Jelita/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



II.


Znał Dobek dobrze stryja swojego i wiedział że mimo gwałtowności, umiał w potrzebie i spokojnego udać i co wybuchało z niego w głąb nazad zepchnąć, nie spodziewał się jednak aby tak nagła zmiana zajść w nim mogła. Twarz nawet tylko co namiętnością drgająca, wygładziła się jak jezioro w pogodę, ani zmarszczki na niej nie było; głos brzmiał jakby w duszy pokój panował.
Z gwałtownych ruchów przeszedł naraz do ociążałych jakichś i obojętnych. Przybyły też pewnie odgadnąć nie mógł, iż na chwilę przed tém burzył się wojewoda.
Nie pilno mu było nawet pytać o to z czém przyjechał.
— A jakież tam drogi? — rzekł zimno.
— Różne... — rzekł z równym spokojem poseł. — Deszcze już ulewne przechodziły gdzieniegdzie, to wody jesienne poprzybierały...
— Rozkisło u was bardzo? — mówił Wincz.
— A no! u mnie nad Pilicą wody dość — rzekł gość — indziéj drogi niezgorsze...
— Cóż? zbieracie się już? Wici były? pytał stary.
— Co żyło to się pozbiegało pod chorągwie — mówił ziemianin. — Niemabo rady, król chce raz skończyć z Niemcami.
Wojewoda się uśmiechnął.
— Z Krzyżakami! — poprawił — a no! dobrzeby było raz ich precz zegnać i Pomorze odzyskać, ale bodajby nie było trudno...
— Przy Bożéj pomocy — zamruczał z wielkim spokojem poseł.
— Z czémże was do mnie wyprawiono? — odezwał się nareszcie Wincz.
— Waszéj miłości też do tego tańca proszą niezwłocznie — odezwał się wysłany, Król Pan nasz nakazuje aby co żyje na granicy postawić, bo Krzyżaków tylko co nie widać.
Wojewoda obojętnie uśmiechał się.
— Będzie ich słychać wprzódy niż widać — rzekł. — Głośno idą te Niemcy, ho! ho!
Poseł nie zdawał się tém bynajmniéj strwożony, gładził się po głowie, usta ściągał, nie ogarniał go strach żaden przed tą głośną potęgą.
— Daremno was do mnie gnano — odparł wojewoda — bom ja moją powinność znał i bez tego...
Co ma być w swoim czasie przyjdzie...
— Spocznijcież u mnie — dodał. — A kto wam wskazał że mnie w Pomorzanach najdziecie?
— Byłem ci w Poznaniu na zamku — odparł ziemianin — ztamtąd mnie za wami wyprawiono.
Wojewoda nie rzekł nic.
Namyślił się nieco i wskazał na ławę przybyłemu, aby siadł, sam też nieco opodal się usadowił.
— Jak was zowią? — zapytał.
— Florjan Szary jestem, z Surdęgi nad Pilicą — rzekł głosem spokojnym przybyły.
— A zawołanie wasze?
— Różnie nas wołają, a no i Koźlarogi — odparł Florjan. Ziemianieśmy w Sieradzczyźnie tak starzy jak ona...
— Sami téż na wojnę idziecie? — szło daléj pytanie.
— Idę — mówił Szary — syna dorosłego niemam jeszcze, a ojciec stary już i na konia nie siędzie. Rad nie rad ludzi prowadzić muszę.
— Jak to, nie rad! ziemianin a rycerz zawsze wojnie rad być musi — rzekł wojewoda.
— I ja téż — mówił z flegmą Szary — ale ojczysko stare rady sobie nie da z sąsiadem, a mam pod bokiem takiego... z piekła rodem...
Westchnął — rozśmiał się téj szczerości wojewoda.
— Ten ci też musi na wojnę! — dodał.
— Nie, nie pójdzie, pośle kogo za siebie, bo będzie teraz właśnie z ojcem moim i czeladzią wojował — mówił Szary — od czasu jak tam siadł, dnia jednego pokoju od niego nie mieliśmy.
Westchnął znowu.
— Dlatego człowiek coby wojnie dla króla był rad, nie może się nią cieszyć, bo mu swoja własna dolega...
Wincz patrzał uważnie na mówiącego, a że w głosie jego żal i smutek się przebijał — nie wyciągał go już więcéj na słowo.
— Nalejcie sobie miodu — rzekł pół głosem.
Nie wymawiając się podróżny, poszedł do dzbanka, nachylił go, kubek napełnił i z nim powrócił na ławę.
— Wojna będzie sroga — począł Wojewoda trochę pomyślawszy. — Królewskiemu wojsku nic zarzucić nie można, dobre ono jest... ale Niemcy w stal pookowywani, każdy z nich gdyby twierdza, choć do niego się nasi dostaną, nie wiedzieć zkąd go począć... od stóp do głowy żelazo... konie téż zbrojne...
— Prawda to — rzekł Szary, ale za to gdy który z konia padnie, albo na ziemię się obali, nie podniesie się łatwo i toporami go można dobić. Nie ruszają się też w boju tak rączo, jak nasi...
— Ale za to murem stoją — rozśmiał się wojewoda. Toście pewnie słyszeli, że gdy w rząd się ustawią a chcą nieprzyjacielowi oprzeć się, łańcuchami jeden do drugiego, od pasa do pasa poczepiają i wszyscy jakby z jednej bryły!!
— Za to — rzekł Szary obojętnie — byle jeden padł muszą z nim też wszyscy leżeć...
— Rzadko to u nich bywa — odezwał się wojewoda. — Już co do tych spraw wojennych i oręża doskonałego, nie wiem czy gdzie na świecie lepszy jest niż u Krzyżaków. Co roku do nich ciągną pielgrzymi nietylko z Niemiec całych, Francyi, ale i z Anglii i — kto wie z jakich krajów?
Gdzie kto co wynalazł i zrobił, oni to pierwsi mają. Oręż od Saracenów, od Arabów, z Włoch i z Hiszpanii.
Powiadają nawet że jakiś ogień piekielny, co go niedawno mnich w klasztorze gdzieś na Niemcach zrobił, już od lat trzech mają u siebie...
— Jaki ogień? — zapytał Dobek ciekawie...
— Kto go wie co to takiego jest — począł wojewoda. — Tajemnicę z tego robią, jak ów ogień przyrządzać, ale straszny bardzo, bo go z rur żelaznych puszczają z wielkim hukiem, i leci daleko a co napotka to pali i kamienie ciska...
Szary się przeżegnał pobożnie.
— Szatańska chyba moc, a mnichy jej duszę zaprzedawszy, kupili, rzekł. U nas o tem nie słychać dzięki Bogu.
— U nas nie słychać — odezwał się ironicznie wojewoda — to prawda, a oni trzy lata temu już ten ogień robić się nauczyli. Przyjdzie im oblegać twierdzę, rzucą tylko ogniste pociski i żeby najlepiej była obwarowana to ją zżegą.
— Ale na ludzi w boju przecie nie będą szatańską mocą ciskali? przerwał ziemianin.
— Dla czego? rzekł wojewoda — albo oni nas za ludzi mają i pożałują, u nich co nie niemiec to nie człowiek... Srogie bestyje! Szary westchnął, lecz miód popił i dodał tylko.
— Jak skoro moc szatańską mają, a nią się posługują, pan Bóg ich sam pobije jak Lucypera i zastępy jego.
Wojewoda z prostoduszności ziemianina uśmiechnął się nieco.
— Mnie się widzi — dorzucił, że nie z szatana oni to mają, kiedy krzyże na płaszczach noszą.
— Na płaszczach, rozśmiał się Dobek — ale nie w sercach.
Florjan Szary spojrzał ku niemu i uśmiechnął mu się.
Wojewoda tymczasem prawił dalej.
— Nie będzie nam z niemi łatwo wojować, bo choć nasz lud mężny, ale tej chytrości i rozumu co oni nie ma. Oni w sto włóczni na naszych tysiąc idą.
Milczeli słuchający.
— Nie dla tegoż serce mamy tracić? odezwał się Szary. Mądrzy oni ale i król pan nasz rozumny jest i wie jako z niemi poczynać, a Bóg łaskaw. Sprawa nasza dobra, swojej ziemi bronimy, oni cudzą rozdrapują.
Popił miodem Szary, obejrzał się, powoli z ławy wstał, kubek postawił, i skłonił się ku drzwiom zmierzając.
— Jaką mam odpowiedź zanieść panu Hebdzie? spytał od progu.
— Spieszno wam! wtrącił Wincz.
— Jutro muszę być w drodze, rzekł Szary... Spoczywać nie czas.
Wojewoda postał trochę, dumając.
— Jedźcie z Bogiem — odezwał się, a wojewodzie powiedzcie, że ja co mi powinność moja każe, uczynię. Znajdą mnie gdzie potrzeba.
Tak dwuznacznie odprawiwszy poselstwo, kiwnął głową wojewoda, ręką dał znak. Szary się trochę pokłonił i wysunął z izby.
Czas był do snu już dawno, Dobek też przeciągnął się, ziewnął i obejrzał za posłaniem.
— Mnie jeszcze sen nie bierze — rzekł rozstając się z nim wojewoda, a jutro pomówiemy z sobą, bo mi ludzi przyprowadzić musisz i godziny do stracenia nie ma.
Dobek już na wychodnem się wstrzymał. Spojrzał stryjowi w oczy, mówiąc wejrzeniem to, czego już nieśmiał powtórzyć słowy.
Zrozumiał wzrok Wincz i odwrócił się z uporem.
— Spij spokojnie — rzekł ściskając go za rękę. Żadna siła w świecie nie może mnie od tego odwieść com raz postanowił.
Dobek wyszedł.
Zaledwie się oddalił do izby w której mu posłanie ludzie jego przygotowali, gdy wojewoda Włostka do siebie zawołać kazał.
Zbliżył się do niego znowu rozgorączkowany i niecierpliwy.
— Ślij mi po ludzi, rzekł — spieszyć... Już mnie posłami gnają aż tu. Niech pułki wszystkie i co naszego rycerstwa jest, do mnie przybywa. Im więcej nas będzie tem lepiej. Zbierać a wici słać naglące, pod gardłem, pod sromotą, do ostatniego człeka.. potrzebuję ludzi wielu.
Mówił tak przerywanym głosem, a Włostek, proste niby człeczysko tak mu w oczy patrzał, jakby jego myśl odgadywał.
Było to spojrzenie starego sługi, albo zwierzęcia wiernego co się z człowiekiem zżywszy, czyta mu w oczach i niewypowiedziane wyrywa z głębi duszy.
Po cichu rzekł Włostek.
— Nie już tak pilno królowi służyć, kiedy on nas...
Nie dokończył; wojewoda tylko nań spojrzał, i po ramieniu go uderzył.
— Ludzi trzeba, rzekł porywczo, a co potem — mnie wiedzieć... Idź — a spraw się.
W drugiej izbie zgotowane było posłanie dla Wincza, nie na łożu bo go tam brakło, ani na tarczanie bo i tego nie było we dworze, ale obozowe na ziemi, skórami pokryte.
Podszedł Wincz ku niemu, popatrzał, lecz układać się do snu nie miał ochoty.
Pacholę go rozebrało do siwego kaftana, siadł w nim dumać na ławie...
We dworze ucichło — spali wszyscy, wojewoda na komin polan dorzucać kazał, sen go nie brał. W duszy jego całe życie przechodziło płomieniami i czernią, wspomnieniami jasnemi i smutnemi. Stał jakby w progu nowego — a na stare się oglądał. Żal serce ściskał chwilami, to gniew brał górę — duma nim rzucała, wszystko zasłaniając sobą. Zemsty pragnął...
Tak długa noc posępna, cicho upłynęła cała w pół śnie, pół burzy tej dusznej, która czasu obliczyć nie dała. Zaczęło już szarzeć na dzień i ogień wygasał, gdy wojewoda jak siedział u stołu wsparty na ręku usnął.
Otwarłszy oczy zaledwie mógł im uwierzyć.
W pół mroku stała przed nim postać niewieścia, w długich szatach podróżnych, w białej zawitce dokoła twarzy i pod brodą, w czapce na głowie z chustą białą w ręku. Stała i ręce złożywszy zwisłe patrzała nań z politowaniem i przestrachem razem.
Twarz, którą biały rąbek otulał, piękna niegdyś, była jeszcze urodziwą, szlachetną, a słodyczy pełną, razem i męztwa nie niewieściego. Wielkie czarne oczy w oprawie powiek zarysowanych wdzięcznie, patrzały łzawo ale śmiało, i brwi nad niemi ciemne jakiś ból ściągał. Wyraz jego piętnował i usta małe a zbladłe.
Panią i matronę poznawać w niej było łatwo, która choć niewiastą, więc ledwie na pół wolną się czuła, zachowała powagę i wiarę w moc swoją.
Patrzała tak na spiącego jakby stała nad kolebką chorego dziecka, zrozpaczona i mężna, ufająca w Bogu.
Wojewoda podniósł głowę, oczy przetarł, obejrzał się do koła, jakby nie wierzył im i potrzebował przypomnieć sobie kędy się znajduje. Ona wciąż milcząc wpatrywała się jeszcze, a potem rzuciwszy nagle z wybuchem płaczu i jęku zawiesiła mu się na szyi.
— Halka? co ty tu? zamruczał poruszając się Wincz... Halka?! tutaj?...
— Tak — tutaj aż zbiegłam za tobą, odezwała się niewiasta głosem dźwięcznym a pewnym — tak, musiałam dogonić ciebie — bo wiem, czuję co się w duszy twej dzieje... Winczu mój!
Głos jej zmiękł i w płacz się znowu przemienił.
Wojewoda zlekka odtrącił ją od siebie.
— Babskie trwogi dziecinne, rzekł pomięszany, cóż się ma dziać? Nic się nie stało, i nic...
— Winczu mój, panie mój — w twojej duszy stała się okropna sprawa... poczęła Halka. Nie mówiłeś mi nic, alem nie daremnie żyła z tobą lat tyle, i umiem odgadywać nawet to co jutro myśleć będziesz.
Odstąpiła na krok i załamała ręce.
— Panie mój — nie! to się nie stanie. Lepiej być męczennikiem niż katem i zdrajcą!!
Ostatni wyraz posłyszawszy wojewoda jak piorunem ciśnięty rzucił się z ławy, wyprostował, głowę odrzucił na ramiona.
— Mnie zdradzili — krzyknął — ząb za ząb. Nie zdrada to będzie, ale spłata długu... Nie byłbym mężem gdybym ścierpiał sromotę nie zmazawszy jej krwią. Usta Halki otwarły się jakby mówić coś chciała.
— Milcz! milcz — zawołał wojewoda, którego twarz straszliwym wyrazem się zmieniła. Tyś niewiasta, ty nie rozumiesz tego, nie twoja rzecz. Strzeż swej czci, ale mojej straż zostaw mnie... Ruszył się jakby iść chciał, niewiasta mu drogę zastępowała.
— Zgadłam więc — zawołała podnosząc ręce, panie mój! jeszcze czas...
Z gwałtownego oburzenia i gniewu, Wincz przeszedł nagle w jakieś urąganie i szyderstwo, z którem mu łatwiej może było żonie dostać placu.
— Dość! dość! Wiesz że się nikomu mięszać w moje sprawy nie daję... Długie włosy macie, czeszcie je, aby pięknie świeciły, to wasza rzecz! Dać mi pokój!... Dać mi pokój...
— Żoną jestem twoją, odparła mężnie Halka. Nie mięszam się do niczego, lecz gdy o cześć i sumienie chodzi — ubij mnie... Wojewoda ruszył ramionami.
— Ubić nie ubiję, rzekł szydersko, lecz na koń lub wóz wsadzić każę i odprawię abyś mi nie rozbijała głowy. Świdwowie się nigdy babom wodzić nie dawali, ani ja pozwolę...
Namarszczył się grożno, lecz żona stała nieustraszona.
Łzy biegły po jej twarzy, nie wiedziała co mówić miała, słów jej nie stało, padła na kolana, wojewoda się rozgniewał i krzyknął; lecz widząc ją omdlewającą na poły, schylił się, podniósł w milczeniu i na łożu swem, które stało nietknięte położył.
Dwie towarzyszki które za drzwiami czekały, wsunęły się natychmiast niespokojne o panią, a wojewoda korzystając z tego wyśliznął się z sypialni, przeszedł wielką izbę pierwszą i nie zatrzymał się aż w podsieni u słupów. Tu już był Dobek, który wstał raniej. Nie powitali się nawet. Wojewoda był gniewny i wzruszony.
Zwrócił się do niego.
— Niemasz tu już co dłużej gościć — rzekł — wiesz czego żądam... Jedź.
Dobek popatrzył mu w oczy.
— Jam głową domu, jam wojewodą waszym, nie zrzucili mnie jeszcze... posłuchu żądam, posłuch mieć muszę. Nie proszę o radę nikogo. Jedź — a spiesz.
Dobek tak go widział poruszonym, iż długo przemówić nie mógł.
— Do dziś dnia — odezwał się w końcu — byłem gałęzi mej Nałęczowego zawołania głową, — ale od dziś nie chcę być więcej. Stawcie na miejsce moje innego, ja tam gdzie wy, nie pójdę.
Wincz natarł nań grożno.
— Wieszże ty dokąd ja idę? zawołał.
— Wiem — rzekł Dobek stanowczo — i dla tego z wami iść nie chcę.
Zwrócił się wołając na swych ludzi. Wczoraj łagodny i miękki, Dobek dziś występował męzko i śmiało, wojewoda zamruczał tylko i podniosłszy głos:
— Bez jednego człeka obejść się łatwo — zawołał śmiejąc się złośliwie. Z panem Bogiem! Pamiętajcie tylko że ja, choćby mi wielkie rządy odjąć chciano, rychlej tu rozkazywać będę niż kto inny.
Dobek ze spuszczoną głową, niechcąc sporu przedłużać, z bolem wypowiedziawszy co miał na sercu, stał milczący. Rękami tylko dawał swym ludziom w dziedzińcu znaki, ażeby mu konie co rychlej prowadzono.
Czeladź biegała siodłając i wędzidła nakładając, bo konie dopiero u wodopoju były. Przeciągnął się więc wyjazd, na który Dobek zżymając się i niecierpliwiąc czekał.
Wincz który stał długo w nadziei że z synowcem na nowo rozmowę zawiąże, w końcu widząc go odwróconym w stronę i umyślnie milczącym, odszedł gniewny.
Miał już siadać na podprowadzonego mu konia, młodszy Nałęcz, gdy za płotem ukazali się jezdni i w podwórzec wpadł kłusem zbrojny mąż, od Dobka młodszy, z oczyma bystremi, żywy, wesół, lecz coś obce pochodzenie i obyczaj zdradzającego mający w sobie. Strój jego i uzbrojenie było mniej więcej takie jak naówczas nosili wszyscy ci, co do zamożniejszego liczyli się rycerstwa.
Polska nie odróżniała się wielce od narodów zachodu powierzchownością w wyższych społeczeństwa klasach. Wojsko było mniej dobrze uzbrojone, ubożsi ziemianie nosili się ze staroświecka i podług dawnego obyczaju; ale na dworach królów i książąt, mających stosunki częste z Europą, strój i zbroja, pochodzenia francuskiego, włoskiego, niemieckiego, przeważały. Duchowieństwo które dawniej jeździło do Rzymu często, teraz do Awinjonu, rycerstwo które także chętnie się zaciągało za granicą dla poznania świata, kupcy dla zysku przywozili sprzęt, oręż, sukna flamandzkie, hollenderskie tkaniny, klejnoty, broń i t. p.
Na wojnie ziemianie bogatsi zbroje nosili takie w jakie niemcy i francuzi opatrzeni byli.
Przybywający wyglądał jeżeli nie z cudzoziemska, to na wzór obcych w stal okuty, i suknie miał wykwintnie szyte, o które dbać się zdawał. Koń też jego miał drucianą siatkę na sobie i rozmaite świecące blaszki na rzędzie.
Mężczyzna lat około trzydziestu, pięknej twarzy, ciemnowłosy, zręczny, zatoczył koniem przed dworzec jakby dla popisu, i choć dużo miał blach na sobie, lekko skoczył z siodła, konia pacholikowi tarczowemu oddając.
W chwili gdy Dobek spozierał ku niemu, oczy się ich spotkały... Znajomi musieli być, bo przyjezdny chciał go witać i posunął się już ku niemu gdy Dobek głową mu skinąwszy tylko, szybko podanego wierzchowca dosiadł — i od podsieni ruszył...
Przybyły stanął nieco tem zdziwiony, gdy Wincz, który musiał go zobaczyć, wyszedł na spotkanie. Ujrzawszy gospodarza rycerz zwrócił się zaraz ku niemu i powitał go z poszanowaniem wielkiem.
Zamienili wejrzenie jakby się porozumiewali, wojewoda wprowadził go do dworu, lecz nie do izby blizko której żonę zostawił, ale do głębszej komnaty na tyłach, tak pustej jak całe to domostwo.
Przybyły ów gość osiadłym był od dziada w Wielkiej Polsce i liczył się już do tutejszych ziemian, chociaż krwią do nich nie należał. Ojciec jego na dwór króla Przemka sprowadzony z Niemiec dla biegłości w sztuce turniejów i różnych rycerskich cwiczeniach[1], zasłużywszy się panu, otrzymał od niego posiadłości znaczne, ziemię i lasy, tu się z córką ubogiego ziemianina ożenił i nazwisko nawet swe niemieckie von Kopfen zmienił na Kopę... Syn jego Petrek na pół był niemcem dla ojca, pół polakiem dla matki, — więcej go jednak pono ciągnęło serce nad Ren, skąd pochodził, niż nad Wartę i Wisłę.
Za młodu stary oddawał go na służbę rycerską do wojsk cesarskich, Petrek włóczył się z niemi po Włoszech, napatrzył świata i nabrał smaku do obczyzny. Gdy powrócił nic mu w domu nie smakowało, tęsknił za niemcami i za życiem zachodnim. Wszystko mu w domu się barbarzyńskiem wydawało: wyśmiewał się z ludzi i obyczaju...
Lecz, ziemie jakie po ojcu wziął trzymały go tu; a że z ziemiany prostakami żyć nie lubiał, najwięcej po dworach różnych przesiadywał. Nim królewicz Kaźmierz przybył do Poznania, wieszał się u dworu wojewody poznańskiego Wincza Swidwy[2] z Pomorzan i Szamotuł. Lubił go on, bo wesołemi rozmowy i śpiewkami wedle obyczaju niemieckiego i opowiadaniem o podróżach swych go zabawiał.
Petrek, choć go pan wojewoda stale do siebie chciał przywiązać, nie dał się skusić żadną dostojnością. Siadywał u niego po dobrej woli, a podczas znikał i mówiono różnie o nim: jedni utrzymywali że za granicę jeździwał, i po dworach niemieckich się zabawiał, drudzy że z Krzyżakami wyprawy przeciwko Litwie jako gość odbywał, on sam powiadał że doma siedział.
Do stosunków z zakonem niemieckim, z powodu że się on srodze z królem Łokietkiem zadzierał, niebezpiecznie przyznawać się było.
Jak wszyscy tacy ludzie co raz błędnego życia zakosztowali, i miejsca zagrzać nie lubią, Petrek płochy był, bawić się i śmiać lubił, szukał wesołego towarzystwa, wypraw awanturniczych — towarzyszów coraz nowych. Na męztwie mu nie zbywało, lecz więcej miał jeszcze wprawy i zręczności niż siły; a sprytu i wymowy niż rozumu i powagi.
Gdy z wojewodą razem weszli do pustej izby, a wojewoda się obejrzał w koło, jakby upewnić chciał że ich nikt nie podsłucha; Petrek hełm już zdjął i pasa począł sobie zwalniać... Zbliżyli się do siebie, tak aby po cichu rozmawiać mogli.
— Dotarłżeś aż do gniazda? zapytał Wincz.
Z uśmiechem zwycięzkim głową naprzód Petrek dał znak potakujący.
— Panie wojewodo — rzekł wesołym głosem z przechwałką butną, znacie sługę waszego, że co zamierza zawsze dopiąć musi, choćby karku nastawić przyszło! I tym razem, prawdę mówiąc, w chwili gdy już wojna wypowiedziana, gdy oni idą na nas, dostać się do wielkiego mistrza nie było łatwo.
— Sam li on dowodzić będzie! zapytał ciekawie wojewoda.
— Myślę że nie — odparł Petrek. Poprowadzi może swoich do Torunia, a wyprawą dowodzić będzie marszałek.
— Widzieliście jego samego! począł badać wojewoda.
— Tak jako was widzę w tej chwili! śmiejąc się odparł Petrek... Widziałem go i mówiłem z nim, bo takiej sprawy, ani nawet wielkiemu komturowi, ani marszałkowi poruczać nie mogłem. Musiałem z samym Luderem mówić i to na cztery oczy... Do Bromberga aż musiałem, aby go pochwycić.
Wojewoda słuchał widocznie z zajęciem wielkiem, dech wstrzymywał, oczy mu się zaiskrzyły.
Petrek jakby tej niecierpliwości dowiedzenia się skutku nie rozumiał, mówił przechwalając się obojętnie.
— Przyjęli mnie bardzo dobrze, jak starego znajomego i towarzysza broni. W Toruniu musiałem z niemi pić całą noc... Ochota okrutna, bo się na tę wyprawę z wielkiem sercem gotują, a dali sobie hasło w pień ciąć co napadną i palić żeby jedna chata ni budynek po nich nie pozostał...
Mówią że korzystać chcą z tego iż króla Jana z sobą nie będą mieć w początku wyprawy, bo Czech im ludzi wyrzynać nie dawał a chrzcić kazał, czego mu darować nie mogą.
— Ale cóż mistrz? co mistrz? przerwał wojewoda.
— Mistrz też mnie przyjął dobrze i zaraz do rozmowy dopuścił, mówił Petrek, choć gości dostojnych miał z Anglji i Niemiec, których przyjmować musiał.
— Cóż rzekł? co? wtrącił Wincz — mów, a nie trzymaj mnie na wolnem ogniu.
— Zdawał się radować postanowieniu waszemu — odezwał się Petrek — ale cóż? ogólnemi słowy tylko się ze mną o tem rozgadał, wciąż powtarzając jedno. — Sam z wojewodą o tem muszę się układać.
Chce abyście do niego przybyli.
— Mówiliście mu warunki moje! pytał Wincz.
— Juściż to było najpierwszem — rzekł Petrek, iż chcecie i domagacie się aby waszego kraju nie napastowali i nie niszczyli, a uważali go jako sprzymierzony. Na to mi rzekł kwaśno mistrz, iż do arcybiskupa Gnieznieńskiego żal ma i na nim się mścić musi, ani mu może darować, choć na tej ziemi siedzi.
Nachmurzył się wojewoda.
— Ciągną już! gdzie są! zawołał...
— Myślę że koło Torunia się zbiorą wszyscy, i mistrza tam też zastaniecie, ale prędko potrzeba iść, aby was wyprzedzając nie rozlali się na Wielką Polskę...
Wojewoda na ławę przysiadłszy zadumał się.
— Pojedziecie ze mną — rzekł po namyśle.
— Rozumie się że nie odstąpię was — prędko dorzucił Petrek. Nie pochlebiając sobie, trudno by też było bezemnie który wszystkie drogi i przesmyki znam i rozmówić się z niemi umiem, — dostać się z całą głową do Krzyżaków.
Wojewoda wstał, popatrzył na podłogę, podumał.
— Cicho — rzekł — cicho — zapowiedzą się łowy na jutro, pojedziemy w lasy, wy ze mną, i do Torunia! Nie może już inaczej być. Chcieli tego... zmusili mnie. Niemogę inaczej... Sromu nie zniosę — lepiej śmierć.
Chciał król... chciał... stanie się.
Westchnął ciężko wojewoda.
Tłumaczył się jakby z potrzeby przed samym sobą, i powtórzył razy kilka jeszcze pół głosem.
— Chciał król! zmusił mnie... Nie może już inaczej być — nie może...



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – ćwiczeniach.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Świdwy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.