Jaskinia Steenfollu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wilhelm Hauff
Tytuł Jaskinia Steenfollu
Pochodzenie Stokrotka i inne bajki
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Die Höhle von Steenfoll
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Jaskinia Steenfollu.

Na skalistych wyspach Szkocji, żyli sobie przed wieloma laty dwaj rybacy w miłej zgodzie. Byli bezżenni, nie posiadali krewnych, a dochód z pracy wystarczał im w zupełności. Zżyli się obaj, ale z postaci i usposobienia różni byli całkowicie.
Kasper Strumpf, niski, gruby, przysadkowaty miał krągłą twarz i dobroduszne, wesołe oczy, których nie zaćmiła nigdy troska. Lubił on sypiać i przesiadywać w domu, toteż jemu przypadły zajęcia gospodarcze, robienie sieci i uprawa pola.
Towarzysz jego, chudy wysoki o orlim nosie, był dzielnym strzelcem, rybakiem i chciwym grosza kupcem, ale handlowano z nim chętnie, z powodu wypróbowanej uczciwości. Zwano go Wilm Falk i wiedziano, że nie poprzestając na dobrobycie, który mimo chciwości chętnie dzielił z Kasprem Strumpfem, pragnął być bardzo bogaty. Falk przekonał się w życiu, iż zwykła droga handlu nie daje wielkiego majątku, dumał tedy, jakby go zyskać w sposób niezwykły, a pomysł ten uczepił go się tak silnie, że o bogactwie tym rozmawiał z towarzyszem, jako o sprawie dokonanej. Gadatliwy Kasper wierzył na oślep w każde słowo Falka, toteż niedługo rozeszła się wszędy wieść, że Falk jest bogaczem. Dodawano też po cichu, że mienie to zawdzięcza szatańskiej mocy.
Falk wyśmiewał się zrazu z tych domysłów, ale potem przyszło mu na myśl, że... kto wie... może mu cud jakiś istotnie pozwoli odnaleźć skarb ukryty. Prowadził dalej handel swój, ale zaczął coraz częściej szukać niezwykłych przygód. Oczywiście, o szatańskiej pomocy nie myślał wcale.
Pewnego dnia zapatrzony w morze, jakby mu stamtąd miało przyść jakie wielkie szczęście i nagle zobaczył, pośród mchu kamieni i gruzów, tuż u stóp swoich, żółtą kulę. Była to kula złota.
Osłupiał ze zdumienia. A więc marzenie jego nie było złudą. Morze podarowało mu złoto, prawdopodobnie resztę jakiejś grubej sztaby, którą fale otoczyły do wielkości zwykłej kuli łowieckiej. Nabrał przekonania, że gdzieś, u tych wybrzeży zatonął w dawnych czasach bogato obładowany okręt kupiecki i on właśnie jest przeznaczony na to, by dobyć z dna, pogrzebane tam skarby.
Starannie zataił wszystko przed gadatliwym towarzyszem, porzucił handel i całe dni i noce spędzał teraz nad brzegiem, zanurzając w wodę nie sieci dla połowu ryb, ale własnego pomysłu szufle dla czerpania złota.
Doprowadziło go to do biedy zupełnej, gdyż niezdarny Kasper nie mógł zarobić na dwu. Poszukiwanie skarbu pochłonęło nietylko znalezioną kulę, ale także całe, dotychczasowe ich mienie.
Kasper korzystał długo z pracy Falka i jadł chleb jego, toteż i teraz znosił cierpliwie dziwactwa towarzysza i głód będący ich wynikiem. A właśnie owa uległość Kaspra podniecała bardziej jeszcze Falka do coraz to nowych wysiłków.
Zdarzyło się jeszcze jedno. Oto, ile razy Falk zasypiał, słyszał jakby jakieś dziwne słowo, które mu ktoś szeptał w ucho. Było zawsze takiesame ale go nigdy nie mógł zapamiętać.
Nie miało to z pozoru żadnego związku z poszukiwaniem skarbów, ale na umysł Falka oddziaływało wszystko, toteż wytłumaczył sobie, iż posiada jakąś tajemniczą wskazówkę z zaświatów, a ona mu dopomoże do zdobycia bogactwa.
Pewnego dnia nadeszła nagle burza i Falk schronił się przed falami w jaskinię, zwaną Steenfoll. Była to jakby kamienna galerja, otwarta ze stron obu, a fale przelewały się przez nią w chwili przypływu.
Dojście do tej galerji było niewygodne wielce, gdyż jeno od góry, przez wąską szczelinę i chowali się tu jeno chłopcy, celem płatania figlów. Falk zeszedł tu jednak i usiadł na występie skalnym. Pod nogami kotłowała woda, on zaś zapadł w zwyczajne marzenia o zatopionym okręcie i jego skarbach. Długo trwało, zanim zauważył, że burza minęła i właśnie miał wyść, gdy nagle, z głębi galerji doszło go wyrzeczone wyraźnie słowo:
Carmilhan.
Spojrzał w górę, potem na dół i zawołał bezwiednie:
— Wielki Boże! Wszakże to właśnie słowo słyszę we śnie.
Był już jedną nogą poza kamienną galerją, gdy z głębi dobiegł go jęk, w jęku tym rozpoznał słowo:
— Car — mil — han.
Tego było za dużo nawet dla dzielnego Falka, toteż uciekł co tchu.
Nazajutrz chodził długo zadumany po brzegu, gdy nagle ujrzał w dali łódź. Wytężył wzrok i gdy podjechała bliżej, spostrzegł zdumiony, że porusza się bez żagli i wioseł. Siedział w niej nieruchomo człowiek jakiś bardzo stary, pomarszczony, po staroświecku, jakby z holenderska ubrany. Siedział i miał zamknięte oczy.
Tajemnicza łódź przybiła do brzegu, starzec otwarł oczy, wstał i wyszedłszy na suchy ląd, powiedział bez wstępu:
— Jestem Alfred Franciszek van der Swelder, komendant Carlmilhana z Amsterdamu, który w drodze powrotnej z Batawji zatonął tu, z całą załogą. Przybywam szukać go.
Falkowi włosy stanęły na głowie, ale spytał:
— Kiedyż się to stało?
— Sto lat temu. Przybywam dobyć z dna złoto. Jeśli mi pomożesz, dostaniesz połowę skarbu.
— Uczynię to chętnie.
— Tedy musisz pójść przed północą na najdziksze miejsce tej wyspy, zabierając ze sobą krowę. Doszedłszy tam, zabijesz ją, ściągniesz skórę i każesz się komuś szczelnie zawinąć w tę skórę. Towarzysz twój musi odejść, ty zaś leż i czekaj północy. Gdy wybije dowiesz się gdzie szukać skarbów Carlmilhana.
Gdy starzec skończył mówić, znikł nagle, a wraz z nim znikła łódź tajemnicza.
Falk padł ze strachu na kolana, potem zaś osunął się na ziemię. Leżał tak długo napoły przytomny, drżąc na całem ciele.
Po dobrej godzinie wrócił do domu, a Kasper, spojrzawszy nań krzyknął wielkim głosem. Towarzysz jego zmieniony był nie do poznania.
Nie mówiąc nic, legł na nędznem posłaniu, gdy zaś wieczór zapadł opowiedział rzecz pokrótce Kasprowi i zapowiedział, że dziś poświęcić muszą ostatnią swą żywicielkę, krowę, którą wychodowali z cielęcia.
— Czyś oszalał? — krzyknął nieszczęsny Kasper
— Zginiemy z głodu!
— Właśnie szczędząc krowy z głodu zginiemy. — odparł Falk.
— Nie dopuszczę do tego! — zaręczał biedny Kasper — Będę pracował co sił.
— Wszystko na nic! — odrzekł Falk — Wóz albo przewóz... zobaczymy zresztą.
Kasper przeżegnał się trzy razy, potem zaś siadł i jął płakać. Towarzysz jego popadł wyraźnie w moc szatańską. Czyż miał go opuścić w takiej chwili? Czyż miał uciekać z krową? Czy wołać ludzi?
Około jednastej w nocy wyprowadził Falk krowę i poszli. Huczała wichura, błyskawice migały po czarnem niebie, a krowa ryczała, przeczuwając swój smutny koniec.
Dotarli na najwyższy skalny cypel wyspy, opodal jaskini Steenfollu. Falk przywiązał krowę i podniósł siekierę. Na ten widok Kasper zatkał sobie uszy, by nie słyszeć ciosu i zamknął oczy. Gdy je rozwarł, krowa leżała martwa, a Falk ściągał spiesznie skórę. Nawykły do posłuszeństwa, pospieszył mu z pomocą, potem zawinął go wedle rozkazu i położył tuż nad wodą, tak że wyższe fale dochodziły aż do leżącego.
Uczyniwszy to, uciekł na myśl o strasznych rzeczach, jakie nastąpią.
Falk nie bał się wcale, nie żal mu też było ulubionego zwierzęcia, żądzą skarbów napół już oszalały wpatrywał się w ciemność przerywaną błyskawicami i słuchał gromów. Nagle usłyszał głos obok siebie:
— Jesteś tu, to dobrze.
Przy nim siedział, znany już staruszek w holenderskim stroju marynarskim.
— Gdzie są skarby Carlmilhana? — spytał.
— Na dnie morza.
— Gdzie?
— Tuż pod ścianą groty Steenfollu.
— Ile z nich dostanę?
— Więcej niż spotrzebujesz w życiu.
Kędyś, z dna morza doleciał śmiech gromady ludzi, a staruszek znikł.
Wytężając wszystkie siły uwolnił się Falk ze skóry, wrócił do domu i rzekł uradowanemu na jego widok Kasprowi:
— Chodźmy po skarby.
Te słowa pogrążyły biedaka na nowo w rozpaczy. Sądził, że nadszedł kres nieszczęść, że rozczarowany towarzysz da wszystkiemu spokój.
— Zostań, jeśli chcesz. Pójdę sam.
Falk wziął pochodnię, kilof, linę i wyszedł, a Kasper podążył oczywiście za nim i jął dzielnie pomagać.
Spuszczanie się nocą, podczas burzy w wodę, ze stromej skały było szaleństwem, ale Falk opętany żądzą nie zważał na nic. Z niesłychanym wysiłkiem zszedł omackiem do jaskini i stanął na występie skalnym, pod stopami mając spienione morze. Za chwilę wisiał już w powietrzu i rozglądał się, przyświecając sobie pochodnią. Nagle coś błysło w rozpadlinie, opuścił się niżej, dał nurka i chwycił przedmiot, który się okazał żelazną szkatułką. Z wielkim trudem wyniósł ją do groty, odłamał zardzewiałe wieko i przekonał się, że szkatułka pełna była podwójnych dukatonów holenderskich. Pokazawszy to przyjacielowi, ruszył z powrotem, nie zważając na rozpaczne jego błagania.
Kasper nie ujrzał już nigdy Falka, usłyszał tylko śmiech, dochodzący z dna morza.
Wrócił do domu zmieniony zupełnie. Przejścia te wstrząsnęły jego słabym umysłem. Odtąd chodził obojętny, głodny, obdarty po całych dniach wkoło jaskini Steenfollu.
Jeden z rybaków oświadczył, że widział Falka wśród burzy na brzegu, wraz z gromadą duchów, prawdopodobnie marynarzy zatopionego okrętu.
Tejżesamej nocy przepadł gdzieś Kasper Strumpf. Szukano go długo, a po dniach paru, zobaczono go, pono obok Falka, spacerującego wraz z duchami.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Wilhelm Hauff i tłumacza: Franciszek Mirandola.