrą dla wojewody.
W pierwszej chwili ledwie srom swój mógł przemódz, zabełkotał coś niewyraźnie i łzy mu z oczów trysnęły.
Skarżył się ne[5] upokorzenie jakiego doznał od króla, a tu on sam z dobrej woli na stokroć się boleśniejsze narazić musiał. Przybrał tem dumniejszą postawę im boleśniej czuł się dotkniętym...
Luder zdawał się rozumieć co się w duszy tego człowieka działo, i chciał litościwym i łagodnym się okazać.
Po krótkiej walce z sobą, wybuchnął wojewoda niezważając ani na to czy zrozumianym będzie, i czy usłużny tłumacz za słowami jego wydąży.
— Widzicie mnie przychodzącego do was, mówił gorączkowo, bo panu temu któremu do siwego służyłem włosa dłużej nie chcę i nie mogę... Stała mi się krzywda... chcę pomsty... kraj którym rządziłem lat tyle, który mu dałem i utrzymałem, — jest mój do dziś dnia, pójdzie za mną. Przyprowadzę wam wojsko w posiłek, i nielada ludzi, ale takich co najlepiej znają tę ziemię... a ja ją znam najlepiej nieprzyjaciela z którym walczyć macie...
Mistrz słuchał zaledwie lekkim głowy poruszeniem dając poznać że rozumie. Wojewoda wybuchał wciąż z gorączką wielką, mistrz jakby od niej ostygał, stawał się zimniejszym coraz.
Nie odpowiedział ni słowa...
To jątrzyło wojewodę, który powtarzać się począł z narzekaniami i gniewy, z wysławianiem siebie...
W zamian Krzyżacki pan nie spieszył z żadną ze swej strony ofiarą — wojewoda zmuszonym był przez tłumacza zażądać warunków dla siebie.
— Spodziewam się, rzekł, iż ocenicie usługę jaką wam oddaję osobą moją i ludźmi. Pragnę abym się przy tej ziemi, którą wam jako sprzymierzeniec oddaję pod opiekę, — utrzymał panem zwierzchnim. Nietylko ją pozyskacie, ale pozbędziecie się króla i jego do Pomorza pretensyi...
Mam więc prawo domagać się..
Mistrz niedokończoną mowę przerwał zwolna cedzonemi wyrazy, po niemiecku mówiąc dla Petrka, a patrząc chłodno i z góry na wojewodę.
— Zakon niewdzięcznym nie jest... Skoro usługa się okaże wielką, nagrodę da słuszną.. Ale potrzebuje naprzód mieć to co mu obiecujecie, a potem oceni i zawdzięczy..
— Chcecie więc bym się zdał na łaskę lub niełaskę? zawołał wojewoda. Ja tu czuję się równym wam, i jako z równemi mówić przychodzę. Przymierze przynoszę, mówmy o warunkach.
Mistrz spokojnie się uśmiechnął.
— Mylicie się, panie Palatynie, rzekł do Petrka. Jak skoro już tu jesteście i krok ten uczyniliście, na łaskę i niełaskę zakonu zdaliście się dobrowolnie. Lecz wspaniałomyślny zakon rycerzy Grobu Pańskiego i sług Maryi, nie zechce korzystać tej mocy, jaką mu daje nad wami nieszczęście wasze.
Spokojni bądźcie.
Wojewoda postrzegł dopiero teraz może, jak daleko zaszedł i jak zwrót był niepodobnym.
W istocie był na łasce lub niełasce zakonu, w rękach jego, nie wolnym sprzymierzeńcem, ale przymusowym sługą. Zemsta czyniła go niewolnikiem — westchnął boleśnie. Mistrz uznał właściwem ranę złagodzić i wyrzekł kilka słów pochlebnych.
— Nie trwożcie się — począł — byśmy posługi waszej nie umieli ocenić. Jest ona dla nas przydatną i nie zaprzemy jej.
Poczem natychmiast spytał jeszcze Petrka, ilu mu ludzi przyprowadzić może wojewoda, jak zbrojnych i kiedy się z niemi stawić może.
Rozmowa z namiętnej stawała się chłodniejszą i rachunkową.
Lecz niepodobieństwem było wojewodzie ściśle siły zbierające się oznaczyć. Obiecywał do tysiąca rycerstwa dobrze zbrojnego, a kilkakroć tyle ludu pospolitego, który ono prowadzić miało.
Mistrz chłodno uczynił uwagę że najlepiej zbrojny Polak z niemieckim rycerzem na równi stanąć nie mógł i dodał że ludu też nie wiele ceni, chyba dla straży przy łupach i zdobyczy.
Zniżał tym sposobem szacunek ofiary, jak gdyby chciał razem i nagrody niemieckie uszczuplić.
Dotknęło to wojewodę, zżymnął się srodze.
— Prawda jest, rzekł, że nasze rycerstwo tyle żelaza na sobie nie nosi, lecz się łacniej za to obraca, a czasu boju gdy się na stronę w której posiłków potrzeba przerzucić może, wielkie usługi oddać potrafi.
Luder nie chciał temu zaprzeczać, głową tylko potwierdził co słyszał. Rzekł potem zaraz że mu pilno było, i że posiłków tych oczekiwać długo nie może.[6] wszystko już mając do wyprawy pogotowiu.
Wojewoda odparł opryskliwie i niechętnie, że gońców rozesłał i że w dni kilka przyciągnąć może.
Mistrz na dni kilka wyraził zgodę. Tak na mały czas wyczerpana pozornie przerwała się rozmowa.. Spozierali na siebie, lecz trudno było zrozumieć iż wojewoda miał wiele na sercu, z czego się nie wyspowiadał, co chciał obwarować i wypowiedzieć.
Luder też cierpliwie czekał.
Szepnął Wincz Petrkowi już prędko mówiąc, aby zawarował u Mistrza że ziemi tej z której on mu żołnierza przyprowadzi niszczyć i najeżdżać nie będzie..
Nastąpiło długie milczenie, stał mistrz zadumany, niepewny, obrachowując co miał powiedzieć, nie spiesząc z obietnicą żadną.
— Znacie co to wojna, rzekł w końcu. Gdy się wyciąga w pole, wie wódz dokąd prowadzi, a jak daleko zajdzie i gdzie mu zboczyć przyjdzie, pewnym nie jest nigdy. Próżną tu więc byłaby obietnica, której dotrzymać nie jest w ludzkiej mocy.
Zechcemy ziemię waszą i posiadłości szanować, jak posiłkującemu należy — lecz za los wojny któż zaręczy?
Poruszył ramionami.
Wincz wlepił w niego oczy, i nic wyczytać nie mógł w wejrzeniu oprócz chłodu i pewności siebie a tej wyższości z jaką mistrz to mu dawał co chciał, do niczego się nie widząc zmuszonym.
Wojewoda drgnął — zbladł, ale uczucie upadku swojego, który poczuł ukrył, bo się go sromał. Gorycz tę połknąć musiał i strawić w sobie.
Siwa głowa opadła na piersi. Tak więc on oddawał całego siebie, życie, cześć — wierność swą, niepodległość do jakiej nawykł, a w zamian zyskiwał tylko jedno — spragnionej zemsty nasycenie.
Krew której się miał napić winna mu była starczyć za wszystko..
Uśmiechnął się do siebie sam.
— Zemstę — zemstę będę miał, pomyślał, choć ją okupię drogo...
Mistrz Luder który już rozmowę za skończoną uważał, a był z niej i z siebie rad, z rozjaśnionem czołem przystąpił bliżej do wojewody i tonem łagodnym, poufalszym przez Petrka go rozpytywać zaczął, troskliwie niby — czy rodzinę swą uprowadził, czy bezpiecznym był od króla i królewicza że zawczasu myśli jego nieodgadną.
Na to wojewoda mrukliwie, krótko, nie bardzo chętnie, pół słowy tylko dał odpowiedź zbywającą.
Oświadczył zarazem iż długo tu zabawić nie może i widzianym by być nie chciał, — zatem upewniwszy się o miejsce na które się ma stawić, natychmiast mistrza pożegnać musi.
Chciał potem wznowić mowę o tem co uparcie przymierzem nazywał, lecz Luder powtórnie zbył go słowy ogólnemi, a co przykrzejsza, okazał cień pewien nieufności, jak gdyby do zrozumienia dać chciał, iż ten co jednego zdradza i drugiemu może słowa nie strzymać.
Musiał i to przełknąć wojewoda, udając jakoby nie rozumiał, westchnienie z piersi mu się wyrwało.
Jeszcze rozmawiali, gdy Luder wychyliwszy się ku kompanowi za drzwiami nań oczekującemu, rozkazał podać wino, i jedzenie, nie mogąc gościa, który widzianym nie chciał być, prowadzić do wspólnego stołu.
Wszystko było obrachowanem tak, aby do uczt królewskich nawykłemu Winczowi, który sam zamożnym był panem, okazać zakonu bogactwo i wspaniałość. W trzeciej izbie stał już nakryty obrusem szytym, zastawiony srebrnemi naczyniami pozłocistemi, szkłem weneckim, misternemi puhary i misami — stół od którego zapach silny korzennych przypraw zdala czuć było.
Tu Luder wprowadził gościa zapraszając do posiłku przed podróżą. Sam on, do kubka nalawszy tylko nieco pigmentu, do ust go przyłożył za zdrowie wojewody.
Petrek się chciwie, nóż dobywszy z za pasa rzucił na jadło, Wincz nic oprócz wina nie tknął, chleba kawałek skruszył i zadumany pił tylko.
Posępność gościa który miał odjechać z bolem w duszy, musiała nie być miłą mistrzowi, gdyż zmuszając się do wesołości, usiłował go w lepszy humor wprowadzić. Trudne to było zadanie. Dopiero gdy o królu Łoktku, o synu jego, o głośnej historji na dworze Karola Roberta mówić począł, zapowiadając iż w obec Jana króla czeskiego, który razem polskim się zwał i był, Władysław utrzymać się nie potrafi — usta się rozwiązały wojewodzie.
Namiętnie przeciwko królowi występować zaczął, wyśmiewając się i odgrażając nań.
Całe tam Łokietkowe życie przeszło przez gryzące zęby człowieka, który temu królowi wszystko czem był zawdzięczał, owe boje początkowe młodzieńcze, zuchwałe, szczęśliwe i niefortunne, ubóstwo, prześladowanie, — wojskowe hasanie po kraju, pokuta, wygnanie; — powrót, walki... a wszystko to co się na najpiękniejszy obraz niezmordowanej pracy składało, w ustach Wincza było przedmiotem szyderstwa i najczarniejszych potwarzy.
Mistrz Luder, który nie siadał do stołu, ani jadł z niemi, słuchał rozumiejąc po troszę; ale nie potakiwał. Jako Krzyżak nienawidził on upartego Łoktka, który zakonowi dokuczał i przed papieżem go skarżył, a Pomorza broniąc, opanować nie dawał, ale od dawna słysząc o nim i patrząc nań, miał dlań poszanowanie jakie każda wytrwałość i męztwo obudza nawet w nieprzyjacielu.
Petrek tylko jedząc i pijąc czuł się w obowiązku uśmiechać i podnosić co mówił wojewoda aby mu się przypochlebić, niekiedy naprędce tłumacząc mistrzowi co dosadniejsze ustępy z wykrzykiwań Wincza.
Przeszła tak chwila dość długa, wojewoda spojrzał w okno i ruszył się z pożegnaniem, widząc że dłuższym pobytem nic już tu nie zyszcze, czując że był jak w zasadzkę wprowadzony, i schwytany, z małą lub żadną korzyścią dla siebie.
Przy pożegnaniu też gdy mistrz wielce był uprzejmym, wojewoda rozstawał się z nim z dumą i wyraźną jakby obrazą. Sam sobie był winien — nie było już na to ratunku.
Gdy sami znaleźli się w korytarzu zwrócił się nagle do Petrka, który nie zdawał się uczuć jego rozumieć ani podzielać.
— Daj cię pioruny biły, ciebie coś mnie tu wprowadził, zawołał, z temi lisami w mniszych sukniach i zbrojach razem, w kapturach a przy mieczach, djabeł nie dojdzie sprawy.
Petrek osłupiał.
— Samiście chcieli z nim rozmowy! wykrzyknął zdziwiony.
Wojewoda ramionami ruszył i począł kląć.
— Głupim był — mówił idąc — trzeba ich było do mnie sprowadzić, a inaczej by się gadało.
— Z nich żadenby do was nie pojechał.
— A! bo rozumniejsi są odemnie, zawołał Wincz, a nadewszystko zimniejsi, gdy tu we mnie kipi wszystko! kipi! wre! Ha! stało się! Jeszcze mnie całego w ręku nie mają.
To mówiąc korytarzami zwrócili się ku podworcom, w których konie ich i ludzie stali ukryci.
Widok tych wielkich przestronnych placów wśród twierdzy wielce teraz był ożywiony. Zwykle dosyć puste, napełniły się przybywającemi coraz z innych burgów zakonnych rycerzami, sergentami, pachołkami, czeladzią i wozami.
Wyprawa przeciwko Polsce, po rozejmie gotowała się całemi siły zakonu popartego przez przybyłych z zachodu gości; szeroko miano rozpuścić zagony, i po drodze warowne grody zdobywać, aby się w nich sadowić samym, lub nie dać chronić nieszczęśliwemu ludowi.
Przybory więc widać było niezmierne, mogące dać pojęcie z jaką straszliwą wojną na polskie posiadłości runąć mieli Krzyżacy, spodziewając się Łoktka przestraszyć, osłabić i uczynić sobie powolnym, a pomścić się za jego skargi do papieża wnoszone.
Wojewoda stanął zdumiony tym ogromem przyrządów wojennych, które zepchnięte stały w podwórcach jedne przy drugich, dziwne jakieś przedstawiając rusztowania, windy, drabiny, belkowania, w których lesie trudno się rozpoznać było.
Wszystko co dawniej znanem było i używanem przy obleganiu zamków, i co teraz wynaleziono na zachodzie, a zaledwie używać zaczynano — Krzyżakom służyło.
Od 1328 roku mieli oni już moździerze długie, z sztab żelaznych spajanych obręczami, i śmigownice, znali użycie prochu i kul ognistych. Gotowali się właśnie przerażać niemi polskich kasztelanów, i palić zamki których oni bronili. Wszystkie one prawie naówczas drewniane jeszcze były, rzadko gdzie jaki kawał muru się znajdował, a od podkładanego ognia broniła ich nalepa gliniana. Łatwo więc było zapalać dachy i odarłszy ściany ogień pod nie podłożyć.
Oprócz moździerzy i żelaznych działek, z któremi jak z tajemniczemi narzędziami kryli się Krzyżacy — widać było w podwórcach ogromne Bleydeny, Wippy do ciskania kamieni, Balioty na kołach, liburny, drabiny i haki.
Większe z nich których za wojskiem ciągnąć było niepodobna, rozbierali cieśle na wozy, inne na czółna składano do przewozu.
Około nich kręcił się mnogi lud szwargoczący po niemiecku — i nadzorcy stali rozprawiając co brać, co porzucić i jak zabierać.
Ciekawy Petrek, który już tu sznurkował wprzód i podglądał, prowadząc wojewodę, wśród tego lasu, kędy drogę sobie utorować nie było łatwo — zawiódł go umyślnie do miejsca, gdzie nowe przybory do wyrzucania ognia i kul kamiennych stały osobno pod strażą. Tu najwięcej też się ludzi skupiało opowiadając o cudownej sile jakiegoś czarnego proszku, którego parę garści starczyło by ogromną kulę, którą ludzi kilku zaledwie podnieść mogło, cisnąć na nieprzyjaciela...
Opowiadano sobie że pobożny jakiś mnich, zabawiający się robieniem lekarstw i różnych eliksirów, za przyczyną patronów świętych, ten straszny ogień wynalazł, aby on służył przeciwko poganom na chwałę Bożą.
Uczeńsi utrzymywali iż robiono go z siarki, soli jakiejś i węgla, i że pobożny też Albertus Wielki, mnich w Kolonji znał już tego ognia siłę i jej używał...
Wincz mógł zdala przypatrzeć się niepozornemu żelaznemu działu i na wozie złożonemu moździerzowi... Postali, poruszyli głowami, a że tu na nich krzyżacka służba z nieufnością patrzała, w prędce musieli odstąpić i szukać ludzi swoich i koni.
Te przygotowania do strasznej wojny, której skutki znał dobrze wojewoda, choć ona do pomszczenia go przyłożyć się miała, — zachmurzyły mu czoło bardziej jeszcze.
Któż kiedy w pochodzie strzymał zwycięzkich Krzyżaków, jeśli się im poszczęściło, a z bezbronnemi mieli mieszkańcami do czynienia?? Wincz wiedział że i jego ziemie, dwory, poddani, jeżeli się na drodze znajdą, poszanowanemi nie będą.
Wszędzie kędy przeszedł zastęp krzyżacki, zostawała po nim pustynia, zgliszcza i nawet Bogu poświęcony kościół, ni klasztor się nie ostał. Nie brali niewolnika, wycinali w pień..
Z Tatarskiej niewoli okupić się było można, z pod miecza krzyżem naznaczonego nikt żyw nie uszedł...





III[7].


Gdy sprawiwszy poselstwo swe Florjan Szary z Surdęgi nad Pilicą, wyszedł ze dworu wojewody Wincza, szukając sobie noclegu krótkiego, bo się wnet nazad ze sprawą do swojego wodza Hebdy do Sieradzia chciał pospieszyć — Włostek prawa ręka wojewody zastąpił mu drogę i ofiarował się izbę ukazać, zapraszając na kubek miodu, do pościeli zwykle wychylany, dla snu lepszego.
Czynił to w myśl pana swojego, a może z rozkazu.
Szary, który do rozmów wesołych, do pogadanek żartobliwych cale nie miał ochoty, w kubku też pociechy nie zwykł był szukać, choć troski miał dosyć na głowie; — grzeczną ofiarę pułkowódzcy przyjąć musiał, lecz milcząco, na swój sposób, spokojnie i chłodno.
Zaszli do osobnej izbiny, gdzie już i ogień znaleźli naniecony i dzbanek gotowy i łoże posłane, a przez pachołka Florjanowego opończą jego i skórą narzucone.
Przysiadł się Włostek, żołnierz od dzieciństwa, wychowanek wojewody, służka powolny zręcznie usiłując Florjana wybadać, z ciekawości niby, jakie tam i gdzie siły król zbierał i kędy miał iść z niemi.
Florjan, choć podejrzenia najmniejszego o knującej się zdradzie mieć nie mógł — instynktem a po trochę i naturze swej posłuszny, niebardzo się wygadywał. Składał się niewiadomością swą, że go dopiero teraz Hebda z domu wyrwał; że nie wiele co było mu wiadomo.
— Tyle wiem, — rzekł, — że król bardzo pilno zbiera ludzi, a i Węgrów zaciążnych będzie miał, i Litwa mu się też posiłkować przyobiecała.
— No, to siły dzięki Bogu, znaczne zbierze, — mruknął Włostek — ale takich też na Krzyżaków potrzeba, bo ludzie bardzo mocni są i także nie sami. Za plecami ich i król Jan i Niemców siła...
Nie znalazłszy w Szarym żadnego popędu do rozgadania się przy kubku, bo mu tylko pół słowami odpowiadał i zdał się jakby znużonym i sennym, co po podróży dziwném nie było — Włostek nie bawiąc tu nadaremnie, dobrego snu życzył gościowi i wyszedł z izby.
Szary sam pozostawszy ciężko westchnął, począł odzież na sobie zwalniać, pas zdjął, i przybierał się do łoża, naprzód pokląkłszy na modlitwę. Ród to bowiem był pobożny bardzo i w bojaźni bożéj chowany.
Miał poklęknąć — gdy od drzwi coś zaszelpotało. Myślał pan Florjan w początku że w kominie ogień się ruszył usiadając i odwrócił ku niemu, patrząc by głównia na podłogę się nie stoczyła — gdy w ciemnym kącie, dojrzał kogoś stojącego i jakby skradającego się ku niemu.
Kto by to mógł być — zrozumieć było trudno... Wsliznął się dopiero ostrożnie drzwi uchyliwszy człek ten, cały otulony opończą, któréj kołnierz wysoko mu stał napięty do koła głowy i zakrywał ją całkiem prawie.
Stąpał noga za nogą tak, aby chodu jego słychać nie było...
Nie mógł wszakże złodziejem ani napastnikiem być, bo oko w oko patrzał na Szarego i znaki mu ręką dawał, aby milczał.
Ziemianin nasz, wielce był zdumiony:
Doszedłszy do granicy tej gdzie się ciemność kończyła, a blask od komina poczynał, stanął ów tajemniczy przybysz i palcami znaki dawał Florjanowi by się ku niemu przybliżył.
Coraz więcej zdumiewał się Szary, co to oznaczać miało.
W mroku człeka rozpoznać nie było można, i on téż nie chciał pono się bardzo ukazywać. Był wzrostu nie wielkiego, krępy, czapkę miał nasadzoną na czoło, i kołnierz prawie do niéj dochodzący, tak że ledwie ślepia widać było, gdy migały.
Nie zawahawszy się i nie pomyślawszy nawet o wzięciu miecza, który już odpasał i na pościeli położył, Szary podstąpił do dającego mu znaki.
Zbliżywszy się tuż twarzy nie rozeznał, lecz głos posłyszał stłumiony, a szparki.
— Kiedy ci król miły i wiernyś sługa jego — chodź...
I naglić począł chwyciwszy go za pętlę u sukni... Chodź!
— Dokąd?
— Mało ztąd, mało, gdziebyśmy się bezpiecznie rozmówić mogli.
To mówiąc zawrócił się nieznajomy człek, wysunął przez drzwi oglądając za siebie — i jakby go co tknęło jeszcze, rzekł Florjanowi.
— Okno wprzódy zasuńcie, aby nie podpatrzono że was w izbie nie ma.
Szary zaciekawiony posłuchał rady, choć całej téj osobliwéj tajemnicy nie rozumiał, ani po co go z izby wyciągano.
Zaklęcie — jako ci król miły — wiele poskutkowało, bo całem plemieniem owi z Surdęgi, jak znaczniejsza część Sieradzian do Łoktka byli przywiązani.
Z izby wyszedłszy omackiem musieli po sieniach iść, aż w bezpieczniejszym kącie jakimś — prowadzący stanął, za suknią ujął Szarego i do ucha mu się chyląc szeptać począł.
— Pan Bóg cię tu miłosierny przyprowadził, wszak Hebda królowi wierny, a i wy?
— A komuż byśmy sprzyjać mieli, — odmruknął urażony niemal Szary — o to i pytać się nie godzi.
— Słuchaj że, i bądź posłuszny, — ciągnął dalej głos drżący, w którym Szary męzki, silny, ale stłumiony poznawał. — Pan Bóg cię tu przywiódł... Pan Bóg! Sam on! Miłosierdzie jego...
Nad królem wisi straszna zdrada — ten, ten którego on zrobił wielkim i potężnym, ten pan wojewoda Wincz, zły że mu dla młodego pana odebrano rządy — zemstą się pali, — idzie do Krzyżaków z całą swą siłą i poprowadzi ich na królewskie grody.
Spokojny dotąd i chłodny Florjan rzucił się oburzony.
— Na imie Chrystusowe! to nie może być! kto? wojewoda.
— Psyt, milcz — począł drugi, ciągnąc go za suknię. — Ja ci to pod przysięgą zeznaję, jak Boga oglądać pragnę. Prawda jest... Ja należę do wojewody, jam w jego ręku, gdyby się domyślał że go wydaję jutro by mnie obwiesić kazał, na stan niezważając — ale sumienie mam, ale pobożnego króla starego bronić muszę...
Czas jeszcze aby nieszczęściu zapobiedz można. Jedź... jedź naprzód nie do Hebdy ale do Poznania do młodego pana, do Kazimierza, ten o niczem nie wie... a pod nim ogień podkładają — potem w skok do Hebdy, aby staremu panu dawał znać...
A niech się wam nie roi, że wam lada kto po ciemku baśń do ucha włożył... Bogiem się klnę — prawda to jest...
Zdyszany szybkiem mówieniem nieznajomy mąż tchnął nieco — a Szary stał coraz więcej zdumiony, aż mu się w głowie zawracało.
Nie wiedział czy miał wierzyć słowom i przysięgom — obawiał się jakiegoś podejścia, aby go na złe nie użyto. Pomimo zaklęć nie chciał wierzyć, aby ten wojewoda, z którym niedawno mówił, a o którym wiedział że zdawna mu król ufał i całą tę wielką Polskę zdawał na niego — miał pana swego haniebnie zdradzić.
Słyszał o tém że Kaźmierza do Poznania z żoną wysłano, ale nie zrozumiał jakby urzędnik miał zazdrosnym być o należną królewiczowi władzę.
Milczał więc w niepewności wielkiej i rozdarty na poły między obawą łatwowierności lub niedowiarstwa.
Mówiący odpoczął chwilę i nie doczekawszy żadnéj odpowiedzi, odezwał się do Szarego.
— Rozumiecie mnie? posłuchacie?
— Rozumiem ci, — odparł Florjan, — ale żebym spełna już wiarę dawał — nie powiem. Widzi mi się to nie podobném do prawdy, a może mściwém...
— Człecze! — przerwał głos groźny — nie mogę ci powiedzieć kto jestem, bo życie ważę, ale klnę ci się przenajświętszą krwią Chrystusową... Słuchaj... Kapłan jestem, ksiądz jestem... Nie ważyłbym takiego słowa co na szali jak kamień zawiśnie, gdybym nie wiedział iż prawdę w sobie zawiera.
Florjan milczał... Większe miał teraz poszanowanie dla tego z kim mówił; poczuwał się do należnego posłuszeństwa.
— Cóż mi czynić każecie? — spytał.
— Powtórzę ci, do Poznania mi ztąd jedzcie do samego młodego pana. On o niczém nie wie, do ostatniej chwili się niczego nie domyśli...
Zdrada go otacza, wojewoda ma u jego boku swoich ludzi. Żadnemu wierzyć nie można okrom Trepki. Powiedz mu to, i niech się na ostrożności ma... Niech lepiej do ojca i do wojska jedzie z Nekandą, a nie siedzi w Poznaniu.
Długo się na tę zdradę zbierało, długo Wincz z sobą się rozpierał — ale już paskudny wrzód w nim dojrzał, już. Rozkazy wydane, on sam pewnie z Petrkiem Kopą do Krzyżaków pojedzie.
Z Poznania, albo do króla starego z tém słowem jedź, lub do Hebdy... dokąd bliżéj, gdzie staniesz prędzéj, znać dawaj, a spiesz — a leć!
Żywa dusza jeszcze nie wie o tém, co się knuje, oprócz zauszników wojewody — król bezpieczny rachuje na posiłki z Wielkopolski, a one przeciw niemu pójdą, przeciw niemu... I ziemię naszą wezmą Krzyżacy niepoczciwi, i wy i Łoktek zginie!!
Choć w ciemnościach twarzy mówiącego dojrzeć nie mógł Florjan, z głosu drżącego poruszenie wielkie i niepokój odgadywał...
Jeszcze raz bojaźliwie, po cichu spytał.
— Więc — do Poznania?
— Nie mówiąc nikomu — dodał nieznajomy — nikomu... Nie nocuj tu długo, każda godzina droga...
To rzekłszy począł go nazad do izby prowadzić nieznany człek, do drzwi jéj dowiódł i rękę położywszy na głowie, szepnął po łacinie.
Benedicat te Deus!
Szary chciał go w rękę pocałować, ale obróciwszy się już tylko szmer odchodzącego posłyszał.
Po cichu więc wsunął się do izby w któréj ogień był przygasł i jak stał na pościel się rzucił nie żeby spał, lecz by spoczął i rozmyślił się.
Do jego własnych ciężkich trosk przybyła mu teraz nowa, a nad nie straszniejsza...
Nie o jednego tu człeka szło, ale o tysiące, a najbardziéj o tego starca króla, który całe przewalczywszy życie, nie zaznawszy spokoju; nie wziąwszy za trud swój zapłaty, z siwym włosem, ze starganemi siły stał teraz znów u brzegu przepaści, nie wiedząc o niéj.
Litość wielka zdjęła mu serce dla pana tego, który tylu miał już nieprzyjaciół, a tu mu własny sługa miał się stać wrogiem.
Twardej natury, nigdy do łez nie skłonny Florjan — omało nie zapłakał.
Nie było tu co już do snu się kłaść, bo znużony mógł ranek zaspać, zatrwożył się — pierwsze kury już słychać było.
Przyłożył parę polan na ognisko — zadumał się...
Pilno mu było przed wyprawą zajrzeć do domu, ależ stokroć teraz pilniej do Poznania, do królewicza z językiem...
Wiedział jak stary król jedynaka swojego miłował, bo na nim całą rodu swego złożył nadzieję i przyszłość, a tam temu ukochanemu zdrada już uknuta zagrażała...
Spieszyć więc musiał a bacznym być...
Wszystko to w sobie ważąc, Szary ucha nastawiał rychłoli drugie kury zapieją. Dzień jesienny wprawdzie nie rychło miał nadejść, lecz przypomniał sobie iż resztka księżyca ostatek nocy mogła oświecić.
Szło tylko o to aby w tym dworze i nieznanych szopach, wśród natłoku ludzi, konie swe i czeladź znaleźć po nocy, nikogo nie budząc i na siebie oczów nie zwracając.
Piały drugie kury, gdy Szary podniósł się z pościeli, czapkę wdział, miecz na wypadek wszelki przypasał, bo bez niego nocką w obcem miejscu, wyjść nie było bezpiecznie i wysunął się z izby, szukając drzwi, na podsienie.
Starym obyczajem wszystko tu stało otworem, w podwórcach się spodziewał wychodząc znaleźć sen i ciszę — lecz, zdumiał się bardzo mocno, gdy stanąwszy u wielkich drzwi i wyglądając ku wodopojowi i szopom postrzegł między ludźmi wojewody ruch wielki... Po za studnią rozpalone było ognisko i ludzie się około niego jak ćmy kręcili. — Noc w istocie jak się spodziewał, nie bardzo była ciemna, dostrzegł więc że niektórzy na koń wsiadali i ruszali się już w drogę, drudzy w podwórcu konie wiedli... inni nie spiąc przy ogniu czuwali.
Z postawy człeka który przeciw płomieni stojąc jak czarny cień się wydawał; zdało się Florjanowi iż Włostka poznawał.
I jemu więc tém bardziéj czas było w drogę. Nie myśląc długo posunął się ku szopom aby czeladzi się dobudzić, o której wiedział z doświadczenia że sen miała twardy.
Szczęściem dlań pachole jego zaniepokojone tym nocnym ruchem, który we dworze panował, nie spało i poznawszy kroczącego pana podbiegło ku niemu z pod szopy. Konie nakazawszy natychmiast siodłać, Szary spokojniejszy do dworu powrócił, przyodział się jak należało i w prędce zabrawszy co miał, do przedsieni wyszedł czekać.
Bardzo mu o to szło aby jego wyjazdu tak pospiesznego nie dostrzeżono, lecz było to prawie niepodobieństwem. Musiał więc wreście konia dosiadłszy powoli ciągnąć i nadchodzącego Włostka pozdrowić, rad że mu się bez przeszkody za wrota wydobyć udało...
Drogi do Poznania nie pamiętał wprawdzie, ani o nią mógł pytać, aby podejrzenia nie obudzić — instynktem więc ruszył ode dworu w prawo, choćby miał pobłądzić, postanowiwszy rychło u ludzi nie badać o gościniec. Musiał się na łaskę bożą spuścić i na oślep ciągnąć po nocy. Księżyc przekrojony już na pół, kawałkiem mu przyświecał po troszę aż do dnia.
Ku lasom się zbliżał, gdy i piérwsze brzaski na niebie się ukazały. Z niemi téż i ludzie w polu musieli się zjawić, pastuchy z bydłem, a późniéj z radłami i bronami rolnicy.
Pustą jednak wydawała mu się okolica i żywego ducha w niéj, oprócz stad wron i kruków nie znalazł, które zobaczywszy jak od złych proroków się przeżegnał.
Był już na skraju lasu, gdy nareszcie człeka zobaczył zdala o kiju kroczącego. Spostrzegł go daleko wprzód nim on się widzianym być spodziewał.
Mężczyzna, wydał mu się silnym i rosłym, chociaż o kiju szedł i podobnym był ze stroju, łachmanów i torby do żebraka.
Lecz, gdy Szary właśnie mu się przyglądał — stał się cud — ów żebrak wnet się zgiął, zgarbił, zmalał, na kiju począł ciężko opierać i wlec tak noga za nogą, jak gdyby ledwie mu na to sił stawało.
Bystre miał oko Szary i ta nagła odmiana nie uszła mu, lecz że ubogich siła się takich włóczyło jeszcze: wróżbitów, śpiewaków, nędzarzy, a ci się często schorzałemi czynili aby litość obudzić — tak to sobie Florjan wytłumaczył.
Bacznie jednak wpatrywał się w żebraka, który tym samym przeciwko niemu szedł gościńcem.
Widać teraz było że głowę miał z karkiem przekrzywioną, a krzyże jakby złamane, choć niedawno przysiągł by był Szary że go prostym zdala ujrzał.
Zwolnił koniowi kroku, bo się u żebraka o drogę chciał popytać, i na równi z nim stanąwszy, stanął.
Żebrak się pokłonił rękę wyciągając, podniósł też nieco i głowy; o ile mu kark pozwalał. Oboje twarz i ręka jakoś się dziwnemi zdały Szaremu. Twarz miał białą i rysów nie dziadowskich, oczy wielkie i mądre, rękę nie zapracowaną... Tylko usta wykrzywione, z wargą dolną jakby na umyślnie odwaloną, nadawały mu wyraz znękanego i cierpiącego... A oczy jakby u kogo innego pożyczone, patrzały.
— Dobrzeć jadę do —
Tu Szary się pomiarkował i zmienił pytanie.
— Dokąd prowadzi ta droga, bom obcy?
Dziad się począł mu przypatrywać nie spiesząc z odpowiedzią, a gdy się na nią zebrał zabrzmiał głos jego dziwnie. Polską miał mowę, ale nie prostych ludzi i dźwięczącą jakby z obca.
— Droga? — powtórzył — droga — toć do Poznania ona... A wam, miłościwy panie dokąd trzeba?
Florjan się zamyślił.
— Do kata! — zawołał, nie do Poznania mi... A no, co robić... Nawrócę dalej, gdym zbłądził.
Sparłszy się na kiju dziad stał i z oka nie spuszczał jeźdźca.
— Wyście tuteczni? — pytał Florjan.
— E! z całego świata! — mruknął dziad... Kto z torbami chadza domu niema i wszędzie mu dom byle łom!
Westchnął.
Florjan z kalety dobył pieniążka i rzucił mu go na tę dłoń białą. Nie ruszał się żebrak, nie jechał Szary.
— Rozpowiedźcież no mi dokąd ja zajadę tym gościńcem? — począł.
— A toć droga wojewodzińska, co ją wyjeździł pan Wincz, ludzie prawią — zamruczał dziad. — Jam tam nie świadom.
Panisko też nie tuteczny — mówił, — pewnie od wojewody po sprawie posłany, bo on słyszę w Pomorzanach?..
Szary zmilczał rozmyślając, i nie odpowiadając, wolał sam rzucić pytanie.
— Po świecie co tam słychać?..
— Co? Jak nie mór, to głód, jak nie głód, to wojna, — prawił żebrak — a teraz coś ludzie bardzo na wojnę prawią! Nie daj Boże...
Jak się pierwsze sioła zapalą, pójdą wszyscy w lasy...
Krakają już krucy, krakają aż wykrakają...
W końcu z nienacka rzucił znowu dziad ciekawy.
— Panko nie do Poznania...
Florjan gniewnie ręką zamachnął.
— Gdzie zaś!
— To nawrócić trzeba! nawrócić! — rzekł dziad...
— Wprzódy gospody muszę szukać i popaść — mruknął Szary — z Bogiem!
I wyminął żebraka...
Ten stał skurczony... a gdy Szary go za sobą zostawił, zwrócił się, powoli prostować zaczął, i gdy go już nie widział, kark mu się odgiął i krzyże — zrobił się chłop silny, z szyderskim uśmiechem na twarzy... Żywym krokiem ciągnął wprost do Pomorzan.
Florjan wjeżdżał w las gdy mu pacholę szepnęło.
— Toć dziad złodziej czy co — z za pazuchy mu świeciło coś schowanego jakby ze złota...
— Tobie aby mosiądza kawał za złoto świeci, krzyżyk na sznurku musiał mieć od uroku...
Chłopak nie rzekł nic lecz głową potrząsał.
W las wjechawszy a drogi swéj pewien będąc, poprawił się na siodle Szary, konia ścisnął i obróciwszy do czeladzi aby nie zostawała w tyle, z kopyta ruszył.
Słońce weszło na szczęście podróżnemu wesołe i jasne, mgły jesienne rychło w dół pospadały co było dobrym na pogodę znakiem, pajęczyny świeciły po polach jak srebrem zasnute, dzień się zrobił taki jakby chciał wiosnę przypominać — tylko ciepły do zbytku.
Jechali téż krajem którego dawno wojna nie tknęła, choć lesistym, lecz tu i owdzie osiedlonym i znacznie przekarczowanym, na ścierniach się trzody pasły i ludzie na widok podróżnego nie bardzo odeń uciekali.
Około południa trafiła się i gospoda z szopą, gdzie koniom było można dać spocząć, i napoić je. Do Poznania już nad wieczór się spodziewał dociągnąć Szary, myśląc teraz jak ma się na zamek dostać, aby wśród tych zdrajców, o których go przestrzegano, poznanym i odkrytym nie był, a do królewicza mógł trafić.
Przystęp pewnie trudnym ziemianinowi żadnemu nie był, lecz z czém się miał opowiadać, aby się nie odkryć — sam nie wiedział.
Człek był pobożny, gdy mu własnego nie stawało wątku, obyczaj miał iż do Boga o pomoc wzdychał, a ta mu nigdy potem nie chybiła.
I na ten raz też myślał sobie że byle do miasta się dostał, i na zamek potrafi...
W tych myślach ku wieczorowi, gdy już wedle rachuby swej o jaką milę albo i mniej był od miasta, a wieczór tak śliczny mu sprzyjał, że i droga się nie dłużyła, — wjechał do lasku i zwolnił kroku.
Gościniec się nim wił sobie pomiędzy drzewy, jakby z ludzi żartował, coraz to łączkę zieloną, to rzeczułkę było widać, to skupiony gaik gęsty, to rozpierzchłe drzewa stare, co się porozbiegały od siebie, szeroko gałęzie rozpościerając.
Lubo jechać mu było, więc nie spieszył.
W tém gdy tak jedzie, ucha nastawił, zdala go śpiewy doleciały, pomięszane z wesołemi śmiechami. Poznawał głosy kobiece...
Słyszał nieraz Szary ludowe pieśni i słuchać ich lubił, a że młodszym będąc nietylko Sieradzkie, Łęczyckie, Kaliskie, ale Krakowskie i Sandomierskie zwiedzał okolice, i różnego polskiego wieśniaka znał zawodzenia, choć po troszę od siebie różne, a jednak do siebie podobne — zdziwiło go to że pieśni, które go dochodziły i nutą i językiem były odmiennym nucone...
Ślicznie one brzmiały, tęskno, marząco, słodko.. ale obco...
Dotąd jednak śpiewających nie mógł dostrzedz podróżny.
Dopiero gdy się droga zakręciła nagle, musiał aż konia strzymać, bo tuż, tuż osobliwy orszak nadciągał, jakiego w życiu nie widział, i nawet wyśnić było trudno, a zrozumieć kto tak jechał śpiewając i po co, trudniéj jeszcze.
Przodem na siwym, małym, ładnym koniku jechała piękna pani. Konik na pół był okryty szkarłatną oponą ze złotemi brzegami i kutasy, rząd na nim świecący złocony, miał wielki guz złocisty także, na piersiach, na głowie czub, a pod szyją wiszące sznury pąsowe ze złotem.
Jadąca na nim, z podniesioną do góry główką kobieta, włosy miała jak len jasne w kędziorach spadające na szyję, a po nich spływające do koła twarzyczki, na ramiona; zasłonę białą po brzegach szytą złotem.
Suknia na niéj jasna, poprzepasywana i bramowana, szyta wzorzysto, obcisła, okryta była płaszczykiem lekkim fioletowéj barwy, który więcéj ją stroił niż osłaniał. Wesoła to była i szczęśliwa jakaś istota, śmiały się oczy jéj, usta, rumiane lice, gładkie czoło. Śpiewała z takim zapałem, tak sama swą pieśnią szczęśliwa, jakby dla niéj największą było rozkoszą nucić i słuchać piosenki.
Za nią na koniach, na wozach i pieszo szły dziewczęta w zielonych wiankach rucianych, poubierane biało, poprzepasywane i postrojone kwieciem, tak rozśpiewane jak pani, towarzyszące jéj głosami i uśmiechy.
Kilku starszych mężczyzn, jakby na straży jechali konno, a młodsze pacholęta szły przy koniu pani, uzdy jego pilnując.
Ona bowiem sama, cugle szkarłatne zarzuciwszy na rękę, na żwawego konika zważała mało, a siwy, wypasiony wierzchowczyk miał fantazji wiele, głową rzucał, pobrykiwał, zżymał się — chciał swawolić. Naówczas jeden z chłopaków idących przy nim chwytał żwawo za uzdeczkę zmuszając go do posłuszeństwa i spokoju.
Orszak to był wesoły, i jakby weselny, a na twarzach kobiet, które pięknéj jasnowłosej towarzyszyły, widać było że troski żadnej nie znały, światu się radowały i pani swéj nie miały przyczyny obawiać.
Coraz to która wyrwała się z orszaku za kwiatkiem, za zieleńszą gałęzią, popychały jedna drugą, a wśród śpiewania gziły się i zaczepiały, rozbiegały, goniły i przypadały aż do koni i wozu.
Wśród tego różnobarwnego zastępu, bliżéj samej pani i siwego konika, postępowało, a raczej szło skacząc, wyprawiając jakieś sztuki, rękami wywijając i prawiąc coś głośno, z czego się drudzy śmieli — dwóch ludzi osobliwie przybranych.
Jeden z nich, bardzo małego wzrostu, w obcisłem odzieniu, trzewikach z bardzo długiemi nosami, z brzękadłami u pasa, z pałką w ręku, do któréj jak cep przyczepiony był ogon lisi, w czapce śpiczastéj, pstréj, — miał twarz długą, żółtą, z bródką chudą i czarną...
Drugi jeszcze przysadzistszy, gruby jak kula się toczył. Niepomiernie otyły, z twarzą okrągłą, bez zarostu na niej, suknie miał naszywane w różne figury fantastyczne i kawałkami materji jaskrawych.
Ci dwaj, których obowiązkiem zdawało się być zabawiać swą panią — odwracali się ku niéj, patrzyli jéj w oczy, dopominali się o uśmiech, popisywali przed nią. Gdy im brakło konceptów, wzajem się drażnili, stawali do boju niby, rzucali pociesznie, a dziewczęta przypatrujące się im pękały ze śmiechu.
Mężczyzni jezdni, którzy stanowili straż, bardzo wytwornie byli postrojeni na sposób cudzoziemski, ale mało zbrojni. Widoczném było że się nie daleko wybrali i zbroi wkładać nie potrzebowali.
Chociaż otaczało ich wesele i śpiéwy brzmiały do koła, jechali poważni i niemal nasępieni, — jakby z przymusu i obowiązku.
Duszą całego orszaku była młoda i żywa pani, która i sama śpiewała i wesołością swą, wejrzeniami, drugich pobudzała, zmuszała aby jej radość dzielili.
Jadący naprzeciw Szary, zobaczywszy tę dziwną gromadkę rozśpiewaną, którą wziął z razu za jakieś wesele, dopiero przypatrzywszy się jéj baczniéj i nie widząc ani marszałka, ni drużbów, ni ręczników — przekonał się iż się omylił. Tym więcéj jeszcze dziwił się temu zjawisku i oczy wlepił w śliczną panią, któréj różowe usteczka otwarte, białemi ząbkami się śmiały, a oczy niebieskie zdawały we łzach rozkosznych roztapiać.
Zsunął się z drogi na bok ustępując orszakowi Florjan, i domyśliwszy się że pani dostojną być musiała, głowę przed nią skłonił. Wszyscy towarzyszący jéj, bacznie zwrócili oczy na Szarego, obcego w nim poznawszy... Szczególniéj straż konna przyglądała mu się, a on który téż między nią twarzy znajomej szukał, znaleść nie mogąc.
Oprócz tego że na wojenne wyprawy chodził gdy zawołano, pan Florjan po dworach i w stolicach rzadko bywał, ludzi znaczniejszych znał mało. Nie wielką też miał nadzieję napytać tu kogo dla języka, gdy jeden z jadących za orszakiem zbliżył się doń i pozdrowił go po nazwisku.
— Wszak Szary ze Surdęgi? — zawołał, — jeśli mnie nie mylą oczy.
Ucieszył się wielce p. Florjan, bo mu się to zdało opieką bożą iż znajomego znalazł, choć poznać go nie mógł.
— Nie poznaliście Beńka Gozdawy? hę? — ozwał się śmiejąc jezdny. Tożeśmy przecie rany sobie zawiązywali na ostatniéj wojnie!!
Florjan aż krzyknął z radości, nie że człowieka znalazł, ale że mu się właśnie Beńko trafił, z którym pobratymcami byli od krwi razem przelanéj.





V.


Usunął się Beńko nieco, gdy orszak przeciągał i stanął przy Szarym z boku.
— Z kimże to jedziecie i co to za zabawa jest! — szepnął Szary. — Patrzę ja — ale nie wiem i nie rozumiem nic. Cóż to, czy swadźba, czy wesele? gdzież druhowie i pan młody?
Beńko ramionami ruszył.
— Toście to nie słyszeli i nie wiecie? — zapytał.
— A zkądże i co wiedzieć mam! — rzekł Szary, — jam zakuty doma...
— I nie domyślacie się kto ta pani? — śmiał się Beńko.
— Nie wiem, ani się domyślam — rzekł Szary.
— Ale słyszeć przecież musieliście, że młody nasz syn królewski Kazimierz ożenił się z księżniczką litwinką. Toć to ona jest, nasza przyszła, dali Bóg królowa, po swojemu zowiąca się Aldoną, a po chrzcie świętym Hanną...
I nie czekając odpowiedzi Szarego ciągnął dalej.
— Widzicie jaka wesoła pani jest. Bo to młode i życia chce używać. Nasi księża do rozpaczy z nią doprowadzeni, bo by z niej jaką Salomeę lub Jadwigę uczynić chcieli, a tu na nią sposobu nie ma. Pomodli się zrana w kościele, a potém skoczy do dziewcząt swych i już się pieśni litewskie rozlegają po całym zamku. Bez śpiewania i śmiechu ta ptaszyna żyć nie może.
Ot co widzicie, my na to codzień patrzym... A że jej na zamku strach księży, w pole wyciąga z dziewczętami, aby śpiewać swe pieśni litewskie.
Nicby to nie było — tylko że nasi duchowni ani w ząb tego śpiewu nie rozumieją i bardzo się trwożą iż nieochybnie tam rzeczy pogańskie ich, litewskie tkwić muszą...
Chcieli królewiczownę innych pieśni uczyć, pobożnych — nie sprzeciwiała się im, ziewała tylko srodze, ramionami ruszała, i do swoich powraca, bo powiada, że nie ma jak te jej litewskie pieśni.
Szary milczał, i dla niego te śpiewy w języku pogan, dla Polaków niezrozumiałym, wielce podejrzane były.
— To jeszcze młode bardzo, — mówił dalej Gozdawa — na pół dziecko... ale z czasem obyczaju naszego się nauczy...
— Hm! — rzekł Szary, — a do czegóż jej ci dwaj służą błaznowie co przodem przed koniem kroczą?
— Rzekłeś sam, — rozśmiał się Beńko, — błaznowie są. Jeden co po prawej ręce z lisim ogonem, to nasz prawy po polsku błaznujący, z Krakowa rodem, zowią go Lisicą — ten że jej niebardzo do smaku, więc drugiego, tego opasłego baryłę z Wilna sobie ściągnęła, a zowią go, jakoś tam z litewska: Keleweże.
Szary głową pokręcił.
— To i dziewczęta pewno litwinki być muszą? — zapytał — bom pieśni słuchając nic zrozumieć nie mógł?
— Są między niemi i Krakowianki i tuteczne z Poznania — odparł Benko — ale najwięcej litwinek, bo te tylko jej pieśni umieją śpiewać, a ona bez nich by nie wyżyła...
— Królewicz w Poznaniu? — spytał rzucając na Beńka wejrzenie bystre, Szary...
— Jest — rzekł Gozdawa — ale się do ojca ciągnąć wybiera, bo wiecie że do wojny się sposobią. Trzebaż mu u boku króla być.
Po krótkiem milczeniu, chętny bardzo do rozmowy Beńko dodał.
— Może się naszemu Kazimierzowi na wojnę i nie bardzo chce, choć mu pewnie na męztwie nie zbywa, ale on jakoś w tych krwawych bojach, w których myśmy wzrośli, nie smakuje.
Powiada zawsze że dużo w domu jest do roboty, a czas by pokój mieć, aby lepiej u siebie pogospodarować...
— Dziwna to rzecz — odezwał się Szary, że po ojcu nie wziął ochoty do wojny, bo król od dziecka nie robi nic ino wojuje...
— Tak, aleć bywa nieraz że właśnie po skąpym następuje rozrzutny, a po marnotrawnym oszczędny... może i my pana miłośnika pokoju dostaniemy po Łokciu...
Tu dopiero Beńko, jakby sobie przypomniał, o co mu najpilniej pytać było, zwrócił się do Florjana i rzekł.
— A wyż tu do nas, z czem i po co? boć to wy czasu nie zwykliście marnować i pewnie was Hebda zabierze na wyprawę.
Szary się trochę z odpowiedzią strzymał, niewiedząc z razu czy całą prawdę rzec, czy przez pół, czy skłamać... Sprawa była ważna i ladakomu się jej zwierzać nie godziło. Nie wiedział czy Beńko, choć do Kaźmirzowych sług się liczył, do wojewodzińskich przyjaciół nie należał. Wolał więc wybadać go nieco i rzekł.
— Jam do pana Wojewody był posłany...
— Ale go w Poznaniu nie masz — odpowiedział Gozdawa — podobno ze złości i gniewu do swoich Pomorzan uciekł.
— Za cóż gniew? — patrząc nań zapytał Szary.
— Długoby opowiadać — ramionami ruszając prawił Beńko. — Król tu posadził mu pod bokiem syna, a w ostatku, jak słuszna, żeby się młody do rządzenia zaprawiał dał mu wielkorządy, które Wincz długo piastował... Łatwo to zrozumieć iż Wojewoda spadłszy z tronu, rozsierdził się...
Źli ludzie nawet prawią, czemu ja nie wierzę — dodał Gozdawa — że wojewoda gotów... przeciw królowi pójść.
— Strasznaby to była rzecz, pod ten czas... uchowaj panie... bo Wincz ma z sobą niemal wszystkich ziemian Wielkopolskich.
Szary teraz już był pewien, iż z Beńkiem otwarcie mówić może.
Orszak królewiczownej śpiewający, oddalił się był nieco i podniesione tylko głosy dziewcząt dochodziły ich, zostali sami.
— A nie trzeba wam z panią waszą ciągnąć — spytał Szary — żebym was nie zatrzymywał?
— Musu w tém niema — odparł Gozdawa. — Dla bezpieczeństwa zawsze kilku nas towarzyszy jej, gdy wyjeżdża, ale jednym mniej lub więcej, nikt nie zważa.
— A niemoglibyścież ze mną do Poznania? — szepnął Szary, — bo prawdą a Bogiem, mam sprawę ważną i bez was mi się ciężko obejść będzie.
Spojrzał Gozdawa nań...
— Czekajże — zawołał — skoczę ja do starszego do pana Włodka i opowiem mu się... a potém cię poprowadzę...
— Ale ani Włodkowi ni komu o mnie, ani o żadnej sprawie, ni słowa — wtrącił Szary żywo. Powiedzcie że... przyjacielaście napytali.
Głową skinąwszy tylko Beńko, skoczył konia naparłszy ku orszakowi i w mgnieniu oka już nazad był.
Nie było już co się z prawdą drożyć — począł Florjan opowiadać co mu się w Pomorzanach trafiło, i z czém go posłano...
Zasępił się Gozdawa wielce.
— W samą porę przybywacie, — rzekł — abyście poparli to, czego się już wielu domyślało i lękało. Ale o sprośną zdradę, choćby kto się dowąchał, strach obwiniać takiego człeka znacznego jak wojewoda. Pan Bóg was tu zesłał... Że się coś kłuło koło nas i kłuje i że tych tutecznych Wielkich Polan dużo na nas krzywo patrzy, a za wojewodą ciągną, myśmy to czuli...
Musimy z tém nie wprost do królewicza, ale naprzód do Nekandy Trepki, którego mu król dodał... poważnego męża i rozumnego, który będzie wiedział co począć.
I żeby zdrajcy, których pełno u nas jest, nie domyślali się czego, nie bardzo was będziemy pokazywali. Staniecie gospodą na mieście u mojego znajomego Wilczka... który śliczną córkę ma...
Szary się poruszył.
— A dajcież mi pokój z najpiękniejszą dziewuchą, przecież wiecie żem żonaty i moją Domnę miłuję nad życie... a nawet dla jej miłości cierpię...
Gozdawa się śmiać począł.
— Albo to co przeszkadza pięknéj dziewce w oczy zajrzeć?.. — zawołał. — Tyle człowiek w życiu ma co tych kwiatków choć powącha.
— Z was bo bałamut zawsze był, a jam człek stateczny — odparł Szary.
— No — i żonie waszej krzywdy czynić nie chcę — rzekł Beńko — ale bezpieczniejszej i lepszej gospody jak u Wilczka dla was nie znajdę. Jak będzie koło was przechodziła Marychna, to se oczy przysłonicie.
Wilczek dom ma na samem Podzamczu, a że do niego dużo przyjaciół zajeżdża, więc i na was nikt tam zważać nie będzie.
Rozmawiając tak zbliżali się do miasta, którego kościoły i przedmieścia już widać było... Szary trochę twarz przysłonił, a Beńko uliczkami pomniejszemi go prowadząc między ogrodami i opłotkami, gdzie się mniej ludzi kręciło, prawie nie narażając na spotkanie dowiódł do owego Wilczka zapowiedzianego.
Zamożny to był mieszczanin, który bydłem handlował, choć sam już rzeźnikiem nie był. Mówiono o nim, że pieniądze znaczne miał, lecz tego po sobie nie dawał poznać, i ludzie miarkowali tylko z domu, który sobie wystawił, a którego mu zazdrościli.
Ten to dom bardzo obszerny powodem był częstych odwiedzin różnych ludzi u Wilczka.
Gospod naówczas porządnych po miastach tak jak nie było, zwyczajem zaś powszechnym że panów i ziemian mieszczanie u siebie ugaszczali. Czasem się to podarkiem lub groszem zawdzięczało, czasem gościnność daremną bywała. Każde lepsze domostwo w mieście, czasu wielkich zjazdów gości miało.
Wilczek gospody właściwie nie trzymał otwartej, lecz w dużym domu gość mu nie ciężył, a mówiono iż na dole wynajmował izbę na szynk komuś i z tego zyski ciągnął.
Na biedę zastali koło Wilczka i ludu różnego dosyć i wozów i koni jezdnych, tak że Beńko się uląkł czy Szarego potrafi umieścić, lecz w progu zaraz zobaczył ową piękną Marychnę, u której łaski miał i do niej przyskoczywszy, a cicho z nią poszeptawszy, Szarego z ludźmi do sieni wprowadził.
Marychna w istocie piękną była wedle wymagań ówczesnych, i wyobrażeń o piękności. Mało co wzrostem nie była równą z Beńkiem, a zbudowaną jakby zbroję nosić miała. Silna, czerstwa, rumiana, ciemnooka, zręczna, gibka, nie potrzebowała się lękać nikogo, bo nie lada mężczyzna sprostał jej mocy.
Wesołą też była i rozmówną... Milczącego Florjana wwiodła sama do izby, rada się rozpytać zkąd był i co wiózł, ale Szary mało czém ją zbywszy, opowiedział się znużonym i na ławę legł, czekając co mu przyniesie Beńko...
Przeciągnęło się prawie do nocy, nim Gozdawa powrócił oznajmiając mu że Trepka nań czeka.
Szli więc na zamek.
Tu już się wszędzie świeciło, bo i królowiczówna powróciła ze swej wycieczki z dziewczętami, i królewicz był na zamku.
O ile mrok dojrzeć dawał, dwór młodego pana wydał się Szaremu wcale różnym od tego, który starego Łoktka otaczał.
W Krakowie gdy gości miał przyjmować stary pan naówczas, prawda, nie szczędził niczego, i ludzie u dworu wspaniale wyglądali, ale powszedniego czasu skromnie było i ubogo.
Królowa i on nie zapominali że tułaczami byli i jedli podczas chleb czarny często łzami polany. Teraz im też prostota była najmilszą.
Na starość też Łoktek i żona jego pobożnemi się stając, umyślnie się odzieżą i życiem umartwiali.
Tu zaś nie po staremu wyglądało przy młodym panu.
Służba była z cudzoziemska strojna, obcisło pstro, włosy trefione, łańcuchów, kaletek, nożyków, pasków, kutasów na niej podostatkiem.
Starsi dworacy w jedwabiach, a czeladź kręciła się z jakąś swobodą i raźnością, która nie wielkiej surowości i karności dowodziła. W podsieniach i na gankach niewieścich sukienek kręciło się dużo i śmieszki było słychać wieczorne.
Wesołym był zamek, jakby za najlepszych czasów — i jakby mu nic nie zagrażało.
Nekanda Trepka mieszkał niedaleko od komnat królewicza, więc do niego iść musieli aż pod same gmachy pańskie pełne wesołej młodzieży, światła i woni korzennego jadła i napoju.
Starał się Szary aby mało go kto widział, a zabawiający się dwór nie bardzo nań uwagę zwracał.
Czekał na nich poważny ów Trepka w komnacie niewielkiej, po rycersku przybranej w wojenne rynsztunki.
Mąż był lat średnich, na którym wojenne rzemiosło poznać było łatwo, trzymał się prosto, twarz miał marsową, zarosłą — oblicze poważne i myślące. Mruczkiem go zwali ludzie, bo mówił mało, lecz do rady był i do sprawy tak pewnym, iż się nań i stary król i każdy co go znał mógł spuścić a spać spokojnie. Dla tego, zawsze o syna jedynaka trwożący się Łoktek, Nekandę mu dawał za towarzysza i doradzcę.
Trepka już uprzedzony we drzwiach przyjął Szarego, wyzywając by mówił z czém przybywał. Mimo męztwa widać było po nim trochę niepokoju.
Szary rozpoczął obszerną relację o swem poselstwie, o pobycie w Pomorzanach, i o tem co mu się tam przytrafiło; mocny na to nacisk kładąc, że ów nieznany człowiek, który mu o zamierzonej oznajmywał zdradzie, mienił się duchownym, więc wiara mu większa mogła być daną.
Żeby zaś kto pod owe czasy, kapłanem się miał czynić, nie będąc nim — tego nie przypuszczano nawet.
Trepka raz i drugi sobie powtórzyć kazał przestrogę ową i wysłuchawszy opowiadania — rzekł:
— Dawnom to wróżył. Już mi tu wojewodzie z oczów źle patrzało. Z królewiczem łagodnym i uprzejmym, szorstko się obchodził, po za oczami i uszy naszemi wygadywał wiele, pono się i odgrażał... Znać było że się nie pogodzi z tém co mu przeznaczono. Ale król nasz stary omylił się w tém że mu wielkorządy odbierając i województwo, nad wojskiem władzy nie wziął.
— A coby to pomogło? — odparł Beńko przytomny rozmowie. Jego władza nie w tém, że on wodzem się mianuje, lecz że lat tyle rządząc ludzi sobie zjednał i Nałęczów a ich powinowatych, których tu jak piasku jest, będzie zawsze miał po sobie. Z trwogi od nich i drudzy pójdą.
Jeszcze chwilkę na badanie Szarego obróciwszy Nekanda, wyszedł zobaczyć, czy do królewicza przystęp był wolny, chciał bowiem zaprowadzić Florjana, aby jemu opowiedział co przyniósł.
Za czem sieniami ciemnemi do pańskiej komnaty wwiódł Trepka posła.
Tu było na co patrzeć, bo choć gmach zamkowy stary się wydawał i więcej ku obronie jak dla wymyślnych wygód zbudowany — tak go umiał sobie przybrać i przyozdobić królewicz, iż komnaty które zajmował, prawdziwie królewsko wyglądały.
Na podziw tylko, jak na owe czasy mało widać było oręża, a ten który po ścianach gdzieniegdzie był rozwieszony, więcéj się odznaczał wytwornością i pięknością, niż mocą i był więcej na występ niż do boju przeznaczony.
Tarcze i szyszaki wschodnie które królewicz z sobą z Węgier poprzywoził, złotem były sadzone i czarnemi listewkami, jakby kamiennemi dziane.
Na stołach księgi widać było i pargaminy, naczynia osobliwych kształtów, w smoki, gryfy i różne stworzenia powykuwane.
Obrazy też na złotych dnach wisiały na ścianach.
Na kobiercach i obiciach nie zbywało, bo całe ściany niektóre szytemi szpalery były poodziewane, na których łowy i zabawy różne, w rozkosznych gajach i panów a panie jakby żywe z ptakami łowczemi na rękach, konie i psy widać było.
Od sklepienia zwieszały się pozłociste świeczniki, gdyby w gałęzie i liście porozrastałe.
Młody pan stał już czekając na zapowiedzianego ziemianina, w stroju jaki za dnia nosił, bo go jeszcze zrzucić nie miał czasu. Obcisłe ubranie spodnie, pasem ujęte, na wierzch okrywała jakby opończa dostatnia aksamitna, jedwabiem podbita, z rękawy rozkrojonemi, które długo się zwieszały.
Piękna twarz, włosem w pukle się zwijającym otoczona, z oczyma śmiałemi, rysów szlachetnych i wyrazistych, więcej tym co ją znali za młodu, królową matkę niż starego Łoktka przypominała. Lecz było coś i ojcowskiego w czole i wejrzeniu rozumném a nieulęknionem...
Co mówiła ta młodociana jeszcze i wszystkiemi młodości pożądaniami ziejąca twarz — tego sobie Szary wytłumaczyć nie umiał. Poczuł tylko dla niej poszanowanie i znalazł w niej dobroć i łagodność, któréj się nie spodziewał, a wielką ochotę do życia i wiarę w siebie.
Choć królewicz wiedział już że mu nie dobrą niesiono wiadomość wcale się nie zdawał nią zatrwożony... Oczy tylko błyskały ciekawością rozbudzoną.
Szary mu się do kolan skłonił, gdy królewicz prędko go podnosząc zagadnął.
— Coście w Pomorzanach widzieli?
— Więcéjem, miłościwy panie, słyszał niż widziałem — odezwał się Florjan, — i to mnie trwoży że mi twarzy ukazać nie chciano.
Począł więc rozpowiadać o tajemniczej przestrodze...
— Że wojewoda na króla i na mnie gniewny — rzekł Kaźmirz wysłuchawszy — to i my wiedzieli, lecz żeby się miał przeciwko nam z Krzyżakami wiązać, ledwie do wiary!!
— Miłościwy panie, — przerwał Nekanda — lepszy ostrożności zbytek, niż ufność zbyteczna. Trzeba się na pieczy mieć...
— Jedźcież z tém wprost do króla JMci, — rzekł królewicz — jedźcie a pospieszajcie. Powiedzcie mu że ja też wprędce ku niemu ciągnę, bo na zamku siedzieć nie mogę, gdy wiem że on siwą głowę swą nastawia na nieprzyjacielskie ciosy...
— Król JMość — odezwał się Trepka — nie życzył tego... Nie wiele my mu tam pomożemy a uchowaj Boże klęski — niechby nam pana nie zabrakło, bo nas rozszarpią.
— Ja tu nie usiedzę! — zawołał żywo Każmirz[8] — musimy iść, musimy!! Widzicie też że bezpieczeństwa większego na zamku nie będzie niż w polu.
Wojewoda tu za długo siedział, by sobie ludzi nie zjednał... Nas tu jak ryby w saku mogą pobrać...
— Nie dalibyśmy się — odparł Nekanda — a idąc, miłościwy panie, z kimże pójdziemy? Musimy z sobą właśnie tych tutejszych Wielkopolan ciągnąć, którzy nas w polu dla wojewody zdradzić mogą.
Królewicz potrząsł głową.
— Z dwojga złego, wolę w polu być i z ojcem, niż tu siedzieć i czekać, a nękać się próżnowaniem...
Zwrócił się do Szarego...
— Wy — rzekł — do króla z tém pospieszajcie, bo my bez niego sobie rady nie damy, ani byśmy śmieli się na co ważyć. Powiedzcie mu od nas, że i my po wojewodzie złego się spodziewaliśmy, że i Trepka dawno go podejrzewał...
Rozmawiali jeszcze, gdy boczne drzwi rozwarły się nagle, opona w nich podniosła, śmiech się dał słyszeć wesoły, i na tle ciemnem ukazała się postać jakby cudem zjawiona — młoda pani w sukni białej, z włosami na ramiona spuszczonemi, z piosenką i śmiechem na ustach...
Nie miała już na sobie stroju jaki ją zdobił w wycieczce za miasto, ale cienkie i lekkie rąbki, które kibić jej rysowały wiernie... Nad czołem tylko za całą ozdobę, we włosy wpleciony sznur albo raczej przepaska złocista, je utrzymywała.
Weszła śpiewając, zobaczyła obcych, ręką po nad głową potrzymała chwilkę ciężką oponę, rozśmiała się wybuchem śmiechu dziecinnym; — zasłonę opuściła i znikła...
Każmirz[9] który zwrócił głowę w tę stronę, rozśmiał się także, i krok uczynił ku niej, lecz już jej nie było...
Szary się żegnał...
Wyszli natychmiast z komnat pańskich, a Beńko wprost ztąd powiódł towarzysza swego do gospody Wilczka.
Pan Floryan chciał tylko się przespać nieco i ze dniem puścić znowu w drogę. Nadto ważne wiózł wieści by mu pilno nie było... Na spoczynek wszakże rachował przedwcześnie, bo Beńko mu nie chciał go dać, zapraszając jeszcze do siebie na wino. Nie można było odmówić...
Sieradzanin Grzmot Hincza dopytawszy współziomka, przyplątał się do nich trzeci.
Było to zawsze w polskiej krwi, iż od kupy nie rada się oddzielała, a gwarzyć lubiła, musiał więc Szary, choć nie pijał wiele, zasiąść za stół i słuchać gadek wesołych, sam po troszę do nich pomagając.
Beńko był niewyczerpanym i usta mu się nie zamykały...
Więc na Wielkopolan za grzechy Nałęczom wymyślano co wlazło, w czém Grzmot, który ich nie lubił, bo mu dziewka jednego Nałęcza odkosza dała — téż dopisywał dobrze.
Część nocy tak przesiedzieli ani się obejrzawszy, i gdy Florjan się nareście zrywać począł do gospody, aby zawczasu ruszyć — już na zamku wrota były zawarte i klucze odniesione.
Posłano mu więc słomy w izbie Beńka, i gdy Grzmot podpiwszy wyszedł, rozpowiadali jeszcze długo różne stare dzieje.
Nie było już co spać, Florjan tylko czekał aby wrota ze dniem otwarto. Zbierało się na dzień, gdy w podwórcu ruch jakiś robić się począł i Beńko narzuciwszy kożuch poszedł się dowiedzieć o jego przyczynę, bo w téj porze był niezwykły.
Jak poszedł tak przepadł. Szary się już przyodział i do gospody mu pilno było, a tu Gozdawy doczekać się nie mógł.
Byłby go już klął, gdyby nareście poruszony wielce i zdyszany nie wpadł Beńko.
— A co? — krzyknął od progu — a co? prawdzi się coście przywieźli... Posłaniec którego Nekanda jeszcze po za wczoraj, nie dowierzając wojewodzie, wyprawił na zwiady, w téj chwili z językiem powrócił. Sprawny człek!!
Zbudzili Trepkę — i powiada że wojewoda z tym łotrem Petrkiem Kopą do Krzyżaków już pojechali w swaty.
Wojewodzina, słychać, pobiegła za mężem, u nóg mu leżała i zaklinała aby zdrady nie poczynał, nic nie pomogło...
Dobka sobie Nałęcza sprowadził, ale ten, jak nasz człek ręczy, wypowiedział mu posłuszeństwo...
Wszystko to królowi masz zawieść, bo teraz już wątpliwości nie ma że Wincz z Zakonem się sprzęże... Niech Król radzi...
Tu Beńko przerwał sobie nagle.
— Radzić! co tu radzić! jabym ludzi posła póki czas, wojewodę ujął i ściąć dał — była by rada...
— I wszyscy Nałęcze mszcząc się za niego, dopiero by się zawzięli! — odparł Szary.
— I to prawda — rzekł Beńko, — ale gdybyśmy ich miodem posmarowali lepsi nie będą.
Szary już dłużéj czekać i wytrzymać nie mógł, ruszył co najśpieszniej do gospody, od sieni wołając na czeladź, aby mu konie dawano.
Z brzaskiem też był już za miastem i po kościołach na jutrznie dzwoniono, gdy się na gościniec wybił.
Ranek był mglisty i wilgotny, choć nie bardzo zimny...
Pacierze zacząwszy odmawiać i kaptur zaciągnąwszy na głowę, zadumany wlókł się p. Florjan, gdy o małą może milę będąc od miasta, posłyszał tenent za sobą.
Tknęło go to. Pomyślał sobie iż na zamku Nałęcze swoich mieli, podsłuchać mogli, a na nocnej biesiadzie Grzmot i Beńko cale ostrożnemi nie byli. Nuż zwąchano z czém jedzie i co do króla wiezie, nuż pogoń za nim puszczono?
Sromał się tego podejrzenia... ale mu dolegało tak iż się oprzeć nie mógł, dał więc pocichu ludziom znać i z drogi zjechawszy w gąszcz stanęli.
Ledwie się w niéj umieścili, tuż po nad gościńcem, gdzie ich dla krzaków i gęstej mgły widać nie było, gdy tentent się zbliżył i głosy słyszeć dały...
Nastawił ucha...
Po stąpaniu konia i mieniających się głosach poznać mógł, iż ludzi co najmniej pięciu lub sześciu być musiało...
Rozmawiali głośno pokrzykując...
— Patrzaj śladów...
— Kto ta w błocie świeże ślady dopatrzy o mroku.
— Ale przecież byśmy go już nagnać byli powinni!
— Konia ma dziarskiego ten Sieradzianin jucha, a że mu pilno z językiem... nie żałuje go.
— Stary Łokieć zapłaci...
— Wiele ma czeladzi?
— A kto ich liczył...
Mijali go tak, Florjan się przeżegnał panu Bogu dziękując. Co miał robić, sam teraz nie wiedział. Był już pewien że Nałęcze za nim gnali, na zamku wieczorem podsłuchawszy...
Stać i czekać ażby ta pogoń się zawróciła — czasu była strata znaczna, za niemi jechać, niebezpiecznie.
Musiał więc na drzewa i korę popatrzywszy, aby się bardzo nie obłąkać, puścić lasem bez drogi, w imie Boże.
Miał ci tę wiarę poczciwą, starodawną, że w sprawie téj, któréj służył Bóg musiał mu pomagać i nie da mu się w lesie zgubić...
Nakazał czeladzi milczenie, przeżegnał się krzyżem świętym, konia ściągnął, kaptur nacisnął — i — w las.





VI.


Dzień był smętny, jesienny, dżdżysty gdy po przyspieszonéj podróży dniem i nocą, niepewnemi drogami, zbliżył się Florjan Szary pod Kraków, i zdala mury miejskie a kościelne wieże i kopuły ujrzawszy, przeżegnał się pobożnie, Bogu dziękując że go tu całego doprowadził. Nie tyle mu szło o własne życie i zdrowie, bo rycersko służąc wiedział że je co godzina niemal narażać musiał — jak raczéj o wiadomości które królowi wiózł, bo te pilno dlań i dla Polski całej były potrzebne.
Rozradowało mu się oblicze, zwykle dosyć posępne, gdy się ujrzał już pod samym grodem, pewien będąc że poselstwo swe sprawi.
Gdy się rozglądał około miasta, którego dawno nie widział, a po okolicy, piękności się jéj dziwując, prawie u samych murów na równinie, dostrzegł wielkie ludzi zbiegowisko, albo coś na kształt obozu...
Ruch tu panował wielki, jakby targowicę za bramy wyrzucono... Stały porozbijane namioty płócienne, wozów siła, gdzieniegdzie na drągach jakby chorągwie powywieszane i wiechy... Kręciło się ludzi jezdnych i zaprzęgów różnych dosyć i pieszego ludu.
Sądził z razu Szary iż w dzień targu musiał nadjechać, albo świąteczny, o którym nie wiedział, choć kalendarz jak każdy ziemianin, na pamięć umiał; gdy na drożynie zetknął się z jadącemi zbrojnemi, którzy siano wieźli i sami na wierzchowych koniach, objuczeni niém jak kopice siana wyglądali.
Pozdrowiwszy jednego z nich, spytał Florjan — co tu tak tłumno i gwarno dnia tego koło miasta.
— A z kądżeście wy? — odparł chłop, który sianem tak był obłożony, że mu nad niém tylko głowa i hełm sterczał, — z kądżeście wy że o niczém nie wiecie?
— Jam trochę z daleka, — rzekł Florjan.
Ów z sianem przypatrywał się mu bacznie.
— Jakby Florjan z Surdęgi! — zawołał.
— Jam ci jest! — rzekł żywo Szary — a wy?
— A mnie toście dla tego siana nie poznali chyba, lub i zapomnieli. Nieraześmy się w Sieradziu spotykali na zjazdach... Jam ci Janik Trzaska...
— A! prawda! — zawołał wesoło Szary, — przebacz że...
Trzaska był ziemianinem z nad Pilicy téż nie majętnym, ale bardzo zabiegliwym. Starego rodu rycerskiego człek, z konia prawie nie zsiadał, w domu nie długo miejsca zagrzewał i tak się na siodle losu dobijał a dobić nie mógł. Znali go wszyscy z téj ruchawości i pracowitości, przez które dotąd nic oprócz guzów nie mógł napytać.
Nie zrażało to Janika, śmiał się sam z tego że szczęścia nie miał. Ubogi był ale wesół i ludzie go miłowali.
— Widzę, — począł Janik wystawując nieco głowę z tego siana, które miał do obu boków uczepione, — widzę, że wy Surdęgi nie pilnujecie, a gdzieś się włóczycie po światu...
— Nie po dobréj woli! — westchnął Szary.
— Jać to i sam miarkuję, takbyście żonki nie odjechali, — śmiał się Janik.
— A wyż tu co robicie? — zapytał Szary.
— Jam tu, jak widzisz, nie sam jeden... — mówił Trzaska — ze wszech stron król ściąga ludzi. Kto żyw... Zamek pełen, miasto pełne, ażeśmy się za bramy wylać musieli i obozujemy tu... Na wojnę się znowu zbiera, i pewnie na srogą. Powiadają że Czech na nas ciągnie z jednéj, a Krzyżak i kawałek Brandeburga z drugiéj strony, i pewnie Szlązacy... I Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze. Bo jak się na wojnę zbierze, nigdy jednéj nie dosyć.
Krzyżakom pono posiłki z całego świata idą.
Naszemu staremu Łokciowi, nie dadzą spocząć ni się zdrzemnąć. Taka już dola jego żeby nigdy pokoju nie zaznał!!
— Król na zamku? — zapytał Szary.
— Gdzie? — rozśmiał się Trzaska — jego na zamku, w mieście i wszędzie pełno. — Stary, zdawało się że już ociężał — ale! trzeba go teraz widzieć! Taż to ma bodaj lat siedemdziesiąt, a taki krzepki i na siodle cały dzień, dla niego jak drugiemu na posłaniu...
— Na toć go Bóg widzicie stworzył, — odezwał się Szary, żeby on z tych skorup Polskę zlepił... Ubożuchny, mały człek, sam jeden jak palec, a korony się dorobił... Wypędzali go tyle razy... przecież się ostał. Nie jest że to znak że mu sam Pan Bóg pomaga i tego chce co i on??
Trzaska się uśmiechnął.
— Dobrze mówicie! prawda to jest! dla tego ja se myślę, że i teraz choć na nas Czechy idą, Brandeburgi, Krzyżaki te i niewiem jakie djabły — a on im, z panem Bogiem rady da.
Trzaska dla owego siana, które wiózł że mu niezgrabnie jechać było i bał się go gubić, choć powrozami było obmotane, jechał dosyć powoli; Florjanowi pilno było, musiał więc go pożegnać.
— Pilno wam! — spytał Janik.
— Bardzo, bom posłany do króla — rzekł Szary.
— Nie daleko go wam szukać, — odparł Trzaska, oto tu pod bramą w obozie go pewno znajdziecie, bo sam ludzi opatruje... Mało nie cały dzień od jednéj jeździ kupki do drugiej, tak się jakoś troszczy... biedaczysko!
Byli już od wrót i murów nie daleko, gdzie się obozowisko poczynało.
Tu jak w samem mieście gwarno wyglądało bo też co było przekupniów a lekkiego ludu w Krakowie do obozu się cisnęło dla zarobku i rozpusty. Baby powystawiały pod kramami ławki, poosłaniawszy je płachtami, chłopcy nosili w koszykach różną drobną kupię wołając a krzycząc. Jaskrawo poprzyodziewane niewiastki jakieś kręciły się między namiotami. Kuźnią nawet na uboczu przemyślny kowal pod szatrą postawił i żołnierskie szkapy podkuwał.
W niektórych szałasach słychać było pijatykę i śpiewy, a próżne beczki wyrzucone precz świadczyły że nie próżnowano. Z wrot lał się lud miejski, a w drugą stronę do grodu cisnęli się żołnierze, tak że w tłumie tém o przejazd trudno było...
Szary musiał się nieco wstrzymać, rozpatrując którędy najłatwiej wjedzie i czeladzi przykazawszy aby się nie dała odbić od niego — gdy zdala Trzaska nań krzyknął i palcem mu coś ukazywać począł w śród obozu.
W miejscu tém na które oczy obrócił Szary, rozpoznać było można orszak jezdnych, dosyć pokaźny... ale więcej nic.
Domyślił się jednak Florjan, że chyba i król tam być musiał, a zwróciwszy konia i torując sobie drogę między szałasami — wprost już skierował się w tę stronę. Po drodze mu wskazano w istocie iż król tam był.
Lecz nie rychło go mógł dojrzeć, bo orszak dokoła otaczający go ukrywał. Widząc mozolnie się tak przebijającego Trzaska, który siano zrzucił swej czeladzi, podbiegł ku niemu pieszo...
— Jeżeli króla wam pilno się dobić — począł, — oto go macie... Podle niego ten brodaty, czarny to Prandota kasztelan, oto ten siwy, duży wojewoda Mikuła Piławita... a ten dzielny, szeroko pleczysty Żegota z Morawicy chorąży krakowski, innych nie znam.
A — otóż i król...
Gdy to mówił rozstąpili się jakoś towarzyszący królowi i na koniu grubym a dużym mały pan się pokazał, opończą szeroką od słoty okryty, po nad którą wyzłacany hełm górą sterczał... Można ztąd było dojrzeć żółtą, pomarszczoną twarz jego posępną i siwe włosów kosmyki co ją otaczały.
Szary, który dawno króla nie widział, a mało i zdala tylko dawniéj go widywał; ciekawie wlepił oczy w to oblicze, które przy tylu innych i piękniejszych i okazalszych, czémś nieopisaném nad wszystkiemi górę brało.
Wśród tysiąca ludzi oko by się na nim, nie znając go, zatrzymać musiało.
Wypisaném miał na czole że mąż był wielkiego trudu, wielkich boleści i czynów wielkich. Nad czołem jak chmura mu wisiał smutek jakiś i siła potężna... Rozrosłe brwi krzaczaste, ściągnięte do kupy kryły oczy jakby dla tego aby z pomroki błyszczały mocniéj. Usta miał zapadłe i policzki...
Przy téj starca twarzy, ciało było młode i obracało się żywo... Nie zmogły go wojny, ale je ukrzepiły. Nie znużony obracał się, patrzał, wskazywał, pytał, — a mówiąc dumał ciągle. Usta były czynne, czoło chmurą okryte co innego rozpamiętywało...
Nie śmiał się sam Szary zbliżyć tak do pana, nie opowiedziawszy, i zobaczywszy na koniu opodal nieco Hebdę sieradzkiego wojewodę, od którego wysłany był, pokłusował do niego.
Pomian Hebda nie młody pan, zaschły, zawiędły, opryskliwy i gorączka, kręcił się pomiędzy Sieradziany, których z radością ujrzał Szary... Poznawszy Florjana sam ku niemu konia skierował, i, jak był zawsze impetyczny, wnet krzyczeć zaczął.
— A ty już tu? a co? a z czém? a mówże? poselstwo sprawił? cóż przynosisz?
Szary tym czasem z konia zsiadał i szedł do niego.
Skinął aby się pochylił; na co Hebda się zżymnął zrazu, i począł mu do ucha na prędce rozpowiadać z czém go odesłano...
Pierwszych słów zaledwie dosłyszawszy, wojewoda już się z konia zsunął, — zbladły i strwożony.
Nie dając szeroko się rozwodzić Florjanowi pociągnął go z sobą przed króla...
Tu kilka słów szepnąwszy, już Florjana popchnął naprzód i wołał nań.
— A mówże! mów...
Wyraźnego więc rozkazania słuchając Szary, choć mu się zdało że nadto uszów słuchało — począć miał już, ulegając wojewodzie, lecz obejrzawszy się że ludzie się cisną dokoła, i zmiarkowawszy że złe wieści w obóz rzucić, to jak popłoch naniecić — odezwał się do wojewody, iż mu zlecono królowi samemu to zwierzyć...
I ręką wskazał gromadzące się dokoła rycerstwo...
Zmiarkowali wszyscy że miał słuszność, a że nieopodal namiocik stał lichy, zgrzebny jakiegoś pułkowódzcy, król podjechawszy doń, z konia zsiadł i z Hebdą razem wszedł prowadząc doń Florjana.
— Miłościwy panie — odezwał się pokłon mu uczyniwszy Szary, — wysłany byłem przez pana wojewodę do Wincza z Pomorzan, abym mu co rychlej się stawić z ludźmi przykazał. Pospieszyłem z tem do Poznania i niedociągnąwszy do miasta, w gospodzie mi ludzie rycerscy oznajmili, że wojewoda czegoś niechętny do Pomorzan odjechał, i że tam go mi szukać.
Więc ja do Pomorzan. Tum przybył pod noc. Zastałem wojewodę z małą ludzi garstką i zarazem poselstwo sprawił. Przyjął mnie jak należało i oświadczył że powinność swą spełni...
Szedłem tedy na spoczynek, gdzie już nocą, nieznajomy człek, mianujący się kapłanem i sługą bożym, pod wielką klątwą zwierzył mi, zlecając abym o tém królewiczowi i wam dawał znać, że wojewoda z Krzyżakami się znosi, że do nich ma z Petrkiem Kopą jechać, i że w Wielkiej Polsce dla zdrajców Nałęczów ani królewiczowi nie jest bezpiecznie.
Zerwał się słysząc to Łoktek i ręce zacisnąwszy, z taką gorącością, której w nim nie widywano, chyba w bitwach, krzyknął przypadając do Szarego.
— Zdrajca niepoczciwy! Dałżeś memu Kaźmirzowi znać?
— Ztamtąd jadę — odparł Florjan. Król odetchnął i na swe miejsce, który[10] był na pieńku obrał, powrócił.
Brwi mu się jeszcze mocniej ściągnęły.
— Mów, mów — dodał — wszystko mi mów...
I w tejże chwili wyrwało mu się.
— Samem tego węża na mej piersi ogrzał i wyhodował! Wszystko mi winien był...
Spuścił głowę siwą i powtórzył.
— Mów — wszystko!
Począł tedy Florjan znowu o tym księdzu, potém o podróży swéj do Poznania i jak do królewicza był dopuszczony.
— Zdrów jest i nie frasobliwy? — zapytał Łoktek.
— Dzięki Bogu, — mówił Szary... Znalazłem go już uprzedzonym i niedowierzającym, a pana Nekandę przygotowanym do wyciągnięcia w pole z królewiczem, bo tam już o coś Nałęczów posądzano...
Téj zaś nocy, gdym w Poznaniu leżał, przyszła pewna wieść iż wojewoda do Torunia jechał.
— Niepoczciwy! — mruknął król...
Zwrócił się do wojewody.
— Słyszę i wierzę, — rzekł — a radbym wątpił, bo mi srom za niego i za was wszystkich, którym hańbę uczynił. Wincz z Krzyżakami! Łotry te go namówiły, przekupiły, obałamuciły...
Wstał król dla wielkiego bólu prawie już Florjana stojącego nie widząc i nie zważając na niego. Przeszedł się po namiocie, pogrążony w myślach gorzkich, Hebda milczał, Szary się cofnął aż ku wejściu i czas jakiś dali królowi samemu z sobą się naradzić. Jak przybity w początku ciężar swój dźwigał Łoktek lecz właśnie tak jako człowiek na którego ramiona wielkie brzemię rzucą, a on się pod niém ugnie na chwilę i wnet rozprostuje niosąc je lekko, — król wprędce przyszedł do siebie.
— Ha! — zawołał — nie całaż Wielkopolska z nim chyba pójdzie. — Nie sami tam Nałęczowie. Ze strachu przed niemi powloką się trwożliwi — ale nie wszyscy.
Obrócił się ku wojewodzie.
— Nie przetoż mamy ręce opuścić? — rzekł[11] — Kosztowaliśmy już zdrady — pan Bóg ją karze...
Dopiero Florjana zoczywszy, podstąpił ku niemu.
— Kaźmirzaś widział? powiadasz — począł zapominać się zdając trwogi. — Jakim że był? Smutnym? wesołym? co mówił?
— Chciał do was, miłościwy panie, aby przy was stać i walczyć? Mówił że mu się gdzieindziej być pod ten czas nie godziło.
Łoktek się zatrząsł.
— Kazałem go poprowadzić Nekandzie w miejsce bezpieczne.
— To téż i pan Trepka mówił — bo rozkazanie pamiętał, — dodał Szary.
Łoktkowi twarz się rozjaśniła.
— Jeden z nas powinien bezpiecznym być — rzekł, — bo gdyby nas obu nie stało, i Polska przepadnie, czeski Jaszko ją zagarnie jak już Szląsko wziął...
Westchnął stary...
— Młodego potrzeba szczędzić, bo on więcéj ma życia przed sobą, — ciągnął daléj — ja stary, choćbym padł, szkoda niewielka...
Dosyciem się natłukł i napracował. Spocząć czas, a juściż mi nie w łóżku kończyć...
Uśmiech przesunął mu się po bladych ustach.
— Byle mi się młodzieniaszek nie wyrwał! Byle go tam Trepka uprowadził w miejsce dobre...
Wojewoda Hebda rzekł z cicha, że Nekandzie zaufać było można, człek był stateczny i rozumny.
— Dla tegom ja go przy tym skarbie postawił który mi najdroższym jest — rzekł król cichszym głosem.
Florjan który już poselstwo swe sprawiwszy, czuł się tu zbytecznym, chciał się pokłonić panu i odejść. Wstrzymał go stary pan.
— Słuchaj no, jak cię zową? — odezwał zbliżając się doń... To coś mi odniósł tego innym nie powiadaj. Dowiedzą się i tak zawczasu, a dziś trwogi siać nie trzeba. Język za zębami trzymaj chceszli cały być.
Spytają się, zkąd, z czém, powiadaj żeś do wojewody jeździł i sprawił co kazano.
W tem Hebda śmiejąc się i po ramieniu bijąc Szarego, zawołał.
— Miłościwy panie, za tego ziemianina jako za siebie samego ręczę, bo lepszego żołnierza u mnie w Sieradzkiem nie ma nad niego. Perła to jest...
Szary się nieco pokłonił, a stary król z za frasunku swego uśmiechnął mu się tak jakby słonko z za chmury błysnęło.
Wyszedł wreście z namiotu Florjan, przejęty cały tem że króla widział z blizka i mówił z nim, obiecując sobie że mu to na cały żywot jego pozostanie w pamięci.
Chciał iść do koni swych i czeladzi, aby do miasta ciągnąć i tam jakiéjkolwiek gospody sobie szukać, aby spocząć trochę, choć wiedzieł[12] że o to łatwo nie było.
Lecz ledwie kilka kroków od namiotu odstąpił, gdy się znalazł wpośród znajomych Sieradzian, którym już Trzaska o nim rozpowiedział, a i ten téż był między niemi.
Szary i ojciec jego oba mieli wielką u ludzi miłość, — otoczyli go dalsi i blizsi nawołując.
— Florek — a tyś tu z nami!
— Bywaj do swych...
— Chodź do nas!..
Trzaska go pod rękę ujął...
— Na miłego Boga, — odezwał się trochę zafrasowany Szary lękając się aby go nie badano, — jam z długiej drogi. Na siodle się stłukłem haniebnie, ledwie żyw stoję... Nocy nie dosypiałem, więc choć wam rad jestem z duszy, ale mi do siana pilniéj niż do ludzi.
A Trzaska na to.
— Gdzież ty myślisz się mościć! Do Krakowa? do miasta. A no tam mysz się już nie wciśnie tak pełno. Niektórzy na poddaszach legają, inni bodaj w rynku.
Gdyby tam przytułek był, już mybyśmy téż pod tę słotę cieplejszego kąta szukali.
Wziął go tedy Jarosz Grusza pod drugą rękę i rzekł.
— Ja tu mam namiocik, a i siana wiązka się znajdzie, i przy moich konie postawicie. Chodź! W kociołku się coś skwarzy, a tyś pewnie głodny.
— Chodź! chodź! — odezwało się ze wszystkich stron.
Więc z jednéj strony Trzaska, z drugiéj Grusza, wzięli go jak swojego i do namiotu wprowadzili.
— Rozdziewaj się ze zbroi — i bywaj jak w domu — rozśmiał się Jarosz. — Wprawdzie dom płócienny tylko, żal się panie boże, ale w naszém rzemieśle gdy i taki nad głową jest Bogu dziękować.
Rozgóścił[13] się Szary, może i rad temu iż swoich znalazł.
Dobry czas upłynął od tego dnia gdy z Surdęgi wyjechał i o domu nie wiedział nic. Korciło go strasznie spytać którego z tych co bliżéj mieszkali, czy co nie słyszał o rodzinie. A troskał się nie bez przyczyny, bo tam móla srogiego miał, który go gryzł. Lecz jak z jednéj strony pilno mu było dostać języka, tak również się obawiał złéj wieści, której przeczucie ścigało go ciągle.
W téj niepewności będąc, postanowił czekać już lepiéj — aż się jednemu z nich coś wyrwie, nie wywołując wilka z lasu.
Miał zamiar przed wyprawą, na którą musiał iść, wyprosić się jeszcze, choćby na dzień jaki do Surdęgi.
Trzaska i Jarosz gościnnie go przyjmowali, a Grusza widząc zmarzłym od rannego deszczu, krzyknął zaraz aby mu piwa zagrzano.
Im téż pilno było rozpytywać Szarego, co słyszał i widział w Wielkopolsce. Trzaska nalegał zwłaszcza.
— A przywiodą nam z tamtąd ludzi? a ilu?
— Nic nie wiem, — rzekł Szary, — jeździłem do wojewody, sprawiałem co mi zlecono i tyle mi rzekł że powinność swą zrobi, a ludzi zbierze.
— Cóżeś widział w Poznaniu?
Nie było innego sposobu na to naleganie odpowiedzieć tylko się żartem wykręcając.
— Com widział! — odparł uśmiechając się Szary, choć do wesołości żadnéj ochoty nie miał. A no! królewiczównę która pieśni śpiewała... No — i u Wilczka w gospodzie dziewkę jego Maruchnę, taką że gdyby na nią zbroję wdziać, byłby z niéj żołnierz.
— Patrzajcie go! — wykrzyknął Trzaska — cóż się waści w drodze stało? Człek co nigdy na niewiasty nie patrzył, teraz ino je widział! Ani go poznać?
Szary się zafrasował drobinkę.
— Dalibyście mi pokój, bom ono żyw, jestem tak znużony, że języka w gębie zapomniałem...
— A o Maruchnie pamiętał! — przerwał Grusza.
Śmieli się tedy...
Przyniesiono kubek piwa grzanego, lecz gdy je drudzy zobaczyli, że z kminem było i zapach poszedł po namiocie, zaczęli się go napierać. Musiał Grusza cały kociołek kazać nastawić, bo z piwem jak z pigmentem, wiadoma rzecz tylko począć trudno, a gdy się zakosztuje, nigdy go dosyć.
Pod namiotem tedy wesoło było, a Szary myślał sobie.
— Dzięki ci, panie Boże, nie muszą o moich wiedzieć złego nic, gdy tak są weseli.
Na uboczu tylko siedział najbliżéj Surdęgi mieszkający Napiwon, — człowiek kwaśny i skarżący się zawsze, a zbiedzony.
Na niego poglądał Szary, bo czegoś posępny wyglądał, lecz nie było dziwu, takim on całe życie prawie bywał.
Milczał Napiwon do kubka tylko zaglądając i cale wesołości nie dzieląc.
— Dawnoście z domu? — zagadnął go wreście Szary.
— Ja? — odparł Napiwon (na imię mu było Żegota) — hm! jam się najpóźniej przywlókł — z końmi biedę miałem. Człek mi zasłabł.
Westchnął.
Sądził Szary że mu co powie o ojcu i o Surdędze, ale — ani słowa. Byłby zapytał, strach go brał. Myślał z resztą, gdyby, uchowaj Boże, złego co było — jużci by oznajmił.
Tymczasem śmiano się i coraz pod namiotem stawało się weseléj, a o spoczynku ani tu było pomyśleć.
Trzaska, który kości lubił, szukał już kubka i człowieka z którym by grał.
Grusza zaś że kosterów nie cierpiał przeciwił się.
— Ciskać u siebie kośćmi nie dam, — rzekł, — bo to z tego zawsze w końcu krew musi popłynąć...
Ale piwo z kminem nosili...
Szaremu w głowie szumiało i że[14] znużenia i z gwaru.
W tém Napiwon się podniósł z siedzenia i zbliżył do niego. Siadł na ziemi.
— Wyście dawniéj z Surdęgi? — zapytał go.
—  Mnie się już wiekiem wydaje — westchnął Szary...
Spojrzeli sobie w oczy.
— Spokojnie tam? — spytał Florian, strzymać się już nie mogąc.
Napiwon zadumał się, ramionami strząsnął.
— A kiedy u was spokój? — mruknął, — dopóki wy Bąka pod bokiem będziecie mieli, spokoju nie zażyjecie.
Szary aż się porwał.
— Mów! spłatał już co? — zakrzyczał, a głos mu drżał z gniewu.
Napiwon zdawał się mierzyć słowa i ociągać.
— Gdyście z domu odjeżdżali, — rzekł, — juści nie mogliście się spodziewać aby on z tego nie korzystał. Na to tylko czekał... Drugiego dnia już Surdęga była jak w oblężeniu... Ludzi pościągał,[15]
— A ojciec mój? — zawołał Szary.
— Ojciec czuwa, nie bójcie się... — odparł Napiwon. Bydło wam wszystkie zabrali z waszego własnego pastwiska, ale stary zaraz z ludźmi wyskoczył i odbił. Bąk ze swemi napadł na wasz gródek, ale mu dali tęgą odprawę.
— Boże miłosierny, — pot ocierając z czoła — przemówił pomilczawszy Szary — kiedyż ja od tego wroga będę wolnym!!
Napiwon ręką tylko machnął, jakby powiedzieć chciał, — że się tego ani mógł spodziewać. Wstał i oddalił się.
Szary został w miejscu jak przykuty, zasępiony, nie słysząc i nie widząc nic, tak go ta nowa napaść sąsiada zgryzła i przestraszyła.
A tu — potrzeba było powinności rycerskiej czyniąc zadość, iść z królem który ludzi potrzebował jak najwięcej...
Trzaska zaraz po twarzy mu poznał, że się czémś struć musiał.
— A tobie już Napiwon pewnie coś niedobrego powiedzieć musiał? — zapytał.
Jam z tem nie spieszył, choć tyle wiem co i on... Ależ to dla was chleb powszedni, gdy Bóg Bąkiem obdarzył.
— Żal mi mojego starego i żony, że ich w niepokoju tém zostawić muszę, póki Bąk też na wyprawę nie pójdzie...
— Bąk zachorzeje, albo za siebie wyśle kogo — odezwał się Trzaska, — właśnie dla tego aby pod niebytność waszą dojadł staremu i żonie... Kto nie zna Bąka!!
— Gdybym Boga w sercu nie miał — począł Szary — dawno by mu strzała w serce należała...
— Myślę, — rozśmiał się Grusza, — że gdybyście tylko mogli, powinniście go sprzątnąć, ale się on tak goły na bełt nie nastawi... Z nim trudna sprawa, jak zły tak chytry jest...
— Przyjdzie i nań godzina! — westchnął Szary.
Jakoż się przecież w namiocie przerzadzać zaczęło i Grusza odprawiwszy resztę, opłotki zaciągnął, straż postawił a panu Florjanowi posłanie wskazał, aby spoczął.
Gdy po twardym śnie zbudził się nasz podróżny w obozie wszystko spało jeszcze, noc była... Jego teraz sen już nie brał, czekał poranka aby Hebdy wyszukać i do domu się na krótki choć czas wyprosić.
Za wojewodą potrzeba było do miasta, bo stał gospodą u jednego z radnych, Heynucza z Nisy. A do niego się dostawszy Szary, gdy stękając na czas do domu się prosił, wojewoda zrazu słuchać o tém nie chciał.
— Ja bez was jak bez prawej ręki, — począł wielce zaniepokojony...
— Miłościwy wojewodo — ale ja tu z troski zemrę. Wiecie mojego sąsiada Bąka Nikosza — ten mi już znowu na starego ojca i żonę napaści czyni... Chcę choć zajrzeć a ubezpieczyć ich...
Tu się skłonił.
— Panie wojewodo — rzekł — na Boga miłego, poślijcie mu wici pod gardłem, aby się stawił do wyprawy. Przynajmniej i ja spokojniejszy pójdę, nie przemyślając noc i dzień co się tam u mnie dzieje...
— Poślę za nim! uczynię co chcecie — zawołał wojewoda — ale bez was się nie obejdę.
— Wrócę wnet, bylem moich raz jeszcze zobaczył! — westchnął prosząc się Szary.
Hebda ręką dał znak że przyzwala, Florjan się pokłonił i wymknąwszy z namiotu, natychmiast na koń siadł, pędząc do domu.





VII.


Około zameczku Surdęgą zwanego, od niepamiętnych czasów z szerokiemi pól i lasów obszary należącego do rodziny zawołania Koźlarogi — na wzgórzu łysem stała długo pustką chwastem porastająca kupa gruzów i węgla.
Powiadano w okolicy że niegdyś Połowcy wtargnąwszy tu zagonem, i darmo usiłując dobyć Surdęgę, na mniejszy ten gródek do opanowania łatwiejszy, rzucili się złupili go i spalili. Od tych czasów szmat ziemi do gródka należący leżał odłogiem bezludnym długo, tak prawie jak bez pański.
Ci do których ziemia bez ludzi należała, niedbali o nią wiele, a mieszkali pono gdzieś aż w Łęczyckiem.
Koźlarogów zameczek czasu tego napadu utrzymawszy się a i ludność swą co bliższą ocaliwszy, po najeździe połówców, — osadników mając, stał się kilku siół głową — należały doń Mojkowce, Wroników, Woźniki w których kołodzieje siedzieli i Laski. Ziemi było dosyć, lasy obszerne, łąk nad Pilicą przestrzeń znaczna.
Gdy sąsiedni gródek, który podówczas Wilczą górką zwano, pustką stał, mało nie przez cały wiek, a o grunta jego nikt się nie troszczył, granice pozarastały i zapomniały się, z Surdęgi ludzie od skrajów zarywali po troszę co lepszej a dogodniejszej ziemi.
Wypasano na łąkach trzody, i siano z nich zbierano, bo nikt tam nie zaglądał.
Ziemia bez ludzi, naówczas i długo jeszcze potem, była w bardzo nizkiej cenie.
Wioski z lasami i gruntami nabywano za kilka kóp groszy, za trochę sukna, kilka koni lub bydła sztuk niewiele. Na Wilczej górze i jej gruntach nikt się nie sadowił, dla tego że opieki by nie miał, a dziedzice nic z tej ziemi nie mogąc wyciągnąć, prawie o niej zapomnieli.
Koźlarogowie byliby naówczas łatwo tę posiadłość nabyć mogli za lada co, ale z własnemi obszarami niewiedząc co począć, bo i tych znaczna część pustowała bez osadników; nie troszczyli się o powiększenie majętności...
Mało naówczas zaludnione były ziemie polskie i ogromne ich przestrzenie lasami zarosłe, nie uprawne; tak jak do nikogo nie należały.
Każda wojna, obyczajem ówczesnym prowadzona, w ruch wprawiała ludność i wywoływała nowe osady. Przed najazdami Połowców, a później Tatarów, przed łupieżą Krzyżaków, wojnami takiemi jak były z Czechami, którzy tysiące ludu zaprowadzali w niewolę, biedni ludzie gromadami zbiegali w lasy, a obawiając się często powracać na dawne, zagrożone siedziby, nowych szukali.
Naówczas widzieć było można, całe rodziny, z ubogiem mieniem, którego najcenniejszą część składały pracowite ręce, przywlekające się do tych miejsc które lasy osłaniały, gdzie bujniej trawa rosła, kędy płynęły rzeki — wpraszające się na pustkowia...
Potrzeba było długich lat i spokoju by z jednej pary ludzi rozrodziło się kilka lepianek i powstała osada.
Mięszali się tu ludzie różnych okolic i języków, których lata powoli jednoczyły.
Około miast zniemczałych, około klasztorów, naówczas jeszcze po większej części cudzoziemską barwę mających, tworzyły się małe osady kolonistów, z różnych części Niemiec przyciągających...
Nie wszystkie wioski były rolnicze, bo rola wiele pracy wymagała, a wiele nie dawała korzyści. Rolnik też najwięcej się opłacać musiał, dziesięcinę dawać, płacić z łanu, podwodę, przewód, stróże, i różne pełnić uciążliwe powinności.
Niektóre osady rybackie były, inne rzemieślnicze, w jednych kołodzieje siedzieli, w drugich bartnicy, korabnicy, narocznicy, kowale i t. p.
Po za Surdęgą, i Wilczą górą, za Pilicą, także duży ziemi kawał dzierżeli zdawna Leliwy. Ród był stary i rozprzestrzeniony wielce, niektórzy rycerskiego rzemiosła i zamożniejsi, inni myśliwcy a wieśniacy, ludzie obyczaju prostego i nielubiący dworować.
Leliwowie krakowscy piastowali już wielkie dostojeństwa u boku królów, gdy tutejsi cicho siedzieli i woleli w lasach swych gospodarzyć.
Do żywota takiego prostego a swobodnego nawyknąć można, a kto go raz polubi, nie mieniałby na żaden inny. Wprawdzie na pańskich dworach dorabia się dostatku i czci; darowizny ziemi, bogactw i sławy, ale to wszystko opłaca się drogo, nie licząc krwi i żywota, który co dzień ważyć potrzeba.
Służyć musi kto się chce dosłużyć, a nie każdy nagiąć się potrafi k’ służbie, zwłaszcza gdy sam dłużej panować nawykł. Naówczas ziemianin na swoich posiadłościach prawym królikiem był, sędzią i władzcą. Takiemi i Leliwy nadpilickie z dawien bywać nawykli.
Szło to z ojca na syna. Jeden musiał rycerską służbę pełnić, inni około domu tylko się kręcili, a swojego państwa strzegli.
Rolnictwem się wówczas żaden ziemianin nie zabawiał, łanów dworskich tak jak nie było. Kmiecia sprawą bywało orać, siać i zbierać, osyp panu dać, siano panu zrobić, a z barci w lesie dań przynieść.
Dziedzic miał też swe barci i bartników, zwierza polował w lesie i skóry z niego sprzedawał, czasem stadniny wielkie trzymał... bydło, konie i owce.
Potrzeby były niewielkie, a gdy do tego co ziemia dawała, rycerz łup jeszcze z wojny przyniósł — zasobno było doma.
Leliwici na Lelowie, tak właśnie gospodarzyli, nie pragnąc wiele, a mając ile im było potrzeba.
Stary Bogusz Leliwa, który za młodu trochę wojował, a potem już siadł doma, zwaśniwszy się o coś z wojewodą, synów miał dwu i córkę Domnę. Starszego syna dał na rycerską sprawę, ten królowi Łoktkowi służył, nie wiele skorzystawszy na wyprawach swych, bo te łupu nigdy nie przynosiły, a krwawe bywały. Młodszy przy ojcu siedział, z nim do lasów jeździł i polował, a ziemi swej pilnował.
Dwór był stary i jak chata prosty a niewytworny. Przybudowywano doń gdy było potrzeba, podpierano ściany, naprawiano chaty i tak się tam żyło.
Matka póki żyła wychowywała córkę Domnę, a wszyscy, ojciec, brat i ona pieścili ją, bo było to dziecko osobliwszej piękności i rozumu.
Brat matczyn, która z rodu Jaksów była, księdzem został, i aż do włoskich ziem uczyć się wędrował, a powrócił świadomy wszystkiego co na świecie się działo, w pismie biegły, pobożny i rozumny, tak że go do wielkich dostojności w kościele posuwać chciano. Lecz tych odmówił, na probostwie w Sieradziu siadł, i tam się, jak mówiono w pargaminach grzebał, a drugie i sam pisał i malował.
Ten że do siostry swej, żony Leliwy przywiązanym był, często tu w lasy zjeżdżał, kapliczkę sobie drewnianą przy dworze sklecił, w niej mszę odprawiał, a gdy dłużej w Lelowie przesiadywał młodych nauczał, a starych zabawiał i rozumne im dawał rady.
Ten siostrzenicę swą Domnę polubiwszy dla rozumu, gdy bracia jej, rychło bardzo po lasach hasać zaczęli, i księdza niebardzo słuchać chcieli, uczył wszystkiego i prawie sam wychowywał.
Umiała też więcej niż matka, ojciec i bracia, a wiedziała o ludziach, krajach, o Bogu i o świecie bożym lepiej niż oni. Stary kapłan tak się nią cieszył jak dziełem rąk swoich.
Lecz gdy dziewczę podrastało, a już można się było troskać, komu ją dać, bo doma na zawsze pozostać nie mogła — wuj kapłan, ojciec i matka patrząc na nią, — wzdychali potajemnie frasując się komu się taka perła dostanie, aby na niej poznał się i ocenił ją.
Ksiądz wuj po księżemu radził, aby co najlepszego dom miał panu Bogu ofiarował i do klasztoru ją poświęcić, bo w nim według niego największa ją czekała szczęśliwość i pokój niczem nie zamącony.
Matce żal było dziecięcia, ojciec nie mówił nic. Możeby wuj nakłonił rodziców do tej ofiary, lecz w czas się opatrzył że Domna, choć pobożna bardzo, do klasztornego życia powołania nie miała.
Piękne dziewczę złotowłose, żywe było, zrosło wśród lasów i wsi, na szerokich polach, na łąkach zielonych; obracając się swobodnie — w ciągłym ruchu i zajęciach, przy śpiewkach i gadkach wieczornych — klasztór ze swą ciszą jednostajną ją przerażał.
Ksiądz, który dla tego może mury klasztorne radził że się nadzwyczajnej piękności siostrzenicy dla niej samej obawiał — napróżno probując nawrócić ją, na ostatek zamilkł i Bogu zlecił dalsze losy.
W tym czasie jakoś, gdy piękne dziewczę dorastało, jednego wieczora zjawił się w Lelowie człek młody, z rycerska ubrany i uzbrojony, ale sam jeden bez czeladzi, zmęczony, poraniony, składając się tem, że na wyprawie był ranny i od nieprzyjaciela z niewoli zbiegł, o przytułek prosił.
Gościnności nikomu nie odmawiano, przyjęto go więc, choć nikomu się nie podobał. Patrzał z podełba, mruk był, a to co o sobie powiadał, nie jasne było i nie wszystko z sobą zgodne.
O pochodzeniu nawet swem nieumiał dobrze objaśnić, raz Mazurem się zowiąc, jakoby ród jego tam siedział, to znów od Sandomierza się opowiadając, kędy też plemienników miał. O wyprawie tej w której rannym był, także mętne rzeczy prawił i nie rad się o niej rozgadywał.
Możeby to gdzieindziej podejrzenie jakie obudziło, lecz Leliwowie, ludzie prości a łatwowierni, tyle tylko porozumieli iż biedny człek nie rad był wspominać to co go bolało.
Gdy się nieco wylizał i spoczął, a odjeżdżać nie myślał, stary pan począł go z sobą brać na łowy i bardzo był z niego rad, bo śmiały, zręczny i zuchwały niemal, dobrze mu służył — konie najdziksze dosiadał, z oszczepem szedł sam na odyńca i na niedźwiedzia, a do niczego się nie lenił.
Tak jakoś nieznacznie w dom ten wrósł, najwięcej się staremu wysługując, że już jakby domownikiem i powinowatym został. Młody go nie zbyt lubił, ale znosił.
Ksiądz parę razy go tu spotkawszy i nieznacznie wybadawszy, starego szwagra począł ostrzegać, aby nieznanego przybłędy nie żywił, a dał mu odprawę, stary nie posłuchał.
Tymczasem zmarło się matce Domny, dom opustoszał, wdowiec ze smutku więcej w lesie niż pod strzechą siedział — a Nikosz stawał mu się coraz potrzebniejszym i przylizywać mu się umiał.
Tymczasem patrząc codzień, na to cudo, dziewczę, które jak różyczka rozkwitało, i co raz się stawało piękniejsze, przybłęda ku niéj miłością wielką rozgorzał.
Ludzie tego nie widzieli, dziewczę się jedno domyśliło — i ulękło, bo dziki ten chłop od pierwszego wejrzenia wstręt w niej budził i obawę. Stroniła téż Domna od niego nie rada się z nim spotykać nawet zdala, a przebiegły Nikosz tak umiał zachodzić, czyhać na nią, domyśleć się kędy jéj szukać, i gdzie ją mógł znaleźć samą, iż mu się wymknąć było trudno...
Już naówczas z różnych stron poczęli się ludzie ze swaty i dziewosłęby zjawiać do Lelowa. Stary, choć mu córki z domu srodze było żal, — nie rozpędzał ich, bo rad był wydać za mąż, aby o nią być spokojnym.
Wiano obiecywało się po matce znaczne, dziewczę było piękne, ród zacny i stary, gniazdo poczciwe, na chłopakach téż nie zbywało.
Nikosz, który przy starym i na łowach i w domu ciągle przesiadywał, a zabawiał go i kładł mu co chciał do uszu — tak umiał nieznacznie zawsze na każdego co na Domnę spojrzał coś podszepnąć iż do wszystkich Leliwę zrażał.
Czy wiedział tyle o tych młodych, czy kłamał zręcznie, dojść było trudno — a u starego wiarę zyskiwał. I im dłużej to trwało tem w domu przewagę większą brał i bali się go wszyscy, bo na każdego donosił i skarżył.
Piękna Domna za którą się uganiał ciągle, jako mogła od niego uchodziła i z oczów jéj czytać mógł że łaski u niej nie miał.
Wcale go to jednak nie zrażało, im się ona zręczniéj starała go unikać, tém usilniéj zachodził jéj drogę.
Przyszło do tego wreście iż raz ją ze starą piastunką w lesie napędziwszy, choć zaraz się z nią w stronę rzuciła — pogonił i z wielkiem zuchwalstwem oświadczył jej że ją miłuje, i choćby dziesięciu trupem położyć przyszło — nie dopuści do niej nikogo, a mieć ją musi za żonę.
Domna mu naówczas ostro odparła, że powinien pamiętać iż sługą jest, — i że ojcu się nań skarżyć będzie, jeśli się kiedy narzucać jéj ośmieli.
Na to Nikosz śmiechem odpowiedział, iż sługą jako żywo nie był, ale przyjacielem, że ziemianinem równym z Leliwami się czuł, — i że od swojego nie odstąpi..
Stara piastunka nie dała mu więcej mówić i zagroziwszy precz odpędziła.
Domna wówczas spłakała się powróciwszy do dworu, bo człek ten strachem ją nabawił, ale ze skargą do ojca się wstrzymała, nie chcąc go jątrzyć więcej.
Sądziła że sama groźba starczy. Następnych dni jednak przekonała się że Nikosz wcale na nią nie zważał, i jak dawniej zabiegał kędy mógł, kroku jej stąpić nie dając.
Gdy się to działo, stary Dalibór Koźlarogi z Surdęgi, z którym od młodzieńczych lat Leliwa w drużbie żył i pobratymstwie, gdy mu syn Florjan dorastał, a o Domnie i jej piękności zasłyszał, pojechał naprzód sam do Lelowa.
Nie zastał doma starego i czekać nań musiał aż z łowów powróci, ale mu się poszczęściło, bo Domnę zobaczył i ona go przyjmowała.
Mógł się więc i piękności napatrzeć i rozumowi nadziwić. I rzekł sobie w duchu że błogosławieństwem bożem byłaby żona taka dla syna jego.
Czekał więc na Leliwę do nocy, a gdy ten przybył rzucili się sobie w ramiona, jako dwaj bracia rodzeni i do późna we dwu rozmową się bawiąc, do syta nagadać nie mogli.
Nikosz, coś przeczuwając, choć go Leliwa precz odsyłał i zbyć się chciał, to u progu, to za drzwiami stał, czatował, podsłuchiwał; wchodził nie wezwany i ucha bacznie nadstawił.
Wiedział on już że Dalibór syna miał i bystro przejrzał że dla niego tu przyjechał.
A tu mu i na gościa tego i nic skłamać nie było można, bo starzy dobrze się z sobą znali, i wiedzieli o sobie.
Drugiego dnia dopiero wrócił Dalibor do Surdęgi, a wprędce jakoś z synem już przyjechał do Lelowa, aby go przyjacielowi pokazać.
Florjan nie podobnym był do wesołej a ochoczej nad miarę młodzieży, która wprost z podwórca ojcowskiego do pułków się dostawała, nic nie umiejąc krom pacierza, Bogarodzicy, toczenia z kopią i obchodzenia się z koniem.
Ojciec go posyłał do Krakowa do szkoły biskupiej, z czego się drudzy śmieli, prześladując że chyba księdzem chciał go mieć. Tymczasem w szkole on konia nie zapomniał, a wielkiego statku nabrał, spoważniał i gdy z kolei rycersko służyć począł, lepszego nadeń żołnierza nie było.
Nie pięknym był, ale twarz miał poważną przed czasem, miłą, — spokojną jak wszyscy mężni. Patrzał śmiało w oczy i dawał sobie zaglądać, nie mrużąc ich. Choć młody nadawał się do starszych, a z rówieśnikami też żyć umiał. Każdemu się podobać musiał, choć nie starał się o to zbytnio..
Leliwa też niemal już jak syna go przyjął, a przez dzień cały, który tu przebyli z oka nie spuścił. Wyszła i Domna z rozkazania ojcowskiego, i już się domyślając na co ją wołano, zarumieniła i strwożyła wielce. Prędko jednak ocknęła, bo młody Florek skromny i cichy, nie porywczy — podobał się dziewczynie.
Więc, choć do siebie prawie mówić nie mogli, oczyma się porozumieli.
Wszystko to zazdrośny Nikosz wiedzieć musiał i do wściekłości był doprowadzony, lecz zmilczał.
Młodemu dozwolono do Lelowa przybywać i już o weselu szeptano. Probował coś Nikosz podszepnąć na Szarych, ale mu się to nieudało. Zgromił go Leliwa i milczeć kazał.
Niedał po sobie poznać zdrajca że go gniew i złość ogarnęły, lecz przypochlebiając się znowu staremu, zatarł swoją winę gorliwszą posługą.
Jednego razu gdy konno sam bez sług powracał do Surdęgi Florjan i już się miał na promie przez rzekę przewozić, dognał go na drodze Nikosz. Widzieli się wprzód w Lelowie zdala..
Zajechał mu z przełaju.
— Czołem!
Florjan zobaczywszy go myślał że za nim był ze dworu posłany i stanął.
W tem Nikosz, z konia nie zsiadając zbliżył się doń.
— Mam do was sprawę własną, odezwał się szorstko. Posłuchajcie mało.
Nie wiele mówny Szary, dał znak iż słuchać gotów.
— Ziemianin jestem i służyłem rycersko, począł Nikosz. Od lat dwu przyjacielem jestem i sługą Leliwy. W córce jego Domnie rozmiłowałem się, a i ona mi krzywą nie jest. Pierwej tu zajechałem niżeli wy, a teraz chcecie mi ją wziąć z przed nosa... Na to ja zezwolić nie mogę. Możem uboższy od was, ale bogactwo praw nie daje. Nie zechcecie mi dziewki odstąpić, — siłą bronić będę praw moich.
Florjan spojrzał nań zdziwiony i po małym namyśle, rzekł.
— Ja wam nie odbieram dziewki, ale u ojca o nią się staram, jak przystało.. Do ojca idźcie z tém nie do mnie.
Wreście Domna jeśli mnie nie chce, a wam sprzyja, może to objawić.. gwałtem jej nie zabiorę.
— Otóż to jest, zakrzyczał Nikosz, że dziewczyna sromać się będzie, ojca się lęka, słowa tego nie powie. Więc ja jej i siebie bronić muszę.
Uderzył się po mieczyku.
— Małym jest i nie wydaje się strasznym, dodał, a no zawierzcie mi, że wścieklejszego człeka na świecie nie ma nademnie.
—  A ja się wściekłych ni ludzi, ni zwierza nie nawykłem bać, — zawołał Florjan i konia naparł aby jechać, a Nikosz mu drogę zaskoczył.
— Rozmyślcie się — dodał — jam życie stawić gotów, a dziewki sobie wydrzeć nie dam.
Florjan nie odpowiadając na to, spojrzał nań tylko ostro, usta zacisnął i zawołał nakazująco.
— Z drogi!!
Niewiedzieć jak się to stało, że groźny ów pachoł, choć zbielał i zatrząsł się, ustąpił z koniem, a Szary nie patrząc już nań jechał dalej do przewozu.
Przybywszy do Surdęgi zaraz ojcu wszystko jak było opowiedział; na to najbardziej nastając iż służka ów śmiał utrzymywać jakoby z dziewczyną był w porozumieniu.
Szary temu wierzyć nie chciał, a Florjan też, który jej w oczy tego dnia patrzał i w rozmowie z nią mógł ją lepiej poznać, nie posądzał o udawanie i kłamstwo, bo mu się sprzyjać zdawała jawnie.
Nazajutrz stary Dalibor sam spieszył do Lelowa z tą sprawą, bo mu żal było tej żony dla syna upatrzonej.
Czatował widać już Nikosz na drodze przeczuwając coś, bo gdy Szary przybył a wytoczyło się wszystko przed ojca, i Domnę powołano, która z płaczem opowiadała, piastunkę na świadectwo wzywając, jak zuchwałym był ten sługa niepoczciwy — wnet po niego ludzi posłano, aby się stawił — ale już nigdzie go ani we dworze, ani w okolicy nie było ani śladu, — koń tylko najlepszy ze stajni i rząd nań i siodło znikło.
Myśleli więc wszyscy że na tem się skończy szataństwo tego przybłędy, który za przytułek tak się Leliwie chciał wywdzięczyć. Uspokoili się — a dwór który donosiciela nie cierpiał, rad był że się go pozbywał.
Nastąpiły więc zrękowiny uroczyste, czas ślubu i wesela został wyznaczony jakoś w porze jesiennej, do których przybory czyniono wielkie, bo córka była jedynaczka, ród liczny, zjazd musiał być wielki, a wesele mniej dni dziesięciu trwać nie mogło w owe czasy.
Szary też na Surdędze gotować się musiał na przyjęcie państwa młodych i wszystkich gości. O głupim Nikoszu zapomniano zupełnie i wyśmiewano się zeń. Jeden tylko stary Leliwa, któremu on służył pilno, czasem narzekał że mu go brakło.
Jednej nocy letniej, gdy we dworze spoczywało wszystko, a z młodym Leliwą co rycersko służył, i właśnie tego wieczora niespodzianie do ojca przybył w odwiedziny, kilku czeladzi zbrojnej razem zajechało, — nagle krzyk się stał i wołanie o pomoc od niewieścich izb...
Kilkunastu rabusiów wdzierało się do dworu. Nim jednak zdołali okiennice powyłamywać i drzwi wywalić, Leliwa i jego czeladź z kordami poskoczyła.. Nierówna była walka bo napastnicy liczbą przeważali, lecz czas zyskano, a wnet i co żyło we dworze na nogi się pozrywało.
Tym czasem, lepiej znający miejscowość Nikosz, który ten napad sprowadził, gdy jego ludzie się ucierali, z tyłu wpadł do izby Domny, chwycił ją z łoża i chciał już unieść przestraszoną, gdy Wojtek Leliwa nadbiegłszy na krzyk w łeb go rąbnął tak iż mu się dziewczę wyrwało.
Musieli uchodzić napastnicy... unosząc z sobą rannego Nikosza..
Ścigano potem w okolicy rabusiów tych i ich wodza, po lasach, po gościńcach, bo Florjan pomsty chciał koniecznie, połapano niektórych, dwu obwieszono, lecz sam sprawca nie wpadł w ręce. Byli znowu pewni że nauczony nie pokaże się więcej.
Nadszedł czas wesela, zjechało się rodziny dość, ale nie tyle ile się jej spodziewano, bo wojna była i królowi ludzie potrzebni. Nie zbyt więc gwarno i tłumno było w Lelowie, a zjechali się po większej części starzy, którzy na wyprawę iść nie mogli.
Trwało wesele jak było we zwyczaju dni kilka i dopiero dziesiątego nad wieczór cały orszak weselny wybrał się do Surdęgi.
Jechali tedy oboje państwo młodzi na koniach, otoczeni przyjaciółmi, czeladzią, z muzyką na przedzie. Na wozach za niemi w skrzyniach malowanych i kutych wieziono wiano pani młodej jak przystało dla Leliwianki bogate, tak by przez całe życie od męża nic nie potrzebowała.. Było i wino i miód dla gości na wozach, któremi podczaszowie wybrani częstowali.
Wieczór był pogodny i piękny, ale z Lelowa z wyjazdem się spóźniono, tak że w bliskim lesie, który od rzeki przegradzał, ciemno się już zrobiło. Służba więc pochodnie miała rozpalać i na chwilę się zatrzymano, gdy, z lasu kilkudziesięciu zbrojnych wypadło z mieczami dobytemi, wprost na bezpiecznych i niczego się nie obawiających gości.
Jedni zaraz na wiano się rzucili, a kupka, w której Florjan poznał Nikosza, na panią młodą.
Stało się zamięszanie wielkie i była chwila trwogi, lecz czeladź się opamiętała wprędce, a Florek z Wojtkiem Leliwą padli na głównego napastnika. Nie było jednego z gości, któryby stał bezczynny lub pierzchnął, jedni miecza dobyli, drudzy czem kto miał i mógł bronili się dzielnie. Służba pochodnie tylko co zapalone koniom i ludziom do łbów rzucać zaczęła, i choć rozbójnicy zacięci byli, zrąbano ich kilku a reszta uciekła. Nikosza widziano gdy krwią cały oblany ujechał.
Tych których żywcem chwycono, zaraz krótkim sądem powieszano na dębach i w godzinę pochód cały ze śpiewaniem i muzyką, zwycięzko dalej jechał do Surdęgi, bo nikt do Lelowa powracać nie chciał.
Ze strony pana młodego, on sam w rękę był cięty, brat Domny głowę miał rozpłataną, i ludzi kilku ciężko było rannych.. Tych na wozy pobrano do skrzyń, a że napaść opóźniła ich, niemal nad ranem dopiero przybyli młodzi do domu..
Krwawe to było wesele, lecz się dla tego radowali mu wszyscy i ucztowanie w Surdędze przedłużyło się jeszcze dni kilka.
Pewni byli Leliwowie, że niepoczciwy człek, który się tak zuchwale na nich śmiał porywać, dobrą naukę wziąwszy, nigdy więcej na ten świat się już nie pokaże.
Jeden Florjan Szary, choć nie wiele się tem frasował, pewien był że z Nikoszem rzecz nie jest skończona.
Gdy się rozgłosiło o nim, a szukano go i dowiadywano się — doszli ludzie wreszcie kto był, i że kędyś około Sandomierza ubogiego ziemianina syn, rycersko nie służył nigdy, ale z ojcem razem po gościńcach rozbijał...
Nie było to rzadkością w owych czasach, zwłaszcza w Niemczech, gdzie obyczaj trwał napastowania i odzierania podróżnych. W wielu też okolicach i w Polsce działy się takie bezprawia, za które i Czesi, czasu swego panowania wielu ziemian wywieszali i Łoktek ich nie żałował.
Nikosz ten z młodu zaprawny do rzemiosła, mógł i dalej go nie rzucać, lecz szczęśliwszego sobie placu szukać, gdy tu mu się nie wiodło.





VIII.


Nie było pewnie na szeroką okolicę szczęśliwszego małżeństwa nad to krwawe, ani lepiej dobranej pary. Wprawdzie szczęśliwemu Florjanowi długo siedzieć w gnieździe nie dał wojewoda. Raz w raz go potrzebowano, musiał ledwie zsiadłszy z konia, na drugiego się przesiadać; ledwie przywitawszy się, żegnać.
Naówczas Dalibor zostawał na straży grodka, domu, żony i gospodarstwa, a Domna też mu pomagała. Piękna młoda pani, była i pracowitą i mężną, jak przystało żonie wojaka. Cały dzień nie przysiadła i nie spoczęła, albo z dziewczętami swemi przędąc i śpiewając, lub ojca zabawiając, porządek czyniąc w domu, wreście modląc się, bo, choć do klasztoru iść nie chciała, pobożną była bardzo.
A ta pobożność jej i praca była przedziwną, okraszona wesołością, pogodą oblicza, uśmiechem spokojnym, niewinnym, dziecięcym niemal, który z ust jej nigdy nie schodził.
Stary Dalibor patrząc na nią jak się śpiewając krzątała po domu, płakał z radości. Ludziom też to wesele pani serca dodawało.. Miłowali ją wszyscy, a przez tę miłość obawiali się razem. Słowo jej za rozkaz starczyło najsroższy i czego czasem Dalibor nie mógł postrachem, ona zrobiła spojrzeniem.
Kilka miesięcy zeszło tak w niczem nie zamąconem szczęściu, gdy dnia jednego wiosną powracając z pola włodarz, oznajmił Daliborowi, iż — coś się osobliwego działo na Wilczej górze.
Opowiadał iż ludzie tam jacyś zjechali, naprzód na oględziny, potem z wozy i końmi i jakby sobie obozowisko zakładali.
Od wielu lat nikt tam się nigdy nie dowiadywał, pustką stały rumowiska.. bezpańskiemi pola do koła, na raz znalazł się pan.
Pod samym bokiem Szarym nie miły to był gość przy niepewnych granicach. Posłał naprzód stary włodarza aby języka dostał, co tam byli za goście.
Włodarz którego wołano Wnukiem, człek już siwy i bywały, konia wziąwszy, i niby pola sobie objeżdżając, zajechał pod Wilczą górę. Ludzi na niej leżało ze dwudziestu, wszystko zbrojni, chłop w chłopa zdrowi i silni. Zobaczywszy go, jeden wstał i zagadnął czego chce!
— Jam tu z sąsiedztwa, odezwał się Wnuk, patrzę co nam za nowina przybyła, bo tu z dawien dawna nikt nie gościł.
— No, a teraz za wszystkie czasy będziecie mieli sąsiadów i gości — zaśmiał się ten co z nim rozmawiał, człek z kilką szramami i bliznami przez łeb naznaczony.
Popatrzali na się.
— Coście to, kupili czy odziedziczyli? zapytał Wnuk.
— Kupiłem, odparł zuchwale zapytany i tęgom zapłacił, — pargamin mam jak należy, pod pieczęcią przy świadkach.. a kto czytać nie umie, to mu żelazem prawo swoje wytłumaczę.
— A nie wolno wiedzieć jak was mianują? rzekł Wnuk cierpliwie..
— Swego czasu się dowiecie! zaśmiał się porąbany odchodząc.
Koźlarogom trochę było nie na rękę dostać sąsiada, gdzie dawniej sami gospodarzyli na bezpańskiem — lecz że żadnych praw do Wilczej góry nie mieli, musieli cierpliwie znosić co się tam działo.
Krzątano się bardzo gorąco około pustego pagórka, na co z Surdęgi patrzeć było można, bo oko sięgało łatwo do niego. Ludzi miał z sobą nowy dziedzic kilkudziesięciu, i wozów kilka. A choć na nich sobie zapasów przywieźli i co było do życia potrzeba, nie bez tego ażeby czegoś nie zabrakło im. Naprzód więc niektórzy z ludzi zaczęli dochadzać do Woźnik, aby sobie piwa dostać i świeżego chleba kupić.
Wnuk, który pod ten czas objeżdżał lasy, jednego z nich zastał w gospodzie w Woźnikach. Człek był nie młody i okrutnie porąbany, bez palców u ręki, bez jednego oka, nakuliwający na nogę, ale zuchwały jak zbój.
Chcąc się coś dowiedzieć o Wilczej górze, Wnuk go piwem poczęstował, aby na słowo wywabić. Człeczysku podpiwszy język się rozwiązał.
Naprzód się tedy wygadał że oni ze swym starszyzną, jak on to nazywał uśmiechając się, długo po gościńcach polowali, tu i owdzie, ale że im się wreszcie życie to naprzykrzyło, bo ich teraz ścigano i bardzo prześladowano. A że się ich starszy dorobił trochę grosza, w tej okolicy koniecznie pragnąc się osiedlić, zasłyszawszy o pustej Wilczej górze i gruntach do niej należących — pojechał do właścicieli i kupił ziemię tę za pięć kop groszy, cztery konie i sztukę szkarłatu, którą niegdyś u kupców na gościńcu złupił.
Starszego swojego zwał zbój Nikoszem Bąkiem i rozpowiadał o nim, że śmielszego i zuchwalszego nad niego na świecie nie było.
Kolnęło to Wnuka, gdy imie usłyszał, iż Nikosz musiał ten sam być który w Lelowie przebywał, i o Domnę się dobijał, a potem na jadące wesele napadł; lecz nie dając po sobie znać, pojechał ztąd precz do Surdęgi.
Tu gdy Daliborowi rozpowiedział wszystko a opisał mu widzianego wprzód Bąka, nie było już wątpliwości iż ten sam Nikosz był, który się na ich spokój nasiadł, a pewnie i teraz nie dla czego innego w Wilczej górze się zagospodarowywał, tylko aby im życie zatruć.
Musiano więc zaraz pomyśleć o obwarowaniu się na zamku, bo i napaść nocna i rabunek i wszelki gwałt był możliwy.
Na granicach się też musiano pilnować, bo zaraz do lasów pojechali ludzie z Wilczej góry z wozami i w puszczy Surdęskiej drzewo rąbali.
Kazano łąki pozatykać i rubieże poznaczyć.
Nazajutrz znaki graniczne powyrywane i połamane znaleziono. Wojna się poczynała.
Ale to były dopiero jej zwiastuny, bo do starcia nie przyszło. Stary Dalibor go unikał.
Na Wilczej górze tymczasem na gwałt budowano, zwożono drzewo, ciosano, oczyszczano gruzy, sypano wały, zrobiono na przekopie most i bronę — a na podzamczu, gdzie niegdyś stała osada, dla ludzi swych szałasy i lepianki klecić począł nowy dziedzic.
Ludzie ci jego że sami byli, i nie mieli z sobą baby ani jednej żeby im chusty poprała i jeść zwarzyła; ruszyli zaraz szukać sobie towarzyszek i w Surdędze dowiedziano się że jednego dnia w pięciu się puścili na upatrzonego za Pilicą i przy ruczaju, gdzie z Wulki dziewczęta i niewiastki przychodziły prać bieliznę, porwali jedną piętnastoletnią dziewkę, a drugą zamężną młodą, na koń je poprzywiązywali i uprowadzili.
Puściła się za niemi pogoń, ale wieśniacy źle uzbrojeni pobić się dali, a dziewczynę i niewiastę uwieźli zbóje.. trzymali je na zamku do czasu i, choć się o nie upominano wydać nie chcieli. Tak się i zostało.
Trwoga poszła po osadach okolicznych, że się już pilnowano wszędzie od tych rabusiów.. Oni też za trzecią dziewczyną pono wyjechali dalej i od trzody porwali o mil kilka, a tak uszli z nią, że i gonić nie było wiedzieć dokąd.
Na pagórku wkrótce stanął zrąb dworu, który żółciał zdala. Czuć już było sąsiada, bo nad granicą umyślnie ludzie jego szkody zdawali się wyrządzać, ale do bitki jeszcze nie przychodziło. Odgrażał się tylko Dalibor i pan Florjan.. Choć się domyślali Nikosza, nie byli pewni, bo go w oczy nie widzieli.
On też z napaścią nie spieszył, bo słabszym się czuł, ludzi miał nie wielu. Tym czasem tylko ściągał osadników, posyłał i już na skraju lasu małą osadę zakładał, którą Cieślakami zwano, bo najwięcej tam było tych co około dworu robili z toporami.
Jeden w drugiego ludzie tego Bąka dobierali się wszyscy drabi i rabusie, tak że od nich w Woźnikach, we Wronikowie i w Laskach ciągle się musiano mieć na baczności, bo, choć schwytać ich było trudno, ciągle coś ginęło, to sztuka bydła, to koń, to wóz na polu zostawiony, a nawet całe stogi siana. Niepomogło to że ślady wiodły na Wilczą górę, bo kto poszedł ze skargą, to go zhukano, zagrożono i przepędzono.
Barcie w lesie wydzierać zaczęto — a pomniejszych szkód nie można było zliczyć.
A to gniazdo paskudne około Wilczej góry tak szybko rosło jak żadna jeszcze osada, którą tu ludzie pamiętali. Niewiedzieć z kąd się ta gawiedź brała. Miał między swemi pierwszemi towarzyszami Bąk takich ludzi, że gdy który z nich pojechał, a jeździli ciągle; zawsze z sobą kogoś, parobka lub babę, lub chłopię wyrostka przyprowadził.
Rozpowiadali Wnukowi, który się o to pilno dowiadywał, że Bąk z dawnych grabieży pieniędzy pono miał dużo i różnych kosztowności, i że z niemi do Sandomierza, do Krakowa i aż do Nowego Sąndcza posyłał, a niewolników kupował u żydów, którzy niemi handlowali. Więc to tam byli z całego świata zbierańce, różnego języka i krwi, z postrzyżonemi łbami, tacy o których wiedziano że zwykli byli zbiegać, pokuci w dyby drewniane, z któremi do roboty chodzić musieli i na noc im ich nie zdejmowano.
Tak w krótkim czasie namnożyło się około Wilczej góry tych przybłędów i w Surdędze zaczęło być coraz od nich niebezpieczniej i niewygodniej.
Czasem ów Bąk puszczał się na łowy w lasy, nie pytając granicy lub umyślnie jej nie szanując, i bujał po puszczy Surdęskiej, a na gorącem go złapać nie było można, choć się zasadzano nań.
Jednego razu gdy Florjan Szary sam polował u siebie, zasłyszawszy cudzą trąbkę, puścił się zaraz gonić napastnika, domyślając się kto był. Samotnie jechał. Tamten czy się spodziewał, czy nie chciał uchodzić, stał w miejscu potrębując i tak go Szary przydybał na polance. Na pierwsze spojrzenie poznał w nim Nikosza..
Stanęli tedy nie opodal od siebie, jakby się namyślając co mieli począć. Szczęściem Nikosz sam jeden był, a Szary dwóch miał ludzi, nie zaczepił go więc zbój, tylko ryknął doń.
— Poznałeś mię?
Nic na to nie rzekł Szary.
— Znajże iż ja tu nie dla kogo jestem ino dla ciebie, aby ci spokoju nie dać zażyć. Będziesz mnie miał dzień i noc pod bokiem, jak kamień w łożu. Wziąłeś mi dziewkę, którąm mieć chciał, — jeszcze ci ja ją może choć niewiastę odbiorę. Dwa razym się przez was krwią oblewał, oblejecie się wy i posoką i łzami..
To mówiąc pięść wystawił przeciwko Florjanowi, zawrócił konia i w las pojechał. Szary za nim strzałę puścił i psami swemi poszczuł, ale nie trafiła go strzała i psy nie nagnały.
Od tego dnia prawie zaczęło[16] się między Surdęgą a Bąkiem, bo tak Wilczą górę zaczęto nazywać — nieustająca wojna.
Trzeba było mieć się na pieczy ciągle od nich, a i samemu często napadać by swoje odebrać albo za szkodę sobie wetować. Najwięcej na tem ludzie w Woźnikach, w Laskach, we Wronikowie a nawet w Mojkowcach cierpieli, bo panu chcąc dokuczyć na nich się jako bezbronnych rzucali zbóje. Zabijano, okradano, łupiono..
Szary często w domu nie bywał, więc ojciec trzymał się tylko obronnie i opędzał jak mógł. Bywało że Bąk ludzi swych zebrawszy kupą, podjeżdżał pod zameczek w Surdędze, niemal pod wrota i stawał albo się rozkładał obozem, odgrażając, wywołując... a szydząc żeby mu Domnę wydano...
Czasem Dalibor z małą garścią swoich musiał się z za ostrokołów odstrzeliwać im aby się pozbyć, nim by z sąsiedniej wioski ludzie nadeszli.
Naówczas sama Domna zagrzewała dwornię i łuki im brać kazała.
Pod jedną niebytność Szarego, Bąk na Woźniki najechawszy, gdy ludzie zaraz w lasy zbiegli, chaty zrabował i spalił.
Gdy Florjan powrócił, rozsierdził się tak że mu tego podarować nie mógł. Zebrał więc co mógł swoich, najwięcej z tych rozpierzchłych z Woźnik, dobrze ich uzbroił, i z pachołkami dworskiemi najechał w biały dzień na podzamcze Bąka.
Wypadł sam Nikosz na obronę, i przyszło do starcia na miecze, ale ludzi miał dobrych Szary i był dnia tego silniejszy, tak że Bąka zmusił uchodzić za bramę do gródka, a na podzamczu co było chat kazał pod nie ognia podłożyć, mszcząc się za Woźniki — i sam stał pilnując aby nie ratowano.
Jeszcze się po tej klęsce gorzej rozjadł Nikosz i jego ludzie, tak że między osadnikami jego a Florjanowemi już pokoju nie było, do spotkania rwali się na siebie i mordowali.
Zapalono nocą chaty w Mojkowcach, ale się je odratować udało.
Spłonęły stogi na łąkach u Szarego, popalono co było około Wilczej góry. Ale tu nie wiele się dało zniszczyć, bo zawczasu swoje siano na zamek pościągali.
Inaczej jak zbrojno nie wyjeżdżał z nich żaden za wrota. Najgorzej to dopiekało Szarym, że im wciąż w uszy krzyczał zbój, że Domnę odbierze, choćby dziesięć lat musiał na nią czatować. Mężna niewiasta, nie mogła prawie wynijść z zamku, gdy męża nie było; i nóż u pasa nosić zawsze, jak mężczyzna, bo od Nikosza i we własnym domu bezpieczną się nie czuła.
Życie na zamku w Surdędze stało się nieznośnem.
Byłby na to zaradził może Florjan, raz się z przyjacioły namówiwszy i z rodziną, a powinowatemi, aby Wilczą górę osaczyć i zbója wziąć a do królewskiego sądu odstawić. Lecz na to czasu nie miał nigdy, bo ledwie wrócił z wyprawy jednej, już na drugą wołano. Czasy takie były za Łoktka, iż co lepszemu rycerstwu, jeżeli nie na kresach, to kędyś w domu trzeba było bić się aby nie dać się wybić z pod jednego panowania buntującym. Gościem więc był w Surdędze pan Florjan, a może to zło iż szczęścia domowego nigdy długo zakosztować nie mógł na dobro się obracało, bo mu ono tem dłuższem było.
I miłość a zgoda między małżeństwem była taka, jakiej trudno gzieindziej[17] znaleść na świecie. Więc te dni skąpe które spędzał Szary u siebie, złotemi mu się wydawały, a przelatywały jak sen złoty.
Domna, która niegdy dziewczęciem piękną była, po narodzinach pierwszego syna, jeszcze wypiękniała i jakby się dopiero taką okazała jaką powinna była być dojrzałą.
Pozostał jej ów wdzięk niewinności dziewczęcej, jaki miała wprzódy, a przybyła powaga macierzyństwa i jego szczęście, które na pięknej twarzyczce świeciło jakby blaskiem błogosławieństwa bożego.
Gdy we wrotach oznajmiono o powracającym Florku, wziąwszy synaczka na ręce, z piosenką na ustach, z weselem na czole wychodziła przeciw niego żona, tem większą okazując radość by nie troskał się o to co pod niebytność jego przecierpieć musiała.
Nie poskarzyła[18] się nigdy mężna niewiasta, aby mężowi serca nie zalewać goryczą; a gdy stary Dalibor czasem, jako to zwykle jego wieku ludzie czynią, narzekaniom nie znał miary, zamykała mu usta łagodnie, pieszcząc, przerywając, odwracając rozmowę, aby Florjan w domu mógł trochę zażyć spokoju.
A właśnie tak tu było trudno o to!!
Myśleli Koźlarogi że złemu człeku sprzykrzy się w końcu to prześladowanie i walka; zwłaszcza że bezskuteczne były; lecz, przeciwnie im mniej mu się powodziło tem mocniej się zbój nasadzał i wszystkie siły wytężał.
Dalibór wreście padł na myśl, aby u niegodziwego Bąka pokój choćby okupić. Gotów był na to jaki miał zapas grosza poświęcić. Użyto przyjaciół, co się do Nikosza zbliżyć mogli, i poddano myśl jakiegoś układu i zgody. Na pierwszą o tem wzmianką[19] Bąk się zerwał, a było to w Sieradziu na zjeżdzie ziemian, krzycząc że gdyby mu górę złota taką dano, jak była Wilcza, nie kupiono by za nią spokoju dla Szarych, bo po to on żyje aby się na nich mścił iż mu jedyny skarb wydarli.
— Byłbym ja innym człekiem — począł, gdybym tej żony dostał którąm mieć chciał. Bogu bym i ludziom się zdał a za grzechy moje odpokutował — nie dali mi jej... Lała się krew moja, lać się będzie ich krew aż do kropli ostatniej i albo ja ją będę mieć lub zginę.
Poczęli go drudzy opamiętywać iż cudzą już żoną była, że jej nigdy dostać nie może.
— To niech on zginie co mi ją wziął, krzyczał zbój, albo niech i ona ginie, aby jej ani on ani nikt nie miał, gdy ja mieć nie mogę!!
Pókim żyw, nieustąpię..
I klął się tak strasznie, iż słuchający uszy sobie zatykali. Nie było więc innego sposobu, jak przed sąd królewski go pozywać o gwałty i zbójectwa. Ale dla tych wojen nieustannych sądy się i zjazdy nie zawsze w porze odprawiały, Bąk nie stawał na nie, sądzono zaocznie, a schwytać nie było sposobu.
Musieli więc Leliwy i Koźlarogi z powinowatemi ostatecznego się chwycić środka, czatować na złego człeka aby go zgładzić.
Nikosz Bąk, który sam niegdy zbójem był, i wiedział że głowa jego wiele wartała, umiał jej strzedz. Domyślał się co mu groziło, nie wyjechał z domu nigdy bez ludzi, dobierał najlepszych, zbroił się jak na wojnę, przytem czujnym był, pory wypatrywał, drogami się takiemi przemykał, że go wytropić nie było można; a jednym gościńcem nigdy dwa razy nie puszczał się.
Miał i ten rozum że ludzi usypiać umiał. Czasem go długo słychać nie było, przycupnął, siedział cicho, bąkano że chory.. Zaczynano lżej oddychać; a on przysposobiwszy się w milczeniu nagle potem rzucał się na nieopatrznych.
Choć żadne nie zdawało się grozić niebezpieczeństwo, ustawicznie musiano czuwać w Surdędze, a ta baczność i obawa nużyła i starego Dalibora i Florjana. Zameczek jak gdyby czasu wojny musiał załogę mieć, oręż i wszystko czego potrzebował do obrony, bo gwałtownej napaści zawsze się spodziewać musiano. Ostrokoły i drewniane opasanie gdy cokolwiek z gliny opadło, raz w raz oblepiano i obmazywano na nowo, aby ognia nie podłożono pod nie, który razy już kilka znajdowano, wraz ze smołą i pakułami.
Ludzi, choć potrzebował Szary, do swoich osad i do dworu, a stręczyli mu się, wahano się ich przyjmować, bo i to się zdarzało że w nich nasłanych zdrajców potem poznawano.
Przy tych wszystkich utrapieniach powszednich, inna kobietaby oczy wypłakała i los swój nieszczęśliwy przeklęła, ale Domna była wielkiego ducha niewiastą rycerską jak mąż, — i w ogniu tem żyła śpiewając a śmiejąc się jakby w swem żywiole..
Mężowi też, który powinność swą rycerską i służbę odprawiać musiał, nie stanęła na zawadzie nigdy, nie strzymała go gdy szedł ani łzami ni słowem. Uspokajała owszem gdy na koń siadł aby o dom się nie zbyt troszczył, bo oni z ojcem rady sobie dać potrafią. Pod niebytność też mężowską, ona i Dalibór musieli czuwać bez wytchnienia.
Nocą straże chodziły z grzechotkami i nawoływały się. Na najmniejszy szmer podejrzany bito w deskę na ludzi, aby wstawali.
Wieczorem nie spuszczając się na nikogo, Dalibor sam lub Domna obchodzili gródek do koła, każdej furty probując czy była dobrze zawarta, każde okno zasuwając i pilnując czy za ostrokołami kamień, koły, haki były na podoręczu.
Dalibor nie bardzo spać mogąc, kilka razy w nocy wstawał.. We dnie ktokolwiek się do wrót zjawił, musiano badać i opatrywać kto był, nim go puszczono. Jechać nawet do drugiej wsi bez zbrojnych nie było można, a po nad granicą gdzie były, drogi pozarastały, bo się nikt nie ważył na nie..
I gdy w tej dawniej tak spokojnej osadzie, wszystko stało otworem, dostatek panował, gromadziły się zapasy, teraz coraz było cieśniej.
Za to pusta niegdyś Wilcza góra, teraz Bąkiem zwana, już do dawnej wcale nie była podobną. Stanął dwór duży w pośrodku, a że stadninę chował liczną Nikosz, szop dla niej i dla trzody naklecono do koła. Na podzamczu po spaleniu go, przekopano rów i puszczono wodę, a w pośrodku, jakby na złość pobudowano chaty nowe. Zbóje co poprzychodzili tu sami, gwałtem i różnemi sposoby bab sobie napytali. Zwozili je, gdy inaczej nie mogli, kędyś z za świata i takie których już nikt nie chciał, a że srogo trzymali, więc się to nie rozbiegało.
Drugim dobrowolnie, dla świętego spokoju sąsiedzi wieśniacy córki i siostry dawali, choć się to na wiele nie zdało, bo dla tego swoich dzicz ta nie poszanowała.
A że zbóje mieli różne nabywania sposoby, i nie można było ręczyć żeby i teraz po gościńcach nie napadali; był u nich wszelkiego mienia dostatek.
Ubożało do koła, ci w pierze porastali. Najlepsze konie, najtłuściejsze bydło, najpiękniejsze szaty na nich widać było.
Nikosz gdy jechał ze swoim dworem, z najpierwszemi ziemiany mógł się równać szatami, wierzchowcami i zbroją, tylko w oczy im nie trzeba było zaglądać, bo jak on sam tak jego towarzysze, na łbach mieli napisano z czego urośli i czem byli.
Starał się o to pilno Szary, aby Nikosza do pułku wezwano i na służbę rycerską, boby przynajmniej czasu tego gdy go doma nie bywało, spokojniejszym mógł być. Lecz Bąk, który do zwady i napaści bardzo był skory na wojnę się nie spieszył. Miał sposoby różne wymówienia się od niej.
Gdy się zrazu w okolicy ukazał, a wiedziano o nim od Leliwów, kto był i dawne jego sprawki też na wierzch powychodziły — stronili ludzie od zbója, nikt z nim na zjazdach na jednej ławie siąść nie chciał, ani pić i jeść u jednego stołu.
Ale to nie trwało. Zaczął rosnąć w pierze, potem co lżejszych ujmować sobie kubkiem, datkiem, końmi, bo to co mu łatwo przychodziło, tem lekko szafował, i powoli nawracali się już doń niektórzy. Puszczano mimo uszów co broił, a garnęli się do wesołego i chętnego człeka. Ośmielił się zrazu jeden pojechać do Bąka w gościnę na Wilczą górę, a jął potem zachwalać jak go tam przyjęto i obdarzono — pociągnęli probować drudzy.
Bąk co sam jak palec był w początku, poczekawszy miał już przyjaciół i drużynę. A wszyscy ci co do niego przystali już przez to Szarym nieprzyjaciółmi musieli być. Wprawdzie nie z najlepszych się to ściągało, a z odpadków, ale to zawsze najgłośniej krzyczy co najmniej warte.
Ze smutkiem musieli na to patrzeć Leliwowie i Dalibor stary i młody Florjan — lecz się nie skarzyli, bo mieli swą dumę... Leliwa też wkrótce zmarł synowi po sobie zostawując Lelow. Na Surdędze nie zmieniło się nic, a było coraz biedniej. W czem tylko pokrzywdzić i uszkodzić mógł Nikosz, nie omieszkał.
A że granice długo zapomniane były i zaniedbane, nikt ich nie pilnował, teraz obronić było trudno. Bąk się gwałtem powrzynał w posiadłość Szarych, tak że kopce posypał niedaleko zamku na łące, która jak świat światem do Surdęgi należała. Rozsypano je drugiego dnia, przyszło do krwawej bójki, lecz straż trzeba było trzymać, bo po nocy wpadali zbóje Nikosza z łopatami i co było rozorane, znowu nasypywali.
Toż samo w lasach na drzewach gdzie były znaki i krzyże na starych pniach, korę i żywe drzewo pozrębywano, a nowe w środku puszcz powyciosywano i posmolono aby się jak stare wydawały.
Zatem szło że o połowę ziemi w sporze potrzeba się było rozpierać ciągle.
Nikosz się śmiał i radował, gdy się dowiedział że w Surdędze nań narzekano, a gdy mu się udało dokuczyć — chwalił się z tem, i gdy Florjana nie było w domu, podjeżdżał z kupą pod wrota same gościńcem, stawał i wykrzykiwał, a szydził, że w ludziach co słuchali krew kipiała...
Czasem doń strzelano, lecz nie łacno go było dosięgnąć, bo żelaza na sobie miał dosyć, hełm nosił zawarty, bez tarczy małej nie ruszył, a oręża u boku i siodła miał nawieszanego, że na dwóch by go stało. Ci co z nim bywali także nie lękali się lada postrzału.
Jak ze wszystkiem w świecie człowiek obyć się musi i zżyć, tak i z tem nieszczęściem oswoili się na zamku wszyscy, oprócz pana Florjana. Temu więcej niż ta ciągła obawa i czuwanie dolegał srom iż jednemu przybłędzie niepoczciwemu, który się tu zwlókł niewiedzieć zkąd, ojczycem tutejszym nie będąc — musiał czoło stawić w zapasy z nim iść i nie módz go pokonać.
Nie mówił on o tem, bo skarzyć się nie lubił, lecz życie mu zatruwała ta troska dla żony którą choć zawsze dobrej myśli i wesołą widział, żałował iż w zamknięciu tem i jak w więzieniu żyć musi.
Myślał więc i przemyśliwał ciągle jakby raz pozbyć się człowieka tego i spokój biednej kobiecie powrócić, a modlił się o to jedno jak o nagrodę do Boga, aby mu dał nad wrogiem zwycięztwo.
Nie obiecywało się ono tak rychło.





IX.


Wiedział Bąk o wszystkich obrotach Szarego. Miał on swych ludzi wszędzie, a gdy inaczej języka dostać nie mógł, żebraka, któremu u siebie chleb i przytułek dawał, niejakiego Kurpia, wyprawiał do Mojkowiec, a czasem i do Surdęgi.
Kurp ten, niegdy także z ziemiany polowaniem się po gościńcach zabawiał, potem okulał i zniedołężniał, chadzał więc z torbami za jałmużną, a że gębę miał wyprawną, i ludzi gadkami i piosenkami bawić umiał, nie źle mu się działo.
Ten gdy raz na Wilczą górę zaszedł i w czeladnej izbie durzył zebranych próżniaków, którym do smaku przyszedł, bo w nim swojego poznali; nadszedł Bąk. Najulubieńszą jego też zabawą było ze swą czeladzią, w dymnej izbie przesiadywać i ladajaką rozpustną rozmową czas zabijać. Kurp mu się podobał, na długie zimowe wieczory go sobie zamówił, piwa mu nie szczędząc.
Łaził więc tu stary i siedział chętnie, a gdy się lepiej poznali, zaczął go Nikosz tu i owdzie wysyłać, aby się o coś dowiedział. Nie obudzał stary kaleka podejrzenia, znano go od dawna że się po okolicach wałęsał. I tak uczynił sobie zeń pomocnika.
Wlókł się Kurp do Mojkowiec, do Wronikowa, a gdy tam niemógł się dowiedzieć co mu było potrzeba, szedł do Surdęgi stawał u zamkniętych wrót, śpiewał, piszczał, aż mu wreszcie je otworzono.
Tu też żebraka od ognia w czeladnej izbie nie odpędzano. Dawano mu jeść, słuchano chętnie co rozpowiadał — wypytywano i wygadywano się przed nim, nie zbyt ostrożnie.
Kurp’ zawsze mógł się tu dowiedzieć kiedy i na jak długo wyjeżdżał z Surdęgi Florjan, i gdy się go z powrotem spodziewano.
I teraz też, gdy Hebda wezwał Szarego, a sposobiono się do wyprawy przeciw Krzyżakom, Bąk był dobrze uwiadomiony. Wiedział i o tem że ludzi co najlepszych z sobą zabrał Szary, a był pewien że z niemi zostanie przy królu i nie zjawi się do Surdęgi, aż po wojnie, która się zapowiadała długą i krwawą.
Właśnie gdy Szary do Poznania spieszył, a potem do króla pod Kraków, Bąk na Wilczej górze przemyślał jakby z niebytności jego korzystać.
Jesiennego wieczora w wielkiej czeladnej izbie u Bąka wszystek jego dwór był zgromadzony. Na ławie w kącie siedział i Kurp kije swe obok siebie postawiwszy.
W izbie jak zawsze dymno było i mroczno, choć się w jednem jej końcu ogień palił i u komina skałki zakładano na żelazny ruszt, aby przyświecały.
Twarze i postacie które z za dymu gdzieniegdzie się ukazywały, oświecone płomykiem skałki, wszystkie były do siebie dobrze dobrane. Zbóje jeden w drugiego, zarosłe, czarne, opalone, z porąbanemi twarzami, nie wiele poszanowania okazując swojemu panu i wodzowi — siedzieli i leżeli na wpół, z kubków popijając i niekiedy dzikiemi głosy się odzywając lub wykrzykując.
Bąk srogim bywał dla tych ludzi, gdy szło o posłuszeństwo, wiedzieli że gdy się wściekł z gniewu, nie jednemu łeb ściął — ale bywały godziny w których im z sobą pozwalał poufale przestawać. Wśród nich, gdyby nie dumna postawa i nawyknienie do rozkazywania, które człowieka czyni siebie pewnym a piętnuje w nim wodza — trudno w nim było rozeznać pana. Odzież miał prawie taką na dzień powszedni jak i drudzy, nie odznaczał się od nich niczem. Obyczaj też miał ów leśny a starego rzemiosła — mowę taką jak inni zbóje.
Wśród nich czuł się w swoim żywiole.
Stał teraz w pośrodku nich, w bok się ująwszy, a towarzysze siedzieli niektórzy, leżeli na ziemi i na ławach, pospierani na ręku. Kurp piwo pił kubek trzymając w jednym ręku, w drugim dużą chleba kromkę, białem czemś zasmarowaną, którą chciwie pożerał.
Bąk ku niemu był zwrócony.
— Gadaj że, psia wiaro, coś tam słyszał? wołał.
— Tom ci wszystko wygadał — odparł chleb żując, niewyraźnym głosem, bo gębę miał zatkaną Kurp — mało ich jest na zamku. Mniej niż kiedy bywało, a w potrzebie stara wiedźma, Zurycha, furtę tylną otworzy. Zaprzysięgła się.
— Gdyby łotrzycy tej pewnym być! zawołał. Po co na zamek się rzucać i szturmować, dość by się było podkraść, podpełznąć, przez furtę wpaść, Domnę porwać i ogień podłożyć.
— A wprzódy kąty oczyścić! zaśmiał się z ławy jeden.
— Jest tam się czem pożywić — rzekł drugi. Zamek stary, a po tych starych zawsze najlepszy łup.. Piwnice pełne! skrzynie nie puste!
Bąk mniej zdawał się myśleć o łupie i nań rachować; o Domnę mu szło i o pomstę tylko.
Dumał.
— Coć Żurycha mówiła? zapytał dziada.
— Klęła się że otworzy — rzekł Kurp. Ona wie że ja ją zgubić mogę, bom tam był gdzie męża swego struła, patrzałem na to... i przysiądz na to mogę.
— Babom wierzyć trudno! zamruczał Bąk. Gdyby Żurycha nie zdradziła! — ja mówię, tylko się do furty podkraść.
— A jak się do nich podkraść? — wtrącił inny drab’, który stał nie daleko pana. U nich dzień i noc straże chodzą, sam stary wstaje razy kilka i wypatruje. Zdala by dojrzeli.
— Żurycha, kiedy taka mądra i sprawna, rzekł któryś z ławy, jakby to nie mogła ludziom zadać na sen... i popoić.
Dziad głową potrząsał.
— Ja na baby bardzo rachować nie myślę — przerwał Bąk — na co nam to? Jest nas dosyć aby na zamek się wdrapać, choćby furty nie otworzyła, wrota wyłamać, podpalić.. a i drabiny weźmiemy z sobą.
Jeżeli ich teraz nie dostanę, to nigdy!!
— Jak zechcecie to dostaniecie, rozśmiał się jeden ze śmielszych. Wam Domna, a nam lochy i skrzynie..
Bąk ręką obojętnie rzucił, nie o skrzynie mu chodziło..
Kroków kilka postąpił ku jedzącemu ciągle i popijającemu Kurpiowi.
— Gadaj! — rzekł zadumany...
Dziad począł nań patrzeć nie odpowiadając jeszcze.
— Ludzi wielu? — pytał Nikosz.
— Policzyć trudno — bąknął żebrak, — kto ich pozna? a snuje się to tam z kąta w kąt ciągle tylko widziałem że nie bardzo gęsto.
— Co tu lik znaczy? — przerwał z ławy leżący. Na jednego z tych co na zamku nas musi być kilku, bo zawsze lepiej się bronić niż napadać. Jeśli furty nie otworzą nam wszystkim trzeba iść do ostatniego, wrota kołkiem podparłszy... Kto żyw! Raz chcecie skończyć... to skończyć!!
Zamruczeli inni popierając to zdanie — Bąk ciągle stał zadumany.
— Z temi ludźmi ja nie mam szczęścia — począł w pół do siebie, — tyle lat, tyle razy próbują, już bym innych ze świata zgładził, i zapomniał, — tych ani ukąsić... Urok jakiś!
— Urok! pewnie że urok — odezwał się dziad, — ale na to sposoby są...
Śmieli się niektórzy po cichu, spoglądając na żebraka, który dumnie usta zciął, poczuwszy szyderstwo...
— W tém urok, — odezwał się leżący na ławie, — że o babę idzie... Zachciało się koniecznie tej, gdy na świecie ich tyle jest.
Splunął, Bąk się namarszczył.
— Sprawa nie o babę — zawołał głosem podniesionym, — ale za krew moją, ja zemsty i krwi potrzebuję... Najlepsza pomsta będzie, gdy im ją odbiorę...
Cicho odezwał się jeden z towarzyszów.
— To i dzieci cudze przyjdzie brać! — Uśmiechnął się.
Nikosz czy nie słyszał, czy udał że nie słyszy, nic nie rzekł na to. Gromada jego po cichu mruczała; spoglądali na swego pana i wodza uśmiechając się skrycie, i pokazując palcami. Kurp dojadał i dopijał.
Dwóch ludzi wyprawił Bąk jeszcze po wioskach do Majkowiec, Wronikowa i Lasek, aby tam przez swoich (bo wszędzie ich mieli) — gdyby w Surdędze na gwałt uderzono czy zapalono wiechy, — nie bardzo kto na pomoc przybywał.
Nazajutrz, w noc bezksiężycową ciemną, najście na zamek było postanowione. Dwór Nikosza cieszył się z tego. Ludzie byli do bojek i napadów nawykli, smakowali w nich, a teraz dawno już nie kosztowali. Przykrzyła się praca koło domu jednostajna... Kurp pozostał na Wilczej górze, aby się przypatrzeć wszystkiemu.
Następnego dnia wszyscy się do wieczora wylegali, nie wiele mając do czynienia, bo wszystko co potrzeba pogotowiu stało.
Nikosz tylko niespokojny biegał po dworze, po wałach, wyglądał ku Surdędze, gadał sam do siebie; zaglądał do czeladzi i na chwilę nie spoczął.
Nad wieczór gorączka go zaczęła opanowywać coraz większa, uzbroił się zawczasu, miecz wyostrzył, zbroiczkę przypiął, i tak ciemności czekał niecierpliwie, jak drudzy dnia wyczekują. Na dany przez niego znak, ludzie zebrani do gromady, podzieliwszy się na dwie kupy, z których jedna do wrot głównych miała przypuścić szturm, druga u furty czekać na obietnicę Żurychy, ruszyli dróżyną ku Surdędze, z przykazaniem milczenia i nie szczękania bronią.
Choć mu pilno było bardzo Nikosz zatrzymał ich — dopóki światło na zamku widać było...
Jednego ze swoich z częścią ludzi na gościniec wysławszy aby około wrot wielkich gwałt uczynili, toporami je rąbiąc i usiłując ognia podłożyć, — sam Nikosz poszedł z resztą oddziału do furty, spodziewając się że mu ją otworzą.
Udało się wśród nocy przymknąć tak pod wrota zręcznym napastnikom, iż ich straż nie postrzegła i nie posłyszała aż toporami poczęli łamać bramę... i ognie rozpalać...
Jak piorun to spadło na małą załogę Surdęgi, która się cała ku wrotom zbiegać zaczęła krzycząc i nawołując...
Nim się tam ludzie namyślili co czynić i Dalibór posłyszawszy wrzask i łomot, kożuch wdziawszy wybiegł; już napastnicy wrota potrzaskali od dołu, ale kute były sztabami żelaznemi, więc się trzymały, a za niemi drugie stały, o których nie wiedzieli.
W zamku zawrzało....
Domna wstała przerażona od kolebki dziecka, załamawszy ręce; przytomność opuściła ją na chwilę. Sądziła że zbóje się już na zamek wdarli. Lecz natychmiast prawie odzyskała przytomność, dziecko oddała niańce, a sama pochwyciwszy mieczyk za starym ojcem pogoniła.
Około wrót już się bronić zaczęto i zrzucać kamienie i koła zębate na oblegających..
Dalibór rozkazywał, z zimną krwią człowieka, który wiele już przeżył i nie łatwo się daje ustraszyć.
W czeladnej izbie ogień był jeszcze, tu siedziała Żurycha, blada i drżąca... Domna wpadłszy do niej, nakazała wodę nastawiać i garnki ze smołą ludziom nosić na wyżki.
Przelękła baba — sama niewiedząc co czyni była posłuszną i z niezmierną gorliwością poczęła dziewkom rozkazywać...
Czeladź cała poszła na posługi załogi nielicznej, kto z czem mógł i miał.
Od wielkich wrót udało się na chwilę napaść odegnać, ale wnet ludzie Nikosza drabiny nieco dalej do częstokołów przystawiać zaczęli, patrząc gdzie obrońców nie widać było...
Tymczasem Bąk u furty stał i czekał, nie chcąc z tej strony nic rozpoczynać, a rachując na zdradę.
Żurycha zaś na oku trzymana, ze strachu by się nie wydało co zamierzała, służyła i kręciła się ani mogąc ni chcąc do furty dostać...
Nikosz czekając tu dosyć długo, słuchając wrzawy, która go dochodziła, a nie wiedząc co się działo z drugiej strony, kilka razy na znak napróżno uderzywszy do furty — klnąc poleciał po wałach do koła do swoich, aby się przekonać naocznie jak się im wiodło.
Zaczynał wiarę tracić w obiecaną zdradę baby...
Zamkowi na znak niebezpieczeństwa mieli zawsze gotowe wiechy do zapalenia, któremi do wiosek znać dawano, gdy pomocy od ludzi potrzeba było. Paliły się już te ognie, a chłopcy bili w deski drągami na gwałt...
Gdy Nikosz dopadł do wielkich wrót, kilku swoich znalazł płonącą smołą pooblewanych i rannych od kamieni. Strzały z za ostrokołów świstały...
Pierwsze wrota były na pół zrąbane, ale za niemi drugie takie widać było — przez mały wyłom nikt się nie śmiał cisnąć, bo pomiędzy dwojgiem bram najniebezpieczniej stać było...
Krzyknął na swoich Nikosz, aby ich zagrzać i widząc że sam tu nie wiele zrobi, nazad do furty zawrócił, gdzie ludzi część zostawił.
Z tamtej strony cicho było... a że obiecana furta się nie otwierała, Bąk zniecierpliwiony drabiny na ostrokoł zarzucić kazał, i sam na pierwszą drapać się począł.
Właśnie, gdy już głową sięgał nad parkan, tknięty jakimś niepokojem, aby się do koła obejrzeć, stary Dalibór nadbiegł tu z dwoma łucznikami, którzy, dostrzegłszy w ciemności człeka, strzały puścili tak szczęśliwie, że jedna z nich przez otwór w szyszaku do twarzy Nikoszowi się dostała.
Wyrwał ją zaraz, ale z drabiną się zachwiał — i padł.
Żurycha, która ze strachu Kurpiowi może co obiecywała, teraz z drugiego, większego jeszcze nie śmiała nic poczynić i służyła zamkowym. Do furty iść ani myślała...
Nikosz ranny, na co mało zważał, już nie rachując na zdradę, ludzi wszystkich zagarnąwszy, pobiegł do wielkich wrot szturmować.
Bronili ich, jak mogli, Dalibór i jego czeladź, ciskając, co pod ręką było, strzelając, sypiąc i lejąc, lecz pierwsze wrota już były złamane, drugie podpalano, a wszyscy Nikoszowi ludzie, gdy tej strony na ostrokoły się drapać zaczęli, załoga im starczyć nie mogła, bo niewiele jej było.
Cudem chyba zameczek się mógł obronić, a ludzie ze wsi na odsiecz oczekiwani nie przybywali, nawet z Majkowiec...
Dalibór biegał rzucając swoją gromadkę to tu to ówdzie, gdzie najpilniéj się było bronić...
Wrota choć wodą lano, paliły się, bo coraz więcej suchego chrustu pod nie podkładano.
Stary w końcu postrzegł że, jeśli odsiecz nie przybędzie, napastnicy się włamią do wnętrza.
Widziała to i Domna... Nie było innego ratunku, jak się im zdawało, tylko tylną furtą po nocy wymknąć się z dziećmi, spuścić z wału i do lasu uchodzić, mienie i zamek oddając zbojom...
Domna choć blada i wylękła, poszła po dzieci. Starsze z nich miał wziąć Dalibór, młodsze ona — noc była ciemna, z tamtej strony nie widać było napastników, furta się zdawała jedyném zbawieniem.
Gdy już Domna płaszcz brała i dziecię z kolebki miała podnieść, Żurycha, która posłyszała ją rozmawiającą z Daliborem, z krzykiem do nóg jej padła.
— Tamtędy nie można! nie idźcie! — poczęła krzyczeć — nie idźcie. Na Boga... tam ludzie są...
I ten więc ratunek ostatni stał się nie możliwy. A tu do wrót coraz się gwałtowniej dobijano, i po drabinach leźli ludzie, a co którego strącono, drugi się ukazywał z innej strony, a za nim trzeci. Nie wiedzieć gdzie się było obrócić.
Z wiosek ludzie, czy znaków nie widzieli, czy iść się obawiali, nie przybywali.
Trzeba się więc było na śmierć, lub gorszą od niej niewolę gotować, bo i ukryć się gdzie nie mieli.
Nikosz powtórnie ranny, gdy się tu na drabinę wdzierać probował, latał jak wściekły, własnych ludzi popychając i tłukąc — gdyż się obawiał, aby nareście z sąsiednich wsi gromady nie nadciągnęły.
Do płonących już drugich wrót drągi mocne przystawiwszy oblegający, zaczęli je napierać silnie, bijąc w nie i usiłując wyłamać. Jeszcze chwilka, a i one paść miały, gdy na gościńcu lecące pędem usłyszano konie.
Kilkunastu jezdnych nadbiegało. Nikosz sądząc że chłopstwo przybywało z wiosek, obrócił się przeciwko nim z częścią swoich ludzi.
Lecz zbladł i zatrząsł się w pierwszym, który już z mieczem nań godził, poznając uzbrojonych ziémian... Zdało mu się, a raczej przeczuł w tym przeciwniku, którego żelazo dwa razy hełm jego ugodziło — Florjana Szarego.
On to w istocie był przybywający z pod Krakowa, którego opatrzność sprowadziła właśnie na tę godzinę.
Nikosza powaliwszy, bo ten się zachwiał i na kolana przypadł — Florjan i jego czeladź siadła na kark oblegającym, którzy pochwyceni niespodzianie stracili wnet męztwo i zbiegać zaczęli... Przy blasku ognia, którzy pod wrota był podłożony, Dalibor postrzegł odsiecz przybywającą — i już był pewien ocalenia. Czeladź się rzuciła z resztkami pocisków na, tych którzy jeszcze u parkanów stali. Najezdzcy pierzchać zaczęli.
Nikosz porwał się zaraz na nogi, ale już widział, że nie równą była walka, i wnet za załomem ostrokołu zniknął, zostawując swoich, aby się ratowali jak mogli.
Trupów kilku położyli Florjanowi, dwu czy trzech rannych związano, Dalibór palące się wrota kazał odeprzeć i załoga wybiegła panu młodemu pomagać.
Oczyszczono zaraz wjazd... i cała ta straszna burza pierzchnęła... kryjąc się gdzieś w nocy ciemnościach.
Gdy Szary z konia zsiadłszy przez żużle płonące wchodził na zamek, ujrzał naprzeciw siebie stojącą Domnę z młodszém dzieckiem na ręku, i mieczykiem u pasa. Blada była jak — anioł śmierci, uśmiechnęła się temu cudowi, który ją dłonią niespodziewaną męża ocalił, ręką jedną objęła szyję jego i — padła...
Kobiety nadbiegające wzięły ją na ręce i poniosły do domu. Florjan szedł za nią. Starego ojca pocałował w rękę milczący, starsze dziecię podniósł i zabrał z sobą.
Obawiać się już nie było czego, lecz szkody wyrządzone musieli ludzie natychmiast naprawiać, bo od zbója nigdy bezpieczeństwa nie mieli, a Bąk choć ranny, uszedł na swą górkę.
Od powiązanych jeńców, których do lochów skrępowawszy rzucono, dowiedzieli się oblężeni wszystkiego, bo ci życie swe wypraszając, pana nie szczędzili, przeklinali go i prawili jak się długo do tej napaści przysposabiał.
Jeden z nich zagrożony wyśpiewał nawet o Kurpiu i obietnicy Żurychy, — którą zaraz ująć chciano, lecz wśród tego zamętu, baba, domyślając się, co ją czekać może, znikła...
Smutny i radośny razem był ten przyjazd Szarego do domu. Przyprowadziła go opatrzność na samą niebezpieczeństwa godzinę.
Gdy Domna po omdleniu oczy otworzyła i ujrzała go przed sobą, podniosła się tuląc do swojego obrońcy...
Zdawał się jéj cudownie zesłanym z nieba. ..
Florjan na przemiany ściskał ją i cisnące się do siebie dzieci, które, jak dzieci, ze łzów przeszły wnet do radości wielkiej, strachu chwilowego zapomniawszy.
Wszedł i stary Dalibór zasępiony, zmęczony, ledwie się mogąc utrzymać na nogach...
Nie mówili do siebie — patrzali tylko i Bogu dziękowali.
Florjan posępny myślał już jak potrafi zabezpieczyć pokój rodzinie, gdy sam za dni kilka na powrót wyruszyć będzie zmuszony.
Napaść dnia tego najlepiej dowodziła, jak zuchwałym był ten sąsiad a wróg, który czyhał na chwilę, aby się mógł pomścić...
Załoga była za mała... Starzec jeden nie mógł wydołać obronie.
Znał już Szary swojego przeciwnika, że z życiem uszedłszy — kajać się nie będzie, ustraszyć nie da i tém gorętszą zemstą zapali. Rachować na to, że był odpędzony sromotnie i ranny, nie mógł Florjan...
Został by był doma dla obrony, ale przyrzekł się wojewodzie; część swoich ludzi w obozie zostawił, powracać więc musiał i to rychło...
Teraz dopiero, gdy już napastników nie było, ludzie z wiosek nadciągać zaczęli i wrzawa powstała u wrót, bo włodarz i starszyzna winili ich o umyślne opóźnienie. Składali się osadnicy tém, że znaków ognistych nie byli pewni, że noc ciemna i drogi złe pospieszyć nie dozwoliły.
Dla postrachu musiano sołtysów pobrać do lochu... Z gromad wybrano parobków do pomnożenia załogi, i Dalibór sam wyszedł, aby ład jakiś uczynić.
Na gwałt potrzeba było wrota i ostrokoły naprawiać, więc ludzi z siekierami wzięto zaraz z gromady, belki i kłody ściągać i ciosać zaczęto.
Tymczasem Florjan do szwagra Leliwy posłańca do Lelowa wyprawił, aby na radę i posiłek przybywał...
Wszedł ranek po tej nocy strasznej mglisty i pochmurny, a tu na chwilę spocząć nie mógł nikt. Oprawiać wrota i opatrzyć zamek było pierwszą potrzebą, którą Szary przed wyjazdem musiał mieć załatwioną.
Gromady téż winę swą czując, starały się ją podwojoną gorliwością zmazać...

Z kupy napastników straciwszy w zabitych, rannych i ujętych do dziesiątka ludzi, Nikosz poraniony, potłuczony nocą jeszcze doszedł do swej górki i obawiając się odwetu, wrota pozapierał, ludziom nakazawszy stać u wałów...
Wściekłości jego padło ofiarą, co w domu na progu mu się nastręczyło, bił własnych i mordował, potém rzucił się krwią brocząc i nie myśląc o ranach, jęcząc i przeklinając na łoże...
Kurp, który we wrotach stał, gdy ludzie uciekający nadbiegli, wysunął się niepostrzeżony i schował, obawiając zemsty...
Zbiegłą Żurychę, gdy się nad ranem zjawiła u wrót, Nikosz wypadłszy z izby kazał obwiesić... Ludzie jéj nie śmiejąc tknąć, bo się czarownicy obawiali, dali zbiedz...
Cały dzień następny nikt do Bąka przystąpić i słowa od niego dopytać nie mógł, rozganiał i bił ludzi, pieniąc z bezsilnej złości... Wieczorem zgłodniały pić zaczął i legł kamiennym snem ujęty...
Gdy się zbudził drugiego dnia innym już był — jakby się wytrzeźwił. Poszedł liczyć swych ludzi, o tych, których nie stało pytał, na wał wlazłszy, popatrzał ku Surdędze, zamruczał coś sam do siebie, rany zaschłe poobmywał, odział się, uzbroił, konia kazał dać i u wrót postawiwszy straż odjechał precz, nie mówiąc ani dokąd, ani na jak długo.
Z Lelowa szwagier tegoż dnia do Florjana w kilka nadbiegł koni, wioząc z sobą dwu powinowatych z sąsiedztwa, których u niego poselstwo zastało.
Wyszedł naprzeciw nim Florjan, z czołem nasępioném, zamiast powitania ukazując im wrota, węgle u nich i trzaski z wyłamanej pierwszej bramy.
— Gdyby mnie cud jakiś tu nie sprowadził — rzekł, — jużbym żony, ni dzieci, ni ojca, ni mienia nie oglądał, tylko kupę popiołu. Dobry sąsiad!!
Bracie miły, — zwrócił się do Leliwy, — wy o siostrze i o jej bezpieczéństwie radźcie... Za dzień lub dwa ja do króla muszę, a Bóg jeden wie kiedy powrócę i czy żyw przybędę, bo się wojna sroga gotuje...
Jakoście mi bratem — pomóżcie i radźcie. Z tym człowiekiem, dopóki on żyw, końca nie będzie...
Leliwa spoglądał w koło nie odpowiadając, gdy jeden z ziemian, którego Pokrzywką zwali, odezwał się.
— Co tu radzić, jak na wilka trzeba polować na tego człeka i ubić go... jedna rada.
Drugi potwierdził to.
— Tak, — rzekł Leliwa, gdyby go ująć można, nie żałowałbym dębu, a obwiesił bym zbója.. ale nie łatwa z nim sprawa... Siadł tu nam wrzodem między nami... chyba wszyscy się nań zbierzemy i pójdziem obławą.
— Czyńcie z nim i ze mną, — odezwał się Florjan, — co wola i łaska, ja to jedno wiem, że na posługę królewską idę, a ojca, żonę i dzieci wam oddaję.
Spojrzeli po sobie i Pokrzywka rzekł.
— Póki co będzie — musiemy my na Surdędze koleją straż sprawiać...
— Dobrze i tak — odparł Leliwa, — ja ludzi przyślę.
— Ja też — dodał trzeci...
— Godziło by się też — rzekł wchodząc w podwórze Pokrzywka, zajrzeć do niego na górkę i poprobować azali się lisa z jamy nie wykurzy...
— Lisa w jamie już nie ma — przerwał Dalibór, — ludzie nasi widzieli go pono uchodzącego. Ma on z dawna swoich druhów rabusiów jako sam, pewnie po nich lub do nich umknął.
— A nie widzi mi się — dodał Leliwa, — aby rychło drugi raz na Surdęgę się ważył — kiedy się wam go odprawić dobrze udało...
Nadszedł stary Dalibor.
— Gdyby nie opatrzność, — rzekł ręce podnosząc do góry, nie obroniłbym się — choć czeladź dobrze się zwijała. Gromady nie nadciągnęły, a baba Żurycha namówiona podobno im furtę tylną obiecała otworzyć. Oskarżono ją o to a najmocniej świadczy winę, iż uciekła.
Przybyli stali zdumieni...
— Wojna! — zawołał Pokrzywka...
— Nie bał bym się jéj — wtrącił Szary — a zmógł bym biesa złego, gdybym doma mógł siedzieć — ale mnie na inną wojnę wołają — i muszę...
Wyprosiłem się na dzień, dwa wojewodzie, jakby mnie co tknęło...
Z przybyciem sąsiadów otucha wstąpiła w serca, Dalibór się czuł bezpiecznym. Florjan brata żony umawiał i gości swych, aby najdroższego skarbu jego strzegli.
Leliwa siostrę do siebie dla ubezpieczenia zabrać chciał, ale sama Domna oparła się temu starego ojca nie chcąc rzucić, który swego gniazda opuścić i zdać na cudze ręce nie mógł.
— Tu głowę położę — mruczał, — ale przed tym zbójem uchodzić — nie doczekanie jego. Srom dla moich siwych włosów, a od sromu lepsza — śmierć.
Zakrzyczano go, że wszyscy z nim Surdęgi bronić będą... Poszli tedy zaraz do koła opatrywać zameczek, ku czemu Pokrzywka się zdał i wielkie miał serce.
— Na wojnę nie zdążam, bo jedna ręka martwa mi wisi, to choć tu posłużę.
Tak dzień zszedł, a Florjan na ojca zdając gości, więcéj żony i dzieci pilnował, po których miał tęsknić długo...
Domna już odzyskała całe swe męztwo, uśmiech i wielkie serce.
— Jedź spokojny — mówiła — my żołnierskie żony nawykłe być do tego powinnyśmy, że się z królem, ba i z wrogiem mężami dzielić musiémy. Toć dola nasza... a jam wiedziała kto mnie brał i komum przysięgała...
Jedź spokojny — powtarzała — Pan Bóg nas uratował cudem, nie odmówi i dalej opieki swej. Ludzi mamy mężnych, a ja i ojciec nie zaśpiemy. Co dopiero gdy przyjaciół w pomoc dostaniesz, a za opiekuna brata!
— Tak ty mi serca dodajesz, — rzekł Flojan[20] — bo co powinność rycerska to powinność — ano — mnie tak was tu zostawić z tym złoczyńcą pod bokiem?
Domna uderzyła go po ramieniu.
— Wszystko złe przeszło — rzekła — ja to czuję w duszy méj. Dawniéj obawiałam się tego człowieka, jawił mi się we snach często, żem z krzykiem do kolebki przypadała broniąc Staszka... Dziś coś mi powiada, iż nie potrafi nic przeciwko nam...
Jedź, miły mój, a powracaj z łupem, i co lepsza, z imieniem dobrem, zastaniesz nas w progu nie jak teraz zapłakanych i strwożonych, ale witających zwycięzcę i szczęśliwych.
— Amen, — dodał Szary — i oby się to sprawdziło.
— Bóg łaskaw! — szepnęła kobieta...
Jeszcze dzień jeden pozostał Szary w domu, a miał tę pociechę, że mu cieśle do wieczora wrota nowe powstawiali, oczyścili wjazd i ostrokoły poumocywali.
Trzeba się było rozstać z Domną. Mężna niewiasta wyszła z dziecięciem na ręku na próg i przeżegnała go krzyżem świętym. Szary ciągnął do króla — wołała powinność.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.



Tom II.



I.


Przed ołtarzem niedawno wzniesionym w kościele zamkowym na Wawelu, odprawiała się msza święta.
Ołtarz to był kosztem króla poświęcony patronowi jego, Władysławowi świętemu i przed nim teraz król i królowa Jadwiga, modlili się, bo tego dnia Łoktek miał przeciw Krzyżakom wyruszyć w pole. Oddziały jedne już przodem wyszły z obozowisk, drugie się gotowały ciągnąć.
Dzień był jesienny, niebo ołowianą zasłoną obciągnięte całe, powietrze ciche; natura jakby usypiająca i znużona. Na wielu drzewach liść już był pożółkły, z innych opadać zaczynał. Dymy z kominów miejskich wlokły się nizko i rozkładały po nad ziemię.
Są takie dnie, jak ten był, gdy wszyscy czują, jakby im czegoś do życia brakło, jakby odpadała ochota — nie obiecywało nic jutro, a groziło czemś nieznanem i strasznem.
Taki ciężar i teraz leżał na duszach tych ludzi, którzy króla otaczali.
On sam zwykle wesół i ochoczy, gdy się na wojną wybierał, nieustraszony niebezpieczeństwem żadnem, zasępiony był, milczący, chmurny.
W ciągu kilku dni ostatnich coraz bardziej niepokojące nadchodziły wieści od Wielkopolski i Krzyżackiej granicy. Potwierdzała się knowana zdrada wojewody Wincza z Pomorzan, i znoszenie się jego z Krzyżakami.
Mniej się tego może lękał król dla siebie i dla kraju, jak dla syna.
Kaźmierz miał przy sobie statecznego męża Nekandę, lecz młody był, nieopatrzny, i choć mu na męztwie nie zbywało, w rzemieśle rycerskiem mniej wprawny, niż inni jego rówieśnicy książęcego rodu bywać zwykli. Dziecię tego ojca który przez pół wieku nie spoczął nigdy, z orężem ciągle i na koniu dobijając się i broniąc korony swej — Kaźmierz tą sprzecznością, która jest tajemnicą, a powtarza się często w następstwie pokoleń po sobie — nie miłował tak wojny jak ojciec, obojętnym był dla spraw rycerskich i wolał życie w pokoju i pracy gospodarskiej.. a rządnej.
Obawiał się Łoktek, aby w chwili niebezpieczeństwa, sama nieznajomość jego, zuchwałym go nie uczyniła.
Ku Poznaniowi teraz i król i królowa zwracali tęskne oczy, radzi się co o synaczku dowiedzieć.
W nim oni żyli oboje.
Posłowie, którzy przynosili różne wieści, o królewiczu mało wiedzieli. Mówiono że miał wyciągnąć, dokąd nie powiadano, bo dla bezpieczeństwa taić musiano, schronienie jego.
Król dnia tego sam za wojskiem wyruszyć miał.
Wiedziano już, że Jan, król czeski, który się razem i polskim nazywał, miał z Krzyżakami razem uderzyć na Polskę. Zakon czekał na niego, z nad Renu, z Inflant posiłki do Malborga i Torunia już nadeszły. Czechy się ociągali.
Uwiadomiony o tem król, chciał korzystać z opóźnienia i na Krzyżaków uderzyć, nimby się z Czechami połączyli.
Pobożna królowa Jadwiga, przed odjazdem małżonka pociągnęła przed ołtarz patrona.
Cały wojenny dwór pański, który razem z nim się wybierał w pole, zajmował szczupły naówczas kościół i kaplicę.
Modlili się oboje królestwo na tem właśnie miejscu, gdzie, wedle woli swej wkrótce może spoczywać mieli. Ołtarz św. Władysława grób wyprzedzał..
Łoktek, który dawniej przed swą podróżą do Rzymu mało pobożnym był, a duchownych lekceważył, w ostatnich czasach odmienił się bardzo. Za przykładem żony swej, która się zwała szczęśliwą, gdy na święto jakie do klasztoru zakonnic zjechać mogła do Sąndcza i z niemi modlić się, do stołu zasiadać, noc spędzać na pół w chórze, wpół na twardej pościeli — Łoktek stał się pobożnym także.
Rzym, a teraz Awinjon popierał go we wszystkiem i to właśnie drażniło zakon krzyżacki, że staraniem Łoktka objaśniony papież, surowo gromił rabusiów... conantes exterminare idioma polonicum (usiłujący wyplenić mowę (i plemię) polskie) jak się wyrażali współcześni annaliści. Król na pół klęczał, pół siedział obok szaro ubranej, z zasłoną białą na głowie królowej, modlącej się gorąco, z podniesionemi do góry oczyma; — załzawionemi. Poorana, opalona twarz jego smutną była, oczy błądziły po kaplicy, po przytomnych, a myśli gdzieś daleko po świecie.
Na mieczu się opierał, zbroję już miał na sobie, a hełm z głowy zdjęty trzymało przy nim stojące pachole.
Mszą biskup Jangrot (Jan Grot) celebrował, poważny w sile wieku człowiek, którego by za wielkiego w kościele dostojnika nikt nie wziął, gdyby nie oznaki biskupiej godności.
Dziwny traf posadził go na tej stolicy, której on nie pożądał ani się spodziewał. W młodych latach, gdy Jan w Bononji na naukach przebywał, znaleźli się tam razem z synaczkiem ubogiego szewca z Cahors, z Jakóbem Eudem; i razem z nim czerpali mądrość z jednego źródła, a miłowali się z sobą.. Stracili się potem z oczów i Jan Grot spokojnie siedział na probostwie w Polsce, nie dobijając się dostojeństw, a kościół swój opatrując, gdy wysłani do Awinionu po osieroceniu katedry krakowskiej posłowie, (bo Nankiera wzięto do Wrocławia) — zalecający na stolicę Ottona proboszcza gnieznieńskiego; spytani zostali przez papieża Jana XXII, czy by jakiego Grota nie znali? co się tam z nim działo i jak mu się wiodło? Syn ubogiego szewca zasiadł teraz na stolicy Piotrowej i przyjaciela młodości przypomniał sobie.
Posłowie o Grocie nie wiedzieli nic, lecz papież chciał go mieć na biskupstwie krakowskiem, i sam z siebie mianował. Ubogi proboszcz musiał tedy nagle, przeciw woli króla Łoktka, przyjąć ciężar biskupiego dostojeństwa. Król mu był zrazu niechętny i przeciwny, lecz się pojednali wprędce. Biskup był człowiekiem spokojnym, cichym, nauką i kościołem zajętym tylko.. Pobożność jego i świątobliwość, prostota obyczajów zjednały mu króla i królowę. Nie były to już czasy owe, gdy biskupi krakowscy na pół z książęty rządzili krajem; Łoktek nikomu z sobą nie dawał w państwie gospodarzyć, jednakże Jangrota wzywał do rady i mało co bez niego poczynał..
Biskup był powierzchowności tak skromnej jak ducha, lecz znać w nim było mężnego pracownika tej winnicy, której całym oddać się musi człowiek, chceli jej służyć.. I na jego twarzy w tej chwili ofiary wielkiej widać było uroczyste przejęcie się modlitwą za króla i za kraj. W ręku starca tego znużonego były przyszłe jego losy. Jeśliby niepodołał Władysław królestwo zaledwie zlepione znowu rozpaść się miało i pójść na pastwę obcym..
Dwu królów spierało się o koronę, z których jeden piastował ją, aby pomnażał, drugi wydzierał aby rozerwał. Jan Czeski gdyby ją osiągnął zawczasu się nią dzielił z Krzyżakami.
Modlitwa więc za pomyślność oręża Łoktkowego była modłami za odrodzoną Polskę, zagrożoną śmiercią nową.
Wszyscy czuli uroczystość tej chwili.. poprzedzającej walkę, na sercach wszystkich brzemieniem już leżała wiadomość o zdradzie wojewody...
Biskup się modlił gorąco.
Msza właśnie dokończyć się miała błogosławieństwem, gdy od progu zaszeleściało coś, zamruczało, ludzie się rozstępywać zaczęli, głowę zwracać, królowa przelękniona drgnęła i w pośród rozstępującego rycerstwa, jak zwiastunka wesela, jakby anioł prorokujący dni jasne, ukazała się młodziuchna Hanna..
Wyprawiono ją dla bezpieczeństwa z Poznania, przybywała właśnie niespodzianie, z tą swą wesołością ptaszęcą, która jej nieopuszczała nigdy, z uśmiechem różowym, z wejrzeniem promienistem..
Gdy to jasne, młode oblicze zjawiło się wśród posępnego rycerstwa i poważnego mężów orszaku, z niem razem powiało nadzieją.. przyszła światłość jakaś na te smutku mroki — twarze posępne uśmiechać się zaczęły. Szła tak śliczna pani, aż do kaplicy progu, z oczyma śmiało w ołtarz wlepionemi, — i tu poklękła z dziecinną pobożnością świeżo nawróconej poganki nawykłej tulić się do swych domowych bogów.
Król i królowa z rozrzewnieniem patrzyli na nią, taką swobodną i pełną nadziei czy nieświadomości.
Cała jej postać tchnęła młodością oblicza, szaty się do niej składały, płaszcz ze skarłatu, suknia bogato w kwieciste szyta wzory.. Piękny włos trzymała siatka złocista, a zasłona głowy biała, która innym mniszego coś dawała, ją ubierała wdzięcznie, łamiąc się w fałdy tysiączne.
Patrzano na nią, lecz — wkrótce oczy od tego obrazka odwróciły się z ciekawością rozbudzoną żywo, spoglądając na poważną, z oczyma do łez zaczerwienionemi niewiastę w płaszczu jedwabnym i czapeczce na głowie.
Szła tuż za królewiczową, sama jedna, gdy reszta dworu trochę się dalej zatrzymała.
Ludzie zobaczywszy ją, szeptać coś do siebie zaczęli. Smutno wyglądała jak ofiara, jak cierpiąca okrutnie, a usiłująca boleść stłumić w sobie.
Matrona była, której przystało snać w ślad iść za królewiczową, i która w prawie się czuła przy niej miejsce zajmować.
Na twarzy Łoktka malowało się zdziwienie i jakby odcień jakiejś radości, za którą wejrzeniem zaraz Bogu podziękował.. Biskup stał błogosławiąc powoli podniesioną ręką, tak aby promienie tego krzyża siągnęły najdalszych pobożnych... Spojrzał na klęczącą Hannę i ręka jego poruszyła się, jakby umyślnie jeszcze dla tej spóźnionej.
Chór księży z Marcinem Kantorem na czele zanucił pieśń błagalną i poklękli wszyscy.. Rycerstwo jej wtórowało..
Wielu z żołnierzy tego dnia przystępowało do komunji, bo kto na wojnę szedł, zbroił się w kościele. Na pobojowisku nie zawsze znaleźli się kapłani..
Naostatek rycerstwo z kościoła wypływać zaczęło, wstała królowa idąc synowę uściskać, podniósł się król i razem wszyscy przejściem krytem zmierzyli ku dworowi pańskiemu.
Poważna niewiasta idąca za Hanną strzymała się chwilę, jakby nie wiedziała czy ma się pozostać, czy razem z niemi dalej iść, gdy król, po wyjściu z kościoła, zwrócił się ku niej.
— Jużciż oczy mnie nie mylą! odezwał się — wy tu pani Halko! wy tu? wy?
Głos drżał królowi, niewiasta spuściła oczy, wybuchnęły z nich łzy, zakryła je chustą i żywo poczęła odrywając ją, a zmuszając się do odpowiedzi królowi.
— A! ja to jestem! ja! miłościwy panie — a moja bytność mówi o nieszczęściu mojem.
Załamała ręce.
Łzy powtórnie zalały jej oczy i odebrały mowę. Król stał, dając się wyprzedzić żonie i synowej, która śmiała się, szczebiotała, podskakiwała, a uroczysta owa chwila nie mogła żywej krwi jej pohamować. Zdala słychać było głos srebrzysty i śmiech do piosenki podobny..
O kilka kroków od tego wesela dziecinnego, smutna i płacząca stała matrona przybyła z królewiczową i król, któremu jeszcze przytomność jej tutaj była nie wytłumaczoną.
— Rozumiem przybycie wasze, począł Łoktek napróżno oczekujący, aby płaczu się jej przebrało.. Przybywacie z niecnej potwarzy męża oczyścić!!
Spojrzał na nią, ale ona z małym boleści krzykiem, twarz zanurzyła w chustkach i zdawała boleściwszą jeszcze po królewskim słowie.
Czekał Łoktek, aby łzy otarła. Wzmagający się płacz nauczył go, że przypuszczenie, z którem się odezwał, fałszywem być musiało.
Cóż więc mogła tu robić na dworze jego żona wojewody Wincza, którego obwiniano o zdradę?
Wpadł król na myśl, iż ją chyba jako zakładnika siłą porwano, i tu przywieziono.
— Czy wam zadano gwałt.. rzekł, zmuszając jechać do Krakowa?
Halka podniosła oczy spłakane.
— Nie! odezwała się głosem mocnym, jakby tem przypuszczeniem dotknięta — nie, miłościwy panie, przybyłam tu.. bo tam, niechciałam być świadkiem ani wspólnicą tego co się dzieje — co się dziać będzie.
Miłościwy panie! dodała żywo, chwytając króla za rękę, jeszcze czas może — jeszcze się to nie spełniło. Ślijcie do niego słusznych, poważnych ludzi, niech doń przemówią słowem twem — on się opamiętać może.
Rozżalony jest.. a! tak! zabolało go to że gdzie długo panem był sługą mu być kazano. Zawsze niepohamowanym był, gorącym, namiętnym. Jam żyła z nim, znam go.. on złym w duszy nie jest, on sam się zagryzie tem. Siebie ratujcie! jego ratujcie, miłościwy panie i ród nasz aby się nie skaził zdradą!! Slijcie do niego.. nie poszedł może jeszcze..
Jam uciekła z domu, próżno go błagając i przybyłam tu umyślnie, paść do kolan waszych, abyście go ratowali!
Złożyła ręce Halka.
— Jeszcze czas! poczęła wołać łkając, czas jeszcze...
Łoktek stał poruszony.
— Chodźcie za mną, rzekł powoli, tu nadto nas ludzi słucha i otacza.. pomówiemy..
Szli ku dworowi, król przodem, niewiasty wiodąc za sobą.
Łoktek wprowadził ją do izby posłuchalnej, w której nikogo nie było.
Żona wojewody padła mu do nóg, obejmując je.
— Miłościwy królu, zaczęła na nowo — on sam płakać i żałować będzie występku swego, jeżeli go popełni. Jedno dobre wyrzeczone słowo odwrócić może odemnie hańbę, od was nieszczęście..
— Idę sam z wojskiem w tę stronę, odezwał się król, naprzeciw Krzyżakom, a może i swoim własnym. Nie czas stać, spotkamy się — lub w obozie, jeźli się upamięta, lub na pobojowisku!
— Ciągniecie tam? przerwała Halka powstając — tam! Pozwólcież mi za obozem iść waszym. Ja pójdę do niego z posłami waszemi.
Król ręką dał znak przyzwolenia,[21]
— Jedźcie — rzekł, pewnie że się mnie i temu nieszczęśliwemu przydać możecie, lecz spocznijcie wprzódy — ja już w pole muszę.
— Ja nie potrzebuję spoczynku, i nie znajdę go nigdzie, dopóki strach ten sromoty gonić za mną będzie..
— Aż do tej chwili — odezwał się Łoktek smutnie — wierzyć nie chciałem. Codzień przychodziły wieści, odpędzałem je. Wy dopiero tego nieszczęścia przynosicie mi pewność!
To mówiąc skinął ręką i oddalił się.
Czekano na niego.
W podworcu konie rżały. Ciężko zbrojni z pomocą czeladzi wspinali się na konie. Szczękały oręże, rozlegały się wołania, zbierali się znajomi i do jednych należący pułków, by jechać razem. Dwór królewski doładowywał wozy szybko.
Dalej ku wrotom do czeladzi i rycerstwa wychodzącego, widać było przybyłe na pożegnanie niewiasty z miasta, z węzełkami, dzbanuszkami, z podarkami na drogę, ocierające łzy.
Szlochanie ich ciche, mięszało się razem ze śmiechami młodszych, ze skomleniem psów i dawanemi hasłami.
Niektórzy zawczasu wyjeżdżali w miasto, jeszcze po drodze zapewne chcąc wstąpić do browaru i napić się piwa..
W komnacie królowej zarumieniona podróżą, rada że ją dokończyła, siadała, kręciła się, pod skakiwała[22] wesoła zawsze Aldona.
Król patrzał na nią i lice mu się rozpogodzało.
— Gdzież Kaźmirz? — pytał — ja nic nie wiem. Niepokój mam o niego śmiertelny...
— Kaźmirz, — głosem śpiewnym i przeciągającym poczęła Aldona, — o! o niego możecie być bezpieczni! Ma przy sobie Nekandę, a to bardzo stateczny, rozumny i mężny człowiek...
No — i Kaźmierz téż mężny jest... boć synem twoim! a gdyby rycerzem nie był jabym go miłować nie mogła...
Prawda — dodała — mówią na niego że on wojny nie lubi! ale któżby ją lubił — kiedy tyle krwi wylewa! A, dla tego, gdy bić się potrzeba!
Podniosła rączkę białą ale silną do góry, jak gdyby miecz w niej miała i rozśmiała się sama z siebie, a potém jak dziecko twarzyczkę zakryła.
I oboje starzy, choć ochoty nie mieli do wesela — rozśmiać się z nią musieli.
— Dokąd że Trepka Kaźmirza poprowadził? rzekł król.
— A! to wielka, wielka tajemnica, któréj mnie nawet powiedzieć nie chcieli.
Uśmiechnęła się. — Kto wié? oni może sami nie byli pewni dokąd pójdą, ale Kaźmierz ma ludzi wybranych, doskonałych i tak zbrojnych jak Krzyżacy... w żelezie od stóp do głów... Oh! o!... Ci się nikomu nie dadzą...
Na zamku w Poznaniu — szczebiotała ciągle patrząc bystremi oczyma na króla i królowę, jabym się była chętnie została, choć sama... Nawykłam już do okolicy... w lesie tam... przypominała mi się Litwa i nasze puszcze, tu koło Krakowa takich drzew nie ma...
No cóż! nie pozwolili mi siedzieć w Poznaniu. Trepka mówił ciągle że tam pod każdym kamieniem zdrada siedzi... Ja jéj tam nie widziałam. Kto ich wie? Mnie się ludzie uśmiechali...
Ruszyła lekko ramionami.
— Tu bezpieczniéj — odparł król.
— Tak! tak, smutnie — przebąknęła królowa Jadwiga spoglądając na synowę — będziemy razem się modlić...
Wielkiemi oczyma popatrzała Aldona na matkę, nie odpowiedziała nic.
Ta nieustanna modlitwa, do któréj nie była przywykłą poganka, — dziwiła ją i była dla niej niepojętą. Jéj śpiew wesoły stał za modlitwę a wesołość za służbę Bożą.
Zdawało się biednej że młodość na to Bóg dał, aby ona się jemu i światu jak kwiatek wdzięcznie uśmiechała...
Posłuszną była matce mężowskiej i duchownym, lecz nie rozumiała modłów i one czyniły ją smutną, gdy tak potrzebowała być wesołą.
Jadwiga badała ją oczyma...
Był moment milczenia...
Wrzawa dochodząca z podwórców przypominała królowi że wyruszyć musiał. W tém na myśl mu przyszła żona wojewody, i zapytał synowéj.
— Jakżeś i gdzie dostała tę towarzyszkę?
— A! żonę tego niepoczciwego zdrajcy — odezwała się Aldona. Ta mnie napędziła na drodze, prosząc, błagając, abym ją zabrała z sobą. — Cóż miałam czynić! Ah! a taka była przez całą podróż smutna, że mi zaśpiewać nie dawała...
Ja tak śpiewać lubię, jam tak do pieśni nawykła — lecz ile razy spojrzałam na jej twarz chmurną, na zapłakane oczy, piosnka mi w ustach zastrzęgła.
Biedna kobieta — oczy wypłacze... Porzuciła męża — a mówi że go kocha i że go chce ocalić... Jak go ocalić? — dodała krzywiąc się — kiedy wszyscy mówią, że poszedł do tych zbójców Krzyżaków. Kto się ich dotknie... ten się już nie oczyści nigdy... O! Krzyżacy!!
Zrobiła rycerską minkę, ale że śmiech u niéj kończył wszystko, sama rozśmiała się z siebie.
Król stał, słuchał, patrzał, bawił go szczebiot ten młody i choć konie rżały, odejść mu się nie chciało...
Królowa tymczasem z opóźnienia korzystając niosła na jedwabnym sznurku zaszyte relikwje, które mężowi na wyprawę dać chciała.
Gdy się zbliżyła i ukazała je, król pocałował, i natychmiast na szyję zarzucił sznur, tak, aby relikwiarz skrył się pod zbroję.
— Nie zgubcież go! — szepnęła Jadwiga, — pobożni księża nasi zaręczyli mi, że od wszelkiego zbawią cię niebezpieczeństwa, i zwycięztwo zapewnią...
— Zwycięztwo! — westchnął Łoktek — królowo moja — nie śmiem ja marzyć o nim. Jeżeli Jan nadciągnie z Czechami, a ten nicpoń mi wielkopolan oderwie, nie będę miał z czém stanąć przeciw takiej sile... Po staremu z boku ich będę zarywał i niepokoił, do boju wstepnego nie stanę, rycerstwa mam mało...
— Bóg łaskaw — szepnęła królowa.
Aldonie oczy się zapaliły.
— Wy musicie zwyciężyć! — zawołała — naprzód, że sprawa wasza dobra... a Bogowie, (tu zarumieniła się mocno i poprawiła natychmiast) Bóg i święci patronowie pomogą. A wy, królu, ojcze, wyście mieli szczęście zawsze i wszyscy mówią że bijecie się jeszcze jak młody i za dziesięciu starczycie.
Królowa przerwała.
— Właśnie on bić się nie powinien, tylko patrzeć, dowodzić, rozkazywać, a to jego grzech, że żołnierzem być chce, gdy mu wodzem być potrzeba.
Łoktek nieco się uśmiechnął.
— Tak, tak, babo moja — rzekł żartobliwie, — rozumnie mówisz. Ja to wiem! Ale gdy człowiek w pole wyjdzie, nieprzyjaciela zobaczy, konie zarżą, kordy zabrzęczą, a posunie się rycerstwo na nieprzyjaciela — jak tu ustać! jak wytrwać jak tu miecza nie dobyć i nie pokosztować téj potrawy! Człek gdyby go związano urwałby się.
Gdy tak mówił twarz mu odmłodniała, drgnął, zdawał się rosnąć maleńki pan — i gorąco popłynęła mu krew stara w żyłach.
— Czas — rzekł — ludzie czekają, niech Bóg błogosławi...
Jadwiga i Aldona przyszły go całować po rękach żegnając, i chwilowe rozweselenie zmieniło się znowu w tęsknotę i smutek.
— Król wyrwał się z izby...
— Na koń, — zawołał w sieni, gdzie ludzie jego stali — na konie!
Na rozkaz ten królewski, podawany z ust do ust, w podwórcu odezwała się zaraz trąbka, za nią dalej zagrały inne.
Ludzie z proporcami zaczęli się ustawiać na drodze, szykować, ściskać, — kobiety i czeladź prędko z tłumu uchodzić zaczęła ku wałom i murom...
— Król! król! — odzywali się jedni drugim oznajmując...
Dwie niewiasty, dwór cały zajmował przedsienie, księża stojąc błogosławili krzyżami, po chwilce ozwała się pieśń pobożna i zagłuszyła wszystko.
Ją teraz jednę słychać było.

Bogu rodzica, dziewica,
Bogiem sławiena Marya,
U twego syna gospod’na
Matko zwolena Marya,
Ziścij nam, spust winam...
Kirje elejson!!...


I pochód uświęcony tą pieśnią odwieczną stał się jakby uroczystością kościelną, jakby wielką processją pobożnych. Wszystkie oblicza spoważniały, znikły uśmiechy, lecz razem znikła troska wszelka o przyszłość... Szli z modlitwą, więc z Bogiem... Bóg szedł z niemi...
Tem gorętsze były modły, że oręż wymierzonym był przeciw Krzyżowi, przeciw tym co się Maryi sługami zwali... i w wielu sercach rodziła się wątpliwość...
Zwolna tak pułki wyciągały z zamku żegnane chust wiewaniem, czapkami, cichemi głosy...
Na Wawelu bito w dzwony.
Król jechał otoczony przez wojewodów swych, a siwy włos rozwiewał mu powiew wiatru, jechał i usta mu także poruszała modlitwa, a oczy szukały żony płaczącéj i synowéj, któréj smutek do tak dziecinnéj nie przystawał twarzy...
Za rycerstwem, za ciurami, za czeladzią i wozami, — jechała na wysłanym wozie, czterema końmi zaprzężonym, otoczona swą służbą, czarno odziana, jak żałobą, zakwefiona żona wojewody, ze spuszczoną głową, z różańcem w ręku, — jechała jakby wieziona na stracenie za męża winy, jak pokutnica, jak ofiara... I zasłaniała oczy, aby jéj nie widzieli i nie poznawali ludzie, a nie piętnowali strasznym ognistym znakiem — zdrajcy żona.
Na ulice Krakowa przez które ciągnąć mieli wyległ lud aby zobaczyć i pożegnać króla...
Około ratusza stał burmistrz pan Mikołaj Wirsing z pany radnemi Wigandem z Lupsicz, Mikołajem Rusinem, Mikołą z Sąndcza, Heynuszem z Nisy, — a przy nich wójt Staszko i ławnicy...
Do przejeżdżającego króla z odkrytą głową zbliżył się burmistrz, uśmiechem go pozdrawiając serdecznym, na który król téż dobrém słowem odpowiedział...
Teraz już między miastem a królem zgoda była i miłość, a obawy o zdradę nie miano...
Z ramienia pańskiego wysadzona była starszyzna i nie gospodarzył tu wójt dziedziczny, ale wierny królewski sługa...
Rycerstwo się do mieszczan uśmiechało, z okien słano im pożegnania...
— Wracajcie zdrowi a w dobrą godzinę.
— Bywajcie zdrowi!!
Idzwony[23] biły u P. Maryi, po kościołach, po klasztorach...
A potem gdy wszystko to, ludzie, ciury i wozy wyciągnęły w pole, stało się cicho i smutno.. Ostatni dźwięk przebrzmiał... Ludzie patrzali choć już nic widać nie było i myśleli — z czém oni powrócą?
Stary król co walczył pół wieku prostym żołnierzem szedł może na ostatnią swą wojnę...
Nie posłał wojewodów za siebie, ciągnął sam jak był nawykł, niosąc na posługę ludziom dłoń swoją, krew swą i wielkie swe serce.





II.


Trzeciego dnia po wyjściu z Krakowa, nad wieczorem kładło się wojsko obozem pod wsią Wronne, u skraju lasu, nad rzeczką...
Miejsce było dogodne, dla króla na nocleg stała pod kościołkiem plebanja; w wiosce coś nie coś dostać było można, a las dostarczał drzewa do ognisk i na szałasy...
Ludzie powolnym pochodem byli znużeni i warczeli.
— Co tu noga za nogą się podkradać, — wołał Łęczycanin Sukosz zasiadając przy ogniu — wprost iść na tych zbojów, zewrzeć się z niemi i albo zginąć albo zgnieść.
— Ale! — odparł Wilczek z Turowa z siwym wąsem, człek wystały i doświadczony — ale! krew masz gorącą i chce ci się co rychlej do żonki powracać, — a wojna ma prawa swoje.
— Nasz król — odparł Sukosz, — nigdy nie zwykł był chodzić jak teraz... Ostrożności do zbytku, tak jak byśmy się ich bali.
— Nasz król, — mówił powoli Wilczek, który tymczasem sobie pokrajane w sztuczki mięso na drewnianych rożenkach u ognia przypiekał, — nasz król dawniéj mawiał, jam sam słyszał — że walnéj bitwy wydawać nieprzyjacielowi, wszystko na jednę kość rzucając, — nie godzi się, gdy wojsko nie ma przemagającéj siły. Trzeba gonić za wrogiem, zasadzać się i urywać po kawale, póki się dogodnéj chwili za gardło nie porwie i nie zdusi — tak wojował Krzywousty...
— A no! — krzyknął niecierpliwy Łęczycanin — tymczasem bestja Krzyżak pali sioła i miasta, kościoły i klasztory i ludzi wyrzyna... Ot, co!!
— Pomściemy to, — rzekł Wilczek, — pomściemy...
Do ogniska drudzy się zwlekać zaczęli. Wszyscy byli posępni. Powolny pochód nie smakował im.
— Nie ma języka od granicy? — spytał Sukosz.
— Musi być, bo ciągle ludziska jakieś przyjeżdżają, rzekł przybyły Pakosz z Góry — ale im gębę zamalowują, że z żadnego nic nie dopytać. Miny nie gęste, król smutny... Kto wie co się tam dzieje...
— Wszystko złe przez tego zdrajcę, — zakrzyczał Sukosz — król go wykarmił, wychuchał, tłusty połeć smarował — i ot — co zyskał. Z tych wielkich panów zawsze korzyść taka...
Król przecie pamiętać musi, gdy powrócił z Rzymu, a chciał swoje ziemie odzyskiwać — kim naówczas się posługiwał? My biedaki szliśmy z nim — no, i kmiecie a chłopy. Dopiero gdy się wzmógł przyszli panowie do niego.
— Ej! Sukosz — przerwał śmiejąc się Wilczek, — jak to na tobie widać, że ty masz możnego sąsiada, który cię dusi.
Sukosz zamilkł.
Nadchodzili jedni, drudzy od ogniska szli... Spragniony po podróży lud szukał innego napoju nad wodę co była w strumieniu, z którego już konie piły, — a piwa było omal...
— Jak da Bóg wojna się skończy — dokończył po chwili Sukosz, choćby król wojewodzie przebaczył... ubiję tego złoczyńcę... Gdyby nie on z Krzyżakami byśmy się rozprawili.
— A o Czechu to zapomniałeś? — wtrącił inny. — Na niego czekają i gorzej go się król obawia niż Wielkopolan...
Ja myślę, — dodał, — jakby oni Nałęcze czy jakie tam djabły, ukazały się przeciwko nam, a huknęli byśmy do siebie — gdyby dziesięciu wojewodów ich wiodło, bić się przeciwko królowi nie będą.
Nie wszyscy w to podobno wierzyli, bo się nikt z potwierdzeniem nie odezwał.
— Co to za babę na wozie wiozą za wojskiem? — zapytał Sukosz... — Cztery konie w wozie, ludzie dostatnio odziani, — co to za kobieta? Podglądałem jadąc, myślałem że choć młoda, — jaka Abizail królewska, ale gdzie tam! stare babsko... I nie wiadomo kto to jest.
— A nie wiadomo — rzekł Wilczek. — I mnie ciekawość brała dowiedzieć się, — ludzi badałem... Woźnica mi rzekł — Baba... i tyle, jeden ze sług odparł — Pani. — Jak się zowie? Na to on. — Albo ja wiem... — A z kądżeście? Ze wsi! — A z jakiéj? — Nazwiska zapomniałem...
Po cóż się tają?
— Chyba król czarownicę wiezie, — zawołał przybyły Wężyk, — aby uroki Krzyżackie odganiała.
— Kto ona jest nie wiem i ja — począł Darosz z Suchéj Wiérzby — alem za wozem jéj jechał długo i to wiem, że całą drogę płacze... Nikt jéj nie zna, do nikogo nie mówi słowa...
Ruszyli drudzy ramionami.
Od plebanji w któréj król gościł nadjechał Zemięga ziemianin, który przy wojewodzie jakiś urząd sprawiał. Zwrócili się ku niemu wszyscy, bo wesół był i gadatliwy.
— Co słychać tam między głowami? — pytał Sukosz, który z rozpaczy na kobierczyku się przy ogniu wyciągnął.
— Dobrze słychać! — zaśmiał się Zemięga — król posyłał na gościniec którędy Czechy miały ciągnąć. Ani słychu ich... Jeszcze się nie wybrali...
— To po cóż czekać! — krzyknął Sukosz — wprost na zbojów, póki im posiłki nie nadciągną.
Zemięga zlazłszy z konia siadł przy ogniu w kuczki, hełm zdjął i za piwem, którego nie było oglądał się.
— Tobie Sukosz, — rzekł, — byle prędzéj choćby i zginąć — a my ochoty do tego nie mamy.
Z Krzyżakami choćby sami byli, sprawa nie łatwa... Nadciągnęły im Niemcy z nad Renu i — licho wie zkąd, mówią że z za morza... Psiarstwo to słyszę ma jakieś kusze żelazne zbojeckie, niewidome, które im ich czarnoksiężnicy wymyślili. — Mówią iż z hukiem wielkim jak grzmot rzucają takie kamienie z nich, że od razu kilkudziesięciu ludzi, z daleka rzucone ubijają...
— Tfu! — odparł Sukosz — babskie plotki, puścili je aby głupim strachu napędzić.
— Nie bajki to są — nie, — rzekł Zemięga — mają ten jakiś ogień piekielny...
— Ogień juści i dawniéj rzucać ludzie umieli, zagadał Wężyk. — Nie wielka rzecz z kuszy puścić bełt smołą oblany i zażegnięty... Nic nowego...
— Co ty mi mówisz — ofuknął go Zemięga — ja ci powiadam com z pewnych ust słyszał, że na Malborgu i w Toruniu mają takie żelazne rury, z których na raz ogień bucha...
Wszyscy zamilkli.
— Nie wierzę aż zobaczę — zawołał Sukosz — nie wierzę. Cóż to tym złoczyńcom miałby pan Bóg dawać taką siłę!
— Jaki Pan Bóg! — sprzeciwił się Wężyk — chyba Lucyper. Albo to nie wiecie że Krzyżacy tylko udają iż Chrystusa czczą, a mają swojego boga mosiężnego głowę, któréj się kłaniają i kozła, przed którym się modlą, — ale nie do głowy, tylko do ogona.
Niektórzy się śmiać zaczęli.
Zemięga dodał, iż byli ludzie co rzucanie ognia piekielnego widzieli i huk słyszeli i opowiadali, że kule kamienne, których dwu ludzi podźwignąć nie mogło, czart ten wyrzucał.
— Cóż by to była za wojna! — zawołał Sukosz... co by już człowiek i rycerz był wart w niej, gdyby go tak zdala bezbronnego można zgnieść?
— A no — kiedy tak jest! — westchnął Zemięga.
— Plotą, aby nas straszyli — zamknął Wilczek — nie ma o czém gadać...
Rozprawiano tak około ognia, i zdania się różne z sobą spierały.
W drugiej stronie obozu, po za wozami, w których królewskie szaty, zbroje i zapasy prowadzono, — nieco odsunięty od innych stał ów czterokonny zaprząg, który wiózł nieznajomą płaczącą niewiastę. — Była nią żona wojewody Wincza.
Na samą wieść o zdradzie jego, która się coraz bardziej szerzyła — powstała w wojsku i starszyźnie taka niechęć, taka nienawiść przeciw zdrajcy, iż imienia jego wymówić nie było można. Biedna niewiasta słyszała omdlewając jak go przeklinano, odgrażano się nań i zemstę mu zapowiadano. Musiała więc taić nazwisko swe, bo z niem życia nie była pewną. Zakazała ludziom wyjawiać je... sama zaś trzymała się na uboczu od wszystkich, milcząca...
Tych, którzy zagadywali do niéj, zbywała milczeniem i łzami.
A że zawsze u nas wielkie było niewiast poszanowanie i cześć dla łez, nie naprzykrzał się jéj nikt... Litowano się domyślając nieszczęścia, które ją dotknęło.
Trafiło się tego wieczora, iż wozy królewskie, a z niemi i wojewodzinéj, najbliżéj były Sieradzian, między któremi Florjan Szary się znajdował.
Od wyjazdu z domu, żonę pozostawiwszy na obcych opiece, świeżo po przestrachu takim, chodził jak noc smutny. Słowa z niego nikt nie dobył.
Musieli mu znajomi dać pokój, ażby — jak powiadali — wysapał się i odszedł.
Na pamięci mu stała jego biedna Domna, taka, jaka go z młodszą na ręku dzieciną żegnała w progu. Więc każda biedna, płacząca niewiasta, to na nim czyniła wrażenie, że ją przypominała.
Coraz to ku temu wozowi spoglądał a litował się nad płaczącą.
Nie zaczepiał jéj jednak i nie nastręczał się, bo go drudzy już ostrzegli, że z nikim mówić nie chciała i ludzie jéj, imienia nie wyjawiali nikomu.
Głowy sobie bardzo nie łamał, kto była, ciekawości nie miał zbytniéj, litość czuł tylko wielką.
Przy wozach z rycerstwa dla opieki nie było nikogo, same ciury i czeladź. Nie spuszczał z niéj oka Florjan.
Pod noc już ludzie wojewodzinéj, dawniéj do ulegania nie nawykli, zuchwali dosyć, powaśnili się u wodopoju z królewskiemi. Od słowa do słowa, bezcześcić się zaczęli, kamieniami ciskać, aż i do kijów porwali. Parę razy pociski padły blisko pani Halki która przerażona krzyknęła.
Wnet Szary pobiegł w pomoc, i z powagą swą rycerską, pomiędzy to tałałajstwo wpadłszy, pogromił je i rozpędził.
Zbliżył się potem do wozu, dobrém słowem chcąc pocieszyć kobietę, która mu dziękowała.
— Nie obawiajcie się — rzekł — ja tu z mojemi ludźmi niedaleko leżę, i jakby potrzeba było gotów jestem zawsze.
Spię czutko...
Miał téż sobie za obowiązek dać się poznać niewieście, i rzekł:
— Sieradzianin jestem, Florjan Szary się zowię, z Surdęgi... Nie pytam miłości waszéj o nazwisko, bom słyszał, że go mówić nie chcecie...
— Z Surdęgi? — odezwała się nieco zasłony podnosząc żona wojewody... Wszak ci to Leliwianka Domna pono wasza?
— A tak! — rzekł ochoczo Florjan, zdziwiony że o jego żonie wiedziała. — Poczciwe moje żonisko musiałem porzucić ze starym ojcem w domu. Ale jakże to wy o niéj wiedzieć możecie?
Jakiś czas pomilczała zagadnięta, aż po chwili rzekła cicho.
— Juściż rodzina o sobie musi wiedzieć — a Leliwi moi... powinowaci. Słyszałam o nich...
Florjan nie śmiał dopytywać więcéj, ale się u wozu zatrzymał.
— Kiedy tak, — rzekł — a my z sobą choć jakimś węzłem blizcy, nie omieszkajcież mi sobie kazać służyć. To powinność! Bóg widzi — dodał — nie ciekawym, gdy się być nie godzi, ale jakaż bieda mogła was zmusić, tak się wlec za obozem? To utrapiona rzecz...
— Prawda! rzekliście! — odezwała się Halka — bieda i wielka nad miarę zmusiła mnie jechać za obozem. Jestem bardzo nieszczęśliwa!
Westchnęła ciężko i płakać zaczęła.
Florjan czuł litość coraz większą i nie chciał się już oddalać, choć pytać nie śmiał.
Popatrzywszy nań, obejrzawszy się do koła trwożliwie, pani Halka łzy poczęła ocierać.
Przypominała sobie teraz, iż tę twarz Florjanową kędyś już widziała. W istocie, gdy wojewoda był w Pomorzanach na rozmowie z Szarym, ona podszedłszy ku drzwiom, przybyłemu się przypatrywała posłowi, lękając, czy nie był od Krzyżaków wyprawiony.
Teraz dopiero fiziognomja ta wyrazista przypomniała się jéj. Nie była jednak pewną.
Sama Leliwianka z domu, choć dalsza krewna tamtych Leliwów, do męża Domny czuła większą ufność niż do innych...
Pochyliła się więc ku niemu i spytała go po cichu.
— Nigdyście nie bywali w Pomorzanach, w W. Polsce.
— Jako? — odparł Florjan zdumiony. — Niedawno temu do wojewody mnie posyłano...
Spojrzała nań długo biedna kobieta i pochwyciła za rękę.
— Domyślcież się ktom ja! — rzekła. — Ja nieszczęśliwa żona jego jestem... Wincza z Pomorzan!!
Tu łzy ją zdusiły znowu.
— Przybyłam do Krakowa z Hanną królewiczówną — mówiła — prosić króla, aby słał do mojego męża ludzi słusznych, aby mu z serca wyrwali... tę myśl piekielną.
O Boże mój — on zdrajcą przeciw panu — on zdrajcą przeciw ziemi swéj, on z Krzyżaki... on z nieprzyjacioły!!
Florjan politowaniem zdjęty, stał, nie śmiejąc się odzywać.
— Nie rozpaczajcie miłość wasza — rzekł po namyśle. Jeszcze się to odmienić może... A cóż tu radzić? co?
— Ja go znam najlepiej — mówiła niewiasta łkając — on nie wytrwa w złem, sam sobą się brzydzić będzie. Źli ludzie go poduszczyli, dobrem słowem by to odwrócić można.
Król, gdyby chciał...
— Cóż król? — zapytał Florjan.
— Milczał — nie odpowiedział mi tak, jak nic...
— Pocieszcie się — zamruczał Szary — może czém jeszcze odwrócić od was to nieszczęście będzie można...
To rzekłszy i miarkując że dłuższa rozmowa więcéj by ją rozżaliła tylko, Florjan po cichu coś rzekłszy, odszedł do swych ludzi, przypominając, aby w razie potrzeby do niego się udała.
Jeszcze się był od wozu nie oddalił nad kilka kroków, gdy od plebanji jakby co gromadami rozłożonemi w polu poruszyło...
Ruch się wszczął jakiś niespokojny, ludzie biegać zaczęli, kupkami się zbierać — cisnąć, rozpowiadać, krzyczeć, konni biegali po obozie.
Popłoch jakiś poruszył wszystkich. Ci co leżeli, wstawali i szli się dowiadywać.
W powietrzu latały przekleństwa i odgróżki.
Ponieważ nie bardzo jeszcze ciemno było, a na wzgórzu przy plebanji smolnych parę beczek zapalono dla króla, Florjan dostrzegł, że kilku jezdnych, których konie trzymała czeladź, świeżo do dworku przybyło.
Siadł więc na koń, czeladzi rozkazawszy, aby się nie ruszała, i poleciał wprost na plebanją, by u źródła dostać języka i dowiedzieć się prawdy.
Chociaż po drodze dochodziły go różne wołania i imiona — nie zatrzymywał się aż u drzwi księżego domu.
Szczęściem trafił w progu na Hebdę.
— Na Boga, panie wojewodo, — zawołał — co to jest. Nowe nieszczęście jakieś?
— Nie! nie nowe, — krzyknął z gniewem wielkim Hebda. — Dawnośmy się go spodziewali — a teraz się tylko spełniło, w co żaden poczciwy człek wierzyć nie chciał.
Wojewoda z Nałęczami poszedł do Krzyżaków, a oni z nim już wpadli i palą, a rzną i niszczą...
Odparto ich, słyszę od Inowrocławia z niemałym trudem, ale Słupcę wzięli i spalili... i żywéj nie puścili duszy.
Królewicz nasz z Nekandą w Pyzdrach był, godzili na to, aby go porwać, szczęściem w porę ostrzeżony, uszedł z życiem i dąży ku nam.
Z Pyzdr téż kupa popiołu!!
Gdy to mówili ziemianin odarty, z suknią na piersiach nagich poszarpaną, z twarzą pałającą, rozogniony, na pół oszalały, nieprzytomny wyszedł z izby od króla.
Wyproszono go z tamtąd, aby Łoktka więcéj nie rozżalał i serca mu nie psuł — lecz ust mu zamknąć nikt nie umiał, mówił a raczéj ryczał z boleści, szarpiąc na sobie odzież, na głowie włosy, ręce na pół obnażone podnosząc do góry i załamując nad czaszką... Stał w progu, jęcząc i wyrzekając...
— Gdzie przeszli tam po nich ino popieliska i trupy...
Nie szczędzili nikogo, dzieci, starców, księży po kościołach, kościołów... Ludzi co do nich uciekali u ołtarza z szat do naga odarłszy, rzezali... urągając się. W Słupcy ksiądz sakramentem w ręku trzymanym się nie obronił...
Piekło na ziemi? Gdzie Bóg? Krzyże na płaszczach — a to szatany wcielone...
Łaska Boża, iż królewicza nie schwycili, nie darowali by i jemu...
Wojewoda nasz był z niemi! Boże miłosierny...
Padł na progu, rękami zakrył twarz i powtarzał ciągle.
— Gdzie Bóg? gdzie Bóg?
Wikary się młody zbliżył do niego i strofować go począł za bluźnierstwo, ale starzec spojrzał nań groźno.
— Dobrze ci mówić! boś ty na to nie patrzał... bo ci jak mnie żony i dzieci nie zabito, boś nad trupami krwawemi łzy nie płakał... A chorągiew ich z krzyżem! Gdzież Bóg?
Szalał biédny...
Słysząc wrzawę w sieni wyszedł sam król, blady, twarz jak marmurowa. Widać było, że drżał wewnątrz, ale zdawał się nieporuszony, oczy tylko błyskały.
— Cicho! — zawołał — cicho... Poleje się krew za krew... Bóg cierpliwy ale mściwy...
— Natychmiast by iść na nich, póki się niespodziewają — zawołał gorączkowo z za króla Żegota z Morawicy — iść i tłuc.
Król się odwrócił z surową twarzą...
— Jedźcie mi po obozie — niech się ludzie uspokoją i żeby mi żadnego wołania, a wrzawy nie było. Jam tu wódz!
Nikt rozkazywać, nikt się niczego domagać nie ma prawa. W obozie zatrąbić na spoczynek.
Skinął ręką. — Cicho! ni słowa!
I z wielkiém podziwieniem słuchających król z naciskiem silnym, głośno — dokończył:
— Jutro — cały dzień spoczynku, tu... nie ruszymy się.
Wszyscy do koła zamruczeli i poruszyli się, Łoktek spoglądał surowo i brwi ściągał.
— Ład żeby mi był... a kto mi się rwać będzie i krzyczeć, do mnie na sąd...
Trąbić na spoczynek.
Zwolna zaczęli się niektórzy poruszać, a wojewoda posłał z rozkazami do obozu.
Król wolnym krokiem do izby powrócił i zamknął drzwi za sobą.
Szanowano tak wolę surowego pana, iż na skinienie jego i wysłane w imieniu króla nakazy, obóz natychmiast zaczął się uciszać. Starsi biegli zmuszając do milczenia.
Gdy Florjan do wozów powrócił, zamierzając wdowie nowego zmartwienia oszczędzić i zamilczeć przed nią — znalazł ją już uwiadomioną i leżącą na wozie bez przytomności.
Sługa jadąca z nią cuciła i ocierała omdlałą.
Żadna pociecha nie była w porę — stanął około wozu — popatrzył chwilę i usunął się po cichu.
Przez całą noc jęki niewieście go dochodziły.
W obozie mało kto zasnął tej nocy. Pozornie panowała cisza i spokój, bo królewskie słowo miało siłę potężną, lecz niepokój w umysłach był straszny...
Co niecierpliwsi o rychłą pomstę wołali. Tym czasem nazajutrz kazano im stać w miejscu, potem pół dnia zwijano obóz, zamiast wprost ku granicom i zagrożonemu krajowi, Łoktek dał rozkaz wojsku i usunął się z niem w lasy na prawo...
Widziano go na koniu jadącego, z twarzą kamienną, z wejrzeniem osłupiałem — lecz wodzowie widzieli, co się kryło pod tym chłodem i martwotą, nikt nie śmiał doń przemówić.
Mówił mało... — krótkiemi słowy, odpowiedzi nie słuchał...
Zdawał się nawet nie widzieć i nie poznawać najbliższych...
Wieczorem kilka skarg było do wojskowych sędziów, król najsurowiej karać kazał...
Tydzień leżał obóz w lasach, i posły tylko biegały języka dostając...
A kto z językiem powrócił pod karą główną słowa się nie ważył mówić po obozie.
Wojsko nie wiedziało nic — a niecierpliwość w nim wrzała okrutna...
Już z nowego obozowiska ruszać mieli nad ranem, gdy na granicy od lasku orszak się ukazał... Straże zaraz zatrąbiły na gwałt, ale im umilknąć kazano. W sto może koni i zbroi jechał ktoś w prost do namiotu królewskiego.
Łoktek pieszo jak stał wyszedł naprzeciw. Hełmu ni czapki nie wziął. Kosmyki włosów siwych wiatr mu rozwiewał... szedł z podniesioną głową...
Spostrzegłszy go, z konia zeskoczył raźno młodzian. Był to królewicz, a za nim tuż jechał Trepka...
Kaźmierz pięknym był i miał prawdziwie Królewską postawę, Królewski strój i uzbrojenie, jakby nie na wojnę, a na gody się wybrał.
I on i dwór jego różnił się od ojcowskiego jakby do innego należał świata. Coś młodego, świeżego, bujniej rozkwitłego wiało od tych błyszczących rycerzy z pióropuszami, ze świecidłami, i dziwnemi na hełmach postaciami... Łokietkowi przy nich ciężko, czarno, opuszczono, grubo, wydawali się i niemal barbarzyńsko...
Kaźmierzów orszak lżejszym był i zwrótniejszym... lecz widać było, że próby boju nie przebył...
Zbliżywszy się do syna Łoktek ręce wyciągnął i gdy ten mu się do kolan chylił, zarzucił je na szyję jego, począł całować w czoło... Niemógł mówić.
Spojrzał z wdzięcznością na Trepkę i skinął tylko mu, jakby mówił — Bóg ci zapłać...
Zwolna kamienna twarz wypogadzać się zaczęła, piersi poruszać, jakby odblask krwi ożywił mu policzki...
Szli razem do namiotu — i w nim znikli...
Zamaszysto, raźni krzólewiczowscy[24] ludzie poczęli zsiadać i rozgaszczać się...
W obozie domyślano się teraz, dlaczego stali tu tydzień — czekali na królewicza...
Gdy Łoktek do namiotu z synem wszedł, Trepka pozostał około opłotków. Tu go otoczyli wojowodowie[25], chorążowie, pułkowódzcy — nalegając i dopytując, co się działo.
Nekanda powtarzał im to z czem wprzódy przybył ziemianin, że od Brześcia i Inowrocławia udało się pierwszy zamach odeprzeć, że Słupcę i Pyzdry a okolice Krzyżacy puścili z dymem.
— Na godzinę przed przybyciem ich pod Pyzdry, dano mi znać — mówił Nekanda. — Gdybym sam był, bronił bym ich — alem tę drogą krew królewską ocalić musiał.
Uszliśmy szczęśliwie — ścigani co chwila w obawie, że nas dognają — Bóg miłosierny...
— A Krzyżacy? — pytał Hebda.
— To była tylko próbka — rzekł Nekanda — wrócili do Torunia, bo król Jan się im opóźnił... Tylko co ich znowu nie widać. Niepoczciwy Wincz z niemi!!
W tem uchylił król namiotu ściankę i zawołał.
— Nekanda!
Ten wszedł, królewicz stał przed ojcem z twarzą posępną i zafrasowaną.. Łokietek miał ten wyraz oblicza, jaki przybierał, wydając rozkazy.
— Dziś jeszcze przepędzicie ze mną dzień do wieczora — odezwał się — rozumiesz. Jutro musicie z nim — wskazał na Kaźmierza — na miejsce bezpieczne.
— Ojcze — odezwał się Kaźmierz — srom dla mnie! nie godzi się to... lituj się.
— Milcz gdy rozkazuję — rzekł Łoktek — wiem co czynię. Miałbym ja dwu takich jak ty, nieszczędził bym ciebie. Jeden jesteś, a na twoją głowę korona czeka... Milcz i słuchaj...
Korona pójdzie w sztuki, gdy zabraknie głowy...
Zwrócił się do Nekandy...
— Szukaj z nim bezpiecznego miejsca i najbezpieczniejszego zamku — ja ci go oddaję, musisz mi całym powrócić.
Trepka skłonił głowę.
— Bić się — dodał król — to by była zabawka... rozkosz — musisz cierpieć i słuchać — ja się będę bił — mnie nie szkoda, jam stary, ze mnie już gałęź nie wytryśnie nowa...
Kaźmierz ręce skrzyżował na piersiach, jak gdyby jeszcze króla chciał błagać, lecz Łoktek nie patrzał nań, radził z Nekandą, odżył widocznie po przybyciu syna, wstąpiła weń nadzieja.
Niemówił co począć ma, bo z tego nigdy się nie był zwykł przed nikim spowiadać — pytał tylko... Nie wspomniał o Winczu...
Gdy Trepka napomknął o nim, spojrzał król i zawarł usta...
Ciemno było w namiocie, lecz mogło się zdawać, iż coś się w oczach starego zaszkliło...
Po długiem opowiadaniu o zniszczeniu, które Krzyżacy zrządzili, Łoktek nagle zwrócił się do Nekandy.
— Och! jeden — Wincz... rzekł — on, jeden... zemsta... niecny człek... wąż — wąż — ale całaż Wielkopolska z nim przeciw mnie.?
Wlepił w niego oczy.
— Miłosierny panie — pospieszył z odpowiedzią Trepka — niech Bóg uchowa od takiej potwarzy. Nałęcze z nim i to nie wszyscy, Dobek mu wypowiedział posłuszeństwo... Inni idą pod grozą, aby im majętności nie palono, spodziewając się je ocalić... reszta płacze i narzeka na zdrajcę...
Niech się szala przechyli na stronę naszą, odbiegną go wszyscy...
— Daj Bóg! — rzekł król krótko i uśmiechnął się do syna...
— Nie tęsknij — dodał, przyjdzie i na ciebie czas do boju... U nas miecza do pochew schować nie można... i długo jeszcze pozostanie tak.
— A dopóki pokoju mieć nie będziemy — westchnął królewicz — póty kraj stać będzie w lepiankach i gruzach, i wieśniak mrzeć z głodu i miasta drżeć ze strachu o handle swoje...
— Tak dziecko moje — gorzko uśmiechnął się król, i dla tego ja wojuję życie całe, abyś ty ten pokój odzierżał po mnie, dali Bóg że go nam Stolica Apostolska z tym narodem bezbożnych mnichów wyzyszcze...
Mnie już do ostatka trzeba krew lać... a ty żniwo zbierzesz po niej.
Uściskał go...
Jedźcie gdzie na zamek bezpieczny, w głąb... daleko, gdzie by ani Jan was niedostał, ni Krzyżacy — ja błądzić będę i kryć się po lasach aż mi Bóg powie i da do serca. Teraz czas!... O! gdy przyjdzie godzina — pomstę uczynię okrutną, jak psów będę dławił, jak zbrodniarzy ścinał i tak nie przebaczę nikomu, jak oni nie przepuścili niewinnym dziatkom moim...
Zamilkł nagle...
— Amen — dokończył Trepka skłaniając głowę.





III.


Na jesiennem niebie chmurnem gorzała łuna ogromna, gorzała już dzień drugi, noc drugą. We dnie na czarnej chmurze paliła się krew, w nocy na krwawym obłoku czerniały dymy. I nie było słychać nic — bo tam gdzie przeszła pożoga ta straszna nie zostało ludzi, gorzały poodzierane trupy... Obóz krzyżacki leżał pomiędzy Łęczycą spaloną, wsiami, które Krzyżacy zrównali z ziemią a Kaliszem. Ogromne to wojsko niemców, którego jedno skrzydło składały pułki wojewody polskiego rozłożyło się w dolinie szeroko.
Czerwony namiot wielki, po nad którym biała z krzyżem czarnym i orłem cesarstwa powiewała chorągiew, zajmował środek obozu. Tu z gośćmi swemi odpoczywał Marszałek Teodoryk z Altenburga. Obok niego Otto z Luterbergu i komturowie Elblągski, Pomorski — Toruński gospodarzyli, przyjmując sprzymierzeńców i gości. Kilku grafów z nad Renu, jeden Anglik, posiłki Inflantskie, w osobie swych wodzów — zasiadali do wesołej uczty, której łuna przyświecała zdala.
Wesołość w obozie dochodziła do szału, nie tylko pod czerwonym namiotem brzęczały puhary. Spiewki i szczęki odzywały się z szałasów i od ognisk do koła.
Przy jednem z nich kilka obnażonych kobiet, powiązanych sznurami leżało na ziemi..
W szarych płaszczach rycerze chodzili do koła, potrącając je nogami.. Jeden z nich końcem miecza kłuł ciało, które z bolu czucie straciło.
Opowiadano sobie, jak w Łęczycy obnażone niewiasty ścinano razem z księżmi..
Śmiech tych ludzi podobnym był do zwierząt ryku..
Z innych miejsc nagle wybuchały podobne krzyki wesołe — pastwiono się tam nad jeńcami. Około wozów służba rozkładała łupy.. a między niemi leżały ornaty kościelne, kielichy i kobiece suknie i klejnoty. A nad tem wszystkiem krzyż powiewał.
Zakonnicy nagradzali sobie za długie w zamkach zaryglowanie. Tu wszystko im wolno było.
Pod namiotem czerwonym, siedzący i nawpół leżący, krzyczeli głośno.. Osobliwie starszyzna krzyżacka, płaszcze białe zmagały się na zabawianie gości.
Grafowie z nad Renu słuchali, Teodoryk z Altenburga, wódz najwyższy, wyniosła postać na silnych nogach z ogromnemi stopy płaskiemi, głową przechodzący większą część swych współbiesiadników, stał jeden z twarzą spokojną człowieka trzeźwego między upojonemi. Patrzał, przysłuchiwał się, brwi ściągał..
Przechodzącego komtura z Elbląga zapytał po cichu.
— Gdzież ten Polak?
— Musiał pójść złość pod swym namiotem wydychać — odparł uśmiechając się mały, a krępy rudobrody komtur.
Brwi Marszałka ściągnęły się.
— Nadto bo mu dojadacie, rzekł, takiego pomocnika szanować potrzeba. Lepszego przewodnika trudno by dostać.
Komtur się skrzywił.
— Dumy jego znieść trudno — rzekł, razi ona wszystkich. Bądź co bądź jest to zdrajca.. Zdrada pożądana, ale zdrajcy obrzydliwi..
— Znosić go jednak musiemy — odparł Marszałek i po małym przestanku dodał — do czasu..
— A nawet bardzo niedługiego, odparł komtur. Szkodliwym nam już być nie może. Spalił mosty za sobą[26] Głupi człek zresztą, bo się oddał w ręce nasze na łaskę i niełaskę.
— O! nie — rzekł uśmiechając się marszałek — probował z mistrzem wchodzić w jakieś układy. Stawił się na stopie sprzymierzeńca.. Stary nasz zbył go jak należało — nic nie przyrzekłszy.
Komtur poruszył ramionami i rudą potarł brodę.
— Nie przycinajcie mu gdy siada z nami — odezwał się Teodoryk.
— Ja nań nawet nie patrzę.. odparł ze wzgardą komtur.
— Ale też i lekceważenia mu takiego okazywać nie wypada..
— Komtur przerwał ze śmiechem własnemi słowy Teodoryka.
— Do czasu!
— No — do czasu! zapewne — powtórzył marszałek — ale przed czasem żółci mu burzyć nie należy.
Graf von Rheden, jeden z gości, stojący blisko i słyszący rozmowę, dorzucił.
— Proszę was przezacny panie — u stołu mnie przy nim nie sadzajcie — wszystko mi się kwaśne wydaje od jego twarzy..
— Trudno wymagać by wesołym był — odezwał się marszałek — jużciż palemy z nim razem, czy on z nami, wioski jego braci i plemienia.
— Gdy z nami idzie, wyrzec się go powinien — zawołał głośno komtur, z gwałtownością wielką. Myśmy rycerzami niemieckiemi, — sprawa nasza nic nie ma wspólnego z temi plemionami, które wyniszczyć potrzeba i wygubić aby zająć ich ziemię.
Marszałek nie przeczył, a drugi komtur toruński dodał.
— Póki tu ślad ich języka, ich obyczaju, ich rodu zostanie, pokoju mieć nie będziemy. Dla tego musiemy wycinać w pień.. i na karczunku krwawym nowy las sadzić.
— Jeśli sobie pochlebiają — rzekł marszałek, że my ich przez jakąś ludzkość szczędzić będziemy!!
Nie dokończył i mrucząc się odwrócił.
— Pułki wojewody — począł Elbląski, potrzeba zawsze naprzód słać, gdzie największe niebezpieczeństwo i gdzie najpewniejsza śmierć, tym sposobem się tych pomocników pozbędziemy.
— Ale dziś, bracie mój, — przerwał zwracając się marszałek, jeszcze są potrzebni! Dla tego samego nam dobrzy, że Łoktkowi bez nich źle bardzo.
Słyszę że stary lis, nieśmie wyleść z jamy. Kryje się gdzieś z lichem swem zbieranem wojskiem, po lasach. Nie będzie śmiał nam stawić czoła. A pod Kalisz i króla Jana się doczekamy.
Spojrzeli po sobie.
— Króla Jana! daj to Boże rzekł z powątpiewaniem Toruński komtur.
— Przyjdzie zapewne — odezwał się inny ze starszyzny, ale dla niego wcześnie worki nabite przygotować trzeba. Prawda że jako prawowity król polski Pomorze nam odda na wieki, ale zapłacić sobie każe. Pieniędzy potrzeba będzie dlań dużo.
Marszałek Teodoryk z dwuznacznym uśmiechem, rzekł ręką na kraj wskazując.
— Dostarczy nam ich ta wyprawa.. W Kaliszu ja się wielkiego łupu nie spodziewam, ale ztamtąd pociągniemy na Gniezno.
— Kościelny skarbiec stary, zamożny dla króla Jana srebra dostarczy.
— No — i inne miasteczka, w których handel większy, nie są do pogardzenia.
Kalisz osadzić musiemy.
Zaczęto mówić o położeniu zamku, o wodach które przystępu broniły, o obwarowaniu miasta.
Marszałek zapewniał że pod Kalisz król Jan powinien był nadciągnąć.
Gdy pod krwawym namiotem toczyły się tak rozmowy, na skraju obozujące polskie pułki Nałęczów, odosobnione, w położeniu najgorszem, szemrały, z niemcami zwady były nieustanne. Niepuszczali oni do wodopoju, zajmowali najlepsze łąki, przywłaszczali sobie najwygodniejsze stanowiska. Między ciurami i żołnierzem, jak gdyby lada chwila miała walka wybuchnąć, zaczepki były ciągłe. Silniejsi niemcy nadużywali swej przewagi. Polskie posiłki wzgardzone, prawie jak niewolnicy musieli podrzędne jakieś zajmować stanowisko. Skargi na to nie pomagały. Wojewoda się burzył — marszałek u którego się upominał o poszanowanie Wielkopolskiej ziemi, odpowiadał mu pół-słowy, ruszał ramiony, tłumaczył się wojną, nie zważał wreszcie na nic i czynił swoje.
Nie było już żadną tajemnicą w obozie, że po wzięciu Kalisza, który się spodziewano opanować — droga na Znin szła wprost do Gniezna, w serce Wielkopolski. Przebąkiwano o wyprawie na Sieradź, na Wartę. O łupieży stolicy arcybiskupiej mówiono zawczasu obiecując sobie z niej wiele. Wincz chodził po małym namiocie swym, wybiegał z niego, biegał po podwórzu, siadał, wstawał i wszyscy widzieli jawnie że krew w nim się burzyła.
Niekiedy spoglądał na czerwony namiot marszałka z taką złością, jakby chciał pójść nań nie z posiłkiem, ale z mieczem w dłoni.
Wśród dokoła stojących pułków wojewody — toż samo rozdrażnienie panowało, jakie nim miotało. Starszyzna schadzała się, naradzała burzliwie, krzyczała i ku niemcom ręce wyciągając, zdawała się grozić im. Lecz cóż znaczyły groźby bezsilne, gdy garść ta była w ręku Krzyżaków, czterykroć silniejszych i lepiej uzbrojonych.
O parę set kroków od namiotu wojewody, przy wozach Remisza Nałęcza, który wiekiem i powagą najstarszym tu był po wojewodzie, stało dowódzców, wszystkich rodem Nałęczów, z dziesiątek. Byli tam Żegota zwany Siłacz, Klimsz zwany Ogon, Jur zwany Nosal i inni.
Żaden z nich na chwilę nie przysiadł, chodzili wszyscy miotając się. Po przykrem milczeniu następowały wybuchy krzykliwe. Remisz jak mógł uśmierzał.
— Te psy sobie z tego nie robią nawet tajemnicy — mówił Ogon — wprost z Kalisza pójdą na Gniezno. Znają dobrze gdzie się najlepiej obłowić mogą. Sam słyszałem na uszy moje że ten sam los który spotkał Łęczycę, obiecują nietylko Gnieznu, ale Środzie i okolicom, Sieradziowi potem, Warcie i.. kto ich wie!!
Pójdą może i na Poznań! a my im pomagać mamy gdy nasze własne dwory łupić i palić będą!!
— A no, tak! krzyknął Żegota Siłacz.. potośmy szli i tak piękny z niemi wojewoda sojusz zawarł, bodaj jutra nie doczekał — że będziemy się sami ze skóry odzierać!
— Mówił nam, dodał Ogon, że przez to my ocalimy nasze mienie, i kraj — a teraz? co! zdał nas jak niewolników — przepadliśmy..
— Przepadli! powtórzyli drudzy.
— Mamy ginąć, zawołał Klimsz — no — to i on z życiem nie ujdzie.. Niech ginie.
Remisz nakazał milczenie.
— Nie łowcie ryb przed niewodem, nie może być aby nas i siebie gubił, człek bystry.. rozumny.
— Ale stracił rozum bo go złość opanowała — wtrącił Ogon[27] Zemsty mu się zakosztować chciało, i sam się zdał za nią.
— Czekajmy no — rzekł Remisz.
— Czego czekać? żeby było po czasie? podchwycił Siłacz. Nie! oto jak stojemy idźmy się z nim rozmówić jasno i szczerze.
— A no! idźmy — wołali inni.
Remisz siedział niepewien.
Patrzali nań.
— Idziecie z nami! zapytali.
— Muszę, odparł krótko.
Zebrali się więc do gromady, poszeptali nieco, ustawili wedle starszeństwa, przybrali poważne postacie i zwolna poczęli kroczyć ku namiotowi wojewody, który właśnie był wyszedł z niego i widział ich gromadzących się a zmierzających ku sobie.
Po drodze do gromadki tej zaczęli się przyłączać inni, z dziesiątki urosła wprędce w dwójnasób. Garnęli się wszyscy, kto się tylko dowiedział dokąd i po co idą. Nim mieli czas dojść do namiotu, wojewoda w którego oczach się to działo, — postrzegł i domyślił się że starszyzna ku niemu szła, a i celu tego wystąpienia łatwo mu się było dorozumieć, bo go pojedyńczy już od dni kilku słowy zaczepiali, i ostro się im odcinać musiał. I teraz też widząc że go pewnie naprą aby się tłumaczył, postanowił nie pobłażyć i nieugiąć się a stawić ostro.
Im więcej czuł swą winę, tem mniej mógł do niej przyznać. Kości były rzucone, wycofać się niepodobieństwo.
Idąc zwolna Nałęcze naradzali się, kto rzecznikiem miał być, Ogon’a i Nosala obawiano się dla gorącości ich, zgodzono się na Remisza..
Gdy już wątpliwości mieć nie mógł Wincz, że do niego idą, stanął z podniesioną głową, oparłszy się na mieczu i czekał na nich wyzywająco.
Remisz przodem szedł.
Powitali się zimno.
— Przychodziemy do was na radę i z żałobą, — odezwał się mowca. Coś źle się nam zapowiada wyprawa. Niemcy nie czynią z tego tajemnicy że z pod Kalisza na Gniezno chcą, no — to i okolicy nie darują. A co się stanie z naszemi wsiami i osadami? Wszystko pójdzie w perzynę? a po cóż my tu?
Wojewoda wydął usta.
— Przecież ja w tem jak wy poszkodowany być mogę — odezwał się. Zostawcież mnie o to staranie. Do Gniezna daleko.
— Nie tak bardzo — mruknął Ogon. A my teraz w ich rękach..
— Mistrz mi przyrzekł — począł dławiąc się wojewoda — że nas oszczędzi.
— A marszałek pójdzie po swej myśli. Wojna jak woda, mówił Klimsz, puścić ją łatwo, ale zatrzymać ją i pokierować nią, niech kto będzie mądry.
Wincz surowo spojrzał, burzyło się w nim coraz silniej, zagryzał usta blade, oczy mu zaszły jakąś powłoką krwawą.
— Zwierzyliście mnie dowództwo.. począł głosem napróżno hamowanym, w którym czuć było gniew okrutny, — jam tu najwyższy wódz. Wasza rzecz ze mną iść i mnie słuchać..
— A kto nie zechce..
Rękę podniósł jak gdyby gałęzią groził.
— Ho! ho! mruknął Ogon, ho! ho! ziemianieśmy nie niewolnicy, poczekaj!
— Żołnierze nie ziemianie — odparł przyskakując doń wojewoda. Tu kto nie słucha, winien sądu.. a kary innej nie będzie u mnie — tylko — śmierć! słyszycie.
Odwrócił się nagle, jakby do namiotu iść chciał.
Niezlękniony wcale Ogon — zawołał wnet.
— Już tak z nami mówicie? już tak! Sprzedaliście nas niemcom? hę?
Wojewoda przypadł ku niemu za miecz chwytając, ale Remisz porwał jego rękę i jak w żelaznej obręczy ją zatrzymał.
— Słuchaj wojewodo — rzekł, nie dolewaj oleju do ognia. Miarkuj się, radźmy jak swoi, jak bracia jednego rodu.
— Ani rodu ni braterstwa nie ma na wojnie, począł wojewoda — jedno jest — rozkaz i posłuszeństwo.
— Ziemianin i na wojnie ziemianinem być nie przestaje — odparł Ogon.
Z za niego jeden z Nałęczów, nieopatrzny krzyknął.
— Wiedz ty — Wincz.. że choć wojewodą jesteś, jak nas zdradzisz, tak jakoś króla zdradził, to ci łeb utniemy!!
I miecz błysnął.
Wincz swojego dobył.
— Będzie komu mnie pomścić — zawołał na obóz niemiecki patrząc.
Okrzykiem zagłuszono go, wszyscy byli oburzeni..
— Dobrze tak! krzyczeli z tyłu stojący. Dobka nam było słuchać a nie jego. W matnię nas wprowadził, na zgubę..
Rozgorzało okrutnie. Wojewodę ledwie Remisz utrzymać mógł tak się miotał i wściekał.
Tymczasem w niemieckim obozie postrzegłszy ten zamęt i spór, Krzyżacy wstawać zaczęli, ruszać się też i dawali sobie znaki zbliżając się powoli ku polskiemu oddziałowi.
Klimsz wskazał to swoim, wszyscy się pomiarkowali. Sam wojewoda ochłonął nieco, i z Remiszem a dwoma innemi wybranemi usunął się do namiotu. Reszta ich w oczekiwaniu rozłożyła się do koła, siadając i kładąc się na ziemi. Z namiotu słychać było głosy podniesione, gorące, ale mało co kto urywanych wyrazów mógł dosłyszeć, ziemianie zbliżali się, nastawiali ucha — kiwali głowami.. dawali sobie znaki. Po chwili zniżył głos wojewoda, ciszej prowadzono rozmowę. Przedłużyła się ona dosyć, — i gdy Remisz z towarzyszami wyszedł z namiotu, w którym wojewoda pozostał, poszeptał coś swoim, którzy powstawali i dosyć kwaśni a pochmurni rozchodzić się zaczęli.
Jaki był skutek rozmowy, wiedziało tylko kilku starszyzny, innych zapewniono że — wojewoda z Krzyżakami ostro się rozmówi i kraju ich bronić będzie, boć razem i siebie.
Do czasu więc pozornie uspokoiły się umysły, Remisz z kilką którzy go nie odstępowali, nim doszedł do swych wozów, zobaczyli jak wojewoda przeodziawszy się w lepsze szaty i kilku ludzi biorąc z sobą, podążył wprost do czerwonego namiotu. Robiło się ciemno, ale pod marszałkowskim, gdzie gości przyjmowano jasno było.. Jak gwiazdy czerwone w dali błyskały porozrzucane ogniska niemieckiego obozu. Wiatr poruszał wielką chorągwią, która jakimś głosem dziwnym się do niego odzywała, zwijając i rozciągając nad namiotem, targana jakby gorączką jakąś, która naprzód ją rwała..
Mierzonym krokiem szedł wojewoda do namiotu, a gdy pomijał ludzi krzyżackich, nawet Knechtów i sergentów ich, żaden mu krokiem z drogi się nie usunął i nieokazał najmniejszego uszanowania, choć znali go że wodzem był i pacholę przed nim miecz niosło.
Ale co dla niemców Polak znaczył?
Uśmiechali się spoglądając nań z ukosa, jakby już spętanym był i w niewoli.
Rycerstwo bardzo głośno rozprawiało pod namiotem, gdy u wnijścia jego pokazał się wojewoda Wincz. Szedł za nim nieodstępny towarzysz Petrek Kopa. Spojrzawszy na Wincza wszyscy Krzyżacy i grafy i pielgrzymi, siedzący u stołu zamilkli nagle. Nikt z powitaniem nie spieszył. Dopiero zdala stojący marszałek gdy milczenie mu oznajmiło że coś je spowodować musiało, obrócił głowę, i krokiem poważnym, jakby od niechcenia, z obowiązku przybliżył się do wojewody. Skłonił lekko głowę i na ławę u stołu nie zajętą wskazał.
Ktoby niewiedział jakiem tu okiem i sercem patrzano i przyjmowano wojewodę, z przyjęcia łatwoby się mógł domyśleć. Mierzono go oczyma nieufnemi, złemi — pogardliwemi. Odwracali się jedni, drudzy udawali zajętych rozmową cichą między sobą.
Marszałek zmuszony był sam odezwać się do Wincza.
Z Kalisza nam przyszły wieści, że mieszczanie już się opatrzyli co im grozi i, głupcy, bronić się myślą.
Patrzał czekając odpowiedzi.
Wojewoda milczał.
— Od króla choć nie ma wiadomości, ale pod Kalisz przyciągnie pewnie, posłałem do niego, aby pospieszał — rzekł Teodoryk.
— A o królu waszym krakowskim, wieści nie ma — dodał. Uciekł w lasy.
Na wzmiankę o Łoktku zarumienił się wojewoda.
— Moim królem Jan — odparł — tamtego już nie znam.
To mówiąc dał znak marszałkowi, iż potrzebował mówić z nim na osobności. Teodoryk dosyć niechętnie, zawahawszy się trochę, począł iść przodem. Minęli stół od którego oczyma za niemi pogoniono. W końcu tej jakby obszernej sali, za zasłoną, oddzielony od niej, ale zrosły z namiotem wielkim, był marszałka sypialny razem z kaplicą.
Teodoryk podniósł kobierzec, którym zawieszone było przejście i wszedł pierwszy, wskazując wojewodzie aby szedł za nim. Tu stanął i czekał milczący.
—  W obozie złe chodzą wieści — począł Wincz.. Ludzie się moi niepokoją wielce. Gawiedź wasza plecie o pochodzie na Gniezno.
Wojewoda mówił to złamanym językiem, potrzeba mu było tłumacza i wskazał na drzwi. Marszałek udzielił pozwolenie. Kopa wszedł.
— Tak jest — szybko potwierdził Petrek. W obozie naszym wielki strach. Po drodze Nałęcze mają wioski.. obawiają się wszyscy..
Marszałek ramionami ruszył i wąsa pokręcił, flegma go nie opuszczała.
— Juściż na Gniezno i Wielkopolskę nie pójdziemy? zagadnął wojewoda, wpatrując się w oczy Krzyżakowi, który stał nieporuszony.
— Ja wcale dziś mówić nie mogę dokąd pójdziemy — odezwał się obojętnie, król Jan nadciągnie, zechce pewnie objąć Poznań, zechce wziąć Gniezno, my się temu sprzeciwiać nie możemy, kraj to jego.. królem nad nim jest, odebrać go powinien.
Wincz otarł twarz.
— Gdyby chciał Polskę tę objąć, niepotrzebuje jej niszczyć, oddamy mu ją.. rzekł — ja...
— A jeśli się grody upierać będą? odparł Teodoryk.
Wojewoda spuścił głowę.
—  Wierz mi, Palatynie — począł marszałek, nie przewiduj zbytecznie i nie trwoż się. Wojna i zdobycie bez szkód się obejść nie mogą. 
— Ale myśmy sprzymierzeńcy wasi, my idziemy z wami — będziemyż patrzali na zniszczenie mienia naszego!? zapytał Wincz.
Teodoryk w milczeniu zatarł ręce, brwi mu się w górę podniosły, usta poruszyły i skrzywiły, milczeniem mówić się zdawał.
— Na to poradzić nie mogę.
Cofnął się nieco w głąb małego namiotu.
— Palatynie, rzekł powoli mierząc wyrazy. Król Jan i zakon potrafią wam dobrą wolę okazaną zawdzięczyć. Znajdzie się czem wynagrodzić straty, lecz dla uniknięcia ich my sobie wyprawy psować nie możemy.
Tak! ożywiając się mówił dalej. Musiemy krakowskiemu królikowi wrazić strach i pokazać że się na wojnę z nami porywać niebezpiecznie. Pójdziemy ogniem i mieczem.
— Ależ to kraj nie krakowskiego pana, ale Jana! odparł żywo wojewoda.
Marszałek postrzegł że się wydał mimowolnie z tem iż w polską koronę Jana nie bardzo wierzył — i żywo wtrącił.
— Nie wiemy jeszcze nic.. nie wiemy. Zresztą, Palatynie — wasze majętności oszczędziemy i pominąć będziemy się starali.
—  Moje? odparł wojewoda — jabym o nie nie tyle stał, ale innych Nałęczów co są ze mną i burzą się.
— Burzą się? podchwycił marszałek — burzą? dajcie ich w ręce moje, ja uspokoję..
Uśmiech szyderski towarzyszył tej obietnicy.
Po chwili zadumany wojewoda począł znowu.
— Mistrz mi obiecał..
Marszałek który był przysiadł na posłaniu, wstał.
— Mistrz nie dowodzi wyprawą, i nie odpowiada za nią — rzekł. Po powrocie rozmówicie się z nim.
Nie siadał już i okazać się starał jakby rozmowę tę za dokończoną uważał. Wojewoda siedział, — znękany był i upokorzony.
— Wnijdźcie w położenie moje — rzekł głosem przytłumionym — proszę was, — wdzięczen wam będę.
— Położenie wasze! a tak — odpowiedział Teodoryk. Rozumiem że jest przykre — ale ja go osłodzić nie potrafię. Wszystkie jego następstwa musicie przyjąć. To było do przewidzenia.
Zmierzyli się oczyma, oburzony chłodem, w którym trocha przebijało się szyderstwa, Wojewoda wstał. Brwi ściągnął, chciałby był okazać się groźnym, nastraszyć, zaniepokoić — lecz Teodoryk patrzał na to jego podrażnienie i gniew z taką chłodną krwią, z jaką słuchał wymówek[28]
Wojewoda był w mocy ich..
Marszałek nie czekając aż wynijdzie, sam pierwszy podniósł zasłonę i powoli powrócił do swych gości, wiodąc za sobą jak skazańca, z wyrokiem na twarzy wypiętnowanym wojewodę.
Kopa wlókł się za nim.
Pozostała tu starszyzna i goście, którzy na powrót Teodoryka oczekiwali, powitali go zdala pół uśmiechami.
Wincz, niechcąc natychmiast ztąd uchodzić, padł na ławę zamyślony, lecz ukryć mu było trudno że na osobności rozmowa źle dlań wypaść musiała.
— Szkoda, panie Palatynie — podniósł głos komtur toruński, który łamaną mówił polszczyzną — żeście temu młokosowi królewikowi z Poznania dali ujść!! Gdyby się go nam było udało wziąć.. krakowski królik dałby nam za niego czego byśmy żywnie zażądali.
Wojewoda żachnął się.
— Ostrożny był — szepnął krótko.
— A w Pyzdrach — dodał komtur, gdzieśmy na pewno go się spodziewali, furtą tylną się nam wysunął.
— To wasza była sprawa nie moja — rzekł wojewoda. Samiście tam byli.
— Jego i tę pogankę żonę potrzeba było w Poznaniu zachwycić — dodał Elbląski komtur. Monarchą się chrześcijańskim niby zowie, do Rzymu pielgrzymował, do Awinionu teraz śle skargi, pobożnego udaje, a syna z poganką tego rodu bałwochwalców ożenił..
— Ochrzczoną jest — wtrącił Petrek Kopa.
Komtur się rozśmiał.
— Kto kiedy z poganina, chrztem zrobił chrześcijanina? — rzekł szydersko. Chyba zaraz oblawszy go wodą i krwią obmyć, aby nie miał czasu wrócić do własnych wyrzutów! Chrzest dobry jest tylko mieczem.
Ochrzczono ją, mówicie, a ja wiem że po dziś dzień obrzędy najobrzydliwsze pogańskie potajemnie sprawuje i do lasów jeździ dębom się kłaniać, szatanowi służyć!!
Okrzyk zgrozy rozszedł się pomiędzy biesiadnikami.
Oni tu ten cały kraj swój mianują chrześcijańskim — mówił Elbląski. Mają niby kościoły, mnichów.. ale poganie są.. Wszystko to udane, kłamstwo.
Wojewoda odezwać się nieśmiał, Kopa cofnął się i milczał. Marszałek nie mięszał się do rozmowy. Winczowi z rozkazu jego pigment podano w kubku, który on nietkniętym na stole zostawił.
Chwilę posiedziawszy, wstał z miejsca swojego, zlekka pozdrowił siedzących, którzy mu ukłonu nie oddali i wiodąc za sobą Kopę, wyszedł z namiotu.
Szyderskiemi oczyma ścigano go.. Milczenie trwało dopóki się nie oddalił.
— Moim zdaniem — zamruczał komtur toruński, jabym mu nie radził wierzyć. Mieć go trzeba na oku.
— A czegóż się od niego obawiać mamy?? oparł się Marszałek. Gdyby się do krakowskiego królika chciał wrócić, miecz go czeka, bo ten nie przebacza. Na łasce naszej jest.
Oboźny też wie, iż jego ludzi w środek brać należy i naszemi opasywać.
Był nam jeźli nie strasznym to niedogodnym, póki zemsta w nim nie zawrzała — a teraz!! Pogardliwie urwał Teodoryk.
Niektórzy dzielili zdanie jego, inni siedzieli milczący.
Przez rozwarte wnijście wielkiego namiotu widać było niebo czarne, zasiane gwiazdami i ziemię czarną zasianą ogniskami.. Z drugiej strony na tle nocy, płonęła łuna ogromna, poruszająca się, jakby szła i zbliżała, a goniła wojsko.
W dali rżały konie i pieśni pijane.. słychać było kłótnie przerywane nagle.. Wiatr niekiedy od strony spustoszenia przylatywał z poselstwem śmierci, z wonią zgorzeliska i trupów..
— Jak dzień do Kalisza — odezwał się Marszałek, aby nie mieli czasu się obwarować i zadługo nas tem nie strzymali.
Komturowie obrócili się do swych kompanów wydając rozkazy, biesiadnicy szli do swoich namiotów spoczywać.





IV.


Nie było czasu namiotów rozwijać pod Koninem, wojewoda krył się od słoty pod szałasem na prędce z gałęzi skleconym — przysiadł sparty o ściankę jego od strony nawalnicy przeciwnej — otulony opończą, z głową zwieszoną na piersi, nie podnosząc oczu, obawiając się spojrzeć przed siebie.
Nie ten to był człowiek, któregośmy dumnym, silnym, pewnym siebie w Pomorzanach widzieli, wyzywającym króla, gotowym walczyć ze światem całym. Była to ofiara namiętności własnych i niepoczciwości ludzi. Wychudła twarz, zapadłe szczęki, powiększone boleścią oczy, patrzące dziko, drgające ręce, uszy na najmniejszy szelest drażliwie — strasznym go razem i politowania godnym czyniły. Siedział sam, opuszczony przez wszystkich, bo służba nawet zbliżała się doń z obawą, niechęcią, ze wstrętem.
Prawa jego ręka Włostek, siedział gdzieś na uboczu...
Ziemianie, którzy nań napadali, szukając u niego ratunku, teraz już przekonani o bezsilności jego, opuścili zupełnie. Zemstą się odgrażano, lecz nikt się nie porywał z nią — każdy musiał myśleć o własnem ocaleniu. Od napadu na Łęczycę i Kalisz, spory kawał czasu upłynął, Wielkopolska w znacznej części została zniszczoną, złupioną, ogniem i mieczem obróconą w pustynię.
Ci co szli z krzyżakami, własnemi oczyma patrzeć musieli na płonące sioła swoje, na rabunek swych dworów... Niektórzy pouchodzili z obozu, innych uchodzących pochwycili i wiązali krzyżacy...
Wszystkie, najgorsze przepowiednie się ziściły... Kalisz został wzięty, za nim szerokim pasem poszła pożoga i śmierć...
Nigdy krzyżacy większego nie ukazali okrucieństwa...
Marszałek, który mało mówił, a wiódł bezlitośnie zastępy swe, nikogo nie opuszczając, raz tylko się odezwał.
— Niech się papieżowi skarży królik Krakowski — zobaczymy co zyszcze...
Urągano się królowi, który zdala i jakby nie śmiało szedł za zwycięzkimi rabusiami. Słychać o nim było, nie ukazywał się nigdzie...
Pomimo siły swej i zwycięztw, których żadne niepowodzenie nie zatruło, krzyżacy byli niespokojni. To widmo króla, chodzące za niemi ciągle, nie pochwycone i nie postrzeżone, nie dawało im usypiać na zgliszczach...
Polski oddział wojewody zdawał się iść z niemi po to tylko, aby patrzał na zniszczenie ziemi swojej. Wlekli się opasani jak niewolnicy, bezsilni.
Wojewoda napróżno wołał i prosił litości, płakał łzami krwawemi, — Marszałek słuchał go obojętny, a w końcu i słuchać poprzestał. Odmawiał mu rozmowy, posyłał do niego podwładnych. Zbywano go czasem słowem lodowatem, niekiedy urągowiskiem.
Zdrajca, od którego odwracali się wszyscy — pokutował, piekło nosząc w piersi i dręcząc się jak potępieniec. Nie było dlań ratunku — każdy dzień, każda łupież i zniszczenie nowe spadały brzemieniem coraz cięższem na obarczone starca sumienie...
Widok zemsty tej, którą wiódł z sobą na posiadłości Łokietkowe, już go nie rzeźwił i nie pocieszał. Uczucie to dawno było nasycone i zgasłe... Przed nim przyszłość stała tak straszna, że śmierć wydawała się wyzwoleniem.
W małych potyczkach, przy braniu miast, które się broniły, wojewoda rzucał się jak szalony w wir walczących, narażał na strzały, szukał śmierci tej, i znaleźć jej nie mógł.
Inna mu była przeznaczoną, i taka może, na jaką zasłużył. W obozie pod Koninem, już miara goryczy jaką mógł wypić człowiek, zdawała się wypełnioną. Wojewoda czuł, że dłużej patrzeć na tę rzeź nie potrafi... Mówiono do niego nie słyszał — zatopiony w sobie szukał sposobu tylko jakimby koniec swój przyspieszył.
Wieczór był późny, noc się zbliżała, pod szałasem wojewody ciemno się robiło, ze służby jego nikt nie przychodził, siedziała opodal tuląc się od deszczu pod wozami. W początku, gdy obóz rozbijano, czeladź chciała mu posłużyć, pytała o rozkazy, raz i drugi wojewoda ją rozpędził.
Siedział więc teraz samotny, znieczulony, obojętny, jakiś pół senny, pół martwy, zbolały.
Tymczasem Włostek, który miał nad nim litość, nie pytając już o rozkazy, o kilka kroków kazał namiot rozbić, łoże posłać i nocleg przygotować...
Ze wszystkich, co byli przy wojewodzie, on jeden najlepiej, najdawniej go znając, najśmielszym był, i gdy namiot rozpięto, zabezpieczywszy go sznurami od burzy — Włostek pod ciemny szałas wsunął się szukać pana.
Nic nie mówiąc ujął go pod rękę... Wojewoda wstał i nie pytając, dokąd go prowadzi, poszedł za nim. W namiocie rzucił się na pościel, i oczy wlepiwszy w małą lampkę, którą Włostek zapalić kazał, pozostał bezwładny... Jedzenia odmówił, wody brudnej napił się trochę...
Porzucono go tam samym, bo nikt się do niego nie zgłaszał już, nikt — i widzieć nie chciał. Ze wszystkiemi zwaśniony był...
Wojewoda ze znużenia drzemać począł, lecz zaledwie sen zamykał mu oczy, jakiś przestrach je otwierał, rzucał się — oglądał — trwożył...
Raz i drugi za miecz chwycił i odrzucił go precz. W tem zaszeleściało coś około namiotu, opłotki i zasłona się podniosła, wysoki mężczyzna obwinięty opończą z kołnierzem stojącym, ktorego[29] twarz była całkiem zakryta, ostrożnie wśliznął się do namiotu.
Wszedł, przystanął w progu, obejrzał się i widząc wojewodę, który za miecz ręką drżącą pochwycił — nie poruszył się tem, ani uląkł, pozostał obojętnym.
Wincz siadł na łożu.
Wnijście to człowieka z zakrytą twarzą zdawało się go przestraszać — zwolna przybyły odrzucił kołnierz, który mu krył oblicze, zdjął czapkę na czoło nasuniętą. Wojewoda poznał Dobka Nałęcza, którego od ostatniej z nim rozmowy i rozbratu w Pomorzanach, nie widział.
Dobek nie był z niemi... Cóż on mógł robić w krzyżackim obozie?
Żywy to był i straszny wyrzut — ten człowiek, który z nim jedną nie chciał pójść drogą, a teraz przychodził może urągać się jego spodleniu i upadkowi.
Dobek stał i patrzał — ale w wejrzeniu trudno było dobadać, litość przeważała czy wzgarda — oburzenie czy miłosierdzie.
Postąpił krokiem ku łożu, ręce załamał i głową zaczął potrząsać w milczeniu...
— Czego chcesz? krzyknął tem przedłużonem wpatrywaniem się w siebie rozgniewany Wincz. Czego tu chcesz? Głowęś przyniósł pod miecz...
— A — choćby — odparł obojętnie Dobek... Głowę stracić to nic, ale cześć stracić, imie pokalać, ród pohańbić!! to gorzej...
Wojewoda milczał drżący.
— Czegom tu przyszedł? mówił dalej — spytać przyszedłem ciebie o rachunek... Czem ty to zapłacisz, do czego swoją zdradą dopomogłeś i co na twój kark i sumienie spadło...
Słuchaj.
Wojewoda chciał przerwać, Dobek nakazał mu milczenie.
— Słuchaj! Oto masz lik twoich czynów... Łęczyca spalona i łęczyckie spustoszone, Kalisz wzięty... Z nim opanowane Gniezno!! słyszysz ty to?... Gniezno... Zamek, kościół, grób patrona, skarbiec świętego, wszystko złupione... Nakło w popiołach, Sroda spalona, Pobiedziska zrównane z ziemią, Kleck, Kostrzyń, Sieradź, Uniejów, Warta, Szadek...
A wsie, a kościoły, a klasztory, a ludzkich żywotów tyle, a zbiegłych tyle, co po lasach mrą z głodu, a krwawe łzy?...
Mało ci tego? Syt jesteś? Nie jeszcze? Czego ci więcej potrzeba?! Mów...
Jęknął Dobek.
Co się działo, gdy on to przerywanym mówił głosem, powoli jak krople wrzącej smoły na ciało nagie, rzucając te imiona na sumienie jego — co się działo z Winczem — Dobek sam nie mógł zrozumieć, oczy miał zakryte dłonią, a usta, które pozostały odsłonięte, ból wykrzywił.
Milczenie trwało długo, wojewoda nie odpowiadał nic.
— Mów — odezwał się Dobek... gdzie, dokąd ich jeszcze powiedziesz, i gdzie my z żonami i dziećmi przed tobą i przed niemi chronić się mamy?.
Ja nie mam już domu ni łomu, w lesie, w jamie tulę nędzę moją... srom mój, żem także Nałęcz jako ty... bo nas ludzie palcami wytykają.
Gdy to mówił, wojewoda się zerwał na nogi — a Dobek cofnął mimowoli, sądząc, że z mieczem się nań rzuci.
Lecz Wincz spojrzał nań tylko gniewnie, ręce rozpostarł i głowę pochylił ku ziemi.
— Jeszcze się to nie skończyło, co się poczęło — rzekł zadławionym głosem. Nie widzicie jeszcze końca — obróci się to inaczej... Z krzyżakami, z królem Janem, z Mistrzem... będę mówił, teraz z rozwścieczonym żołnierzem nie ma sposobu... Zdziczeli — słuchać nie chcą...
Dobek kiwał głową szydersko.
— A kiedyż słuchać będą? przerwał gniewnie — gdy jeszcze słabsi będziemy niż dziś! Albo to są ludzie? albo to chrześcijanie? Zdaliście siebie i kraj na katy... wzięli was — nie oszczędzą nas... myślicie, że miłosierdzie mieć będą?
— Nieskończone to! nieskończone! porachujemy się! zamruknął wojewoda — nie klnijcie mnie — ja krew i głowę dam, a złe to odrobię!
— Jak! czem! począł Dobek. Wrócicie życie zabitym! odbudujecie miasta!.. Oddacie nam cześć straconą!!
— Czegoż ty chcesz odemnie? wrzasnął zniecierpliwiony wojewoda, czego?
— Chciałem ci tylko pokazać jedną z ofiar twoich — rzekł Dobek... Masz ją — patrz na mnie... Ja, dzieci i wnuki przeklinać cię będziemy, ciebie coś dla swojej pychy i zemsty nas wszystkich poświęcił i kraj do zguby poprowadził. — Przeklęty bądź szalony starcze... przeklęty...
Wincz słuchał tego wybuchu z głową spuszczoną, nie odparł słowa — obijały się o niego te wyrazy, jak garść rzuconego piasku od żelaznej zbroi. Stał nieruchomy.
— Przyszedłem, dodał Dobek, aby kogo jeszcze czas ocalić i wyrwać z twoich rąk. Zabiorę Nałęczów — którzy warci są, aby ich ratować. Zostaniesz sam z miłemi krzyżaki...
Odwrócił się od niego...
— Nie waż mi się tego czynić! krzyknął wojewoda, postępując za nim. Zakazuję; niewiesz co jutro będzie — ja ich potrzebuję,...
— Abyś ich zdał wszystkich niemcom!!
Wincz chciał coś mówić, rzucił obłąkanym wzrokiem i wstrzymał się...
Dobek spojrzał nań i wypadł z namiotu. Zawrócił się, trzymając zasłonę nad sobą.
— Jedyny ratunek, rzekł — chcesz? idź z nami. Wymkniemy się całym oddziałem z obozu, i pójdziemy precz... przebojem, gdy trzeba. — Wojewoda zmarszczył się i nogą uderzył o ziemię.
— I ja niepójdę — i ty mi ludzi się nie waż odciągać — potrzebni będą. Powiadam ci — nieskończona sprawa. — Potrafiłem zło uczynić, potrafię je naprawić — ale...
— Ale chcesz, byśmy ci teraz zawierzyli? zaśmiał się Dobek... Zapewne!!
I opuścił namiot.
Wojewoda, który aż do progu się za nim posunął — wstrzymał się tu, zwrócił namyśliwszy i padł na łoże. —
Po chwili zawołał Włostka, który zawsze czuwał w blizkości... kilka słów mu szepnął... i odprawił. Mimo znużenia nie mógł zamrużyć oka i oczyma szeroko otwartemi, patrzał na wnijście do namiotu. — Czekał, Włostek zjawił się po długim oczekiwaniu.
Polecono mu było iść w ślad za Dobkiem i wstrzymać tych, coby z nim uchodzić chcieli. Lecz jak wojewodę nie bardzo słuchano, tak i jego sługa dziś dawnego miru nie miał w wojsku.
Na próżno więc szukał Dobka i chciał dojść gdzie się obracał, odprawiono go gburowato, nie dopuszczono do namiotów... — dopiero ze dniem obiecywał się dowiedzieć, czy kto z ich oddziału nie uszedł.
Wincz nie odpowiedziawszy na doniesienie, głowę spuścił, ręką dał znać i pozostał na łożu, ale sen mu powiek już nie kleił. — Rzucał się — walczył sam z sobą. — Przekleństwa Dobka teraz dopiero skutkowały, powtarzając mu się w uszach...
Wieczorny szmer powoli ustawał w obozie, deszcz też i wiatr przeszły, niebo się nieco oczyszczać zaczęło. Cisza nocy nadchodziła.
Wojewoda pragnął spoczynku — i znaleść go nie mógł — przerzucał się z boku na bok — wstawał, siadał, kładł się, jęczał.
Z wiadra wody, które stało w namiocie zaczerpnął kilka razy — jakby go wewnątrz paliło. —
W tem ściany płócienne namiotu poruszyły się, jakby albo wiatr niemi rzucił, lub nieświadoma ręka szukała wnijścia do niego.
Wojewoda, który wiedział ilu miał nieprzyjaciół, a po Dobku przez przekleństwo domniemywał się, iż na życie jego godzić mogą — schwycił mieczyk...
Stąpanie ostrożne dało się słyszeć — zasłona uchyliła — ktoś wchodził... Wincz stanął, zerwawszy się z mieczem w ręku...
Lecz w progu ukazała się cała okryta czarną zasłoną — niewiasta, która chwiejąc się i słaniając, wchodziła nieśmiało, a ręce podnosiła, jakby szukała i potrzebowała podpory.
Choć twarzy jej nie mógł dojrzeć wojewoda — drgnął — mrowie po nim przebiegło...
Postawą i ruchami przypomniała mu żonę, Halkę jego...
Białą i wychudłą ręką zwolna podniosła część zasłony i odkryła twarz troskami zmienioną i wybladłą.
Ona to była.
Po tylu doznanych strapieniach, po walkach wewnętrznych, po tem życiu piekielnych mąk, wspomnienie, które mu to niewieście serce przynosiło, było tak odżywiającem, że na chwilę zapomniał o wszystkiem.
Z rozrzewnieniem, rzuciwszy miecz, przybliżył się do niej...
— Ty tu... Halko moja...
Przywiązana żona, posłuszna niegdyś niewiasta, której znał miłość dla siebie, zamiast rzucić się w jego objęcia — cofnęła się krok.
Zdawała się mówić by się nie zbliżał.
Upokorzony Wincz stanął.
Halka mówić nie mogła jeszcze — ręką cisnęła piersi, oddychając ciężko, przysłaniała sobie załzawione oczy.
Duma nie pozwalała mu mówić więcej.
— Tak — ja — ja — przyszłam raz jeszcze do ciebie — poczęła Halka cichym głosem. Przedarłam się tu, mimo niebezpieczeństwa... Wincz... ratuj siebie i nas!!
Ponuro zamruczał coś wojewoda[30]
— Co, wam, babom, mięszać się do spraw naszych — odezwał się wyraźniej. Co wy rozumiecie? Czekajcie... Jeszcze nie koniec...
Błysnął oczyma i tchnął ciężko, niewiedział co mówić.
— Nie czekaj końca — przerwała żona — jakiż on być może? Zguba ostatnia...
Zapłakała... Wincz się burzył...
— Mówicie o ratunku! jakiż teraz może być! Wojna nie skończona... Ja tu nie mam z kim gadać — Króla Jana nie doczekali się, Mistrz w Malborgu — to głupia dzicz. —
Halka obejrzała się w koło, jakby obawiając być podsłuchaną, załamała ręce.
— Porzuć ich — rzekła — odstąp...
— I cóż pocznę naówczas z sobą? szydersko zawołał wojewoda... Wybiją nas do nogi. Do kogoż się zwrócę?
Halka obejrzała się raz jeszcze. —
— Do króla Władysława! szepnęła — do naszego króla...
Wojewoda w gniewie i oburzeniu rzucił się aż w koniec namiotu.
— Ja? do niego? Miałbym się kłaniać, aby mnie nogą popchnął? temu, który mi srom wyrządził, którego nienawidzę... nigdy w życiu!!..
Żona patrzała nań, dając mu się wyburzyć. Znała go zapewne i wiedziała, że pierwszemu wybuchowi potrzeba było dać ostygnąć...
Wincz zrywał się i poruszał gwałtownie, sam do siebie mówiąc — ona nie odzywała się, ścigała go tylko oczyma.
— Lepiej umrzeć, lepiej zginąć! zawołał.
— A co śmierć pomoże? poczęła zwolna Halka. Nazwią cię po śmierci zdrajcą, jako dziś zowią. Idąc do króla zmażesz tę zdradę w uniesieniu popełnioną...
Wincz ponuro zadumany stał, szarpiąc kaftan na sobie.
— Nie — nie może to być — odparł. Ja mojej głowy mu nie poniosę. On mi przebaczyć nie może, to darmo, bo w waszych tylko mózgach roić się może takie pojednanie. To nie męzka rzecz... Nie — nie. Siebie znam — nie daruję mu nigdy krzywdy mej, jego znam — on nigdy nie wróci mi łaski... Mam ginąć...
Nieskończył.
— Król przebaczy — po chwili milczenia — głosem pewnym odezwała się Halka.
Wincz wpatrzył się w nią.
— Zkąd to wiesz?
— Wiem — na pewno — powtórzyła — przebaczy...
Wojewoda zbliżył się niespokojny.
— Mów — począł naglić — zkąd ty przybywasz? kto ci zlecił? mówisz to z siebie?
Wojewodzina wystała trochę, jakby szukała w sobie natchnienia, co powiedzieć była powinna — co zamilczeć — odwaga w nią wstępowała, policzki się lekko zarumieniły.
— Jadę z tamtąd, rzekła — gdzie mogłam na pewno się dowiedzieć — o tem, co król myśli. Nie zlecono mi nic, bom nie wiedziała, czy się tu dostanę, lecz głową moją ręczę — przebaczy!! Będziesz mu jak byłeś radą i wodzem... zapomni coś zgrzeszył — jedź ze mną — jedź... błagam.
Spostrzegła wahanie się męża i nalegać poczęła.
— Winczu mój — ty wiesz jak mi twoja cześć droga. Zaklinałam cię, byś nie wiązał się z niemi. Gniew zaślepił, krwawo zapłaciłeś za to. Jeszcze czas — jedź ze mną... wszystko naprawim...
Nadzieja ta niespodzianie błyskająca wojewodzie, w osłupienie go wprawiła — walczył z sobą. — Halka zbliżyła się doń i rękę kładnąc na ramieniu, łagodniejszym głosem poczęła po cichu.
— Obóz króla niedaleko — nie wiedzą o nim krzyżacy, upojeni swojemi łatwemi zwycięztwy. Spili się krwią. Król za niemi goni, ściga ich, czekając chwili tylko.. Jedź ze mną... Noc czarna... Powrócisz przede dniem.
Wincz zaledwie mógł uszom swoim wierzyć — Łoktek więc był tak blizko? Ścigał krzyżaków? nie lękał się ich i czyhał na nich?
Szala mogła się przeważyć!
Gdyby nie żona, której ufał, zaledwie by mu się to zdało możliwem...
Z ciekawością począł dopytywać o króla Władysława, lecz Halka nie będąc pewną nawrócenia, miała to pomiarkowanie, iż obrotów jego zdradzać nie chciała. Była w obawie, czy się mimowolnie nie przyczyniła też do jego zguby.
— Przyszłam tu po ciebie, aby cię z ich szpon wyrwać — rzekła — chcesz ze mną do króla... jedź... nie? — po cóż ci wiedzieć o nim, abyś ścigał? a ja bym ci go na zemstę dać miała!!
Cofnęła się oburzona samą tą myślą, i usta zacięła.
Wyczekawszy trochę, Halka padła przed nim na kolana, poczęła ściskać jego nogi...
— Słuchaj — jedź ze mną. — Ja za twe życie i bezpieczeństwo stoję. Powrócisz cały, czy się z nim ugodzisz, czy nie. Słowo mi dali na to... Słowo królewskie święte... jedź ze mną...
Przez myśl wojewodzie przeszło wszystko, co wycierpiał od krzyżaków, od swoich, przekleństwo Dobka, wyrzuty własnego sumienia; nagle z porywczością taką, jakby sam siebie się obawiał, chwycił hełm i płaszcz, nic nie mówiąc. Halka żywo, jakby w nią z nadzieją nowe wstąpiło życie, poczęła mu pomagać do odziania się.
Niepotrzebowała już słowa, znała człowieka... postanowił jechać. Serce jej biło radością niewymówną, oczy błyskały łzami szczęścia.
Wojewoda z gorączkowym pospiechem przypasywał miecz, brał i rzucał odzież... oczy jego latały po namiocie — ale nie mówił nic.
Nie wołał nawet Włostka, bo i jemu zwierzać się nie chciał...
Dogorywającą lampkę zdmuchnął... rękę podał żonie... Szli już z namiotu precz... nie spytał nawet, jak się z obozu wydobyć, jak do króla dostać mieli, ufał żonie, a do stracenia — nic już nie miał... nie dbał o nic.
Gdy wyszli z namiotu... Halka zawahała się trochę, szukając kogoś oczyma, dwa nieruchome cienie stały opodal trochę... Szli ku nim...
Noc była czarna — wiatr, który się uspokoił, zrywał się znowu chwilami, przelatywał szumiąc nagle i opadał — niebo zakrywały chmury, pomiędzy któremi blade gdzieniegdzie gwiazdki ukazywały się i znikały.
Halka szła śmiało... aż do tego miejsca, w którem postrzegła stojących nieruchomo ludzi...
Jeden z nich przystąpił do niej bliżej — i poznawszy ruszył przodem, wskazując drogę. Drugi pozostał za niemi w tyle.
Wojewoda, który nie pytał o nic i dał się wieść — mijając tę postać tajemniczą, co miała im towarzyszyć — rzucił na nią okiem i zdało mu się, że poznał jednego ze swoich... Tym tylko sposobem dawało się tłumaczyć — iż Halka przez obozowisko dostała się do jego namiotu.
Byli tu tacy, co jej pomagali... Wiodący ich przodem szedł ostrożnie, pomijał szałasy, a nadewszystko niedopalone ogniska, których światło zdradzić by ich mogło. — Szli ciągle przez stanowiska zajęte ludźmi wojewody... i niepotrzebowali przebywać krzyżackich, pomiędzy które ważyć się nie było bezpiecznem.
Pochód ten pieszo po nocy, trwał dość długo, bo kilka razy krzyki i wrzawa niedalekie zmuszały ich wstrzymywać się, czekać, oglądać, aby nie wpaść w ręce ciurów i hałastry, której obozy pełne były.
Tak przedarli się w końcu na łąkę, wśród której spętane konie biedniejszych ludzi pasły się pod dozorem czeladzi... Ale ta spała znużona...
Z boku stały konie i ludzie... Spodziewano się, czy nie, wojewody, lecz wierzchowiec dla niego czekał osiodłany. Halka, która dawniej nieraz w szczęśliwych czasach mężowi towarzyszyła na łowy — dosiadła pierwsza podanego jej konia; dwaj ludzie towarzyszący im dotąd, skoczyli na siodła. W milczeniu, cicho, stępią wyruszyli od skraju obozowiska, łąką, po nad rzeczułką, ku czarnej ławie lasów, stojącej w dali. Przewodnik świadom drogi mimo nocy wiódł z pewnością taką, jakby z zawiązanemi oczyma mógł się tędy przedzierać.
Gdy tentent już w obozie dosłyszanym być nie mógł, żywszym kłusem puszczono konie. Wojewoda, jadący obok żony, z głową obwisłą na piersi — nie otwierając ust, cały w sobie zamknięty — dawał się prowadzić, nie okazując znaku życia.
Halka z odsłonioną twarzą, którą wiatr smagał, w dal oczyma otwartemi napróżno patrząc, jakby ciemności zwyciężyć chciały, spieszyła to pół słowy nagląc wiodącego, to się zwracając ku temu, który jechał za niemi.
Poruszoną była i — dawała rozkazy, czuła się wodzem...
W lesie stało się straszliwie ciemno i droga była prawie nie do rozpoznania. Tu już przewodnik najlepszy niemógł nic, lecz stał za niego instynkt zwierząt; konie czuły miejsce, z którego wyszły i gdzie ich reszta pozostała. Puszczono je swobodnie...
Drożyna ciasna nie dozwalała inaczej jechać jak gęsiego, i żona puściła wojewodę przed siebie, sama zostając w tyle...
Zdawało się marzącemu o tem, co się stało wojewodzie, niepodobieństwem, ażeby w tak niewielkiej odległości od Krzyżaków Łoktek miał się znajdować. Nieograniczone zaufanie, jakie w żonie pokładał jedne, go uspokajało...
Myślał będzieli możliwem dotrzeć do Łoktka i nim zadnieje powrócić niepostrzeżonemu do namiotu?...
Nie pytał jednak, nie mówił nic — czekał...
W tem rżenie konia dało się słyszeć zdala, a te, na których jechali, odpowiedziały na nie wesoło. Nic jednak jeszcze widać nie było, ciemności leśne ich otaczały, a puszcza była podszyta i gęsta...
Nie rychło — poczuli dym w powietrzu, to było drugie znamię zbliżania się do ludzi... naostatek błyszczą ogniki jakieś z pomiędzy gałęzi. Jadący przodem zwolnił kroku.
Zatrzymali się na brzegu lasu... U nóg ich w dole była dolina nad rzeczką, rozlegająca się szeroko, w której domyślać się było można obozu.
Jadący przodem poskoczył, szukając straży obozowej, która tuż się znalazła. Poszeptali z sobą.
Stępią i po cichu posuwali się ku dolinie...
Cicho leżał obóz uspiony na pozór, lecz w istocie czuwający i jakby przyczajony. Ludzi pieszych snuło się wielu od namiotu do namiotu, we zbrojach, przy mieczach pilnujących porządku.
Nie było to owo wrzawliwe, a pijane obozowisko krzyżackie, ale coś na kształt zasadzki, wyczekującej chwili sposobnej aby się rzucić na nieprzyjaciela...
Wojewoda kapturem przysłonił twarz... jechał niespokojny, oglądając się ku Halce, która, jak tylko droga pozwoliła, zrównała się z nim, stając do jego boku.
W pośrodku plac był obszerny, obwiedziony sznurem — na nim duży namiot szary przysadzisty i jak kilka grzybów z ziemi wyrosłych, trochę mniejszych po bokach...
Tu straże gęściejsze chodziły... W namiocie wielkim przez płótno widać było światełko we wnętrzu.
Przewodnik zsiadł, a za jego przykładem wojewodzina zsunęła się z konia. Naprzeciw nim szedł już słusznego wzrostu mężczyzna, któremu kobieta szepnęła słów parę i ciągnąc męża za sobą pospiesznie, podeszła z nim do namiotu.
Dawał z sobą czynić co chciała... nie miał woli...
Towarzyszący im ludzie pozostali w pewnem oddaleniu...
Gdy tak czekali u drzwi namiotu, wojewodzina zbliżyła się do męża, chwyciła rękę jego i do ust ją przykładając, zawołała poruszona, głosem, w którym łkanie słychać było...
— W twoich rękach los nasz! cześć nasza... życie... wszystko...
W tem podniesiono opłotek, światło przedarło się z wnętrza, i na jasnem tle, wystąpiła maleńka, znana wojewodzie, postać króla, który sam wychodził ku niemu do progu.





V.


Milczący ku sobie się zbliżali; król taki, jakim bywał w najcięższych życia chwilach, kamienny, nieporuszony, zdrętwiały a silny — wojewoda zburzony, niespokojny, upokorzony, roznamiętniony walką z sobą samym, nie pewien, co pocznie — przybity i dumny razem.
Od jednego słowa, od brzmienia jego głosu zależeć mogło wszystko...
Wincz téż nie spieszył się przemówić, a król patrzał nań cierpliwie i czekał. Mierzyli się oczyma. Łoktek spokojem swym zwyciężył go, wojewoda spuścić wzrok był zmuszony.
Nie mogąc doczekać się od niego słowa, bo Wincz jak winowajca stał z głową zwieszoną, niemy, oczów już nie śmiejąc podnieść ku niemu; król szepnął cicho, głosem, w którym boleść mężna brzmiała i nieulękniona.
— Nie tak my z tobą spotykać się byliśmy powinni — nie tak!..
Z piersi Wincza wyrwało się coś niewyraźnego jak łkanie i poplątane wyrazy, bezładne — raczéj jęk boleści i upokorzenia.
Łoktek rękę ku niemu wyciągnął.
— Przyszedłeś tu, zawierzyłeś mi, toś już wielki krok uczynił — z Bożą pomocą i reszta się dokona.
To mówiąc, począł król iść ku środkowi namiotu skromnie i prawie ubogo, jak zwykle urządzonego — wojewoda wlókł się za nim.
W tém podniósłszy oczy zdala spostrzegł stojącego w rycerskiéj a pańskiéj postawie, lecz z łagodnym twarzy wyrazem młodego Kaźmirza, i — pobladł na widok jego.
Przypomniał mu upokorzenie, on, co był zajścia całego przyczyną.
W téj chwili, oblany krwią, która mu na twarz wystąpiła, wojewoda możeby się był cofnął — gdyby królewicz z wyciągniętą doń ręką nie przystąpił.
Nie rzekł nic, lecz pokazał, że nie pamiętał winy i gotów był ją przebaczyć.
Wojewoda, który czuł się winnym, dobrocią obu złamany został, skłonił głowę — okazując się na wszystko gotowym, powolnym.
— Słuchaj Wincz — odezwał się król, gdy młody pan odstąpił nieco, nie chcąc się mięszać do początku rozmowy, któréj pozostał świadkiem. — Słuchaj Wincz, na rany Zbawiciela, na miłość dla téj korony, którą mi zdobyć i połączyć pomagałeś; na dawne twoje przywiązanie dla mnie, — zaklinam cię — krok twój nieszczęśliwy napraw!!
My — tu wskazał na syna — zapomniemy o wszystkiem — ja ci na to uroczyście przysięgam! Ratuj, nie mnie, nie nas, ale Polskę. — Jam dla téj korony nie jeden raz życie niósł i dziś je dać gotów jestem! Ty jéj nie gub i nie podawaj w ręce obcym...
Wincz rękę położył na piersiach i wyjęknął.
— Panie mój!... Głosu mu zabrakło.
— Widzisz, co ci złoczyńcy, z któremi sprzymierzyłeś się, czynią z nami. Doświadczyłeś już ich — mówił król. Zniszczyli tę twoją i moją Wielkopolskę, stratowali ją, spustoszyli, złupili.
Nikomu oni nie przebaczą — ani wam! Zgubicie kraj, zginiesz ty!
— Panie! miłosierny Panie! — począł wojewoda — ah! zawiniłem... aleś ty mnie starego w samo serce ubódł, upokorzył i znieważył... Oszalałem z bólu.
— Ja? czém? — przerwał król. — Wincz, ty sam zważ i sądź! Ja sam gotówem synowi miejsca ustąpić, a tyś chciał, abym ciebie przeniósł nad niego? Przecież on, dali Bóg utrzymać ją na skroni, będzie koronę nosił; a żeś ty przyszłemu królowi rządów musiał ustąpić — byłoż to upokorzenie?
— Wojewodo — odezwał się Kaźmierz zdala, głosem łagodnym, szanowałem cię i byłbym rad twych słuchał jak ojcowskich. Źli ludzie podbechtali na mnie... i oni są sprawcami niesnaski. Ja was uniewinniam...
W tém król pomilczawszy dorzucił.
— Słyszysz! Wincz... Zawdzięczymy ci oba — powracaj do nas — powracaj...
Wojewoda tchnął z głębin piersi.
— Panie — szepnął wahając się — jakże to dziś się da zrobić? Jam w ich rękach — niestety! Chcieć się wyrwać, wyrzezą nas do nogi zbójcy ci... Ze mną ród mój niemal cały...
Król przysłuchując się, powoli począł przybliżać do niego.
— Byle najmniejsze podejrzenie powzięli, tego im potrzeba — ciągnął daléj wojewoda — osaczą nas jak zwierza w lesie, siły nasze im nie sprostają — zginiemy wszyscy... Co komu po tém!
— Zgubić się byłoby nierozumem — przerwał żywo Łoktek — tego ja od was nie chcę, ani myślę na to narazić. Owszem, pozostańcie z niemi, idźcie... Nie wydawajcie się z tém wcale, co w sercu mieć będziecie i myśli.
Ja — ścigam ich od dawna, krok w krok dążę za niemi — blizka jest, zdaje mi się chwila, gdy się rzucę na nich, wtedy kiedy się mnie najmniéj będą spodziewali.
Jeźli nie do walnéj bitwy, któréj ja im wydawać nie myślę, przyjdzie do rzezi i pomsty!!
Gdy zawre... naówczas ty, bądź pogotowiu; napadnijcie na nich wraz ze mną, z drugiéj strony, a sprawim im łaźnię, iż noga ich nie ujdzie ztąd.
Zapłacą za krew ziemian moich i chłopków!
Król mówiąc to, zadrgał cały.
— Zapłacą! — powtórzył zimno i dobitnie — zapłacą!
Wojewoda podniósł powoli oczy, w króla się wpatrzył i głową dał znak przyzwolenia na myśl jego. Łoktek mówił daléj.
— Chcieli mnie zniszczeniem ziemi mojej przerazić i odstraszyć, okrucieństwem zmusić, abym im oddał na pastwę Pomorze, z czémś więcéj jeszcze i pokłonił się... — ale nie dopną czego chcieli. Ząb za ząb, będę i ja okrutnym, nie przebaczymy ani płaszczom białym, ani złotym łańcuchom, ani panom gościom co na nas chrześcian jak na łowy przyjeżdżają.
Wstrząsnął się cały król, lecz natychmiast ostygać począł.
— Chwila blizka — mówił daléj Łoktek patrząc na wojewodę zdumionego i jakby niedowierzającego...
— Ufam w Bogu moim, nie może on dopuścić aby się bezkarnie pastwiono nad narodem chrześciańskim. Pomścimy krzywdy nasze, a tych żołdaków zgnieciem...
Nie będziesz czekał długo, pewien jestem! Padnę na nich gdy o mnie wiedzieć nie będą... ani się spodziewać; ale ty, wojewodo, pomocą mi być musisz... W ich krwi zmażesz winę twoją.
Król zamilkł, wyciągając go na odpowiedź.
— Miłościwy panie — począł Wincz, — Bogdaj się wasze ziściło proroctwo... — Niech się stanie jakoś rzekł... Lecz, lękam się ich przemocy, na rozdzielonych trzeba wpaść.
Liczbą i zbroją przemagają nad nami. Jak tu się porwać na te kłody żelazne chodzące, od których nasze strzały odpadają bezsilne... A tyle ich zwlokło się tu na łupieże.
— Nie frasuj się — odparł król, — wybrać godzinę — moja rzecz. Opatrzę ją, ale na główny oddział muszę się kusić, aby najdostatniejsi dowódzcy głowy położyli... po ciurach mi nic... Sciągnę ich łatwo. Komturów i grafów ich łaknę — i będę ich miał....
Oni sami nauczyli mnie, że bez szpiegów wojny nie ma.
Znajdę ich w obozie, snują się koło niego, idą za nim... Patrzę i z oka ich nie puszczę.
Ty, czekaj gdy ja pocznę, a posłyszysz surmy nasze... rzuć się na obrzydłych siepaczy — życia nie dawać nikomu...
U mnie też garść jest żołnierza, który ich niemieckiemu nie ustąpi i tak okuty, a dzielniejszy, obrotniejszy... Mam też Węgrów, co i Czechom nie zejdą z pola...
Uśmiechnął się król...
— Chwili tylko muszę wypatrzyć.
Łoktek dokończywszy, patrzał jeszcze na milczącego. — Obie ręce swe silne, żylaste, namulone wyciągnął ku niemu...
— Dajże mi słowo, Wincz, mnie i synowi.
Tu Kazimierz się zbliżył, rękę wyciągając także.
— Wojewodo, rzekł — zapomnijże raz i wróć do nas... Uratujmy Polskę... pomóż nam do tego... Prosimy cię oba.
Wojewoda był poruszony, nizko skłonił głowę, obie ręce skrzyżował na piersiach.
— Uczynię jak rozkazujecie, rzekł krótko. — Uczynię, tak mi dopomóż Boże. — Zawiniłem, przebaczyliście krewkości mej, niech Bóg wam to płaci... Jam wasz — wasz...
Rozrzewnienie w mowie czuć było. Złożył palce dwóch rąk na krzyż, wyciągnął je i jak znak krzyża ucałował, składając nań przysięgę...
— Tak mi pomóż i zbaw Boże!
Król wziął ze stoła stojący krzyżyk i okazując go, zawołał podniesionym głosem:
— Wincz, znasz mnie nie od dziś! Ja ci też poprzysięgam przebaczenie i łaskę moją zapewniam... Włos nie spadnie ci z głowy. Uratujesz koronę tę... Z tobą ja ich pokonam, wypędzę i krwawo zapiszą swój powrót...
Kazimierz przystąpił też żywo i wojewodę ściskać zaczął, który mu do nóg się pochylił.
Gdy w ten sposób umowa uroczyście zawartą została, król korzystając z czasu żywo rozpytywać począł o siły krzyżaków, o dalsze ich zamiary, dokąd ciągnąć myśleli: czy się mieli znów ku Kaliszowi zawrócić?
Wojewoda w niewielu rzeczach mógł króla objaśnić — bo to wiedział tylko, na co patrzył, a zresztą, niemcy się przed nim taili i milczeli.
Między wielkopolanami a niemcami, chociaż razem szli, coraz mniej było porozumienia i zgody. Wojna, w ktorej[31] oni często napastowanych i krzywdzonych braci swych bronić usiłowali — coraz bardziej z obu stron rozjątrzała. Musiano czasami rozsuwać obozowiska aby, do krwawych zajść nie przyszło.
Gorącej krwi Nałęcze często się burzyli, dobywali kordów, a niemcy ufni w swą siłę, nacierali na nich kupami i starszyzna wdać się musiała; tak ich rozerwać było trudno.
Nie jeden trup w nocy z rozpłataną głową legł potem i znalazł się nad ranem pod polskiemi lub niemieckiemi namioty, co go ze dniem straże za nogi wywlekać musiały, aby nie widzieli wszyscy... Znikali ludzie, a nienawiść rosła.
Marszałek, wedle opowiadania wojewody, coraz mniej miał dla niego względów, przyjmował go chłodno, niezapraszał nigdy, a gdy się wśród ich uczty zjawił, okazywano mu, nie kryjąc się, jak go sobie ważono mało.
Ile razy zapytywał wojewoda o pochód dalszy lub chciał obronić swoją ziemię od najazdu, zbywano go szyderstwy i ogólnikami. Nie zwierzano mu nic, i niesłuchano w niczem.
Król słuchał tych skarg z pociechą wielką, widząc z nich, iż wielkopolanie na duchu byli przygotowani do odstąpienia krzyżaków. Skinienia tylko na to było potrzeba.
Wojewoda, który tejże nocy musiał do obozu powracać, zabrał się żegnać króla i królewicza, nie tak jak ich witał z obawą, ale po staremu do kolan im się zginając. — Król ściskał go, Kaźmirz z uśmiechem ręce wyciągał.
Wiedli go tak ku wyjściu.
— Nie zrywaj się sam — dodał Łoktek — nie wydawaj się z niczem, czekaj aż na nich uderzę, a posłyszysz surmy moje... Znasz je, bo cię nieraz do boju wzywały. Nie grają one łagodnie, krzyczą, bo do zemsty wołają!!
Marszałkowi kłaniaj się do chwili ostatniej, aby ci ufał...
Nie będziesz już czekał długo, mam ufność w Bogu — niech on cię szczęśliwie prowadzi.
Wojewoda wyszedł z namiotu jak upojony, odrodzon, oczyszczonym się czując — innym wcale, niż tu wchodził.
Powietrze do oddychania zdało mu się lżejszem.
O krok od progu czekała nań niespokojna żona, podszedł ku niej i objąwszy rękami całować, począł z rozrzewnieniem wdzięcznem.
— Bóg płać! szepnął — tobiem to winien — wierna moja, poczciwa Halko... Stało się, jakoś ty u Boga wymodliła i dobrze się stało...
— Wracasz tam? zapytała wojewodzina, widząc, że chciał iść i oczyma koni szukał.
— Muszę, natychmiast — rzekł krótko wojewoda. — Mam rozkazanie pańskie i tam najpotrzebniejszy jestem.
— A ja? zapytała nieśmiało żona.
Wincz ręce opuścił — zamyślił się.
— Nie — teraz do naszego obozu wziąć cię nie mogę[32] — Do domu wracać niebezpieczno... któż wie, jakiej zemsty i kto na mnie szukać zechce? Musisz tu zostać...
— Do klasztoru? spytała Halka.
— Alboż ci psi klasztory szanują, wyrwało się wojewodzie. Nie — zostań gdzieś była, połączemy się wkrótce, król ci opiekę da.
— Kto się opiekował tobą?... spytał w końcu.
— Wielu dla mnie było pomocą, odparła wojewodzina, a najlepszym przyjacielem Floryan Szary ze Surdęgi — ten co ma moją powinowatą za sobą.
— Szary? Ten u mnie bodaj w Pomorzanach od Hebdy posłem był? Tak — li? niemówił o tem?
— On jest, on[33]
Wojewoda się obejrzał.
— Gdzież go szukać? rzekł.
Wojewodzina zwróciła się, czując, że ten opiekun niedaleko być musiał, bo on ją z jednym z Nałęczów do męża wodził.
W istocie Floryan stał o kroków kilka. Wincz podszedł ku niemu, gdy go wskazała.
— Żonę wam w opiekę oddaję, odezwał się, rękę doń wyciągając. Bóg da, kiedyś wszystko dobro odwdzięczę.
Floryan skłonił głowę, dając znać, że przyjmuje, co mu zwierzono.
— O wdzięczności to tam niema co mówić — odparł raźno. — Czyni się, co człowiek powinien nie dla niej, a dla miłości Bożej i ludzi.
Nie troskajcie się o panią waszą. Strzedz jej będziemy — a teraz chcecieli być u siebie pod namiotem, nim niemcy się pobudzą — jedźmy. Spieszyć trzeba.
Żona rzuciła się Winczowi na szyję i tak długo trzymała go w uścisku, aż się z niego na ponowne napomnienie Floryana sam wyrwać musiał.
Natychmiast we trzech siedli na świeże konie i kłusem popędzili ku lasowi. Nocy jeszcze stało dosyć na przebycie drogi przed porankiem, lecz do obozu ostrożnie się zbliżać było potrzeba, ażeby niemcy wycieczki tej nie wyszpiegowali.
Szło teraz wojewodzie o to, aby najmniejszego nie ściągnąć podejrzenia. Mściwy człek równie pragnął się odpłacić za lekceważenie i pogardę krzyżakom, jak wprzódy na królu chciał mścić się upokorzenia swego. Dusza mu się radowała na tę myśl, iż dumnych mnichów rzezać i gnieść będzie bez litości.
Dla króla, który się tak łaskawym dlań okazał i przyjął go jak marnotrawnego syna z miłością ojcowską — wdzięcznością pałał... Nie upokorzył go on, nie poniżył — przytulił owszem. Wszystko więc zatrzeć się mogło, a Dobek zuchwały miał się przekonać, że wojewoda Nałęczów nie zgubił i nie zbezcześcił.
Znowu przyszłość lepsza uśmiechła się wojewodzie, ale ciężkie jeszcze przejść musiał koleje, nimby dobił się do celu.
W tych myślach milcząc, przejechał las ze swemi towarzyszami. Wyjechali na równinę, wśród której zdala pod miastem obóz się rozpościerał.
Noc była jeszcze, lecz od strony wschodu niebo zaczynało przybierać tę barwę płową, która poprzedza świtanie. W dolinie ognisk jeszcze widać nie było, ruchu nie słychać — konie pasły się na łące, a ciury nadedniem spały mocniej jeszcze, tak że przejeżdżający minęli ich niepostrzeżeni. Szary zatrzymał się tu i wojewodę pożegnał.
Dalej nie był mu już potrzebnym.
— Pomnij przyjacielu, com ci zwierzył — szepnął Wincz.
— Spokojni bądźcie — to sprawa sumienia — rzekł zawracając Floryan.
Wjazd do obozu, skutkiem pospiechu i nieuwagi, nie obszedł się bez wypadku. Wojewoda zapędziwszy się trochę za daleko na prawo, zamiast wprost wjechać między swoich — znalazł się wśród krzyżackich namiotów. Straże około nich ospałe krążyły. Poskoczył zaraz niemiec i za uzdy konia mu pochwycił.
Wer da?
Towarzysz wojewody i on sam poczęli po polsku łajać, co sprawę pogorszyło. Wszczęła się wrzawa, wojewody znać nie chciano, niemiec uzdy konia jego nie puszczał i z mieczem się nań porywał. W namiotach pobudzili się inni i przybiegali. Otoczono ich kołem.
Cały niemal obóz zatrwożony się zrywał, a marszałek Teodoryk, który przededniem wstawał i już we zbroi był, nadbiegł z dwoma swemi kompanami.
Wojewoda zdala już począł doń wołać z wymówkami i skargą na jego straże, że znać nie chcieli, kto był.
Na twarzy Teodoryka widać było pewne zdumienie i nieufność.
— A gdzieżeście po nocy bywali? — odezwał się.
— Obóz przecież mój musiałem obejrzeć, aby się nieporządki nie działy. Ludzi mi co noc ubijają.
Marszałek podjechał ku niemu.
Zaczynało dnieć zwolna, wpatrywał się w wojewodę, marszczył brwi.
Podjechali tak razem ku przodowi obozu, gdzie namiot czerwony stał i ludzie się kręcili, a ogniska zapalały... Marszałek to milczał, to patrzał z natężeniem na Wincza i na konia jego, po którym poznać było można, iż nie małą objazdkę około obozu odbył, ale dość długim biegiem był shasany.
Przed namiotem zsiadłszy Teodoryk zaprosił do siebie wojewodę, który konia oddał i razem z nim wszedł do pustej teraz sali, w której tylko stół wczorajszy z obrusem pomiętym i zastawionemi na nim kuflami widać było. Marszałek względniejszy niż zwykle wprowadził do swej sypialni wojewodę.
Tu jeszcze lampka płonęła nocna pod obrazkiem złocistym matki Boskiej.
Usiedli.
— Musieliście po za obóz robić wycieczkę[34] — Spytał bystro nań spoglądając marszałek, bo koń wasz dobrze był zmęczony...
Wojewoda ramionami poruszył.
— Tak jest, rzekł on, nie mylicie się. Od wczoraj niespokojny byłem. Doniesiono mi o królu krakowskim w blizkości, a jeżeli kto, to ja niespodzianej jego napaści się lękam...
— I mnie o nim donoszono — przerwał żywo Teodoryk — wiecie co więcej?
— Chciałem się lepiej wywiedzieć i rozpytać — mówił Wincz. Wasi niemcy z naszym ludem rady sobie nie dadzą, i z nich język nie dobry... Napłoszą chłopa, to im prawi, co ślina do ust przyniesie.
— Cóżeście się dowiedzieli? coraz niespokojniej badał Teodoryk.
— Przynajmniej wiem napewno — dokończył wojewoda — że tak prędko się niema czego obawiać. Łokieć zasłyszawszy o waszej sile rzucił się w stronę i ruszył w lasy. O wydaniu bitwy ani myśli.
Z wlepionemi w mówiącego oczyma, jakby był chciał zbadać go do głębi duszy, słuchał Teodoryk. Wincz spokojnie i powoli ciągnął dalej.
— Obawy nie ma żadnej, dlategom też jeździł aż do osady znanej mi w lesie, abym języka dostał.
— Ja — przerwał Teodoryk — radbym się wreszcie spotkał z nim — i pobił go — a gdyby się udało obu wziąć, bo słyszę i syn z nim jest razem.
Wincz głową poruszył.
— Czy syn jest z nim — nie wiem, rzekł, ale że go w bitwie nie będzie, to pewna. Choćby on chciał, ojciec go nie puści, osłania go i strzeże, bo to jedna rodu nadzieja.
Marszałek przeszedł się po namiocie.
— W którą się król udał stronę? zapytał.
— Ludzie dobrze nie wiedzą, bo on ostrożny jest, mówił Wincz — lecz z pewnością zdala od nas trzymać się będzie. Siłę ma za małą, mierzyć się z wami nie chce.
— Dla tego jabym właśnie rad się z nim spotkać — zakończył marszałek.
Rozmowa przerwaną została wejściem Komtura Elbląskiego, który z ukosa na wojewodę spojrzawszy, coś szepnął Teodorykowi i oddalił się.
— Na waszych nieswornych ludzi są skargi nieustanne — odezwał się po wyjściu jego marszałek.
— Ja też skarżyć bym się powinien, ale że próżno pono domagać się u was sprawiedliwości, milczę, rzekł wojewoda. Obchodzicie się z nami gorzej, jak z najemnikami.
Teodoryk zwrócił się doń słuchał, iwpatrując[35] się znów pilno.
— Z obu stron nam trudno, rzekł utrzymać ład między żołnierzem, co dawniej bić się był nawykł z temi, z któremi dziś idzie razem.
Wojewoda westchnął i wstał, pokłonił się Teodorykowi, który długo za nim patrzył — i wyszedł.
W chwilę potem Komtur Elbląski powrócił powołany.
— Nocą jeździł za obóz — rzekł marszałek żywo — powiada, że śledził obroty Łoktka, że języka szukał... Podejrzana rzecz...
Komtur nie zdawał się dzielić tego przekonania i pogardliwie dodał.
— Nie może nic, choćby chciał...
— Zbiedz mi z ludźmi i skryć się w lasy gotów — odezwał się Teodoryk. On jak on, ale jego żołnierz szemrze, kłótnie nieustanne, wiem że zburzeni są bardzo.
— W najgorszym razie — odparł komtur — jeźli się ruszą, otoczymy ich i łatwo się pozbędziem...
Marszałek głową począł okazywać, iż tego nie chciał.
— Wy wiecie, rzekł — króla Jana musiemy poszanować i nie narażać mu się. Znacie go, ma rycerskie swe fantazye, nie lubi, gdy na raz wiele ludzi pada ofiarą. Pamiętacie jak nam kilka tysięcy pogan chrzcić kazał, gdyśmy ich w pień wyciąć chcieli. Zowie się królem polskim, gdybyśmy ten oddział, co się niby wojskiem zowie, byli zmuszeni...
— A! odparł Elbląski — znacie króla Jana, i mówicie to? W najgorszym razie ofiarą grzywien zgodę byśmy przywrócili...
— I grzywien szkoda — odezwał się marszałek, musiemy wykupić Pomorze, opłacać najemnego żołnierza, żywić i obdarzać gości.
— Skarbiec zakonu dzięki Bogu! nie próżny — dodał komtur.
— Na wojewodę każcie mieć oko — począł po chwili Teodoryk. Nie wierzę mu, źle z oczów tego człowieka patrzy, a z tego co zyskał rad być nie może...
Zlećcie oboźnym, aby ich zawsze w pośrodek brali — zakończył marszałek — bezpieczniej tak będzie.
Rozeszli się, gdyż dzień poczynał być wielki.
Wojewoda w namiocie swym rzucił się na posłanie, choć myśli mu głowę oplotły ciężkie mimowoli usnął twardo...
Krzyżacy nie ruszali dnia tego, bo i niewiedzieli, gdzie się zwrócić, splądrowawszy już znaczną przestrzeń kraju. Celem ich teraz było, króla, o którym słyszeli ciągle, o którym im to tu, to owdzie opowiadano, spotkać i w walnej bitwie pokonać.
Szukali go, znaleść nie mogąc, a czując że szedł za niemi. Gdy o nim oznajmiono, zwracali się na wskazane okolice i zastawali tylko ślady obozu z pogasłemi ogniskami.
Dzień ten cały zszedł na wysyłaniu oddziałów w różne strony na zwiady, na wycieczkach po wsiach, które jeszcze ocalały.
Szalał najemnik krzyżacki w tak nielitościwy i barbarzyński sposób, iż historya zapisała tę wyprawę ich na nieszczęśliwą ziemię naszą krwawemi głoskami.
Komtur Elbląski, gdy przy zdobyciu Sieradzia, wchodził do miasta wedle obyczaju nie przepuszczając nikomu, przeor zakonu dominikanów, który wprzódy w Elblągu był i znał dobrze niecnego Hermana, padł na kolana przed nim, błagając go, aby niewinnych ludzi mordować nie kazał, klasztór i kościół ich od grabieży ocalił, dokąd ludzi się wielu pod opiekę krzyża tuliło.
— Oszczędź domy Boże! wołał ze łzami.
Komtur z konia spojrzał szyderczo na biednego mnicha i urągając mu się, krzyknął zepsutym językiem prusaków:
— Ne prest! (nierozumiem).
Wpadli potem na kościół i klasztór, który poczynając od ołtarzy złupili ze szczętem. Dominikanów w kościele odarto ze sukien do naga, kobiety i mężczyzn poobrażano, zabijano, pastwiono się.
Komtur patrzał na to, nie hamując wcale tłuszczy swej.
Można sobie wystawić co się działo naówczas z polskim oddziałem, który na to patrzeć musiał i być tych zbrodni niejako współwinowajcą.
Z każdym też dniem rosła w Nałęczach nienawiść do krzyżaków i do wojewody, który ich wydał w te ręce, niewinną krwią skalane.
Wincz potrzebował choć iskierkę nadziei dać swoim, aby mu się nie rozbiegali, gdyż codzień liczba się zmniejszała.
Myślał, w jaki sposób to mógł uczynić, gdy zbudziwszy się ze snu, ujrzał Włostka przed sobą, oznajmującego mu z obawą i wahaniem, że Dobka w obozie ujęto...
Nic lepiej na rękę nie mogło przypaść wojewodzie...
— Przywieść go do mnie — rzekł — a niech ludzie bardzo o tem nie głoszą...
Z dumą i obojętnością na los, jaki go mógł spotkać, Dobek przyprowadzony do namiotu, wszedł i stanął milczący.
Po wczorajszej rozmowie wieczornej, mówić już nie miał co...
Gruchnęła wieść po obozie, że Dobka pochwycono, gdy ludzi do ucieczki namawiał. Wielu przyjaciół jego kupić się zaczęło groźnie, lękając jakiegoś sądu i — okrucieństwa...
Mrucząc stali długo gromadą u namiotu, u którego Włostek straż odprawiał, nikogo nie chcąc dopuścić.
Co chwila spodziewano się rozmowie końca i ukazania się gniewnego wojewody... Tymczasem, Dobek pozostał z nim razem tak długo, iż przyjaciele jego, w końcu znużeni oczekiwaniem rozchodzić się zaczęli...
Późno już nad wieczór Dobek pokazał się znowu, swobodny pomiędzy swemi. — Spojrzeli nań, milczący był, lecz spokojny i niemal wesół.
Ci, którzy ochotę mieli razem z nim uchodzić, otoczyli go naciskając...
— Wiecie co? odparł im — zamiast co wy ze mną byście iść mieli, namyśliłem się, zostanę z wami... Poczekamy...
Mnie się zda, że tu dożyjemy lepszego czasu.
Zdumieni patrzali nań — pomrugiwał jedném okiem.
— Już to wierzajcie mi, dodał, że ja na plewę się nie dam wziąć. — Trzeba do czasu znosić tu biedę i upokorzenie, aby się nam one sowicie opłaciły...
Rękę na piersiach położył.
— Zawierzcie mi — będzie lepiej... Czekać — hasło! Ja z wami. — Macie zakładnika...
Chcieli go dopytywać, zamknął im usta.
— Gdy pora przyjdzie, będę gadał — rzekł teraz nie czas...
I na tem się skończyło...
Nałęcze zbiegać przestali.





VI.


Szły zastępy krzyżackie po Kujawach jak błędne, szukając, coby jeszcze łupić i palić mogły...
Dawano im znać o Łoktku to z boku, to za niemi, to w pobliżu, — to koło Radziejowa, to koło Brześcia.
Dwudziestego szóstego Września jesiennym wieczorem, nadciągnął mistrz znużony i wojsko ociężałe pod Blewo, maleńką osadę, Królewszczyznę, którą też Płowcami zwano, bo wieść niosła, że tam niegdyś Połowców w niewolę pobranych osadzono na królewskiej ziemi. Z jeńców tych zbiegła znaczniejsza część i kilka chatek zaledwie leżało na równinie nagiej.
Marszałek Teodoryk, bacząc, że tu się wszystkie oddziały wygodnie położyć mogą, — kazał przy Blewie obóz rozkładać.
Mila była tylko od miasteczka Radziejowa, gdzieby jego ludzie woleli byli stać, aby i osadę zaskoczyć i lepszy znaleść przytułek. Tu w dzikiém polu, gdzie nigdzie nawet drzewiny nie było, a i o wodę trudno dla tylu koni — szemrano na nie wygodne legowisko.
Lecz z Teodorykiem się spierać nawet Wielki Komtur nie śmiał.
Zygard, Komtur Koprzywnicki, gdy się już rozkładać miano, syknął, obejrzawszy się i do marszałka pobiegł konno. —
— Mamyż tu noc spędzić na tej pustyni, w nizinie mokrej... gdzie ani dobrej paszy, ni wody niema...?
Staniemy tu, każcie rozbijać namioty, odparł marszałek zachmurzony. Mam powody, dla których zebrać tu muszę nasze siły — Ottona z Luterberga czekam i tych, co na Brześć poszli, nie trzeba się rozpraszać. Chociaż mi wojewoda ręczy, że król daleko i że o nas nie myśli a uchodzi — ja nie zupełnie temu wierzę. Oddziały nasze porozdzielane... Tu się zgromadzić potrzeba.
Spojrzał marszałek na mówiącego i wejrzeniem tém pokazał mu, że rozkaz nie może być zmieniony.
Zygard zamilkł. —
— Zdaje mi się, że obawa co do króla krakowskiego próżna — odparł cicho, długo pomilczawszy. — Radby uniknąć spotkania to jawna rzecz, a musi wiedzieć, że i król Jan nareszcie ciągnie, aby Poznań opanować. — Nasi bracia pomęczeni, a tu im stać nie będzie spoczynkiem.
Teodoryk ramionami obojętnie poruszył i powtórzył:
— Dajcie rozkaz, aby się tu oddziały ściągały...
Nie mogło być już sporu o to; Zygard konie zawrócił i pojechał zwolna do swoich braci, którzy szemrali jak on na niewygodny nocleg w mokrej nizinie, nawet chrustu na ogniska niemogącej im dostarczyć.
Starszyzna krzyżacka, bezkarnemi zagony po kraju polskim uzuchwalona, nigdzie dotąd nie spotykająca nieprzyjaciela, przestała już wierzyć w niego.
Opodal trochę od wielkiego namiotu, który pospiesznie rozpinano, bijąc koły mające go utrzymywać, na koniach stali Zygward Koprzywicki, Herman Elbląski Komtur, Albert Ore Gdański, kilku gości znaczniejszych Komturów — kilku grafów należących do zakonu.
Składali oni kółko nawykłe czasu tej wojny zabawiać się razem, ucztować, polować i pastwić nad ludźmi.
Herman Elbląski szczególniej był w chwilach szału żartobliwy i do okrucieństwa umiał mięszać dowcip cyniczny.
Opowiadano o jego rozmaitych wykwintnych a przemyślnych sztukach w znęcaniu się nad pogany, bo co polskie dla krzyżaków za pogańskie stało.
Kółko to dobrych druhów już nieco łowami na ludzi, paleniem i ścinaniem było znużone... Zapasy obozowe z Torunia wzięte na wyprawę wyczerpywały się, wino coraz było gorsze, przyprawa pigmentu coraz mniej korzenna, kuchnia coraz bardziej zaniedbana... Jesień miała poranki chłodne i dnie słotne. Kraj stał wielką wygorzałą pustynią, ludzi nawet dla zabawy nie spotykali, wszyscy więc za tem głosowali, aby z łatwem a zupełnem zwycięztwem powracać do Torunia.
Twarze większej części dostojnych tych panów zasępione były, Herman poziewał, nudziło mu się.
Przybywający Zygard mrucząc, doniósł, iż Teodoryk upiera się stać pod tą lichą osadą.
Elbląski poruszył ramionami.
— Goniemy widmo jakieś — rzekł... Królik ten mały nie ma najmniejszej ochoty spotkać się z naszemi włóczniami — ani go widać, ani słychać. Polski nasz pan Palatyn pierwszyby go zwąchał, bo się lęka dostać w jego ręce, a ten zaręcza i poprzysięga, iż w okolicy znowu go nie ma... po co my się jeszcze tu włóczemy?
Albert komtur Gdański, figura bardzo dostojna, wielkiego rodu, wielkiej dumy — obejrzał się po równinie.
— Prawda, że tu miejsca dość, choćby na dwa razy tyle żołnierza, ile my go mamy, rzekł — ale stać w tym błocie nie jest rzeczą wielce przyjemną.
— Mistrz rzekł! skłaniając głowę trochę szydersko, ozwał się Zygard.
— Ani ognia prędko naniecić nie będzie z czego rzekł Albert, ani wody czystej tu dostać...
— Nie ma innego sposobu, tylko — rzekł Elbląski, do tej wioski, która już pusta być musi, lub za chwilę nią być powinna, słać i kazać te chałupy rozbierać...
Wioska w istocie widna w pewném oddaleniu, tak wyglądała nędznie, iż ledwie się z niej opału było można spodziewać. Z wyjątkiem chaty sołtysa, reszta na pół siedziała w ziemi. Oddział krzyżacki już się tam kręcił, szukając ofiar, ale ludność zbiegła wcześnie. Dwóch bezsilnych starców znaleźli, jednego w lepiance na barłogu, drugiego na przyźbie siedzącego z tą obojętnością na śmierć, jaką późny wiek daje... Zabił jednego żołdak, wbiwszy mu w serce włócznię, drugiego na płocie uwiązano rozkrzyżowanego, aby dogorywał powoli.
Były to zwykłe igraszki żołdaków... Młodsi skarzyli się, że dla lepszej zabawy niewiast nie znaleźli... i dzieci...
Wieś była jak wymarła, ludzie w lesie, bydło i konie z niemi...
Kupka naszych dostojnych rycerzy stała jeszcze na małém wzgórku, czekając rozbicia namiotów, gdy w pewném oddaleniu, polski oddział wojewody się ukazał, szukając tuż miejsca dla siebie... Był on przedmiotem ciągłego niemców szyderstwa. Lżejszy uzbrojeniem, nieco rozprężony pochodami, mniej karny, stawił się inaczej: choć mu na bucie nie zbywało. Wedle pojęć niemieckich, nie był to żołnierz, jakim go oni mieć chcieli. Przodem z otoczeniem swym dosyć strojno i lśniąco jechał wojewoda, u boku jego Dobek i Włostek.
Wincz, który przez czas dosyć długi miał oblicze osowiałe i smutne — teraz spoglądał raźnie, śmiało i czoło niósł do góry.
Zygard to postrzegł.
— Patrzcie no — szepnął, jak odżył polak, upewniwszy się, że się z królem nie spotka! Dopiero od dni niewielu w oczy patrzy śmielej.
— Nie cierpię człowieka tego, odezwał się Elbląski — nie zawinił mi nic, ale jak dla psa kota sam zapach i kształt jest odraźliwy, tak dla mnie każdego polaka, tego zaś więcej, niż innych.
Rozśmieli się inni.
— I ja ich nie znoszę — dodał Gdański — barbarzyńcy są, a chrześcian udają, wolę już prusaków.
Wojsko polskie szło luźno, spoglądając na krzyżaków z ukosa. Milczano w szeregach, lecz było to jakieś znaczące i wymowne milczenie ludzi, zmuszających się do krycia tego, co się w duszy ich działo. Milczeli — ale twarze ich mówiły; ktokolwiek z nich sądził, że nie będzie postrzeżony, oczyma i usty okazywał wstręt, na widok niemców, posunięty do wybuchu...
Starszyzna hamowała surowemi wejrzeniami i mało znaczącemi ruchami, nakazującemi milczenie...
Nie mając nic do czynienia, krzyżacy jakby przegląd sprawiali przechodzącego oddziału. Zwrócili się ku niemu twarzami, uśmiechali się, szeptali, pokazywali sobie palcami odartszych i mniej pozornych, u których często całej zbroi nie było i oręż bardzo lichy.
Komturowi Elbląskiemu, który twarz zawsze układając poważną, drwić lubił — zachciało się zaczepić Wincza, który unikał wejrzenia na stojących gromadką rycerzy.
Nie mógł wytrzymać i głosem tym, w którego powadze pozornej przebrzmiewało szyderstwo — zawołał.
— Pozdrawiam Palatyna.
Wincz skłonił głowę bez odpowiedzi i chciał iść dalej.
— O króliku nic nie słychać? zagadnął Herman.
— Nie ma go — odparł wojewoda — możemy spać spokojnie.
— Nigdy on nam snu nie psuł — rozśmiał się Herman — lecz zawsze bezpieczniej jest wiedzieć, że nam nie przyjdzie dać — dzień dobry?
Słowa te wystosowane do wojewody, usłyszał dobrze Wincz i zatrzymał się nieco. W oczach mu zaświecił ognik jakiś, błysk — niby także szyderski.
— Juścić tak potężne wojsko jak to, które marszałek wiedzie, rzekł, nie ma się co lękać tego krakowskiego panka — to pewne, jednakże ten człeczek czasem bywał szczęśliwy, a zawsze jest zręczny... Nie można go lekceważyć.
— Szczególniej wy, co go lepiej znacie — nie możecie, jak my, nie wiele się oń troszczyć — odparł Elbląski. — Myśmy o nim pochlebnego przekonania nie nabrali, uchodzić umie — to prawda...
— A w wojnie i to sztuka, odezwał się wojewoda.
— Nie wiele czci przynosząca — dodał komtur gdański.
Wojewoda spojrzał dokoła i zagryzł usta.
Dotąd milczący stary zakonu rycerz Maks von Hohlburg, który osobistém męztwem się wsławił — mruknął jakby mimowolnie.
— Nie chciałbym ja teraz się z nim potykać. Żołnierz dzielny i wódz przebiegły, a nasze rycerstwo znużone włóczęgą, dobywaniem miastek, prawdę rzec i łupieżą — ociężałe jest...
Zamknięto mu usta wnet, bo nie chciano, by wojewoda to usłyszał...
Wincz, którego część oddziału już przeciągnęła, powlókł się za nim.
— Co wy mówicie, ofuknął go Elbląski. Nasz żołnierz znużony i znudzony — więcej zawsze wart od ich świeżego... Nigdy i w żadnym razie on nam nie straszny. Nigdy! Patrzyliście na ten oddział wojewody, tacy oni wszyscy... Lud jak lud, ale ani oręża, ani sztuki wojskowej nie mają.
Maks siwą brodę pogładził.
— Nie należy — dodał — nigdy nieprzyjaciela lekceważyć.
Herman rozśmiał się i splunął.
— W jednym tylko razie straszni nam być mogą, gdyby ich dziesięć razy tyle było co nas — Litwa, prusacy, oni, tylko kupą i nawałem złamać nas potrafią.
Maks — coś zamruczał, wąsa zakąsił, sprzeczać się nie chciał. Dokoła ruch powstał ogromny, wbijano drągi, rozciągano sznury, ustawiano żłoby dla koni, wozy wyprzęgano. Oboźni biegali każdemu pułkowi, naznaczając granice. Ciury z niezbyt odległej wsi wlokły już drzewo z chatek, chrust i porozrębywane sprzęty na ognisko...
W tem postać się w śród obozu ukazała, która starszyzny zwróciła uwagę. Był to żebrak z krzywą głową i złamanym grzbietem, który z trudnością podnosząc nieco oczy, rozglądał się w około i wlókł nogami, idąc z ciężkością wielką.
Zkąd się on tu wziął i jak go puszczono bezkarnie, jak uszedł napaści i żołnierskiego okrucieństwa? trudno pojąć było, gdyż z sukni widać było, że do polskiego plemienia należał — a temu nie przebaczano. Kalectwo chyba może dawało mu bezkarnie tak błądzić.
Zdawał się nie lękać wcale tych obcych twarzy i mowy, i z nieświadomością niebezpieczeństwa rękę kiedy niekiedy wyciągał...
Stanął — szukał czegoś oczyma... zobaczył namiot czerwony, którego ściany właśnie się rozwijały, a przy nim obok już wiała wetknięta w ziemię chorągiew zakonu. Skierował się w tę stronę, lecz powolnie bardzo.
— To Zbik — szepnął po cichu komtur Elbląski... inny by się tu nie odważył. Służy nam...
Popatrzyli nań.
Zbik ujrzawszy marszałka, który z kompanami stał przed namiotem, podszedł ku niemu.
Jeden z towarzyszów Teodoryka, na dany przezeń znak, rzucił mu jałmużnę. Można się było domyślać z dala, iż słów kilka zamieniono pospiesznie.
Żebrak mrucząc i ciągle głowę nosząc skrzywioną, powlókł się na miejsce puste nieopodal, kląkł na ziemi i z trudnością położył.
Namioty stały tak, że pomiędzy niemi małe uliczki pozostawiano. Jedna z nich wprost wiodła do oddziału polskiego, tak że żebrak mógł być przez nich widziany.
Ciemniało powoli, rycerze rozjeżdżali się zwolna każdy do swojego namiotu, aby zbroje złożyć i odetchnąć. Na żebraka nie patrzał nikt. Ciury zajęte były rozpalaniem ogni i gospodarstwem koło wozów.
Zbik poleżawszy na ziemi, podniósł się zwolna, ostrożnie, i na kiju sparłszy, iść zaczął. Zdawało się, że błądzi — lub niedowidzi, snuł się tu i owdzie — powracał. Jakby przypadkiem znalazł się w ciasnej uliczce i w niej zniknął.
Obóz polski dnia tego leżał na skraju; stanowił on piąty oddział wojska, którego oprócz niego cztery hufce były. Wojewoda wyznaczonego sobie bagnistego gruntu nie przyjął, z oboźnemi się skłócił i nieco opodal położył, zgromiwszy ich, że w błocie ludzi kłaść nie będzie.
Mały namiot niepoczesny już był gotów, lecz wojewoda na tę noc nic z wozów zdejmować nie kazał, nic dla siebie nie znosić. Rzucono garść słomy dla niego.
Niecierpliwy był, ogni kłaść wzbronił, zbroi zdejmować zakazał, chodził, nie zdając się potrzebować spoczynku.
Dobek siedział tuż na siodle z konia zdjętém, Włostek snuł się ciągle, to do namiotów zaglądając, to do ludzi swych dochodząc... Wojewoda też w namiocie usiedzieć nie mogąc, nieustannie podnosił ściankę u wnijścia i wyglądał...
Zbik się tu przywlókł powoli, głowę nieco podniósł, wpatrywał długo i u namiotu przystanął.
Przysunął się tak blizko, iż gdy wojewoda znowu wyjrzał, oko w oko się z nim spotkał.
Znali się pewnie, gdyż ani wojewoda zbyt się nie zdziwił, zobaczywszy go, ani on się uląkł groźnego oblicza pańskiego. — Chwilkę milczeli.
Wincz popatrzał się w dal i dał mu znak, by wszedł do namiotu.
Znalazłszy się tu Zbik z krzywego stał się prostym i głowa na karku znalazła w swém miejscu. Ręką się skłonił do kolan wojewodzie...
— Widział cię marszałek? — spytał Wincz.
— A jakże? odparł Zbik — i jałmużnę mi dał — przecież ja mu służę...
To mówiąc uśmiechnął się dziko.
— Ale komu ja służę dziś? dodał, albo ja wiem... Służyłem wam, kazaliście mi służyć im, co dalej — albo wiem?
Wam winienem życie — was słucham.
Wlepił oczy w wojewodę.
— Marszałek pytał cię? — rzekł krótko i nie cierpliwie Wincz.
— Pytał.
— Coś mu powiedział?
— Jakeście wczoraj przykazali, rzekł żebrak. Słucham przykazania — nie wiem komu służę...
Rozśmiał się niby głupkowato... i powtórzył.
— Wam winienem życie, przysiągłem za to służyć.
Wlepił oczy w wojewodę, który pochylił się ku niemu.
— Jak daleko są? spytał.
— Tuż, w lesie — rzekł żebrak...
— Straże postawili!
— A jakże... Nocą albo nad ranem przyjdzie mgła pewnie, mówił Zbik obojętnym głosem... człowieka o krok dojrzeć nie będzie można.
— A ty drogę znajdziesz po ciemku? spytał wojewoda.
— Ja? rozśmiał się swym głosem cienkim i piskliwym żebrak... Dokąd?
— Do nich...
— Nie wielkiego na to rozumu trzeba — rzekł żebrak... jam tu swój między Radziejowem a Brześciem.
Westchnął ciężko i natychmiast oczy podnosząc jak wierny pies, co czeka skinienia, wlepił je w wojewodę.
— Dokąd? panku! spytał cicho. — Do nich? Zaraz?...
— Nocą, nie czekając dnia! rozumiesz...
— Z czem?
Wojewoda mu się nachylił do ucha.
— Z czem? począł żywo i niecierpliwie, poruszając rękami. — Powiesz — teraz albo nigdy. — Teraz, jutro... Część ich odeszła do Brześcia... — część nie dociągnęła do noclegu. Ci co są, ociężali, ospali... a nie spodziewają się wcale...
Zbik słuchał tych słów z uwagą wielką, powtarzając je sobie po cichu, oczy wytrzeszczając, jakby wysiłek wielki czynił dla spamiętania wszystkiego.
Wojewoda raz jeszcze ponowił zalecenie.
— Jutro o świtaniu...
Zbik w rękę go pocałował żywo i natychmiast skurczył się, skrzywił, głowę przygiął, kaleką wysunął się z namiotu i zniknął.
Noc nadchodziła.
Jak przepowiedział żebrak, mgła gęsta zsuwać się zaczęła na ziemię, wilgotna, przejmująca, nasycona tą wonią właściwą, którą jesienne tumany z sobą przynoszą — niewiadomo z ziemi ją biorąc, czy z obłoków...
Dymy porozpalanych ogni, przyciśnięte jej ciężarem padały też ku ziemi i rozsiadły się jak szare opony nad obozem.
Najmniejszy powiew wiatru nie poruszał tej atmosfery zsiadłej, mokrej, wygryzającej oczy, oddech uciskającej.
Z obozu polskiego nie widać było niemców, krzyżacy nie mogli też dostrzedz ludzi wojewody. Ztamtąd od żołdaków niemieckich dolatywały okrzyki zwykłe, do koła wojewody cicho szło jako nigdy.
Wszystek lud siedział jakiś zachmurzony i niespokojny...
Wojewoda szepnął coś Dobkowi, ten powstał i skierował się ku namiotom starszyzny Nałęczów...
Pod jednym siedzieli Remisz, Ogon, Żegota i wszyscy ci, których widzieliśmy już zniechęconych do wojewody. Teraz dziwna zgoda panowała w tém kółku. Z małej beczułki nalewali sobie każdy do swojego rogowego lub drewnianego, srebrnego lub mosiężnego kubka, popijali i szeptali cicho, jakby się lękali sami siebie.
Gdy zobaczyli wchodzącego Dobka oczy wszystkich zwróciły się ku niemu.
Głową dał znak im jakiś.
— Pewno! zapytał Siłacz...
— Pewno — rzekł Dobek...
Remisz zatarł ręce tak, jak gdyby się do użycia ich natychmiast sposobił.
— Do kata! noc dzisiejsza będzie długa! zawołał.
— Byle się nasi nie pospali — odparł Klimsz.
— Żaden oka nie zmruży — tak, ręczę — szepnął Remisz — tożsamo co my czują wszyscy... Ze skóry by powyłazili... tak im pilno.
Podniósł ręce do góry.
— Boże miłosierny! Boże mocny, Boże wielki — zawołał, dajże nam dożyć chwili tej, i — i —..
Niedokończył...
— Byle król... rzekł Dobek nie zawahał się tym razem... Bo ich już drugi raz jak tu nie złapiemy, a i mgła okrutna... nie zobaczą go, aż im na kark usiądzie...
Remisz zatarł ręce znowu.
— Powtórzcie no rozkazanie — odezwał się Ogon — co wojewoda mówi?
— Pogotowiu być — a poczynać nie spieszyć, aż król sam znak da, padając na nich...
— A jeźli we mgłę na nas padnie pierwszych...? rzekł Remisz zakłopotany.
— Nie może to być, bo wie gdzie leżym i dla tego wojewoda w dolinie się nie chciał mieścić, choć mu tam wyznaczono.
— Tak mi Boże dopomóż — począł Remisz — życie bym dał, żebym mógł komturowi Elbląskiemu za Sieradzki klasztór i kościół zapłacić.
Wzdrygnął się cały — milczeli inni.
Dobek spojrzał na młodego, w kącie na ziemi siedzącego Nałęcza i rzekł.
— Idź — od namiotu do namiotu, patrz co robią — napominaj, by zbroi nikt się ściągnąć nie ważył, koni nie puszczać... Siodeł nie zdejmować.
— Nuż podpatrzą, żeśmy tak czujni? zapytał Ogon.
— Dziś nie zobaczą nic — pilno im się wylęgać, a nie obawiają się niczego — rzekł Dobek.
Postał jednak chwilę milczący...
— Kto z was trochę szwargocze, a o niemca się otrzeć nie boi? zapytał.
Wstał drugi młokos, któremu się ledwie wąs sypał, syn Remisza, którego paliła gorączka okrutna.
— Ja! — rzekł.
— Idź ku namiotowi marszałka i wielkiego komtura, otwórz oczy i patrz, co robią, czy piją dobrze, czy zbroje zdjęli, czy czeladź już napita... a wracaj!!
Sando chwycił hełm i wysunął się.
Starsi siedzieli.
Oczekiwanie niecierpliwe chwile dłuży — wieczór pełzł na żółwiu... czas zdawał się nieprzeżyty... Patrzali na siebie, to jeden to drugi wstał, przeszedł się, usiadł, zerwał znowu i wzdychał. Uchylali zasłonę wpatrując się w ciemności.
Noc była czarna, a dla mgły gęstej o krok ginęło wszystko.
W tej części obozu cisza śmierci, a dalej głuche szmery i wrzawa...
Czekano powrotu Sławka i Sanda.
Dobek spojrzał na miecz swój wiszący u pasa, dobył go i przy lampce ostrza popróbował: Drudzy zobaczywszy to, rzucili się też do swoich.
Rzadko któremu wyrwało się słowo... szeptano nie wyraźnie...
— W obozie koguty nawet nie zapieją, rzekł Remisz, a w Blewie pono nietylko koguta, ale i szczura niema!! Jak tu człek pozna, gdy się ranek zbliży?..
Pierwszy Sando powrócił — oczy mu się śmiały.
— U marszałka ucztują na zabój — rzekł. Dopiero siedli jeść, a wypili już dosyć... Słychać to z pieśni, bo póki trzeźwi śpiewają pobożne, a już teraz poczęli —... swawolne. Za każdą prześpiewką, bucha śmiech okrutny...
Spojrzeli po sobie wszyscy...
— A u innych spokojnie? pytał Dobek.
— Wszędzie wesoło — odparł Sando...
— Im dłużej czuwać będą, tem na dzień lepiej zasną — dodał Remisz.
Wbiegł Sławek — zwrócono się ku niemu — ręką naprzód pokazał, że wszystko jest jak trzeba.
— Nikt się nawet nie rozpiął — rzekł, a wszystkim tak pilno, jak nam dnia doczekać...
Siedzą po namiotach i pod wozami, jak na czatach, każdy miecz trzymając w ręku.
Uśmiechnęli się ku sobie starsi.
— Jak się wam zda? zapytał Remisz — jestli już północ?
— Kto go dziś wie — rozśmiał się Ogon — ja z doświadczenia to znam, że dni w życiu nie równe — gdy człek chce skrócić to się wyciągają, a gdy przedłużyćby rad, kurczą...
Zaglądali do beczułki, aż ostatnią z niej kroplę wylał Klimcz. Remisz znalazł drugą pogotowiu — lecz nie wszyscy godzili się, by zajrzeć do niej.
— Z mętną głową iść na bój nie dobrze — odezwał się Dobek.
— Albo — albo — sprzeciwił się Remisz — czasem w boju trzeźwy nadto widzi, a lepiej ślepym być.
Poczęli nalewać po troszę, do ranka było daleko.
Ten i ów dobył suchego chleba i zawiędłego mięsa — ale z rozmową nie szło — myśli wirowały około jednego — rychło li przyjdzie ranek.
Co który odsłonił namiot, aby noc zobaczyć, to go wnet zapuszczał — ciemność była nieprzebita... Mgła gęstniała choć ją nożem krajać.
Klimczowi się nudziło...
— Gdyby nam kto choć bajki powiadał — odezwał się.
— Tobyśmy ich nie słuchali, — odparł Dobek — we mnie jedno gada i ja to tylko słyszę — zemsta! zemsta...
— Jabym gotów w kości grać — rozśmiał się Klimcz — aby tę noc jak przebyć...
Ruszyli wszyscy, ale Remisz rękę na tarciczce, co za stół służyła, położył.
— Niech Bóg uchowa! — zawołał — rychlej by się modlić! a toć to uroczysty dzień jak wigilja przed świętem.
— Prawda — odparł Ogon — kości na inny czas...
Uchylili drobinę namiotu. Ciemno było — i cicho...
Nawet od obozu Krzyżackiego nie dochodziło już nic, oprócz ruchu koni przy żłobach i szczekania psów, które Krzyżacy prowadzili z sobą.
Milczenie zaległo w namiocie. Oczekiwanie długie odrętwiało... lecz każdy lękał się zamrużyć oka... i ci co trochę opodal siedzieli, a mimowoli się zdrzemnęli, wstawali wnet, by się nie dać snem ująć.
To jeden to drugi zaglądał w podwórze... nie widząc nic.
— Noc bo się chyba nigdy nie skończy — zawołał zrozpaczony Remisz. — Jakem żyw nawet koło Godów takiéj nocki nie pamiętam... Krzyżacy ją chyba dla siebie zrobili umyślnie...
Umilkł... Wszyscy nastawili uszy, Dobek szybko odgarnął opłotek u wnijścia... Zdala gdzieś coś słychać było... niby stąpanie ciężkie w chmurach miękkich, niby stłumione toczenie się po ziemi...
Nie myliło ich ucho, w głębi tej nocy ruszało się coś, powolnie, ostrożnie, daleko...
Ruch ten ustawał — milknął, ginął i wznawiał się... Poruszyli się starsi...
— Sławek, po namiotach! niech nie śpią, już coś słychać...
Sando i Sławek oba wybiegli... W odsłoniętym namiotu otworze, chyliły się głowy ciekawe — nasłuchując...
Głuche owo tętnienie wznawiało się, lecz dnia, ani brzasku, ani świtania na niebie widać nie było...
Noc nie miała końca.





VII.


Dniało — lecz była noc jeszcze, z czarnych tylko ciemności się zmieniły na białe. W tej szarej oponie oko tak samo dojrzeć nic nie mogło, jak wprzódy w czarnéj nic nie widziało.
Dzień przychodził nie wiedzieć zkąd, a mgła zdawała się coraz zsiadlejszą, a chłód przejmował do kości, wilgoć oblewała wszystko — świat był mokry, jakby w wodzie zanurzony.
W polskim obozie zdawało się spać wszystko — lecz jedna powieka się nie zamknęła na chwilę. — Niemcy ucztowali długo i spali twardo.
Straże ich nawet posiadały na ziemi poobwijane w płaszcze, i kamieniały znużeniem...
Po nad namiotem marszałka wielka chorągiew zakonu, wisiała także jak uśpiona, obmokła... i znikł z niéj ten krzyż, którym się urągała światu... Pokrajana w pasy czarne i białe, wydawała się żałobnym proporcem, zawieszonym nad grobem.
W dali ciągle coś słychać było... jak gdyby morze zbudzone szło zalewać ziemię... i huk ten stłumiony tak właśnie jak fale przestankami był przerywany...
Spali niemcy — oprócz Teodoryka, który przed obrazem N. Panny się modlił. Dwaj kompani stali u drzwi jego...
Wstał wreście z klęcznika, i płaszcz narzuciwszy na ramiona, szedł przez pusty namiot wielki ku wnijściu. Ucho jego chwyciło ten szum fali... to toczenie się jakieś głuche...
Stanął, wyprostował się i pobladł...
Odchylił wnijście — słuchał i oczy mu słupem stanęły...
W obozie o krok nic widać nie było, a na wpół mgłą obwinięte straże najbliższe, siedziały jak skamieniałe...
Brwi mu się ściągnęły groźno...
W téj chwili tentent powolny zaczął go dochodzić tak wyraźnie, iż stojącego kompana za ramię pochwycił.
— Pobudka! — krzyknął — dzień! Śpi wszystko...
Pobudkę uderzyć...
Wśród ciszy głos marszałka rozległ się głucho i stłumiony w powietrzu, które mu iść daleko nie dało — zgasł u progu.
Kompani biegli do straży...
W dolinie rżały konie i jakby szczękały oręże — zkąd? czyje? swoje oczy obce? marszałek rozeznać nie mógł.
Uczuł w sercu trwogę i przeczucie jakieś — groźbę niebezpieczeństwa, w które nie wierzył dotąd.
Widmo Łoktka stanęło mu przed oczyma. — Był niemal pewien, że on to nadciąga, korzystając z mgły i ociężałości ludzi jego, długiemi po kraju bezbronnym łupieżami znużonych i wysilonych...
— Na koń — zawołał chwytając za ramię w szarym płaszczu nadchodzącego pół-brata Krzyżackiego Jurgę... — na koń i w czwał za Ottonem Luterburgiem, aby mi w pomoc pospieszał.
Polacy nadciągają...
Jurga stanął zdumiony, gdyż nikt ich ani słyszał, ani widział. Przeczuł ich Teodoryk...
Jak stał na pół ledwie i lekko uzbrojony, pierwszego konia, który mu się nastręczył pochwycił i dosiadł. Był to wierzchowiec jednego ze straży obozowej, śpiącego pod namiotem.
Marszałek skoczył na siodło, a to było znakiem dla dwóch jego kompanów, którzy nigdy go odstępować nie mieli prawa, by także konie porwawszy, zdążali za nim.
Teodoryk popędził w tę stronę, z któréj go tentent dochodził najwyraźniéj. Dzień coraz był pozornie jaśniejszy, ale na ziemi osiadająca mgła biała, nie dawała nic widzieć o kilka kroków.
Przebił się marszałek przez namioty i wozy i odważnie puścił w dolinę... Tu stąpanie koni i chrzęst zbroi wyraźniej się słyszeć dawały; ale napróżno wzrok wytężał... nigdzie żadnych przednich czat dostrzedz nie mógł.
Obawa o los oddziału, któryby bez niego straciwszy wodza, łatwo mógł się rozprzęgnąć, nie dozwalała mu zbyt się posuwać daleko... — Zwolnił kroku...
W tém z gęstéj mgły, wynurzać się zaczęło kilku jezdźców...
Zbrojni dobrze, w hełmach żelaznych, z lekkiemi włóczniami w rękach, na koniach siatkami żelaznemi okrytych, posuwali się zwolna... na pół jeszcze mgłą okryci...
Dość było widoku ich dla marszałka, aby to co w nim jako przeczucie się objawiło — stało się dlań rzeczywistością.
Krakowski król podchodził do ich obozu!
Teodoryk zawrócił konia i pędem rzucił się nazad, a pierwszych namiotów dopadłszy, wołać począł głosem wielkim, rozpaczliwym...
— Na koń! na koń...
Ludzie schwyceni wołaniem tém wśród snu, wybiegali nie odziani z namiotów, straciwszy przytomność, chwytając i rzucając, co napadli.
Starszyzna rychlej zbudzona... uwijała się wśród obozu z podniesionemi mieczami, płazując opieszałych, uderzając po namiotach... — rozkazując trąbić i krzycząc:
— Do broni! do koni.
Popłoch niewysłowiony w mgnieniu oka poruszył całym, przed chwilą jeszcze w głębokim śnie spoczywającym obozem...
Nieprzyjaciela widać jeszcze nie było, lecz czuli go na karkach wszyscy.
Teodoryk nie zsiadając z konia — biegał sam do koła...
Rozkazał łańcuchami żelaznemi opasać obozowisko swoje, które pierwsze natarcie wstrzymać mogły, by dać czas rycerstwu uzbroić się i stanąć w szeregach...
Żołnierz, który tak długo miał do czynienia z ludem bezbronnym i nabrał zuchwałości bezmiernéj — schwycony niespodzianém niebezpieczeństwem — w części mu nie dowierzał, w części znalazł się w obec niego bezradnym...
Odwykł od boju...
Napaść nań, która się gotowała w łonie tych białych ciemności, miała w sobie coś zagadkowego, niezrozumiałego — strasznego tém, że się niedawała pochwycić — że nieprzyjaciel przychodził niepostrzeżony, i nie można go było obliczyć...
Część wojsk krzyżackich z najemników złożona, jeszcze nie wytrzeźwiona po wczorajszym chmielu wieczornym — nie wierzyła w popłoch... miała go za jakąś igraszkę lub wymysł...
Komturowie tylko, goście obcy, starszyzna z przytomnością umysłu większą, odziali się we zbroje i występowali w pośrodek obozu, nawołując do siebie żołnierzy, którzy z pośpiechu ledwie się uzbroić mogli...
Kupki składały się nie jednolite, nie tak jak iść były nawykłe... Wrzawa obozowa nie dawała słyszeć nadciągającego nieprzyjaciela...
Komtur Elbląski i Gdański, którzy się wysunęli po za łańcuch już obóz opasujący w części — widzieli go — harcownicy polscy, wypadali z mgły ku obozowi... ukazywali się i znikali.
W małych przestankach cichszych, marszałek mógł pochwycić oddalone głosy surm polskich, przeraźliwe, dzikie — a śmiałe... zdające się urągać Krzyżakom...
Zuchwalstwo to, z jakiem król tak długo unikający spotkania teraz sam do niego wyzywał, było dla Teodoryka upokarzającem.
Zwiastowało ono, że ostrożny Łoktek — musiał być pewien siebie i swej przewagi.
Taż sama myśl odjęła męztwo komturom Hermanowi i Albertowi, ale natchnęła ich rozpaczliwym szałem...
Czuli, że cześć a może i życie stracić mieli — chcieli je przynajmniej walką okrutną okupić. Herman co nie przebaczał nikomu — wiedział, że mu nie przebaczą...
Zebraną garść prowadził ku opasującemu obozowisko łańcuchowi.
Teodoryk objeżdżał do koła namioty i ludzi rozpierzchłych słał tam, gdzie mu się pierwszy napad grozić zdawał...
Domyślał się Łoktka z jednej strony, od któréj naprzód turkot i surmy słyszeć się dały — objeżdżając w koło, przerażony został, widząc w innych częściach obozu przemykające z różnych stron polskie czaty...
Tu i tam surmy grały wyzywając...
Polacy więc bez mała otaczali do koła...
Wśród tego zamięszania które panowało pomiędzy niemcami, nikt ani pomyślał o polskich posiłkach wojewody... Gdyby niemcy byli spojrzeli na tych sprzymierzeńców swoich, mogli by byli już teraz domyślać się w nich, jeśli nie zdrady, to umyślnej opieszałości...
Gdy tuż obok biegał żołdak niemiecki rozgorzały i nieprzytomny — wadząc się o broń i konie, aby co prędzéj stać w gotowości do obrony; w polskim obozie milczenie i spokój panował...
Nie przestraszył się tu nikt. Zwolna wysuwały się już w pełnych zbrojach postacie blade, włócznie w ziemi utkwione powoli ściągając, konie opatrując i nie spiesząc do wystąpienia... Tu wszystko zdawało się być w gotowości i w lepszym niż zwykle porządku...
Spoglądano ku namiotkowi wojewody, który się nie ukazał.
Dobek z chustą białą na hełmie zawiązaną, które sobie dla znaku pewnie, poczepiali i inni Nałęcze — snuł się bliżéj niemieckiego stanowiska — ciesząc widokiem bezładu, jaki tu panował.
Szczęściem dla wojewody, czy zapomniano o nim, czy tak nań mało rachowano — czy téż nie miano czasu się troszczyć o Polaków, nie zajrzał tu nikt...
Łańcuch, którym się opasywali na prędce niemcy, z rozkazu marszałka, nie objął polskiego obozu, który po za jego obrębem pozostał.
Nieprzyjaciel dotąd zaledwie surmami zdala się oznajmujący, w chwili gdy połowa Krzyżaków nie była do boju gotową, a część znaczna błąkała się bezładnie, w jedne miejsca cisnąc tłumnie, drugie pozostawiając bez obrony — nagle wystąpł[36] z za zasłon, które go kryły i wszędzie wielkim lasem włóczni runął na rycerzy stojących u łańcucha...
Krzyżacy wytrzymali to uderzenie pierwsze, odpierając je ciężkiemi włóczniami swojemi — kilku jezdnych obaliło się z końmi, z jednéj i z drugiej strony — walka rozpoczęła się wściekła.
Teodoryk znajdujący się w pośrodku — widział już, że był zewsząd opasany i że siłom tym, których policzyć nie mógł, oprzeć się nie potrafi...
Z trwogą pomyślał, czy posłaniec po Chełmińską brać, wymknąć się zdołał, czy komtur mu ją na odsiecz przyprowadzi.
W tém była nadzieja cała...
Teraz dopiero, gdy już zbroje o miecze szczękać zaczęły i bój u łańcuchów wrzał zajadły — wzrok jego padł w tę stronę, gdzie stał oddział wojewody...
Przypomniał sobie swych sprzymierzeńców lekceważonych z radością, rachował bowiem, że Wincz ocalając głowę, bić się będzie rozpaczliwie.
Kroków kilkadziesiąt dzieliło go od tych namiotów — podbiegł ku nim... Łańcuch je od niemców przedzielał. Za mgłą dostrzegł opróżnione już obozowisko, powywracane szałasy, poobalane wozy i w dali wojewodę na koniu, ludzi w szeregach, jakby tylko znaku oczekujących.
Zdumiało go to, że zamiast twarzami być zwróceni ku nieprzyjacielowi, stali, włócznie na obóz niemiecki nastawiwszy, czołem przeciw niemu.
Marszałek chciał dać rozkaz jakiś... gdy wśród mgły ujrzał nadbiegającego konno rycerza z białą chustą w ręku, który wojewodzie wskazywał obóz krzyżacki...
Ziemia zatętniała i z okrzykiem dzikiej radości, z wybuchem szału, oddział wojewody puścił się z téj strony, która wolną jeszcze była od napaści... na obóz Krzyżaków.
Teodoryk stał chwilę zdrętwiały, patrząc na tę nową klęskę i uskoczył ku wielkiemu namiotowi...
Naprzeciw niego toczył się bój, jakiego dzisiejsze walki wyobrażenia dać nie mogą.
Dwie żelazne ściany naciskały jedna na drugą, łańcuch był dawno rozerwany, Polacy szli ściśnięci i opasywali broniących się z męztwem wielkiém Krzyżaków...
Kruszyły się włócznie o zbroje, padali rycerze na ziemię, a który z nich runął z konia, o swéj sile podnieść się niemógł, tratowano go...
Włócznia była najgłówniejszym orężem. Strzała rzadko trafiała w obnażone od zbroi całkiem ciało okrywającéj części, miecz kruszył się na grubych blachach... Topory ciężkie i straszliwe cepy żelazne na łańcuchach umocowane tłukły o szyszaki i napierśniki.
Krzyżaków padało więcej zgniecionych ciężarem własnych zbroi, Polacy lżéj zbrojni, rany odnosili częstsze... i więcéj krwi przelewali...
Napad wojewody z téj strony, która przez niego bronioną być miała, zawyrokował o losach dnia tego. Lecz... nie łatwo mieli się poddać Krzyżacy... Cześć rycerska zdać się im nie pozwalała... walczyli, drogo sprzedając życie...
Taką wydawała się teraz walka ta widziana z obozu niemieckiego...
Inną wcale była z polskiej strony... Zakon ważył może najlepszego żołnierza najemnego, król na szalę rzucał życie i królestwo swe...
Lecz królem tym był osiwiały w bojach i mękach Łoktek, umysłu nieugiętego i wielkiéj wiary w przeznaczenie i opiekę Bożą... Czuł się zesłanym dla ocalenia téj korony i ziemi...
Przededniem jeszcze wystąpił z lasów, wiedząc dobrze o położeniu nieprzyjaciela, o siłach jego, o oddaleniu się komtura Chełmińskiego... Wojsko szło w ciszy, osłonięte mgłami aż na kilkoro stai od obozu nieprzyjaciela.
Tu król wystąpił sam, zwołując przed siebie wojewodów i chorążych, którzy go kołem otoczyli.
Blady był i wzruszony...
Dniem wprzódy z obawy o los jedynaka, zmusił go do oddalenia się z Trepką, zakazał mu uczestniczyć w tym śmiertelnym boju.
— Ostatni to może raz pan Bóg mi dozwolił stanąć do bitwy z wami... — rzekł do swoich — niechże sromu nie poniosę!!
Nieprzyjaciel mocen jest, ale obciążony łupami i taborem, nie spodziewa się nas... Zwyciężym go...
Głos mu przerywał oddech przyspieszony. Spojrzał na wojewodów; wołając na nich po imieniu, chorążych do siebie pozwał, obiecując im wdzięczność swą.
— Ostatni raz ja z wami idę, — powtórzył — ufajmy Bogu, a zwyciężymy...
Wszyscy się garnęli doń, przyrzekając walczyć do upadłego.
Król tego dnia wdział starą swą doświadczoną, w mnogich miejscach pogiętą i porąbaną zbroję, hełm zawarty — bez żadnych oznak, gdyż i tak wzrost go czynił do poznania łatwym, a nieprzyjaciela nań wyzywał.
Wojewoda krakowski zaczął wraz z innemi prosić go, aby na uboczu stał, do boju się nie mięszając — a im pozwolił zetrzeć się z nieprzyjacielem — lecz żadna siła w świecie starca powstrzymać nie mogła... Rwał się w pierwsze szeregi z niecierpliwością młodzieńczą.
Dodano mu do boku kilku, aby go przynajmniéj osłaniali.
— Nie lękajcie się o mnie — rzekł do Hebdy — dali Bóg zwyciężyć będę cały, — lecz jeźli nas klęska spotka... nie chcę żywym zejść z pola!!
To rzekłszy król z innémi rzucił się na obóz krzyżacki...
Łańcuchy, które go opasywały, przy pierwszém uderzeniu porwane zostały. — Polskie hufce wtargnęły do obozu, zmieszali się tu Krzyżacy z Polakami, a gdy szeregi prysnęły, bój pojedyńczy aż pod namioty i w środek obozu się rozciągnął.
Mgła długo nie dozwalała dojrzeć nic, oprócz nieustających walk, konnych, pieszych, a wreście i leżących już na ziemi, a pasujących się i dławiących przeciwników...
Około pół dnia, gdy bój wrzał jeszcze ciągle — słońce przedarło się przez te opony szare... i straszliwy obraz odsłoniło oczom — samych walczących.
Pobojowisko trupami i rannemi było zasłane.. w pośród nich, na nich ucierali się Krzyżacy jeszcze, wiedząc że ocalić się nie mogą, a poddać nie chcąc jeszcze.
Marszałek zagrzewał resztki, zbierając rozpierzchłych, obiecując przybycie komtura Chełmińskiego i odsieczy.
Obok niego otoczony wybranemi z między rycerstwa, stał z chorągwią zakonu Iwan... wielkiej siły i męztwa żołnierz, któremu dla postawy téj i okazanych już odwagi na placu boju dowodów powierzono znamię najdroższe...
Wojewoda Wincz z Dobkiem, rzucili się na gromadkę i zewsząd ją opasawszy, nacisnęli tak, że toporem rażony przez Dobka olbrzym padł, chorągiew na ziemię wlokąc z sobą.
Marszałek, który to ujrzał zdala, osłonił sobie oczy, ręka mu bezsilna opadła... Stał nie myśląc już o walce i nowy oddział, który na niego natarł, razem z kompanami zabrał go w niewolę...
Nad wieczór walka była tak jak skończona, a jednak król rycerstwu nie dawał złożyć broni, ani się położyć na pobojowisku... Był pewien że za przybyciem powołanych posiłków, bój się raz jeszcze rozpocznie...
Jeńców powiązano sznurami, zwleczono do namiotów otoczonych strażą... Wojsko nie otarło mieczów i nie dało koniom wytchnąć...
Posiłki w istocie pod wodzą Plauena, nadbiegły z pod Brześcia... Gdy je nadciągające ujrzano, już jeńcy byli pod strażą, a król gotów do nowego boju.
Bój to był w szczerém polu, — ze świeżym żołnierzem, zemstą zagrzanym, gdy król miał z sobą znużonych już całodzienną walką, ale zwycięztwem podniesionych na duchu...
W tém drugiém spotkaniu ranny, lecz zagrzany tém, że mu dzień ten płacił się na każdym kroku szczęściem wielkiem, Florjan Szary, który był już trzech znakomitszych rycerzy niemieckich z koni zsadził i oddał w niewolę, — rzucił się ze swemi kilku wprost na komtura wielkiego, Plauena...
Najdzielniejsi Krzyżaccy bracia bronili ostatniego dowódzcy — Szary z taką gwałtownością natarł na nich, wiodąc za sobą Sieradzian, iż trzy włócznie razem, strąciwszy zbroję lekką i już w boju zluzowaną, utkwiły w nim.
Padł, nie wydawszy jęku, rozdarty straszliwie na pobojowisku, w chwili, gdy ciągnący za nim rzucili się na Plauena i porwali go w niewolę...
Szary cały swój pochód ten odbywał na wiernym koniu siwym, który od dawna mu służył... Byli to towarzysze nierozłączni i przyjaciele, koń znał głos, chód — czuł pana zdaleka... W pochodzie zdali się jednym jakimś centaurem, w którym dusza i myśl obu była wspólną.
Gdy Florjan zakrwawiony padł, oburącz chwytając rozdarte ciało, z którego wychodziły jelita... — koń stanął nad nim, kopytami wrył się w ziemię i pokrył go sobą. Uchronił go od stratowania i zgniecenia, którego ofiarą padało drugie tyle ludzi co zabitych mieczem i toporem.
Szary wychowany był i zahartowany jak na rycerza przystało... Każdéj chwili gotów umrzeć, każdéj godziny gotów cierpieć, czując życie w sobie, wspomniawszy na dom, żonę, dzieci — oburącz nacisnął wnętrzności i pozostał pod koniem, wśród dokoła wrzącego boju, czekając, co zrządzi Opatrzność.
On, ludzki swój i rycerski spełnił obowiązek do końca, teraz musiała wystąpić ta opieka Boża, która rozporządza żywotem i przeznaczeniem człowieka.
W duszy swej westchnął do Boga.
Miał li być ocalonym — z wyroku jego, potrzeba było mężnie doczekać chwili, w któréj mógł nadejść ratunek — przeznaczoném mu było umierać? — powinien był z męztwem dotrwać do zgonu...
Koń stał nad nim ciągle, — innym wyrywającym się i czwałującym po pobojowisku, a napadającym na niego, broniąc się i osłaniając pana.
Florjan nie widział już, co się działo w koło niego, słyszał tylko zwycięzkie swoich okrzyki.. Krew z ran płynęła obficie, ręce w niéj obie zbroczone czuł jak ukropem oblane, — nie mógł ich odjąć na chwilę, gdyż poszarpane ciało... razem z krwią wyrzuciłoby było wnętrzności...
Pot występował mu na czoło, modlił się spokojnie... Rachował rychło li ratunek jaki zjawić się może, ażali mu na tak długo sił stanie...
Mdłości chwilami jakby obłokiem osłaniały mu oczy, lecz wielka siła woli zwyciężała je — otrząsał się męczarni tej... spartańską siłą, — siłą męczenników tych, w których życie potęgowała wiara...
Przed oczyma stał mu jego dom, rodzina, ojciec stary... i ten sąsiad straszny, którego pastwą może stać się mieli najdrożsi, gdyby on już tam powrócić nie mógł.
Nie stracił jeszcze nadziei... Krew upływała wprawdzie, lecz silne dłonie trzymały rozdarte rany spojone... Ręką wpychał jelita i — czekał...
Bój się zdał oddalać od niego... zbliżył raz znowu, odbiegł i cisza nastąpiła dla niego prawie od walki straszniejsza...
Koń z głową spuszczoną wąchając wyciągnięte jego nogi, to stał spokojny, to rżeniem niecierpliwem wołać się zdawał na pomoc ludzi...
O ile dojrzeć mógł Szary... żywego do koła nie było już nikogo. Na wpół w ziemię wbity leżał przy nim Krzyżak własną zbroją zgnieciony, z głową obnażoną, z któréj hełm spadł, ze znakiem podkowy końskiéj na czaszce i czole strzaskaném. Daléj nieco koń dogorywający napróżno usiłował się zerwać na nogi, przedniemi kopytami rył ziemię, do pół się dźwigał i opadał.
Daléj widać było pogruchotane włócznie z ostremi drzazgi sterczącemi do góry, połamany oręż, kupy błota w których już ciał startych na miazgę rozeznać nie było można... Mrok wieczora powoli zstępował na pobojowisko, do którego zdala, z miejsca, gdzie obóz był Krzyżacki — dochodził gwar i okrzyki zwycięzkie...
Szary czuł, że król otrzymał pole, że tam bracia jego weselili się ocaloną czcią rycerską...
Wśród szumu i śmiechów nagle cisza się stała...
W tém głos jeden jakiś począł pieśń kościelną, Ciebie Boga chwalemy: i ogromnym chórem wszystko, co żyło powiodło za nim...
Szary miał na oczach łzy...
— Gdyby zginąć przyszło, — myślał w duchu, — krew nie darmo przelałem. Stań się wola Twoja.
Ręce mu drętwiały, siły się wyczerpywały.
Miałżeby nikt nie zajrzeć na pobojowisko??
Noc nadchodziła...
Szary wiedział o tym zwyczaju wojskowym, iż ciury obozowe trupom długo nie odartym, leżeć nie dopuszczały, spiesząc do łupu... Często po nocy z pochodniami spieszyli pochwycić, co im bój zostawił po sobie...
Pieśń przebrzmiała... wrzawa nastąpiła po niéj, przestanki ciszy, krzyki, wołania i oklaski...
Lecz słuch jego tępiał... oczy coraz widziały mniéj, — czuł, że koń stojący nad nim drży i słania się... Rżał coraz słabiej, coraz rzadziej, ruszył się w końcu ostrożnie, zszedł o krok, głowę spuścił, nozdrzami dotykając jego twarzy...
Zdawał się patrzeć czy żyje... Florjan słabym głosem zawołał go jak zwykle... Siwy drgnął, ale i jego opuściły już siły — zwolna legł przy panu...
Nadzieja zaczęła słabnąć w sercu Szarego... Czuł że nie wydoła długo, że dłonie zmartwiałe ran nie utrzymają, i — życie wyniosą z sobą wnętrzności.. Potem zimnym oblewało się czoło..
Modlił się, duszę polecając Bogu... Zamknął oczy...
W tém koń zerwał się na nogi, wyciągnął szyję i rozpaczliwie zarżał. Zdało mu się, że usłyszał ludzkie głosy... że mignęły światła, że ziemia tętniała chodem ludzi, biegiem koni...
Otworzył zwolna osłabłe powieki...
Nad nim stał z jasną twarzą, otoczoną blaskiem nadziemskim król w swéj zbroi potłuczonéj i płaszczu szarym... patrzał na niego...
Obok w sukni księżej podeszłych lat mężczyzna... Dalej kupka ludzi...
— Mój Boże — co on za straszną mękę ponosi...
Głos ten życie przywrócił Szaremu, zebrał się na sił ostatek... i z uśmiechem męczeńskim odparł słabym głosem...
— Miłościwy panie... Sroższa daleko męka znosić pod bokiem złego sąsiada, jakiego ja miałem i mam!
Król postąpił krok bliżéj. Stał przy nim Hebda i zawołał.
— A to mój Florjan z Surdęgi!
— Bądź dobrej myśli — odezwał się król — jeżeli się z tych ran wyleczysz, ja cię uwolnię od złego sąsiada...
Hebda natychmiast na nosze go ludziom wziąć przykazał i do obozu nieść, gdzie królewski lekarz miał rany opatrzyć i obwiązać.
Florjan dotrwawszy do téj chwili, więcej mocą ducha niż ciała, gdy uczuł się już pod opieką — omdlał...
Miał zaledwie czas, czując się opadającym na siłach, zawołać ku wojewodzie.
— Siwego mego zabierzcie!!





VIII.


Nocy téj nikt na pobojowisku nie zasnął, oprócz tych, co już nigdy wstać nie mieli.
Tam, gdzie niedawno był obóz Krzyżacki, rozbito namiot dla króla, gdzie powiewała wielka chorągiew zakonu z czarnym krzyżem i orłem, wiatr unosił czerwony proporzec królewski z orłem białym...
Na placu jak zajrzeć leżały trupy w części już poobnażane, częścią w zbrojach i szatach, zmięszane razem z końmi, potłuczonemi wozy, połamaną bronią.
Gdy ostatnia walka z Plauenem, wziętym do niewoli, skończyła się rozpędzeniem jego ludzi, którzy w nieładzie pierzchnęli — spędzono do gromady wszystkiego niewolnika wziętego rano i wieczorem; rycerzy, knechtów, co tylko poddało się lub żywo pochwycone być mogło...
Tłum to był, w którym najdostojniejsi mięszali się z najlichszemi, usiłując ocalić, małemi czyniąc.
Lecz po resztkach zbroi, po twarzach i postawach, łatwo było rozeznać dowódzców, resztki białych płaszczów poszarpanych zdradzały ich..
Pięćdziesięciu sześciu rycerzy dostało się w ręce Polaków — około czterechset legło na placu.
Tłum który otaczał niewolnika, warczał groźno... Nie chciano im przebaczyć — wołano o pomstę za swoich... Niektórzy rzucali się na bezbronnych, tak że straże ledwie do przybycia króla, osłonić ich mogły...
Gdy Łoktek zsiadł z konia i spojrzał na powiązanych sromotnie sznurami nieprzyjaciół swych, między któremi znajdował się i Marszałek Teodoryk, z chłodną rezygnacją oczekujący śmierci — komtur Elblągski Herman, blady jak trup, Albert komtur Gdański, wielki komtur Otto von Bonsdorf i na ostatku wzięty Russ von Plauen — zmierzył ich oczyma zaiskrzonemi, słowa nie mówiąc.
Najzuchwalsi z nich, obawiali się rozjątrzonego tłumu, lecz za przybyciem króla pewni byli, iż się Krakowski pan, nie będzie śmiał ważyć, mściwego zakonu rozdrażniać, na śmierć ich skazując... Z wejrzeń ich widać to było. Herman dumniéj podnosił głowę, Albert śmiało naciskający tłum odpychał.
Lecz Wielkopolanie, którzy byli świadkami, jak nieludzko się pastwili Krzyżacy nad bezbronnemi, po kościołach lżąc niewiasty, odzierając kapłanów, mordując starców u ołtarzów, pod których opiekę się schronili — Wielkopolanie zbiegli się kupą, najzajadlej domagając nie zemsty, ale słusznego ukarania.
Łoktek właśnie Marszałka Teodoryka, którego mu wskazał nadchodzący Wincz kazał oddzielić i pod straż oddać osobną, gdy Remisz z głową pokrwawioną przypadł do niego, uląkłszy się, aby i innym nie darowano życia.
— Miłościwy panie! — począł wykrzykiwać, — miłościwy panie — posłuchajcie nas, myśmy najlepsze świadki.
Król wskazując na niemców zapytał.
— Co to są za ludzie?
— My wam powiemy, miłościwy panie, co to są za ludzie — zawołał Remisz... Zbójcy są, okrutnicy, co ani krzyża na kościołach, ani niewiast, ni starców, ni kapłanów nie szanowali.
Wskazał na Elblągskiego Hermana...
— Oto kat... co dzieci kazał mordować, a klęczącemu przed nim przeorowi Dominikanów szyderstwem odpowiedział na błaganie...
Herman — w którym obawa o życie dumę złamała — odparł podniesionym głosem, siląc się na ladajaką polszczyznę, do króla.
— Wy najlepiéj wiecie, wodzem będąc, czy on odpowiada za żołnierskie zbytki...
Słysząc to Remisz przypadł doń z pięściami i rzucił mu w twarz.
— Ne prest! niemcze przeklęty, ne prest!
Za nim Wielkopolanie wszyscy pokrzykiwać zaczęli.
— Śmierć im wszystkim! śmierć!
— Po rycersku od miecza, zbóje ginąć nie są warci — krzyczał Remisz — postronkami ich, na postronki...
Zaledwie słów tych dokończył, a król nie miał czasu jeszcze odpowiedzieć ni powstrzymać, gdy tłum rzucił się ławą na krzyżackich jeńców i sznury im zarzucając na szyję, dusić począł.
Jeden z pierwszych, padł komtur Elblągski, którego ciało wywleczono precz, odarłszy ze zbroi. Za nim poszli inni. Ze starszyzny nie oszczędzono nikogo. Wściekłość była niewysłowiona.
Król ani zapobiedz nie mogąc temu zemsty wybuchowi, ani chcąc nań patrzeć, wszedł do swojego namiotu.
Ogromny łup z obozu Marszałka ściągano teraz zewsząd, na kupy go zrzucając przed namiotem królewskim...
Noc zeszła na obrachowywaniu strat w ludziach i obmyśliwaniu skutecznego oporu zakonowi, o którego mściwém wystąpieniu, jak skoro wieść dojdzie do Malborga o klęsce, nie wątpiono...
Leżeć tu długo stary król nie miał ochoty, ni czasu; donoszono mu, że król Jan czeski z siłą dość znaczną ciągnął na Poznań. Nie był on teraz tak strasznym, gdyż spodziewał się poparcia Krzyżaków, którego mu miało zabraknąć.
Łokietek ciągnąć chciał przeciwko niemu z niecierpliwością młodzieńczą, pewien zwycięztwa. Poznania mu dać nie godziło się...
Nazajutrz jednak wyciągnąć z pobojowiska pod Płowcami, nie było można; król musiał swoje pułki na nowo pościągać, łup odesłać; spieszył posłów z radosną nowiną o zwycięztwie wyprawić do żony i syna...
Ranek upłynął na tych zachodach i przygotowaniach.
Było już około południa, gdy na gościńcu od Brześcia Kujawskiego pokazał się mały poczet konny, zwolna zmierzający ku namiotowi króla. Na czele jego powoli jechał mężczyzna wiekiem pochylony, siwy, z różańcem w ręku, w czapce futrzanej na głowie, z krzyżem na piersi.
Rozpoczęta modlitwa na wargach mu skonała, i oczy wlepione miał w smutny widok pobojowiska, na którem obnażone, sine.. podarte, leżały ciała zabitych.
Noc, w czasie któréj ciury nie próżnowały, — już wszystkie te trupy odarła z sukni, stada kruków ulatywały nad niemi, to spuszczając się na pole, to ulatując i krążąc spłoszone...
Od lasów... sunęły jakby cienie, ukazujące się i niknące w kotlinach... psy czy wilcy?
Starzec jechał, spoglądał i łzy stawały mu na oczach... Nie wiedział nawet, gdy koń go zaniósł przed namiot królewski i stanął przed nim...
Starcem tym był Matjasz, biskup Kujawski.
Łoktek w szaréj swéj opończy wyszedł przeciw niemu...
Spojrzał na biskupa, uśmiechając się — lecz starczyło tego wejrzenia, by się przekonał, że starzec nie z radością zwycięztwa tu przybywał, lecz z boleścią nad tylą ludzkiemi żywotami, którem ono opłacone było.
Król widział w tém tryumf, duchowny płakał nad ofiarami...
Matjasz skłonił głowę sędziwą przed witającym go panem.
— Widzicie — ozwał się król — Bóg to zrządził. On mi dał nad dumnym wrogiem zwycięztwo, chwała niech mu będzie na wieki, iż się ulitował nademną...
— Ten sam Bóg — odezwał się biskup spokojnie — sprowadził mnie tu, miłościwy panie, abym ja, sługa jego — spełnił chrześciański obowiązek — wrogom zarówno i swoim należy pogrzeb i modlitwa...
Dozwól mi, abym ciała te pogrześć mógł — a okazał nieprzyjaciołom, iż chrześcianami jesteśmy i obowiązki nasze pełniemy...
Król milcząco skłonił głowę...
— Poniosłem i ja straty dotkliwe — odparł.. — Zginął mój wierny Żegota z Morawicy, niema Krystyana z Ostrowa, Prandoty i Jakóba z Szumska... bronili moich chorągwi i położyli głowy..
Biskup ze smutkiem spoglądał na obnażone trupy wymordowanych Krzyżaków, na których szyjach postronki jeszcze zastrzęgły... któremi ich poduszono.
— Bogdajbyśmy za to drogo i długo nie musieli płacić! — odezwał się — możni są, mocni są, a mściwi i okrutni!
Pozostał kto żyw z wodzów ich? — spytał cicho.
Łokietek z niechęcią wymówił Marszałka imie.
— Jednego jego ocalić mogłem — rzekł — resztę ci wymordowali, którzy na ich niecne morderstwa patrzali.
Biskup natychmiast z konia zsiadłszy, z gromadką swoich ludzi i dodaną mu służbą obozową, poszedł dozorując, aby ciała zebrano i kopano mogiły...
Nad ranem z lasów nadciągnął na pobojowisko pozostawiony w nich obóz królewski. Z nim razem przybyła żona wojewody, która z sercem zbolałem, poszła szukać męża...
Wojewoda na uboczu stał ze swemi.. Wszystek lud jego ochoczo się mięszał z królewskim, on jeden pozostał odosobniony.. W twarzy jego nie tyle widać było radości, co niepokoju...
Pomiędzy wojskiem króla, znajdowało się niemało ziemian, których majętności zniszczyli Krzyżacy.. Winę spustoszenia tego przypisywano wojewodzie. Jego też i Nałęczów, choć się teraz przyłączyli do Łoktka, nie bardzo uprzejmie witano... Wielu się odwracało z pogróżkami i opryskliwem łajaniem.
Nałęcze radzi nie radzi wskazywali na Wincza...
Przebaczono mu było — lecz ci co ucierpieli, strat swoich darować nie mogli.
Wincz też po pierwszem z królem spotkaniu, napastowany pół słowy i wejrzeniami, poszedł z gorzkiem uczuciem schronić się do swojego namiotu i siedział bolejąc nad tem, że się przeszłość zatrzeć nie dała...
Tu zastała go żona nie jakby zwycięzko wyszedł z walki, lecz niemal jako pobitego i upokorzonego...
W milczeniu uścisnął ją. — Czytała w twarzy męża, iż cierpiał.
— Nie dano mi było zginąć — odezwał się — choć pragnąłem śmierci... Ciężkie będzie życie moje...
—  Wszystko przebaczone — przerwała Halka — król łaskaw.
Wojewoda wskazał po za namiot, na kupy, które się snuły.
— A kto im pamięć odejmie?. — rzekł — ci mi nie przebaczą... Król — dodał po przestanku — ciągnie ku Poznaniowi, odstać od niego nie mogę, pójdę i ja.. Ale tam — poproszę, by mi ciężar z ramion zdjął... Nie chcę dowództwa — pragnę spokoju.. Siądziemy na wsi...
Halka pocieszać się go starała, lecz czoło zostało nawisłe chmurami. On sam sobie przebaczyć nie mógł.
Floryan Szary za staraniem Hebdy złożony w jego namiocie, opatrzony przez kanonika Wacława, w strasznéj gorączce marzył o pobojowisku...
Pamiętna opieki, jaką miał nad nią, Halka, natychmiast szukać go poszła, dowiedziawszy się o ranach okrutnych, jakie mu zadano.
Ksiądz Wacław powiadał o nim, iż mógł się wyleczyć z nich, lecz długiego potrzeba było czasu i starania, nimby życie za ocalone uważać można. Król sam pamiętny tego słowa, które na pobojowisku od mężnego rycerza usłyszał, zalecał pieczę mieć nad nim.
Prosto z pod Płowców, Łoktek nie tracąc czasu, wraz z wojewodą ciągnąć musiał do Poznania, aby Czechów uprzedzić...
Biskup Matjasz litościw nad umarłemi, dla rannych téż miał serce ojcowskie, Florjanowi i innym ciężko okaleczonym, których rany spokoju i ducha bezpiecznego potrzebowały, ofiarował schronienie we dworze swym w Brześciu Kujawskim. Tu łatwo ich nawet na noszach przenieść było...
Wojewodzina, która czekać musiała z powrotem do domu, aż by się wojna w Poznańskiem skończyła — schronić się miała z woli męża do Brześcia.
Tak więc Szary, który wprzód nią się opiekował, zyskał teraz w niéj opiekunkę troskliwą.
Brześć i Radziejów napełniły się rannemi — których liczba znaczną była.
Po pierwszem opatrzeniu ran przez kanonika Wacława, i po przebyciu gorączki, a niemocy jaka nastąpiła po niej, Szary, przeciwko wszelkim lekarskim przepowiedniom, w dziwny sposób szybko do zdrowia przychodzić począł.
Obietnica króla, w któréj spełnienie święcie wierzył; niecierpliwość powrotu do domu, zobaczenia żony, dzieci, ojca, dawały mu siłę cudowną, która z każdym dniem rosła.
W izbie dworca biskupiego, leżało ich trzech porąbanych, których wojewodzina odwiedzała codziennie. Jeden z nich Starża, młody był i rękę tylko miał przeciętą, silny i zdrów, przeciez[37] rany mu się jątrzyły i cierpiał więcéj, niż Szary. — Drugi w wieku Florjana ze zgniecionemi nogami, żyć sobie obiecywał, lecz na koń już siąść nie spodziewał się nigdy.
Szary, choć tak straszliwie poszarpany, wierzył w to mocno, że byle zszyte rany się zrosły, zdrów musi być...
Codzień prawie tęskniło mu się tak za domem, a niepokój go ogarniał o sąsiada tak wielki, iż by się był zerwał i jechał na wozie, byle do swoich.
Nie puszczano go.
Biskup Matjasz, co grzebał umarłych, przychodził do nich codzień i uczył cierpliwości.
— Ojcze mój — mówił Florjan całując go w rękę — ja dla siebiebym cierpliwość miał, ale dla żony i dzieci, dla starego ojca, których tam porzuciłem na łasce Bożéj i rodziny méj, trudno mi tu zcierpieć... Na woziebym się dowlókł...
— Drogi złe, zimno okrutne... rany niezgojone — mówił biskup. — Czekajcie...
Wojewodzina, przed którą bolał i skarżył się Szary, w ostatku się jego niepokojowi ulitowała.
Miała wóz i woźniki dobre, ludzi podostatkiem; sama tu zmuszona siedzieć, tęskniła wielce. Gdy Szary począł, obwiązany cały, poruszać się i wstawać na gwałt, aby siłę swą pokazać, rzekła dnia jednego.
— Niema z wami rady, jeźli ks. Wacław dozwoli, odwiozę was żonie.
Gdyby był mógł Szary paść jéj do nóg! lecz z łóżka mu się ciężko podjąć było. Ręce jéj tylko ucałował.
Tegoż dnia kanonik rany opatrzył i na nalegania odpowiedział, jak to lekarze i duchowni zwykli, groźném słowem a szorstko.
— Chcesz się koniecznie zgubić, trudno ci zabronić — rzekł — zamiast pociechy żonie i dzieciom smutek sprawisz... Czekaj aż powiem... Nie zatrzymam dnia jednego, gdy ujrzę, że podróż znieść możesz.
Florjan zmilczał, ale w oczy księdzu patrzał co dnia, a ten się uśmiechał.
Jednego dnia wreście, ręką rzucił, gdy wojewodzina go spytała po cichu i — dał do zrozumienia, że jechać z biedy było można...
Wysłano tedy najlepszy wóz, okryto go kabłąkami i skórami, przyodziano Szarego, i po pożegnaniu, a błogosławieństwie biskupa Matjasza, wojewodzina z nim wyruszyła w drogę.
Jesień była późna, pospieszyć z rannym, choćby i chciano, nie pozwolił lekarz, musiano się wlec noga za nogą. Wojewodzina, miasto na drugim wozie spoczywać, niemal całą drogę, pieszo szła z różańcem w ręku, jakby pielgrzymkę pobożną odbywała.. Była téż to pielgrzymka miłosierdzia.
Florjan leżał osłonięty, coraz to się po cichu ludzi rozpytując, kędy byli, jak się miejsca zwały, ile drogi zrobili...
Jemu podróż wydawała się nieskończoną, a im się bardziéj ku Pilicy zbliżali, tém niepokój rósł.
Zdrowie się nie pogorszyło w drodze, bo je nadzieja utrzymywała.. Uśmiech czasami zjawiał się na bladéj twarzy jego — to go spędzał niepokój.
Wojewodzina, sama w trosce o męża, krzepiła go jak mogła...
— Miłościwa opiekunko moja — rzekł jéj jednego wieczora Florjan, gdy go ludzie na noc do izby znieśli... — Myślę ja sobie ciągle o żonisku i dzieciach... Kto tam wie, czy do nich doszło co już o bitwie, a o mnie pewno żadnéj wieści nie mają. Co się tam z niemi dzieje, jeźli Domna wie, że naszych tylu padło??
Jak mnie tam na wozie im przywieziecie, gotowi pomyśleć, że im trupa odsyłają z pobojowiska...
Półtora dnia powolnéj drogi, jeszcze zostawało do Surdęgi, gdy wojewodzina odezwała się.
— Chcecie, to pojadę przodem do waszéj??
Florjan odpowiedział tylko spojrzeniem wdzięczném.
Nazajutrz wojowodzina[38], starszego sługę zostawiwszy przy Szarym, sama pospieszyła do Surdęgi, jednego dnia się tam dostać spodziewając..
Ludzie, choć im drogę dobrze rozpowiedziano, pobłądzili trochę i noc nadeszła, a Surdęgi widać nie było... W ostatku po przepaścistych groblach i moczarach wlokąc się, wóz złamano, koło pękło i z jednym z czeladzi musiała Halka pieszo iść, szukając schronienia.
Wedle powieści ludzi, zamek miał być niedaleko...
Uradowała się wielce, gdy na pagórku ujrzała zabudowania, a w nich światło. — Nie wątpiła wcale, iż gródek to być musiał, do którego dążyła i, dobiwszy się po grobelce do wrót, słudze stukać kazała...
Wrzawę jakąś słychać było na zamku, dla któréj pewnie, bicie do bramy, nie rychło usłyszano, aż wrótny się zjawił klnąc, z drzazgą w ręku, a za nim kilku strasznych parobków, którzy na widok kobiety samej ze służką — śmiać się okrutnie i do środka wojewodzinę ciągnąć zaczęli.
Przelękła się w pierwszéj chwili, widząc, iż chyba omylić musiała, lecz mężna i przytomna wnet odzyskała odwagę — odparłszy więc groźno tych, co ją za ręce chwytali, poczęła naprzód pytać o Surdęgę...
— Toć to! trafiliście, jak raz... Surdęga jest zaśmiał się jeden z chłopów...
Wojewodzina stała jeszcze w progu, gdy rozpychając gromadę tę, zjawił się mężczyzna, twarzy dzikiéj, porąbanéj, na którego widok wszyscy rozstąpili się i umilkli. Poznała w nim pana...
Śmiało więc ozwała się do niego, z zapytaniem, czy to w istocie Surdęga była...
Zagadnięty nie odpowiedział na to pytanie.
— Powiedźcie mi, kto wy jesteście i jakim sposobem się tu znajdujecie? — rzekł gburowato — ja to naprzód prawo mam wiedzieć...
Spokojnie i wcale nie okazując obawy, wojewodzina odparła...
— Jadę z rannym, z pobojowiska pod Płowcami, gdzie król moc krzyżacką pobił na głowę, a mąż mój, zowie się Wincz z Pomorzan, wojewoda Wielkopolski.
Nachmurzył się słuchając — ten który badał i głową potrząsł...
— Ranny? któż ranny? — spytał...
— Florjan Szary...
Pytający, Nikosz Bąk, rozśmiał się na całe gardło..
— Że go nie zabili — tego... — zawołał.
Wojewodzina z tego wykrzyku domyśliła się, w czyje ręce wpadła, a dość jéj o nim rozpowiadał Florjan. Nie strwożyła się tém jednak...
Zamiast wyrywać się precz, postąpiła dumnie kilka kroków.
— Widzę — rzekła — żem nie trafiła do Surdęgi, jakom chciała, ale pod nieprzyjacielski dach. Przecież żonie wojewody królewskiego i tu odpocząć dadzą...
Nikosz milcząc, cofnął się...
Naprzeciw drzwi stały otworem, w których się świeciło.
Śmiało wojewodzina szła ku nim. Nikosz nasępiony za nią, reszta ludzi prowadziła ich oczyma zdala...
Izba, do któréj weszła Halka, nizka, obwieszona do koła odzieżą, bronią, skórami pobitych zwierząt, miała duże ognisko, na którem ogień płonął z jednéj strony, z drugiéj wysłane było łoże na ziemi. Dwa psy wyciągając się, mruczeniem przyjęły gościa...
Nikosz, jakby jeszcze niepewien był, co pocznie, wskazał miejsce na ławie, sam stojąc przed nią. — Halka usiadła...
— Król pobił Krzyżaków? — zapytał gospodarz.
— Zwycięztwo wielkie Bóg mu dał, starszyzny i rycerstwa zginęło wiele... — rzekła wojewodzina.
— Szary ranny? — hę? — mruknął Nikosz...
— Ranny, ale mu to wyjdzie na dobre, dał Bóg — poczęła wojewodzina spokojnie. — Bił się jak lew... Już pod koniec dnia, gdy posiłki Krzyżakom nadciągały — chciał własną ręką komtura wziąć... Broniący go Krzyżacy trzema włóczniami brzuch mu rozpruli.
— Ha! — rozśmiał się Nikosz...
— Nadjechał potém król — ciągnęła Halka, patrząc na gospodarza — i zobaczywszy go tak strasznie okaleczonym, zawołał.
— Co człowiek ten cierpi... Szary zaś miał jeszcze tyle siły, iż królowi odpowiedział... — Mniéj ja tu cierpę, niż od złego sąsiada!!
Nikosz przerwał takim wykrzykiem, i pięści mu się nagle ścisnęły tak groźno, iż inna by niewiasta ulękła się go — wojewodzina spojrzała nań tylko i dodała.
— Otóż król mu swe słowo pańskie dał na pobojowisku, że go od sąsiada uwolni...
Nikosz, któremu oczy zdawały się z pod powiek wyskakiwać, usta zagryzł i krok się cofnął... Milczał długo...
— Król! król! — wyjęknął szydersko... ale z twarzy i głosu, poznać było można, iż sam przed sobą kłamał odwagę, któréj nie miał.
Począł się wpatrywać w wojewodzinę, niedowierzająco, ale razem trwożliwie.
— Gdzież ranny ten... jest? — zapytał...
— Leczy go królewski doktór, kanonik Wacław w Brześciu na Kujawach — odparła wojewodzina... — Król mu go sam polecił...
Nikosz spojrzał z podełba i znowu mruczeć zaczął.
— Król! król!!
— A cóż król ten, sąsiadowi jego zrobić może? — ozwał się po chwili zadumany...
— Albo to kobieta jak ja, wiedzieć ma?... Jam się podjęła tylko żonie dać znać, że żyw jest — i z tém jechałam do niéj...
Wóz mi się na drodze ułamał.
Nikosz słuchał, dumając ciągle.
— Król! król! — zamruczał pod wąsem...
Ale nie w smak mu pono była ta zapowiedziana opieka pańska. Zawrócił się od ognia wgłąb izby kilka kroków, przyszedł bliżéj i wojewodzinie się przypatrywał bacznie.
Walka jakaś w nim, toczyła się widocznie, która dlań była nieprzyjemną.
— Jakeście ludzcy — rzekła Halka po chwili — pomóżcie mi, abym się do Surdęgi dostać mogła.
— A mnie co wy i Surdęga waszal[39] — zżymając ramionami zawołał nagle Nikosz. Może to ja jestem tym sąsiadem, na którego ten pies, co go trzy krzyżackie włócznie nie dobiły, skarżył się królowi?.. To ja za to, że on na mnie nasadził króla, będę wam pomagał dla niego?
Rozśmiał się na głos...
— Gdybyście to uczynili, rozum byście mieli, nie powiem już więcej... bo lepiéj wam pono króla nie gniewać i nie drażnić. Mały on jest, ale ręce długie ma...
— Jakby to wszystko prawda była! — ze śmiechem odparł Nikosz...
— Wolno wam wierzyć lub nie — zawołała wojewodzina. — Czyńcie jak wam lepiéj.
I zamilkła dumnie, Nikosz popatrzył na nią. Dziwném mu się to zdawało, że słaba, jedna kobieta, w jego rękach będąca, wcale się go lękać nie zdawała, i takie męztwo okazywała.
Mięszało go to widocznie — przeszedł w koniec izby zamyślony, mrucząc coś sam do siebie.
Wojewodzina wstała z ławy, otrzęsła nieco obmokłe suknie, zwróciła się ku niemu.
— Dacie mi ludzi do pomocy?? — zapytała.
Nikosz podumał znowu.
— Ludziom i mnie, trzeba za to zapłacić — rzekł gburowato. — Innego czasu i z was by mi się okup należał, bo odemnie nikt tak nie wyszedł bezkarnie... — dodał patrząc na nią — ale z babami wojować nie chcę...
Zapłacicie — poślę po wóz ludzi.
— Zapłacę — cóż mam robić! jeźli u was taka gościnność! — odezwała się wojewodzina.
— Jam nie chłop, abym przewód dawał darmo — ofuknął Nikosz...
— Zapłacę — potwierdziła Halka...
Nikosz ku drzwiom podszedłszy, wychylił głowę i na swoich huknął. Czekali oni w pobliżu, może innego spodziewając się końca, gdy im kazał światło wziąć i wozu pójść szukać...
Stało się, jak zlecił. Tymczasem udobruchany nieco gospodarz, może napomnieniem o gościnności zawstydzony, jedzenie kazał podać...
Sam stał nieco opodal i znowu o Florjana, o rany jego, o przygodę i rozmowę z królem rozpytywać począł. Wojewodzina powtórzyła mu, co powiedziała wprzódy, rozwodząc się nad tém, jak król sam wielkie miał o rannym staranie.
Nikosz mruczał — król! — śmiał się, ale jednak niepokój go ogarniał.
Dawszy się posilić wojewodzinie, sam potem ogień na kominie przykładał i po troszę jéj służył — zbywszy się pierwszéj swéj gburowatości.
Na ostatek o sobie mówić zaczął z żalem i bólem wielkim, że mu sąsiad wziął, co on najdroższego miał, że gdyby nie on, Domny by był dostał i na ziemianina takiego wyszedł, jako drudzy...
— Zalał mi on za skórą, com nie miał mu oddać! — zawołał... — Król nie wie nic.. niechby mnie posłuchał...
Złagodniał wreście, na świat i ludzi tylko narzekać poczynając, gdy służba wóz wojewodzinéj przyprowadziła. Nie upominając się już o zapłatę Nikosz, koło podprawić kazał i dał przewodnika do Surdęgi...





IX.


Radość i przestrach razem przyniosła z sobą żona wojewody, przybywszy w nocy do zameczku, który zawsze jeszcze w obawie o sąsiada, tak czujną był otoczony strażą, jak czasu wojny.
Wrót jéj w początku otwierać nie chciano, chociaż mówiła im o sobie i o Florjanie — obawiano się zdrady. Nareście wyszedł stary ojciec na wyżki, rozpatrzył się w szczupłym orszaku wojewodzinéj, i na zamek ją puszczono.
Domna stała tu już, z mniejszem dziecięciem na ręku, posłyszawszy o mężu, niecierpliwa, by się coś o nim dowiedzieć.
Wieść o bitwie pod Płowcami głucha i niepewna, doszła tutaj, ale z niéj o losie tych, co walczyli, nic wnieść nie było można.
Opowiadano, że padło ich wielu, że zwycięztwo było okupione drogo.
Wszyscy więc tu w trwodze byli o Szarego, wiedząc, jak rad niebezpieczeństwa szukał i siebie nie szczędził.
Wojewodzina poczęła od tego, że im oznajmiła o Florjanie...
Domna poskoczyła do niéj żywo, z radością i niepokojem, nie umiejąc sobie wytłumaczyć, co wojewodzina w tych stronach — mogła mieć za sprawy i dlaczego się tu znajdowała.
— Jam ci téż Leliwianka — rzekła przybyła Halka — i dla tegom się czuła obowiązana, Florjanem zaopiekować.
— A on! on! gdzież jest? — zapytała Domna.
— Nadąży wkrótce — odezwała się Halka — wyście mężnego serca niewiasta, nie będę więc taiła przed wami, że rannym był w bitwie...
Domnie oczy się załzawiły, dziecko przycisnęła do piersi.
— Ranny był? — szepnęła, pilno się wpatrując w mówiącą.
Stary ojciec drżał słuchając...
— Dziś już rany znacznie pogojone, a że mu pewnie nigdzie lepiéj być nie może, jak w domu — więc przybędzie wkrótce...
Wszystko to Domnie się jeszcze nie dość wydawało jasnem — stała, czekając coś więcej.
Weszły razem do dolnej izby, w któréj młoda pani ze swemi prządkami i dziećmi siadywała wieczorami. Stary powlókł się za niemi...
Wojewodzina obejrzała się do koła, zaczęła podróżną odzież zdejmować, ale nie spieszyła z opowiadaniem, na które oczekiwano.
— Pani moja miłościwa — odezwała się podchodząc ku niéj Domna, która dziecię złożyła w kolebce... — Nie kryjcie nic przedemną — mówcie mi o moim... wszystko.
To, czém się Bogu jego dotknąć podobało — ja z nim podzielać powinnam. — Bóg mi da męztwo! ja wszystko chcę wiedzieć!
Jestem córką ojca, który za młodu rycerzem był — ród mój cały nie inną sprawą się parał — my niewiasty ich, choć zbroi nie wdziewamy, serca zbroić musiemy...
Uściskała ją wojewodzina.
— Siostro ty moja — rzekła z rozrzewnieniem — my! my wprawdzie ran nie odnosim, krwi nie lejem, ale odboleć musiemy za wszystkich — i w naszych sercach odbija się, co oni cierpią... — Bóg z tobą. Florjan żyw powraca, zdrów będzie — ale wycierpiał wiele...
Trzy krzyżackie włócznie, rozdarły mu wnętrzności — cudem ocalony został... Jedzie on tu i jutro będzie przy tobie...
Król sam znalazł go na pobojowisku, a mężny człek, gdy nad nim się użalał, jeszcze miał siłę mu się poskarżyć, że od sąsiada cierpiał więcéj, niż od tych ran, które mu włócznie zadały...
Domna rękami zakryła twarz... Starzec załamał dłonie, milczeli wszyscy, wojewodzina daléj mówiła.
— Król mu przyrzekł, że go od sąsiada uwolni, sam opatrzyć go kazał, i dziś już niema niebezpieczeństwa...
Z płaczem rzuciła się młoda pani dziękować zwiastunce, potém jak nieprzytomna pobiegła uklęknąć i pomodlić się — potem chciała natychmiast choćby na koń siąść i naprzeciw męża jechać — lecz Halka nie dozwoliła na to, ojciec się oparł...
Wojewodzina nie powiedziała nic jeszcze o swéj bytności u Bąka, i teraz dopiero, gdy Domna zaczęła się kłopotać, aby mściwy sąsiad nie napadł w drodze na Forjana — o swojéj przygodzie mówić poczęła.
Wszyscy wydziwić się nie mogli, iż z niéj cało wyszła.
— Powiedziałam ja mu — dodała wojewodzina — o tém, co król przyrzekł Florjanowi, i zdaje się że Nikosz, choć się uśmiechał z tego, musiał wziąć do serca królewskie słowo...
Domna się przecież nie uspokoiła, poki[40] naprzeciw męża ludzi kilku zbrojnych nie wysłała...
Halka, która choć zdala, patrzała niemal na straszną walkę pod Płowcami, i dla męża swego — o którego się lękała, o najmniejsze jéj szczegóły dopytywała — poczęła teraz opowiadać o tym dniu pamiętnym, w którym krzyżacka duma ukróconą, a okrucieństwo ich ukarane zostało...
Co żyło we dworze, cisnęło się słuchać do izby, pode drzwi — i milczenie uroczyste, okrzykami radości i znakami krzyża świętego przerywane tylko — panowało w czasie powieści Halki, która sama się nią zapaliła i unosiła...
Młoda pani swym mężem i jego męztwem bohaterskiém, czuła się dumną. Łzy jéj wysychały od tego uczucia radości i czci dla człowieka, który tak prostym być umiał, tak skromnym, a tak rycersko w życiu się całém sprawował...
Rósł w jéj oczach ukochany mąż, potężnego ducha, który blizkim śmierci będąc, pamiętał o tém tylko, aby królowi rodziny swéj spokój i przyszłość polecić.
Przy nim maleli inni, którzy wielkiemi być chcieli, a nie mieli cnoty jego żelaznéj... zwyciężającéj cierpienie, urągającéj się śmierci...
— Mój Florek! — powtarzała sobie z bijącém sercem i wracającemi do łez oczyma... — Mój!!
Całowała dzieci i chciałaby była powiedzieć im, jak mieli czcić ojca — na to jéj słów brakowało...
Nazajutrz zameczek od rana gotował się jak do uroczystości wielkiej, na przyjęcie swojego pana.
Wieść od dworu poszła po wioskach — z echem królewskich słów i obietnic.
Gromady zbierały się witać wracającego na granicy. Ze wszystkich wsi, postrojony świątecznie lud, cisnął się na drogę wiodącą do zameczku.
Opowiadano sobie i to co było i to, co każdy z serca dodawał do powieści o trzech włóczniach i o złym sąsiedzie. Historja stawała się już legendą, która wieki przetrwać miała,[41]
Na zamku Bąka, postrzeżono ten ruch wielki i niepokój około Surdęgi, lecz ztąd nikt się nie ruszył, ni pomagać, ni przeszkadzać. Z za ostrokołów Nikosz patrzał niespokojnie, rozkazawszy zamek zaprzéć, a ludziom broniąc wychodzić z niego; jakby się lękał o siebie.
Domna zaraz dała znać do Lelowa, zkąd brat jéj i co żyło, skoczyło także na spotkanie Florjana.
Z woza swego, przysłoniętego skórami, Szary zbliżając się ku domowi, wyglądał coraz niespokojniej. Znajoma okolica dozwalała mu obliczać czas i odległość, mierzyć biciem serca zbliżanie się do Surdęgi.
Napróżno jednak naglił i prosił powożących, aby pospieszali — rozkaz był wydany, aby rannego wieźli powoli, wozowi się nie dając przechylać. Szli słudzy z obu stron po złych przeprawach podtrzymując go, aby wstrząśnienia nie czuł. Lecz o ranach swoich i o cierpieniu zapomniał Florjan, tak pilno mu było swoich zobaczyć, Domnę uścisnąć.
Dobili się tak do granicy, gdzie krzyż stał, a koło niego ludzi kupa... Włodarz z częścią gromady z Lasek i Woźników, podbiegł pierwszy do pana.
Stary sługa po nogach go całował, a gromada wołała radośnie i ciągnęli z nią daléj. Czuł się już między swojemi.
— Miły Boże! — mówił w duchu — leżąc na pobojowisku, gdym sądził, że mi już ostatnia nadeszła godzina, czym się ja spodział, że téj chwili dożyję?
Gdy przeciągali naprzeciw zameczku Bąka, drżącą ręką Florjan nieco skórę odgarnął i spojrzał na Wilczą górę. Stała, jakby na niéj żywéj duszy nie było — choć skrycie wiele oczów ciekawych patrzało z niéj na ten orszak, posuwający się dołem ku Surdędze.
— Hej! hej! — mruczał Nikosz z za płota — prowadzą go, jak z pogrzebem idąc. Któż wie? Może mu życia nie wiele zostało, a z nim, gdy zdechnie, i obietnica królewska pójdzie do dołu.
Stanął wóz nagle, choć do zamku jeszcze kawał drogi było — przed Florjanem ukazała się siwa głowa ojca i biały czepiec żony, na ręku trzymającéj dziecinę.
Płakali wszyscy i ściskali ręce, a mówić nikt nie mógł...
Gdy wóz się zatrzymał w podworcu, a ludzie na ręce wziąwszy Szarego, do izby go nieśli — on trzymając za rękę żonę, uśmiechał się wesoło do niéj i do dziecka.
— A no! — zawołał — smutkom tym i łzom daćby pokój! Jest się z czego radować i Bogu dziękować.
Podniósł do góry drugą rękę i zakrzyczał wesoło.
— Ojcze kochany, kubka, choć kroplę wypijemy prze zdrowie króla i korony naszéj...
Do żony się zwrócił.
— A wy! odezwijcie się co wesołego. Piosnkę zanucić! Rycerska rzecz zawsze dobréj myśli być w złéj i pomyślnéj doli równo.
Wziął kubek podany i do ojca obracając się.
— Króla zdrowie! niech nam długo i szczęśliwie panuje!!





X.


Od powrotu Florjana, choć na zamku zawsze się po staremu strzeżono od sąsiada — Bąk najmniejszego powodu do obawy i znaku życia nie dawał.
Na Wilczéj Górze wszystko się zdawało usypiać, jakby go w niéj nie było. Ludzie nawet jego, dawnym swym zwyczajem, psot żadnych nie czynili.
Stary Dalibor, zawsze niedowierzający, utrzymywał, że chyba podłe owe człeczysko coś bardzo niegodziwego gotuje i ma na wątrobie. Nie dawało się to jednak czuć wcale.
Tymczasem wojna się skończyła, z Krzyżakami niby to jakieś układy i pokojowe rozmowy poczęto, choć w dobry ich skutek nikt nie wierzył. Tracono tylko czas, który oni zyskać chcieli, a do końca dobić się z niemi nie było można.
Króla Jana odpędzono od Poznania, doma ludzie trochę spokojniéj oddychali do czasu.
Szary zaraz po godach wstawać począł, chodzić, z włodarzem się naradzać, na koń mu się chciało, ale żona nie dozwalała się wybrać, dopóki by do lepszych sił nie przyszedł.
Często gęsto wspominano o królu, czy téż on obietnicę swą strzyma.
— Król stary, a ma tyle na swéj głowie spraw głównych, iż pewnie zapomniał, co mu się na pobojowisku z ust wyrwało — mówił ojciec. — Nie grzech by mu było pokłonić się pójść i przypomnieć.
— Nie uczynię tego — odpowiadał Florjan. — Nikosz jakoś cicho siedzi, a iść do króla po zapłatę za krew, nie ziemiańska rzecz, ale żołdacka. Dla swojéj ziemi i dla korony Chrobrego się to czyniło — niech będzie Bogu na chwałę!
Tyle zrobiemy, że kozła na hełm wyprawim, a moje trzy włócznie w tarczę włożym tak, jak one mi w brzuchu tkwiły! Dość mi na tém.
Żona nigdy się mężowi nie sprzeciwiała, dla niéj on zawsze słuszność miał. Ojciec téż zamilkł, nie nalegał.
Począł się Florjan coraz pilniéj krzątać około domu, bo się wcześnie jakoś na wiosnę zbierało, a na wsi, nim ona przyjdzie, trzeba być gotowym na jéj przyjęcie.
Z Krakowa jak nie było, tak nie było wieści żadnéj.
Ale poczęły po kraju chodzić pogłoski, że Krzyżacy się znowu na Kujawy wybierają i na Brześć chcą ciągnąć.
Drogi ledwie obsychać zaczynały, gdy dnia jednego do izby chłopak wpadł, do siedzącego na ławie pana wołając, że do zamku ktoś w kilkadziesiąt koni ciągnie.
— A no! — odparł spokojnie Florjan — jak gość przybędzie — wrota mu otworzymy, czém chata bogata... Dostojny pan, czy ubogi człek, tém go przyjmę, co mam — choćby i król sam, więcej nie dam, nad to co mogę.
Jeszcze sobie tak wesoło żartował, a żona do okien biegła wyglądać, gdy od wrót szum się stał — wołano...
— Wojewoda!
Stary z Florjanem wyszli naprzeciw niego.
Zsiadał właśnie z konia, rozglądając się po zameczku — a twarz miał dosyć wesołą.
— Oho! — zawołał do Szarego, patrząc nań — jużeście to na nogach?
— Dzięki Bogu, a pono w sam czas — odparł Florjan z pokłonem — bo coś o wojnie bąkają. Krzyżacy na Brześć mają ciągnąć. — Trzeba będzie spróbować na siodło.
— No, wy jeszcze spocząć możecie — odpowiedział Hebda — téj biedzie na Kujawach jednakże jesteście winni, że gdy o niéj była mowa u króla — stary sobie was przypomniał i nakazał mi zaraz jechać, abym złego sąsiada okupił, choćby najdrożéj.
I z tém ja do was przybywam.
— Bóg zapłać królowi panu.
Wprowadzili do izby wojewodę. Przyjmowano go serdecznie, ale po ziemiańsku, jak Florjan mówił, chlebem powszednim, dostatkiem domowym, żadnego nie czyniąc zbytku.
Po kubku jednym, drugim, odezwał się Hebda.
— A co, miły bracie — u mnie czasu omal zawsze, zawezwać by go tu w imieniu króla i....
Syn i ojciec, oba głowami potrzęśli.
— Jakośmy żywi, ten zbój naszego progu nie przestąpi. — Darujcie panie wojewodo, ani on nie zechce, ani my tego dopuścim...
Stary wtórował — Hebda się zadumał, nie w smak mu to było.
— Nadtośmy sobie nadojedli — mówił Dalibór. — Człek zły jest i my z nim zgody niechcemy, bo z takimi jak on, drużba nic potém. Niech idzie na kraj świata, by go nasze oczy nie oglądały — i tyle.
Nie spierał się już wojewoda. Dworu swojego część zostawił w Surdędze, konia kazał przyprowadzić i pojechał sam do Bąka.
U niego ciągle jeszcze od powrotu Florjana, cicho było i pusto... Ludzie nawet z Wilczéj Góry nie zadzierali się z chłopami z Wożnik jak dawniéj — do bójek na granicy i po lasach nie przychodziło.
Zdawało się, jakby i sam Nikosz zmęczył się tem, i spokój wolał.
Wojewoda przodem posłał urzędnika swojego z laską białą, aby o nim oznajmił, powiadając, że od króla był wyprawiony.
Gdy nadciągnął — wrota już stały otwarte na oścież, a w nich Nikosz czekał ubrany na prędce w szubę dostatnią, z łańcuchem na szyi, w kołpaku na głowie sobolowym, z mieczem u boku. Straszniejszym i brzydszym był jeszcze, niż zwykle.
Twarz miał jak wosk żółtą, a oczy mu biegały jak u kota, gdy psy za nim gonią.
Wprowadził milcząc Hebdę do izby, w któréj, zda się, na umyślnie służba dzbanów srebrnych, i kubków nastawiła więcéj, niż było potrzeba, aby się bogactwem pochlubić. Zbieranina to była różności, nie jednéj matki dziatki, jakby i z kościołów i ze dworów się to poschodziło — ale błyszczało.
Wojewoda nim siadł na ławie, rzekł...
— Jadę do was, od króla z rozkazaniem... Musicie mu z téj posiadłości ustąpić — nie komu ale królowi samemu.
Nikosz głowę bardzo nizko skłonił, ale śmiał się szydersko.
— A jakbym ja dać jéj nie chciał? — zapytał.
— To król znajdzie, za co dać was sądzić, bo skarg i żalów na zbytki wasze dosyć jest. Więc i ziemia się nie ostoi — i głowa w dodatku...
Bąk szuby poprawił.
— Z królem a z biskupem — rzekł — ziemianinowi się nie borykać. Wiem ci ja, zkąd to wszystko płynie, za co na mnie ta groza.. Siła by mówić o tém, ale mnie nie posłuchają.
— Słowo wam nie pomoże nic — przerwał wojewoda. — Mówić możecie, co chcecie, a ziemię królowi trzeba dać.
Nikosz się strząsł tylko.
— Wojny prowadzić trudno! — burknął.
— Król niczyjej krzywdy nie chce — ciągnął daléj Hebda, przypatrując mu się ciekawie. — Otóż wiedźcie, że wam daje ziemi w dwójnasób tyle, koło Nowego Sąndcza. Jest i dwór i ludzi trochę i młynek.
Nikosz począł słuchać z uwagą większą — kłaniał się.
Wojewoda odpowiedzi czekał, ale jéj nie otrzymał. Bąk milczał, tarł w ręku połę sukni i w ziemię oczy wlepiwszy, ustami ruszał.
— No, cóż? — zapytał Hebda.
— Cóż ma być! — zamruczał Nikosz — kiedy mus...
— Zatém — podchwycił wojewoda prędko — czém prędszy koniec, tém lepszy. Wynieście się rychło, a w Sąndeczczyznie osiadłszy, z ludźmi żyjcie we zgodzie; aby na was żalów i skarg nie noszono.
— Miłościwy panie — zawołał, zwolna głowę podnosząc Nikosz — człek, gdyby chciał, ze skóry swéj nie wylezie. Będą mi ludzie dobrzy, będę im druhem; zajdzie mi kto w drogę, jako tu Szary, krew nie woda.
Raz człek żyje i raz umiera.
Musiał wojewoda podany kubek przyjąć, choć mu się pić nie chciało. Miód był stary, i jak smoła czarny.
Nikosz począł rozwodzić żale, a sam pił chciwie i dużo. Blade jego lice rozgorzało, i z żółtego stało się niemal siném, widać było, że się w nim burzyło wszystko.
Hebda słuchał obojętnie.
— Kiedyż mi puścicie wasz gródek? — zapytał — bo ja tu urzędnika mojego do odbioru zostawić muszę.
Nikosz się trochę nasrożył.
— Wypędzacie mnie — rzekł — pilno się mnie im pozbyć.
I chwilkę podumawszy, rzekł ze słością[42].
— Za dzień, za dwa — wozy moje gotowe będą — bylem zaraz tamtę ziemię dostał... pójdę ztąd, pójdę bez żalu...
— Ziemię król przeznaczył, i rozkazy a pisanie dostaniecie w Krakowie — rzekł wojewoda.
To powiedziawszy, wstał zaraz Hebda i przynaglając jeszcze, począł iść do konia.
Razem wyszli w podwórze, gdzie już urzędnik czekał, który miał pozostać, aby mu zamek był zdany.
Nikosz uśmiechnął się, spojrzawszy na tego przystawa, którego mu dawano — nie opierał się.
Wojewodę do wrót odprowadziwszy, z pychą wielką do swéj izby powrócił.
Hebdzie pilno było, więc ledwie do Surdęgi zajechawszy z dobrą nowiną, nie patrząc nocy, która nadchodziła, natychmiast daléj pociągnął.
Radość była wielka, jakby wszystkim z serca kamień spadł — króla pod niebiosa wynoszono. Teraz dopiero swobody zażyć mieli, wrota otworzyć, zbyć się nieustannéj trwogi. Florjan z ojcem naprzód już układali, jak ziemię, któréj obszar był znaczny, osadzać będą, gdzie młyn pobudują, jak w lasach z barciami się rozgospodarują, bo pszczół był dostatek, a z nich ziemianinowi najwięcéj grosza płynęło.
Domna, uśmiechając się mówiła.
— Barcie dobre, ale sen spokojny, jeszcze lepszy.
Stary Dalibór niemal po całych dniach, na wyżkach stał wypatrując, kiedy się ten Nikosz w drogę wybierać zacznie. Przez trzy dni nic widać nie było, czwartego otwarły się wrota, wozy poczęły wyciągać, potem stado pędzili, daléj ludzie szli i jechali — całym obozem — kobiety i dzieci.
Droga najprostsza byłaby im musiała iść koło Surdęgi, ale umyślnie sobie dalszą i gorszą wybrali, aby się im nie przypatrywano i nie urągano.
Do wieczora ciągle się jeszcze coś z Wilczéj Góry wlokło — aż nareście i psa nie zostało. Urzędnik dał znać, żeby przybywano, bo nikogo nie było.
Włodarz posłany, bo ojcu i synowi nie było pilno, zastał pustkę, jak po Tatarach — i urzędnika, który już się w drogę wybierał, podarku nie czekając, bo mu pobyt u Nikosza dokuczył.
Florjan nie spieszył do nowéj posiadłości, ludzi tylko wysłał, aby gródek osadzili i opatrzyli wszystkie kąty. Dalibór chciał się sam wybrać, lecz syn go po rękach całując, zatrzymał.
— Djabeł tam mieszkał długo — rzekł. — Poślemy naprzód po księdza, niechaj wszystkie kąty poświęci i oczyści słowem Bożém.
Natychmiast więc włodarz z wozem po wikarego pojechał, i nazajutrz owo gniazdo plugawe pokropiono wodą święconą, aby je dla Szarych przystępném uczynić... Mogli więc już jechać bezpiecznie, lecz Florjan się i teraz nie kwapił. Odłożyli do jutra.
Szli tedy spocząć i Dalibór w swojéj izbie właśnie miał się do snu położyć, bo zawsze najpóźniéj szedł na spoczynek, a wstawał najraniéj, gdy przez szczeliny okiennicy dostrzegł promyk jakiś, jakby na dworze coś świeciło.
Odsunął prędko okienniczkę i — stanął przerażony.
Ogromna łuna gorzała na niebie. Nie mógł się w początku z przestrachu opamiętać — gdzie pożar się wszczął i zląkł o samą Surdęgę — ale ogień, choć blizki, z za wałów się ukazywał.
W tem i stróże poczęli wołać.
— Gore!!
Płonęły zabudowania na Wilczéj Górze — do których już z wiosek biegli ludzie na ratunek.
Ani oni jednak, ani ci, co na zamku byli, ogniowi strasznemu nie mogli dać rady, ani się nawet zbliżyć do niego.
Zabudowania podpalone na wszystkie cztery rogi, gdyż pakuły i smołę poznajdowano pod ścianami — gorzały tak szybko, iż ci, co w izbach spać się pokładli, ledwie uszli z życiem.
Nie dość na tém, chałupy i szopy na podzamczu, które dla nowych osadników służyć miały, płonęły też wszystkie i do rana nie zostało z nich nic, oprócz kupy popiołów...
Ostatnia to była zemsta Nikosza Bąka, który wszystko zdawszy w całości, postarał się o to, aby po nim Szary nie wziął nic, oprócz pustki i zgliszcza.
— Kat go bierz — zawołał Florjan patrząc na pogorzel zdala — ja na téj górze nie pobuduję nic, niechaj pustką stoi, a świadczy na wiek wieków, o miłym sąsiedzie!!





XI.


Było to w roku następnym 1332, na dni kilka jakoś przed uroczystością narodzin św. Jana Chrzciciela — Florjan z ojcem i żoną, brata Leliwę i kilku ziemian przyjmowali u siebie.
Powieściom o zwycięzkiéj owéj wyprawie starego króla pod Płowce, nie było końca; bo gdziekolwiek się Szary ukazał, nie dawano mu spokoju, zagadując go o to co widział, słyszał, czego naówczas był świadkiem.
Mówiliśmy już, że owe trzy włócznie Krzyżackie, które mężnego rycerza przebodły, wziął on był sobie do szczytu, a że stary swój w Krakowie przemalować kazał. Opatrywano tarczę nową, skórą ociągniętą i gwoźdzmi złocistemi obitą, na któréj dosyć misternie skrzyżowały się trzy kopje — zawołanie téż rodu z Koźlarogów zmieniło się na Jelita... aby dzieci i wnuki pamiętały, czém swój szczyt opłacił nowy.
Setny może raz Szary powtarzać musiał, jak to król długo potajemnie za Krzyżakami chodzić musiał, wyczekując chwili, gdy się pomścić będzie mógł za kraju zniszczenie; jak wojewodę Wincza, poczciwa żona odwiodła od zdrady, z królem pojednała, skłoniła go, aby Krzyżaków porzucił.
— Swięta[43] to niewiasta — mówił Florjan — nie żałowała trudu, nie zważała na niebezpieczeństwa, i męża ocaliła od sromu, a król z jego pomocą pokonał Krzyżaków...
— Prawda to — odparł Leliwa — że juści po troszę to złe, które uczynił, naprawił. Król mu przebaczył, zatarło się niby — a no szlachta wielkopolska nie zapomniała mu, że z Krzyżakami majętności jéj najeżdżał.
Po tém com słyszał, w skórze jego do dziś dnia bym nie chciał być.
— Mój bracie — odezwał się Florjan — ziemianie nasi, prawda, na razie krwi są bardzo gorącéj, i gdy ona w nich zakipi, rąbać i zabijać gotowi, ale téż nikt tak prędko nie ostyga, jak my.
Wojewoda do domu powrócił, ludzie z lasów też i na nowo poklecili chaty; straty się po troszę zapomniały — dadzą mu pokój. Ma to za sobą Wincz, że Krzyżackiemu łupieztwu na żaden sposób zabieżeć nie mógł.
— Ale się na nie patrzał, ale z niemi chodził — dodał Leliwa — Nałęcze nie Nałęcze gromy nań ciskają — on wszystkiemu winien. On!
Mówię ci, w skórze jego nie chciałbym być. Z dobrego to źródła wiem, że się nań naposiedli, i że go zgładzą, a z nim wszystkich, kto żyw...
Florjan się porwał z siedzenia niespokojny.
— Niechże Bóg uchowa! — zawołał. — Gdybym wiedział, że mu grozi w istocie niebezpieczeństwo, jemu i Halce pobiegłbym na pomoc, bo mi téj kobiety żal... okrutny...
Leliwa głową pokręcił.
— Niewiele byś tam pomógł — rzekł. — To wiem, że nań spisek jest, że ludzi do niego należy siła, i że im nie ujdzie!
Grzymała opowiadał, niedawno powróciwszy ze zjazdu ziemian, który we Srodzie był, iż tam się sprzysięgali nieprzyjaciele wojewody, krzywd swych na nim powetować... Zdrajcy łeb ściąć, z rodziny nikogo nie szczędzić i wszystko z dymem puścić...
Szary się wzdrygnął.
— Jeżeli tak jest — rzekł — jutro na koń z ludźmi siadam i do Pomorzan muszę.
Rzucili się mu wszyscy odradzać, poczynając od ojca, ale Szary twardo przy swojem stał.
— Nie może to być, abym naszą powinowatę, która mnie chorego pielęgnowała i do domu wiozła, opuścił... Pomogę nie pomogę, powinność spełnię.
Domna nie mówiła nic, błagająco patrzała na męża. Dalibór rozjątrzonego łagodził.
— Bajki plotą — szeptał cicho — darmo się zerwiesz — a i ludzi sobie narazić nie dobrze... Dać temu pokój. Palca we drzwi wkładać nie trzeba.
Florjan milczał, lecz po wyjeździe Leliwów drugiego dnia w drogę się wybierać zaczął..
Ludzi dobrał sobie zbrojnych kilkunastu, żonę pożegnał, ojca i ruszył najprostszemi drogami na noc całą.
O mil sześć od domu, przyszło spocząć. W gospodzie siedzieli podróżni przy piwie. Jechali do swoich do Sieradzia, a byli wielkopolanie.
— Co tam słychać koło Poznania? — zapytał Szary.
Wąsaty, gruby ziemianin śmiać się począł dziko.
— Dobrze słychać! dobrze — rzekł, panosząc się i w bok biorąc — łotrom łby ścinają, aby drudzy się kajali.
— Jakim? komu? — rzekł Florjan pobladłszy nieco.
— Tak ci jest, tak — ciągnął daléj podróżny. — W samą wigilią narodzenia Ś. Jana Chrzciciela, nasi najechali na dwór w Pomorzanach, i — stała się sprawiedliwość, zdrajcę wojewodę posiekano w kawałki, nie zostało żywéj duszy, dwór spalono...
Kara boża, choć przez ręce ludzkie. Tak niech wszystkim zdrajcom bywa. Amen.



KONIEC.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ćwiczeniach.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Świdwy.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędna kropka.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Świdwa.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – na.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast kropki winien być przecinek.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – IV.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Kaźmirz.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Kaźmirz.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – które.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wiedział.
  13. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Rozgościł.
  14. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ze.
  15. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka.
  16. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zaczęła.
  17. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – gdzieindziej.
  18. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – poskarżyła.
  19. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wzmiankę.
  20. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Florjan.
  21. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka.
  22. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – podskakiwała.
  23. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – I dzwony.
  24. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – królewiczowscy.
  25. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wojewodowie.
  26. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  27. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  28. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  29. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – którego.
  30. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  31. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – której.
  32. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  33. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  34. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  35. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – i słuchał, wpatrując.
  36. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wystąpił.
  37. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przecież.
  38. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wojewodzina.
  39. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wasza!.
  40. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – póki.
  41. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka.
  42. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – złoscią.
  43. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Święta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.