Jeden z siedmiu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Jeden z siedmiu
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


JEDEN Z SIEDMIU.

— Chłopcy, pora spać! Co to za szepty po nocy? — zawołała matka ze swego pokoju, słysząc, że jej duma, siódmoklasista, muzyk i malarz Ludwiś, coś gorąco mówił półgłosem, a dwaj młodsi bracia od czasu do czasu szeptem mu odpowiadali.
— A więc przysięgacie? — spytał Ludwiś.
— Przysięgamy! — odpowiedzieli młodsi.
Potem wszystko ucichło.
Nazajutrz rano na kawę przyszli dwaj synowie, trzeciego nie było.
— Czemu Ludwiś tak się guzdrze i spóźnia? — spytał ojciec.
— Ludwik już nie przyjdzie... — odpowiedział, blednąc, młodszy z braci. — Poszedł na wojnę...
Upływa dzień po dniu. Zrzadka przychodzą kartki od czterech starszych synów, którzy oddawna są już w szeregach, lecz od Ludwika — nic.
— Taki słaby, chorowity, może gdzieś umiera w szpitalu? — ze łzami w oczach powiedziała pewnego wieczora matka.
Ojciec podniósł na nią oczy i surowym głosem rzekł:
— Wszystko może być... Na to wojna...
Lecz, jakby odpowiadając na troskę i niepokój rodziców, listonosz przyniósł kartkę połową z Zegrza. Ludwik pisał:
„Kochani Rodzice, będziemy pędzić bolszewików, bo tak ślubowaliśmy“.
Ślubu tego młodzież polska, śród której był ochotnik Ludwik Tatkowski, dochowała. Biła i pędziła Moskali, a gdy zmuszoną była odchodzić, kły pokazywała dotkliwie i przy najmniejszej sposobności znowu nacierała i rozpoczynała ataki, coraz śmielsze i krwawsze.
Jednym z takich był atak 16 sierpnia pod Prusinowcami. Po nieznacznem cofnięciu się spostrzegłszy, że nieprzyjaciel jest znużony długim bojem wstępnym, ochotnicy ruszyli na bagnety. Nikt tego porywu wstrzymać nie mógł, bo był to żywiołowy wybuch odwagi i gorliwej a szczerej służby ojczyźnie. Ochotnicy — młodzież i dzieci prawie — biegli z wesołemi okrzykami, ze śmiechem niemal.
— Na psubratów!
— Rwać rude brody!
Razem z innymi pędził z karabinem w ręce spokojny zawsze Ludwik Tatkowski.
Biegł i myślał, że oto biegnie obok niego Grześ Gruszecki, wysoki, wiotki chłopak. Ma zaledwie 15 lat. Biegnie, podskakując, i coś pokrzykuje. Wesół jest i szczęśliwy, a dziś w nocy płakał do rana, gdyż tęskni za domem i ulubionym kotem.
— Dzieciak! — mignęła Ludwikowi myśl, chociaż sam przecież był też dzieciakiem, tylko, że nigdy nie płakał i tęsknotę tłumił w sobie słowami:
„Teraz wojna, a tęsknota i miłość na później“!
Naraz Ludwik potknął się i upadł.
Chciał zerwać się i biec dalej naprzód, lecz nie mógł ruszyć z miejsca. Siadł na ziemi i ze zdumieniem spojrzał na nogę. Spodnie nad kolanem zaczęły jakoś dziwnie wystawać, jak pęcherz, gdy go nadymają. Chłopak dotknął ręką i natychmiast dłoń krwią się zbroczyła.
— Ranny jestem! — domyślił się.
Zagiął spodnie i obnażył nogę. Ciemna struga krwi ze świstem płynęła z kolana, a z buta też buchała krew...
— Głupia rana — pomyślał Ludwiś.
Lecz jednocześnie poczuł, że słabnie. W oczach zaczęły mu latać czarne i białe koła. Zemdlał.
Oprzytomniał ze straszliwego bólu. Noga zbrzękła, zsiniała, a krew płynęła i płynęła, aż się zebrała cała kałuża gęstej, szkarłatnej krwi.
— Cóż to? — pytał, przecierając oczy Ludwiś. — Raniono mnie, gdym rozbrajał Niemców w Rzeszowie? Nie! To pewno wtedy, gdy nas, wartowników, ostrzeliwali bandyci około magazynów wojskowych po Niemcach. Ale dlaczego dopiero teraz krew poszła?
Łamie sobie głowę chłopak, lecz nic nie może przypomnieć. Kładzie się na wznak i ręce pod głowę zakłada, lecz znowu siada i nadsłuchuje. Jakaś cicha, łagodna muzyka brzmi gdzieś niedaleko.
— Ja to grałem w domu, to — Schumann! — przypomina sobie, ale ból go chwyta tak straszliwy, że wić się zaczyna, krzyczeć i wyć...
Różniej milknie, bo znowu mdleje...
A krew wycieka z kolana i przez dziurki od sznurowadeł w bucie...
Słońce praży mu twarz. Chłopiec rusza spieczonemi ustami i bezwiednie szepce:
— Wody! Ratujcie!...
Lecz nikt nie przychodzi, gdyż cofnęły się polskie szeregi.
Nikt ze swoich nie przyszedł.
Ale zato przyszli bolszewicy, by obdzierać rannych i zabitych.
Ludwik, blady jak śmierć, leżał w kałuży własnej krwi.
Zdarto z niego ubranie, czapkę i buty...
Obudził się pod wieczór, od zimna, bólu i krzyków straszliwych.
Zobaczył, że szeregi polskie znowu idą do ataku, zdołał rękę wyciągnąć i wyszeptać:
— Wody...
Lecz było to już konanie. Konał długo, aż do wieczora, a gdy koledzy po odbiciu Prusinowic poczęli go szukać, znaleźli zwłoki Ludwika Tatkowskiego... nagie, zsiniałe, z twarzą, wykrzywioną bólem straszliwym.
Ślubował i ślubu dokonał.
Dokonali go i młodsi bracia. Lecz z siedmiu zginął tylko on jeden.
Spełnił, co mu kazało serce Polaka...
W podzięce za wierność ojczyźnie, nie mamy innej nagrody, jak przekazanie potomstwu sławnych imion bohaterów.
Śród takich imion świecić przykładem i chlubą będzie przez wieki imię Ludwika Tatkowskiego.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.