Jasełka. Wyciąg z pamiętników Ktosia/Część II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jasełka
Podtytuł Wyciąg z pamiętników Ktosia
Data wydania 1878
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WYDANIE JUBILEUSZOWE.
WYBÓR PISM
J. I. KRASZEWSKIEGO.

JASEŁKA.
Wyciąg z pamiętników Ktosia.

CZĘŚĆ II.

TOM V.
Wydawnictwo na korzyść Jubilata.
WARSZAWA.
DRUK JÓZEFA UNGRA,
ulica Nowolipki, Nr. 3.
1878.

Дозволено Цензурою.
Варшава, 28 Декабря 1877 г.




JASEŁKA.
WYCIĄG
Z PAMIĘTNIKÓW KTOSIA.
(Dokończenie).


Puszczona przez sędziego wiadomość o testamencie, rozeszła się lotem błyskawicy po sąsiedztwie, i rozmaite wywołała sądy, domniemania, domysły. Maks powracając z miasteczka, przywiózł ją półkownikowej, która tragicznie ręce załamała, usłyszawszy ją. Była tam właśnie i Aneta z matką, a piękne dziewczę ciekawym uchem pochwyciło nowinę.
— Jak to? spytała Anusia żywo: ten zajmujący młody człowiek...
— Pozostanie — rzekł Maks — goluteńkim hrabią, nic więcéj.
— Ale to nie może być — przerwała półkownikowa — żeby też stryj wszystko mu miał zabrać, nic nie dać po ojcu! Wstydziłby się...
— O! to bardzo być może, i wstydzić się nie będzie! trzęsąc głową dodała matka Anety.
— Szkoda go, doprawdy! szepnęła panna. Ale cóż on pocznie biedny?
— O niego ja się najmniéj kłopoczę, rzekł Maks: on lubi swobodę i życie wieśniacze; będzie ich używał do sytu. To dziwak: z ochotą opuści pałac dla chatki, i pójdzie pracować...
— Przecięż to człowiek dość wykształcony...
— Ale ma swoje widzi-mi-się...
— Nie! nie! ja uparcie nie wierzę, żeby mu już wszystko zabrać miano z mocy tego dziwnego testamentu... rzekła po chwili półkownikowa. Coś przecię mu dać muszą.
— O ile ja go znam — przerwał Maks — wiem, że z łaski i daru z pewnością nic nie przyjmie; za to mogę ręczyć. Pójdzie raczéj drwa rąbać i w piecu palić.
— Lecz mu przecię imienia ojcowskiego nie odjęto, to dla niego coś jednak dać muszą...
— Ale czyż taki testament może być ważny? zapytała gospodyni, którą długie wdowieństwo trochę prawa wyuczyło.
— Mówią, że dałby się łatwo obalić, rzekł Maks. Są prawnicy, którzy już czyhają na to; ale Juraś, ręczę, nie dopuści zgorszenia i poszanuje wolę ojca.
— Co za dziwny dramat! obojętnie przemówiła Aneta — jaki żal tego chłopca, jeśli się tak zmarnuje!..
Maks ruszył ramionami.
— To człowiek do dziwnych losów zrodzony. Któż wie co go teraz czekać może?... dorzucił patrząc na Anetę, która dotąd bardzo się Jurasiem zajmowała, ale nagle dowiedziawszy się o wydarciu mu ogromnéj fortuny, wpływającéj może na jéj sąd o młodym chłopcu, znacznie dla niego oziębła. — Cóż, pani nawet nie żałujesz swojego faworyta? spytał po cichu.
— Faworyta? powtórzyła Aneta, ruszając ramionami — cóż to pan znowu wymyśliłeś? Wyznaję, że mnie dość zajął w pierwszéj chwili; ale ja nie tak łatwo mianuję faworytów. Dajże mi pan z nim pokój...
I z widoczną odwróciła się urazą. Matka jakoś smutnie zwiesiła głowę.
W Robowie, Otto i Martynko zaraz się też o testamencie dowiedzieli; ale tam zbyt wielkiego nie zrobiło to wrażenia.
— Ha! rzekł Otto: wie pan Bóg co robi. Ja się zawsze dla niego obawiałem fortuny. Choć poczciwy i szlachetny, ale młody: wielka majętność mogłaby mu głowę zawrócić, złamać w nim energię, opuściłby ręce... kto wie? zasmakowałby może w tym świecie, którego się tak lękał, narażony na pokusy mógłby im uledz... Świat pobłażający dla bogatych byłby go ubóztwił, odurzył, podniósł, spętał swemi różanemi wieńcami... Jak jest, tak dobrze: zostanie mu imię poczciwe do dźwigania, przymus do pracy, którą pokochał. Bóg wie co robi.
Martynko się trochę zasmucił.
— Tak, to prawda, ojcze, rzekł do Ottona; ale coby on dobrego mógł zrobić, tyle mając w ręku!
— Pieniądz psuje ludzi, odpowiedział Marzycki. Lepiéj jest może nie być narażonym na to, co on w człowieku rozwija... Ot zobaczysz: powróci do nas, grać będzie, odzyska dawne wesele i swobodę, i pozna się na tych, co prawdziwymi jego byli przyjaciołmi, bo reszta go odstąpi.
Że jednak choć na pozór pewne wieści były ustnie przyniesione z miasteczka, Otto po obiedzie wybrał się dla sprawdzenia ich do Żółtowskiego, którego zastał bardzo smutnym.
— No, co tam się u was dzieje, stary? zapytał wchodząc.
Ale Żółtowski teraz bardziéj niż kiedy milczał, mając się na ostrożności, by się za nadto nie wygadać, i ruszył tylko ramionami.
— No, więc testament jest?
Żółtowski głową kiwnął.
— A hrabia?
Stary machnął ręką.
— A hrabina?
— Płacze! rzekł Żółtowski.
— Istotnie go wydziedzicza?
— Zupełnie.
— Ale czyż się to utrzyma?
— On pewnie przeciwko temu nie pójdzie. Coś mu tam chcą dać z łaski.
— On tego nie weźmie.
— Ciekawa rzecz, smutna!
— Zawsze — rzekł Otto — gdzie się pieniądz wmiesza między słabych ludzi, głupstwa między nimi narobi.
— Lepiéj daleko nic nie mieć! szepnął Żółtowski, kładąc ręce w puste kieszenie. A co łez ta biedna pani wyleje!
— Posłano już do niego?
— Nie, jeszcze.
Po całém tak sąsiedztwie w różny sposób wykładano i kommentowano sprawę Jurasia, dziwny ów testament, dziwniejsze jeszcze postępowanie hrabiego, oczekując co też się z tego rozwinie. Zdania były niezmiernie podzielone.
Tymczasem w Horycy po owym dniu konnéj przejażdżki, szły następne jednostajnie wedle obyczaju, jaki tam z dawna panował. Juraś nieczynny jeszcze, chodził, myślał i odpoczywał po wzruszeniach, gdy w kilka dni potém oznajmiono mu przybycie jakiegoś nieznajomego z interesem.
Jegomość ten przyjechał pocztą i domagał się bardzo pilno widzenia z Jurasiem.
Paweł, który już był sobie przywłaszczył dostojeństwo mistrza ceremonii, nim go dopuścił do młodego pana, poszedł wprzód mu się przypatrzyć w pierwszym pokoju, gdzie na audyencyę oczekiwał, i powrócił niedosyć zadowolony z gościa, który wedle niego miał jakąś podejrzaną minę.
— Mężczyzna średnich lat, suchy, chudy — rzekł do pana — papierem cuchnie... coś tak wygląda jakby z sądu, wygolony na twarzy, zézem patrzy, siada, wstaje, niecierpliwy czegoś, i z kieszeni mu herbowane jakieś wyglądają świstki.
Nie mylił się w swoim sądzie Siermięzki: był to w istocie jeden z tych ludzi, co prawo wziąwszy sobie za narzędzie, starają się niém drogę do majątku utorować, wiedząc, że późniéj na wiosce i urzędzie, nikt się o legitymacyę majątkową nie spyta. Znano go z tego, że czyhał na wszelkie łakome choćby niebezpieczne gratki, i ubiegł kilku w sprawach wielkiéj wagi, które tak poprowadzić umiał, że i klienci mu byli wdzięczni, i on się nieźle obłowił.
P. Aleksander Szperka miał na uniewinnienie się żonę chudą, krzykliwą, niegdyś piękną, póki nie straciła zębów, któréj się bardzo obawiał, bo mu nieustannie w oczy rzucała tém, że wszyscy prawnicy szybko się fortuny dorabiali. Miał jeszcze ośmioro dzieci, z których troje płci pięknéj, a pięcioro niepięknéj płci, — prawdę mówiąc, ośmioro bębnów szpetnych i krzykliwych, które gadatliwość wzięły ze krwi macierzyńskiéj. Musiał więc pracować w pocie czoła jeśli nie dla tego, by się czegoś dorobić, to przynajmniéj, żeby nie siedzieć w domu.
Powierzchowność Szperki nic nie mówiła: był to człowiek nakształt wytrycha, niemający zbyt oznaczonéj formy, mogącéj mu gdziekolwiek bronić wstępu. Z zasady zmuszony różne przybierać tony, fizyognomie, charaktery, był zawsze takim, jakim być potrzebował: śpiewał soprano i basem. Suchy i chudy, dosyć zaniedbany, mocno zézem patrzący, co go bardzo nieszczęśliwym czyniło, bo mu często przypominano przysłowie — zawsze zacierający ręce, gdyż nie pisząc nie miał co robić z niemi, — Szperka miał dosyć sprytu, wiele uniżoności w potrzebie, ale więcéj jeszcze śmiałości i zuchwalstwa, gdy ich okoliczności wymagały... Ofiary nie kosztowały go żadne, byle swojego dopiął... Chodził zawsze bokiem, z ukosa, i krążąc zbliżał się do celu...
Chód ten ostrożny odbijał się i w jego czynnościach: wprost rzadko przystępował, chyba do nieboszczyka; ale świeżo zmarłego obawiał się nawet, by jeszcze nie wstał.
— Czego to pan dobrodziéj sobie życzy? zapytał go Paweł: bo pan nasz zajęty.
— Powiedz asindziéj swojemu panu — odparł Szperka, usiłując pół-rubelka wetknąć w rękę staremu, który ruszył ramionami i cofnął się parę kroków — powiedz, że przybywam tu w bardzo pilnym interesie majątkowym, który najmniejszéj nie cierpi zwłoki...
— To niechby się pan może wprzódy zobaczył z Lacyną...
— A któż to jest pan Lacyna? zapytał ciekawie przybyły, usiłując skorzystać ze wszystkiego i rozwiedzieć się o ludziach, którzy mu potrzebni być mogą.
— Regentowicz Lacyna... no! Lacyna! rzekł Paweł zażywając tabaki — ten co tu mieszka, to wiadomo, rezydent. Tamby się z nim może dało o interes porozumieć; a czy koniecznie pana samego turbować?
— Koniecznie! koniecznie! zawołał uparcie Szperka, który się lękał, żeby go kto nie uprzedził. Tu chodzi nie o fraszki, ale o cały pański majątek.
Paweł niełatwowierny, bo stary, źle wniósł z téj przesady i gorączki, ale poszedł znowu do pana.
— To proszę pana — rzekł — jakiś furfant, plecie nie wiedzieć co: interes pilny, gardłowy, jakoby o cały majątek, a przysięgnę, że wydrwigrosz, bo i zézem patrzy...
Juraś wstał i otworzył drzwi, nie czekając więcéj.
Szperka czekał niecierpliwy. Począł od tysiącznych ukłonów, które grzbietowi jego nadały najpiękniejsze zgięcia i Hogartowskie linie; frak tylko zbyt szeroki nie dawał ich ocenić.
— Mam honor przedstawić się jw. panu: Aleksander Szperka, z bardzo ważnym i pilnym interesem.
— Słucham pana — rzekł Jerzy obojętnie.
— Okoliczności, które mnie tu sprowadzają, chociaż chwalić się nie lubię i brzydzę się wszelkim fałszem, są téj natury, że moje natręctwo zupełnie uniewinniają. Prawo stawi nas — gdyż mam szczęście być policzonym do zajmujących się prawem — jako stróżów bezpieczeństwa osób i własności; obowiązkiem naszym jest biedz z pomocą uciśnionym i pokrzywdzonym...
— Ale ja nie sądzę, bym kogo ucisnął i pokrzywdził?
— Dość spojrzeć na pana, aby tego być pewnym, gdyż szlachetne jego oblicze... przerwał Szperka.
Juraś usta wykrzywił, a prawnik przewąchał, że nie trafi tą drogą, i zawrócił w inną stronę.
— Ale sam pan dobrodziéj nie jesteś wolny od zamachów...
— Ja? spytał uśmiechając się Jerzy.
— Widzę, że pan jeszcze nic nie wiesz, i że ja pierwszy podobno będę zwiastunem téj smutnéj wiadomości.
— Wiadomości? smutnéj dla mnie? Cóż to być może? spytał Juraś — proszę mówić bez ogródki.
— Pozwalasz jw. pan dobrodziéj?
— Proszę o to...
Usiedli. Szperka powoli dobył papiery, położył je na kolanach, spojrzał w oczy Jurasiowi badawczo, odchrząknął i począł:
— Wchodzić w okoliczności, które spowodowały... nie mogę i nie chcę; ograniczę się faktami. Jest tedy faktem, że ś. p. hrabia, ojciec pański, przedostatnim razem będąc u jw. hrabiego brata swego w Zarubińcach, sekretnie złożył na ręce jw. hrabiny species jakowegoś testamentu. Gdy potém zaszły inne okoliczności i śmierć prawie nagła jw. rodzica pańskiego...
— Więc jest testament! zawołał Juraś.
— A jest! jest, jw. panie! i w sądzie już złożony przez nich.
— Jakiéj treści?
— Oto i kopia, którą, nie chwaląc się, umyślnie dla użytku jw. pana wyjąłem...
To mówiąc, dobył papier i z gracyą podał go wdzięcząc się Jurasiowi. Ten pochwycił gwałtownie, wstał, przebiegł oczyma żywo, a po chwili oddał nazad prawnikowi śledzącemu chciwie, jakie na nim wrażenie zrobi ten cios niespodziewany, pozbawiający go położenia i majątku.
Ale na twarzy Jurasia nic nie widać było prócz wielkiego wzruszenia, którego charakter trudno przychodziło odgadnąć. Drżał i łzy toczyły mu się po twarzy.
— Smutne to są okoliczności... rzekł po chwili Szperka. Nikt nie wątpi ze znających rzecz, że testament ten, w chwili zgonu, ś. p. ojciec jego chciał i pragnął odmienić, ale wiadomo co to są ostatnie chwile człowieka: zapomina się o wszystkiém. Szczęściem — dodał — mogę zapewnić jw. pana, że testament ten, jakikolwiek on jest, dosyć nawet sobie zręcznie ułożony, ale jeśli my (uderzył się w piersi) jeśli my się do niego weźmiemy i zechcemy, będzie obalony. Jedynie powodowany ludzkością, któréj spraw mam obowiązek bronić i wspierać je, widząc oczywistą i do Boga o pomstę wołającą niesprawiedliwość i krzywdę, przybyłem tu do jw. pana, ofiarując mu usługi moje, zupełnie, że się tak wyrażę, nie chwaląc się, bezinteresowne! Zostawiam wspaniałomyślności jw. pana co uzna za słuszne, aby pracę i pot człowieka ubogiego wynagrodzić... Prawda — dodał znowu, wpatrując się ciągle w milczącego Jurasia — że będziemy mieli do czynienia z nieprzyjacielem możnym i silnym, ale i tu są środki, i na przemoc są sposoby...
Juraś osłupiałym wzrokiem poglądał na Szperkę, który nie wiedząc co trzymać o jego milczeniu, pośpieszał daléj. Dopiero gdy ten skończył, Juraś namarszczył brwi i rzekł silnie:
— Ale ja się wcale procesować nie myślę!
— Jak to? wiec jw. pan sądzisz, że się nam nie uda?
— Doskonale wiem, że wygrałbym pewnie i bez wielkich wysiłków, ale woli ojca nie złamię.
— JW. panie! to wszyscy wiedzą, iż wola jego dostojnego ojca, w ostatnich chwilach, jak zgodnie opowiadają, została zmieniona...
— Być może, ale prawnie i przed światem głos jego odzywa się z za mogiły, powiada mi wolę swoją, którą jako syn poszanować winienem. Myśliszże wpan, iż mi to na co jest potrzebne? dodał Juraś. Chleba kawałek zarobię sobie zawsze, a dzięki Bogu jestem swobodny jak ptak, i nic mnie nie wiąże. Majątek wkłada obowiązki, robi ze mnie niewolnika: dziś odzyskuję siebie.
Szperka stał jak osłupiały.
— Ale to być nie może! przerwał gwałtownie; to trzeba chyba obłąkania, że się tak wyrażę, aby miliony rzucić tak w błoto!
Jerzy uśmiechnął się pogardliwie.
— Mój panie — dodał — nie przeczę, że mienie jest narzędziem i pomocą do życia, że daje siłę, stanowisko; ale to narzędzie jest zarazem niebezpieczeństwem: otacza pochlebstwem, zaciemnia prawdę, odbiera siłę do pracy, krzywi pojęcie o świecie i obowiązkach. Kto się sam dorabia, ten na drodze do grosza ma antydot przeciwko jego pokusom; otrzymując gotowy, najczęściéj padamy ofiarą. Zabija nas deszcz złoty. Rozumiesz mnie pan?
— JW. pan żartujesz sobie pewnie, i może chcesz użyć kogo innego — podchwycił Szperka, który uszom swoim nie wierzył. Ale proszę nie zważać na to, że ja mizernie wyglądam i jestem niepoczesny; proszę spytać ludzi, kto wygrał proces od lat trzydziestu ciągnący się między Paciukiewiczami a Ryłłą? kto odebrał Mińkowszczyznę i Rukawek? kto wywindykował fortunę małoletnich Szelutów? Inny, proszę jw. pana, na mojém miejscu obdarłby i oszukał... ja to czynię istotnie przez miłość ludzkości, gdyż dusza moja oburza się na niesprawiedliwość. Kontentuję się bardzo małą pracy nagrodą, jestem nieinteresowany zupełnie; mam tylko passyę wspomagać i ratować.
Juraś obrócił się ku niemu zdziwiony.
— Ale ja wpanu powtarzam — rzekł — że testamentu obalać nie myślę, nie chcę, nie mogę; że uważałbym to za grzech. Więcéj powiem, gdyby mój stryj nie przyjął uczynionego mu zapisu, zrzekł się go, jabym go także nie wziął. Dziś jeszcze zabieram kij podróżny, i pójdę w świat tak spokojny, może spokojniejszy niż tu wszedłem.
— Bo jeśli jw. panu chodzi o to — przerwał Szperka uparcie — żeby nie ponosić kosztów, ja wszystko biorę na siebie, jedynie przez miłość ludzkości. Znajdę takich co pożyczą; kłopotu żadnego nie będzie...
— Ale wpan widzę przywykłeś mieć do czynienia z ludźmi — oburzył się Jerzy — którzy nie mówią co myślą. Powtarzam więc panu raz jeszcze, że wolę ojca szanuję, i sam pilnować będę, aby została spełniona.
— Jednakże, pozwól sobie jeszcze jw. pan powiedzieć — dorzucił Szperka, który potniał myśląc, że mu się nawet koszta podróży mogą nie powrócić — to jest heroizm, że się tak wyrażę, prawie nielogiczny. Prawo krajowe stoi na straży stosunków społecznych i wyżéj sięga niż wola ojca; ono wyraźnie przeciwi się takiemu rozporządzeniu, a jw. pan sankcyonując omyłkę, buntujesz się przeciwko sprawiedliwości, przeciw prawu, przeciw rządowi, przeciwko samemu Bogu, który...
W innym razie Juraś byłby się rozśmiał może z tego patetycznego wykrzyku, ale teraz tak był smutny, że to na nim nie mogło uczynić innego wrażenia, prócz pogardy i politowania.
Szperka spojrzawszy raz jeszcze na młodego chłopaka i nie dowierzając słowom jego, otarł pot z czoła i zamilkł, spuściwszy głowę.
Juraś skinieniem go pożegnawszy, odszedł.
Ta wiadomość tak nagła, tak niespodziana, przyniesiona mu w sposób tak przykry, nie mogła go nie wzruszyć. Nie szło mu o majętność, ale już był obmyślił dla starych sług ojca życie spokojne, już sobie plany zajęć w przyszłości porobił, już mu się śnić zaczynało życie nowe, bogate w środki, a w téj chwili zostawał znowu sam jeden na świecie, ogołocony ze wszystkiego, zmuszony myśleć gdzie pójdzie, jak na chleb przyszły zarobi. Nie trwożyło go to, ale zmieszało. Przeszedł do pokoju ojca, i siadł na ławce, podparty na ręku. Obejrzał się.
— Ha! rzekł w duchu: znowu więc wolny jestem. Tak lepiéj: sam skazałem się na tułaczkę, potrzeba iść... Żal mi poczciwego Pawła, ale jego siwe włosy i ostatek dni poszanować muszą; żal mi i tych ludzi przyrosłych do starego gniazda, ale i nad nimi Opatrzność... Ja więcéj już poradzić nie potrafię.
Dumanie przeciągnęło się chwilę. Szperka tymczasem wyszedł odurzony, ale nie dając za wygraną, dowiedział się o Lacynie: chciał spróbować, czy przez jego wpływ nie potrafi czegoś jeszcze.
Regentowicz był w swojéj izdebce, gdy Szperka wpadł do niego, nie szczędząc ukłonów pomieszanych z westchnieniami.
— Mam honor przedstawić się: Aleksander Szperka, mecenas... Poniekąd sam tutejszy gospodarz upoważnił mnie do widzenia się z wpanem dobrodziejem, uporczywie opierając się dłuźszéj ze mną o nader ważnym interesie rozmowie, dla któréj tu właśnie przybyłem. Wszak w panu mam honor oglądać dawnego przyjaciela tego domu?
Lacyna nie wiedział co odpowiedzieć: pokora zawsze go przestraszała; kiwnął tylko głową. Radwanowicz siedzący blizko, przypatrywał się uważnie, i sapiąc robił pół-głosem postrzeżenia.
— A! to Oleś! dalipan! zawołał po chwili głośniéj. To Oleś — Aleksander... Hej! a obróć-no się do mnie.
— Kogo ja widzę? professor Radwanowicz!
— Nie professor, ale ad interim bibliotekarz, a dawny wpana nauczyciel, kiedy jeszcześ bóty czyścił panom Strzemeskim. Ot! góra z górą! Ale jakże ty mizernie wyglądasz!. Musi ci się dziać dobrze?
Szperka uśmiechnął się.
— Szanowny professorze, gdyby mi się dobrze działo, byłbym w lepszym stanie.
— Bajki to, odparł Radwanowicz: to rzecz pewna, że człek z biedy tylko tyje; w dobrym bycie tłuszcz nie narasta. Ale cóż cię tu sprowadza?
— Pozwolicie panie przysiąść?
Lacyna podsunął mu krzesełko; Szperka począł od eolowskiego westchnienia.
— Co mnie tu sprowadza? Jedynie miłość bezinteresowna ludzkości i sprawiedliwości. Wystawcie sobie panowie, że syn ś. p. hrabiego, z którym miałem honor się widzieć, jest zagrożony spoliacyą, odebraniem fortuny: znalazł się testament jego ojca, który go wydziedzicza.
Lacyna i Radwanowicz razem porwali się i podbiegli do Szperki.
— To być nie może!
— Kopię mam w kieszeni.
— Umierał przejednany!
— Ale dawnego rozporządzenia cofnąć zapomniał, czyli... uchowaj Boże, abym kogo posądzał... trafia się jednak różnie. Dziś cała fortuna spada na hr. Rajmunda, a hr. Jerzy z tego powodu może pójść z kwitkiem.
Obaj obecni załamali ręce.
— To być nie może!
— To być nie powinno! mówił p. Aleksander. Daję sposób, żeby tak nie było; ręczę, że tak nie będzie; ofiaruję się obalić ten testament, przeciwko prawom bozkim i ludzkim, przeciwko naturze... ale cóż?
— Co? zawołał Lacyna — walić go! walić!
— Niech runie — dodał professor — ruiny Palmiry... pereat mundus fiat justitia!
— Hr. Jerzy nie chce go tknąć.
— Hr. Jerzy!
— Wasz panicz, tak! unosi się wspaniałomyślnością, że tak rzekę. Powiada: „Szanuję wolę ojca,“ a to nie była wola ojca. Jeżeli kto z waćpanów ma nad nim przewagę i sądzi, że może go opamiętać, byłoby obowiązkiem chrześciańskim nawrócić go na prawą drogę i wywieść z zaślepienia, aby mnie tylko powierzył interes...
— A to i my zginęliśmy jak rude myszy, skoro hr. Rajmund odbierze mu i Horycę i wszystko — zawołał Lacyna — pójdziemy z torbami za nim, expresse z torbami...
Perditio aeterna, ex inferno nulla redemptio, dorzucił Radwanowicz. Tak jest, redemptoryści, trynitarze, antitrynitaryusze, socynianie...
Zaczynał już po swojemu bałamucić, ale Lacyna spojrzał nań groźnie i zamilkł.
— Biegniéjcie, idźcie, proście, błagajcie, mówcie, płaczcie! Nie chwaląc się — rzekł Szperka — jeśli mnie powierzy sprawę, ja jeden mam środki nieochybne powrócenia mu ojcowizny: inaczéj zginął!
— Co tu począć?
— Biegniéj waść po Pawła; ja dla brzucha do szybkich pochodów nie jestem stworzony, odezwał się professor. Człek stary, senectus, senator, senat do rady. Trzeba mu to oznajmić, daléj z nim, dobra myśl, choć z ladajakiéj makówki... Pójdziemy chórem, potęgą, zastępem prosić go wszyscy...
Lacyna przerażony pobiegł po Pawła; ale wtém zaturkotało na dziedzińcu, i wszyscy zwrócili się do ganku, gdyż ktoś nowy nadjechał.
Z bryki wysiadali razem dwaj ludzie: znajomy nam już nieco sędzia Mejszagolski, oraz druga postać pleczysta, brzuchata, wąsata, groźna, która nim przystąpiła do ganku, poczęła się wprzód uważnie rozglądać w około.
Z wielką potém pewnością wszedł ów jegomość na schodki, rozkazawszy głośno rozpakowywać rzeczy, a koniom odchodzić do stajni, i majestatycznie zabierał się ku drzwiom.
Miał na sobie czamarkę szarą, rogatywkę na głowie, laskę grubą w ręku, dewizki olbrzymie na wierzchu sukni przypięte, kapciuch paciorkowy u guzika, a na małym palcu prawéj ręki sygnet potężny z herbownym krwawnikiem. Wyglądał na zamożnego szlachcica. Rysy twarzy wyraziste, nos rzymski, podbródek sążnisty, obwisły, wargi odęte, czyniły to oblicze wcale wspaniałém, choć w niém raczéj przykre jakieś zuchwalstwo nie zaś powaga panowała.
Sędzia spojrzawszy na zamaszystego towarzysza, w progu go lekko powstrzymał.
— Panie Burda!... delikatnie, proszę cię, delikatnie!
— Co mnie tam sędzia będziesz uczył! zostaw to mnie. Jeżeli zechce łagodnie postępować, toć i ja gbur nie jestem; a jak mi się postawi, no! to zobaczymy! Jam też nie baranek!
— Zawsze trzeba szanować położenie, stan... kto wie co wypaść może.
— Ja swój obowiązek pełnię i na nic się nie oglądam... kwita.
W progu spotkał pan Burda Lacynę, Radwanowicza i Szperkę, który ujrzawszy gości, cofnął się co żywo, i pobiegł ukryć do pokoiku Lacyny, unikając zetknięcia.
Dwa zastępy wchodzących i wychodzących naprzeciw, zetknęły się we drzwiach, mierząc oczyma.
— Gdzie gospodarz domu? zapytał Burda.
— W swoim pokoju.
— Proszę mię do niego prowadzić i oznajmić mu natychmiast, że jest interes niecierpiący zwłoki. Jestem Jacek Burda, umocowany od JW. hr. Rajmunda, a to pan sędzia Mejszagolski, który razem ze mną ma sobie poleconą pewną sprawę, o któréj się zaraz dowiecie. Proszę gospodarzowi oznajmić i konie wziąć do stajni...
Lacyna się zawahał. Paweł, który nadszedł właśnie i posłyszał wszystko, cichaczem, niespokojny podreptał do pana.
— Jacyś tam ichmość sądowi, czy kto ich wie, chcą się widzieć.
— Mój kochany Pawle — rzekł, biorąc czapkę i kij stojący w kącie Juraś, który się wszystkiego domyślał — trzeba się nam widzę rozstać, kochany Pawle.
Siermięzki nie zrozumiał.
— A dokądże ja, proszę pana, pójść mogę? rzekł cicho. Możem i niezdatny, ale dla mnie pociecha choć się tu po kątach włóczyć... zostawcie starego jak był...
I pokłonił mu się do nóg.
— A! nie zrozumieliście mnie: nie wy to, ale ja ztąd jestem odprawiony. Ojciec mój zrobił testament: wszystko zapisał stryjowi.
Paweł pochwycił się za głowę. Wtém nadbiegł Lacyna.
— Tam jacyś panowie buńczucznie stukają się po pokojach, dopraszając się widzieć z panem.
— Powiedz im, że zaraz idę — odparł Juraś ściskając Pawła, który stał niemy.
Potém obejrzawszy się po pokoju ojca, jakby go żegnał raz ostatni, spokojnie wyszedł przeciw gościom.
Burda i sędzia, obaj podobno w gruncie daleko niespokojniejsi byli niż się okazywali na pozór. Chodzili hałasując i dodając sobie serca po izbie; ale chwilami szeptali, rozglądając się po drzwiach.
Gdy piękne i spokojne oblicze Jurasia ukazało się w progu, zatrzymali się obaj (sędzia trochę w odwodzie) i ukłonili. Burda jakoś bardzo spokorniał. W istocie, młody chłopak tak wyglądał poważnie i męzko, że mimowolnie wzbudzał poszanowanie.
W milczeniu powitali się chłodno.
— Z przykrą tu missyą przybywamy... odezwał się Burda. Ale cóż robić? na świecie jak Bóg da; złe i dobre... Mam honor przedstawić się: Jacek Burda; pan sędzia Mejszagolski...
— Korokotowicz — dodał sam interesowany z nizkim ukłonem.
— Przyjeżdżamy tu, mówił daléj pierwszy: od jw. hrabiego, stryja pańskiego. Nie doszło to zapewne jeszcze jego wiadomości, że po ś. p. ojcu jego został w rękach jw. hrabiny Maryi testament...
Spojrzał na Jurasia, który stał spokojnie.
— Testament, nad wszelkie spodziewanie, dosyć...
— Dosyć niekorzystny — dokończył sędzia, uśmiechając się z politowaniem.
— Słowem, po co tu gadać? rzekł Burda: tym testamentem cała fortuna, któréj pan hrabia byłeś rzekomym dziedzicem, przechodzi na jw. hrabiego Rajmunda, co lepiéj list jego objaśni...
I Burda dobył z za dewizek list, który, wpatrując się w nieporuszonego Jurasia, wręczył mu z niejaką obawą... Jerzy rozerwał pieczątkę powoli, rzucił okiem na pismo i zaczerwienił się mocno.
— O testamencie wiem już... rzekł spokojnie.
— A zatém, jeśli mu jest wiadomy, zapewne do jego rozporządzenia zastosować się zechcesz.
— Szanuję wolę ojca.
Burda, który źle i za prędko wywnioskował z tego, że chłopak jest przygnębiony i na wszystko gotów, podniósł głowę ku sędziemu, jakby mu chciał dać do zrozumienia:
— „A cóż? nie zaimponowałem?“
— Robisz to pan bardzo rozumnie, dodał głośno: bo tu się nie ma co ani opierać, ani zżymać; rzecz czysta, jasna, gruntownie oparta. Znane jest zresztą serce jw. hrabiego, i mogę powiedzieć, wiedząc o jego intencyach, że jeśli pan znajdziesz się powolnym jego zdrowym radom, może coś dla niego obmyślić i uczynić na przyszłość.
Uśmiech politowania i ruszenie ramionami, były jedyną odpowiedzią Jerzego.
— Hrabia Rajmund wzywa pana, abyś natychmiast opuścił Horycę i stawił się w Zarubińcach — dodał Burda, coraz bardziéj głos podnosząc i nabierając pewniejszego tonu.
— Mój panie — rzekł mu zimno młody chłopak — nie potrzebuję wcale, aby mi kto dyktował co mam robić. Nikomu nie przyznaję prawa rozporządzania mną. Bardzo mało dbam o to, co się stryjowi podoba uczynić dla mnie z łaski, bo łask nie potrzebuję i nie przyjmę. Niczego tu nie tknąłem, nic z sobą nie biorę, i odchodzę ztąd natychmiast... Wiedz wpan jednakże, dorzucił Juraś: że nawet w takiéj sprawie, w jakiéj przybywasz, a szczególniéj podejmując się podobnego poselstwa, należałoby być przyzwoitszym i mniéj imponującym. Mnie to tylko śmieszy; kogo innego na mojém miejscu mogłoby zniecierpliwić... mógłby skinąć na ludzi, boć jeszcze tu dotąd jestem panem, i dostałbyś się wpan za drzwi, za które ja sam, ustępując mu miejsca dobrowolnie, wychodzę...
I nie spojrzawszy nawet na Burdę, który poczerwieniał, ani sędziego, który ze śmiechu prychnął, Jerzy powolnym krokiem zmierzał do drzwi.
P. Jacek zmieszał się mocno, języka zapomniał w gębie, obawiając się czy nie przekroczył instrukcyi. Spokorniał, lękając się odpowiedzialności za grubiaństwo; podbiegł więc po namyśle ku uchodzącemu.
— Bardzo pana hrabiego przepraszam... rzekł z ukłonem. Posłów ani ścinają, ani wieszają; ja tu tylko spełniam co mi polecono.
— Ja też do wpana nic nie mam.
— Ale jakże tak pan dobrodziéj chcesz odejść! Hrabia polecił wyraźnie, abyś pan miał wszelkie wygody i uszanowanie, jak skoro sprzeciwiać się rozporządzeniom testamentowym nie zechcesz... Mam rozkaz oddać panu co zabrać ztąd życzysz: ludzi, konie, rzeczy, ekscypując tylko jedne kapitały, za które jestem odpowiedzialny.
— Mówiłem już WPanu, rzekł Juraś dumnie: że łask nie potrzebuję. Hrabia omylił się na moim charakterze. Jest tylko jedna rzecz, któréj pragnę i któréj się domagam, dopóki sam ze stryjem się nie zobaczę: żeby starzy słudzy mojego ojca byli poszanowani i zostawieni przy wszystkiém, czego dotąd używali...
Burda umilkł, pokręcając wąsa.
— Ale dokądże pan chcesz iść?
— I czy to się godzi! podchwycił sędzia.
— Jeszcze raz powiadam wpanu, rzekł Juraś z energią: że majątkiem miał prawo rozporządzić ojciec, a mną nikt prócz Boga i woli własnéj. Co robię, do mnie należy.
Nałożył czapkę na głowę, i powoli przechodząc pokoje, wyszedł na ganek z kijem w ręku...
Tu już uwiadomieni wszyscy ludzie dworscy gromadnie stali na smutnéj naradzie, i ujrzawszy Jurasia, rzucili się ku niemu... Widać Szperka ich trochę podbechtał, bo poczęli wstrzymywać młodego dziedzica.
— Proszę jw. hrabiego tylko skinąć, a my tych trutniów wyniesiemy ztąd na rękach, że się nie opatrzą jak wyjdą! Testament jeszcze nie przyznany, nie wiadomo kto wygra, nie damy się im tu rozporządzać...
— Paneczku moj! szlochał Paweł; na miłosierdzie boże, czyż to się godzi? któż cię będzie śmiał z domu ojca i dziedzictwa twojego wyganiać? Niech zabiorą summy, wioski, a niech ci choć ten dach zostawią!
— Jak mi Bóg miły, dobrze gada! podchwycił Radwanowicz. Tych ichmościów za okno, i finis coronat opus.
— Moi mili przyjaciele, odparł Jerzy: szanuję wolę ojca jak jest, dobrze i koniec. Was wszystkich poleciłem najmocniéj; ręczę, że poszanują; nic się wam nie stanie. Puśćcie mnie gdzie wołają losy, i bądźcie mi zdrowi.
Płacze i odgróżki z różnych stron słyszeć się dały. Juraś już był w ganku, łza kręciła mu się w oku, ale się nie ugiął. Paweł przypadł ku niemu.
— Paniczyku, ja ciebie tak nie puszczę...
— Pawle kochany, najmilsza mi po ojcu spuścizna, to poczciwość; chcesz, żebym się prosił, targował i przyjął jałmużnę?...
— A niech ich tam i z nią razem pioruny zatrzasną! Tu nie o to idzie... Ale gdzie? dokąd? z czém? Czekajże paniczu! poczekaj, mów!
Juraś przyzostał chwilę.
— Bogiem a prawdą, maszże ty choć grosz przy duszy? zapytał Siermięzki.
— O! o! nie frasujcie się: mam tyle ile potrzeba na drogę...
— Nieprawda! nieprawda! ciągnąc go za suknię, odezwał się stary. U mnie jest tysiąc złotych, złożonych u parocha, te musisz wziąć. Lacyna tyleż znajdzie. Radwanowicz nie ma więcéj nic nad srebrną tabakierkę od nieboszczyka, ale ją ofiaruje z ochotą.
— Poczciwy mój Pawle, ale do czegoż mi to wszystko! Myślicież, że mogę przyjąć wasze ofiary? Nie chcę nic od stryja, mogęż brać od was?
— Otoż to, że i możesz, i powinieneś! zawołał Paweł. To wszystko grosz, któryśmy mieli od twojego ojca, z jego łaski... Nam on na nic, a ty potrzebujesz... Weźmiesz paneczku, bo nas obrazisz. My ci go przecię nie darowujemy, Boże uchowaj! pożyczamy, ale bez grosza nie puścimy...
— Pawle, dam sobie radę, bądź spokojny, odparł ściskając go Juraś. Puszczaj mnie, bo ci ludzie myślą Bóg wie co, widząc, że odejść nie umiem...
W istocie Burda i sędzia dosyć przelękli gromadą ludzi, widząc narady w sieniach i progu, nie wiedzieli co począć z sobą. Burda opiniował nawet po cichu, że wypadałoby może przyaresztować delikatnie Jerzego, aby ludzi nie pobuntował: tak dbał o swoją skórę. Sędzia mu podszepnął jednak, że za to może być w wielkiéj odpowiedzialności; więc umilkł z projektem. Wszystkie szyki były pomieszane. Spodziewali się oporu, płaczu, może upokorzenia i prośby; Burda już w myśli grał rolę wspaniałomyślnego protektora; wyszło to jakoś niespodzianie cale inaczéj. Kręcił więc wąsa niespokojnie, nie wiedząc jak sobie począć, aby i starego hrabiego nie rozgniewać znowu zbytkiem gorliwości.
— Pójdź mu wpan jeszcze choć konie i bryczkę zaproponuj, rzekł pan Jacek do sędziego. Gdzież już znowu ma iść tak piechotą!
— Albo ja głupi! ofuknął Mejszagolski: ja nie po to tu przyjechałem; to rzecz wpana.
Juraś, tymczasem był już wpół dziedzińca, a Paweł cudzą na prędce włożywszy czapkę, dreptał za nim do miasteczka, nie chcąc go puścić. Tu nie myślał się także zatrzymywać Jerzy, obawiając się posądzeń, i co rychléj pragnął przejść granice Horycy, po za któremi czułby się wolniejszym. Ale wieczór się zbliżał, zmuszony był zanocować.
Wieść ze dworu gruchnęła naokół, tłumy ludzi poczęły się kupić ciekawie przy domowstwie, w którém się zatrzymał, a Paweł pełnił swą służbę, ożywiony myślą, że się okazał potrzebnym paniczowi. Gdyby nie noc, to zbiegowisko i tłumy byłyby Jurasia wygnały z miasteczka; ale ściemniło się, deszcz zaczynał kropić; Paweł go nie puszczał, drzwi zapierając sobą: potrzeba było czekać do rana. Naraziło to młodego chłopaka na dość kłopotliwe objawy litości i współczucia, które wszakże przejęły go do głębi. Czuł, że na nie zasłużyć nie mógł, że był je winien pamięci ojca więcéj niż położeniu swojemu.
Pierwszy co za nim poszedł w pożyczanéj czapce, poczciwy Paweł, na chwilę go rzucić nie chciał; on sam wybrał mu gospodę w najporządniejszéj karczmie i zakrzątał się zaraz, aby dziecku pańskiemu na niczém nie zbywało. Zaraz za nim, rzuciwszy Burdę i sędziego we dworze, zafrasowanych i naradzających się co począć, Radwanowicz i Lacyna posunęli się także do miasteczka. Regentowicz dobył z kryjówki w staréj szkatułce co tylko miał grosza, zostawił sobie kilkadziesiąt złotych, a resztę zawinąwszy w papier zabrał z sobą. Radwanowicz niósł także ową sławną swą srebrną tabakierkę.
Zaledwie Juraś miał czas wpadłszy do gospody zebrać myśli i nieco odetchnąć po niespodzianych wypadkach, które go dotknęły, gdy Paweł pierwszy zjawił się przed nim, usiłując przerwać milczenie. Ścisnął go za kolana.
— Ej, paniczyku! nie dumaj-no tak smutnie. Dasz sobie radę na świecie. Jeszcze to taki nie ostatnia rezolucya Pana Boga.
— Mój Pawle, rzekł Juraś uśmiechając się: klnę ci się na pamięć ojca, iż tak jestem swobodny i tak mi z tém dobrze, jakby mi nikt nic nie wydarł, ale coś dodał jeszcze.
— To nie może być! odparł Paweł: jeśli nie hrabia sam się upamięta, to go żona, córka, ludzie do upamiętania przyprowadzą, żeby cudzéj własności nie zagarniał. Tymczasem — dodał — musicie wziąć i mój grosz, i regentowicza, bobyście nas odmową skrzywdzili. Już czy użyjecie czy nie, ale nam potrzeba, aby to przy was było.
— Ale na cóż mi te pieniądze! zawołał Juraś. Czy myślicie, żem ja się bez nich obywać nie przywykł? że nie potrafię pracować?
— No, tak! ja-ć to wiem... ale na początek zawsze coś potrzeba... niech to będzie pro zapas...
Jerzy już zamilkł, nie chcąc martwić starego. Paweł wyszedł, i w progu spotkali się z Lacyną, który uroczyście wprowadził z sobą Radwanowicza.
— Gadaj wpan, odezwał się cicho regentowicz do ex-professora: no, gadajże!
— No, to wpan wiesz jak ja gadam, odparł Radwanowicz: jak kto nie przywykły, to nie zrozumie...
— Ale i mnie trudno.
— No! to i mnie niełatwo...
Juraś domyślił się już o co chodzi, że się u drzwi certowali. Skłopotany, zmieszany, ale wdzięczen za tyle serca starym sługom ojcowskim, stał przeciw nich milczący, ze łzą w oku.
— Przyszliśmy tu expresse, rzekł po chwili Lacyna: aby jw. hrabiego pocieszyć i pokrzepić... i z prośbą, aby nasz ubogi dar, albo raczéj pożyczkę przyjąć raczył. Dla ciebie, panie, to może nic, ale dla nas wielka rzecz, że coś synowi nieboszczyka ofiarować możemy. Uczyńże to dla nas i nie gardź.
Jerzy go ściskał w milczeniu, a Radwanowicz biorąc to za dobry znak, wyciągnął rękę z tabakierką w papier i bawełnę obwiniętą, i po cichu jedyną kosztowność, jaką posiadał, złożył na stoliku. Lacyna podsunął swoje pieniądze.
— Moi kochani, moi drodzy, na miłość Boga was zaklinam! ja nie jestem potrzebny, nie mogę, nie chcę was odzierać. Radwanowicz, bierz, proszę, swoją tabakierkę; cóż chcesz żebym z nią zrobił? Myślisz, iżbym ją z głodu umierając, mógł sprzedać? Patrzże na te ręce: wszakże i siekierę dźwigną, i pług poprowadzą, i zrobić coś potrafią. Więc dla tego, żem się ja urodził paniczem, nie ma mi być wolno na życie pracować i iść o swojéj sile? Daję wam słowo, że gdybym tego potrzebował, przyjąłbym waszą ofiarę. Co czynię, nie czynię tego przez dumę, ale jeszcze raz, wierzcie mi, że od małego chłopca, jak sierota, nauczyłem się liczyć na siebie... Jeśli mnie kochacie...
Chciał mówić daléj, gdy drzwi się otworzyły nagle, i wszedł siwy o kiju staruszek w czarnéj sutannie, z białą głową, długim włosem okrytą. Był to proboszcz miejscowy, ośmdziesiąt już letni, suchy i blady jak mumia, w którym ledwie kołatała się reszta życia. Ksiądz Magnacki żył już w téj parafii od lat pięćdziesięciu; teraz choć jeszcze spełniał obowiązki około kościoła, osłabiony jednak, daléj po za miasteczko wikarym zastępować się musiał.
Starość jakby mgłą srebrną powlekła ten umysł niegdyś krzepki i serce ciepłe: świat, ludzie, życie, zobojętniało mu wszystko. Większą część dni swych przepędzał na rozmyślaniu z brewiarzem; a na pytania ludzi, na ich skargi, na żale, najczęściéj jedném tylko odpowiadał:
— „Mizerye! mizerye ludzkie!“
Ztąd wesoły wikary, a za nim wszyscy w sąsiedztwie zwali staruszka: księdzem Mizeryą.
Milczący, czasem przez kilka dni do nikogo się nie odzywał; kiwał głową, zdawał się nie słyszeć i niewidzieć co się w koło niego działo; wiadomości złe i dobre przyjmował jednakowo, poruszeniem ręki okazując, że go niewiele obchodzą.
A choć siły go opuszczały i chodził z trudnością, choć ze światem zerwał, choć chwilami zdawał się zupełnie odrętwiałym, bywały dni, gdy nagle wychodził z tego stanu i do życia powracał; ale późniéj znowu ogarniało go owo osłupienie i odrętwiałość. Ksiądz Mizerya nigdzie prócz u chorych i umierających nie bywał, wesela i chrzciny zostawując wikaryuszowi. Był to człowiek jakby na poły umarły, oczekujący niecierpliwie godziny wyzwolenia. Przybycie jego mocno wszystkich zdziwiło.
A wszedł jak stary z innego świata przybylec, którego formy i zwyczaje bynajmniéj nie obchodzą. Posunął się do pół pokoju, przysłonił oczy dłonią, i stanąwszy począł się uważnie przypatrywać Jurasiowi, który powstał na jego przyjęcie.
Potem, nie mówiąc słowa, nie zapoznając się z nim, choć go pierwszy raz w życiu widział, nie uznając potrzeby opowiedzenia mu się kto jest, zbliżył się, usiadł, posadził chłopca przy sobie, i ujął go za rękę patrząc mu w oczy.
— Mizerye ludzkie! mizerye! rzekł po chwili głosem suchym.
Juraś nie wiedział co mu odpowiedzieć.
— To tak! a no! brat bratu wydziera, ojciec dziecko opuszcza; drą się o kawałek chleba, jakby za czterech zjeść mogli!
— Ojcze mój! rzekł Jerzy: nie obwiniajmy umarłych; ja się na nikogo nie skarżę.
— Dobrze czynisz, mizerye ludzkie, i młody jesteś, jeszcze świata i chleba dosyć. Cożem to ja chciał powiedzieć? Ale! wyjdźcie-no wy sobie Lacyno i wy panie professorze do sieni, na świeże powietrze, bo z nim chcę pogadać... Nie gapcie się na mnie: nie ma na co...
I stuknął kijem w podłogę, a dwaj dworacy posłuszni zaraz się po cichu wynieśli.
— Dużo mi o waści prawili, kochanku, rzekł staruszek. Nie dobrześ zrobił, żeś opuścił ojca; teraz ojciec o tobie zapomniał, i gorzéj jeszcze zrobił.
— Ale ja się nie skarżę...
— Dobrze robisz, ale cóż myślisz z sobą? spytał ksiądz Mizerya: no, mów! Stary jak ja, choćby nie ksiądz, już powagę tamtego świata, w którego progu stoi jedną nogą, nosi na sobie. Mów mi szczerze.
— Prawdziwie, nie wiem; ale pracować będę, i o spadek dobijać się nie myślę.
— I to dobrze — ale cóż ty umiesz? co możesz począć? Wieszże ty, że nie dosyć chcieć pracować, trzeba jeszcze znaleźć pracę?...
— A Pan Bóg?
— Masz słuszność; ale On próbuje czasami, a czujeszże sobie dosyć siły, by próbę wytrzymać i w błocie się nie zwalać? Bo bieda nauczyciel wielki, ale i kat niemiłosierny.
— Mój ojcze, jużem jéj dzieckiem próbował.
Ksiądz spuścił głowę i dumał.
— Tak! tak! rzekł: dobrze to jest, tylko posłuchaj. Ojciec twój dobry był, a za złego u ludzi chciał uchodzić, i to się nie chwali. Świeć Panie nad jego duszą! po cichu dosyć poczciwego zrobił, i jam swojego czasu dosyć od niego doznał nieraz przysług, choć... ale o tém się nie mówi. Widzisz, stary jestem już tak, że ledwie łażę... nic mi niepotrzeba, zębów nie mam, nóg nie mam, oczy tracę... grosza się tam uciułało, krewnych żadnych, żywéj duszy... Więc ci powiem otwarcie: tobie bez zapasu w świat nic potém; chciałbym ci pożyczyć grosza, to mi to oddasz, lub ja sam rozpiszę...
— A! na Boga, mój ojcze! zawołał Juraś: nie upokarzajcież mnie do ostatka! Ci dawni słudzy, a raczéj przyjaciele ojca mojego, każdy swój grosz uciułany krwawo chcą mi oddawać; mieliżbyście i wy za tak słabe dziecko mnie uważać?
— A no, cicho: na poczciwość ludzką nie stękajcie; ono to i dobrze, że choć na kwadrans coś się im w piersiach ruszy... Przyjm, nie przyjm, Panu Bogu podziękuj; dużo mizeryi, ale są i poczciwi!
Westchnął stary proboszcz i oczy otarł.
— To co innego... dodał po chwili. Ja ciebie od dziecka, jakem jeszcze ochrzcił, na oczy nie widziałem. Nie lubiłem się włóczyć do dworu, było co robić po chatach; ale ja dużo słyszałem, a ojca kochałem, zresztą ja mam moje natchnienie także, w które wierzę. Od tam tych biedaków możesz nie przyjmować i nie przyjmiesz, a od starego księdza powinieneś. A na co mnie grosz? a na co mi go było oszczędzać, kiedym ja ksiądz i z dnia na dzień żyć powinienem jak apostołowie i anachoreci? Mizerya i słabość ludzka! każdy chce sobie kupić jutro, a ono nie na sprzedaż.
— Więc na cóż i mnie, ojcze, te dary i ofiary? Mam młodość i siłę...
— No! no! gadaj ty sobie zdrów! wszystko masz, tylko zawsze z groszem bezpieczniéj. Ja ci to na hypotekę twojéj młodości pożyczam: za procent Pana Boga chwal, a kapitałem na kościół rozporządzę.
I dobył z kieszeni sutanny woreczek prosty płócienny, czarnym sznureczkiem związany. Juraś się cofnął, stary ksiądz namarszczył i podniósł głowę.
— To — rzekł — nie żadna ofiara. Nie patrz mi się tak: bierz co daje przez ręce moje Pan Bóg; nie będziesz nikomu ciężarem, weźmiesz gdzie kawałek ziemi, pogospodarujesz... toć pożyczka, to depozyt...
Jerzy stał smutny.
— Widzisz, chłopcze, rzekł stary: jam-ci to tego nie miał, żebym tak lada komu dawał; nie dawałemci dotąd, ale Pan Bóg chce: dziś muszę, mnie to na nic... Co ma wikary zabrać, wolę złożyć w poczciwe ręce, a wiem, że nie przepadnie.
Jerzy opierał się jeszcze...
— Tylko schowaj, dodał starowina: potém o tém... mizerye ludzkie! Dobrze to, że od lada kogo nie bierzesz, ale od starego sługi bożego, Jakóba, to tak jakby ci dał ojciec rodzony... Nie użyjesz, no to mi oddasz późniéj... Głupstwo jest, powiadam ci... mizerye ludzkie...
I podniósł oczy staruszek, bacznie i pilno wpatrując się w chłopaka, jakby na czole jego przeszłość i przyszłość chciał wyczytać. Potém znowu stuknął kijem o podłogę.
— Ale-no, gadajże mi: co ty myślisz z sobą? zapytał.
— Jeszczem dobrze nie obmyślił, rzekł Juraś. Widzę z dzisiejszego poselstwa, że stryj mnie chciał do siebie powołać, że myślał mi coś dać z łaski; ale swobody nie sprzedam za nic, pójdę pracować.
— Co tam mówisz: pracować! pracować! przerwał ksiądz. Mizerye ludzkie! pracować! Mów jak i co będziesz robił?
— Nie wiem.
— Otoż sęk! potrzeba wiedzieć, odparł proboszcz. Trzeba obmyślić. Cóż ty umiesz?
— A no! koło koni się znam, do gospodarstwa mam ochotę, i trochęm się mu przypatrzył po świecie, a i muzyki liznęło się nieco... ale z tego nic.
— E! to żal się Boże! jakbyś małpy pokazywał. Ja to tego nie rozumiem... dodał. Dawniéj grano na chwałę bożą i na pociechę duszną, dla humoru; ale za pieniądze, to tak, jakoby który, z pozwoleniem, okazywał się za biletami, że pięknie płakać lub śmiać się umie. To już nie muzyka, ale figle łamane. Kto gra z duszy, ten, widzi mi się, nie pójdzie grać za pieniądze. Mizerye ludzkie... Ale ja ci radzę, uważ-no, po staremu: do roli! do roli! to zdrowa rzecz, to nasza rzecz! szlachecka a polska...
Weźmiéj, słyszysz — mówił daléj — kawał gruntu; kup woły i konie, gospodarz. Ludzie się tak dorabiają i żyją... zresztą mizerye Ludzkie! Aby dach, aby łyżka strawy i łóżko spokojne, a na niém sen bez zgryzot; reszta, dalipan, mizerye ludzkie!
I znowu mu w oczy popatrzał.
— Pracować trzeba, rzekł coraz głos zniżając zmęczony staruszek: nie tak dla chleba, jak dla tego, że praca zdrowa rzecz. Oto com chciał ci powiedzieć.
I zamilkł, a poglądał, Jurasia trzymając za rękę.
— A o tém, co tu zaszło między nami — dodał — wara pleść... mizerye ludzkie... zarazby powiedzieli, że ja tam mam jakie skarby Krezusowe, a to kapłanowi nic potém...
Jerzy trzymał jeszcze woreczek w ręku, który mu ksiądz gwałtem wepchnął, gdy drzwi się uchyliły i głos zapytał od progu:
— Czy wolno na chwileczkę?
Głos mu był nieznany, i Jerzy nie wiedział co odpowiedzieć; ale tuż za nim wsunął się szlachcic w kapocie, nieśmiały i sturbowany. Był to znajomy nam już z pierwszych kart téj powieści pan Eufrazy Porciakiewicz z Siennego, ów szlachcic, któremu nieboszczyk hrabia dał u siebie miejsce i w ciężkim razie pożyczył trochę grosza, nadraźniwszy się z nim o ewikcyę. Osadzony w jego majątku i gospodarząc razem na swojéj cząstce, poczciwy Eufrazy znalazł się tego dnia przypadkiem za interesami w miasteczku, gdy zaszły opisane wypadki. Nie miał on jeszcze czasu poznać się z nowym panem, do którego właśnie był przyjechał, gdy przybycie Burdy i sędziego zmieniło całkiem położenie rzeczy. Porciakiewicz z innymi razem pobiegł do gospody, i ocierając pot z czoła, stawił się zakłopotany przed Jurasiem właśnie w chwili, gdy ksiądz z nim kończył rozmowę.
— Przepraszam pana, rzekł zmieszany, poglądając na niespodzianego świadka, którego znaleźć tu nie sądził; ale...
Ksiądz rękę przyłożywszy do czoła, popatrzał chwilę i poznał go.
— Jak się to tam masz, panie Eufrazy? a co ty tu robisz?
— To, co jegomość i inni! zawołał całując go w rękę Porciakiewicz: taż to dzisiaj, zdaje się, miejsce moje. Nieboszczyk wsparł mnie w złéj godzinie, chleb jego jem dotąd; jakżebym posłyszawszy o biedzie rodzonego jego dziecięcia, nie miał tu przybiedz choć z ubożuchną ofiarą?
Jerzy zbliżył się do niego i serdecznie za rękę ścisnął.
— Bóg wam zapłać — rzekł — ale doprawdy, nie zasłużyłem na tyle współczucia.
— Co prawda to prawda, rzekł szlachcic: nie wy to, ale ojciec wasz zasłużył wam na miłość ludzką... Świat nie wie, że mnie biednego wsparł w bardzo potrzebnym razie; toć pora wedle sił, dług spłacić. Prosta rzecz. Pana tam ze dworu wypędzili, jak gadają; ale u mnie w Zabłotowie chata jest własna, choć biedna: zawsze taki na dwóch starczy. Chleb choć czarny, ale się nim podzielimy ochotnie... no, o sercu nie gadam... a gdybyście przyjęli ofiarę, jak Bóg miły uczynilibyście mi łaskę, bo mi cięży dobrodziejstwo waszego ojca...
Ksiądz słuchał, oko otarł i uśmiechnął się.
— Mizerye ludzkie! a taki są poczciwi na świecie między maluczkimi! zawołał. — Ot, co tam będziesz prawił! u ciebie dzieci fura, niepokój, gęszczawina; nie zapraszaj go. Lepiéj mu gdzie naraj kawałek ziemi dobry do wydzierżawienia. Grosz na to się znajdzie, ja wiem; a potém to i poradzisz mu jak chodzić koło tego.
— A! z duszy, serca, rzekł Porciakiewicz: ino każcie!
— Dobrze, dobrze, przerwał chłopak: ale mi dajcie pomyśleć, rozpatrzyć się, podumać. Teraz będę musiał pojechać do Zarubiniec do stryja, aby mu sługi ojcowskie polecić; potém powrócę, pomówimy...
— Ale czy wrócisz? spytał pleban.
— Pewnie.
— A konie na drogę masz? rzekł szlachcic.
— Najmę tutaj.
— A! nie! to już moja rzecz! Ja ci wysztyftuję kałamaszkę i moich trójkę siwych; a dam ci chłopaka pewnego, co owsa nie ukradnie. Choć koniki przyjmcie odemnie! proszę!
— A w polu robota? rzekł ksiądz.
— Ja nająć mogę, przerwał Jerzy.
— Ale nie, nie! już to tak musi być, dorzucił Porciakiewicz. Jaka w polu robota? to konie młode, do pługa ich nie dam, a w letce pójdą; nie zaszkodzi im, jeszcze się odpasą, bo jak nie pracują, to owsa nie dostają i chodzą na paszy...
— Mizerye! to weź konie! rzekł ksiądz...
Jerzy stał skłopotany.
— Ależ!... odezwał się.
— No! jużciż, dodał szlachcic: kiedy ja od hrabiego wziąłem coś, choć mniejszy od niego; ty, młody paniczu, możesz przyjąć odemnie: to cię nie zeszpeci.
— Przyjmuję, rzekł Jerzy: to rozumiem.
— Bóg zapłać.
I podali sobie dłonie z uczuciem.
— A no tak, to dobrze! zawołał ksiądz Mizerya. Niechby się tak wszystkie stany za ręce ścisnęły, zamiast sobie oczy wykłówać, zamiast się gryźć i jątrzyć, oto i byłoby święcie. Ale to już pora spóźniona; spaćby iść trzeba.
Wstał powoli, podpierając się kijem.
— Niechże ci Bóg pomaga, moje dziecko! Aby tylko poczciwie: reszta mizerye ludzkie. Bywaj zdrów... Niechże będzie pochwalony...
I podpierając się, bo mu nogi zaklękły, przeprowadzony przez obu, ruszył się ku drzwiom staruszek. Porciakiewicz, który się też uprzykrzać nie chciał, pożegnał we drzwiach Jurasia.
— Konie będą jutro rano jak świt, szepnął żegnając się. Na chłopca, którego dam, można się spuścić: poczciwy i rozgarniony. Tylko o jedną rzeczbym prosił: spojrzeć, żeby darmo klaczy nie ćwikał, bo ona i tak gorąca, a jemu biczysko świerzbi w ręku... przepraszam.
Uśmiechnął się Jerzy w duszy na tę przestrogę, ale gdy chciał coś odpowiedzieć, Porciakiewicz już był zniknął.
W sieni karczemnéj stali jeszcze tłumem ciekawi mieszczanie, Żydzi, wieśniacy i Paweł w pośrodku, który im dzisiejszą historyę wykładał.
Jakoś wszystkich serca ruszyło to wygnanie dziecka z ojcowizny; wzdychali i kiwali głowami. Pomiędzy ciekawymi był też jeden nieznajomy podróżny, który przed wieczorem zajechał, i stanąwszy w alkierzyku, ryby sobie po żydowsku gotować kazał, a dowiedziawszy się, że się tu coś stało i ujrzawszy tłum, poszedł także posłuchać co tam za historyę opowiadano.
Była to niepoczesna figurka, wąsata, w wyszarzanéj taratatce zielonéj, z krótkim cybuszkiem w gębie, twarzy bladéj, oczek zgasłych; wyróżniająca się w ścisku tém tylko, że sobie miejsce robiła ostrożnie, nie wiedzieć w jaki sposób, zawsze najpierwsze i najlepsze.
Nie pochlebiamy sobie, by czytelnicy nasi mogli w tym nieznajomym domyślić się od razu króciuchno widzianego plenipotenta panny Izabelli Moroszówny, pana Ignacego Żerebę, który tak wyszukanym stylem rozmawiał z nieboszczykiem hrabią, w salonie swéj jurysdatorki. On to był jednak, powracający z wycieczki prawniczéj do akt powiatowych sąsiednich, nocą zatrzymany w miasteczku, a po części reputacyą ryby, którą sobie na wieczerzę zadysponował.
Trzeba wiedzieć, że nie od dziś p. Żereba służył w interesach p. Izabelli, i doskonale znał żywot, sprawy, uczucia i stosunki kobiety, z którą sobie rady dać nie mógł, choć wszelkich używał delikatnych środków, by nią owładnąć. W tym to celu usiłował on być jak najlepiéj poinformowanym we wszystkiém co się jéj tyczyło, ale ilekroć użytek chciał zrobić z mozolnie nabytych plotek, panna Izabella strącała go nielitościwie w otchłań czyśćcową, w któréj jak prosty pierwszy robotnik pracować musiał, nie mogąc dobić się marzonéj poufałości.
Był jéj wielce użyteczny przy wielkich interesach, rozpożyczonych kapitałach i wynikających ztąd często sprawach, ale pozbawiony wszelkiéj inicyatywy, służył za proste narzędzie, co go niezmiernie bolało.
Nietajne były panu Żerebie dawne stosunki p. Izabelli ze zmarłym hrabią, wpływ, jaki one na życie jéj wywarły, udział, jaki miała prawdopodobnie w ucieczce syna z pod ojcowskiéj władzy. Wieści o śmierci hrabiego, o towarzyszących jéj okolicznościach, o pojednaniu jego z synem, o zapomnianym testamencie, wszystko to nie doszło było jeszcze do Pińska, i Żereba nadzwyczaj był szczęśliwy, że pierwszy przywiezie te nowiny smutne, ale znaczenia pełne, swéj pani. Schwyciwszy nić, począł zaraz badać Pawła, i nie dał mu pokoju, póki z niego wszystkiego nie wyciągnął.
Na przeszkodzie nieco stanął mu w tém ów nałóg wymowy, który czasem w najprostszéj rzeczy czynił go niezrozumiałym, i zmuszał do coraz nowego wyrażania myśli, któréj nigdy prosto i jasno wypowiedzieć nie umiał; ale koniec końców, jakoś się z Pawłem porozumieli. Wiedział Żereba, że panna Izabella mocno się zajmie wypadkami temi, i postanowił dotrzeć do samego nawet Jurasia, aby jéj mógł powiedzieć, że go na własne widział oczy. Chodziło tylko o pozór, pod jakim mógłby wejść do niego. Poznał w Pawle starego przywiązanego sługę, i przez niego dotrzeć do pana postanowił.
— Panie Siermięzki — rzekł w końcu przyjmując od niego tabakę i skarbiąc sobie łaskę nosem — chociaż nie mam tego szczęścia z osoby mojéj być znanym jw. hrabiemu, jednak uwzględniając stosunki moje ze ś. p. rodzicem, gdyby podobać się mogło jw. Jerzemu dać mi chwilę szczęśliwéj rozmowy...
— Jak to, proszę pana? spytał Paweł.
— Gdybym mógł wyjednać chwilę posłuchania...
— Ale tam już jest i ksiądz, i Porciakiewicz.
— No, to ja wstrzymam się do chwili opróżnienia, rzekł prawnik; a gdy opuszczą to miejsce, będę ich mógł zamienić...
Paweł raczéj domyślał się niż rozumiał; lecz gdy odeszli tamci, pośpieszył do pana.
— Jest tu proszę panicza — rzekł — ktoś z Pińska... adwokat czy coś, bo gada tak górnie, że ja go nie rozumiem. Prosi się widzieć...
— Ale mój Pawle, po co mi to?
— A co to szkodzi jak go pan zobaczy? Niech przyjdzie, może on co wie.
I trochę absolutnie, nie słuchając nawet odpowiedzi panicza, Paweł nie pytał, ale poszedł po adwokata. W téjże prawie chwili p. Aleksander Szperka, który się za Jerzym do karczmy przeniósł ze dworu, i Żereba, zetknęli się w sieniach niespodzianie.
Znali się oni już dawniéj.
Szperka ujrzawszy prawnika, silne powziął podejrzenie, że Żereba zwąchawszy proces tłusty, nie po co innego przybył, tylko by go pochwycić; Żereba zaś, który dotąd nie miał żadnego zamiaru, wpadł na tę myśl istotnie, zobaczywszy tu Szperkę, którego przytomność miała dla niego wielkie znaczenie. Już był Żereba na progu, gdy Szperka stanął, zasłaniając mu drzwi sobą.
— Za pozwoleniem! rzekł kłaniając się.
— Pan Szperka!
— Tak jest, pana Żereby dobrodzieja! Pan do młodego hrabiego?
— Tak jest.
— Ja tam już byłem... uśmiechnął się Szperka: to darmo, nic nie ma do zrobienia. Pan już wie o testamencie.
Żereba, który dotąd w istocie niewiele jeszcze wiedział, ale pragnął się dowiedzieć, kiwnął głową.
— On nic nie chce robić, to darmo! dodał p. Aleksander, wciąż zastępując odedrzwi.
— Ale ja, ja mam inny powód widzenia się, rzekł Żereba.
— Inny! ho! ho! uśmiechnął się prawnik. Na co to kłamać? mówmy otwarcie... Mnie się nie udało, jeśli się wpanu uda, zróbmy układ, weźmiemy po połowie... Ja mam dokumenta gotowe...
Żereba uśmiechnął się nad chciwością konfratra.
— Mam ośmioro dziatwy! rzekł Szperka.
— Ale o tém potém, odparł lekko go odsuwając Żereba: pozwól mi wpan wejść.
I wszedł.
Szperka przycisnął się do drzwi i ucho przyłożył.
Jerzy był już zniecierpliwiony nieustannemi odwiedzinami; widząc nową a nieznaną sobie postać, stanął przeciw niéj prawie z rozpaczą na czole. Potrzebował być sam z sobą w téj jednéj z najuroczystszych chwil życia.
Fizyognomia Żereby zresztą nie była wcale uprzedzająca...
— Odzywam się do wspaniałomyślności serca pańskiego, które mi przebaczyć raczy, że się tu stawię w téj chwili, to jest, iż się tak wyrażę... będąc obcym poniekąd, a nawet z nazwiska mu nieznanym; ale powód, który... to jest pobudka... powinny zkądinąd oczyścić mnie z zarzutu nieposzanowania spokojności jego... Żereba, kollegialny sekretarz z Pińska.
Ukłonili się sobie.
— Cóż pana do mnie sprowadza?
— Uczucie winnego uszanowania i stosunki ze ś. p. ojcem hrabiego, a przytém wieść o zaszłych świeżo wypadkach, w których, jeśli jako z professyi prawnik mogę mu słabe siły moje ofiarować dla... iż się tak wyrażę...
— Bardzo panu wdzięczen jestem, ale ja żadnego prawnego interesu, żadnéj sprawy nie mam.
— No, to choć przestrogą użytecznym stać się pragnąłbym, rzekł Żereba. Stoi tu za drzwiami, dodał ciszéj: niejaki Szperka, prawnik także, chociaż nędzny prawnik; niechże hrabia strzeże się go, bo gdy raz pochwyci interes, że się tak wyrażę...
— Ale ja powtarzam panu, że sprawy żadnéj mieć nie mogę.
— To co do pierwszéj, że tak powiem, kategoryi; druga rzecz zaś, iż jestem pełnomocnym plenipotentem imćpanny Izabelli Moroszówny, znanéj panu jeszcze ze wspomnień szkolnych, któréj imieniem, chociaż nieobecnéj, ośmielam się ofiarować hrabiemu wszelką pomoc...
— Ale ja żadnéj pomocy od nikogo nie potrzebuję! zawołał Jerzy.
I to mówiąc ukłonił się nizko, chcąc skończyć rozmowę. Żereba postrzegł, że nic nie zrobi. Raz jeszcze pokłonili się sobie ceremonialnie i rozeszli. Jerzy drzwi za nim zaryglował.
Zaledwie Żereba był na progu, Szperka, który naniego czyhał, pochwycił go namiętnie...
— A co? figa! zawołał śmiejąc się.
— Wszakżeśmy w spółce, odrzekł wymowny adwokat: więc połowa panu należy...
— No! żartuj zdrów, ale seryo... dodał wlokąc się z nim do alkierza: tu jest coś do zrobienia.
— Róbmy...
— Wpan znasz interes?
Prawnik rad był go poznać, ale się do niewiadomości nie przyznał.
— No! tak, trochę...
— Testament nieważny, dodał Szperka na ucho, dobywając dokumentów. Ja po bratersku z wpanem postępuję: czytaj!
Żereba z lisim uśmieszkiem wziął powoli dokument, i począł go uważnie przeglądać.
— No, wystawże sobie acan dobrodziéj, rzekł po chwili łamiąc ręce Szperka: co to za młokos głupi! nie chce działać! To trzeba waryata! Sukces pewniuteńki: majątek spadkowy, nie mógł nim rozporządzać... Gdybyś wpan namówił go do procesu?
— Trudno.
— Jabym się kontentował połową, zresztą pogadawszy i mniejszém... Tu chodzi o miliony, honorarya będą niemałe, zgodzę się na to co mi dacie: biorę na siebie wszystko.
— A jeśli on działać nie chce?
— Otoż to sęk! rzekł Szperka: potrzeba go zmusić...
— Trudno! powtórzył Żereba. Ja ich znam: rodem kury czubate, niepokonane charaktery; jak co powie choć go pal...
— Ludzie uparci, wiem, przerwał Szperka; ale posłuchaj-no pan, to piechotą nie chodzi: warto popracować, bo zarobić można; testament nieważny... Gdyby nawet nikt nie popierał, mogliby go skasować jako zasadniczemu prawu przeciwny... Ale hr. Rajmund postara się i potwierdzą... Jest tedy co do zrobienia! Rzecz taka: po cichu obmyślić środki, aby urząd nie potwierdził testamentu, choć hr. Jerzy nie chce działać i ręce umywa... Gdy młody otrzyma volens nolens ten spadek, no, to mu się okaże czarno na białém co się dla niego zrobiło, i musi przecię coś dać...
— Niezła myśl, rzekł Żereba: ale jak nic nie da?
— Jest druga instancya: wtedy można do niéj staremu hrabiemu ukazać drogę, i od niego coś wziąć, ratując jego z kolei...
— Niedarmo wpan masz głowę na karku.
— A! na co się ta głowa zdała? odparł wzdychając Szperka: na co? Ośmioro dzieci, golizna i bieda.
— Plan nieźle osnuty...
Żereba zamyślił się głęboko, i począł chodzić po alkierzu.
— Hm! rzekł po chwili: jedź wpan ze mną do Pińska.
— A! choćby do piekła! zawołał ucieszony Szperka: bardzo chętnie.
— Pogadamy...
— Ale dla czegóż w Pińsku nie tu?
— Są do tego powody.
— Rozumie się, że koszta podróży, gdyby nie przyszło do rzeczy... szepnął ostrożny Szperka.
— Stój! stój wpan! odparł Żereba: ja za nic nie ręczę... Chcesz jechać, jedź; nie, zostań; koszta ryzykować musisz...
— A no! dziéj się wola boża! niech i tak! z rezygnacyą zawołał Szperka: kiedy ginąć to ginąć.
Wtém Żydóweczka wniosła rybę gotowaną i flaszeczkę wódki, a Żereba choć nie rad gościowi, który mu porcyę jego miał zmniejszyć, pomruczał coś pod nosem, zapraszając go na wieczerzę.
Tu p. Aleksander Szperka dał dowód niezmiernéj znajomości serca i żołądka ludzkiego: napił się wódki, któréj było dosyć, zajadł chlebem z solą, a ryby, któréj jedną tylko podano porcyę, odmówił, wyrozumowawszy, że łakomstwem mógłby źle ku sobie usposobić kollegialnego sekretarza, od którego zależał proces przyszły i marzone na nim zyski.
Nazajutrz rano obaj razem w dobréj zgodzie wyruszyli do Pińska.


Życie panny Izabelli Moroszówny upływało jednostajnie jak przedtém; a chwilowe wstrząśnienie, jakiego doznała, widząc się z hrabią, zatarło się prędko powrotem do tego trybu powszedniego, który najgorętsze uczucia i cierpienia powolnym swym ruchem tamował i odrętwiał.
Dwie namiętności aż nadto wystarczają na wypełnienie jednego serca; a p. Izabella miała muzykę i pieniądze, z obu tych źródeł czerpiąc wrażenia, których nie dostawało jéj osamotnieniu i sieroctwu. Smutne to mieszkanie w lichym domu, któreśmy już widzieli, codzień o jednéj godzinie rozlegało się dźwiękami fortepianu, lub cichą rozmową o sprawach pieniężnych; codzień była w niém godzina dumania i wspomnień, chwile łez suchych na powiece.
A dni tak były do siebie podobne, że zwracając się w przeszłość, za długim ich szeregiem panna Izabella widziała jedynie blade i coraz już bledsze widmo przeszłości. Poezyę jéj codzień po trosze zabierała rzeczywistość chłodna; serce zastygało w rachunku lub walce o majątek zbierany bez celu.
Wiadomość o wypadkach, któreśmy opisali, nierychło do panny Izabelli dojść mogła. Nikt obcy nie miał tu przystępu, nikt nie przychodził z plotkami, których słuchać nie lubiła. Otaczało ją wielkie milczenie pustkowia lub gwar bez znaczenia, wyrównywający cichości głębokiéj.
W takiém życiu nałogi rosną jak grzyby, a są dziwaczne i uparte. Nie dziw, że pannie Izabelli wszystko co ją otaczało, potrzebne było i konieczne: stary ów sługus mruczący, służąca zapuchła, chłopak odarty, nawet Żereba codzień o jednéj godzinie przychodzący z rapportem o interesach. Odjazd jego do blizkiego miasta powiatowego, przedłużony w niém pobyt, już ją niecierpliwił; wyglądała jego powrotu, bo kilka spraw zostawiła w zawieszeniu, a jedna godzina niezajęta niczém zbywała.
Nareszcie późnym już wieczorem dnia jednego dano jéj znać, że pan Ignacy powrócił, i że ma pilne bardzo interesa, dla których zaraz się widzieć pragnie. Panna Izabella kazała go natychmiast przywołać do siebie, nie posądzając wszakże, by tak ważne przynosił jéj nowiny.
Żereba wszedł, nadając sobie więcéj powagi niż kiedy, ze smutkiem na twarzy wyrobionym do okoliczności, medytując jak mu należy obrócić to, co miał na głowie, w sposób, iżby się p. Izabella nie domyślała, iż ważność tych wieści i znaczenie ich rozumie.
Jakkolwiek śmiesznie się wyrażał Żereba, nie był on pozbawiony instynktu zachowawczego, i umiał się trzymać na wyrobioném stanowisku, którego zachwiać ani utracić sobie nie życzył.
A że jeździł dla zawikłanéj sprawy pieniężnéj, do któréj papierów i świadectwa poszukiwał, więc najprzód uznał za słuszne zdać sprawę z poselstwa.
Pocałował panią swą w rękę, do któréj wzdychał nadaremnie, myśląc o kapitałach, któremi władała, i odezwał się:
— Śpieszyłem co sił, ale przeciwne losy nieco mnie dla niesłychanego wód rozlewu, że się tak wyrażę, i kataklizmowych deszczów, zahamowały. Jakże zdrowie?
— A papiery? spytała p. Moroszówna.
— Są wszystkie.
— To główna: bardzo dobrze. Mnóztwo tu interesów czeka na wpana.
— Śpieszyłem też, aby u stop pani dobrodziejki złożyć gotowość moją na jéj posługi.
Tu już miało przyjść do rzeczy, ale jak?
Żereba się zaciął.
— Nie wiem, czy to w jaki sposób zasłuży na jéj uwagę — dodał — ale na drodze przejąłem wiadomość, że hrabia Góra, który tu był niedawno...
Oczy p. Izabelli zwróciły się na niego żywo i pochylona głowa wyprostowała.
— Cóż to tam? spytała.
— Historya cała dosyć dziwna, choć upewniają z wiarogodnych źródeł, że ściśle prawdziwa.
— Znalazł syna?
— W istocie, niespodzianie, odszukał go jakoby... nawet nastąpiło zbliżenie się i pojednanie... gdy zaraz prawie paraliżem tknięty, na ręku dziecka skonał.
— Umarł! podchwyciła Izabella, blednąc i usiłując pokryć wrażenie. Powoli osunęła się na blizko stojącą kanapę.
— Ale to nie koniec, dodał Żereba: bo nim tego syna odszukał, zrobił widać testament, w którym nic o nim nie wspominając, cały majątek oddał bratu. A że śmierć ta nastąpiła nagle i niespodziewanie, brakło mu czasu, by go cofnąć. Dziś więc ów młodzieniec ogołocony jest ze wszystkiego.
P. Izabella milczała; łzy, które usiłowała ukryć, spływały jéj po twarzy.
— Jak mówisz? spytała cicho: co się z synem jego stało?
— Stryj zabiera mu cały majątek; chłopiec zostaje bez żadnego funduszu.
— Gdzież jest?
— Właśnie spotkałem się z nim, gdy opuszczał rodzinne swe gniazdo, które go przytuliło na chwilę, dodał wymowny Żereba. Teraz nie wiem dokąd się udał.
— Ale czyż stryj zechce z tego testamentu korzystać?
— Najpewniéj, bo przysłał zaraz delegowanych dla zajęcia majątku.
Panna Izabella wstała i przeszła się po pokoju, źle udając obojętność. Żereba łatwo poznał, że usiłowała napróżno odegrać przed nim rolę obcéj, pokrywając wrażenie silne i niepokój gorączkowy.
— Ten testament — dodał — tylko palcem kiwnąć, obalić można; ale młody nic nie chce. Zaklął się, że nic nie przyjmie i pójdzie pracować.
— Testament można obalić? spytała panna Izabella.
— Rzecz pewna, ale na to potrzebaby jakiego nakładu.
Usiłując ciągle się pohamować, panna Moroszówna zamilkła na chwilkę, i skinieniem głowy pożegnała nagle plenipotenta.
— Przyjdź wpan do mnie jutro rano.
Nazajutrz o ósméj Żereba już był u drzwi. Znalazł ją bledszą, niespokojniejszą niż zwykle; ale z razu długo mówili o rzeczach obojętnych, które panna Izabella z roztargnieniem jakby dla formy zbywała. Nakoniec, nie mogąc się przybrać, żywo i nagle odwróciła się do Żereby.
— Wiesz wpan — rzekła — żem dobrze znała hrabiego; żal mi jego dziecięcia, chciałabym dla niego coś uczynić; jest to daleki mój krewny nawet... Możeby się dało tam coś zrobić, by nikt o tém nie wiedział, rozumiesz mnie wpan?... Jeżeli da się obalić testament...
Powoli od tych słów zaczęły się narady. Wyszedł z dotychczasowego ukrycia pan Aleksander Szperka, i w téj izdebce opuszczonéj skrycie ułożyły się projekta, mające wpłynąć stanowczo na los Jurasia, który się wcale nie domyślał téj potajemnej nad sobą opieki.
Szperka nazajutrz wyjechał z Pińska, mrugając okiem i gładząc brodę, że mu się tak dobrze udało stracony już interes za włosy pochwycić, i to w sposób tak zręczny, tak skryty, tak misterny, że mógł w nim nie występować widocznie, przyznać się lub zaprzeć w nim udziału... Na przyszłość zawsze zostawały mu dwie drogi, z których jedną dogodniejszą wybrać nic nie broniło. Aż mu się serce uradowało, że tak sobie dał rady.
Dziękował więc Panu Bogu gorąco, nie zastanowiwszy się tylko, że tego rodzaju spraw wcale się nie podejmuje Opatrzność.


We dworku Ottona w Robowie, Martynek i przybrany jego ojciec grali sobie spokojnie Sonatę Beethovena. Okna stały otworem, a cichy wieczór wiejski powoli spływał z ciszą na tę melodyę, w którą obaj całe piersi swych życie wlewali. Wtém szelest jakiś przerwał im jedno z tych cudnych adagiów, które tylko spracowana boleścią dusza nieśmiertelnego mistrza wydać mogła. Głupie, chłodne, nieznośne brawo odezwało się za oknem z pustéj piersi, która śmiała przerwać uroczą pieśń, by swój czczy zachwyt na miejscu jéj postawić.
Otto odwrócił się zagniewany, oczy mu płonęły oburzeniem i zgrozą na profana, drżał cały. Martynek nie wiedział spełna, czy dach domu się załamał, czy ziemia się zatrzęsła i pochłonąć ich miała, czy głupiec wpadł wpoprzek natchnionéj melodyi; ręce jego stężałe nad fortepianem, zawisły.
Wtém głowa Maksa z włosem na tył zarzuconym ukazała się w oknie, i głupio uśmiechnięta twarz pseudo-artysty.
— A! bravi! bravissimi! przepraszam, że przerywam.
— Prawda, że z oklaskiem, bez któregośmy się wyśmienicie obejść mogli, wybrałeś się nie w porę, rzekł zimno Otto; wolałbym mieć szczęście późniéj cię nieco oglądać.
— Ale kończcież, kończcie! ja posłucham chętnie, bo to wcale ładne.
— Kończcie! uśmiechnął się Otto: ty myślisz, że jak przerwana modlitwa da się na nowo zimnemi skleić ustami pieśń złamana w pośrodku, że ją można na nowo rozpocząć gdy się zechce! kiedy z serca uleciało natchnienie, myśl, gdy złoty sznur się przerwał... A! człowiecze!
I rzucił skrzypce na fortepian.
— Znasz — dodał zamyślony — tę chwilę w powieści Immermana, gdy łowiec na ustach złotowłoséj Lisbethy złożyć ma pierwszy pocałunek, a w chwili téj właśnie nadchodzą drużki weselne. Już on późniéj na téj przechadzce, którą poeta opisał tak cudnie, nie powtórzy się tak jak go tu umiała stworzyć poezya, drżenie serca, miłość wybuchająca obojga. Toż z muzyką, co z tym pocałunkiem; ale...
Tu przerwał sobie Otto, jakby przypomniawszy, że Maks go nie zrozumie, i spojrzał na zasmuconego Martynka, który, jakby nań kto zlał wiadro zimnéj wody, wytrzeźwiony nagle, ocierając pot z czoła, poglądał smutnie na nóty niedośpiewane.
— A! wy gracie sobie szczęśliwi! zawołał Maks z ogromném westchnieniem kowalskiego miecha — gdy ja już mojéj kochanki wiolonczelli dla innéj zapomnieć musiałem. Miłość ma swe prawa — rzekł powtarzając na zimno westchnienie.
I wszedłszy do pokoju, rzucił się na kanapę.
— Uczucie to... chciał mówić daléj.
— Dajmy pokój uczuciom, przerwał Otto seryo: nie godzi się o nich rozprawiać tym, co już nie mają ich w piersi; są to rzeczy święte i nietykalne.
Maks popatrzał nań stropiony.
— Nie słychać tam co o Jurasiu? dodał.
— Dziś się go tu spodziewamy, rzekł Otto. Wiem już z miasteczka, że tu przybędzie lada chwila.
— Oryginalna historya! Prawdaż to, że hrabia chciał coś uczynić dla niego, a on nie przyjmuje?
— Tak mówią i tak sądzę.
— Zawsze był dzieckiem...
— Serce poczciwe, dusza czysta...
— Ale to się zmarnuje z tą pychą i dumą! bo proszęż, kiedy mu chcieli coś dać, dla czego odrzucił?
Otto się tylko uśmiechnął, gdy jakby na zawołanie, sam Jerzy wszedł przez drzwi ogrodu, z twarzą tak jasną, z tak pogodném czołem, jak gdyby przez chwilę nie był milionowym panem, by potém znowu zostać nazajutrz ubogim włóczęgą.
Rzucił się w objęcia Ottona i ścisnął dłoń poczciwego Martynka.
— Oto mnie znowu macie — rzekł — wolnego jak ptak niebieski, nauczonego doświadczeniem, że są poczciwe serca na świecie, powracającego trochę się otrzeźwić pod waszą strzechą i pod skrzydłem przyjaźni. Jakże się macie?
— A mnie to nie powitasz, Janku? spytał Maks, który z kanapy nie powstał i bawił się brelokami, zbogaconemi pierścionkami półkownikowéj.
— Nie spostrzegłem cię, kochany Maksie.
Otto pochwycił go raz jeszcze za obie ręce.
— Wiecie wszystko? spytał Jerzy wesoło.
— Wiem, i byłem pewien, że tak zrobisz jakeś uczynił, rzekł Otto. Ale cóż daléj?
— Co daléj? będę sobie pracował! Wezmę Pawła na gospodarstwo... Dobrzy ludzie wepchnęli mi trochę grosza, mam z czém począć, i szczęśliwszy jestem od wielu, co nic nie mieli prócz rąk i ochoty.
— Mógłbyś mieć daleko więcéj, odparł Maks: bo ludzie mówią, że testament dmuchnieniembyś obalił... Zresztą i hrabia dał się z tém słyszeć, że mógłby ci coś ofiarować...
— Mój drogi, rzekł Juraś do Maksa: na mojém miejscu przyjąłbyś to może... ja nie mogę. Tyś wielki artysta, a życie lekko bierzesz jak podściół dla sztuki; ja przedewszystkiém chcę spokoju w duszy, swobody w piersi... Ale dość tego; mówmy o czém inném. Jak się tu mają wszyscy? Jak mi wygląda Otto? co robi Martynek? gdzie febra jego? kiedy wesele Maksa? Widział kto z was piękną moją siostrzyczkę Lolę? lub tę żywą z marmuru wykutą fantazyę, Anetę?
— A! ileż pytań na raz! zaśmiał się Otto. Czekaj... Martynka febra sama porzuciła, oburzywszy się, że jéj pielęgnować nie chciał. Jak ja wyglądam, widzisz! Maks powie ci kiedy jego wesele.
— W tych dniach, najpewniéj we czwartek, ale incognito; was tylko proszę, nikogo więcéj... Będzie ledwie parę osób; nie lubię tłumnych zgromadzeń; szczęście jest natury fiołka...
Otto się uśmiechnął, bo fraza ta wyraźnie razem z pierścionkami pożyczona była od półkownikowéj, i wzięta gdzieś, kędyś ze starego francuzkiego romansu.
— Hrabianki nie widziałem, przerwał Otto; ale mówił mi Żółtowski, że z powodu tego testamentu ciągle tam płacze... Lola rozpacza... Hrabina nie wychodzi z kaplicy... Hrabia tylko niezachwiany w postanowieniu, przed sumieniem własném tłómaczy się to tém, to owém, byle majątku nie oddać, choć czuje sam, że do niego nie ma prawa. Rachował coś na opór z twojéj strony, i miał nadzieję, że walka dostarczy mu argumentów; ale gdy Burda i sędzia powrócili, opowiadając, żeś wyszedł z kijem i uśmiechem, hrabia trochę posmutniał i zmieszał się. Tu krzyk na niego powszechny; on utrzymuje, że się zdobył na heroizm umyślnie, aby winnego potępić.
Jerzy ruszył ramionami.
— Ale dość już tego... rzekł — jutro sam u niego będę, bo mu mam coś powiedzieć... Tymczasem Maksie, powiedz nam co o téj czarodziejce Anecie?
— Widzę, że cię już w swoją siatkę złapała, zaśmiał się Maks zakłopotany trochę. W istocie czarodziejka! Ale to dziecko popsute! dziś u niéj to, jutro drugie na myśli i w sercu; rodzice nawet tak muszą skakać jak ona zagra.
— Całą drogę obraz jéj mnie prześladował, dodał Juraś.
— Chcesz, bym jéj to powtórzył? spytał Maks.
— A do czegoż się to jéj przydać może?
— Zawsze to pochlebia, obudzą wdzięczność, a wdzięczność ruszyć może inne uczucia sąsiednie, i tak po nitce...
— Wolałbym, żebyś nic nie mówił o mojém trzpiotowstwie, odparł młody chłopak. Do swobody, o któréj marzę, należy i swoboda serca; wiązać się nie chcę, choćby...
— Choćby miłością? spytał Maks z westchnieniem.
— Choćby szczęściem!
Muzyk nic nie odpowiedział.
— To znowu teorya, która do niczego nie prowadzi, bo jest całkowicie fałszywa, przerwał Otto. Takiéj swobody ani drugim życzyć, ani dla siebie pragnąć nie można. Jest to odosobnienie i śmierć. Człowiek, by był w pełni sobą, musi się związać z tym łańcuchem istot, które go otaczają; inaczéj elektryczna iskra życia przezeń nie przejdzie... Trzeba kochać, potrzeba z siebie uczynić ofiarę, aby spełnić posłannictwo ziemskie. Sam jeden człowiek jest ziarnem rzuconém na rozdrożu, z którego nikt nie zeżnie kłosa: w polu tylko do snopa należy, i na chleb pójść może.
Jerzy nic nie odpowiedział Ottonowi; zamiast słów dał mu szczere, serdeczne ściśnięcie dłoni.
— Ty wiesz, rzekł po chwili: jak ja życie rozumiem. Gotowem je dać, ale chcę niém sam swobodnie rozporządzić; chcę... ot! sam może dobrze nie wiem czego chcę, — a to tylko pewna, że mi tu z wami dobrze, żem dawno muzyki nie słyszał, i że mi coś zagracie.
Tak zwróciła się rozmowa: Martynek poszedł do fortepianu i zagrał balladę Chopin’a.
— Ten Chopin — rzekł Maks — to taki dziwak jak Juraś: pół chłopa, pół eleganta, niby wieśniak a śpiewa uczenie chłopskie trele; ja go nie rozumiem.
— To nie dla ciebie pisano, odparł Otto.
Wieczór upłynął cały na długiéj rozmowie przerywanéj. Maks nawet, nad którym ciężyła groźba wiekuistych ślubów i szczęścia na łonie półkownikowéj, rozweselił się, rozgadał, zrzucił trochę komedyanctwa, rozgrzał się u tych młodych piersi; a gdy mu przyszło powracać, nie mógł się wyrwać z pod słomianéj strzechy, z któréj nań wiała taka swoboda i szczerota.
Nazajutrz rano Juraś pieszo poszedł do Zarubiniec. Przewidział on trudności swego spotkania z hrabią, ale spokojny w duszy, nie lękał się go wcale; myśl jego więcéj zaprzątniona była Lolą, dla któréj miał czulsze niż braterskie uczucie, więcéj niż przyjaźń, więcéj niż sympatyę młodzieńczą, — oraz hrabiną, która jak cień własnéj, nieznanéj matki przed nim stawała... Taką sobie wyobrażał swoją, taką chciałby był mieć i kochać.
Znając ścieżkę, która od Robowa wiodła pod ogród zarubiniecki, wsunął się po cichu do domku Żółtowskiego i zmieszał go swojém niespodzianém przybyciem. Stary milczący zwykle, języka w ustach zapomniał.
— A! pan tu! pan tu! powtórzył kilkakroć — czy?.. ale?... I zamilkł.
— Wszak to już godzina, w któréj zobaczyć się można ze stryjenką? zapytał Juraś.
— Od dwóch już godzin w ogrodzie na modlitwie przy kaplicy... tam pewnie ją znajdziecie... tylko...
Żółtowski chciał pytać i nie śmiał, nareszcie się zdobył.
— Ale cóż pan myśli?
— No! zobaczyć się...
— A sprawa? a tego? a ten?
— Jakaż może być sprawa? Testament święty i ważny, ja wolny: ot po wszystkiém.
Żółtowski pokiwał głową...
— I nic pan nie chce? nie weźmie?
— I nie chcę, i nie mogę, i nie wezmę! rzekł ruszając ramionami.
— A! panie, uspokójże hrabinę: ona tak cierpi...
— Więc tém bardziéj śpieszyć do niéj muszę...
Ścisnąwszy Żółtowskiego, który niespokojnie za nim poglądał, Jerzy szybko poszedł ku kaplicy, która stała nieco opodal od pałacu w klombie czarnych świerków i brzóz białych.
Drzwi jéj były otwarte, w głębi błyszczał ołtarz z obrazem; hrabina zewnątrz na marmurowych wschodkach klęczała napół schylona i zatopiona w modlitwie. Twarz bladą miała i zmęczoną, świeże ślady łez znać było na oczach. Obok Lola, trochę roztargniona, ale równie smutna, czytała w książce, która leżała na jéj kolanach. Dwie te postacie równie piękne, stanowiły obrazek wdzięczny, ale przejmujący, tak były napiętnowane boleścią.
Juraś zatrzymał się i zwolnił kroku, ale szelest obudził Lolę, która spojrzała w tę stronę, przerwała modlitwę, przeżegnała się żywo, i rzucając książkę, z uśmiechem podbiegła ku niemu. Cień jéj postaci przemykającéj się obok, obudził matkę, podniosła głowę, i lekko wykrzyknęła, jakby przelękniona; różaniec wypadł z jéj rąk, łzy potoczyły się po twarzy.
— Jakże ty się masz, mój drogi? zawołała podając mu rękę. Spojrzże mi w oczy, nie maszże żalu do mnie? nie posądzasz mnie o chciwość? nie obwiniasz o zdradę? Jurasiu, Bóg widzi jam winna może, ale niewinna...
— Ale któżby posądził was o jaką winę?
— Prawda! przerwała Lola: nie twoje chyba serce! Jeśli nie znasz mamy, toś ją przeczuć musiał.
Oczy jéj spotkały się z wejrzeniem Jerzego, zamieniając uczucie, którém jaśniały.
— A jednak w oczach świata, któż wie... przerwała hrabina wstając: ja uchodzić może będę za... Nie! nie! to być nie może! On zmieni postanowienie, ty swoje odebrać musisz! Jego serce, wierz mi, poczciwe, ale pojęcia ma inne: omylił się chwilowo...
— Moja stryjenko kochana, przerwał Juraś: uspokój się, nie mówmy o tém. Cóż tak wielkiego się stało? Dla mnie to nic, to szczęście! to właśnie czego chciałem!
— Ale dla nas! dla nas! przerwała rozpłakana znowu hrabina. Myśl na co nas wystawia ten testament! na ludzi czyhających, by cudzą własność pochwycić, rozumiesz ty to! Na Boga, ty chyba jeden, poczciwe dziecię, bronić nas będziesz.
Gorączkowo, przerywanemi słowy mówiła biedna kobieta, a łzy strumieniem płynęły po jéj twarzy.
Lola z żywém uczuciem zbliżyła się do Jerzego.
— Gdybyś ty widział — rzekła — co mama wycierpiała, ile łez się jéj wylało! Ja nawet pocieszyć jéj nie mogę, tak się tém gryzie i męczy! Potrzebny nam byłeś, żeby ją uspokoić; dziękuję ci, żeś przyjechał.
— Stryjenko, na Boga, nie mówmy o tém.
— Będziesz zapewne widział się z Rajmundem?
— Muszę: chodzi mi o stare sługi.
— Jakże się wy spotkacie? wszak mu wymówek robić nie będziesz?
— Ja? za cóż? Nie żądał tego; przyjął i jest w swém prawie.
— Ale on się trochę gniewa na ciebie, po cichu dodała Lola: i to ci wiedzieć potrzeba.
— Nie! nie! Mógłżeby się gniewać? za co? Co ty pleciesz, dziecko moje! — przerwała matka. Jest smutny, że nie chciałeś go posłuchać, żeś tak uciekł...
— Jeszcze raz, kochana stryjenko, nie mówmy o tém. Wszystko się stało dobrze; źle tylko, że twoje oczy zapłakane i Lola nieswoja.
— A! byleby to tylko przeszło, ja się zaraz rozweselę! zawołała uśmiechając się dzieweczka: zobaczysz, Jurasiu!
— Rachuj jak gdyby już przeszło! Ja idę do stryja i w pół godziny powracam, a wszystko będzie dobrze.
Hrabina schwyciła go za ręce.
— Pamiętaj — rzekła — to brat twojego ojca, to człowiek stary; szanuj choćby uprzedzenia, choćby słabości wieku; bądź dla niego pobłażający. Ja ci ręczę, że to się lepiéj skończy niż myślisz...
— Stryjenko, proszę być spokojną, zaufaj mi i nie myśl o tém.
Gdy Juraś szedł do kaplicy, Malczak właśnie kierował się ku pałacowi, a ujrzawszy go, naturalnie pośpieszył oznajmić hrabiemu, kogo widział, dodając, że go zastał na naradzie z hrabiną.
Stan duszy hrabiego Rajmunda dość trudny jest do odmalowania. Nie można powiedzieć, żeby nie pojmował co czynił i chwilami nie wiedział jak się to po prostu nazwać mogło; ale interesa ciężkie, mania, potrzeba grosza, wspomnienie działu, w którym się czuł pokrzywdzonym, prawność testamentu, były aż nadto wystarczającemi na uspokojenie sumienia. Powoli wyrozumował sobie, że w sposób bardzo prawy może przyjąć legat, z tém tylko, że coś synowcowi dać wypadnie. Z razu dawał mu w myśli klucz horycki, potém zmniejszył dar do jednéj wioski, a ostatecznie zamierzał wyznaczyć mu pensyjkę na utrzymanie, aby marnotrawca nie strwonił zaraz co mu się w ręce dostanie.
Jak rozum ludzki jest biegły, kiedy mu co sobie wmówić potrzeba i o czémś się przekonać, wiemy to dobrze na sobie; sofizmatów dostarcza mu miłość własna, wielki mistrz logiki w swoim rodzaju. Hrabia jednak choć spokojnie układał już wszystko, nie był jeszcze bez zgryzot: czuł się jakoś niepewnym, potrzebował przed każdym tłómaczyć się i uniewinniać; ale jak potakiwanie wywoływało w nim wątpliwość, którą sam rzucał, tak sprzeciwianie się oburzało go i niecierpliwiło. Powrot Burdy, opowiadanie o znalezieniu się Jurasia, rozgniewały nawet hrabiego, rozdrażniły go więcéj jeszcze.
— To natura nieugięta, dumna, niepokonana! mówił: miał ojciec wielką słuszność, wydziedziczając go. W takich ręku majątek byłby wielkiém niebezpieczeństwem... Coraz bardziéj przekonywam się, jak ostrożnie nawet w tém, co mu się uczyni, postępować potrzeba.
Jednak odrzucenie wszelkiéj ofiary jakoś nie na rękę było hrabiemu, bo czyniło go prostym wydziercą cudzego dobra. Jerzy przyjmując dar jakiś, byłby uświęcił zabór reszty; nie chcąc nic, zdawał się protestować.
Gdy Malczak wbiegł z wiadomością o przybyciu Jerzego, hrabia powziął myśl, że nareszcie przychodzi dopraszać się i zdaje się na łaskę; znowu więc śmieléj począł wnioskować jak go upokorzyć i związać.
Na to był przygotowanym, gdy mu znać dano, że Jerzy oczekuje na niego; jednakże z dwóch ich, hrabia wyszedł daleko bardziéj skłopotany niż synowiec, który nań czekał spokojnie i nie dając znaku najmniejszego wzruszenia. Przywitali się zimno, z daleka. Hrabia począł pierwszy, przybierając poważny i surowy ton sędziego.
— Wiadome już wpanu rozporządzenie jego ojca. Ta wola jego wkłada na mnie wielkie i ciężkie obowiązki; ale będę się starał im podołać. Sam wpan wyparłeś się rodziny, zerwałeś najświętsze na ziemi węzły, wzgardziłeś opieką; nie masz więc prawa do jéj dobrodziejstw... Ojciec wpana surowy był, ale sprawiedliwy.
Juraś milczał.
— Ale ja, wchodząc w jego położenie — kończył hrabia — nie myślę przecięż tak pozostawiać go bez sposobu do życia. Chcę, żebyś się poddał mojemu kierownictwu, upokorzył, stał posłusznym, a wówczas widząc poprawę, potrafię los wpana i spokojną przyszłość zapewnić.
— Za pozwoleniem, przerwał Juraś: testament mówi o majątku, ale nie wspomina wcale o mnie. Wolę ojca szanuję, ona mi właśnie zostawia zupełną swobodę, i téj, spodziewam się, nikt prawnie ograniczać nie zechce i nie może. Nie żądam nic, ale nie przyrzekam też nic wcale.
Hrabia spojrzał mu w oczy.
— Ja nie mogę pozwolić na to.
— Jakże pan możesz chcieć tego, do czego nie masz prawa?
— Ja! nie mam prawa?
— Do majątku, zupełne; do mnie, żadnego — rzekł Juraś. Ale o tém nie mamy co mówić.
— Więc zawsze ten upór i duma?
— Jak się tam nazwać podoba... ale zawsze jeden charakter znajdziesz pan we mnie. Obcy sobie jesteśmy, i próżnobyśmy mówili o tém. Mam wcale co innego do pana hrabiego — rzekł Jerzy.
Rajmund bojaźliwie jakoś spojrzał na postać, stojącą przed nim, napiętnowaną siłą i energią spokojną.
— Co się tycze woli ojca, mówiłem, że ją szanuję, i chcę, by ją drudzy szanowali. Wiem to dobrze, iż testament zrobiony był nimeśmy się spotkali, nim mi przebaczył; że chciał go cofnąć, i byłby go cofnął, gdyby miał czas na to; wiem i to, że gdybym dziś chciał obalić to rozporządzenie, mógłbym to uczynić najłatwiéj.
— Jak to! obalić? zawołał hrabia.
— Testament jest dobry dla mnie i dla pana, ale w obec prawa nic nie wart.
— A! to wpan wiesz! zawołał hrabia: wiesz co ci intryganci powiedzieli!
— Ale o to mniejsza, rzekł Jerzy;, widzisz pan, że go przecię szanuję.
— Czynisz mi tę łaskę? urągająco spytał hrabia.
— Nie — odpowiedział Jerzy. Czynię sobie to, z czém mi dogodniéj; ale łaski także dla siebie nie dam zrobić — dodał dumnie. Słowo tylko, panie hrabio, byśmy w zbyt cierpkie nie zaszli rozprawy. Chodzi mi o stare sługi ojca, o ich byt i spokój. Pawła wezmę z sobą zapewne, ale nic nie mając, tylko pracę, wszystkich zabrać nie mogę, a nie chcę, by się im krzywda działa.
— Jaka krzywda?
— Proszę was, aby ci starzy przyjaciele ojca mieli to co za ojca: utrzymanie i opłatę, do jakich przywykli.
Hrabia się zawahał.
— To mieć będą, co ja uznam za słuszne.
Jerzy okazał trochę niecierpliwości.
— Panie hrabio, w tém i ja chcę mieć sąd i wolę; to z mojéj strony jedyna rzecz, któréj wymagam. Nic nie żądam dla siebie, nic nie przyjmę, bo się żadnym warunkom nie poddam; ale oni mieć muszą — dodał z przyciskiem — to, do czego przywykli.
Hrabia tyle miał uporu i dumy, że nie mógł ustąpić; Juraś tak silnie był przekonany o obowiązku, że o łaskę prosić nie mógł. Obaj nie zmienili tonu.
— A jeśli ja nie zechcę? spytał hrabia.
— Natenczas ja pomyślę jak mam radzić, odparł Jerzy; a że dość jestem uparty, wedle wyrażenia pańskiego, więc że nie ustąpię, to pewna.
— Ale wpan sam dla siebie, cóż myślisz? włóczyć się i żebrać, jeśli nie chcesz nic odemnie? spytał stryj po chwili.
— Żebrać? co pan mówisz! przerwał gwałtownie Jerzy. To słowo z ust innych byłoby obelgą... tu jest nadużyciem niegrzecznem położenia, i dla tego muszę je puścić mimo uszu. Nie mam co na to odpowiadać.
Posunął się ku drzwiom powoli.
— Posłuchaj wpan, jeszcze słowo... rzekł hrabia. Daję ci Horycę, dla ciebie i sług; oto masz ostatnie słowo; aż nadto ci tego dosyć.
— Ja nic nie chciałem i nie wezmę — odparł Jerzy.
— Chcesz się prawować?
— Nic nie żądam.
— Tak! rozumiem, chcesz mię upokorzyć łachmanami swemi; chcesz, by ludzie widząc twoje ubóztwo, wskazywali mię jako niepoczciwego przywłaszczyciela; żebym ja pokutował za twoją winę i za rozporządzenie ojca... rozumiem.
— Myśl ta nie postała we mnie. Co ludzie powiedzą, nie wiem; nie skarżę się, nie biorę nic, bo wszystko cobyś mi hrabia dał, byłoby łaską. Po ojcu albo mi się należy co zostawił, lub nic wcale: wolę nic, niż jałmużnę.
Odchodził już, hrabia okazywał coraz gorętszą niespokojność.
— Namyśl się, rzekł: daję Horycę.
— Zwracam ją panu.
— To upór i szaleństwo.
— Może być, dziwactwo, szał... odparł Jerzy; ale ja śpilki nie chcę z domu wziąć i nie mogę. Prawa pańskie jasne, mój obowiązek równie jest wyraźny dla mnie: rzecz skończona.
Skłonił się swobodnie i odszedł powoli spokojny, a przybrawszy pozór jak mógł najweselszy, pośpieszył do pokoju hrabiny, gdzie ona czekała na niego, drżąc za każdym szelestem. Lola była smutna i zamyślona.
Na progu zaraz spojrzały mu w oczy, chcąc się dowiedzieć co zrobił; ale odgadnąć nie mogły, bo Juraś umyślnie się im uśmiechał.
— A! powiedz, jakże to tam było?
— Nic, poszło dobrze; nie ma już mówić o czém. Stryj był grzeczny, ja starałem się być powolnym, rozstaliśmy się w jak najlepszych stosunkach.
— Dzięki Bogu, ale jakże?
Nic, wszystko zostało jak było; nie mówmy już o tém, nie mówmy.
I obrócił się do Loli.
— Nic przykrzejszego nad te nudne sprawy ludzkie majątkowe, pieniężne... rzekł śmiejąc się. To truje życie, które nam jest na inny cel dane. Prawda siostrzyczko? Czy wiesz, żem bardzo tęsknił do ciebie?
— A ja, ja... ciągle o tobie myślałam.
I zarumieniła się mimowolnie.
— Ale mama mówi, że w tém nie ma nic złego, dodała: bośmy brat i siostra, możemy się bardzo kochać, i nikt nam słowa nie powie.
— A! Lolciu! co ty znów pleciesz! przerwała matka.
— Wszakże ani słowa nie dodaję!
— Ale cóż sobie Jerzy pomyśli?
— Jerzy jeszcze mocniéj kochać was będzie.
— Widzi mama! klaskając w dłonie zawołała Lola: ja wiedziałam, że Juraś dobry chłopak.
— Dziękuję ci siostrzyczko!
— Dobry! dobry! poczciwy! całując go w głowę, odezwała się hrabina: nawet w sercu do nas nie ma żalu.
— Do was! a mój Boże! mogęż mieć dla was co innego prócz wdzięczności?
— A dla ojca?
— Ojciec mógł się omylić, ale nie sądźcie, żeby mi uczynił krzywdę, rzekł Jerzy; nie gryźcie się tém. Ja jestem dobrowolny sierota i wygnaniec od dziecka; dla mnie straszne były te majątki i ten świat wasz, w które mnie one ciągnęły: lepiéj mi, że zostanę jak byłem.
— Ale cóż ty poczniesz z sobą? spytała Lola.
— Oto już prawie począłem... rzekł Jerzy: znaleziono mi kawał ziemi dobry, biorę go dzierżawą, pójdę pracować, siać, żąć, zbierać i dorabiać się chleba, tak jak człowiek powinien.
— Mój Boże! zawołała hrabina: a my! my zostaniemy z cudzém dobrem w rękach i na sumieniu. Nie! nie! to być nie może, ja tego nie zniosę, to się musi przemienić.
— Moja droga stryjenko, rzekł siadając Juraś: nie frasujcież się tak bardzo. Co się stało, zrobiło się jak najlepiéj. Gdybyście mi oddawali teraz to, co po ojcu zostało, jużbym nie przyjął ofiary i ciężaru. Wola jego nie została odwołana widocznie, jawnie. Możemy sądzić, że chciałby był jakoś zrobić inaczéj, ale na to nie mamy dowodów; niechże tak będzie jak postanowił. My zostańmy dobrymi przyjaciołmi.
— To najważniejsza, zawołała Lola uśmiechając się: będziemy sobie siostrą i bratem.
I zbliżyli się do siebie pociągnięci urokiem, z którego oboje nie zdawali sobie sprawy. Jerzy mimowolnie zszedł myślą w głąb serca, i porównał wrażenie, jakiego w téj chwili doznawał, z tém, które go ciągnęło ku Anecie. Tamto nie sięgało po za granicę wszystkich silniejszych wzruszeń powszednich; to miało w sobie coś tajemniczego.
Tamta go bawiła, ta pociągała. Z tamtą śmiać się potrzeba było i trzpiotać, aby z nią przyjść do zgody; z tą każde słowo łatwo stroiło się do tonu, myśli ich zgadzały się. Bez wysiłku byli w harmonii zupełnéj.
Jerzy to sobie tłómaczył uczuciem siostry i brata, którego nie znał, a siłą jego był zdziwiony.
Wprawdzie hrabina przytrzymywała go w tym domu, który tyle miał powodów co najprędzéj opuścić; ale ona sama nie byłaby go potrafiła zatrzymać. Uśmiech i spojrzenie Loli, z którą się tak od razu dobrze rozumieli, przykuwały go do tych ciemnych pokoików, których opuścić żal mu było: silił się, wstawał, odejść nie mógł.
Hrabina zamyśliła się głęboko; młodzi usunęli się trochę.
— Dalekoż to — spytała Lola — ta twoja nowa dzierżawa?
— Trochę będzie daleko: tak prawie jak Horyca.
— O! to bardzo daleko! Ty jak się tam zasiedzisz, nie wiem czy do nas zechcesz przyjechać.
I spojrzała mu w oczy.
— Bo choć się nie gniewasz na ojca — wszak prawda, że się nie gniewasz? — ale cię przecię wstrzymywać coś będzie, bo wy się nie rozumiecie. Powiedzże mi, kiedy my się znowu zobaczymy?
— Bóg wie! To prawda: do was natrętnie się tu cisnąć mi trudno; każda moja bytność będzie się zdawała wyrzutem, co gorsza, przymówką o jakąś pomoc, a samo posądzenie o to już dla mnie bolesne. Jednak wyście cała moja rodzina na świecie, jedyna; nikogo nie mam, a przez te krótkie, pamiętne godziny nieszczęścia, poznałem was, przywiązałem się do was, do ciebie, więcej niż myślicie!
— Doprawdy? Jakże mnie cieszy, Jurasiu! Ty także nie wiesz, jak ja cię bardzo kocham! nie wiem, czybym tak rodzonego brata potrafiła. Pamiętasz, kiedyś się tu pierwszy raz niespodzianie zjawił... oczy się nasze spotkały, zadrżałam cała, przeczułam już w tobie brata. Nie wiedziałam wówczas co to znaczy... dziś rozumiem. A! gdy się nam przyjdzie rozdzielić na długo, smutno, smutno mi będzie. Ale choć ja tych rzeczy nie rozumiem, dodała Lola: słuchaj-no, może ja nieźle poradzę. Tam czy tu, pracować wszędzie można. Dla czegoż tam, daleko, masz koniecznie szukać tego ziemi kawałka? Tuby ci go Otto znalazł. Tu my, tu Maks, tu on, tu trochę życzliwych i znajomych, i lepiéj między nimi być może.
— Dziękuję ci za radę. Kto wie, może pójdę za nią? gdybym znalazł co gdzie blizko?
— Koniecznie blizko, dodała żywo Lola: choć czasem widywaćbyśmy się mogli, i mama, i ja. My często długie, dalekie odbywamy przechadzki; moglibyśmy nawet bywać u ciebie. Dla mnie byłaby to wielka pociecha.
I uśmiechnęła mu się, podając obie rączki z ową dziecinną prostotą, która ją wdzięcznym czyniła aniołkiem.
— Teraz — rzekła — zostaniesz jeszcze pewnie choć kilka dni u Ottona, w okolicy. Wszak prawda? nie mylę się?
— Być może.
— Możemy więc zobaczyć się jeszcze?
— A! jeśli pozwolicie, jabym — dodał Jerzy nieśmiało, ale z uczuciem głębokiém — jabym się wieki patrzał i patrzał na ciebie, tak mi błogo i dobrze, gdy mój wzrok oczy twoje spotyka.
— A! żartujesz sobie ze mnie, a tego ja nie lubię...
— Ja nigdy nie żartuję.
— Więc doprawdy? Ale nie! czyżbyś ty wolał mnie nawet od tego trzpiota Anety, która...
Lola się zarumieniła.
— Która? co?
— A! wiem, żeś był z nią u półkownikowéj, żeś ją tam poznał, że ci się bardzo, bardzo podobała.
— Powiedz, że mnie bardzo zabawiła.
— Ale ja o to nie mam pretensyi: ja jestem siostrą twoją.
— Ja mam pretensyę, rzekł Jerzy: boś ty mi więcéj niż siostra; ty jesteś moim ślicznym snem, ideałem.
— A! zmiłuj się! mówisz coś tak już jak pan Emil, który tu był pozawczoraj: ja tego doprawdy nie lubię.
— Jaki Emil?
— A! wystaw sobie — szczebiotała Lola po cichu, uśmiechając się do niego: — póki ojciec miał tylko Zarubińce, nikt nie myślał o mnie; teraz, gdy posłyszeli, że ta biedna Lola może tam mieć coś więcéj, choć to cudze, choć ona tego nigdy nie weźmie i nie tknie, już ich przyjeżdżało trzech, co mi zaraz od pierwszego wejrzenia takie rzeczy prawili!
Juraś uśmiechnął się smutnie.
— I przyjdzie — rzekł — jakiś czwarty, który ci to powie tak, że trafi do serca.
— A! nie! nie! nie! Najprzód ty nie wiesz jeszcze, że ja postanowiłam nigdy nie iść za mąż, dla mamy: mamie byłoby bardzo smutno. Powtóre, ot tak, nie wiem czemu, ale mi wszyscy po tobie śmiesznymi się wydają.
— A! mój Boże! jakże ty mnie zawstydzasz! Ja taki nieokrzesany, prosty, niezgrabny...
— No! ja tam nie wiem, ale ty także wydajesz mi się jakimś ideałem mężczyzny, z siłą, z charakterem, z mocą duszy... gdy tamci, jakby kto ich z pajęczyny utkał, lub z pianki ukleił.
— A ten Emil?
— A! Emil... ja ci już nie powiem: uchodzi on tu za bardzo ładnego chłopca, ale jest tak ładny jak lalka drewniana, i zdaje się, że chodząc stłuc się boi, a mówi jak nakręcona do mówienia machinka. Ty już wiesz, jakem ja niecierpliwa, gorączka: jakże mi się może taki porcelanowy Emilek podobać?
— A drugi? a trzeci? zapytał Juraś.
— A drugi? Drugi to znów taki poważny, że tylko z papą mówi o polityce, zawsze seryo. Straszny, musi być bardzo rozumny, bom ja go nic a nic zrozumieć nie mogła. Ciągle wielkiemi tylko rzucał słowami...
— Trudna jesteś, siostrzyczko... A trzeci?
— Trzeci sobie tak jakiś, że doprawdy nic o nim powiedzieć nie można: blady, mizerny, kaszlący, zdaje się, że tylko chorować umie i obawiać się o swoje zdrowie. To czyni go sentymentalnym. Wzdychał aż mi było nudno. Dużo widać francuzkich rzeczy czytał.
— O! biedacy! jakżeś ty ich osądziła!
— Ja ich nie sądzę, kochany Jurasiu; mówię ci tylko, jak mi się zdają, co o nich myślę. Cóżem winna, że oni mi się tak wydali? Ale wróćmy do naszéj rozmowy. Kiedyż i jak się zobaczymy?
— Nie wiem.
— Będziesz u Ottona?
— Zabawię u niego może. Będzie podobno wkrótce i Maksa wesele.
— Myślisz być i na weselu? Kiedy pogoda piękna, my z mamą chodzimy spacerem drogą lipową ku Robowu: tambyśmy mogli się spotkać... Gdy mama chora, czasem ja chodzę sama, to droga pusta, a ogród blizko...
Zarumieniła się dając mu rękę.
— Moglibyśmy się zobaczyć! Ale doprawdy — dodała — ty mnie wziąć gotów jesteś za jakiegoś trzpiota. O! gdybyś nie był moim bratem, nigdybym ci się tak nie narzucała; ja wiem, że to nie uchodzi i nie dobrze... ale z bratem...
— Moja droga siostrzyczko, odparł Jerzy: nie bój się, bym cię wziął za inną niż jesteś. Jesteś dobrą, serdeczną, szczerą i miłą istotą, jakiéj drugiéj na świecie nie ma.
— Cicho! chodźmy już do mamy; ona cię tak kocha jak ja... ręczę.
Zbliżyli się do hrabiny, ale ją zastali jakąś zadumaną i posępną. Spokojna jéj zwykle i łagodna twarz, nosiła ślady wewnętrznéj walki i silnego postanowienia, które wiele kosztować musiało. Łzy nieoschłe jeszcze świeciły na policzkach, choć usta, w chwili gdy się dzieci zbliżały, uśmiechnęły się pogodnie.
— Mamciu droga! doprawdy! tyś znowu płakała! zawołała Lola grożąc jéj. Mnie to nigdy ani łezki wylać nie wolno, choćby mi się najbardziéj chciało, a ty sama...
— Ale ja nie płakałam: śni ci się!
Lola przypadła, i pieszcząc się, pocałowała ją w kolana. Wtém na wschodach dał się słyszeć znany im dobrze chód powolny hrabiego, a Juraś, który już i tak bawił za długo, pośpieszył pożegnać stryjenkę i siostrzyczkę. W progu spotkali się z hrabią, który zmierzył oczyma gościa, ale Juraś nie mówiąc słowa, ukłonem go tylko pożegnał i zniknął. Matka dała znak córce, aby odeszła i zostawiła ich samych.
Między małżonkami, z których jedno całe życie ulegało, drugie panować przywykło, widocznie zbierało się na burzę. Cierpliwość hrabiny była wyczerpana, oburzenie jéj dochodziło do najwyższego stopnia; była w położeniu tych istot zawojowanych, które jak słonie w niewoli dostają czasem strasznego szału rozpaczy.
Długo milczeli oboje, nareszcie hrabina powstała.
— Był tu szanowny synowczyk, zapewne z żalami, odezwał się hrabia. Cóż? buntował was przeciwko mnie, usiłując zrobić koalicyę!
— Ani słowa nie mówił o tém, odpowiedziała Marya: ale ja sama z siebie mam ci coś do powiedzenia.
— Ty, moja pani? ty?
I hrabia spojrzał prawie pogardliwie na żonę.
— Tak, ja. Przywykłeś do tego, że się do niczego nie mieszam; ale tym razem i o mnie chodzi: mam prawo, mam obowiązek przemówić. Rajmundzie, poszedłeś drogą, którą nie chodziłeś nigdy w życiu. Honor twój jest moim: powinnam cię ostrzedz... Moją jest winą zapomnienie o testamencie; tyś winien, że z niego chcesz korzystać i cudzą własność zatrzymać...
Hrabia zatrząsł się cały.
— Co to jest — zawołał — cudzą własność! honor! Wpani będziesz mnie uczyła prawideł honoru! pojęcia własności!
— Choćby ja, jeśli ty sam postrzedz się nie zechcesz, że cię cały świat palcami wytyka jak przywłaszczyciela.
— A co mi świat — krzyknął hrabia — i wy wszyscy! Ja wiem co czynię, ja widzę, z mocy czego to robię! Ten chłopiec nie chciał znać ojca i nie bierze po nim spadku. To co odbieram, jest spuścizną po naszych dziadach, moją własnością; to tylko wynagrodzenie za krzywdy, jakich doznałem od brata, które mi umierając chciał powrócić...
— Krzywdy? czemużeś się o nie nigdy nie upominał?
— Bom nie mógł i nie chciał czynić zgorszenia.
— A dziśże ono mniejsze będzie? zawołała łamiąc ręce hrabina. Na Boga! mężu, myśl, rozważ: to tak pozostać nie może...
— Tak będzie. Wpani rola milczeć i słuchać, gdy ja co robię...
— Milczałam dotąd, ale dłużéj nie mogę. Karę i niebłogosławieństwo boże ściągasz na nas: to cudza własność, to sieroce mienie!
— Jestem więc złodziejem?
— Jesteś przywłaszczycielem, jesteś takim nawet w swojém własném sumieniu. Słuchaj, rzekła stanowczo: jedno z dwojga — albo powróć co mu należy, albo ja z tobą żyć nie będę.
Hrabia osłupiał. Nie mógł uwierzyć uszom, aby ta słaba istota zebrała się na wyraz niepojętego zuchwalstwa, i rozśmiał się dziwnie, szydersko, wzgardliwie ruszając ramionami.
— Zabieram dziecię moje, rzekła hrabina: mam kąt własny, wyjadę i usunę się, bo tu pod tym dachem dłużéj wytrwać nie potrafię, moją przytomnością uświęcając co się stało...
Hrabia pobladł i zatrząsł się z gniewu.
— Wpani — rzekł — postąpisz jak zechcesz, ja zrobię jak postanowiłem. Nie bronię. Tak się zawsze kończy małżeństwo równie niedobrane jak nasze.
— A! Boże mój! czyż na tę wymówkę zasłużyłam życiem całém — zawołała płacząc hrabina — życiem pokory i zaparcia, posłuszeństwem aż do wyrzeczenia się wszystkiego!.. Nie! wymawiać ci tego nie będę, jeśli sam nie czujesz... Słowo ci tego pojęcia dać nie może, gdy nie dało życie... Stało się! stało!
— Moja pani, rzekł hrabia zimno: ja nie zwykłem cofać, co raz postanowiłem...
— Jam także myślała głęboko nad tém, co mam uczynić, przerwała hrabina: czy dać dziecku przykład gorszący zwady i poróżnienia, czy gorszy przykład chciwości i zbogacenia się cudzym kosztem. Zostanę żoną twoją z daleka, wierną ci do śmierci, ale się rozstaniemy, Rajmundzie: ja tego chleba jeść nie mogę.
— Masz wpani swoją wolę, odparł hrabia zimno kłaniając się.
Hrabina raz jeszcze zbliżyła się do niego.
— Mężu, rzekła czuléj: na dziecko, na Boga, na pamięć twoich ojców zaklinam cię! mógłżeś się tak obłąkać! To niepodobna! nie! ty masz poczciwe serce! Na co nam te skarby? na co bogactwa? Czyż Loli nie dość będzie i tego co mamy? czyż nam nie starczy na starość chleba? czy nie lepiéj dźwigać ubóztwo poczciwe, niż ten spadek nieszczęsny?
— Deklamacye! deklamaeye! zawołał hrabia: kobiece romanse! Com rzekł raz, powtarzam: biorę moją własność i nikomu z niéj nie winienem rachunku.
— Bogu! rzekła hrabina, odstępując: Bóg spyta cię o grosz sierocy; ludzie już potępili.
— Ja o ludzi nie dbam! zawołał hrabia dumnie; mam sumienie moje, to mi starczy.
Marya usiadła starając się uspokoić; Rajmund przeszedł parę razy po pokoju, i powolnym krokiem, nic już nie mówiąc, wysunął się za drzwi.
Po odejściu jego hrabina klękła i modliła się długo. Wstała nieco uspokojona, i choć już było późno, kazała natychmiast wołać Żółtowskiego, który stał właśnie w ganku i stawił się niezwłocznie.
— Mój Żółtosiu — rzekła — nie gniewaj się na mnie, nie pytaj mnie o nic, nie potępiaj. Są okoliczności, dla których chcę, muszę na jakiś czas zamieszkać w domu dawniéj rodziców moich. Ja i Lola wyjeżdżamy ztąd jutro.
Żółtowski nie wierzył uszom, cofnął się o krok, przerażony.
— Jak to, proszę jw. pani! a jw. hrabia?
— Hrabia pozostaje u siebie.
— To dla kąpieli? zapytał stary.
— Dla kąpieli... odparła Marya. Ale że się one mogą przeciągnąć, każ mi tam co mam mojego poprzewozić... Mało tego jest: ja wszakże, niewiele potrzebuję, Lola także... Ale jest tam dom?
— Dom stary zajmuje ekonom.
— Może się wynieść na folwark?
— Najłatwiéj, trzebaby tylko mieszkanie przygotować, oczyścić.
— Nie! ja się tymczasem w jednéj izdebce pomieszczę.
— Ale cóż to tak nagłego!
— Nie pytaj mnie.
Hrabina zamilkła.
— Proszę cię, spełnij czego żądam.
— A jw. hrabia?
— Oznajmisz mu o tém...
— Juściż nie jutro?
— Jutro, mój Żółtosiu. Dasz mi tam jakiekolwiek konie, jaki powóz stary, bylebym dojechała. Michał rzeczy poprzewozi.
Zdumiony rządca popatrzał na nią smutny; nie śmiał badać, i skłoniwszy się, odszedł zamyślony.
Z kolei nadbiegła Lola, nie domyślając się niczego. Przeprowadziła ona oczyma Jurasia, pożegnała go raz jeszcze ze swego okienka, marzyła o spotkaniu z nim w lipowéj alei, a matce krwawiło się serce, nie wiedząc jak jéj powie o rozstaniu się z domem, z ojcem, ze wszystkiém, co zwykła za swoje uważać.
Matka i córka milczały długo, aż hrabina wstała, podeszła i pocałowała ją w czoło.
— Moje dziecię — rzekła — czy wierzysz w to, że serce matki się nie myli?
— A! gdzież się pytać o to, mateczko!
— Wierzysz, że jeśli czego chce, musi mieć silne do tego powody?
— Dla czegoż mama mnie tak próbuje?
— Bo może dziwnéj, przykréj dla ciebie żądać będę rzeczy. Nie posądzisz mnie o dziwactwo?
— Mamciu! mów tak jak zwykłaś do swojego dziecka; ty znasz serce moje.
— Powiem więc, i tak lepiéj, otwarcie... Ojciec twój jest w błędzie; szanuję go i kocham, ale chcę mu dowieść, że zabierając majątek Jerzego, myli się i przywłaszcza go nieprawnie. Nie wątpię, że zastanowienie zmieni jego zamiary; dziś on trwa w swojém przekonaniu, a w tém różnimy się tak wielce, że musiałam...
Tu ze łzami pocałowała córkę w czoło.
— Musiałam mu powiedzieć ciężkie dla serca słowo: „Rozdzielmy się, rozstańmy!“ Wyjeżdżam na wieś do siebie, a ty?
— A ja z tobą! zawołała Lola dość smutnie. Ale mamciu droga, czy to co pomoże?
— Bóg wie, przynajmniéj mu na myśl różnicę zdań naszych przywodzić będzie; a może...
— Czyżby nie można, zostając tu, przekonać go?
— Zostając tu, ja przed światem zdawałabym się być w zgodzie z hrabią; mówić nie mogę...
— Odjeżdżając, potępiasz go! szepnęła Lola. Ale gdzie ty, tam i ja... Przecięż wrócimy tu, prędko wrócimy znowu?
— Mam nadzieję, że powrócimy, ty przynajmniéj. Zresztą Bóg rozporządzi nami: my róbmy co sumienie każe...
— A! jednak żal nam będzie Zarubińce opuścić, dodała Lola: ja tak do nich przyrosłam!
Długiém milczeniem tylko odpowiedziała na to matka. W jéj sercu tyle było niepewności, tak ciężka walka dwóch obowiązków, że sama zdać sobie sprawy nie umiała z tego, co czynić była powinna. Zdawało się jéj chwilami, że zostać będzie lepiéj, to znowu, że oddalić się jest powinnością; nie wiedziała co począć. Jednakże nazajutrz spędziwszy noc bezsenną na płaczu, bez pożegnania z hrabią, który się zamknął w pracowni, opuściła Zarubińce. Ani żony, ani córki Rajmund nie przypuścił do siebie; kroku nie zrobił, by je wstrzymać.
Można sobie wyobrazić, jakim smacznym kąskiem dla kochanych sąsiadów były te wszystkie, szybko po sobie następujące wypadki, nareszcie wyjazd hrabiny z córką. Niestworzone też opowiadano rzeczy z takiemi dodatkami, uzupełnieniami i kommentarzami, że każde nowe wydanie téj historyi, wychodzące z innéj oficyny, coraz było bogatsze w dramatyczne szczegóły; a choć między sobą wcale się wersye nie zgadzały, wszystkim przyznawano po trosze prawdy. Jerzy szczególniéj zwracał oczy wszystkich. Hrabinę jedni potępiali, utrzymując, że żona zawsze i do ostatka los męża i przekonania dzielić powinna; drudzy ją uniewinniali, dodając, że daleko dawniéj powinna była sobie postąpić w ten sposób.
We trzy czy cztery dni potém Jerzy dowiedział się także o wyjeździe, ale nie rozumiejąc dobrze co go spowodować mogło tak nagle, poleciał do hrabiny przestraszony, aby się bliżéj o szczegóły wypytać.
Dawne rodziców Maryi mieszkanie, opuszczone od śmierci ojca i jéj zamążpójścia, ów stary dwór szlachecki, z którego teraz pośpiesznie wynoszono ekonoma, przyspasabiając go dla pani, wyglądał bardzo niepocześnie, bo późniejsi mieszkańcy popsuli go i zdarli ślady dawnéj powagi i zamożności. Żyli w nim przybysze, zmieniający się co lat parę; każdy sam sobie coś klecił i odmieniał, a poszpecili bardzo. W dziedzińcu nagrodzono warzywnych grządek co niemiara; w sadzie zapuszczono ścieżki, a porobiono zagony; w samym domu ledwie ślad był dawnego ładu i wygody, bo się mu dano zrujnować. Dach gontowy gdzieniegdzie połatany był słomą, ściany ogołocone z tynków, okna pozabijane deskami. Po wygodzie pałacu, jakkolwiek opuszczonego, ale jeszcze pańskiego, dwór ten smutnie się wydał hrabinie; a choć powoli przewoził Żółtowski co tylko zdawało mu się pani potrzebném, trudno było na razie urządzić i choć znośną starą ruinę uczynić. Hrabina, dla któréj wspomnienie lat młodych, szczęśliwie w tém miejscu spędzonych, drogiém było, starała się napróżno dać mu fizyognomię, jaką pamiętała.
Nic prędzéj nie zaciera się nad ślady człowieka: niszczą je czas i ludzie. Marya ledwie mogła poznać to, co w jéj umyśle daleko wyraźniejszem pozostało, niż było w rzeczywistości. Bóg wie jak poginęły pamiątki, a miejsce nawet zmalało, zdrobniało, zestarzało. Lola usiłując odgadnąć życzenia matki, krzątała się jak mogła, zapytując co chwila: jak to gdzie było, gdzie to stało, jaki pokój na co był przeznaczony? Z tego co przeszłość przypomnieć mogło, bardzo już mało przeżyło, i nie pozwalało jéj odtworzyć; hrabina chodziła szukając resztek i śladów, i płakała.
Wśród tych smętnych przygotowań do nowego życia, przyjeżdżał kilka razy Żółtowski, milczący jak zawsze i widocznie nierad postanowieniu pani, które potępiał. Hrabina niespokojnie dopytywała go o męża, ale dowiadywała się tylko, że Rajmund ani wspomina o niéj, nie pyta o nią, nie zagaduje, nie miesza się wcale do tego co ona czyni. Wiedział o wszystkiém przez Malczaka, ale trwał w swoim uporze i milczeniu.
W kilka dni po tych przenosinach, Jerzy przybiegł do stryjenki z Robowa, gdzie dotąd przesiadywał, szukając sobie w sąsiedztwie dzierżawy wedle rady Loli. Nie domyślał się on istotnéj przyczyny oddalenia hrabiny, ale przeczuwał, że sprawa jego przyczynić się do tego musiała; ciekawy był bliżéj się dowiedzieć. Wchodząc w dziedziniec, na którym mnóztwo dziewcząt i chłopców pracowało około oczyszczenia ścieżek, spotkał się na wstępie z Lolą, która jako czynna gosposia była przy robocie. Ujrzawszy go, dziewczę podbiegło ku niemu żywo, klaskając w rączki.
— A! wiesz braciszku, żem się nawet spodziewała ciebie u nas, i przeczułam, że dziś będziesz. Widzisz co się stało!
— Ale cóż się stało?
— Nie wiem doprawdy! Mama potrzebowała jakoś zmiany powietrza, czy starych wspomnień; doprawdy, nie rozumiem tego dobrze... dosyć, żeśmy się do tego dworku przenieśli.
— Jakże się ma stryjenka?
— Dosyć dobrze, żyje tu wspomnieniami czasów, które spędziła z rodzicami. Urządzamy się, i nie tak nam źle będzie, jak się zdawało. Z początku zdawało mi się, że bardzo do pałacu tęsknić będziemy obie, że nam tu wszystkiego zabraknie; ale widzę, że i tu żyć można, jakoś może jeszcze swobodniéj i ciszéj. Ja mam dużo zajęcia! to mnie bardzo bawi; robię na nowo dziedziniec i ogród, domyślając się, zgadując jak to tu dawniéj być musiało... Nie sztukaby coś nowego stworzyć; ale ja chcę odgadnąć, jak niegdyś tu było, i czasem mi się doskonale udaje. Ale chodźmy do mamy.
Jerzy smutny jakoś pociągnął za Lolą w głąb domu, który stał jeszcze napoły pustką, na pół urządzającém się dopiero mieszkaniem, jak wszystko co niedokończone przykrém, niepełném, niewygodném. Gdzieniegdzie poprzywożone meble, jeszcze nieporozwiązywane, połamane trochę, gromadziły się kupkami; inne nie mając jeszcze oznaczonego miejsca, czekały w środku pokojów, gdzie im stanąć każą.
Hrabina chodziła wśród tych sprzętów obezwładniona, zapłakana, smutna. Zobaczywszy Jerzego, z czułością macierzyńską podbiegła ku niemu i Loli, usiłując udać wesołość.
— Widzi mama, jeszcześmy się nie pośpieszyły urządzić, a już mamy gości.
— E! takich to my się nie boimy, odpowiedziała hrabina. Jak się masz Jerzy? cóż u ciebie słychać? co robisz?
— Nie ma jeszcze nic stanowczego do powiedzenia o sobie; ale cóż się stało wam? dla czego te przenosiny?
— Nic, najprostsza rzecz w świecie: zawsze mi mury jakoś w lecie szkodziły, przywykłam dawniéj do drewnianego domu, więc na lato przeniosłam się tu z Lolą odpocząć.
— Ale będzież tu wygodnie?
— Wszędzie jest człowiekowi aż nadto wygodnie. Czyż to nam wiele potrzeba? Cóż ty porabiasz?
— Posłuchałem Loli, muszę się tém pochwalić, bo rzadko komu jestem posłuszny.
— Czyż i tobie dawała jakie rady?
— Za które jéj serdecznie jestem wdzięczen. Szukam sobie dzierżawy w sąsiedztwie, i mam ją już tak jak znalezioną. Trochę tylko chcą za drogo, a ja się obawiam.
Lola przerwała zaraz rozmowę, usiłując matkę rozerwać.
— Wie mama? doszłam dziś śladów ścieżki, która szła do drewnianéj kapliczki w ogrodzie; poznałam po trawach i po resztkach porzeczek, któremi była wysadzana. Z troskliwością starożytnika, śledzącego wał rzymski, szłam jéj śladami, i już nastąpiła restauracya, z któréj mama powinna być kontenta.
Hrabina pocałowała ją w czoło.
— Mój ty skarbie jedyny! jak dla ciebie wszystko jest weselem i zabawką!
— A! doprawdy, nie dla mojej rozrywki, ale się to robi dla kochanéj mamy... Jabym tak chciała, aby ci tu było dobrze!
— I tobie, mój aniołku.
— Mnie z tobą wszędzie jak w raju; przytem tak tu swobodnie, tak cicho, tak jakoś inne powietrze i życie! Codzień nową piękność odkrywam.
— Dalekoż będzie twoja dzierżawa? spytała hrabina Jerzego.
— Dobra mila, godzina drogi.
— A! to będziemy prawie sąsiadowali, rzekła Lola wesoło; ale zawsze nie tak jak Zarubińce z Robowem.
— Ty dotąd siedzisz w Robowie?
Pytania, odpowiedzi, szły tak przerywanie, gdy oznajmiono przybycie Żółtowskiego, który teraz dzielił się na dwoje, i zawsze milcząc przejeżdżał to do Zarubiniec, to do swéj kochanéj pani.
Z oczu jego widać było jakąś pilną nowinę, którą miał zwiastować, i wszedłszy zaraz do drugiego pokoju, ostrożnie się dokoła obejrzał.
— Wie pani — szepnął po cichu — testament w sądzie obalony został i uznany za nieważny.
Hrabina z okrzykiem podniosła ręce do góry.
— Możeż to być?
— Najpewniéj; ale hrabia appeluje daléj.
— Czy się o to kto starał?
— Zdaje się, że nie było komu. Hrabia posądza tylko... Sąd uznał go za nieważny z powodu, że jest prawu wbrew przeciwny. Majątek kazano oddać we władanie synowi. Hrabia wysłał mnie sam do hr. Jerzego, z którym się chce widzieć, i nie znalazłszy w Robowie, przybyłem tu po niego.
— Jakże mu to powiesz?
Żółtowski niewiele wiedział jak począć sobie, ale mieli czas do narady, bo Jerzy poszedł z Lolą w dziedziniec i do ogrodu przypatrywać się wszystkiemu co zrobiła i co jeszcze zrobić miała, aby to nowe gniazdko upięknić, a nadewszystko aby je do dawnego przywrócić stanu. Powracali do dworu, gdy Żółtowski naradziwszy się z hrabiną, wziął na bok Jerzego, i rzekł mu:
— Hrabia prosi, abyś się pan z nim widział.
— Kiedy?
— Choćby dziś jeszcze.
— A no, więc jedziemy do Zarubiniec, choć mi się bardzo ztąd ruszać nie chce.
— Rzecz musi być pilna.
— Jedziemy.
I pożegnawszy zaraz hrabinę, któréj nic o tém nie wspomniał, oraz Lolę, która go mocno wstrzymywała, siadł z Żółtowskim natychmiast, udając się do Zarubiniec.
Tu zastali całe stado klucze: Burdę, Korokotowicza i parę jeszcze mniejszych urzędników, składających przyboczną radę hrabiego do spraw sądowych, których on wszakże odprawił zaraz, aby sam na sam rozmówić się z synowcem. Twarz jego zdradzała podrażnienie i niecierpliwość.
— Mości panie! rzekł zamykając drzwi z powagą, która go nie opuszczała: mówmy otwarcie.
— Ja inaczéj nie mówię nigdy.
— Wpan udajesz bezinteresowność...
— Ja nigdy nic nie udaję.
— To są słowa: mamy dowody, że się robi inaczéj. Intrygą zakłócasz mi spokój domowy, postawiłeś przeciw mnie żonę...
— Ja? ja?
— A któżby inny? Przecięż po ostatniéj naradzie z wpanem wyjechała z domu.
Jerzy osłupiał.
— Mówisz mi, dodał hrabia żywo: że nie żądasz nic, że wyrzekasz się wszystkiego, a pokątnie starasz się i wyrabiasz obalenie testamentu.
Krew gorąca oblała twarz Jerzego.
— Stryju, rzekł poważnie: jakiekolwiek mogą być pozory, ręczę ci słowem uczciwego człowieka, że to, co mi przypisujesz, jest fałszem, jest potwarzą, jest najniegodniejszém zmyśleniem... Ze stryjenką nie mówiłem nic, namawiać jéj nie mogłem, o testamencie nie wiem.
— Dla czegoż sąd go obala? zapytał Herman szydersko; któż się o to postarał?
— Sąd go obala! zawołał Jerzy: jak to być może? ja go przecię przyjąłem.
— Zaprzestań wpan udawania, mówmy: czego chcesz? co mam dać?
— Nic, rzekł Jerzy spokojniéj; bo ja nic nie wezmę.
Hrabia z niecierpliwości targnął suknię na sobie.
— Ja sam uznaję potrzebę, słuszność dania wpanu jakiejś części. Człowiek naszego imienia nie może pójść walać się między ludźmi.
— Walają się tylko ci, co się chcą zwalać, rzekł Jerzy; do imienia to nie ma nic. Powtarzam, że nie chcę nic i nic nie wezmę.
— A jeśli sąd przyzna wpanu spadek? zapytał hrabia.
— Ja się go zrzeknę.
Jerzy wymówił to z takiém przekonaniem, z taką siłą, że hrabia nawet, jakkolwiek pełen podejrzliwości, zastanowił się i zdumiał.
— Uczyniłbyś to wpan? istotnie?
— Uczynię.
Stali i mierzyli się oczyma. Hrabia był skłopotany, walczył z sobą: szlachetniejsze uczucie dobywało się z niego; miłość własna tłumiła je i odpychała.
— Od razu nie zrozumieliśmy się i nie zrozumiemy, dodał Jerzy. Szanuję wolę ojca, któréj wyrazem jest testament: nic go odwołać nie może. Wiem to doskonale, że obalić go łatwo, że prawnym nie jest; ale ja majątku tego nie chcę, i w żadnym razie nic z niego nie przyjmę.
Hrabia napróżno w oczach Jerzego szukał fałszu i znaleźć go nie mógł; stał zmieszany i niemal upokorzony.
Usprawiedliwiała w pewny sposób przywłaszczenie forma prawna zapisu; ale jak skoro ten okazał się nielegalnym, mógłże mieć jaki powód trzymania się przy swojém, grabienia cudzéj własności i przyjęcia jakby daru od synowca? Domyślał się knowań pokątnych, ale ich dowieść nie mógł. Nie było co mówić daléj, ani się o co układać; potrzeba było pomyśleć co czynić, aby się nie zbrukać więcéj.
Jerzy ze swojéj strony w żadne układy wchodzić nie chciał.
— Wezwałem wpana — rzekł po namyśle hrabia — w przekonaniu, że sprawę tę załatwimy zgodnie; miałem i mam to przekonanie, że nie chcesz mi powiedzieć prawdy.
— O tém dopiero późniéj zapewne będziesz się pan mógł przekonać, dodał Jerzy, biorąc za czapkę. Tymczasem żegnam.
I wyszedł powoli.
Sędzia Mejszagolski wcisnął się zaraz po jego odejściu, gdy hrabia stał jeszcze nie wiedząc co pocznie, prawie ze zgryzotą w sercu, że się w tę sprawę wplątał, z któréj wyjść nie wiedział jak i kędy.
— A cóż? spytał z ukłonem, zacierając ręce; a cóż?
— Wypiera się wszystkiego; nic nie chce.
— Chytrość! odparł Mejszagolski: przecięż są śladziki; już dochodzimy, już jesteśmy na drodze.
— Więc sąd nie dla odarcia mnie, grozi obaleniem testamentu?
— To swoją drogą, a to swoją drogą; ale że tam ktoś chodzi koło tego interesu, to pewna. Są ślady, są poszlaki... dodał misternie. Prawie jawno, że stara się o to niejaki Szperka; nawet, o czém się teraz przekonywam, ma i daje pieniądze. Któżby, proszę jw. hrabiego, dawał pieniądze, jeśliby się ich z naddatkiem nie spodziewał odzyskać? Dla miłości ludzkiéj to się nie robi. Obcy tegoby dla zabawy nie uczynił... za co? po co? Jest nawet łacińskie przysłowie prawne: Is fecit cui prodest. A cuiże tu prodest? spytał sędzia naiwnie — proszę rozważyć!
— Cóż to za jeden ten Szperka?
— Szperka, prawnik, bardzo zręczny choć nieznany człowiek. Kryje się, że koło tego chodzi; ale ja to wiem pewnie i najpewniéj. Żeby zaś robił to komu na przekorę, lub sobie dla satysfakcyi, niewidziana rzecz!
— A dla odarcia mnie? spytał hrabia.
— Toby się przecię targował, wystąpił, dał do zrozumienia; a on się z tém tak ukrywa, że kiedym go zastał insperate u sekretarza z papierami na stole, o mało apopleksyi nie dostał, usiłując je co prędzéj pochować. Ale sekretarz i ja, to jedno: zarazem spenetrował o co to chodziło! Szperka człowiek, który darmo palcem nie kiwnie: któż go namówił? kto ugodził? kto mu dał na to pieniądze? pytam?
— I ja pytam, dodał hrabia: a nie znajduję nikogo prócz tego chytrego chłopca, który mi tu w oczy się wypiera, wyklina, a pocichu intryguje. Ale jeśli tak! rzekł Rajmund: nie wie, że i ja chodzić potrafię, i ja nie ustąpię... pójdziemy do izby cywilnéj, do senatu, do ogólnego zebrania... nie zrzeknę się...
— Już to, rzekł sędzia pokornie: jakkolwiek uznaję, że jw. hrabia ma słuszność w gruncie wszedłszy w rzecz... ale prawdą a Bogiem, z tym testamentem utrzymać się będzie trudno, bardzo trudno. Gdyby się nikt nie starał i nie protestował, no! to jeszcze; ale za najmniejszém staraniem krucha ta lepianka się obali.
Hrabia stał zamyślony.
— Co tu począć?
— Jeden i jedyny środek, rzekł sędzia po cichu: naturalnie, kiedy się broni tego, co w przekonaniu naszém jest bene et valide nam przynależne, to wszystkie środki dobre. Szperkę tego ja znam: człek ubogi, chciwy, dzieci kupa, żona krzykliwa; możnaby do niego trafić i przekonać go w ten sposób (tu pokazał na dłoni sędzia jak się liczą pieniądze), aby nam nie psuł interesu.
— A! to robota pokątna! to przekupstwo i zdrada! zawołał hrabia.
Sędzia Mejszagolski zaczerwienił się, a potém rozśmiał, bo już musiał choć śmiechem nadrobić.
— W prawie — rzekł — proszę jw. hrabiego, to tak jak w bójce na pięści: chodzi o to tylko, aby być na wierzchu i nieprzyjaciela zmódz, a czy wśród roboty kto komu nogę podstawi, czy sypnie piaskiem w oczy, mniejsza o to, byle rzucić przeciwnika na ziemię.
Hrabia cofnął się z niejakim wstrętem od człowieka taką wyznającego teoryę, i ostygł.
— Bądź co bądź — rzekł — ja środków tego rodzaju użyć nie mogę i nie chcę. Stanie się co ma być: bronić się będę do ostatka, ale na prawéj drodze.
— Ale i ja — przerwał sędzia, którego to tknęło — i ja jestem tego zdania, żeby iść prosto i jak najprawiéj; cóż, kiedy tu podstęp widoczny? jakże go odeprzeć? minę chyba kontrminą. Czemuż oni nie występują, przeciwko nam wyraźnie?
— Nie jest to racya, abyśmy środków, które naganiamy, używali: ja tego nie chcę.
— Prawdziwie jw. hrabia uwielbieniem mię przejmuje! łamiąc ręce rzekł sędzia. Takich charakterów antycznych — dodał podnosząc oczy do góry — nie ma już na świecie. Chlebabyśmy nie jedli, gdyby człowiek stał tak marmurowo przeciw szelmowstwu ludzkiemu, które nas otacza. A! zepsucie, jw. hrabio, nie do uwierzenia zepsucie i demoralizacya!
I ten, co przed chwilą doradzał najohydniejsze środki, z głębi przejętego serca wzdychał teraz nad zepsuciem wieku, obwiniając je o własny występek. Nie dziejeż się to tak codzień i wszędzie?
— Prawość! prawość! ja sam mówię, dorzucił sędzia: nie ma jak prawość! ale z tym światem i z tymi ludźmi... a! jak trudno! Człowiek szlachetny, nie mówię tego do siebie, zawsze najnieszczęśliwszy.
Westchnął głęboko.
Hrabia zrozumiał to dobrze; wiedział on już, że gdy rozmowa na ten się przedmiot staczała, zawsze się datkiem i ofiarą na otarcie tych łez prawości kończyć musiała. Schwycił więc kopertę ku temu przygotowaną, i wcisnąwszy ją w rękę serdecznego przyjaciela, który z roztargnienia dłoń wcześnie trzymał zręcznie wyciągniętą i otwartą, pożegnał gorliwego doradcę.


Czuła półkownikowa Amelia dożyła nareszcie dnia wesela, oczekiwanego z biciem serca, a mającego jéj szczęście całego życia zapewnić... Niecierpliwość jéj rosła z dniem każdym, lecz indult nie nadchodził. Maks przeciwnie, w miarę jak się zbliżał do uwieńczenia swych ogniów(?), bardzo jakoś głowę zwiesił i osmutniał. Codzienne oglądanie powabów przyszłéj żony, głośno i wcześnie czynione jéj projekta, powlekły czoło jego chmurą jakiejś niewytłómaczonéj melancholii... Szczęście własne zdawało się go zatrważać. Oboje przyszli małżonkowie smutni byli, ale ona smętkiem dziewiczych nadziei, on niepokojem przyszłości.

Przypuszczony do wszystkich tajemnic toaletowych i arkanów dezabilu, Maks mocno się zamyślał, rachując, czy reszty wdzięków, choć dobrze i umiejętnie zakonserwowanych, potrafią na wodzy utrzymać burzliwe serce jego.
Ale kość była rzucona, indult nadszedł... Półkownikowa melancholicznie robiła przygotowania do ślubu. Maks zabierał się do wyrzeczenia się przy ołtarzu swych artystycznych nadziei. Oboje zgadzali się na to, że chlubić się szczęściem i ludziom niém robić oskomę wcale było nieprzyzwoicie, że wypadało ślub w maleńkiem kółku przyjaciół serdecznych ograniczyć. Amelia więc prosiła tylko Anetę z matką, starą jakąś kuzynkę, opuszczając nawet hrabinę, która nie była bardzo zdrowa i dosyć daleko. Maks wezwał Ottona i Jerzego. Miano pojechać do kościoła około południa, powrócić na obiad do domu, spędzić wieczór na pogadance, potém rozjechać się, zostawując młodą parę w najpożądańszém osamotnieniu.
Tak się też stało zgodnie z programem.
Jerzy był w żałobie, ale nie wątpiono, aby bądź co bądź, assystował Maksowi; Otto także nie mógł naleganiom się oprzeć, choć Maksa nie bardzo lubił, a półkownikową znał dawno i zbyt dobrze. Aneta z matką i ojcem, na którego nikt nie zwykł był uważać, bo jedynym jego obowiązkiem było nosić szale i mantylki, wołać o konie, kazać zaprzęgać i bawić cudze dzieci, jeśliby nadto krzyczały — przyjechali paradnie, strojno i świetnie. Wiedziała ona, że znajdzie tu Jerzego, ale zaszłe wypadki znacznie ją ku niemu ostudziły. Jerzy też tak był teraz siostrą zajęty, że o Anecie zapomniał.
Wielkiego namysłu i narady z matką przedmiotem było, jeszcze w domu, potém w drodze: jak Aneta miała znajdować się względem hrabiego? Matka i ojciec wiedzieli, że z razu go sobie życzyła, ale wówczas na postanowienie jéj wpływały nieznacznie dobra, które posiadał, i miliony, dziedzictwo dziś całkiem postradane. Aneta nawet nie taiła teraz, że to, co się jéj w pierwszéj chwili wydało oryginalném i piękném, trochę było przesadzone i niebardzo dobrego tonu. Kilka razy dała się z tém słyszeć przed matką, naturalnie potakującą... Ojciec machnął ręką tak zręcznie, że nie można było odgadnąć, czy protestował, czy się dziwił... choć uwielbienie jego dla dziecka, oppozycyi przypuszczać nie dozwalało.
— Może się mama dziwi, mówiła Aneta: że ja dziś trochę go inaczéj sądzę, gdy zubożał; ale ja mam przyczyny ważne! Człowiek takiego charakteru jak on, będąc bogatym, ma wiele środków do ukształcenia się, uspołecznienia, pozbycia szorstkości charakteru. Stosunki, pieniądze same, są to sposoby zmiękczenia; tymczasem zostając ubogim, to wcale co innego: zdziczeje do reszty...
— To jest rozum! zawołał ojciec: cóż to to? To Metternichowski rozum!! Ktoby to i pomyślał co ona?
— Prawdziwie, gdyby ludzie ją znali, powinniby jéj stawić ołtarze! zawołała matka.
I oboje popatrzali na siebie, a ojciec korzystając z kataru, który go zmuszał do użycia chustki, otarł zarazem łzę rozczulenia. Matka na sucho westchnęła tylko, wznosząc oczy ku niebu, gdyż jéj na łzy nie tak się łatwo zbierało.
Aneta obszerniéj potém i łatwiéj do pojęcia raczyła im wyłożyć swoją ideę, i sama znalazła, że potrzeba było nieco chłodniéj, ostrożniéj, znajdować się względem hrabiego.
— Przyznaję — rzekła — że na mnie dość wielkie zrobił był wrażenie w pierwszéj chwili. Skorzystał z tego, zbliżył się; jestem pewna, że to pamięta, że zechce iść daléj; ale ja muszę teraz być ostrożniejszą. Z takimi ludźmi potrzeba się trzymać na wodzy.
Ojciec i matka schylili głowy i pojechali do półkownikowéj, przekonani, że Aneta dopełni powinności i odpowie wysokiemu powołaniu swojemu.
Jerzy nie bez jakiegoś wzruszenia zobaczył Anetę; ale dziwnym skutkiem, po świeżém Loli wspomnieniu, po uczuciu, które ona rozbudziła w jego sercu, takiém jakiémś czystém, świeżém, niebiańskiém, ta piękność majestatyczna, dowcipna, szyderska, śmiała, prawie mu się wydała śmieszną... Na nieszczęście na wszystkich prawie Aneta toż samo robiła wrażenie: z razu uniesienie niezmierne, potém zdziwienie tylko, nareszcie rozczarowanie i znużenie.
Teraz znalazł ją inną niż nosił we wspomnieniach; ale chwila żywszéj rozmowy mogła ich nastroić znowu na ton, w którym zrozumieć się i sympatyzować mogli.
Jerzy przystąpił do niéj ze śmiałością dawnego znajomego, który dobrze ostatnią pamiętał rozmowę. Aneta lekko skinęła mu główką, a chłopak ostudzony natychmiast, zaraz się na bok usunął.
To znowu nie zgadzało się z rachunkami Anety, która dobrze liczyć umiejąc, różne jeszcze wypadki i możebne zmiany fortuny przewidywała w oddaleniu. Poznała zaraz, że z Jerzym inaczéj postępować sobie potrzeba, i że z nim do końca trafić może być niełatwo.
Tymczasem wszyscy ruszyli do kościoła, gdzie półkownikowéj trochę się źle zrobiło, nie wiadomo z jakich powodów. Maks miał minę tryumfatora, dość już sobie lekceważącego zwycięztwo.
Amelia, gdy wysiadła z powozu, w którym z mężem powracała, oczy miała czerwone trochę, on usta zagryzione, ale niepodobna przypuszczać znowu, aby zaraz w pierwszéj godzinie jakieś nieporozumienie zajść mogło. To pewna, że jako gospodarz na dobre się zaraz rozporządzać Maks zaczął w domu, i niezmiernie mało do czynienia żonie zostawił, oszczędzając jéj słabemu zdrowiu pracy i kłopotu. Tę staranność posunął nawet do tego stopnia, że niektóre dyspozycye żony poodmieniał, zapewne w widokach zrobienia jéj przyjemnéj niespodzianki w dzień ślubu.
Zresztą pyszny był Maks dnia tego tylko z uczucia obowiązku. Z typu artysty znanego nam z karykatur francuzkich, na który z razu nadto się był wymodelował, zszedł zaraz na inny typ obywatela i półpanka, mając nadzieję z czasem zostać prototypem w tym rodzaju. Włosy nawet poświęcił w części nowemu stanowi, który obierał, a wąsy za to przedłużył; i biedna półkownikowa zaślubiwszy genialnego artystę, z zadziwieniem znalazła się połączoną z dość prozaicznym szlachcicem, który sztukę lekceważył, wspominać o niéj nie chciał, a mówił jéj ciągle o koniach, wyborach, obowiązkach urzędnika i t. p. Metamorfozy tego rodzaju nie są zapewne nowością; lecz szybkość, z jaką się ta dokonała w kilku tygodniach przedślubnych, czyniła ją wielce zastanawiającą.
Przy obiedzie jakimś przypadkiem, który na zręczną rachubę wyglądał, Aneta znalazła się przy Jerzym; ale Juraś był ostygły i zamyślony. Nie chcąc go zupełnie zrażać, zaczęła z nim powolną rozmowę, trzymając ją w chłodniejszéj sferze ogólników.
Ale rozmowa taka doskonała być mogła z wyłamanym człowiekiem, przywykłym do świata, do jego półsłówek, do nastrajania się na pewny ton potrzebny, zmieniania głosu i postawy, a nawet myśli jak wypada; z Jurasiem, na którym step i zdziczenie znać jeszcze było, który zawsze był sobą, nie umiejąc udawać, gra ta jakoś nie szła raźnie. Zbijał on nieraz z siodła najwprawniejszych szermierzy jedném zapytaniem, wprost, otwarcie i szczerze zmierzającém do celu i łamiącém rusztowania, które tak zgrabnie budują ci, co nic lepszego do czynienia nie mają. Z nim potrzeba było albo być otwartym, lub dobrze przynajmniéj szczerość udawać.
Aneta sama nie wiedziała dobrze jak to zrobić, żeby się i swéj przeszłości nie zaprzeć, i téj rozmowie pierwszéj, w któréj za daleko była zaszła, nie skłamać, i chłopca nie zrażać. Zbyt była pewna, że go pochwyci gdy zechce, gniewał ją chłód, na jaki trafiła. Nie domyślała się, że wspomnienie Loli szkodziło jéj w sercu Jerzego.
Obojętność jego już ją gniewać zaczynała; musiała mu pokazać znowu i ten warkocz tak bujny, że piękną jéj główkę przechylał, i białą wytoczoną rączkę, i trochę ramion marmurowych, które kaskadą śnieżną cudnie spływały w bogate fałdy sukienki. Aneta wiedziała, że i te środki skutkują, że dla wielu ramiona i postawa tyle mówią co oczy i usta, bo wszystko jest symboliczne w kobiecie.
Jerzy znalazł ją też cudownie piękną, a strojne weselne ubranie czyniło z niéj istotnie zachwycający obrazek. Miała suknię czarną z materyi ciężkiéj, z koronkami, przystrojoną w koralowe gałęzie; takiż wieniec na głowie, i bransolety na rękach, a białe jéj ramiona wśród tego czarnego tła i ponsowych ozdób, ślicznie odbijały, rumieniąc się chwilami jakby przypływającą falą życia, która pod atłasowém przezroczem skóry płynęła gorącym strumieniem... Dla czego istoty, w których najmniéj jest płomienia i uczucia, często się nam tak ognistemi i namiętnemi wydają, trudna to do rozwiązania zagadka. Może to życie, które z nich tryska całe na zewnątrz, wyczerpuje się tém właśnie; może iskra tlejąca żywo, potrzebuje istotnie szarego popiołu, któryby ją okrywał, ażeby nie zagasła. Któż to wie? kto to powie? Dość, że Aneta miała chwilami postać muzy natchnionéj, chwilami rozognionéj szałem bachantki, a w piersi jéj, a w główce biły tylko falami ostygłemi próżność i zimne rachuby.
Powoli jednak, z razu chłodna, ożywiać się zaczęła rozmowa. Jerzy uczuł się pociągnionym ku temu zjawisku, które go nęciło samą swą niespodzianą obojętnością.
— Powiedzże mi pan, jeśli o to spytać wolno, odezwała się w końcu Aneta: jakie są jego na przyszłość projekta?
— Będę na wsi gospodarzył.
— A! to nie zabawne! zawołała śmiejąc się; z tymi chłopami, z tą rolą, a w dodatku kłóć się jeszcze z chmurami, z wiatrami, z deszczem, jak czasem papa w czasie żniwa stoi w oknie i fladze pięść pokazuje...
— Ja mam więcéj cierpliwości.
— I ręczę, że pan marzysz sielankę?
— Nie. Tak blizko dotknąłem się rzeczywistości, że nie zdołam pisać eklog, a Wirgiliuszowskie bardzo mi się zawsze wydawały nudne... pastusi Sabiny inaczéj bawić się musieli...
— Jednak to coś będzie nakształt sielanki...
— Nie! konie, myśliwstwo, życie napół rycerskie, napół rolnicze, jak za dawnych czasów.
— Ale to coś dzikiego.
— I ja jestem trochę dziki. Myślę nawet, że trochę dzikościby nam nie zawadziło.
Aneta popatrzała nań ciekawie.
— Wszakże cywiiizacya zależy na tém, aby tę pierwotną szorstkość zetrzeć z siebie?
— Szorstkość zewnętrzna to nic, ale wewnętrzna siła pozostać i wzrosnąć powinna. Zaczyna się od pierwszéj, a potem i drugiéj się wyrzeka.
— Pan masz bardzo dziwne pojęcia! rzekła Aneta.
— Tak mnie Bóg stworzył.
— Mówiono nam, żeś pan odrzucił co mu stryj ofiarował, nawet znaczną bardzo majętność?
Jerzy się uśmiechnął.
— Odrzuciłem, bo mi się to nie należało, a dary się przyjmują chyba wówczas, gdy pochodzą od tych, których się kocha, lub gdy człowiek rąk nie ma i żebrakiem siedzi nad drogą.
— Ale to była prosta tylko restytucya, odparła Aneta.
— Nie rozumiem tego; nic mi nie należało... nie mówmy o tem... Spadek po ojcu został rozporządzony, za cóż miałem brać nagrodę?
— I mówią jeszcze, żeś pan mógł nawet wszystko odzyskać?
— Mógłbym, ale... nie chcę.
Aneta popatrzała nań z góry zdziwiona.
— Czy pan i z kobietą tak byłbyś dumny jak z majątkiem? spytała.
— Gdybym kochał, rzekł Jerzy, wierzyłbym, że miłość się nie kupuje ani wywalcza: przychodzi, narzuca się, jest konieczną lub istnieć nie może. Starać się o nią, to procesować się o majątek.
— Lecz przypuść pan gwałtowną namiętność?
— Żadnaby mię nie zmusiła do poświęcenia kobiety dla siebie, do ujmowania jéj pochlebstwem, do przekupstwa.
— Cóż to za dziwne teorye! A cóżbyś pan robił, gdybyś kochał?
— Nic... tylkobym kochał z całéj duszy.
— Choćby nie kochany?
— Zawsze.
— Bez nadziei?
— Na wieki.
— Myślisz pan, że miłość może być wieczną?
— Jeśli jest miłością. Jeśli zaś jest fantazyą, zabawką, namiętnością tylko, to co innego.
— A! a! miłość pańska jest książkowa i idealna.
— Wcale nie, jest taką, jakiéj pojęcie przynosimy na świat z sobą, a psujemy je potém, obcinając aż się nam na starość suchy z niéj szkielet zostanie.
Spojrzenie Jerzego zelektryzowało Anetę. Zimna istota poczuła jakieś wzruszenie, jakieś pragnienie zbliżenia się do tego człowieka, który tak śmiało mówił co myślał, a obiecywał tak wiele.
Że często przychodzimy z rachubą chłodną tam, gdzie nas potém chwyta gorące uczucie, że wpadamy w zastawione przez nas samych sidła... któż tego nie wie? Ileż to razy człowiek upada, gdzie myślał tryumfować! Tak prawie stało się z Anetą, któréj warkocz nie związał serca Jurasia, ręka nie pochwyciła serca, ramiona nie uwięziły wejrzeń namiętnych, a dość było jednego spojrzenia młodego chłopaka i kilku słów śmiałych, by dziewczę to zimne, rachujące na zwycięztwo, uczuło się niespokojném i zachwianém. Spuściła głowę powoli, zadumała się.
— A! rzekła ciszéj: gdyby to taka miłość była na świecie!
— Ktoś tam powiedział i słusznie — dodał Jerzy, — że nie ma poczwary wymarzonéj najbujniejszą fantazyą człowieka, którejby prototypu, poszukawszy, nie znalazło się w naturze. Jeśli tak jest ze stworzeniami, czemuż nie z uczuciami raczéj? Człowiek nie może wymarzyć niepodobieństwa: natura kładzie mu granice i nie puszcza po za nie...
— Więc taka miłość byłaby możliwą?
— Niewiele o tém myślałem, rzekł Jerzy — i nie kochałem nigdy. Gdybym się zebrał na miłość, kochałbym raz, na wieki; tak mi się przynajmniéj zdaje. Czytałem coś o tém, i myślę sobie, że wielkim trafem czasami spotykają się dwie dusze, co dla siebie stworzone były tak, że jedna do życia drugiéj jest potrzebna; a gdy się znajdą i dusze, i serca, i umysły tak sympatyczne, wówczas raz zbliżone oderwać się od siebie nie mogą: następuje Abelardowska miłość... Ale na ten wypadek, ileż prób nieszczęśliwych, ile miłości nie anielskich, czysto ludzkich, zwierzęcych, śmiesznych lub tylko granych na zimno i bez poklasku!
— Mówisz pan, że niewiele o tém myślałeś; ja znajduję przeciwnie... Nie sądziszże, iż jest potrzebą duszy miłość? że kochać potrzeba choćby się omylić?
— Wiem, że rwie się serce ku uczuciu temu... ale to tak jak dziecię do gwiazdy, jak bezsilny chciałby wzlecieć, jak niemy przemówić pragnie... ale umieramy z zaschłemi od żądzy ustami, choć często przepojeni tém, co nie gasi pragnienia...
I szła tak rozmowa, a po niéj stało się coś dziwnego z Anetą. Zmieniła się, straciła śmiałość, łza jakaś błąkała się po jéj oku; osłoniła ramiona, zapomniała o warkoczu, pobiegła do matki szepcząc jéj, aby Jerzego zaprosiła do siebie, — ojcu, aby się z nim bliżéj zapoznał.
— Ale sama uważałaś, moje dziecię, rzekła powolna matka: że może nie byłoby dobrze nazbyt go ośmielać.
— Dziś go lepiéj poznałam...
— A! już jeśli ona go lepiéj poznała, podchwycił ojciec składając ręce jak do modlitwy: to nie ma co mówić, moja duszko. Ja lecę go zaraz jakoś ująć! Ale jakby go ująć?
Matka spojrzała na córkę i instynktowo jakoś się przelękła.
— Jaka ty jesteś zmieniona! Co ci to jest?
— Mnie? nic! Ale cóż mama uważa we mnie?
— Ale ona śliczniutka! niezmieniona! tylko taka zaanimowana! przerwał ojciec żywo. Anastazya trąciła go łokciem i umilkł zaraz, spoglądając po sali.
— Czy mam do niego pójść? zapytał.
— Niech ojciec idzie.
Ojciec natychmiast zatoczył się posłuszny, złożył mantylkę, którą trzymał, na krześle, i poszedł z ukosa kołując do Jerzego. Stanął, założył ręce w tył, co uwydatniło jego okrągluchny brzuszek, i uśmiechając się, rzekł po namyśle:
— Hm? czemu to pan nas nie odwiedzisz?
— Ja? rzekł Jerzy: bardzom panu wdzięczen, ale dotąd nie miałem czasu.
— Otoż to jest, i ja nigdy nie mam czasu; to prawda. Bo któż, proszę pana, ma czas? Ale odwiedź nas pan jednak: moja żona bardzo sobie tego życzy, a i Aneta nasza także.
— Bardzo mi będzie przyjemnie.
— Gdzież pan teraz mieszka?
— Przebywam w Robowie.
— Tak, u Ottona Marzyckiego, pół mili, nie daleko. Droga na karczemkę, pan wie? gdzie kiepski mostek; ale ja go każę naprawić.
Potém chrząknął i zamilkł, myśląc, czy tego już dosyć? ale jemu się zdawało, że jeszcze nie dosyć.
— Bardzo nam będzie przyjemnie — dodał. Żyjemy ustronnie, gości tak miłych jak wpan dobrodziéj miewamy mało: będziesz nam wielce pożądany... Pan gra w warcaby? zapytał niespodzianie.
— Nie! odparł zdziwiony Jerzy, nie.
— A! to ja pana nauczę: gra mądra i zabawna.
Na tém się już skończyło. Rozmowa i zaproszenie nie były zbyt zachęcające; ale wnet zbliżyła się i mama z uśmiechem, a Juraś zdziwiony tą grzecznością, któréj pierwsze z nimi spotkanie nie obiecywało, musiał z nią teraz odbyć tę samą zaproszenia ceremonię.
— Ale pan nas odwiedzi! ale pan musi być u nas! tak mało miewamy osób!
Ledwie się z niemi rozstał Jerzy, gdy Otto wziął go na bok.
— Słuchaj-no! — rzekł — ci ludzie widocznie cię łapią: czy się im dasz złapać?
— Złapać? nie.
— Panna piękna i posażna, ale koziełek.
— No, nie obawiaj się o mnie, odparł Jerzy. Wdzięczen ci jestem za przestrogę, ale nie sądzę, by serce złapać się dało.
— Owszem, rzekł Otto: za serce się chwyta. Trzeba je dobrze znać, by wiedzieć co jego bicie znaczy: miéj się na baczności.
— Najpiękniejsza partya — dodał wciskając się Maks, który już wcieliwszy się w obywatelstwo, wiedział, co która panna reprezentowała — najpiękniejsza partya w powiecie, a w dodatku ojciec i matka najniżsi słudzy i gotowi officyaliści.
— No, ale i gotowi córki sprzymierzeńcy, na wypadek wojny, dodał śmiejąc się Otto. Siła złego, trzech na jednego.
Gdy się to dzieje, roztkliwiona półkownikowa, któréj artysta z rąk się wymknął, zmieniając się w prozaicznego obywatela, chciała w tym dniu uroczystym widzieć go jeszcze takim, jakim oglądała raz pierwszy objawiającego się sercu. Musiał uledz ogólnym naleganiom mąż młody i zagrał. Jerzy towarzyszył mu po dawnemu, i rozśmieli się, serdecznie przypominając dawne swoje koncerta po miasteczkach, przecierpianą biedę, niedostatek, wesołe chwile nieopatrznego młodzieńczego życia, które się już dla nich obu kończyło: temu troską surowszą, drugiemu dostatkiem okupionym stratą włosów, artystyeznéj przyszłości i potrzeby odegrywania komedyi.
W czasie muzyki Aneta usiadła w kątku, jakby nie swoja, i wpatrzyła się w piękną twarz Jerzego, tak zawsze spokojną, tak pogodną, jakby żadna burza zewnętrzna téj złotéj tafli zmarszczyć nie mogła. I wydał się jéj pięknym jak Antinous; a co lepsza, pod tą twarzą czuła serce, na którém bezpiecznie złożyć było można głowę i spocząć przez życie; czuła w niém prawdę, któréj wartość teraz dopiero jakiś jéj instynkt wskazywał. Zawstydziła się niemal siebie i odegrywanéj z nim komedyi.
— O mój Boże! jakże ja mu się wydać musiałam! jak on mnie osądził! on co tak kocha szczerotę, prawość, prostotę!..
I przyłożyła rękę do serca, które żywo biło pierwszy raz w życiu.
— Miałażbym go kochać? spytała siebie, — ja? com dotąd była panią mojego uczucia, com chciała być panią mojego losu? Cóż to jest? ta obawa, ten niepokój, ten smutek duszący pierś, i łzy, co mi się kręcą na powiekach? Miałażbym ja kochać i być ukaraną?... A jeśli on mnie kochać nie zechce? a jeśli odepchnie? a jeśli?.. Ale nie! nie!...
Zdziwiła się i przeraziła zmianą, którą w niéj jedna chwila, jak iskrą elektryczną przeszywając, zrobiła; powiodła ręką po czole, wstrzęsła się i osmutniała, przysiadła w ciemnym kątku, co nie uszło baczności ludzi.
— He! he! rzekł Maks do Ottona: rodzice koło niego tańcują, to nic; ale panna, uważasz, jak zwarzona. Serduszko zakołatało! dalipan! a to będzie śmieszne, doprawdy!
Jerzy, szczęściem, nie widział tego wszystkiego: wspominał niedawne dzieje, uśmiechał się do Maksa, który podwójnem zwycięztwem ozdobiwszy skronie jako mąż i wirtuoz, chodził z miną solenizanta.
— Ktoby to nam był przed kilku miesiącami wyprorokował, rzekł Jerzy: że ty się ożenisz, a ja pójdę na zagon rolę orać.
— A dobre to były te złote czasy nasze! zawołał Maks wzdychając.
— Nie wrócą już, nie wrócą! dodał Jerzy.
— Miéj się i ty na baczności, żeby ciebie także nie ożenili, rzekł po cichu nowożeniec. Okrutnie podejrzewam Anetę, że ci już stryczek rzuciła na szyję: tylko ścisnąć.
Jerzy się uśmiechał.
— A ty, spytał Maks daléj: jak się czujesz? podobała ci się?
— Nie wiem sam... jeszczem siebie nie spytał, — i przyznaję ci się tylko, żem tak pociągającéj kobiety w życiu nie spotkał.
Maks rzucił ręką.
— No! toś już przepadł! rzekł odchodząc.
Jerzy się zamyślił. Aneta widząc go samym, błądziła po salonie tak zręcznie, że się nareszcie zbliżyła ku niemu. Ale jakże odmienna! Nie myślała o warkoczu, o rączce, o nóżce i ramionach; myślała o nim tylko, chciała się poprawić, chciała nie ciałem, ale duszą podnieść się do ideału. Ta nagle rozpłomieniona miłość dźwigała ją wysoko, a na czole jaśniała jak płomień geniuszu. Teraz w istocie była majestatycznie piękna, a uczucie tryskające z niéj, tak ją przeistaczało, że Jerzy był uderzony na nowo pięknością Anety, jakby ją ujrzał raz pierwszy.
— Nie znajdujesz pan jak ja, rzekła do niego: że wesele każde jest czegoś smutne? Nie prawdaż, że z tym dniem uroczystym przysięgi, należałoby się ukryć od oczu i obchodzić go postem i modlitwą?
— I ja nie widzę w tém nic wesołego, nic nadewszystko miłego dla nowożeńców w popisywaniu się szczęściem, które w téj chwili tak jest jeszcze niepewne.
— Przysięga! na wieki! do grobu! a! to straszna rzecz dla tych, co zimno ją sobie składają z rachuby, odezwała się Aneta.
— Miałażbyś pani posądzać kogo?
— Ja? zawołała Aneta: ale nie! Amelia kocha jak ośmnastoletnia dzieweczka, on jak dwudziestoletni artysta, który nie miał rodziny i dachu.
Przeszli parę razy po pokoju z sobą, i Aneta spytała go znowu, ale innym głosem i ze wzruszeniem widoczném:
— Wszak nas pan odwiedzisz? Śmiéj się pan ze mnie, jeśli chcesz, ale dwa razy go tylko widząc, czuję się jakby starą znajomą, któréj potrzebą stał się widok téj twarzy i dźwięk tego głosu. Może zanadto mówię, ale chcę być szczerą.
— O, dziękuję pani, zawołał Jerzy: taką tylko pojmuję kobietę, szczerą, prostą, mówiącą co myśli, i właśnie dla tego, że mi to pani mówisz, ja pewnie więcéj w tém nie będę szukał, nad to, co znaczy słowo; a dowód jéj dobroci i współczucia dla sieroty głęboko mnie porusza...
— Przyjedź pan! przyjedź! dodała cichszym głosem.
Ale wtém papa nadszedł oznajmując, że konie czekają, i niosąc mantylki, które ze szczególną gracyą umiał, udrapowane na lewéj ręce, z miejsca na miejsce przenosić.
— Kochana Anetko — rzekł — jedziemy. A pana dobrodzieja czekać będziemy i wyglądać w Koniuszynie.
— Dziękuję państwu za ich dobroć...
Otto brał także za kapelusz, ale Maks wstrzymał go z gorączkowym niepokojem.
— Chwilkę tylko: musicie ze mną wypić kielich rozstania z kawalerskiém życiem, którego wrota już się niepowrotnie zamknęły za mną. Czuję, jakby Orfeusz wstępujący do... do tego co się dziś nie mówi... okrutny trzask ich zamka i pisk niesmarowanych wrzeciądzów.
Pani półkownikowa tak była szczęśliwa, że się chętnie zgodziła na jeden jeszcze kielich, choć Maks już kilka zbytecznych miał na sumieniu. Przyniesiono puhar dorodny, napełniono, i odjeżdżający musieli wychylić z kolei. Ale toast ten officyalnie zwał się życzeniem szczęścia dla małżonków, nie zaś owym pożegnalnym Maksa wiwatem. I pito go przyklękając, a Amelia się rozpłakała, rzucając się na szyję Maksowi, który za tę pieszczotę, ledwie się zdawkową monetą pocałunku, na czole złożonego, wypłacił.


Noc już była, gdy Otto z Jerzym odjechał z przed ganku dworu półkownikowéj, a dzisiejszéj pani Maksowéj Fermerowéj, i zadumani obaj ruszyli do Robowa. Długo bardzo milczeli; wreszcie Otto przerwał zamyślenie, biorąc rękę towarzysza i wstrząsając nią silnie.
— Słuchaj, mój młody przyjacielu — rzekł. Znamy się dosyć dawno; jużem miał nawet czas pokochać ciebie, a bardzo mało jeszcze wiem twojéj przeszłości. Często pytasz mnie o radę: jeśli myślisz, że ci się na co przydać może, i chcesz, by była skuteczna, powiedzże mi szczerze a otwarcie, jak na spowiedzi, całą przeszłość swoją. Wiem, że się jéj wstydzić nie będziesz; przekonany jestem, że czysta; wybacz mi, żem jéj trochę ciekawy...
— Nie mam powodu nic taić, choć i pochwalić się nie mam z czém tak dalece... Powiem ci najprzód szczerze, kochany mój mentorze, że jeślim cały lub nie bardzo połamany wyszedł z przeszłości, to wielkie szczęście i boża opieka nademną. Znałaś mojego ojca, wiem o tém; aleś go znał młodym na ławie szkolnéj, a potém widziałeś tylko parę razy już złamanego sieroctwem: nie widywałeś go w chwili życia, w któréj właściwie był sobą... Dziś zimniéj i bezstronniéj wpatrując się w tę postać, inaczéj ją widzę i sądzę niż wprzódy; ale w dzieciństwie, jak zapamiętam, okazywał mi się groźném i straszliwém widmem. Był to charakter twardy, nieugięty, który sobie wmówił potrzebę egoizmu mimo serca, i do zimno narzuconego planu gwałtownie nagiął życie całe.
Nie poddać się, nie ustąpić, okazywać hart niezłomny, było jego główném zadaniem; szczerze i otwarcie wyznawać uczciwy, ale chłodny egoizm, i wziąć go za podstawę życia, stało się jego marzeniem. Otwartość posuwał aż do przesady, miłości i przywiązania strzegł się jako uczuć osłabiających człowieka. Były to usterki więcéj z planu niż z serca pochodzące. Od dzieciństwa, gdyż matki mojéj nie pamiętam, jak zasięgnę myślą, pomnę jego tylko żelazną rękę usiłującą zrobić ze mnie istotę, któraby tak była zastalona, aby jéj nic w świecie przełamać i skruszyć nie mogło. Na dosyć drażliwym z natury chłopcu, który się łatwo uginał, ta metoda wychowania, w któréj miłość nie miała udziału (bo ojciec mój mawiał, że dziecka do uczucia, którego w świecie nie znajdzie, przyzwyczajać niepotrzeba), robiła wrażenie męczarni. Ciało i duszę moją usiłowano ciągle zatwardzać i hartować, oblewano zimną wodą i przestrogami surowemi, wdrażano do niedostatku, do głodu, do chłodu, do pracy, a nigdy ani uśmiechu, ani uścisku nie znałem: grozę, karę, przestrach tylko. Dopókim jeszcze był w domu z nauczycielem, stan mój, jakkolwiek okropny i ciężki, był jeszcze znośniejszy. Nie miałem go z czém porównać; zdawać mi się mogło, że wszystkie dzieci równie surowo się wychowują. Lecz gdy z planu ojca wypadło oddać mnie do szkół, a tu sam jeden znalazłem się w takiéj ryzie, wśród innych mających pieszczoty, swobody i wygódki życia, — poczęło we mnie burzyć się wszystko, i stan mój jaśniéj okazał się oczom. Towarzysze moi wyśmiewali odarte suknie, utrzymanie ubogie, nie wolę, w jakiéj zostawałem...
Postawiono mnie na stancyi z tak srogiemi przepisy, że i jadło, i suknia, i najmniejsza życia przyjemnostka obrachowane zostały tak, abym nie poczuł nad sobą opieki serdecznéj, ale jakby nieustanne prześladowanie... W końcu obejście takie, przy otwierających mi oczy złośliwém szyderstwem towarzyszach, litości obcych, doprowadziło do rozpaczy, do wzburzenia.
Przyczyniło się jeszcze do rozwinięcia tych uczuć we mnie to, że byłem celem powszechnéj litości, użaleń, że mnie prawie pokazywano palcami, że mi, jak nędzarzowi każdy obcy starał się czémś wynagrodzić te męczarnie, które zdaniem całego świata niesłusznie ponosiłem.
Do osób, które szczególniéj losem się moim zajmowały, należała niejaka Izabella Moroszówna, podżyła już panna, znająca moją rodzinę i ojca.
— Wiem, odrzekł Otto: ale ty nie wiesz może, że ojciec twój w młodości starał się o nią, a potém porzucił.
— Były to okoliczności całkiem mi naówczas nieznane; ale panna Izabella szczególnie losem się moim zajmować zaczęła. Sprowadzano mnie ukradkiem powracającego ze szkoły do stancyi towarzysza, gdzie i ona przychodziła; pojono, karmiono, dawano pieniądze... a skutkiem tego wszystkiego było, że mi mój stan, moje sieroctwo i opuszczenie coraz bardziéj dojmować zaczęły, żem sobie ojca wystawił jako nieprzyjaciela. a jego obejście jako umyślne znęcanie się nademną...
Oprócz innych przyjaciół i towarzyszów, na jednéj ze mną ławie siedzących, szczególniéj jeden przywiązał się do mnie i pozyskał przyjaźń moją. Niejakie podobieństwa położeń zbliżało go do mnie: był to syn starego Tatara Azulewicza, człowieka ubogiego, samém pochodzeniem swém skazanego na prześladowanie, ubóztwem na upokorzenie. Nie ma nic nielitościwszego nad dzieciństwo: mimo pokory, cichości, potulności Azulewicza, w klassie był on przedmiotem szyderstw nieustannych, naigrawań, figlów, a prześladowanie to powiększały częste jeszcze żarty nauczycieli nieostrożnych, to z powodu wiary, to z twarzy niepozornéj, to z niepoprawności języka ucznia. Obaśmy cierpieli, a ja, choć uczyłem się nieźle, skutkiem rozporządzeń ojca bojącego się mojéj miłości własnéj, zawsze prawie na ostatniéj siadywałem ławie, gdziem się z równie nieszczęśliwym Azulewiczem spotykał; ztąd pierwsza znajomość, potém przyjaźń. Tatar był mi tak wdzięczen jak jeszcze nikt na świecie. Ja jeden tylko podawałem mu rękę, mówiłem z nim, chodziłem, broniłem go w potrzebie, i nie wstydziłem się braterstwa z biedakiem. Miał on ojca staruszka, dziwną postać wojaka, który zszedł na niańkę. W dość późnym wieku Pan Bóg mu dał to dziecię: matka zmarła, a stary wyhodował je sam, wychuchał, teraz w szkole sam mu bakałarzował, dozorował go, uczył się z niém razem. Niegdyś był to żołnierz, jak wszyscy prawie u nas Tatarowie; ale w potyczce jakiejś przecięto mu rękę prawą tak, że choć mu się została, władać nią już nie mógł. Ożenił się tedy, osiadł na wsi na małym zagonie i powrócił do życia rolniczego. Ale tu żona zmarła, chata osmutniała, a dziecię potrzeba było wychować; Azulewicz przeniósł się więc do miasteczka, kupił małą dominę, żył nadzwyczaj ubogo, a całą swą siłę, mienie, serce i staranie, skierował na wychowanie jedynaka.
Resztę czasu poświęcał czytaniu ksiąg swoich mahometańskich, w których jakąś rozrywkę znajdował. Był to poczciwy, łagodny i cichy człowiek, a mimo tego dla pochodzenia i wiary pogardzony, i jak to u nas często się dzieje, odepchnięty przesądem, dla tego, że przed stami lat jego rodzice z dala tu przyszli szukać opieki i gościny. To, co z młodym Mahometem w szkole, robiono w życiu codzienném z Azulewiczem: szydzono z jego zagłębiania się w Alkoranie, z modlitwy przejętéj, z przywiązania do dziecka nawet; a gdziekolwiek wszedł, pewien był, że go nie minie urągowisko z wieprzowiny, z obrzędów dla niego pamiątkowych i szanownych, z samego nawet prawodawcy, jego klaczy i t. p. Dlatego usunął się od ludzi, żył samotnie, a dziecko swe tém bardziéj pieścił, im ludzie dla niego byli niesprawiedliwsi...
Parę razy obroniwszy Azulewicza, stałem się dlań przyjacielem od serca; chodziliśmy odtąd razem, a chłopak przysiągł mi wiarę i przyjaźń dozgonną. Wracając ze szkoły, zaproszony do ich dworku, poznałem się ze starym ojcem, który mnie przyjął ze łzami; rozpytywał, pocieszał, i stał się także dla mnie przyjacielem i powiernikiem. Byłem nieco starszy od jego syna: mnie go Azulewicz zwykle powierzał, chodziliśmy w parze, nierozłączni. Stary Tatar i panna Izabella osładzali mi życie; ale ich powolność dla mnie, jeszcze surowość ojca wydatniejszą czyniła. Litość ich pomnażała moją niecierpliwość; potakiwania i pobłażanie wyrobiły powoli we mnie poczucie niesprawiedliwego ucisku, oburzenie, chęć uwolnienia się z pęt żelaznych.
Sam nie wiem jak w głowie mojéj urosła pierwsza myśl ucieczki. Ojciec wciąż mi okazywał, że ze mnie nie jest kontent; zamiast cokolwiek dać mi swobody, spróbować czy jéj użyć potrafię, związywał mnie w najmniejszych drobnostkach, nie dopuszczając, abym cokolwiek sam mógł pomyśleć i uczynić; karcił każde słowo, każdy postępek najniewinniejszy. Za przybyciem do Pińska, przeglądał wszystkie moje papiery, badał życie, w sukniach nawet szukał powodu do gniewu. Zamiast mnie spętać, wszystko to razem rozwinęło oburzenie, przekonanie, żem nie jest kochany, że w takiém życiu wytrwać nie potrafię, że powinienem jego i siebie oswobodzić od tych męczarni. Myśl ucieczki zrodziła się w młodéj głowie. P. Izabella, dowiedziawszy się o niéj, wcale jéj wybić nie usiłowała; stary Azulewicz, z natury swéj może mniéj to znajdując dziwném, że się ktoś na swobodę wyrywa, nie zgromił mnie od razu. Powzięty zamiar utkwił w myśli; pozbyć się nie mogłem tego marzenia wolności, któréj tak łaknąłem, na któréj wspomnienie drżałem... takem się obawiał spętanéj przyszłości całéj.
Gdy się to dzieje, biedny Mahomet, który był słabowity jak dziecię starości, zachorzał, przestał chodzić do klass, a choć ojciec z końca świata sprowadzał do niego lekarzy, choć się do ostatniéj sukni na leki i środki ratowania go wyprzedał, biedne dziecko umarło.
Rozpacz ojca była straszliwa. Zamknął się, płakał, tarzał po ziemi, potém zdrętwiał jak drewno. Po śmierci syna, która i dla mnie była stratą wielką, a wrażeniem niezmierném, bo widok śmierci dziwnie gorąco na młodém piętnuje się sercu, długo nie widziałem starego Azulewicza. Chodziłem zapraszany do domku drugiego towarzysza, gdzie czasem znajdowałem pannę Izabellę, i tam już otwarcie mówiliśmy, radzili o ucieczce mojéj.
Przyśpieszyły ją i popchnęły ku temu dwie głównie przyczyny: zrobiłem mały dług, o którym dowiedział się ojciec, i jednego dnia późniéj niż zwykle powróciłem do domu, o czém mu doniesiono, nie objaśniwszy, żem się z towarzyszami przygotowywał do zbliżających się egzaminów. Zapowiedziano mi więc, że za to na święta nie pojadę, odjęto małą pensyjkę, osadzono na chleb i wodę. Byłem już dorastającym chłopakiem, a środki tego rodzaju okrutnie mnie upokarzały.
Płaczącego prawie spotkał Azulewicz, który chodził za miasto płakać także na mogile syna. Wziął mnie stary do domu; a gdym mu nieszczęście moje opowiadać zaczął i nadmienił o ucieczce, nietylko mnie nie odwiódł od tego, ale przekonany, że ojciec istotnie mnie nienawidzi, począł szukać sposobów, jak by mi w tém dopomódz.
Przyjeżdżał co rok na Wołyń znajomy mu z Krymu, może powinowaty, niejaki Mustafa Seferowicz. Często zostawując tabun swój w Berdyczowie, dobiegał do Pińska dla widzenia się ze starym Azulewiczem, a z końmi przewędrowawszy część naszego kraju, znowu do Krymu powracał. Azulewicz poznał mnie z nim: ztąd myśl zbiegnienia do Krymu. Przyznałem się do niéj przed panną Izabellą, która mnie wcale nie wstrzymując, ofiarowała jeszcze pomoc pieniężną, jeślibym jéj potrzebował. Zapaliła mi się tém głowa, a gdy ojcowska surowość coraz bardziéj dolegała, plan został osnuty w chwili. Seferowicz obiecał mnie zabrać z sobą, na miejsce chłopca do koni, który mu był zmarł w drodze. Ażeby ślady ucieczki zatrzeć, rzuciłem odzież moją nad wodą, gdzie ją późniéj znaleziono, a sam opatrzony w zapas grosza przez pannę Izabellę, najprzód czółnem najętém, przebrany dostałem się do osady Sernickiéj, potóm lądem na furze chłopskiéj dobiłem się do Berdyczowa. Ażeby się nie domyślano i nie wysłano pogoni, któréj spodziewaliśmy się wszyscy, Seferowicz nie brał mnie z sobą, aż dopiero w Bałcie, gdzieśmy już całkiem byli spokojni.
Życia, które tu prowadzić zacząłem, opisywać nie będę. Nie odpowiedziało ono nadziejom moim, ale z razu miało dla mnie wiele uroku.
Nie była to swoboda, o jakiéj marzyłem, bo takiéj nie ma na świecie; ale ze stosunków niewolnika względem pana życia i śmierci, zszedłem na daleko znośniejsze obowiązki sługi poufałego. Seferowicz był prosty, gburowaty, ale poczciwy człowiek; ludzie jego, jeszcze mniéj okrzesani: mnie książka i szkoła czegoś już więcéj żądać nauczyły. Ale życie to stepowe podobało mi się, choć w niém i pustka była wielka; a podróż, pochód przez kraj nowy, przygody drogi, noclegi pod gołém niebem, nawet ostrość tego tatarskiego obyczaju, i głód, który znosiłem, wiedząc jego przyczynę, nie tyle mi ciężyły. Takeśmy powoli doszli aż do Krymu, i przebywszy nieznośnie długą pielgrzymkę ziemiami, które w końcu naprzykrzyły mi się, bom po nich więcéj obiecywał sobie, dostaliśmy się do południowego brzegu, na pierwszy rzut oka pięknego i uroczego jak raj.
Tu w orzechowych sadach, na górze, miał Seferowicz biały domek, a raczéj chatę, gdzie z liczną mieszkał rodziną. Widok tego kraju, cudów natury nieznanéj mi a majestatycznie pięknéj, nowego obyczaju, z razu mnie oczarował. Ale potrzeba było uczyć się języka nowego dla mnie, nawykać do żywota więcéj niż prostego, łamać się z uprzedzeniami Tatarów, którzy spoglądali na mnie niechętnie, choć Seferowicza miałem za sobą. Dla reszty byłem brudnym Giaurem, a téj nienawiści i wstrętu, której Azulewicz doznawał u nas, ja tu nawzajem doświadczyć musiałem, jeszcze się dotkliwiéj często wyrażającéj. Swobodę miałem wielką, alem się z nią męczył okrutnie. Poczułem zaraz, że i tu nie wytrzymam, i tęsknota do kraju, do mowy, do twarzy, z któremi się zrosłem, pędziła mnie od tych laurów, od gór, od morza, które było tak piękne, a po za które uciekając myślą, nie miałem kogo tam gonić. Przebyłem w Krymie póty, póki tęsknota nie urosła prawie do choroby, do zgryzot. Seferowicz postrzegł, że mnie tu przyswoić nie potrafi, choć szczerze nad tém pracował...
Z jednym Ukraińcem zwiedzającym Ałusztę, dostałem się jak prosty chłopak do Odessy. Dziwak to był, ale serce miał dobre, jak u nas większa część ludzi; instynkta miał poczciwe, a głowę przewróconą. I jemu tatarskie najprzód, potém czumackie smakowało życie... Spotkaliśmy się na Czatyrdahu. Przemówiłem do niego znajomym językiem, alem zataił moje dzieje; dobył ze mnie tylko wielkiéj do kraju tęsknoty, a że chorował właśnie na ukochanie stanu natury i powrot do prostych obyczajów, porozumieliśmy się łatwo. Zabrał mnie z sobą. W drodze osnuliśmy najpiękniejszy w świecie projekt prowadzenia życia w stepie, z końmi razem i książkami, ożenienia cywilizacyi z naturą, hartowania się do czynnego życia i t. d.
Ale przyjechawszy z nim do Odessy, spostrzegłem już, że przyszły syn przyrody, co tak miał twarde wieść życie, przedzierzgnął się tymczasowo na eleganta: balował, hulał, i dopiero gdy mu pieniędzy i kredytu nie stało, ruszył nareszcie na wieś razem ze mną. Był to sierota i jedynak bogaty. Wróciwszy na wieś, zajął się powoli doprowadzeniem planu swojego do skutku; ale na tém się skończyło, żeśmy grywali, czytali po dniach i nocach, a ja za dwóch jeździłem konno, polowałem i koniuszowałem przy piękném jego stadzie. Panicz zawsze na jutro początek hartowania się odkładał.
Nie wydawałem się przed nim wcale kim jestem, przezwałem się Janko Zbój, i podniesiony przez niego zostałem do stopnia bohatera romansu. Nie powiem, żebym nie był rad z mojego stanu. U niego zetknąłem się z całą podobnych jemu młodych ludzi czeredą, którzy prawiąc nieustannie o harcie, zapijali szampana, zjadali przysmaki, jeździli konno czasem i uganiali się z chartami po stepie; ale dogodziwszy młodzieńczéj fantazyi, szczebiotali potém po francuzku w salonach, i w glansowanych rękawiczkach lepszą część życia spędzali.
Mnie tam dosyć było dobrze. Podbudzony do urzeczywistnienia myśli mojéj, bujałem swobodny, utworzywszy sobie życie całkiem nowe. To, co dla nich było wyjątkowém, dla mnie stało się zwyczajem. Ubrany w prostą odzież chłopską, dzień spędzałem w stepie, na koniu, z prostym ludem; potém wieczory u fortepianu, z książką lub w towarzystwie młodzieży, która sympatyzowała ze mną, ale tak znowu surowo spełniać co się jéj piękném wydawało, nie była w stanie. Jadłem tylko proste potrawy, nie pijałem nic, wstrzemięźliwość i surowość moja zjednały mi zarazem podziw i śmiechy. Jeszcze, sądzę, krążyć tam muszą podania o tym Janku Zbóju, który potém znikł im bez wieści. Szczęściem dla mnie, dla mody i na pokaz było wiele książek u Gerarda; mogłem nie zardzewieć, i czego mi brakło, chciwém czytaniem dopełnić.
Jako majętny pan, potrzebował mieć nowości wszelkie na stoliku. Trzech księgarzów przysyłało mu je całemi pakami z różnych stron świata; służący je rozbierał, rozcinał, rozrzucał po stolikach i chował stare, gdy nowe nadeszły; właściciel nic nigdy nie tykał, prócz romansów sławniejszych i dramatów. Miałem to wszystko do swobodnego użycia; a choć wśród tych nowości dużo było śmiecia, trafiały się rzeczy poważne i dobre, które księgarze choć tędy przepchnąć usiłowali. Biblioteczce Gerarda winienem, żem nie zamarł i nie upadł całkowicie. Czytanie stało mi się potrzebą, nałogiem, koniecznością.
Gerard dosyć mnie lubił, byłem mu też trochę potrzebny, bo miał wielkie stada, konie kosztowne, a ja przyjąłem na siebie cały zarząd stajen; często wyręczałem go w gospodarstwie i brałem na siebie co tylko mu ciężyło. Zjawiałem się w jego salonie kiedy chciałem, siedziałem póki mnie to bawiło, odchodziłem z zupełną swobodą. Byliśmy na stopie poufałéj przyjaźni; zresztą nie nadużywałem jego życzliwości, bom prawie nic od niego nie potrzebował. Z Krymu przysłał mi Seferowicz kilkanaście koni, które tam sobie kupiłem; ze sprzedaży ich amatorom wpłynął mi grosz dosyć znaczny: miałem zapas nienaruszony. Gerard chętnieby mi był swój worek otworzył, alem z niego czerpać nie chciał.
Po roku pobytu w Zasipowcach u Gerarda, jużem go tak znał, żem tu sobie nadziei długiego pobytu budować nie mógł. Wychowanie i jedynactwo tak go zepsuły i rozbujały, jak mnie ucisk i surowość, ale w inny sposób.
Chęci miał najlepsze, wytrwania w niczém; przy dobrem sercu fantazyę, kaprysy i dumę niewypowiedzianą. Rzadko z kim w zgodzie wytrwał długo; ze mną z wielu powodów trzymał się jeszcze, ale jużeśmy kilka żwawych mieli utarczek, i wiedziałem, że się to prędzéj czy późniéj skończy jakąś awanturą.
Życie w téj ukraińskiéj rezydencyi, wystawionéj świeżo, bo dopiero przez ojca Gerarda, który na dzierżawach z małego człowieka doszedł obrotami i pracą do milionowego majątku — tak szło oryginalnie, jak oryginalne było to obozowisko, w którém mieszkaliśmy.
Zasipowce, wieś ogromna, do ośmiuset dusz licząca, w czarnéj ziemi położona, nad kilku ogromnemi stawami, w zielonych sadach — miały obszerne niezmiernie i rozległe pola. Oprócz tego należały do nich dwie inne wioski równie ludne i bogate. Stanowiło to klucz, który, jak sądzę, ze dwakroć sto tysięcy przy złém gospodarstwie mógł robić dochodu, a kupiony był przez ojca Gerarda za niespełna tyle co dawał intraty, i to wypłaconego nabytemi długi i kapaniną. Ojciec, gospodarz skrzętny i zabiegły, zostawił tu synowi stada koni, owiec, gorzelnie i co tylko było potrzeba do użytkowania ze ślicznego dziedzictwa tego, tylko domu nie miał czasu zbudować.
Mieszkaliśmy więc w folwarku starym, do którego różnemi czasy doklecono kilka salonów i pokojów, pod słomą, z dziedzińcem gołym i bez drzewka. Założony na górze ogród i fundamenta pałacu, zostały jak je osnuto: pierwszy miał więcéj kołków niż zieleni, drugie kisły od deszczów pod lichém pokryciem.
Z daleka przybywając do Zasipowiec, ani się domyśleć było można wewnętrznego w nich przepychu. Pod tym dachem słomianym, wśród ścian oblepionych naprędce, co wiosna i co jesień odpadających, najwytworniejsze mieściły się meble, bronzy, dywany, nagromadzone tak obficie, że na pałacby starczyły.
Niewiele może było w tém smaku, ale im na pozór dwór był lichszy, tém Gerard starał się dobitniéj dowieść przybywającym gościom, że nie brakłoby mu na postawienie pałacu, gdyby go sobie życzył. Grał on rolę syna stepu, Ukraińca, myśliwca, tylko w pewnych danych dniach, gdy mu do tego przyszła ochota; ale wolał życie wygodne, miękkie, swobodne, powiedzmy: próżniacze, — a niczém niewstrzymywany, robił tylko to, co mu się podobało. Częstośmy się o to sprzeczali: on dowodził że zbytek go nudzi, że tylko towarzystwo drugich pcha go ku niemu; jam się śmiał z tego otwarcie, okazując mu, że nie ma hartu ani siły do trybu życia, jaki ja prowadziłem. Jak najczęściéj ludzie słabi, Gerard stał o to najwięcéj, czego mu w istocie brakło. Oburzały mnie hulanki, które często wracając z moich wycieczek zastawałem w domu, i orgie naśladowane niedołężnie, wśród których rozprawiano o życiu ostrém, o stepie, o kozactwie, o prostocie obyczaju, polewając je szampanem i burgundem, umilając przytomnością biednych istot uwiedzionych, na których dla chwili pańskiéj fantazyi, na wieki piętno spodlenia i rozpusty zostać miało. Kłóciliśmy się o to, i wychodziłem nie mogąc patrzeć na to ich rozpasanie. Nie wiem jak się to stało, że młody, młodszy od nich daleko ciałem i duchem, nie uległem przykładowi, nie poświęciłem dla szału moich jasno jeszcze niewyrobionych myśli o obowiązkach życia. Wstyd jakiś dziewiczy wstrzymywał mnie zapewne.
Nareszcie przygoda spodziewana zerwała stosunki nasze z Gerardem. W Zasipowcach nad jeziorem mieszkał zamożny mielnik Iwan Prochor, który miał śliczną czarnobrewą córkę. Rzadkie są wśród ludu prawdziwie piękne twarze, ale gdy się tam trafi kwiatek, to doprawdy już cudo; taką była Marysia, a że ojca miała bardzo zamożnego, który ją pieścił i kochał, choć nie wyszła z życia wieśniaczego, trzymała się biało, strojnie, wykwintnie, wyglądała jak laleczka. Zawsze strojna nawet na codzień, przybrana zalotnie, Marysia podobniejsza była do przebranéj panieńki, niż do prostéj chłopki.
Piosenki ukraińskie wykołysały ją do życia; więc to było tęskne jakieś, rozmarzone, naiwne, spragnione i ciekawe życia, chwilami trzpiotowate jak dziecina. W moich wycieczkach po wsi i polach, często spotykałem Marysię, alem z nią prawie nie mówił; dopiero sam jéj ojciec, mielnik stary, widząc mój rodzaj życia, upodobanie w podaniach i pieśniach ludowych, wprowadził mnie do chaty i z córką zapoznał. Byliśmy z nim jakoś w przyjaźni, alem umyślnie unikał dziewczęcia, co mi się samo nastręczało, bo ładna jego twarzyczka, świeże usta i uśmiech nie robiły mi innego wrażenia nad smutne przeczucie losu, jaki ją czekał, gdy w pracy i zdziczeniu uwiędnąć miała.
Gerard, który wcale sobie z tego nie robił wyrzutów sumienia, szukając łatwych po wsi miłostek, rzucił okiem na Marysię. Począł podjeżdżać pod różnemi pozorami do chaty mielnika, przywozić korale i dziewczę wszelkiemi sposoby wzywać do dworu. Ojciec zrozumiał rzecz i zląkł się sromoty; ja obaczywszy to, oburzyłem się, — a gdy Gerard nie taił się z planem pochwycenia Marysi, którą miał zaraz wywieźć do Odessy, by ją tam na panienkę przestroić, odkrywszy co było wszystkim prócz mnie wiadome, stanąłem przed nim z gorzkiemi wymówkami.
Namiętnością rozhukana fantazya już w nim była górę wzięła; ścięliśmy się bardzo ostro.
— Słuchaj, zawołał Gerard: ktoś ty jest, żebyś mi tu nauki dawał? Jakiém prawem śmiesz mi się rzucać w oczy?
— Prawem, jakie mi dają własne twoje, głoszone codzień zasady, twoja miłość dla ludu, zalecanie sprawiedliwości.
— Co to ma do tego?
— Jak to! więc słowa nie obowiązują do czynu? Będziesz drugim zalecał czystość, a samemu brukać ci się wolno? Wieszże jaki los gotujesz téj istocie, którą poświęcasz chwilowéj fantazyi?
— Pewnie lepszy niż tutaj.
— Jaki przykład dajesz ludziom?
— Nie potrzebuję nauki.
— Potrzebujesz jéj, i musisz mnie słuchać. Radzę ci dobrze.
— Nie chcę rady.
— Nie chce jéj nigdy namiętność, ale obowiązkiem jest dla mnie dać ci ją. Ja na krzywdę starego mielnika nie pozwolę. Robiłeś coś chciał z innemi: na krzywdę tego dziecka nie pozwolę.
— Co to jest: nie pozwolę? Tybyś śmiał?
— Co znaczy to: ty? spytałem.
— Ty, znaczy sługa...
— Ja! twój sługa! któż ci to powiedział?
— Jész mój chleb.
— Ale pracuję, i pracuję jako przyjaciel.
— Nie chcę takich przyjaciół.
— Gerardzie! zawołałem: zapominasz się.
— Włóczęga jakiś! rzekł Gerard.
— Milczże! — krzyknąłem — jeśli chcesz wyjść cało!
— To ty milcz!
Przyszliśmy tak do słów grubych, wreszcie do pistoletów. Biliśmy się. Postrzeliłem go i uchodzić musiałem. Wprawdzie raniony podał mi rękę, uznał, żem miał słuszność, alem powrócić nie chciał, i poszedłem w świat daléj. Zapas mój zmniejszył się, bom go pożyczył w potrzebie Gerardowi; ten nie pomyślał, aby mi oddać, a jam czekać i upominać się nie chciał.
Błądząc po Ukrainie, dostałem się znowu na koniuszego do jednego hrabiego, ale w tydzień rozstać się z nim musiałem, bośmy się nie mogli porozumieć o stanowisko nasze.
Jakiś czas wędrowałem po wioskach i siadywałem po chatach wieśniaczych nad Dnieprem; pół roku nawet parobkowałem u starego kozaka. I nie poskarżę się na to życie i zbliżenie się do ludu. Nie powiem, że to są święci; ale porachowawszy ubóztwo, brak wszelkiéj oświaty, jakież to cudo, że ów lud żyjąc samą pieśnią, podaniem i powietrzem, jeszcze jest taki, jakim go widzimy! tak w duszy poczciwy, tak silny! Co go trzyma i hoduje? Bóg jeden wie. Ja podziwiam go i korzę się przed prostaczkami, jak przed niepojętém dla mnie zjawiskiem. Wiele więcéj mamy, aby być lepszymi; a o ile w istocie lepsi jesteśmy... nie wiem. Nauka prowadzi nas tylko do matactwa i szachrowania z sumieniem. Czyśmy łagodniejsi w istocie? czy tylko na pozór? czy mniéj namiętni? czy jaśniéj widzimy stosunek społeczny z góry niżeli oni z dołu? Ale tém cię nudzić nie będę — dodał Jerzy.
— Długożeś się tak włóczył po chatach? spytał Otto.
— Kilka miesięcy, rok może... a ręczę ci, że mnie tam przyjmowano gościnniéj może, z większém zaufaniem i wiarą, niż w innych sferach... a tak mi było swobodnie, tak dobrze w tém życiu, że go nigdy nie zapomnę. Trochę tylko tęskniłem po książkach, po rozmowach wznioślejszéj treści, bom sobie z nich w domu Gerarda, gdzie różny świat bywał, zrobił nałóg i potrzebę... Otoż masz całą prawie treść mego żywota. Z chat wieśniaczych znowu potém przyszło mi zajrzeć do dworu. Poznałem się z ukraińskim dzierżawcą, który chodził w kożuszku, lubił myśliwstwo i zdał mi się ciekawą postacią, graniczącą między ludem a szlachtą, mającą cnoty obojga. Był to człek już niemłody, który trochę z szablą po świecie się uwijał, szparki, żywy, wesoły, nie lubiący fraka i salonu, kochający stepy, naturę i chatę swoją. Ten namówił mnie, abym się do niego przeniósł, a że miał chłopaka wyrostka do nauki, uprządł sobie, abym go uczył; na co wreszcie przystałem, bo mi już grosza zupełnie brakło. Z ojcem tedy polowaliśmy, śpiewali piosnki rusińskie, uganiali się na koniach; z dzieckiem siedzieliśmy nad książką; a że była i córka, i fortepian, więc grywałem także, i czas mi schodził szybko a wesoło. Lucynicz byłby mnie jak najdłużéj trzymał, i zgodziłbym się z nim może; ale po roku znowu, moja postać, nazwisko, brak zupełny papierów i nieszczęśliwe jakieś podejrzenia o stosunki z wieśniakami, ściągnęły na mnie tak wielką i troskliwą baczność, żem prawie zmuszony był uciekać. Z trochą grosza puściłem się w świat, nie wiedząc już co robić. Dostałem się w miasteczku w ręce Maksa... i oto jak znalazłem się niespodzianie w Zarubińcach, — a reszty los dopełnił.
— Ha! jest to rzecz pewna, rzekł Otto: że często najtroskliwszy ojciec nie wypielęgnuje tak dziecka jak Opatrzność, która na pozór rzuca niém bez celu, jakby igraszkę czyniąc, a w istocie kaźdém uderzeniem zostawia ns niém piętno. Skorzystałeś i z chat kozaczych, i z Gerarda, i z Tatarów!
— Jestem tego pewien. Nie widzę swoich wad, tak jak swojego ucha zobaczyć nie mogę; ale to co mam w sobie niezłego, winienem różnéj biedzie, którą przebyłem, i poczciwemu jakiemuś pierwiastkowi, który z domu wyniosłem, jak ów dzieciak w bajce, czarodziejski listek, przyległy kędyś niewidzialnie do jego sukienki.
— No? a dziś nie jestżeś znowu pod wrażeniem tego życia nowego, mniéj rozrzuconego, więcéj skupionego? nie straciłżeś trochę dzikości i tego zamiłowania swobody?
— Może się to trochę złagodziło, rzekł Jerzy; ale Cygan zawsze Cyganem. Gdy długo posiedzę w miejscu, czuję tęsknotę; w towarzystwie jak dzisiejsze obracam się ciężko; a gdy wyjadę na pole, między drzewa i lud prosty, dopiero czuję się jak w domu.
— Jest w tém trochę dobrego — rzekł Otto — a wiele pychy; bo gdybyś jéj nie miał, wszędzieby ci było jedno, tu czy gdzieindziéj.
— Ojciec mi mówił toż samo, przerwał Jerzy: musi to być prawda. Być to może słabość, ale zawsze zostanie mi nawet po oswojeniu się ze światem waszym, tęsknota ku innemu.
— Tak, ku idealnemu, rzekł Otto: to rozumiem; bo lud niestety! w którego sukmankę ubieramy nasze ideały, jeszcze idealnym nie jest. My w nim szukamy tylko tego bozkiego wizerunku człowieka, prostego, mądrego, dobrego, który nosimy w duszy, nie mogąc mu dorównać sami, ani go nigdzie wyszukać. A! Jerzy mój drogi! życie jest snem ideałów i bojem z rzeczywistością; nic tak nie dowodzi nieśmiertelności duszy, jak ten kwiat, co w niéj nieustannie rozkwita: w młodości rajskim paproci kielichem, w starości goryczą i żałobą. Nadzieje dni pierwszych i zniechęcenie ostatnich, to dwa bieguny jednéj osi, to dwie ostateczności złączone z sobą jedném pasmem życia. W pośrodku nich stoi człowiek. Chwilą najboleśniejszą w życiu jego jest, gdy się musi wyrzec nadziei ideału, wiary, a przejść na stronę zwątpienia. Jeśli naówczas nie spojrzy w niebo, zgubiony! bo ziemia ciemnością dla niego i mrokiem, a żywot bydlęcym rykiem rozpaczy...
Konie zatrzymały się przed gankiem w Robowie. Martynko wstał z ławki, na któréj siedział, oczekując ich powrotu, i rozmowa nagle się przerwała. Jerzy wszedł do sypialni z głową spuszczoną, pełną obrazu Anety, z któréj twarzyczką mieszała mu się łagodna, anielska twarz Loli, patrząca nań oczyma łzawemi a uśmiechniona ustami.
— Która z nich jest ideałem? spytał siebie: czy ta słodycz i niewinność sama uskrzydlona weselem? czy ten ogień i fantazya śmiała? gdzie prawda? gdzie szczęście? gdzie ideał?
Ale nie było odpowiedzi. Szczęście wydało mu się jak Janus — dwutwarzne.


Jeszcze spokojnie przesiadywał w Robowie Jerzy, układając się o dzierżawę, na któréj wypuszczenie oczekiwał, gdy jednego poranku dano mu znać, że jakąś chłopską furką przybyły jegomość z bardzo pilnym interesem, koniecznie się z nim widzieć domaga.
W istocie, w pierwszym pokoju od kwadransa stał już ów gość w wyszarzanym wice-mundurze i łapciach, z różową twarzą i wielce poważną fizyognomią, wsparty na kiju nie bez fantazyi, upominając się o jw. hrabiego Jerzego Górę.
Strój przybysza niezwyczajny, szczególniéj te łapcie na nogach, jakkolwiek eleganckie, ale nie dosyć do munduru stosowne, pewne oznaki niewstrzemięźliwości na obliczu opryszczoném i trochę podpuchłém, sprawiały, że ludzie na niego dosyć krzywo patrzali, a Maciek chłopak od kredensu, zostawiwszy go sam na sam w pokoju z resztkami śniadania, srebrne sztućce instynktowo zaraz posprzątał.
Przybyły, czy to nie odgadł nieufności chłopaka, czy zdjęcie śniadania przykre na nim czyniło wrażenie, za buteleczką wódki powiódł okiem pełném macierzyńskiéj troskliwości, i wstrzymał Maćka w zapędzie.
— Panie N... N... jak waszeci imię?
— Maciek.
— Panie Maciek... możeby się nie śpieszyć z uprzątaniem, bo mam niepłonną nadzieję, że mi dacie coś przekąsić, a będziesz się asindziéj darmo na nowo fatygował.
Maciek z powodu téj interpellacyi gorzéj jeszcze zaniepokojony o los solniczek, łyżki i widelca, kiwnął tylko głową i co prędzéj wyszedł. Prawie w tejże chwili ukazał się Jerzy i zmierzył p. Jana Piotra Mąkiewicza okiem nieufném, co zaraz poczuł urzędnik.
— Czy z jw. hrabią Jerzym mam honor?
— Tak jest.
— A! przepraszam! stokrotnie przepraszam! Jakże mi było nie domyślić się, nie przeczuć, nie odkryć w tych rysach szlachetnych żywego obrazu nieodżałowanego niegdyś ś. p. ojca!
I oczy zakrył chustką zatabaczoną.
— Tak jest, dodał tragicznie: widzisz jw. pan przed sobą jednego z najwierniejszych sług i przyjaciół ojca swojego, nieoszacowanego hrabiego, który powiadał: „Słuchaj Mąkiewicz...“
Mam honor prezentować się... przerwał: — Jan Piotr Mąkiewicz, niegdyś urzędnik, okolicznościami i tyranią losu przywiedziony do łapciów, które jednak i ex re nagniotków także noszę.
— Wpan znałeś ojca mojego? spytał Jerzy.
— Czy go znałem!.. a! panie! czym ja go znał! On był moim ojcem, przyjacielem, opiekunem, dobrodziejem, matką, mogę powiedzieć. On jeden tylko pozostawał mi na świecie: tracąc go, straciłem wszystko.
I oczy znowu chustą przysłonił, zabrakło mu głosu, począł tylko kiwać głową, poszlochując nieznacznie, a po chwili dodał:
— Wzruszenie i fatyga jw. panie... sił nawet nie miałem czém pokrzepić... głód mnie uciska.
Jerzy zadzwonił żywo.
— Proszę cię Maćku, podaj śniadanie.
Mąkiewicz na samo to słowo odzyskał trochę siły.
— Cóż pana tu sprowadza?
— Nic! nic! jw. panie, tylko chęć oglądania tego, po kim razem z jw. hrabią wyleliśmy tyle łez, rozmawialiśmy poufnie tyle razy... chęć służenia jw. panu... Trzeba albowiem wiedzieć, że byłem przez hrabiego użyty do poszukiwania śladów naszéj straty, które, jeśli się znalazły, chociaż do niczego nie posłużyły (w czém wina nie moja), mnie to był winien, nie pochlebiając, jw. hrabia. Tenże jw. hrabia znał mój los, życie poświęcone dla dobra ogółu, ideę, dla któréj pracowałem; zaszczycał mnie swém zaufaniem, w spierał radami... a! o! a!
I począł wzdychać — ale wtém wniesiono śniadanie, a z niém weszła flaszeczka starki.
Oczy Mąkiewicza zajaśniały. Postawił kij, powiesił na nim czapkę, a cicho zbliżając się do stołu, przygięty wpół, kiwając głową, drżącą rękę wyciągnął do flaszki, nalał i wychylił dwa jeden po drugim kieliszki.
Jerzy stał zdumiony.
— Jw. panie, odezwał się splunąwszy i zakąsiwszy chlebem z solą Mąkiewicz: niech to jw. pana nie dziwi, że nieszczęsna losu ofiara, tak chciwie rzucam się ku téj zgubie rodu ludzkiego, ku téj truciźnie, gorzałce. Ale potrzebuję żyć, sił mi braknie, a przytém przez poświęcenie dla dobra ogółu, czystość zamiarów i nieskazitelność charakteru...
Plótł już bez związku, ale jako kommentarz porwał buteleczkę, kieliszek, nalał i wypił raz trzeci. Jerzy zmarszczony odszedł parę kroków.
— Pozwól jw. pan, nim tajemnicę moją mu objawię, z którą tu przybyłem, trochę się pokrzepić. Siły utraciłem...
— Ale cóż pana tu sprowadza? zapytał zniecierpliwiony Juraś.
— Najprzód, drogi, nieoceniony panie, pragnienie widzenia i oglądania go...
Chciał pocałować w ramię Jerzego, ale ten się cofnął.
— Potém ogromnie wielka tajemnica, któréj nie mogę inaczéj objawić, aż podjadłszy. Umysł mój skołatany nieszczęściami publicznemi, dotknięty tylu klęskami osobistemi, tylko pod gorącym naciskiem téj nieprzyjaciołki rodu ludzkiego, kotłówki, ożywia się cokolwiek.
Jerzy milcząc patrzał na opoja, który przecię nabrawszy wstydu, otarł usta i zbliżył się do niego tajemniczo.
— Nikt tu nas nie posłyszy? spytał.
— Nikt.
— A! bo świat pełen jest nieprzyjaciół, zasadzek i szpiegowstwa. Pewien pan jesteś?
— Zupełnie.
— Gardło bowiem ryzykuję, rzekł z czkawką Mąkiewicz; a wrogi, które się na mnie nasiadły... ale to mniejsza... rzecz idzie o jw. pana...
— O mnie? spytał Jerzy.
— Tak jest. Nie dosyć, że jw. pana wyzuli z fortuny, jeszcze czyhają na jego życie, zastawiając sidła.
— Na moje życie? śmiejąc się zawołał młody chłopiec: na moje?
— Otoż to niewinność lat młodzieńczych, która w bezeceństwo i złość ludzką nie wierzy! Ale przekonasz się jw. pan...
Odciągnął na bok Jerzego, obejrzał się, chrząknął parę razy i począł:
— Najprzód, że jestem istotnym przyjacielem ś. p. ojca pańskiego i całéj rodziny, poświadczy to znany i czci najgodniejszy Paweł Siermięzki, który jest moim, mogę powiedzieć, najlepszym też przyjacielem; świadczy to funt tabaki, który od niego dostałem w prezencie. Ale dyabelnie mocna! dodał. — Otoż o co idzie?
— O wielką jakąś tajemnicę. — Los, a mogę powiedzieć: Bóg mi ją odkrył umyślnie, aby ocalić dni wasze! rzekł Mąkiewicz w uniesieniu, które wódka powiększyła. Za co spodziewam się przynajmniéj zwrotu kosztów na furmankę i małéj indemnizacyi, bo wiem, że jw. panu dziś może być trudno, ale choćby na świstku i cokolwiek gotówki.
— Ale mówże pan o co chodzi...
— Niecierpliwość zupełnie ojcowska! Taki on był w kwiecie wieku i sił, gdym miał szczęście dłoń jego ściskać, póki jeszcze byłem urzędnikiem, o czém nie wiem czy wspomniałem. Ale o tém późniéj obszerniéj, gdy zjem obiad. Więc tak było jw. panie: W Pińsku — gdzie zwykle przemieszkuję, nie mając stałéj rezydencyi i przebywając u przyjaciół moich — od dawna już przesiaduje niejaka panna Izabella Moroszówna, osoba pełna tajemniczości, nieużyta dla ludzi dotkniętych przez los i bardzo podejrzana. Jedni mówią, że robi bankocetle, drudzy, że pożycza na lichwę, inni, że coś zna, w co ja nie wierzę, bo to głupstwo. Tandem kto ona? co? tego? jak? nikt nie wie. Przy niéj tuli się niejaki Żereba, prawnik, zausznik, z którym ja razem służyłem w sądzie; ale dziś mnie znać nie chce z powodu łapciów, a ja jego też: bierz go dyabli! mniejsza o to... Ten Żereba machinuje różne sprawy z jejmością, to rzecz pewna. Trzeba tedy takiego wypadku... Żereba stoi w oficynie domu p. Izabelli, drewnianéj, a tuż przez ścianę tylko mieszka jeden mój przyjaciel, trudniący się oberżą, u którego ja czasem nocuję. Najmuje on lokal od panny Moroszówny, i drzwi tylko lekkie przedzielają tę izbę, w któréj mi daje schronienie na tapczanie, od téj, w której pan Żereba ma swoją kancellaryę. Nie żebym miał występną jakąś ciekawość, ale znużony we dnie pracą około dobra publicznego, położyłem się spocząć, i dobrze było późno, gdy mnie dwa głosy przebudziły. Wstaję tedy z mojego barłogu i słyszę, o bogi! rozmowę... Chciałem z razu krzyknąć lub zakaszlać, aby przestrzedz, iż tam ktoś jest; ale mi w gardle zaschło, co jest moją chroniczną chorobą, że się z tego nie mogę wyleczyć. Otoż gadają — chcę krzyknąć, nie mogę, radbym uszy pozatykać, nie wiem sam czemu nie czynię tego... instynkt zbawczy... słucham. Imię jw. pana wpada mimowolnie w ucho. Imię to drogie, na dnie duszy zachowane, obudzą pieczołowitość moją. Przykładam ucho i twarz do otworu klucza, i słyszę wyraźnie, jak ta pani odzywa się do Żereby:
— Chciałabym go koniecznie sprowadzić do Pińska.
— Ale jakimże sposobem? opponuje tamten.
— Najprostszym w świecie, mówi znowu pierwsza: pojechać i powiedzieć mu, że jeden z przyjaciół ojca jego prosi i pragnie go widzieć.
— Ale z jakichże pobudek? odzywa się Żereba.
— Dla ważnéj sprawy.
Potém znowu o jw. hrabi była mowa, o jego ojcu... straciłem wątek, ale struchlałem... Spisek na życie nie chybi! Że zaś zawsze jestem i byłem skłonny do poświęcenia się dla ludzkości, a ku rodzinie jw. pana czułem obowiązki, siadłem na furę i stawię się tu z przestrogą.
Jerzy począł się śmiać.
— Mój panie Mąkiewicz — rzekł — nie trzeba ci było sobie téj pracy zadawać... Panna Izabella znała mnie dzieckiem, pomagała mi, gdym był jeszcze w szkołach; cóż naturalniejszego nad to, że chce mnie widzieć, poradzić?
— Jw. panie! krzyknął przestraszony Mąkiewicz, bojąc się, by jego zachód nie był daremny: strzeż się jw. pan tego zgubnego mniemania! Pozory częstokroć mylą, ostrożność jest obowiązkiem wszelkiego sparzonego człowieka, który jak ja nie chce w łapciach chodzić. Gdybym nie ufał ludziom zbytecznie i nie poświęcał się dla nich, nie przyszedłbym do tego stanu, w jakim mnie prawość charakteru, a po części nagniotki postawiły... Więc gdy mowa o łapciach...
Ledwie się można było pozbyć Mąkiewicza, który napojony, nakarmiony i wynagrodzony, po obiedzie, wśród którego ubawiał czeladź opowiadaniem swojego życia, ofiar i poświęceń, i wypił flaszkę nalewki, nareszcie odjechał.
Śmiano się jeszcze z niego, gdy list z poczty odebrany niespodzianie potwierdził to, o czém oznajmił, przynosząc Jerzemu wezwanie, aby we własnym interesie przybył do Pińska, dla widzenia się z panną Moroszówną.
Jerzy nie miał tak dalece nic do czynienia, i sądził, że żądającéj się z nim widzieć kobiecie odmówić nie można; postanowił więc, mimo przerażenia Mąkiewicza i przestróg jego, pojechać na Horycę do Pińska, i zabrać razem Pawła, a resztę starych przyjaciół pożegnać.
Nim jednak odjechał, chciał się wprzód widzieć z hrabiną i Lolą, do któréj tęsknił; chciał przez grzeczność być raz u rodziców Anety, bo ci już tak dalece upominali się o jego odwiedziny, że stary ojciec w granatowym fraku i nankinach przyjeżdżał w odwiedziny do Ottona, aby Jerzemu obietnicę jego przypomnieć.
Nazajutrz zaś po téj natarczywéj wizycie, Juraś namówił Ottona, który bardzo nierad wyjeżdżał z domu, i razem z nim udali się do państwa Żeligów.
Hulew był jedną z najpiękniejszych wiosek wołyńskich, od lat kilkunastu starannie zdobioną, aby na pańską rezydencyę wyglądała. Jędruś pod rozkazami Stasi, swéj pani, cały się temu oddawał i poświęcał, powtarzając sobie po cichu:
— Żeby było grandioso.
Trzeba przyznać poczciwemu Żelidze, że chociaż nie miał głowy, na co sam chętnie się zgadzał, choć jedno oko miał zeszpecone skałką i wąsów od pięćdziesięciu kilku lat dohodować się nie mógł, co go bardzo nieszczęśliwym czyniło, choć tak był niepozorny, że go często w przedpokoju za służącego brano, — był jednak w ręku żony i córki narzędziem niepospolitéj wartości. Jędruś spełniał wszelką pospolitą robotę z poświęceniem się i zaparciem niesłychaném. Nigdy nie rozumował na swoją rękę, nie wdawał się w rozpoznawanie przyczyn i skutków, ale gdy mu dano dyspozycyę, święcie i punktualnie ją wypełnił, choćby przyszło życiem nałożyć. Przyznacie, że takich mężów nie trafia się wielu na świecie. Dobry, potulny, cichy, niemający w domu ani przyzwoitego pomieszczenia, ani żadnych wygódek osobistych, uważający się za subalterna przy żonie i córce, wesoły zawsze, rad ze swojego położenia, rozkochany w Stasi, któréj rączkę smoktał z uniesieniem — był to istotnie i bardzo użyteczny na świecie, i szczęśliwy w dodatku człowiek. Głupstwo jego nawet nie raziło zbytecznie, tak je dobroć i serdeczność przyprawiała.
Miłości własnéj miał mało dla siebie a wiele dla Stasi, pokorę przy niéj niewyczerpaną, a córka napełniała go taką admiracyą, że w saméj nieméj kontemplacyi tego utworu znajdował zupełne szczęście. Takiego mając męża i ojca, panie były także najszczęśliwsze w świecie, bo wiedziały, że czuwa nad niemi poświęcenie bez granic i miłość niewyczerpana.
Dwór Żeligów z daleka, a nawet i z blizka bardzo pięknie i pańsko wyglądał. Park angielski z przezroczystą wodą dwóch stawów ogromnych, dwór o piętrze zwany pałacem i „notabene z wieżą,“ jak często bardzo powtarzał z przyciskiem Jędruś, gdy opisywał swój majątek, gazony strzyżone i walcowane, oranżerye, ananasarnia, szwajcarska chatka u bramy, aleje żwirem wysypane, — razem stanowiły jakby piękną litografię. Nad utrzymaniem tego wszystkiego czuwał troskliwy Jędruś, wstający o piątéj rano i pracujący do znoju wszędzie gdzie było potrzeba. Samby on może władzy nie miał tak wielkiéj, gdyby nie to, że zawsze powtarzał:
— Pani kazała!
A pani bano się, i nie żartem. Przytém wszelki rozkaz pani dawał mu energię niesłychaną. Gdy czasem trafiło mu się niefortunnie mieć swoją jaką maleńką wolę, Jędruś cale inaczéj brał się do jéj spełnienia: prosił tylko ludzi, uśmiechał się do nich i wdzięczył, zalecał się pokornie, aby zrobili co chciał. Ale gdy potężny rozkazem Stasi, szedł na wyprawę jako jéj umocowany, oho! nie można z nim było wówczas żartować.
Gospodarstwo i zarząd domu nie szły źle wcale. Stasia miała dość w głowie porządku, Jędruś sił do spełnienia, a Aneta gustu i fantazyi. Nie było więc u nich tak bardzo śmiesznie, jakby się domyślać można. Wprawdzie chorowano na państwo, ale słabość ta przeszła już w stan chroniczny, nie dolegała zbytecznie, i nie raziła nadto.
Od ostatniéj wizyty u półkownikowéj, matka spostrzegła z przestrachem, że Anetka posmutniała bardzo, zmieniła się, i łzy nawet na oczach jéj pokazywały się niekiedy. Zawołała więc męża do swego pokoju i sama wykomenderowała go do Robowa.
— Mój Jędrusiu, odezwała się głaszcząc go pod brodę, co było tak pewnym środkiem zrobienia z nim co chciała, że nie wątpiła, iżby się w ogień rzucił, — mój Jędrusiu, czy ty widzisz co się z Anetą dzieje?
— Nie, nie widzę.
— A! moje serce, bo ty nic nie widzisz, czego ja ci nie pokażę.
— A, to prawda — rzekł Jędruś — to prawda...
— Ona smutna, mizernieje widocznie, i bodaj czy... tu westchnęła Stasia — czy się ona tylko nie zakochała?
— Otoź tobie masz! zawołał Jędruś: ale w kimże?
— Ja się tylko domyślam; mówi o nim ciągle...
— O kim? proszę Stasi...
— Czyż ty nic nie spostrzegłeś?
— Ja nie spostrzegam...
— W Jerzym...
— A, prawda! jakiż ja głupi! Oczywiście, że zakochała się w Jerzym! No, cóż każesz duszko?
— Ty wiesz, że jéj sprzeciwiać się nie można!
— Oczywiście, że jéj się nie można sprzeciwiać!
— Hrabia nie był dotąd, choć obiecał; ona niespokojna.
— Ale widocznie niespokojna...
— Jedź do Robowa i oddaj mu wizytę.
— A jakie pójdą konie? spytał żywo Jędruś.
— Na ten raz trzeba wystąpić: weź moje i koczyk nowy, a ubierz się porządnie...
— Otoż to, jak się mam ubrać? spytał znowu mąż posłuszny, który nic nie robił bez pozwolenia.
— Frak granatowy, nankiny i guziki z brylantami.
— U ciebie schowane, duszko.
— Ja ci je dam.
I tak wybrał się do Robowa pan Jędrzéj, a odwiedziny jego istotnie zmusiły Jerzego przybyć do nich nawzajem.
Pannę Anetę zastali smutną, zamyśloną i trochę mizerniejszą niż ostatnim razem; oczy jéj tylko większym ogniem jaśniały, ale milcząca była przeciwko zwyczajowi swojemu, poważna, prawie bojaźliwa.
Jędruś, który się tego dnia gości spodziewał, bo miał szpiegów w Robowie, wszystko urządził stosownie, aby o domu dać wyobrażenie przyzwoite. Służba wdziała wicemundury herbowe, szwajcar siedział w chatce, w ogrodzie umieciono było i uporządkowano, w salonach pachnąco i strojno. On sam wdział pełny strój nankinowy, w którym tak się lubił widzieć, że się nieustannie w lustrze przeglądał. Zdawało mu się nawet, w takim był humorze, że z lewéj strony trochę mu wąsy zgęstniał, co podwoiło usposobienie wesołe.
— A, przecięż! rzekł do siebie przeglądając się w zwierciedle: aha! otoż skutek makassaru: będą wąsy, już nawet są! O to tylko chodzi, aby im dać czas i dopomagać do wzrostu, spacerując po słońcu...
Wyperswadował mu bowiem jakiś żartowniś, że włosy jak rośliny polewania i słońca potrzebują, i Jędruś moczył wąsy kilka razy na dzień, a wygrzewał je, aż się szpetnie opalił. Ale obywatel musi przecię mieć wąsy.
Salon państwa Jędrzejowstwa był dosyć oryginalny, bo cały w zieleni, kwiatach, bluszczach, festonach, z czém mu wcale było ładnie. Wprawdzie zauważył Jędruś, że to mnożyło mnóztwo robactwa różnego, ale je zabijał po cichu, bo wiedział, że córka i żona ten ogródek lubiły, więc i on musiał.
U progu przyjął Jędruś w nankinach sąsiada i Jurasia uściskiem czułym, wilgotnym i serdecznym, i poprowadził do żony, która miała już ad hoc pończochę w ręku i książkę rozłożoną przed sobą. Aneta czytała także. Wspaniałe bukiety na wszystkich stołach jaśniały barw tysiącem; wśród nich i na tle téj zieloności, blada Aneta w czarnéj sukni wyglądała jak zachwycające marzenie.
Jerzy w tym bardzo wyelegantowanym salonie uczuł się jakoś ściśnięty, nie swój; nadto mu było wytwornie.
— A, jakże tu u państwa ślicznie! odezwał się Otto na wstępie.
— Prawda, że ślicznie? rozśmiał się Jędruś, zacierając ręce. To wszystko żona moja i córka tak ubrały, bo ja tu nic... Jak w królewskim pałacu, a pachnie! pan czuje jak pachnie?
— Czuję, rzekł z uśmiechem Otto: istotnie to raj przypomina.
Juraś był zimny i pomieszany.
Aneta podała mu rączkę drżącą.
— A, przeciężeśmy pana zwabili do siebie! rzekła. Pan doprawdy jesteś dziki.
— Nie taję się z tém.
— Czy to prawda, przerwała matka: że pan tak długo bawiłeś w Krymie?
— I że byłeś Tatarem? dodał Jędruś.
Żona spojrzała na niego, ruszając ramionami, dając mu znać, że głupstwo powiedział, a on śpiesznie się poprawił.
— Że pan nie byłeś Tatarem...
Ale widząc, że i to nie do rzeczy, zamilkł kręcąc wąsa.
— Żyłem istotnie czas jakiś z Tatarami...
— Baraniną? spytał cichutko Jędruś, który chciał także koniecznie do rozmowy należeć.
— Nietylko w Krymie z Tatarami, dodał Otto, ale długo nad Dnieprem między ukraińskim ludem, i po ukraińskich dworach, i Bóg wie gdzie się włóczył, taki z niego utrapiony wędrowiec...
— A! bo podróże, to rzecz tak zajmująca! odezwała się matka.
— Podróże, to co innego, przerwał Otto; ale taka włóczęga potrzebuje ducha i sił młodych, bo żyć tém życiem, do któregośmy nie przywykli, wśród niewygód...
— Baraniną! poddał znowu Jędruś, chcąc swoje wiadomości o kuchni tatarskiéj zużytkować.
— Jestże tam przynajmniéj poezya, coby płaciła za poniesione trudy? spytała Aneta.
— Wiele! wiele! rzekł Jerzy: ale ta poezya jest jak kryształ górny, który gdy go dobędą z ziemi, jest nieprzezroczysty, bezkształtny i nie uderza prawie; dopiero gdy go kamieniarz oszlifuje i osadzi, błyszczy i świetnie się pokaże. Tak i z poezyą ludową, która w obrazie i pieśni ubrana, w szaty sztuki, jest prześliczną, a w życiu potrzebuje oczu kamieniarza, bo w niéj przemagają pierwiastki, z któremi nam oswoić się trudno...
Aneta znalazła porównanie bardzo trafném, rozmowa się rozpadła, sama pani zbliżyła się i zagarnęła Ottona, Jędruś poszedł pilnować podania herbaty, młodzi państwo zostali z sobą i poczęli chodzić po salonie, zbliżać się do ganku nawet i zaglądać aż ku ogrodowi.
Jerzy znalazł Anetę tak różną od pierwszéj, tak jakoś zmienioną, że sobie z tego sprawy zdać nie mógł. Wewnętrzna jakaś praca przeistoczyła ją zupełnie, wzrok był inny, mowa skromniejsza i mniéj śmiała, wzruszenie widoczne.
Ale jakże tu powtórzyć tę rozmowę dwojga młodych, która nie z samych słów się składa, w któréj przeważną rolę grają wejrzenia, ruchy i owe tajemnicze prądy myśli, które przebiegają z serca do serca, z piersi do piersi, nie wiedzieć jakiemi drogami, nie wiedzieć siłą jaką? Urwane słówko, niedokończona myśl, poruszenie, spojrzenie, wszystko ma głębokie znaczenie i wpływ na rozwinięcie coraz śmielsze téj pajęczéj tkanki, która się zowie rozmową. Powoli zaczynali się ożywiać oboje.
Otto padł ofiarą wzięty we dwa ognie przez małżonków, którym snadź chodziło o to, by Anecie i Jerzemu nie przeszkadzano. Jędruś pomagał w tém Stasi z bezprzykładném poświęceniem, potakując echem, lub niezręcznie dopełniając jéj myśli, którym dodawał niepotrzebnego akcentu.
Wśród rozmowy zatętniało przed gankiem i wszedł po chwili Maks, który, jak na młodego męża, trochę za nadto lubił oddawać wizyty w sąsiedztwie, i zawsze znajdował powód jakiś, dla którego z nim żona w żaden żywy sposób jechać nie mogła.
— A cóż to za szczęście! zawołał w progu: wszak tu i Ottona i Jerzego znajduję! i pierwszy podobno mogę mu powinszować!
— Powinszować! spytał Otto: czego?
— A wygrania procesu!
Jerzy zbliżył się zaczerwieniony, wszyscy otoczyli przybyłego.
— Ja żadnego procesu nie mam! przerwał Jerzy.
— Ale jakże? o testament!
— Jam żadnego kroku nie robił.
— Ja tego nie wiem, ale to rzecz najpewniejsza, że testament został obalony, i że fortuna powraca ci nazad, czego z serca winszuję. Zdaje mi się, że pewnie sztafetę zastaniesz w Robowie.
Jerzy zarumieniony cały, smutnie ręce załamał.
— Co to panu? spytał Jędruś: może wody z cukrem?
— To niepojęte losu prześladowanie! zawołał gorąco młody człowiek. Ja przeciwko woli mojego ojca! ja w procesie o testament!.. Ale to potwarz! kabała jakaś! intryga! nie wiem... Nie szedłem przeciwko testamentowi i nie pójdę.
— A więc jakże się to stać mogło? spytał Maks. My wiemy, że u nas między możnym a ubogim, gdzie chodzi o miliony, gdyby sto razy biedny miał słuszność, sam bez starania nie wygra.
— Ale ja czcią moją i wszystkiém najświętszém się świadczę — zawołał Jerzy — żem o to starać się nie myślał, nie żądał tego i nie przyjmę.
Wszyscy zamilkli, widząc to jego oburzenie.
— Zaprawdę, może pierwszy raz jak świat światem, ktoś własnego majątku się wyprze i odrzuci co mu samo w ręce idzie! rzekł Maks śmiejąc się.
— Oburza mnie i gniewa ta jakaś opieka nademną, przerwał Jerzy; jątrzy mnie, że mogę być posądzonym. Pozwolicie państwo, że ich pożegnam, bo chwili pod tém podejrzeniem zostawać nie chcę. Muszę jechać.
— Gdzie? dokąd? spytał Otto.
— Sam nie wiem: do hrabiego, do stryjenki, muszę coś począć. Jak się ludziom i im wydam! Mówiłem, protestowałem, dziś pozory przeciwko mnie świadczą, czynią mnie fałszywym i kłamcą: to nie do zniesienia! Zdrajcą i wykrętaczem być nie chcę.
I twarz jego oblana wstydem i gniewem, wypromieniała powagą, a Aneta patrząc na niego, uczuła się nim dumną; tylko Stasia i Jędruś dziwnie spoglądali po sobie, nie wiedząc co mówić i czekając rozkazu córki. Oboje co do milionów mieli przekonanie gruntowne, że się ich nigdy odrzucać nie godzi.
— Głupstwo robi, rzekł po cichu, próbując Jędruś.
— Cicho! cicho!
— Ale ja to mówię cicho, dodał gospodarz: to chyba waryat!
Aneta dzieliła oburzenie Jurasia, i odezwała się za nim; rodzice więc zamilkli zaraz, ale posmutnieli widocznie.
— Już na to widać nie ma rady! my jego nie przekonamy! rzekł Jędruś. Ale to ta młodzież! pstro w głowie.
A w duchu pomyślał:
— Miałaż Anetka kogo wybrać. Dziwak jakiś i hołysz, który sobie upodobał w goliźnie! Piękny mi bohater!
Jerzy niecierpliwy już się wybierał, chciał porzucić wszystkich; ledwie go wstrzymano na herbatę, którą zaraz podawać poczęto. Chodziło wielce Stasi nie tak o to, aby wypił i zjadł Jerzy, jak raczéj żeby mu pokazała srebra i porcelanę, żeby je choć zobaczył. Gospodarz pobiegł żywo, aby przyśpieszyć podanie, i służący wnieśli na tacach paradnych wspaniałe przybory. Połowa ich do niczego nie służyła i nic w sobie nie zawierała, figurując tylko jak komparsy w teatrze. Dwa ogromne imbryki z fajerkami, srebrny samowar, dobra liczba różnych przystawek, taką tu grały rolę, jak wojsko i lud na scenie w głębi.
Wstrzymano gwałtem prawie wyrywającego się Jurasia; Aneta zbliżyła się do niego, słowem i ręką pociągając go do ganku.
— Panie Jerzy, odezwała się półgłosem: ja będę o pana niespokojna... Czy dobrze pan robisz, że się burzysz i opierasz temu, co dla pana los przeznaczył, co ludzie mu dobrowolnie oddają? wszak to tylko dziwactwo....
— Dziwactwo! możeszże pani tak nazwać tę czynność?
— Słuchaj pan — rzekła — nie sądź, żem chciwa, nie myśl, że zanadto cenię majątek... ale i ja żyłam trochę, wiem, że i majątek coś także znaczy, że on też jest tą swobodą, o któréj marzysz; że daje, jeśli nie skrzydła, bo te same rosną, to siłę i niezależność wielką.
— A ubóztwo daje widzenie prawdy: ono tylko jedno! odparł Jerzy.
— Przecięż to spadek po ojcu.
— Nie, wola jego dla mnie jest święta: ja nie mam nic, nie chcę nic po nim, kiedy mi sam nic nie zostawił.
Aneta uśmiechnęła się, podając mu rękę.
— Doprawdy to trochę śmiesznie, że ja się panem opiekuję, tak mało go znając. Nie miéj mi pan tego za złe.
— Wcale nie. Ale jeśli mnie pani bierzesz w opiekę, wiedzże co mnie oburza i doprowadza do rozpaczy. Oto głośno i otwarcie powiedziałem, że nie chcę tego majątku; a los, a ludzie, nie wiem kto, narzucają mi go: posądzony jestem o fałsz! o pokątne staranie! o zdradę! Nie ma na świecie majątku, coby to opłacił!
— Tak, masz pan słuszność... ale to wyjaśnić się musi.
— Plama posądzenia zostanie! to okropnie!
— Więc któż weźmie te miliony? spytała Aneta.
— Kto zechce! nie wiem... ale nie ja!
— Zapewne siostra.
— Siostra, stryj, hrabina, ubodzy — wszystko mi jedno.
— A! dziwactwo! dziwactwo! rozśmiała się Aneta; ale śliczne, ale niewidziane, bo któż jest coby odmówił takiéj fortuny, choćby zmieszanéj z trochą błota?
I ścisnęła mu rękę.
— Panie Jerzy, bądź takim jakim jesteś, dodała z zapałem kobiecym; zostań sobą, zachowaj tę szlachetność i prostotę. Patrząc na ciebie, wierzy się w ludzi i uszlachetnia... Daruj tych słów kilka. Pan pokazałeś mi drogę, teraz i ja widzę jaśniéj: być ubogim, ale czystym.
— Tak pani, czystym lub nie żyć! zawołał Jerzy z zapałem.
W kilka chwil potém Jerzy już był na drodze do Zarubiniec; ale wieczór był późny, gdy tam przybył, spali już wszyscy, musiał więc zanocować w karczmie, i rzuciwszy sobie garść słomy pod głowę, usnął spokojnie jak zawsze, marząc o Anecie i Loli.
Gdy się obudził, ranek już był dobry i godzina, w któréj w pałacu stawić się godziło. Naprędce więc ogarnąwszy się tylko, poszedł ku dworowi.
Z dala już postrzegł Malczaka, który w kaftaniku stojąc przy drzwiach, z krzywą gębą, fajeczkę palił, a poznawszy go widać, znikł zaraz jak kamfora, pozostawiwszy sługusa jakiegoś na swojém miejscu.
— Chcę się widzieć z hrabią, rzekł Jerzy; dajcie mu znać.
— A to ja nie wiem, trzeba będzie chyba przez Malczaka dać znać.
— Mów komu chcesz.
Jerzy wszedł do salonu. Pusto tu było i puściéj niż wówczas, gdy mieszkała hrabina. Choć na dole rzadko przebywała, schodziła jednak czasami, ślad jakiś przejścia zostawując po sobie: kwiatek, książkę, robotkę. Teraz w salonie pył szary okrywał wszystko, okna były pozamykane, powietrze duszne. Juraś przypomniał sobie ów koncert w téj saméj sali, wieczór pamiętny w jego życiu, pierwsze wejrzenie na Lolę, wzrok ojca, i wiele a wiele rzeczy, które się z téj chwili wysnuły.
Spokojny usiadł i dumał, i nie wiedzieć dla czego wracało mu ciągle na myśl wrażenie, jakiego doznał, gdy oczy jego spotkały spojrzenie téj, o któréj wówczas nie wiedział, że była jego siostrą. Szukał śladów w sercu uczucia, które go przejęło, walczył z myślą, która mu piękną Lolę inaczéj niż chciał przedstawiała... i zapomniał o reszcie wypadków. Już wczorajsze zbliżenie się do Anety, jéj rozmowa, wywołane nią uczucie jakieś, zatarły się jedną nocą snów spokojnych, a Lola stała przed jego oczyma tak żywa, przytomna, jakby ją dziś widział dopiero... Tęskniéj wydały mu się Zarubińce bez niéj.
— Siostra!... nie wiem, czy takie być może przywiązanie brata... mówił do siebie — czy to szał jakiś dziwny? Tamta jest mi obojętną, zaledwie od niéj odjadę; téj obraz nie opuszcza mię na chwilę...
I wszedł w targi z sercem, w rozbiory uczucia, a zadumał się głęboko, gdy służący przerwał mu pogrążenie to, wołając nad uchem:
— Pan hrabia prosi.
— Gdzież jest?
— U siebie.
Jerzy poszedł prędko — pilno mu było. Hrabia czekał nań wsparty o stół, z zaciętemi ustami, a gniewny. Skłonili się sobie z daleka.
— A więc nareszcie przychodzisz pan po to, co ci się wydrzeć mi udało, rzekł Rajmund: podstępem, zdradą, fałszem, bo tak jest! tak jest! Zaklinałeś się wpan, że nie chcesz majątku, a knułeś, i odbierasz mi go.
— Panie hrabio, rzekł Juraś: przyszedłem tu tylko po to, aby ci powtórzyć, że tego majątku nie chcę, że o tém wczoraj się dopiero dowiedziałem że nie rozumiem o co mnie posądzasz...
— Przecięż ci go oddają! ten majątek! Któż starał się o to?
— Ja nie wiem.
— Wpan nie wiesz!
— Ale to wiem, panie hrabio, że dziś, zaraz, gotów jestem napisać przyjęcie testamentu, zgodzenie się na to, abyś sobie wszystko zabrał.
— Jak to? spytał hrabia.
— Najprostsza rzecz w świecie. Każ posłać po adwokata, po księgi, napisać co potrzeba: podpiszę. Nieprawdaż, iż to dostatecznie przekona, żem mówił prawdę?
— Cóż chcesz za to? spytał hrabia z niedowierzającym uśmiechem, nie mogąc pojąć Jerzego i przypuścić, by był tak dziwnie bezinteresowny.
— Co chcę? tylko abyś mnie wpan nie posądzał! odparł Jerzy — i dał mi pokój!
Stryj nie wiedział co począć, zagryzł wargi. Jerzy dobył srebrnego zegarka, spojrzał nań powoli.
— Jest godzina dziesiąta, rzekł: jadę do Robowa, czekam tam do jutra, byście mi znać dali. Możecie zresztą przysłać adwokata, papiery, podpiszę co zechcecie.
— To bardzo pięknie, odezwał się nareszcie hrabia. No, ale kiedy tak... jeżeli już... szanujesz wolę ojca... no! to przecięż przyjmiesz coś od stryja.
Jerzy spojrzał nań z uśmiechem.
— Wszakże dziś mam wszystko, nie prawdaż? Gdybym chciał, oddałbym wam część tylko, a sobie bez daru drugą zostawił. Mogę mieć co sam wybiorę, wszystko. Za cóżbym znowu pozwalał sobie robić łaskę, gdy jéj nie potrzebuję?
Ruszył ramionami, skłonił się i wyszedł, a hrabia pozostał osłupiały.
W drugim pokoju stał za drzwiami Malczak, który się zaraz wsunął po cichu.
— Posłać po sędziego! zawołał hrabia: prędko dwóch ludzi, konie rozstawić! w minutę, natychmiast! żywo!
Malczak stał i patrzał.
— Nie do wiary! on mi wszystkiego, odstępuje.
— Bo to taki, jak ja panu mówiłem, głupi chłopiec, rzekł Malczak.
— Sam nie wiem! niepojęte rzeczy się dzieją! co począć! muszę się poradzić.
— Czego się tu radzić? najprzód brać, a potém się radzić.
— Ale ludzie! co powiedzą ludzie!
— Niech co chcą gadają...
— Tak, jednakże to źle być może, i hrabina!... szeptał zamyślony Rajmund.
Dziwna rzecz! hrabia, który w czasie długiego pożycia z żoną żadnéj dla niéj nie okazywał czułości, który często bardzo długo się z nią nie widywał a nie tęsknił do niéj, niecierpliwiąc się jéj dobrocią, zżymając na dowody czułości, — teraz, gdy ona uszła mu sama, gdy dom stanął pustką, często chwytał się na jakiéjś tęsknocie, na pragnieniu widzenia jéj i córki, czuł potrzebę rodziny, jakąś o nią obawę, jakiś w sercu niepokój. Dodajmy, że drażliwy na głosy i opinię ludzką, bał się gadania, tłómaczeń, lękał się być odepchniętym, a wiedział, że zazdrość i niechęć różnie wykładać mogą całą tę historyę małżeńską.
Kilka razy już sam wybierał się do żony, i w chwili wyjazdu pycha go tylko wstrzymywała; teraz przyszło mu na myśl, że to wyrzeczenie się Jurasia może ich na wieki poróżnić. Ale z drugiéj strony czuł, że majątek tak znaczny postawi go na nogi, może dogodzić wszystkim jego marzeniom, że jednocząc w ręku całą fortunę imienia, świetny los córce zapewni.
Malczak widział tę walkę na twarzy jego i śmiał się w duchu; bo dla tego bydlęcia nie było wątpliwości i wahania, gdy szło o zabranie grosza.
Jerzy tymczasem lipową ulicą poszedł ku Robowu powoli, przybył, siadł do fortepianu i począł najspokojniéj grać z nót rozłożonych dawniéj, a marzenia uniosły go w świat inny, daleko, tak daleko, że po za nim znikło wszystko, prócz Loli. Twarzyczka jéj okolona włosy jasnemi, jak te aniołki dwuskrzydłe na obrazach, co tylko główkę mają i parę piórek do lotu, ciągle po nad nim się unosiła. Chciał zaraz pojechać do niéj, tak tęsknił ku niéj, ale musiał, zobowiązawszy się, czekać dwadzieścia cztery godziny na prawników i spełnić dane hrabiemu słowo.
Szczęściem nadszedł Otto, i dzień szybko na muzyce upłynął niepostrzeżony.
Wieczorem przyjechali gryzipiórkowie z papierami, z wejrzeniem osobliwszą zaostrzoném ciekawością, jakby chcieli przypatrzyć się raz pierwszy w życiu spotkanemu fenomenowi, oddającemu miliony dla dzikiéj jakiéjś delikatności. Sposób, w jaki zapatrywali się na Jurasia, godzien był zaprawdę postrzeżeń; nie wiem, czy bracia Siamscy lub Albinos większąby się im wydawał osobliwością.
Jerzy nie wdając się wcale w rozmowę, podpisywał wszystko, a że ta ceremonia przerwała im trio Mendelssohn’a, które grali przed chwilą, rzuciwszy pióro, szczerze i bez przesady zaproponował, aby wrócić zaraz do muzyki. Panowie ci siadali śmiejąc się na bryczkę, gdy fortepian brzmiał już na nowo rozpoczętém allegro.
— Słuchaj, rzekł Otto, gdy skończyli trio jedno i spróbowali drugiego: stało się! ale żeś głupstwo zrobił, to pewna.
— Jak to? i ty to mówisz?
— Ale-no posłuchaj. Najprzód wszyscy jesteśmy tego przekonania, że ojciec nie chciał cię wydziedziczyć...
— Jednakże na to ja żadnego dowodu nie mam, a na przeciwną wolę jego jest dowód...
— Teraz drugie, rzekł Otto. Pieniądz i majątek to siła; gdybyś miał miecz, a w chwili niebezpieczeństwa oddał go w ręce temu, który go użyć nie umie? Pomyśl tylko, ilu to szczęśliwych mógłbyś uczynić, iluby ci błogosławiło, ile tybyś zrobić mógł dobrego!
— Tak, a jeszcze więcéj gdybym miał skarby jakiegoś Monte-Christa. Ale cóż z tego marzenia, jeśli to nie jest moje!
— Któż wie? prawo wyrzeka i powiedziało za tobą.
— Sumienie ma także swe prawa i osądziło inaczéj. Niech żyje swoboda! sukmana! praca! cichy dworek i życie ubogie! Jam nie stworzony na pana. Co się stało, to się stało!
Po długiéj wieczornéj rozmowie, nazajutrz rano Jerzy niespokojny popędził do stryjenki, marząc coraz goręcéj w drodze o Loli, o spotkaniu z nią, o tém jak go powita, co będą mówili i jak rozkoszny dzień z sobą, przepędzą. Niecierpliwił się nawet, że konie szły powoli, a im bliżéj był, tém mu się zdały wlec nudniéj.
Nim bryczka stanęła, wyskoczył i już był w ganku, a rzucając okiem niespokojném wkoło, postrzegł koczyk wytworny, oznajmujący mu, że zastał gości.
Gość nie w porę gorszy od Tatara, mawiali starzy; Juraś to sobie powtórzył po cichu. Potrzeba mu było saméj stryjenki i Loli, poufałéj z niemi rozmowy, uspakajającéj, serdecznéj, a tu... Zatrzymał się nieco w ganku, tak mu się przykro jakoś zrobiło, ale trzebaż było wejść nareszcie.
W małym saloniku, który skromnie, ale ładnie urządzony był staraniem Loli, a wedle opowiadań matki, miał jéj nieco przypominać dawne czasy, siedziała na kanapie milcząca hrabina, obok roztargniona Lola, a na krześle wyprostowany, nadzwyczaj wytwornie ubrany, bardzo piękny mężczyzna, jakby wprost z paryzkich przeniesiony tu bulwarów.
To zjawisko, zwłaszcza w okolicach Warszawy, nie jest tak bardzo rzadkie; jednakże egzemplarz ten odznaczał się pięknością i wart był opisania przez professora Wagę. Ten piękny okaz rodzaju owadu, który nam zjada niejeden listek zielony, niejedną zabrzydza grzędę, niejeden posiew marnuje, zdałby się do gabinetu entomologicznego.
Emil Bączyński, o ile po świecie dowiedzieć się było można, wcale nie należał do tych liszek, z których się wylęgają motyle salonowe. Ojciec jego apteros (bezskrzydły), prosty ziemianin, sługiwał po panach, był rządcą, potém dzierżawcą, handlował wołami i tém stworzeniem, które nie wiem dla czego niegrzecznie jest mianować po imieniu, chyba dla tego może. żeby się kto nie poczuł do pokrewieństwa.
Jak z tego, tak prostego człowieka, wyszedł taki wykwintny młodzieniec, trudno pojąć; stało się wszakże, że stary Bączyński starając się, jak to nieraz bywa, zrobić z syna coś lepszego od siebie, dając mu wychowanie bardzo świetne, niespodzianie uczynił z niego jakby nie swojego syna i istotę, która do skromnéj kolebki, z jakiéj wyszła, niebardzo się miała ochotę przyznawać.
Emilek był tak dystyngowany, tak ślicznie mówił po francuzku, tańcował tak pięknie, jeździł konno tak śmiało, miał upodobania tak arystokratyczne i stosunki również od młodości tak pańskie, iż mu już nie wypadało czémś inném zostać tylko paniczem. Była w tém maleńka trudność, gdyż ojca jego, poczciwego Bączyńskiego, znali wszyscy i o pochodzeniu jego skromném dobrze naokół wiedziano; ale kiedy komu Pan Bóg da twarzyczkę i głosik, obyczaj i manierę pańską, a fortunę przytém, reszty się już jakoś dorobi. I tu się tak stało. Szperając w papierach, gdyż bardzo lubił genealogię, Bączyński niespodzianie odkrył, że rodzina jego należała do najstarszych w kraju, a nieszczęściem tylko, które i szlachtę spotyka, tak podupadła, że ojciec jego sługiwać musiał. Okazało się jawnie jak na dłoni, że Bączyńscy z Bączyna na Kurzéj Woli i Stawiszynie, herbu Leliwa (nawet), byli w Rzeczypospolitéj bardzo zasłużeni, że jeden Bączyński za Zygmunta Augusta był podkomorzym królewskim, że inny za Batorego rotmistrzował pod Pskowem, że za Zygmunta III, o mało inny znów nie został kasztelanem, a potém, a potém — jakaś fatalność zaczęła ciążyć na rodzinie. Mówiono po cichu, że była waśń między braćmi, że ktoś kogoś w pojedynku ranił, że niebłogosławieństwo boże spadło na nich do dziesiątego pokolenia... Z papierów też okazały się świetne kolligacye z Sobieskimi, Leszczyńskimi, Opalińskimi i z całą przez nich Polską pańską i szlachecką. A że, gdy kto szpera dobrze, zawsze się czegoś dobadać musi, w ostatku Emil Bączyński miał wielkie podejrzenie, że jeden z cesarzów Habsburgów, w poselstwie wysłanemu do Wiednia, dla traktatów o Maksymiliana, Albertowi z Bączyna Bączyńskiemu nadał hrabiowstwo, które tylko lapsu temporis i dla ówczesnéj równości szlacheckiéj zaniedbane zostało.
Miał więc prawo w skutek silnego prawdopodobieństwa pan Emil kazać wyryć na swéj pieczątce koronę hrabiowską; a choć tylko lokaj z początku nazywał go hrabią, choć drudzy nieprzyzwoicie się śmieli z tego — koniec końców był już silny prejudykat do hrabiowstwa. Z takich pogłosek, jak z potwarzy, zawsze coś zostaje. Jeszcze jedno lub dwa pokolenia, a miało się to utrzeć i przejść do rzędu faktów spełnionych, a zatém nieodwołalnych.
Wprawdzie w towarzystwach arystokratycznych, wspomnienie o tym tytule wzbudzało uśmieszki na pięknych usteczkach hrabiów i hrabiątek; ruszano ramionami, ale Emila przyjmowano wszędzie, i nie szkodziło mu to wcale, owszem... Dowiedziona rzecz, że kto ma odwagę przenosić jakiś czas taką śmiesznostkę na plecach, nagradza mu się ten stoicyzm potém poważaniem powszechném. Trzeba cierpieć, by być pięknym, powiada francuzkie przysłowie.
Emil zresztą był śliczny, dobrze wychowany i wydelikacony bardzo; więc ta jego dystynkcya zacierała pamięć ojcowskiéj prostoty: uchodził w ogóle za très comme il faut. Nadewszystko go zalecało, że nie chorował na żadne młode szały, regularny był, chłodny, oszczędny, dobrego towarzystwa, i tak w sobie życie zasznurował, zakopertował, zapiął, że mu ani okiem, ani usty, ani miną, nigdy nie wyszło na wierzch. Umiarkowany, niezmiernie przyzwoity, strzegący się w zruszeń i hałasów, mówił cicho, stąpał powoli i ostrożnie, uśmiechał się półgębkiem, a spytany o zdanie, objawiał je w ten sposób, aby ani czarnego nie potępić, ani białego nie wynieść, ani się bezpowrotnie nie zapuścić w stronę, z któréjby powrócić było trudno. Entuzyazmu obawiał się jak rzeczy parzącéj, na żarty i sarkazmy uśmiechał się, ale do ich preparowania nie należał; był letni, wilgotny, strzegł się być zimnym, nie chciał być gorącym, ani mokrym, ani suchym. Wszystkiemu to temu razem zbiorowisku przymiotów winien był przyznanie tytułu: dystyngowanego. Dodajmy, że towarzystwo sobie dobierał tylko dobre, takie, które się zwało śmietanką, choćby owa śmietanka w kwaśny i gęsty zwarzyła się kożuszek. Stosunki jego były wyłącznie arystokratyczne; domy, do których klamek się dobijał, pańskie; gusta i zajęcia wspaniałe.
Byli ludzie, co znajdowali, że Emil przypominał porcelanowego Chińczyka, który tylko w jedną stronę głową kiwa i oczyma rusza, a siedzi zawsze na jedném miejscu i nic się od niego dowiedzieć nie można, prócz że jest mandarynem; — ale złość ludzka jest potężna, a zazdrość jeszcze większa.
Gdy Jerzy wszedł, towarzystwo już miało minę doskonale znudzoną. Lola siedziała wyprostowana, obrywając listki z róży; matka miała oczy wlepione w posadzkę; Emil trzymał kapelusz na kolanach, a głowę prosto, ażeby krochmalnych kołnierzyków nie wbić sobie w gardło, — i nie wiem już o czém mówiono. Lola postrzegłszy Jerzego, zerwała się, zarumieniła; hrabina się uśmiechnęła. Emil niespokojny, na widok jego powstał; ale rzuciwszy tylko okiem na tę postać energiczną, silną i wcale niedystyngowaną, a w stroju nadto prostym, z wyrazem nieprzyzwoitéj na czole i ustach szczeroty, usiadł zmieszany, nie sądząc, żeby to było warte uwagi.
Powitano się serdecznie.
— Synowiec nasz — zaprezentowała hrabina — pan Jerzy Góra. Pan Emil Bączyński...
Obu nie dodano hrabiowstwa.
Panowie skłonili się sobie grzecznie z daleka.
— Bardzo miło mi.
— Bardzo mi przyjemnie.
Jeszcze raz skłonili się i usiedli. Jerzy uczuł jakby go kto zimną oblał wodą; a Emil nieco ku niemu zawróciwszy głowę, sztywnie i ostrożnie zapięty, oczekiwać się zdawał rozmowy. Charaktery oba, jak dwa sprzeczne pierwiastki, od razu odtrąciły się. Poczuli, że się z sobą nie zgodzą. Emilowi Jerzy wydał się karykaturą; Jerzemu Emil obrazkiem z dziennika mód. Nie mogli trzech słów przemówić do siebie. Hrabina siedziała skłopotana, Lola z uśmiechem porozumienia coraz spoglądała na kuzynka.
— Jakież śliczne mamy lato!
— Co za pora przyjemna!
— Ale dziś gorąco ogromnie.
Te i tym podobne preludya zwiastowały rozmowę nieobfitą w myśli. Pan Emil jakoś przecię skorzystał z niéj, by się dostać do Paryża, południowéj Francyi i Włoch, o których mówił często głosikiem pieszczotliwym, wyuczonym, delikatnym, cichym, napół po francuzku. Zaczął więc przebąkiwać coś o swych peregrynacyach.
Niedaleko i to zaprowadzić ich mogło. Jerzy wszakże zajechał też do Krymu, bo go hrabina tam sama popchnęła. Potém mówiono o owocach; ale jak gorącego kruszcu do zimnéj sztaby przylutować nie można, tak tych dwóch charakterów chwilowo nawet zlepić nie było podobna.
Emil przykrego doznał uczucia, jak to późniéj wyznał przed przyjaciołmi; nie w swoim był świecie il se sentit dèpaysé.
Lola spoglądając na obu, nie chciałbym ręczyć, że porównywała tę parawanową litografię z żywą istotą w czarnéj sukmanie, na któréj czole, w oczach, ustach, drgało czucie i życie płynęło.
Emil siedział uparcie, choć się nudził. Jedyną jego wadą towarzyską było to właśnie, qu’il ne savait pas s’en aller, jak mówiła jedna pani, stosując do niego, stworzoną dla kogo innego, dowcipną charakterystykę. Była to resztka nieśmiałości odziedziczonéj po p. Izydorze Bączyńskim ojcu.
Wejść i wyjść z salonu było mu trudno; może wrodzona skromność i uczucie to, że nań zwracały się oczy ciekawe, odbierały mu potrzebną odwagę. Powiedzmy nawiasem przytém, że wchodzić i wychodzić rzadko też kto umie.
Jedni wpadają z hałasem; drudzy wchodzą zmieszani, trącając o wszystkie krzesła, nie widząc nikogo. Ci grzeszą przesadą śmiałości, inni egzageracyą pokory; a zawsze ta nieszczęsna miłość własna którymś końcem wyjść im musi.
Emil siedział i siedział. Zostawić go z hrabiną, było nielitościwie skazać ją na męczarnie; dać mu na pastwę żywą Lolę, równie wielkiemby było okrucieństwem. Męczyli się więc wszyscy razem do herbaty, po któréj nareszcie gość przywdział paliowe rękawiczki Jouvain’a, i pożegnawszy ceremonialnie towarzystwo, uznał za rzecz słuszną odjechać.
Jerzy teraz dopiero odżył, na nowo się przywitał z hrabiną i Lolą, i począł opowiadać im swoje przygody. Marya już wiedziała, że testament został obalony, i to ją czyniło weselszą; ale Jerzy pośpieszył z oznajmieniem, że się formalnie zrzekł spadku.
— I mąż mój przyjął to! zawołała rzucając się na kanapę hrabina.
— Musiał.
— Ale cożeś ty zrobił!
— Com był powinien, stryjenko. Nie mówmy o tém.
Lola spuściła oczy.
— Mógłżem inaczéj?
— A! całą moją zniszczyłeś nadzieję! zawołała hrabina. Nie wrócimy teraz do Zarubiniec.
Wymówiła się z tém mimowolnie, ale prędko zamknęła usta i zamilkła. Chwilę długą cisza panowała w salonie; nikt przerywać jéj nie śmiał, Lola nawet gryząc różę w ustach, odezwać się nie umiała.
— Doprawdy — dodał Jerzy — nie rozumiem com zrobił tak złego; inaczej postąpić było mi niepodobna. Gniewać się nie możecie, że wam oddałem...
— To, czego my właśnie nie chcemy, przerwała Marya. Na co nam to? ażeby kupić sobie zgryzoty, a Loli sprowadzić takich jak dzisiejszy konkurentów!
— A, prawda! uśmiechnęło się dziewczę: wszystkiemu Jerzy winien. A tak nas ten pan znudził!!
— Tylko co nie widać drugiego i trzeciego, rzekł Jerzy wesoło. Ale pociesz się siostrzyczko: możesz ich poodprawiać.
— A nudy! a przykrość! Wiem, że ich nie przyjmę, ale się naziewam i naniecierpliwię z nimi...
Jerzy się śmiał, nadrabiał miną i humorem, bo smutek hrabiny ciężył mu na duszy.
— Jerzy mój, rzekła stryjenka: to już przechodzi delikatność, to po prostu dziwactwo nie do darowania. Znałeś i znasz słabość hrabiego; na cóż ci było korzystać z niéj, aby mnie dotknąć boleśnie?
— Stryjenko kochana, odparł Jerzy: ależ tu nie o fantazyę chodziło, lecz o powinność, o przekonanie, a uczciwy człowiek nigdy go nie poświęca.
Zamilkli znowu, — a Lola widząc matkę zamyśloną i prawie rozpłakaną, kiwnęła na Jerzego, aby ją samą zostawić, i wyszła na ganek.
— Mama każdy smutek wypłakać potrzebuje, odezwała się po cichu. Siądźmy tu. Nie prawdaż, że u nas ładnie, choć ubogo?
— Prawda: cicho, spokojnie i ślicznie.
— Ale tobie czy się to wyda ładném, po tych dworach i paniach, u których bywasz? dodała.
— Ja?
— O! ja wiem wszystko! Byłeś u Anety.
— Już wiesz o tém?
— To mnie zajmuje, to mnie prawie niepokoi... cały świat o tém gada.
— O czém?
— Mówią... że Aneta cię kocha... że do szaleństwa kocha... że ty...
Spuściła oczy Lola.
— A! ja się jéj nie dziwuję, dodała: gdybym nie była twoją siostrą, kto wie?
— Ależ ty nie jesteś siostrą moją! przerwał Jerzy, ogniste w nią topiąc wejrzenie; ty jesteś tylko daleką krewną.
— Ale siostrą! siostrą! zawołała czerwieniąc się Lola: bo doprawdy jakby się to odkryło, musielibyśmy z sobą być ceremonialnie, a tak, bardzo mi dobrze z tobą, i mogę spokojnie kochać cię jak brata.
Podała mu rękę i bliżéj przy nim usiadła.
— Ale powiedz mi, spytała: prawdaż to, że ty kochasz Anetę?
— Chcesz prawdy! ale czyż ją zrozumiesz, gdy ci powiem?
— Oho! nie myśl, żeby trzpiotowstwo moje odejmowało mi kobiecą przebiegłość. Spróbuj tylko, mów szczerze: pojmę cię pewnie.
— Więc powiem ci szczerze: Aneta bawi mnie jak ładny obrazek, ale gdy odjadę, znika mi z oczu i z serca, nie myślę o niéj wcale; a ty, co jesteś mi tylko siostrą, ciągle jesteś ze mną. Twoja twarzyczka, twój głos ścigają mnie wszędzie; gniewam się nawet trochę na tych nieznośnych natrętów.
— A! niedobry Jerzy! czyżem ci się tak naprzykrzyła! Ale Aneta bawi się tobą jak ty nią, a ja... ja... rzekła ciszéj — ja ścigam cię sercem i duszą, bo bardzo cię kocham... jak brata.
— Tylko jak brata? westchnął Jerzy.
— A, wszakże inaczéj nie mogę!
— A gdybym nie był twym bratem?
— No, tobym może czuła toż samo, ale ci nie powiedziała tego, — odezwała się prędko Lola, porywając się z siedzenia zarumieniona i drżąca. — Ale czekaj, mama nas woła!
I wbiegła do salonu. Jerzy pozostał w ganku z bijącém sercem i przytuloną do czoła dłonią. Co się z nim stało, nie wiedział. Ta krótka rozmowa, tych słów kilka wzburzyło go, chaos w piersi, chaos zbudziło w sercu! Nie mógł wnijść do salonu, bo mu się zdawało, że każdy wyczytałby w jego twarzy uczucie, które nim wstrząsało, a najpierwsza matka. Lola wróciła po chwili do niego, a widząc go niespokojnym i pogrążonym w zadumie, spytała:
— Co ci to jest?
— Nic, tylkom szczęśliwy, odparł Jerzy. Nie chcę niczém zmącić wrażenia szczęścia...
Ona powoli wyciągnęła ku niemu dłoń drżącą, potém pochyliła się i czoło gorące przytuliła do jego czoła; i oboje nie postrzegli się, nie wiedzieli sami, jak usta ich spotkały się w tym pocałunku poety, bez namysłu, bez wstydu, gwałtownym i koniecznym a czystym jak uścisk dwóch aniołów płynących przez niebiosa. Gdyby tysiące ludzi patrzały na nich, gdyby nad ich głowami zawisł piorun śmierci, nie postrzegliby groźby, nie obawialiby się kary...
Lola wreszcie podniosła twarz, jakby wychodząc z upojenia, jakby nowém życiem objęta, drżąca, wzruszona, szczęśliwa.
— Bracie, rzekła głosem osłabłym: chodźmy. Nie wiem co się dzieje ze mną, co się z nami stało; ale czuję jakbym nową, inną istotą oderwała się od ust twoich, jakbym wstała pobłogosławiona do życia... Już się ta chwila nie powtórzy może nigdy; alem była tak szczęśliwa! Ja ciebie kocham, ja kocham ciebie!
I wymówiwszy te słowa szybko, ciągnąc go za rękę, wbiegła z nim do matki, upadła przy niéj na krzesło, łzawemi od szczęścia oczyma wpatrując się w jéj osmuconą twarz.
— Jerzy mój, bracie, nie dajmy jéj się tak smucić! Klękniéjmy przed nią, prośmy jéj, niech się rozweseli. Na co ta chmurka na takim dniu jasnym?
Jerzy byłby dał dla niéj życie teraz, więc pobiegł żywo ku hrabinie, i pomału resztkę niewinnego pocałunku, którym gorzały mu usta, złożył na jéj rękach.
— Stryjenko, matko kochana, — rzekł — nie smuć się. Jeśli my pobłądziliśmy, Bóg to naprawi, miejmy nadzieję; ja zrobię co tylko zechcesz.
— Mój Jerzy, dziś już to nie w twojéj mocy.
— Matko droga, posłuchaj, uważ: dziś całkiem inaczéj stoją rzeczy niż były. Stryj mógł być winien w twojém pojęciu, gdy mi z mocy testamentu zabierał ojcowiznę; dziś wziął to tylko, com mu ja z dobrej woli mojéj odstąpił. Któż mi zabroni być dziwakiem? Kto zaprzeczy prawa rozporządzania tém, co wczoraj było moje?
— Ale możeszże nic nie żądać? nic nie mieć?
— Mam serce wasze, mam ręce zdrowe, przyjaciół, młodość, swobodę...
Lola zerwała się weselsza.
— A widzisz, mamciu, Juraś doskonale mówi! Juraś ma zupełną słuszność! Jego potrzeba słuchać i nie płakać. On sobie dziwak, ale tak piękny i poczciwy fantastyk, że mu wolno być trochę innym niż ludzie. A zresztą, wie mama co ja powiem?
— Co, dziecko moje? wyciągając ku niéj dłonie i tuląc ją do siebie, spytała matka.
— Co? Oto że ja przecięż coś mieć będę: no, to ja co mam, oddam Jurasiowi, a odemnie, ręczę, że weźmie.
— Od ciebie?
I podnosząc oczy na nich oboje, matka przeczuła macierzyńską piersią, bo postrzedz nie mogła, że tych dwoje dzieci bliżéj siebie stoi niż sądziła. Na twarzy Loli błyszczało rozpromienione szczęście, był jakby rozkwit wejrzenia i uśmiechu, z dziecka nagle stała się kobietą: tak jeden pocałunek wiele nowego wlał w nią życia.
— Od ciebie, moja Lolu? od ciebie?
— Ja mu oddam co będzie mojego, a mnie Jerzy nie odmówi!
Jak winowajca Juraś spuścił oczy.
— Doprawdy? spytała matka.
— Życiabym Loli nie odmówił, rzekł młody chłopak.
— A! dzieci! dzieci! szepnęła hrabina, i zamyśliła się nagle jakoś chmurno, jakoś niespokojnie, ale już było po czasie.
Jeszcze godzinę długą, która im przeleciała jak błyskawica, mówili z sobą i siedzieli, aż Jerzy oznajmił w końcu, że powołany przez starą przyjaciółkę ojca, musi jechać do Pińska, że wstąpi do Horycy dla odwiedzenia sług starych, i za parę tygodni spodziewa się powrócić.
— To dobrze, szepnęła cicho Lola; bo choć ja ciebie nie zobaczę, ale i Aneta widzieć nie będzie.
Matka dosłyszała.
— Co mówisz, Lolu?
— A! to sekret, mamo: nie chcę, żeby Jerzy nadto często bywał u Anety; wiem, że ona w nim szalenie się pokochała, i boję się.
— A jeśli on ją kocha także?
Lola potrzęsła główką.
— Ja tego nie chcę; on mnie tylko kochać powinien... ja jestem zazdrosna o niego.
— Jak to! siostra?
— Trochę jak siostra... zresztą, ja nie wiem... Możebym popłakawszy odstąpiła go innéj: Anecie nigdy.
— Czemuż nie Anecie?
Lola milczała trochę.
— Jestem zazdrosna. Aneta kochać nie umie: czuję to w duszy mojéj. Zresztą, może to wszystko dziwactwo. Juraś dziwak, to i ja mogę być także trochę dziwaczką.
Ale noc się zbliżała, i Jerzy nareszcie odjechać musiał. Pożegnał matkę, potém Lolę, która w długiém ściśnięciu trzymała jego rękę, potém wzrokiem przykuła go jeszcze do siebie, potém pod pozorem jakiegoś rozkazu wybiegła przeprowadzić go w ganek, i nie puszczając jeszcze, szepnęła przy rozstaniu:
— Jerzy! jam dziecko, nie prawdaż? ale cię kocham!
— Znajdęż słowo, aby ci odpowiedzieć? Tyś moja, ja twój jestem na zawsze! na zawsze!
— Pamiętaj! na zawsze! na zawsze! Bóg słyszy, a gdybyś mię opuścił, przysięgam ci, jabym umarła.
I znikła mu z oczu.
Nie wiem czyśmy tę scenę niespodzianą i dziwną a nagłą potrafili odmalować jak ona zajaśniała w życiu Jerzego, czystą i niewinną, jasną i piękną prostotą swoją.
Lola uległa szybko gwałtownemu uczuciu, które rachować nie miało; pierwszemu rozkwitowi miłości, która poczęła się wybuchem i wybuchem objawić musiała. Jerzy pojął teraz, że kochał ją od chwili gdy zobaczył, równie gwałtownie; że rozmysł tylko, obawa, przyzwoitość, wstrzymały go od przypuszczenia, że to mogła być miłość, od rzucenia się jéj na szyję z tym wykrzykiem: „Kocham ciebie!“
Co daléj być mogło? jak skończyć się miały nadzieje? marzenia? nie myśleli oboje. Im dosyć było kochać się i być siebie pewnymi.
Gdy Lola powróciła do salonu matki, hrabina, która już coś dostrzegła, przywołała ją do siebie.
— Lolciu, ale ty doprawdy nadto jakoś gwałtownie przywiązałaś się do Jerzego?
— Ja, mamo? całą duszą, tak mocno...
— Może za nadto mocno, może zbyt śmiało i nagle.
— Ale ja mówiłam mamie — odparła Lola — że gdym go pierwszy raz zobaczyła, zdało mi się, że mój anioł stróż stanął przedemną... Uczułam coś takiego, jakby mnie oblały blaski, jakby z niebios zstąpił posłaniec, jakby... Nie! tego powiedzieć nie można.
— Dziecko moje! to nie jest miłość siostry, na Boga!
— Ale on nie jest bratem moim, sam mi to mówił... Ja nie wiem zresztą, mamciu, ja go kocham, bo o tém nie myślałam, bom tego uczucia nie wymarzyła... samo ono przyszło jak piorun i porwało mnie jak burza.
— Lolu! dziecko kochane, co mówisz?
— Prawdę mamo...
— I mówiłaś to jemu?
— Mówiłam...
— A on... na Boga, cożeś zrobiła!... a on?
— O! bądź spokojna, mamciu droga! on mnie tak kocha jak ja jego; on jest moim a ja jego na zawsze... na wieki!
Nic bardziéj przerażającego nie mogło być dla hrabiny nad to wyznanie. Jéj pojęcia, pobożność, bojaźliwość, czyniły myśl sama tego związku prawie świętokradztwem... Wstrzęsła się, pobladła, załamała ręce.
— A! to nowa kara boża! Nie wiesz chyba i nie pojmujesz jak jesteście blizcy siebie, że prawa bozkie i ludzkie was rozdzielają. Nigdy nie możecie być czémś inném tylko siostrą i bratem, nigdy żoną i mężem; karze Bóg, nie błogosławią ludzie, wyklina kościół, świat wyszydza i odpycha....
Lola pobladła jak marmur.
— To być nie może! rzekła. Cożem ja winna, że kocham? za cóż nam jednym na świecie ma być zabroniona miłość?
— Miłość braterska, ale...
Hrabina wytłómaczyć się jaśniéj nie mogła.
— Ale nigdy nie możecie być mężem i żoną...
— A na cóż mężem i żoną nazywać się mamy koniecznie? odpowiedziało dziecię czyste z uśmiechem anielskim. Ja nie pójdę za mąż nigdy, on się nigdy nie ożeni, pozostaniemy razem, wierni sobie, byle nam nic nie przeszkadzało całe życie zostać z sobą, patrzeć na siebie, kochać się, i kochać do śmierci.
— Ale świat? ale ludzie?
— A cóż światu i ludziom miłość nasza zaszkodzić może?
— Dziecko drogie! a! tego ci matka powiedzieć nie potrafi! Ale hamuj uczucie, póki nie pojmiesz wszystkiego, co dziś dla ciebie ciemne...
— Moja mamciu, to jakieś tajemnice, odparła Lola; ale powiedz mi choć to, dla czego kochać nie można, nie żeniąc się, i kochać serdecznie?
— Dość tego dziecię moje, dość, uspokój się. Niecił ci Bóg zeszle pokój, bo na mnie padła nowa trwoga, któréj ty nie pojmujesz...
— Nie! Jam spokojna i pełna ufności w Boga! rzekła Lola kładąc rękę na piersi. I ty, mamo, możesz być spokojna...


Od śmierci hrabiego życie panny Izabelli Moroszówny wielce się zmieniło. Jakkolwiek zawsze była zamknięta w sobie i niełatwo było dojść co się w myśli jéj dzieje, po pewnych oznakach postrzegano, że cierpi, że jest niespokojna, że ją tajemnie gryzie myśl jakaś skrywana. Porzuciła prawie tę muzykę, którą żyła jedynie, całe noce chodziła po pokojach z głową opuszczoną, a gdy poczciwa sługa przyszła namawiać ją do snu, stała przed nią, odzywać się musiała coraz głośniéj i nieposłyszana ciągnąć musiała swą panię, aby ją z zadumy obudzić i prawie gwałtem do jéj pokoju odprowadzić. Tak samo we dnie, tylko razy kilka posyłała po Żerebę, dowiadując się o interesa, z których najpilniejszym dla niéj był testament hrabiego. Żereba kiwał głową, nie mogąc tego zrozumieć; ale konie porozstawiał i miał coraz świeże wiadomości, a gdy testament obalony został, dano znać zaraz drugiego dnia do Pińska tą pocztą zaimprowizowaną. Panna Izabella zdawała się nieco uspokojoną. Cóż gdy w parę dni nowy posłaniec z dziwną wieścią i obszernym listem od Szperki, że Jerzy dobrowolnie zrzekł się caluteńkiego spadku na stryja!
Żereba nie wiedział już jak z tém pójść do pani, przewidywał burzę, a bardzo pragnął, żeby sobie do zwykłego trybu życia powróciła, z czém mu było daleko wygodniéj.
Utaić przecię nie było podobna, i rano z tym listem poszedł zafrasowany, jak najwymowniejsze gotując sprawozdanie.
Gdy jéj o plenipotencie oznajmiono, wyszła panna Izabella, jak zawsze ubrana bardzo skromnie, z twarzą od kilku tygodni postarzałą i zmienioną. Piękne jej oczy wpadły, policzki pobladły, czoło się pomarszczyło, gęściejszy włos srebrny przebijał się na głowie. Zawsze jeszcze piękna i poważna, teraz nosiła na sobie majestat głębokiego smutku, w który obleczona, prawie straszną wydała się Żerebie.
— Co tam chcesz panie Ignacy? Możebyś obszedł się bezemnie? jestem cierpiąca.
— To sprawa osobiście tycząca się jw. pani, rzekł adwokat z ukłonem.
— Jaka?
— A to nieszczęsne rozporządzenie nieboszczyka hrabiego... znów nowe rzeczy.
— Wszakże testament obalony?
— Jakem to miał zaszczyt zwiastować — rzekł Żereba, nie uwalniając się od deklamacyi — tak było; ale zaszły nowe okoliczności.
— Cóż mogło zajść? spytała przestraszona panna Izabella.
— Ten młodzieniec, dziwak, nie dosyć, że sam nie chciał dotknąć testamentu, że poddał się wyrokowi od razu, teraz znowu zrzekł się sądowego na swą korzyść rozstrzygnienia i całego majątku na rzecz hrabiego.
— Jak to! zrzekł się? wszystkiego?
— Jakem miał honor mówić.
— A stryj?
— Szperka pisze wyraźnie że wszystko przyjął.
Panna Izabella podniosła głowę, obruszyła się, targnęła, zmarszczyła.
— To być nie może! zawołała.
— Są listy, są dowody, je st kopia zrzeczenia.
— I cóż mu pozostało?
— Nic.
Była chwila ciężkiego milczenia.
— Prosiliście go w mojém imieniu, żeby tu przyjechał?
— Uczyniłem stosownie do woli, i mam nadzieję, że przybędzie.
— No, stało się... sama do siebie zamyślona odezwała się panna Moroszówna: na to nie ma ratunku.
— A koszta znaczne jak w błoto rzucone, dodał Żereba. Niemała rzecz, bośmy musieli przeciwko możnemu działać...
— Ileż tam?
— A jednak kilkanaście tysięcy złotych.
Panna Moroszówna nic nie odpowiedziała.
— Co pani raczy rozkazać? spytał Żereba.
— Na teraz nic jeszcze, lub... czekaj...
Namyślając się przeszła powoli po pokoju.
— Po obiedzie wezwiesz wpan do mnie pana Trzeciakowskiego.
Trzeba wiedzieć kto był pan Trzeciakowski, aby zrozumieć wrażenie, jakie to nowe żądanie wywarło na adwokata, który zbladł, zżymnął ramionami, poruszył się, chciał przeczyć, i pomyślawszy, zamilkł posłuszny.
— No! już znowu Trzeciakowski na placu! rzekł do siebie wychodząc. Otoż do czegośmy doszli?!
— Panie Ignacy, odezwała się za wychodzącym panna Izabella: jeszcze słowo. Jeżeliby Trzeciakowski nie chciał przyjść do mnie, ja pójdę do niego; powiedz mu to. Koniecznie z nim widzieć się muszę.
Trzeciakowski był urzędnikiem niegdyś od wyborów, słynął ze znajomości prawa, a co lepsza, z nieposzlakowanéj uczciwości. Był on dosyć śmieszny; nosił strój z czasów, w których był młodym i ubierać się lubił; przesadna postawa, peruka, fizyognomia, sam sposób wyrażania się zbyt wyrazisty i dokładny do zbytku, czyniły go dosyć nudną karykaturą. Ale nikt jeszcze w potrzebie nie zawiódł się na Trzeciakowskim. Była to prawość i sumienie chodzące. Gdy kto miał ważną jaką sprawę, potrzebującą tajemnicy do spełnienia, wzywano Trzeciakowskiego. Choć ubogi i obsadzony dziećmi, stary był sumienny i bezinteresowny, za poradę nawet nigdy nic nie przyjął, i wszędzie gdzie był, przyjmowano go tylko łakociami, gdyż jak dziecko słodycze lubił, a prócz miodu i rodzenków, w domu przez oszczędność innych sobie nie pozwalał. Za to w obcych domach łakomy był do śmieszności.
Żereba nie cierpiał Trzeciakowskiego, i ruszał ramionami, gdy o nim była mowa, a wyśmiewał go wszelkiemi możliwemi sposoby, nie dopuszczając nawet, żeby dobrze znał prawo, cytując porobione przezeń omyłki formy, prócz których wszakże nic nie mógł mu zarzucić mimo najlepszych chęci.
Byłby Żereba może próbował nie zastać go w domu, powiedzieć, że chory, lub tym podobnie, ale mu panna Izabella zapowiedziała, że gotowa sama pójść do niego, i to zmusiło pójść prosić na poobiedzie, choć kwaśno i niechętnie.
Trzeciakowski popatrzał mu w oczy, pokiwał głową, poprawił peruki, i z właściwą sobie dokładnością począł pytać:
— Czekajże wpan, co znaczy: po obiedzie? Obiad chłopi jedzą o dziesiątéj rano, na wsi szlachta o dwunastéj, ja o pierwszéj, inni o trzeciéj, a mówią, że za granicą dają go i o szóstéj, — więc wytłumacz mi co to jest: po obiedzie?
— No! ja myślę nad wieczorem, odparł Żereba.
— O godzinie?
— Trzeciéj... czwartéj...
— Zatem któréj?
— Naprzykład pół do czwartéj.
— Bardzo dobrze; wiec o pół do czwartéj. Bądźże wpan łaskaw pokazać mi swój zegarek?
Żereba dobył niecierpliwiąc się Breguet’a, sprawdzili oba.
— Pięć minut różnicy, będę punkt na pół do czwartéj, i proszę złożyć moje uszanowanie.
O godzinie naznaczonéj, już na stoliku stała butelka starego wina, konfitury, orzechy, pomarańcze, przysmaki wreszcie domowéj roboty, pierniki, tłuczeńce, makagigi. Panna Izabella chodziła po pokoju, gdy punkt o pół do czwartéj ukazał się z laską w ręku, w ryżéj peruce pan Trzeciakowski, kłaniając się, okiem mierząc mimowolnie rozłożone na stole słodycze, które go od razu w bardzo dobry humor wprawiły.
Ucałowawszy podaną rękę, zaproszony siadł na kanapie, a panna Izabella obejrzawszy drzwi i rozkazawszy surowo nie wpuszczać nikogo, gdy stary począł się brać do słodyczy, nic wiedząc tylko jak racyonalnie je ułożyć w porządku, by jedno drugiemu smaku nie odejmowało, odezwała się z westchnieniem:
— Szanowny panie, mam wielką prośbę.
— Cały jestem na usługi... Czy to jest róża w domu smażona?
— Nie, kupna.
— Kijowska, od Bałabuchy, to się zaraz postrzega.. Słucham, słucham.
— Czuję się niebardzo dobrze na zdrowiu, nie chciałabym bez rozporządzenia umierać.
— Ale na Boga! czyż to o tém myśleć w wieku pani!... Róża przedziwna!
— W każdym wieku się umiera.
— Święta prawda!... Śliczne pomarańcze.
— Uprosiłam więc pana dobrodzieja, bo nie życzyłabym sobie, żeby kto wiedział o mojém rozporządzeniu, a chciałabym, aby było niewzruszone.
— To się rozumie, rzekł Trzeciakowski; i zrobimy mocno... Wolno spytać, czy tłuczeńce są asani dobrodziejki?
— Robione w domu.
— Massa osobliwszéj delikatności, proporcya skórki pomarańczowej wyrozumowana... Ale o czémżeśmy mówili? bo te delikatesy robią mi dystrakcyę.
— Mój kochany sędzio, możeby spisać, bo nie zapamiętasz?
— Będziemy pisali... (odsunął nieco tacę, biorąc co napadł z brzegu). Kałamarz, pióro i papier widzę w pogotowiu. Najprzód tedy stan czynny majątku.
— Oto jest gotowy, odpowiedziała panna Izabella, dobywając papier. Sporządziłam go z pamięci. W kapitałach, nieruchomościach ocenionych nizko, różnych sprzętach, obligach pewnych, summa...
Trzeciakowski spojrzał, i przestraszony upuścił tłuczeńca.
— Możeż to być?
— Tak jest, po cichu odezwała się panna Moroszówna. Praca i oszczędność wiele mogą.
— Straszne rzeczy! straszne rzeczy!
— Krewnych nie mam, żadnéj rodziny nie znam.
— A więc zapewne na dobroczynne zakłady? spytał Trzeciakowski.
— Mam myśl inną; chcesz mnie pan wysłuchać?
— Słucham, słucham, z duszy i serca.
— Mam sobie wiele do wyrzucenia; wyrządziłam krzywdę, a raczéj ubocznie wpłynęłam na jéj wyrządzenie; chcę to naprawić. Znałeś wpan hrabiego Górę?
— Hermana? O mój Boże! doskonale! Miał stare sery jabłkowe wyborne, rzekł Trzeciakowski; raz’em ich tylko kosztował, ale ich zapomnieć nie mogę. Bardzo zacny był człowiek! Świeć Panie nad jego duszą! Pełne szafy łakoci. Komu się to dostało?...
— Syn został wydziedziczony, brat objął majątek.
— Ze spadkowego majątku? syn? to być nie może!
— Sam się zrzekł.
— Nie rozumiem.
— Dziwactwo! Ale mój sędzio, tu nie o to już idzie. Czuję się być winną w całéj téj sprawie; nie mam krewnych; synowi hrabiego, Jerzemu zapisuję wszystko..
— Wszystko! powtórzył Trzeciakowski — wszystko!
— Wyjąwszy legat dla Żereby i kilka mniejszych, które tu są spisane. Testament chcę mieć ważnym, a spodziewam się, że mi nie odmówisz pomieścić w nim tysiąca dukatów dla córek... Ofiarowałabym je ojcu, ale wiem, że ich nie przyjmie.
Trzeciakowski się skłonił.
— I ja nie wezmę — rzekł — i moje córki nie przyjmą. Nic! nie! tego nie potrzeba. Umiem cenić szacowną dla mnie łaskę pani dobrodziejki, ale to być nie może. Quo titulo? Już to z tego nie nie będzie, i nie ma potrzeby.
Panna Izabella nie nalegała, wiedząc, że stary był w tych rzeczach nieugięty.
Rozpatrzono papiery. Sędzia rozklassyfikował je drobnostkowo, ponumerował, ułożył, i zaczął znowu zakąsywać słodyczami, z których miseczki nadzwyczaj szybko się opróżniały.
Pozostały tylko gruszki surowe, za twarde na stare zęby, i śliwki, których nie lubił sędzia, bo mu tam jakieś farmaceutyczne powidełka przypominały. Gdy wreszcie nic już prawie na tacy nie było, zasiadł na kanapie, aby po dwoistéj pracy odetchnąć; poprawił peruki, i począł opowiadać, jak miał być sporządzony testament.
Rzecz trwała długo i była nudna, dla tego jéj nie powtarzamy; ale sędzia czuł się w obowiązku wyliczyć i zacytować prawa, zwyczaje, formy, a nawet przytoczyć niektóre ciekawsze wypadki nieważności testamentów, liczbą świadków lub stosownemi pieczęciami nieopatrzonych.
Narada byłaby się może zbyt już przeciągnęła, gdyby nie nadchodzący wieczór, który zmusił ją przerwać. Dopełniwszy co za niezbędne uważał, Trzeciakowski wstał, włożył rękawiczki, przygotował się do drogi, i przestrzeżony, że o rozporządzeniu Żereba wiedzieć nie powinien, poszedł powoli do siebie, myśląc o zjedzonych konfiturach, a bynajmniéj o tysiącu dukatów ofiarowanych, których przyjęcia odmówił.
Panna Izabella uspokojona i weselsza, pierwszy raz od dawna poszła grać na salkę, a głos fortepianu wyrwał z ust przywiązanéj służącéj uśmiech i wykrzyk:
— No! to już chwała Bogu, będzie zdrowa!
Nazajutrz próżno czekały łakocie na Trzeciakowskiego, nie przyszedł; aż trzeciego dopiero dnia zjawił się z gotową rzeczą, opracowaną troskliwie, z podpisanymi świadkami, pieczątkami, anneksami i co było potrzeba.
Odczytano rozporządzenie raz i drugi, p. Izabella złożyła podpis, i wstała z twarzą rozjaśnioną, chowając testament, którego druga kopia została w sądzie złożona.
— No! a jeśli ten waryat i tego testamentu się wyrzecze? zapytał sędzia zajadając: co wówczas?
— To być nie może.
— Zrzekłże się przecię po ojcu. Możeby położyć jakie zastrzeżenie na wszelki wypadek?
— Zastrzeżenie myślby mu poddało, odezwała się p. Izabella. Niech Bóg czyni co chce... Zrzecze się, weźmie ktoś przecię. Cóż mi tam! nie mam nikogo, obojętna mi komu zostawię: ubogim, złym czy dobrym, to już nie w mojéj mocy. Ja robię, do czego się czuję obowiązaną; Bóg resztę...
Sędzia zamilkł, spełnił już missyę swoją, zjadł znowu tacę słodyczy, otarł usta i odszedł wesoły, niosąc pełne kieszenie łakoci pod pozorem, że dla dzieci.. Tego może jednego w życiu zobowiązania nie był w stanie spełnić sumiennie, bo w drodze zaraz mocno fideikomis nadwerężył. Dzieciom zostały podobno gruszki suszone i antypatyczne śliwki; o reszcie sędzia nie wspomniał...


Radwanowicz z Lacyną grali sobie w warcaby, a siedzieli naprzeciw okna; Paweł dla rozerwania samotności zszedł do nich także, i spoglądał na graczów, obracając w milczeniu tabakierką.
— Robię królową, zawołał Lacyna.
— Królowa, alias dama, unum et idem, bo wszystkie królowe są damy, a wszelka dama królowa... Semiramis, zkąd zaraz... Wschód, Medya, Persya, Babilon i...
— Biorę trzy...
— Gdzie? gdzie? jak? co?
— W Babilonie!
— No mniejsza o to, odparł Radwanowicz: i ja biorę... Brać, słowo piękne, brać gdy dają i brać gdy nie dają. Ztąd wojna i bohaterstwo; znowu Aleksander macedoński, ku któremu wracać lubię, bo to był wielki człowiek choć hulaka; dalej Arystoteles, i cóż? Kwintus Kurcyusz? Pan czytałeś Kwinta Kurcyusza, mości Lacyno?
— Nie.
— Możesz go i nie czytać. Kwintus nazywał się dlatego, że nos spuścił na kwintę; a chodził w kurcie, zkąd Kurcyusz. Czegoż się można nauczyć od człowieka, który chodzi w kurcie, a nos ma na kwintę? Hołota historyk, nie prawdaż? A! ale wpan go nie czytałeś?
— Nie: biorę jedno...
— Gdzie, gdzie? Tfu! No! no! mniejsza o to! Jedno, jedność, wielka i mistyczna liczba. Hen kaj pan... Wpan nie uczyłeś się po grecku?
— Nie.
— To i lepiéj... Nie masz wyobrażenia, jaki to język bałamutny: litery pokręcone jak w konwulsyach, a każda bestya z ogonem... Ogon, cauda; Lucium a cauda? Ha! lubisz wpan szczupaka?
— Na wpana brać.
— I owszem, biorę z przyjemnością. Czekaj! a! tak! O czémże była mowa? Mowa, sermo, wymowa, eloquentia, Demostenes i Cycero... I... pro domo sua... Takich mówców pro domo sua przepaść, choć nie Cyceronów; przedmiot łatwo natchnie. Ale my oba, panie Lacyno, domów nie mamy, i przez to okazyi do wymowy jesteśmy pozbawieni.
— Jak się wpanu zdaje, dodał po chwili: czy nas wypędzą?
— Nie, rzekł regentowicz. Ale że nam tu tak jak za nieboszczyka nie będzie, to nie; już zaczynają wyznaczać wszystko pod miarą i wagą.
— Słusznie, jest to troskliwość o zdrowie nasze, regentowiczu, a nie żadne skąpstwo. Troskliwość, sollicitudo. A nużbyś ty utył jak ja i począł sapać?... Żadnaby panna za ciebie nie poszła, z obawy, że nie dałbyś jéj zasnąć; a znowu nie jesteś tak zabawny, aby bezsenność osłodzić?...
— Co wpan już pleciesz! Wygrałem.
— Bóg zapiać! Cożeś wpan wygrał? zapytał Radwanowicz: co?
— No, partyę!
— Dudka na kościele! winszuję; a ja przegrałem i nie umrę z desperacyi... Śmierć! co jest śmierć, panie Lacyno?
— O mój Boże! jak on plecie!
— Plotę? znowu plotę? Kto żyje, umiera; co nie minie: o tém się potrzeba naradzić i namyślić. Co jest śmierć? zapytuję w imieniu ks. Baki. Mors ultima linea rerum. Z drugiéj strony: co jest życie? nie wiesz wpan, panie Lacyno?
— Zawsze się ciebie żarty trzymają.
— Nie; seriosissime... Vita, życie; tajemnica, fig, mig, i skończyło się, jak świeczkę zgasił... głupia rzecz, panie Lacyno. Sokrates to powiedział, pijąc cykutę; a cykuta inna jest od cykaty, którą baby wielkanocne wysadzają. Zdaje się, że i ten filut Seneka napił się tego samego, aby być podobnym do Sokratesa.
— Co ja tam wiem!
— A, powinienbyś wiedzieć, panie Lacyno, choćby to... Seneka wielka figura: percursor chrześciaństwa, żył nie do rzeczy, ale śmierć to mu się ślicznie udała... Na urząd!
Lacyna ziewnął, Paweł westchnął, Radwanowicz sapać zaczął.
— Zagramy jeszcze partyę? spytał regentowicz.
— Zagramy. Ale powiedz mi, kto wynalazł warcaby?
— Któż wie!
— Ja nie wiem, dla tego pytam; a p. Paweł?
Siermięzki przywykły do tych wybryków, ruszył tylko ramionami.
— Panie Pawle, daj tabaki; mówią, że ona ożywia i mózg rozwesela, ale nos smuci, dodał professor.
— Oho! tabaka! to rzecz poczciwa! rzekł Paweł.
— Nie przeczę. Kto zaczyna?
— Ja — rzekł Lacyna, — baczność!
— Raz, dwa, trzy...
Ale nie zaczęli partyi, bo Wicek wpadł zadyszany.
— Panicz przyjechał!
— Kto? jaki? porwali się wszyscy.
— A no! panicz! pański syn!
— Gdzież jest?
— W ganku, i pyta się o p. Lacynę i o p. Pawła.
Wszyscy jak stali, przewróciwszy warcabnicę, wybiegli ku gankowi, gdzie w istocie stał Jerzy, przyszedłszy pieszo z miasteczka od ks. Mizeryi, którego najprzód odwiedził. Powitano go okrzykami radości, a stary Siermięzki kręcił się, nie wiedząc czém go i jak miał przyjmować... Myśleli już, że im na dobre powrócił.
— Chwałaż Bogu! a to pan z nami znowu?
— Jakżeśmy tu tęsknili po panu!
— Chociaż rozmaicie tu było... począł Radwanowicz; ale nie dokończył, bo Jerzy się odezwał:
— Moi kochani przyjaciele, ja tylko tu przejazdem do was umyślnie w odwiedziny przybyłem, ale nie powracam do Horycy. Wszystko zostało jak było. Szło mi tylko o to, bym się przekonał, czy wam czego nie braknie, bobym się mógł upomnieć.
Paweł spojrzał mu w oczy.
— Oho! tu nie ma nic złego, ale pustki; kilka lat, a i domisko się zawali, och! i szkoda go będzie... A ja tu nie wytrwam i za wami taki pójdę...
— Dobrze, jak ja swój lub pożyczany kątek mieć będę. Bezpieczniéj wam tu jeszcze, bo ja niekoniecznie wiem gdzie głowę przytulę. Młodemu to nic, a starym już ciężko się wałęsać.
— Jabym to samo co Paweł zrobił, rzekł Lacyna; ale muszę pilnować gospodarstwa, bo tu bezemnie wszystko do góry nogami przewrócą.
— Mnie też biblioteki porzucać nie wypada, bo to tego jak oka we łbie strzedz potrzeba, rzekł Radwanowicz: myszy, szczury, pył sprzysiężeni na nią nieprzyjaciele, knujące spiski wrogi... Conjuralio Catilinae, a szczur tu reprezentuje Katylinę...
— Zostańcie więc, rzekł Jerzy: zostańcie; mam nadzieję, że tu wam tak źle nie będzie. Zapewniłem wam spokój i to wszystko do czegoście przywykli.
Paweł machnął ręką, jakby mówił: Co mi tam!
We czterech potém poszli z Jerzym oglądać domowstwo, którego on gdy pierwszy raz przybył, prawie nie widział, i ze wspomnień tylko dziecinnych miał je w pamięci.
Niewiele mu się też tu zmieniło od młodych lat, mniéj jeszcze od śmierci ojca, w którego pokoju ogień tylko wygasł na kominie. Paweł nigdzie sprzętu nawet poruszyć nie pozwalał. Radwanowicz z kolei powiódł go do swéj biblioteki, którą się pragnął pochlubić.
Była to salka cała od góry do dołu wypakowana, dosyć skromnie na sosnowych i dębowych półeczkach umieszczonemi książkami, bez żadnego porządku. Radwanowicz nigdy nie mógł przyjść do systematycznego ich układu, utrzymując, że każdą książkę w chaosie tym może znaleźć na zawołanie, a gdyby inaczéj je uporządkował, do niczegoby nie trafił. Leżały więc jak Bóg dał, w największym zamęcie, jak wiadomości w głowie Radwanowicza, i przedstawiały obraz dziwny nagromadzonych płodów fantazyi, umysłu, nauki z najróżniejszych świata duchowego krańców. Radwanowicz pysznił się swą biblioteką, i rzeczywiście poznawał w niéj każdego mieszkańca, dziwnym jakimś instynktem, po okładce, po barwie, po wzroście, po cechach dla innego niedostrzeżonych.
Jerzy popatrzał na to z uczuciem, przypominając, że te stosy były jedyną ostatnich lat ojca pociechą i rozrywką. Książka, którą czytał przed śmiercią, Tacyt, ulubieniec Hermana, leżał jeszcze roztwarty, a Radwanowicz nie śmiejąc dotknąć téj relikwii, wskazywał ją z uszanowaniem.
Tak powoli przeszli dom cały, i Jerzy nie spoczął, aż późnym wieczorem, — a nazajutrz do dnia urządzono mu podróż do Pińska.


Smutne na nim wrażenie uczynił dom panny Izabelli, pustka bezduszna a wrzawliwa, która go otaczała, brzydota, nieczystość, śmieciska opasujące dokoła kamieniczkę, jakby na wygnaniu stojącą. Wieczorem tegoż dnia wiedziano o jego przybyciu. Żereba dwakroć go odwiedził, i w końcu zaprosił na południe do swéj pani. Ranek cały nękał tymczasem przybyłego p. Jan Piotr Mąkiewicz, który miał sobie za obowiązek stawić się przed hrabią z listą ofiar na cel ów ważny i wielki, któremu życie swoje poświęcał.
Płacząc wskazywał ów przez siebie położony podpis ś. p. Hermana Góry, przysięgając, że on jeden pojmował tylko ważność missyi, któréj się podjął Mąkiewicz, i najsilniéj go do wytrwałości zachęcał. Musiał Jerzy rad nie rad pójść w ślady swojego ojca, a Mąkiewicz natychmiast udał się do blizkiego szynku obchodzić tę wielką uroczystość.
O południu wszedł Jerzy do domu, który jeszcze jak przez mgłę ze szkół pamiętał; ale gdy przed nim stanęła panna Izabella, byłby już jéj nie poznał, tak wiek i smutki ją odmieniły. Nie bez wzruszenia zbliżyła się do niego biedna kobieta, któréj rysy młodego chłopaka żywo przypominały i nadzieje młodości, i przykry zawód, jakiego doznała. Poważnie, smutno podała mu rękę i posadziła przy sobie. Długo nie mogła wyrzec słowa.
— Pamiętasz mnie? spytała wreszcie.
— Wdzięczne uczucia nigdy się nie zacierają, odparł Jerzy. Pamiętam dobrze, gdy ojciec umyślnie mnie ze zbytnią surowością wdrażał do życia, paniś mi je starała się osłodzić.
— Dziś, gdy on już w grobie, przerwała panna Izabella: na téj świeźéj mogile wszystko potrzeba zapomnieć i przebaczyć. Znałam ojca twojego od bardzo dawna i z blizka; była chwila w mojém życiu, gdym się spodziewać mogła, że losy wspólne nas połączą. Bóg i on chcieli inaczéj. Jam pozostała wdową bez męża, sierotą na zawsze, i bardzo biedną. Nie obwiniam go; obojeśmy byli winni: on sercu nie wierzył, ja nadto rachowałam na nie... Wszystko to dziś sen, przeszłość, marzenie; zostały tylko obowiązki, o których mówić potrzeba. Ja starzeję... rodziny nie mam... dodała powoli. Jerzy, chcesz-li być synem dla mnie i dzieckiem serca mojego?
Jerzy nie wiedząc co odpowiedzieć, ucałował jéj rękę w milczeniu.
— Nie miałeś ojca, chcesz-li choć późno odzyskać matkę? Możem ja przyczyniła się do wydarcia cię ojcu, ojca tobie: niech ci się sercem matki wypłacę. Wiem wszystko, kończyła żywo: twoje poznanie z nim, ostatnie chwile hrabiego, pojednanie wasze, testament i to, coś ty uczynić sądził konieczném.
— Mógłżem inaczéj? spytał Jerzy.
— Nie: rozumiem cię, pojmuję to bałwochwalcze poszanowanie woli ojcowskiéj, gdy się jéj sprzeciwiło za życia!... Nic na tém nie stracisz. Chcę, abyś matkę miał we mnie. Jam stęskniona długą samotnością; choć na starość, choć cudzą chcę sobie przyswoić rodzinę. Chcesz-li obarczyć się moją starością i smutkiem?
Jerzy stał nieco zmieszany.
— Nie rozumiesz mnie — rzekła. Czekaj i słuchaj chwilę. Jam bardzo nieszczęśliwa, jam bardzo samotna. Kochałam twojego ojca, póki mnie nie odepchnął ręką zimną; kocham dziś dziecię jego miłością, zgryzotą, potrzebą przywiązania na starość. Nie będę ci ciężarem, potrafię może być pomocą. W samotności świat się oczom odsłania tak nagi, tak prawdziwy jak nigdy; zyskasz gdy ja cię weń wprowadzę.
— Ale gdzież chcesz pani, byśmy razem byli? spytał Jerzy z wahaniem. Ja nie mam jeszcze ani kątka.
— Ty już masz wszystko co ja mam, odparła panna Izabella żywo: jestem bogata dla ciebie; od dawna już tyś dziecko moje, wyznaczone do odziedziczenia po mnie. Coś utracił po ojcu, weźmiesz odemnie, z żywych rąk matki, a raczéj razem z matką. Prawnie już dokonane wszystko. Wszak mi nie odmówisz?
Jerzy rumienił się i mieszał.
— Ale wieszże pani, przerwał, dla czegom odmówił spadku po ojcu? Lękałem się wdzięczności i niewoli!
— Wiem wszystko; ale tamto mienie kładło na cię pęta, moje cię uwalnia od nich. Ze mną nic nie bierzesz prócz mnie jednéj, i nie ofiarę przyjmujesz, nie dar, ale spadek macierzyński. Świata nie znam, z nim cię nie zwiążę; pozwolisz tylko, by stara przyjaciołka ojca siadła u twojego progu i czasem przypomniała sobie młodość, roiła sobie rodzinę, śniła, że ma syna.
Tu oczy panny Izabelli pierwszy raz od dawna zaszły rzewnemi łzami. Ujęła jego rękę drżącą, zdawała się błagać go, aby nie odrzucał téj ofiary.
— To co weźmiesz odemnie, da ci swobodę — dodała, — nie narzuca żadnej wdzięczności, bo nie mam komu przekazać mienia, sama go na nic nie potrzebuję i użyć nie umiem. Ale myśl tylko, czy ja ci nie będę ciężarem, czy zniesiesz starą, biedną kobietę u twojego boku?... Obyczaje moje samotne, siedzę zamknięta, lubię jedną muzykę: ona mnie przy życiu trzymała... Godzinę jakąś tylko w dniu dasz dla mnie, taką jaka ci zbędzie, z którą nie będziesz wiedział co robić.
— Czyń pani jak jéj się podoba.
— Przyjmujesz więc? możeż to być? ty przyjmujesz?
I wstała z oczyma wyjaśnionemi, chcąc go ucałować w ręce z takiém uczuciem, że chłopak cały przejęty ledwie miał czas się usunąć i drżące jéj ucałować dłonie.
— Nie sądź — dodała żywo — bym stara i znudniała miała ci być ciężarem. To szczęście, którego mi dasz rzeczywistość, cenię drogo i poszanuję; będę ci matką, radą, sługą, będę piastunką pokorną i cichą, ale mnie nie odpychaj. Nie wstyd ci będzie przyjąć od matki przybranéj trochę tego lichego grosza, który jéj na nic się nie przydał. Słuchajże teraz mnie jeszcze. Posłałam już do twojego stryja, aby u niego kupić Horycę; tam dla nas jest stary dom ojcowski. Dla mnie on będzie miłym i cichym przytułkiem. Hrabia sprzeda majątek, bo mu go dobrze zapłacimy. Nic się tam nie ruszy z miejsca, wszystko jak było zostanie: ludzie starzy, słudzy, sprzęty... tylko izdebkę gdzieś znajdziecie dla mnie. Nie dobryż to projekt?
Jerzemu snem się to wszystko wydawało. Życie jego w niespodzianych i coraz nowych zmianach tylu go karmiło wzruszeniami, że młode i chciwe ich serce podołać im już nie umiało; nie wiedział jak radzić, jak je przyjmować.
W młodéj piersi odzywała się teraz myśl tylko jedna, dawna: straconéj swobody. Plotło się wszystko około niego tak, że musiał utracić panowanie nad swoim losem i sobą, i wnijść znowu jak kółko posłuszne do téj machiny, która się społeczną zowie całością. Poczuł, że próżnoby się wyrywał z niéj, że inaczéj być nie może.
— Cóż poczniemy — spytał po chwili — jeśli do tego domu, który będzie twoim, który ty nazywasz naszym, jeszcze kto więcéj przybędzie? I zarumienił się. Matko, jeśli mi się już tak pozwalasz i każesz nazywać: przyznam ci się, żem od dni kilku związany słowem, sercem, przysięgą.
Panna Izabella zadrżała prawie, uczucie macierzyńskiéj zazdrości obudziło się w niéj, choć najprzód przewidywać mogła, że Juraś sam nie pozostanie na świecie.
— Jak to! już twoje serce oddane? już wybór zrobiony?
— Tak jest...
— Mów mi więc wszystko, jak matce.
I Jerzy począł jéj szczerze spowiadać się ze swojego do Loli przywiązania, a takiemi siostrzyczkę odmalował farbami, że choć obraz był prawdziwy, zdawał się gorącą przesadzony miłością. Panna Moroszówna słuchała prawie z przykrością.
— A będzież ona mnie kochała? spytała smutnie. Cóż poczniecie z sobą, będąc tak blizkimi krewnymi? Nie stanąż wam na drodze zwyczaje, przesądy, prawa? Nie jest-li to jutrzenka cierpienia zamiast gwiazdki szczęścia?
— Ja nie wiem, ale z serca chciałem się wyspowiadać, rzekł Jerzy pokornie.
Cała reszta dnia zeszła na rozmowie, na dziwném tém przybraniu sobie dziecięcia, które nowe uczucie i zajęcie wlało w osierocone serce kobiety. Panna Izabella uczyła się macierzyństwa.
Na obiad przywołany wszedł Żereba ciekawy i niespokojny, a spostrzegłszy swą panię tak wesołą, zmienioną do niepoznania i odmłodzoną, przejętą i łzawą szczęściem jakiémś, gotów był ją posądzić o poczwarne jakieś na Jerzego zamiary.
— To stary przyjaciel domu — rzekła panna Izabella, przedstawiając prawnika — pan Ignacy Żereba; a to syn mój przybrany — dodała — który od dziś dnia jest tu tak panem jak i ja...
Żereba zaciął usta, zgiął się pokornie we dwoje, ale dużo myślał rzeczy, których nie miał ochoty powiedzieć.
— Otoź to, dla czego Trzeciakowski zjadł tyle konfitur! rzekł w duchu: bogdaj się udławił! Ale do czegóż to podobna? panna przybiera syna... młokosa... rzecz więcéj niż podejrzana!
Kwaśno spojrzawszy na Jurasia, usiadł zmieszany; wszystkie jego nadzieje były na raz zburzone: nie mógł się przemódz, aby okazać spokojnym.
Nazajutrz przyszła oczekiwana odpowiedź od hrabiego Rajmunda, który ofiarował się sprzedać Horycę i delegował ku temu umyślnego pełnomocnika. Żereba wyznaczony został do traktowania z nim i dobicia. Panna Izabella usiłowała zatrzymać przy sobie Jerzego, ale jego i miłość i tęsknota pędziły ku Zarubińcom, gdzie był poczynił zresztą starania o dzierżawę i przygotowania. Teraz już stało się to niepotrzebném, gdyż panna Izabella kończyła o Horycę, sama przenieść się chciała natychmiast i przy sobie mieć Jerzego, oddając mu zarząd i gospodarstwo.
Jakkolwiek wszystko to na raz nie stało się głośném, przez Żerebę jednak niechętnego tym nowym rozporządzeniom, przez sąd, który gotował na Horycę tranzakcyę, zresztą nie wiedzieć jakiemi drogami, wiadomość o tych wypadkach poszła w świat na ludzkie języki.
Był to pokarm posilny dla próżniaków. Często z bardzo małéj i prostéj rzeczy robią się dziwy; cóż gdy zdarzenie samo z siebie jest dziwne i niezwyczajne?
Życie Jerzego, jego losy, doskonałego dostarczały wątku do tworzenia ciekawych historyj i bardzo miluchnych ploteczek, a w miarę oddalania się od źródła, strumyki te wzbierały jak rzeki na wiosnę i coraz barwniejszemi płynęły falami. Z Pińska błyskawicą wiadomość o usynowieniu Jerzego przez pannę Izabellę poleciała w okolicę Zarubiniec, a dziwne to przyznanie za dziecię przez dawną ojca jego kochankę, zapis ogromnéj fortuny, którą powiększano jeszcze, kupno Horycy, z tém co każdy z własnéj dosztukował fantazyi, złożyło całość wcale ciekawą i piękną. Jerzy stał się bohaterem i przedmiotem żywych rozpraw o kilkadziesiąt mil w koło. Rozumie się, że jemu i tym, co z nim byli w stosunkach, nie szczędzono jaskrawego kolorytu: kiedy malować to malować.
U państwa Jędrzejowstwa pierwszy jakoś dowiedział się o tém sam mąż, i wpadł zdyszany do żony, kręcąc wąsy, których nie miał.
— Otoż nowina! oto nowina! wołał.
— Cóż się stało?
— Osobliwsze rzeczy! Żyd przyjechał z Pińska, który był, widział, słyszał i wie najdokładniéj... to rzecz niezawodna...
— Ale cóż przecię?
— Kiedy mi nie dajesz powiedzieć, kochana Stasiu.
— Ja nie daję! panie Jędrzeju! z przyciskiem i wyraźną groźbą odezwała się żona...
— Przepraszam duszeczko, całując usuwające mu się rączki, zawołał skruchą przejęty Jędruś. Ale nie patrzże na mnie tak srogo, bo mi to odejmuje pamięć i przytomność... Otoż jest wiadomość z Pińska, że hrabia Jerzy... Jerzy... no wiesz, co Aneta w nim...
— Ale cóż pleciesz!
— No tak! Jerzy... znowu historya!
— Cóż się z nim stało?
— Przybrany został za syna przez niejaką pannę Izabellę Moroszównę, bardzo bogatą, milionową osobę, która się niegdyś w jego ojcu kochała... Ta zapisała mu cały majątek, kupiła dla niego Horycę, i ma przy nim zamieszkać...
— Cóż to znowu za bajki! odezwała się Stasia.
— Jak to bajki, kiedy Żyd mówił! Żydzi zawsze wiedzą najlepiéj... Jankiel... Już ja ci powiadam, że prawda.
— To do niczego niepodobne!...
— Ale tak jest! tak jest! Aneta miała dobry węch!.. ho!
— Co to jest? co to jest? groźnie i ostro przerwała Stasia: co za domysł szkaradny?
Jędruś rozśmiał się z lekka jeszcze, ale mocno pomieszany.
— E! to ja sobie tak tylko mówię...
— Aneta, wiedz wpan — rzekła matka — nie może być nawet posądzana... Ślicznieby było, gdybyś to wpan, jak to ci się czasem trafia, przy ludziach po wtórzył! Pleciesz i pleciesz! Ej! panie Jędrzeju!
Jędruś spuścił głowę, pokręcił wąsa i zamilkł przygnębiony, a matka żywo poszła z nowiną do córki, którą, jak zawsze, tak i teraz zastała roznerwowaną, smutną, zamyśloną i niespokojną.
— Cóż ci to, moje kochanie?
— Czuję się niezdrową...
— Ja to sama widzę i posłałam po Szemerego.
— Posłała mama? na cóż?
— Ale, jeśliś chora...
— Ja znowu tak chora nie jestem.
— Zawsze lepiéj, żeby cię zobaczył; pojechali po niego wczoraj jeszcze, ale go wyszukać niełatwo, bo nigdy w domu nie siedzi... Ja sama widzę w tobie coś nienaturalnego...
— Sama nie wiem co mi jest.
Matka troskliwie wpatrywać się w nią zaczęła.
— Szkoda, żeśmy do wód nie pojechali.
— Wodyby nie pomogły, odparła Aneta, patrząc na matkę załzawionemi oczyma.
Mówiły jeszcze z sobą, gdy wilk, o którym właśnie wspomniano, zjawił się we drzwiach. Szemere wszedł po pokoju, przydybany gdzieś u wistowego stolika i gwałtem wyciągniony prawie do państwa Jędrzejowstwa.
Twarz jego brzydka budziła odrazę w Anecie, która w dowcipie i wesołości także niebardzo smakowała; ale poczciwy doktor rozbrajał ją pokorą, i uwielbieniem. Rzadko kiedy go tu wzywano; na ten raz domyślał się już czegoś ważnego, i zdumiał się, zobaczywszy wszystkich na nogach i na oko zdrowych.
— Moja dobrodziejko, rzekł do panny Anastazyi: trzebaż mnie było odrywać od wista, w którym już, już zacząć miałem wygrywać... dla jakichś spazmów? Nie widzę, chwała Bogu, ani śladu choroby nigdzie.
Gospodyni mrugnęła na niego, oczyma wskazując mu córkę.
— A! więc to jest moja śliczna pacyentka, rzekł zbliżając się i siadając naprzeciw niéj. Hm! hm! gdzieżto choroba może się pomieścić w takiém śliczném bożém cacku? Co pani jest?
— Mnie, doktorze? Ale nic, zupełnie nic: mama choruje za mnie.
— Matki to czasem lepiéj widzą od dzieci, i dowiedziona rzecz, że kiedy dziecię ma cierpieć, najprzód to macierzyńskie serce poczuje. Więc egzaminujmy się.
— Ale ja jestem całkiem zdrowa! tak tylko trochę podraźniona.
— Dobrze, jest tedy symptom: podraźnienie. A więc nerwięta kochane w robocie: to utrapienie wszystkich lekarzy, to licho którego ani opanować, ani mu dać rady, ani zrozumieć nawet. Cóż tedy? trochę smutku? trochę niepokoju? znudzenie światem?
— Nieźle zgadujesz, doktorze: coś podobnego.
— Ale to choroba pospolita wszystkich panien, którym potrzeba iść za mąż, rzekł Szemere. Na to jest recepta, panaceum uniwersalne: ładny i poczciwy chłopiec.
Aneta ruszyła ramionami.
— Nieznośny pan jesteś ze swemi żartami.
— Patrz pani! a ludzie jednak mnie znoszą, miejscami nawet kochają, odparł doktor. Ale ten stan nerwowy lepsze nawet niż ja rzeczy obrzydza.
— To nie sam stan nerwowy, jak go nazywasz, przerwała matka: boć ja wiem, że na to woda laurowa, kwiat pomarańczowy są wystarczające, kochany Szemere. Ale ona nic nie je, wieczorami głowa ją boli, łzy kręcą się w oczach...
— Powiadam pani, to te nerwy łotry rozhulały się, dodał doktor. Laurowe krople i woda pomarańczowa dobre, kiedy się one na chwilę zbuntują; ale to coś zakrawa na stan chroniczny.
Spojrzał w oczy Anecie.
— Cóżbyśmy to z panią zrobili? hę? A gdyby wieczór taneczny? to jest wcale niezłe lekarstwo, balik? przejażdżka? słowem coś z tych rzeczy, co to się zowią dystrakcyami?
Aneta wciąż ruszała ramionami, nie odpowiadając. Doktor po chwili ukłonił się i wyszedł z matką.
— Pani dobrodziejko, żart na stronę — rzekł — czy się tylko panna nie kocha?
— Ale, nie wiem...
— O! o! matka żeby się nie domyślała! Doktor to spowiednik: mów-no mi pani szczerze, może coś poradzimy. Miłość to jeszcze nic, ale gdy się sprzeciwi jéj i podraźni, gotowa doprawdy sprowadzić komplikacye osobliwsze. Tu wszakże trudno się czegoś podobnego obawiać: panna piękna, bogata, rozumna, nie oparłby się jéj i święty. Ja pierwszy — dodał śmiejąc się — gdyby we mnie się zakochała, ryzykowałbym się.
— A! co pleciesz doktorze!
— Dalipan, że zrobiłbym ofiarę. Pani myślisz, że to nie byłaby ofiara?
Pani Anastazya pogroziła mu palcem na nosie.
— A jużciż, będąc tak brzydkim i starym jak ja, to gotowa bieda. Ale mówmy seryo, droga pani: panna Aneta zakochana?
— Być może!
— E! mów pani jak przed przyjacielem.
Matka westchnęła głęboko i podparła się na dłoni.
— No! to ci to już koniecznie trzeba wszystko powiedzieć? Zdaje mi się, że odgadłeś.
— Chwała Bogu! górą medycyna! Poradzimy!
— Nie wiem, bo...
— Jużciż nie we mnie to pewna; powiedz mi pani, po cichuteńku, na ucho, w kim?
— One tu podobno wszystkie głowy potraciły dla tego bohatera w siermiężce... (Ruszyła ramionami). Prawda, że chłopak niczego, ale dziwak.
— Jestem w domu! Hrabia Jerzy?
— Tak i mnie się zdaje.
— A no! to go wziąć, zawołał doktor. Kobiety mają na to tysiąc sposobów, a na mężczyznę jednego dosyć.
— Nie tak to łatwo, powoli rozgadując się, odezwała się matka. Z każdym innym byłoby mi nierównie wygodniéj, ale to zdziczałe, samowolne! Aneta lepiéjby zrobiła daleko, gdyby go sobie z głowy wybiła.
— A, pani dobrodziejko! jak skoro siedzi w głowie, to bardzo trudno; gdyby był w sercu, jeszcze jako tako: klin klinem... zaśmiał się Szemere. Homeopatya w rzeczach miłosnych, doskonały środek.
— Wszystkich bo pozrażała! mieliśmy ich tylu!
— Cóż ja tu pani poradzę? Doprawdy, to komedya Doktor w kłopotach! Matka już lepiéj od lekarza wiedzieć będzie co robić: w jéj ręce rezygnuję władzę moją.
— Ale doprawdy, doktorze, mówmy już bez żartów. Ona nie je, nie śpi, chudnie, niezmiernie chudnie, widzę to po gorsecie; blednieje, płacze... to rzeczy są groźne.
— Nie ma sposobu: albo nastawcie sidła na ptaka, albo szukajcie drugiego.
— Aneta była dotąd tak ostrożna, tak rozumna! westchnęła matka.
— I to bieda, rzekł doktor. Gdyby się była ze dwa razy wprzód wykochała, terazby jéj to nie przychodziło tak ciężko; ale widać, że to na seryo!
— I ja się tego obawiam.
— Musicie więc sobie hrabiego zwerbować, dodał Szemere. Na to są przecię sposoby: zbliżyć się do stryjenki, ująć Maksa i Ottona jego przyjaciół, wreszcie pociągnąć per fas et nefas, a przeszkód mu nie stawić.
— A! mój kochany doktorze! odezwała się matka wzdychając ciężko: najlepszy człowiek ten mój mąż, ale ty wiesz jak on biedak prostoduszny. Nic z nim zrobić! nieszczęśliwa jestem, bo nie mam się kim posłużyć! Zostawiony sam sobie na chwilę, zawsze bąka ustrzeli i dom skompromituje.
— E! gdzieby zaś! odparł doktor. To prawda, że pan Jędrzéj simplex servus Dei; ależ ojciec, ale dobry człowiek: jak mu pani da lekcyę, nauczy się jéj i wyrecytuje.
— Zawsze coś swojego dołoży.
— Tak, toby mogło wypaść niebardzo szczęśliwie. Zawsze jednak kiedy nie ma kogo użyć, trzeba tego co jest; liczcież trochę i na to, że ja stary intrygant, jestem także na wasze usługi. Tylko na mnie znów rachunek niewielki, bom papla.
— A! zlitujże się! nie wygadaj!
— Nie! nie! w innym razie, może; tu jestem jako lekarz przy pacyentce: radzę.
Pani Jędrzejowa ruszyła ramionami, zbliżyła się do ucha doktora i szepnęła mu:
— Tylko mnie nie zdradź! Wiedz, żem złapała list, który chciała pisać do niego...
— Pierwsza ona! to źle! to bardzo źle!
— Dla togom tak niespokojna.
— I list poszedł? zapytał doktor.
— Ale nie! spaliłam go! Uprosiłam, żeby tego nie czyniła; ale Aneta ma wolę silną, i nie dziś, to jutro zrobić gotowa co postanowi.
— Ale on? jakże z nią był? spytał Szemere: dał powód do tego?
— On... właśnie, że to rzeczy niepewne. Bóg go wie, jak z nią, jest; zdaje się, że się jakoś rozumieją, chociaż Aneta coraz traci śmiałość, dziecinnieje przy nim, i boję się, żeby jéj nie zawojował. A z drugiéj strony, mówią, jakoby się szalenie kochał w swojéj siostrze stryjecznéj.
— Coraz nowe rzeczy! zawołał Szemere. Ależ to być nie może! Sodoma i Gomora! Na to ani pobożna hrabina, ani sztywny hrabia nie pozwoli nigdy... Zamieszanie! chaos, a panna chora z miłości! Czyż pani już konceptu zabrakło, żeby go tu przyciągnąć i środków, by przytrzymać? Toby był koniec świata.
— Mamże posłać po niego? cóż pocznę? Męża chyba wyuczę i odkomenderuję.
— A! na nic się to nie zdało! rzekł doktor kiwając głową. Męża sobie pani odeszléj do gospodarstwa, to jego rzecz, a tu sam a rób!... Gdybym mógł, gotowem i ja do tego pobożnego uczynku ręki przyłożyć. Jerzy przyjedzie do Robowa, tam go potrzeba złapać, trzeba nasztyftować Ottona, namówić Maksa; przecięż go w tylu razem zaciągną tu do państwa, a daléj już niech kobiecy rozum dzieło kończy. Uczyć was nie potrzeba.
I nagle urwawszy, innym tonem zakończył:
— Cobyś pani na to powiedziała, gdyby dali śniadanie?
Na tém skończyła się narada; ale panna Aneta pozostałą smutna i blada jak była, a matka niespokojna.


Kilka tygodni upłynęło od ostatnich wypadków, a Jerzy jeszcze się był nie pokazał ani w Robowie, ani u hrabiny; oczekiwano go co chwila i wyglądano nadaremnie. Zajęty był w Horycy urządzaniem domu dla téj, która mu się tak niespodzianie narzuciła za matkę, i całą swoją czułość przez długie oszczędzaną życie, zlała na głowę przybranego dziecięcia.
W Pińsku smutny ów dom zwany Murowanką, sprzedano, przywieziono sprzęt lepszy, i panna Izabella z pośpiechem kobiety, która lęka się, by jéj na odrobinę szczęścia nie zabrakło życia, przyjechała zaraz do Horycy. Juraś obmyślił wszystko, aby jéj było wygodnie. Wyrestaurowano na nowo opuszczoną górę domu, odświeżono pustki, poustawiano sprzęty, a dwór stary hrabiego w podziwie i nie bez strachu wyglądał nowéj swéj pani. Naturalnie wszyscy teraz pozostali na swych miejscach, nawet Paweł, który był niezmiernie zajęty; i choć miał dawne uprzedzenia przeciwko pannie Moroszównie, otrząsł się z nich powoli, widząc jak kocha Jerzego, domyślając się, że w tém przywiązaniu jest coś i dla nieboszczyka pana.
— Tak to tam było coś niezłego! mówił po cichu. A że to do śmierci człowieka nie poznasz! Ktoby to powiedział na rok wprzódy, że się tak wszystko obróci?
Lacyna pokręcał wąsa i poprawiał czuba. Resztka zalotności dziwne mu jakieś myśli pędziła do głowy: a nuż nowa dziedziczka Horycy (czy to takie trafiają się rzeczy?) upodoba sobie męzką jego fizyognomię, lub da przynajmniéj swe zaufanie wyłączne i szczególny fawor? „Kobieta — mówił w duchu — powinnaby się poznać na takim jak on człowieku.“
Radwanowicz bardzo był rad, że mu biblioteki nie ruszą; ale z powodu niewiasty mającéj panować nad Horycą, cytował czasem różne nieciekawe rzeczy z Ekklezyasty, z Erazma Rotterdama i Rabelazyusza (bo tak Rabelais’a nazywał), kręcąc głową i mrucząc niezrozumiale pod nosem, czego głośno dopowiedzieć nie śmiał.
Jerzy nareszcie przygotował się przewieźć swą opiekunkę do Horycy i wprowadzić ją do tego domu, do którego pierwszy raz po marzeniach młodości wchodziła drżącą już stopą. Spodziewała się niegdyś być tu panią i towarzyszką szczęśliwą człowieka, który ją żółcią i octem napoił; dziś przez grób jego wchodziła do pustki panią wprawdzie... ale wdową i sierotą. Łzy zjawiły się na powiekach, a serce zabiło uczuciem nieodgadnioném żałoby i uspokojenia razem.
Gdy potém Jerzemu przyszło odjechać do Robowa, pocałowała go w głowę błogosławiąc, gdyż szczęście uczyniło ją pobożną jakąś i starszą niż dotąd była, dając jéj powagę matki; ale wyprawiła w tę podróż, obawiając się jéj instynktowo.
— Dziecko moje, rzekła przy rozstaniu: nie powiem ci co masz czynić, ty to wiesz lepiéj; jedną tylko uzbroję cię radą... Z dwóch kobiet, które cię kochać mogą, bo któżby ciebie nie kochał? jeśli jedna uśmiechać się będzie, druga poglądać łzawo, wybierz raczéj uśmiech niż płacz. Łzy miłosne są strumieniem egoizmu, a uśmiech zwykle bywa pokrywką ofiarną boleści. Nie znam obu tych, o których mi mówiłeś, nie umiem nic powiedzieć więcéj, niech serce wskaże bogdankę.
— Ale ja nie myślę wybierać, matko, rzekł Jerzy; dla mnie jest jedna na świecie: tylko Lola.
— Siostra!
Juraś spuścił oczy.
— Więc żadna! rzekł z cicha, — i z tém odjechał.
Na drodze już zręcznie zastawione czekały go sidła i straże. U téj saméj nieuniknionéj karczemki smutnego oblicza, od któréj go już raz schwytano do pułkownikowéj, stał od dawna posłaniec Maksa z listem oznajmującym mu, że jest mocno chory i gwałtownie widzieć się z nim potrzebuje, a o przybycie na imię świętéj przyjaźni zaklina.
Maks nie był chory wcale, ale obrachował, że pewniéj go chorobą i zaklęciem pociągnie, niż najusilniejszą prośbą.
W domu ex-półkownikowéj miodowe dni szybko już były przeleciały. Artysta idealny coraz bardziéj roztapiał się i przekształcał na obywatela-szlachcica, gospodarza zabiegłego, najprozaiczniejszą w świecie i najabsolutniejszą istotę. Łzy biednéj Amelii ukrywane, tajemne, nieraz już obmyły w kątku omyłkę, którą popełniła, i nieszczęsny koncert, w którym tak świetnie, tak ułudnie przyszły małżonek wystąpić umiał. Teraz był to sobie prosty tyran domowy, zimny jak lód, szyderski jak kat, zbrojny w miłość żony, którą się posługując, wyśmiewał.
W domu on panował jeden. Półkownikowa za trochę okazanéj sobie czułości, za ten półmisek soczewicy, który jéj podawał zgłodniałéj, resztki swych praw starszeństwa pozbywała się codzień powoli. Stała się pokorną sługą nie tego, którego zaślubiła, ale nowego człowieka, niespodziewanego, innego, w którego się ów długowłosy artysta chyżo przemienić potrafił.
Jerzy musiał uledz gwałtownéj prośbie, i pojechał do Danowa. Znalazł Maksa w paradnym szlafroku, i choć nie chorego, jak sobie wyobrażał, ale na przypadek jego przybycia udającego chorobę dosyć szczęśliwie.
— Co ci to przyjacielu? spytał go na wstępie.
— Cóż chcesz! nudy wiejskie! odparł Maks ziewając i powracając do roli dawnéj. Przywykłem trochę do cygańskiego życia. W tych dostatkach, w tém życiu regularném jak zegarek Breguet’a, napadają mnie choroby dziwne, zachcenia osobliwsze, niecierpliwości dzikiego zwierzęcia zamkniętego w klatce... Nudzę się! nudzę!
— Pracuj! rzekł Jerzy.
— Muzyka mi obrzydła.
— Gospodaruj.
— To rzecz nie zabawna. Chciałem się z tobą widzieć, ale nie dla porady dla siebie: mam do ciebie interes.
Wyszedł spojrzeć za drzwi, i stanął w postaci mentora przed Jurasiem, widocznie zabierając się do przemowy.
— Jest to sekret wielki, ale ci go wyjawić muszę. Szczęśliwy człowiecze, domyślasz się lub nie, ale to pewna, żeś wzbudził miłość w dziewczynie, która bez ciebie schnie i umiera.
— Ja? dla mnie? Co ty pleciesz! zawołał Jerzy.
— No, nie plotę.
— O kimże mówisz?
— Rozumie się, że o ślicznéj Anecie. Jakbyś to się nie domyślał! Aneta kocha się w tobie. Dziewczyna kilka lat żartowała sobie z młodzieży, aż nareszcie przyszła kréska na Matyska... znalazł się mściciel.
— To jakieś bałamuctwo! rzekł Jerzy chmurno.
— Ale, ale! żartuj zdrów. Ja kiedy mówię, to na pewnych zasadach! są fakta!
— Zkądże ci to urosło?
— Prawda szczera: jest chora z miłości! Rodzice, mówię ci to pod największym sekretem, rozesłali wszędzie gońców, aby cię ściągnąć. Mów, co poczniesz? co myślisz? co czujesz?
— Aneta dosyć mi się podobała, ale...
— Nie ma „ale,“ to dosyć!
— Przepraszam, jest „ale,“ bo jéj nie kocham, odparł Jerzy.
— Jakże wiesz? Co u ciebie zowie się kochaniem?
— Gdybyś mię o to pytał przed kilku miesiącami, możebym ci nie umiał odpowiedzieć; dziś wiem co jest kochanie.
— Aha! jestem w domu! więc inna! ale któż?
Jerzy zamilkł jak skała.
— Czy mnie upoważniasz do robienia plotki? spytał po chwili próżnego oczekiwania Maks.
— Nie, ale do szczerego powiedzenia tego co wiesz: prawda przedewszystkiém.
Maks się zamyślił i pokiwał głową.
— Ale ona cię kocha.
— To wymysł, to potwarze! Któż ma prawo badać serce kobiety i ręczyć za to, co się w niém dzieje? Nie wierz temu i nie powtarzaj.
— Ale pojedziesz do nich...
— Teraz zdaje mi się, że nie mogę, rzekł Jerzy. Mogłaby ta bytność moja dać powód do nowych paplanin, jakiś pozór — nie chcę tego!
Na tém się skończyło prawie, i Jerzy niedługo bawiąc, podraźniony przykro, pośpieszył do Robowa uściskać poczciwego Ottona. Zastał dom pustkowiem, gdyż Otto podług swojego zwyczaju poszedł na grób ojca i narzeczonéj, a Martynek do miasteczka. Siadł więc oczekując na nich, spocząć sam jeden w tym domku, który mu tyle przypominał niedawnych jeszcze, bolesnych i miłych dziejów.
Myśl jego pobiegła na przegląd życia, aż do głębi lat dziecinnych, aż do kolebki mglistéj, do pierwszych brzasków młodości; potém na zielone niwy swobody, do chwil, w których panem będąc siebie, niczém jeszcze niezwiązany, błądził po stepach... Powoli przeszedł do teraźniejszego życia, które się tak dziwacznie z nieznanych zupełnie niedawno żywiołów uplotło.
— Co daléj czeka? co będzie? pytał się wchodząc w siebie. Czy ona może być moją? czy przyjdzie mi daléj wieść życie potargane, rozerwane, bolesne i tęskne, lub znijść zwyciężonemu w szranki powszednie, do pracy codziennéj i zaprzeć się nadziei, marzeń, nawet artykułów mojéj młodéj wiary? Czy każdy tak w końcu apostatą zostać musi?... Nie! rzekł w sobie, krzepiąc się: cierpieć to nic jeszcze, ale wiernym być potrzeba sobie, przekonaniom i przeczuciom młodym; to zadanie życia. Ściera w nas powoli uczucie ideałów sam żywot; wiemy o tém, czujemy to — czemuż nie starać się zetknięcia z nim szorstkiego unikać?
Wchodzący Otto rzucił mu się na szyję.
— Cóż ty tu tak marzysz, młodzieńcze? zawołał wesoło. Masz już matkę, masz spokojny chleb, rodzinę, czegoż ci jeszcze chmura wisi na czole?
— A! bo mi jeszcze czegoś braknie! rzekł Jerzy.
— No! to wiem, ale tego ci zawsze braknąć będzie, odparł Otto z uśmiechem smutnym. Człowiek żyje pragnieniem, umarły tylko nie łaknie i nie pragnie. Pijemy i nie możemy się napić nigdy. Ambrozya, która nasyca, nie wytryśnie z ziemi!
— Słuchaj, rzekł Jerzy: tyś moim przyjacielem lub nikt; masz serce, co kochać umiało i pozostać wierném cieniom wśród rzeczywistości... do końca... poradź mi, powiedz, pociesz, naucz co czynić: — ja kocham.
— Teraz dopiero stałeś się w pełni człowiekiem, odparł Otto poważnie. Ale kochaj jak mąż, miłością surową, wielką, cichą i spokojną, miłością jak moja, raz na wieki.
— Taką czuję w sobie.
— Nie pytam nawet cię: kogo?
Jerzy zakrył oczy.
— Siostra moja.
— Jak to siostra? któż taki? rzekł Otto.
— Znasz Lolę przecię.
— Znam, to źle... ale miłość się nie wybiera, rzekł powoli. A ona?
— Powiedzieliśmy sobie, żeśmy złączeni na wieki.
— Tak, sercami, odezwał się Otto; nie wiem czy dłonie się wasze połączą. Ani hrabina, ani hrabia nie pozwolą na to nigdy. Pokrewieństwo zbyt jest blizkie; prawo nawet kościelne związku takiego zabrania.
— Byłożby to prawdą?
— Jest tak! przygotuj się cierpieć i czekać.
— Będę czekał.
— Związki podobne nie są bezprzykładne, ale się z niemi łączy idea niebłogosławieństwa, ale im stawią przeszkody. Miłość to od razu namaszczona na cierpienie.
— Przyjmę je chętnie, rzekł Jerzy. Usta moje poślubiły jéj usta, dłonie się związały, serca zjednoczyły się na zawsze.
— Nic więcéj ci nie powiem, — kochaj! Ale chcesz rady? dodał zasmucony Otto: nie okazuj jéj zbytniéj miłości, abyś nie zwiększał bolu. Dziewczę to proste, szczere, pełne życia; w niéj miłość musi być raną krwawą, którą każde dotknięcie rozdraźnia.
— Nie mogę kłamać.
— Oddal się.
— Ottonie, tyż mi to radzisz?
— Milczę.
— Opuszczając tę okolicę, muszę przecię — odparł Jerzy — pojechać do nich, pożegnać się z niemi, opisać im nowe położenie moje, wytłómaczyć się... zobaczyć ją...
Otto milczał.
— Stało się — rzekł — Bóg reszty dokona. Co będzie, On wie jeden; ale uzbrój się przyjacielu i miéj męztwo.
— Tego mi nie zabraknie.
— Nigdy go nadto mieć nie możesz. Miłość twoja nie powinna być płaczliwą i dziecinną, ale poważną i męzką za dwoje. Jéj i sobie musisz wskazać drogę. Ty tak masz kochać żywą, jak ja miłuję umarłą, wiernie chodząc do mogiły i milcząc przy niéj na modlitwie.
Długo tak jeszcze rozmawiali, a noc nadchodząca ledwie ich rozpędziła. Nazajutrz Jerzy pośpieszył do hrabiny, pędzony gorączkową niecierpliwością.
Jakieś przeczucia bolesne biły mu w duszy. Nigdzie nic o nich posłyszeć, nic się o nich nic mógł dowiedzieć. Gdy zajechał przed ganek, myślał, że ich nie zastał, bo nikt naprzeciw niemu nie wyszedł. Służący wreszcie, którego spotkał w przedpokoju, oznajmił mu, że panienka jest chora, a sam poszedł dać wiedzieć hrabinie.
Jerzy zadrżał. Pomieszany wszedł do saloniku, w którym milczenie smutne zastał tylko... Po chwili się słyszeć szelest dał, i cała skłopotana, zmieniona, ukazała się hrabina, witając Jerzego twarzą chłodną, pomieszaną, nie swoją.
— A Lola? zapytał żywo przybyły.
— Lola trochę słaba, odpowiedziała matka, unikając jego wzroku. Nic nie ma strasznego, jednakże musiałam ją położyć.
Rozmowa przerwała się, a co najboleśniéj dotknęło Jerzego, to zmiana hrabiny, którą nazywał matką, niedawno jeszcze tak czułéj dla niego, dziś ostygłéj, trzymającéj się na wodzy z uczuciem, aby go nie okazać, ze słowy, aby ich z ust nie puścić. Jerzy poznać jéj nie mógł; a ile razy szczerzéj, od serca przemówił, głos jego rozbijał się o chłód umyślny, o jakiś zimny opór obliczony, niepojęty dla niego. Nareszcie opowiadanie o pannie Moroszównie, o Horycy, o nowém życiu, o téj kobiecie która dla niego stała się matką, choć przedłużane umyślnie, wyczerpać się musiało. Jerzy czuł się w położeniu niespodzianém, jakby spętany. Nie mówili do siebie jak dawniéj, hrabina cierpiała sama widocznie, coś ich dzieliło i oddalało. Jerzy nie umiał sobie tego wytłómaczyć, ale i wytrwać w tém nie mógł.
— Stryjenko, rzekł wreszcie, zbierając się na odwagę: między ostatniemi memi a dzisiejszemi odwiedzinami i przyjęciem jest różnica, któréj nie mogę nie uczuć. Jam człowiek szczery i prosty, kłamać nie umiem i nie chcę, milczenie mnie męczy, mówmy otwarcie.
Hrabina długo popatrzała mu w oczy z zapytaniem, uśmiechnęła się jakoś niedowierzająco.
— Chcę wierzyć — rzekła — żeś szczery i poczciwy; ale niedoświadczenie jest czasem tak szkodliwe jak zdrada. Nie będę się taiła przed tobą: mam ci wiele do wyrzucenia.
— Mnie?
— Tobie, Jerzy. Nie spodziewałam się płochości po tobie. Młody jesteś, może to naturalne; alem ja przywykła widzieć w tobie człowieka dojrzałego. Tyś może sam nie ocenił swéj nierozwagi, ale już ludzie na nią boleją.
— Cożem zrobił?
— Jerzy, byłeś bratem Loli, i powinieneś był pozostać bratem jéj tylko, odpowiedziała surowo hrabina.
Zamilkli chwilę.
— Stryjenko, rzekł Jerzy: są uczucia, za które człowiek nie odpowiada, bo panem ich nie jest.
— Niechże je kryje w głębi serca...
— Takem czynił, alem nie wiedział, przyznaję się do winy, że uczucie poczciwe i święte może być występném i zmuszoném się ukrywać.
— Na coś się starał je rozbudzić?
— Ja?
— Nie chcę ci czynić wymówek... może Lola w Bogu i w modlitwie znajdzie pokój, który z twojéj przyczyny postradała; ale łez moich i trwogi ty nie potrafisz obliczyć...
— Mam więc na wieki być ztąd wygnany? zapytał Jerzy z boleścią.
— Sam się wygnasz, jeśli masz litość nad matką i nad nią. Związek między wami jest niemożliwy, miłość występna, nadzieje daremne. Dla ciebie to może było tylko igraszką, gdy dla niéj chodzi o śmierć lub życie.
— Igraszką dla mnie? wybuchnął powstając Jerzy. Pani, ty, którąm matką nazywał, możeszże mi to zarzucić? Najświętsze uczucie, dla którego gotów jestem dać życie, nazywasz igraszką?
— Sądziłam tak — odparła spuszczając oczy hrabina — z tego przynajmniéj, że dwóch na raz kochać nie można i zwodzić się nie godzi.
— Dwóch! na Boga! zakrzyknął Jerzy — ja tego nie rozumiem!
— A Aneta?
— Czémże dla mnie Aneta? śmiejąc się gorzko zawołał młody chłopiec. Aneta! a to prawdziwie niepojęte! Któż znowu tę potwarz rzucił na mnie?
— Wszyscy przecię wiedzą, że tam bywasz, że się w tobie rozkochała, że ją uwodzisz.
Jerzy pochwycił się za głowę.
— Stryjenko — rzekł popędliwie, chwytając ze stołu różaniec, przy którym wisiał krzyż — wierzysz w ukrzyżowanego?
— Jerzy! co za pytanie!
— Wierzysz, że nawet zbrodniarz nie ma odwagi przysiądz krzywo na krew umęczonego niewinnie? Otoż! przysięgam ci, że to potwarz niepoczciwa!
— Nie przysięgaj, wierzę ci, chcę wierzyć, ale cóż to pomoże?
— Jeżelim winien, to tyle tylko, żem Lolę pokochał jak siostrę, a dał temu uczuciu wyrosnąć w sercu więcéj, niż świat i prawo wasze pozwala. Ale ją kocham jedną, ją pierwszą i ostatnią, i na wieki!
Hrabina pobladła, niepokój straszny odmalował się na jéj twarzy, jakby ta przysięga powiększyła jeszcze jéj trwogę. Załamała ręce, spojrzała na drzwi, przelękniona i drżąca.
We drzwiach, do których Jerzy obrócony był plecami, od kilku chwil stała Lola w białéj sukience, blada, chwytając każde słowo wychodzące z ust Jerzego z owym wyrazem prawdy, który fałszu przypuścić nawet nie pozwala. Nagle pochyliła się, oparła o drzwi, i nie mogąc wytrwać, choć matce dała słowo, że nie wyjdzie, wybiegła, objęła rękami szyję Jerzego, zawiesiła się na niéj z uczuciem i patrząc mu w oczy łzawym a pełnym boleści wzrokiem, zawołała:
— Tak jest, on mnie kocha, ja nie wierzę, nie wierzyłam nigdy téj potwarzy! Matko, ja więcéj już nic nie chcę, on mnie kocha!
I domawiając tych słów, Lola, która wstała z łóżka mimo zakazu, osłabiona, wzruszona, powoli białe rozpuszczając ręce, zachwiała się, posłoniła, i nim matka i Jerzy mieli czas zwrócić się ku niéj, jak podcięty kwiatek na ziemię upadła.
Hrabina krzyknęła przeraźliwie...
Na licu zemdlałego, dziecięcia był wyraz takiéj błogości anielskiéj, że Jerzy, któremu łzy trysnęły z oczu, pomyślał, czy warto ją było budzić do ciężkiego życia?.. Ale osłabienie było tylko chwilowe: wnet otworzyła oczy, podniosła się, podała mu chłodną rękę i powstała.
— Matko, zawołała błagająco: ten raz, ten ostatni raz pozwól nam chwilkę zostać z sobą. Czyż to grzechem być może? Czyż Bóg potępi mnie i jego, żeśmy pokochali, nie wiedząc jeszcze co nas rozdziela? Przysięgam ci mamo droga, że pierwsze nań wejrzenie było dla mnie życiem nowém. Uczułam, że on jest tym, który mi był przeznaczony na osłodę życia, na dopełnienie jego... Czy będzie mężem? czy pozostanie bratem? ja nie myślę, bylebym kochać go mogła, byle on mnie kochał.
Hrabina płakała; głos ten dziecka, błaganie jego, złamały ją. Usiadła smutna, biorąc rękę córki, którą poczęła gorącemi całować ustami. Jerzy przypadł na kolana i chwycił drugą jéj rękę, i była chwila milczenia i łez, która ich połączyła wszystko troje w jakiémś niemém zapomnieniu.
— Odezwiéj się do mnie Jerzy, przemówiła nareszcie Lola. Bóg już wie kiedy zobaczymy się znowu. Ja chcę głos twój posłyszeć, chcę się twą myślą nakarmić. Mam do ciebie pytań tysiące, chcę ci powiedzieć tyle rzeczy...
— To wszystko Lolu droga — odparł Jerzy — zaczyna się i kończy na tém jedném, że kocham ciebie. Ten, kto śmiał mówić inaczéj, kłamał bezczelnie; dziś ty mu wierzyć nie możesz.
— Jam nigdy nie wierzyła, mój Jerzy! to być nie mogło! Nasza miłość jest jak sznur złoty, który pochwycić mogą i targać, ale go nie rozerwą.
I spuściła główkę.
— Mów, rzekła; jam łakoma cię słuchać.
Jerzy musiał wezwany choremu dziecięciu, opowiadać znowu swoje dzieje, a hrabina słuchając i wpatrując się w nich milcząca, przekonała się, jak to uczucie, które ją przerażało, silne i wielkie być musiało. Lola w ciągu téj półgodzinnéj rozmowy ożywiła się, odżyła, nabrała siły, na twarz jéj wystąpił rumieniec, zdawała się być uzdrowioną cudownie. Każde słowo Jerzego wlewało w nią moc nową...
To przywiązanie tak gwałtowne, w macierzyńskiém sercu hrabiny odbiło się, stawiąc w niém dwa ostateczne wyroki: śmierć lub grzech. Drżąc cała, ufała tylko w Bogu, że oboje odwrócić potrafi, ale sama nie wiedziała co począć. Łzy jéj płynęły na rękę Loli, ciche, gorące, błagające o litość. Kilka razy spojrzała na Jerzego, nie mając siły go odegnać, a każda chwila zdawała się jéj zwiększać niebezpieczeństwo.
— Któż mógł wam — spytał w końcu Jerzy — spleść tę baśń o Anecie?
— Od któréj ja mało nie umarłam... przerwała Lola. Chcieli mi ciebie wystawić kłamcą, zabić we mnie wiarę, wydrzeć mi mój ideał... A! to była chwila okropna! Na miejscu mojego Jerzego stanął ktoś, szatańska postać z niewinnym wzrokiem, a zdradą w sercu... Gdyby tak kiedy być miało, żyć nie warto!
— Ale któż to przyniósł?
— Kto? odpowiedziała matka, wszyscy: Maks... doktor poczciwy... sami nawet państwo Jędrzejowstwo, będąc tu z córką, dawali do zrozumienia... Aneta płoniąc się, gdy o tobie była mowa, pół-zwierzając się przed Lolą, potwierdziła te plotki...
— Na Boga! to spisek! zawołał Jerzy: to niegodny podstęp!
— Nie, odparła Lola, któréj boleść dawała jasnowidzenie: ja teraz czuję i rozumiem wszystko... Aneta kocha biedna, ona cierpi jak ja.
— Ale to być nie może!
— Aneta kocha! powtórzyła Lola. Ja się jéj nie dziwuję: możnaż cię poznać i nie kochać?
Jerzy odpowiedział pocałowaniem jej ręki.
Hrabina była w dziwném położeniu. Czuła, że im bardziéj przedłuża się ta rozmowa i bytność Jerzego, tém uczucie rozżarza się mocniéj, tém większe grozi niebezpieczeństwo; ale złamana obawą o zdrowie Loli, słaba dla swéj jedynaczki, nie śmiała im przerywać chwili téj czystego szczęścia, może jedynéj w życiu. Chciała odejść i obawiała się ich porzucić; siedziała przykuta. Jerzy zapomniał o czasie, o godzinach... dzień przeleciał błyskawicą, wieczór się zbliżał. Lola nie wychodziła na chwilę, bała się wstać, aby ruch jéj nie był znakiem odjazdu.
— Kiedy ty do nas powrócisz? cicho szepnęła do Jerzego.
— Nie odjechałbym, gdyby można.
— A! pozostać ci nie wolno! Ludzie! matka twoja, potrzeba ci odjechać mój Jerzy... Jedź, dodała; ale wierz w serce siostry i myśl o mnie.
Ciche szeptanie oddaliło hrabinę.
— Mój Boże, rzekła do siebie w duchu; cóż te dzieci biedne złego mówić mogą? Może to chwila ostatnia... niech ją spędzą swobodnie.
Zaledwie matka odeszła, Lola powstała z kanapy.
— Jerzy, spytała: masz ty jaką obrączkę?
— Mam, jedną ojcowską, którą mi oddał przed skonaniem, wskazując mi, abym ją nosił.
— Ja mam tylko pierścionek z N. Panną. Jerzy, nam się potrzeba zaręczyć: ja będę potém spokojniejsza jeszcze; mówią, że zaręczyny tak są święte jak ślub. W obec Boga i aniołów zaręczam się z tobą, jeśli nie na życie, to na śmierć. Nie będziemy mężem i żoną, ale dwojgiem dusz poślubionych na wieki. Niech ta obrączka uprzytomnia nam przysięgę: weź Jerzy, ja biorę twoją...
I skłoniła białe czoło ku niemu, a szukając ust jéj, Jerzy znalazł na twarzy łzy gorące, które spił z pocałunkiem na wargach jéj drżących.
Wtém matka niespokojna weszła.
Trzeba się było rozstać i pożegnać. Lola sama teraz podała mu rękę, z uśmiechem uspokojenia.
— Mój Jerzy, odezwała się: oddalenie nic nie znaczy, możemy pisać do siebie; jedź, ja ci wierzę. Gdyby mi jutro przyszli oznajmić, żeś inną poślubił, ja śmiać się będę.
— Miéj i zachowaj tę wiarę, rzekł Jerzy. Jeśli ci powiedzą, żem umarł, to prawdą być może; żem zdradził, to niepodobna. Tyś mojém życiem, tyś wszystkiém.
— Jerzy, przerwała matka: jedź już, proszę cię, jedź! Loli to przedłużone wzruszenie szkodzić może... ja się obawiam.
— A kiedyż zobaczymy się znowu?
Na to pytanie nie było odpowiedzi. Jerzy ścisnął jéj rękę, ode drzwi spojrzał jeszcze na nią, i zobaczywszy jak się rzuciła w objęcia matki, odjechał.
Gdy przybył do Robowa, gdzie Ottona zastał z Maksem, blady był i nie do poznania zmieniony. Otto odgadł, że coś zajść musiało, bo twarz Jerzego zdradzała cierpienie; ale nie śmiał go pytać.
Wesoły nastrój towarzystwa, które tu zastał, wydał mu się przykrym i dziwnym. Padł na kanapę zamyślony i znękany.
— A ty nie wiesz, rzekł Maks zaraz: że ja tu po ciebie przyjechałem z doktorem, i jutro wieziemy cię wprost do Jędrzejowstwa.
— Mnie? Ja nie pojadę! odparł Jerzy stanowczo.
— Jesteś proszony.
— Przeproście za mnie.
— Dla czegoż?
— Nie mogę.
Na te słowa, ziewając i przecierając oczy Szemere, który odpoczywał w kątku, przerwał:
— Co? co? kto nie może? dla czego? o co tu chodzi?
— Sam osądź doktorze, czy się to godzi, kończył Maks: proszony do państwa Jędrzejowstwa, droży nam się Jerzy i odmawia.
— Odmawia jechać do tak ładnéj panny? zawołał Szemere! O zgrozo! o tempora! o mores! Dawniéj byłoby to sromotą, żeby kawaler pannie, i jakiéjże jeszcze pannie! śmiał odmawiać, żeby się wahał nawet jechać do domu, dokąd go tak serdecznie proszą i nęcą...
— Kochany doktorze, odezwał się Jerzy: i dawniéj i dzisiaj pomiędzy matką a panną wybór był zawsze jeden i konieczny. Ja śpieszę do mojéj matki. Powtóre, jeśli chcesz, chodź ze mną, powiem ci coś na ucho.
— I owszem, lubię gadanie na ucho, odpowiedział doktor: ty mnie na ucho, ja jemu na ucho, on tamtemu, tamten innemu, i tak to sobie przez wszystkie uszy przeleci, a nazywa się sekret. To piękna inwencya!
— No! jak ci się podoba; ale są rzeczy, które ja mówię na ucho.
Wyszli do drugiego pokoju. Jerzy wyciągnął ku niemu rękę.
— Kochany doktorze, mam cię za uczciwego człowieka, i dla tego ciebie wybrałem.
— Bardzo mi to pochlebia, ale niekoniecznie tym, którzy zostali za drzwiami. No! gadajmy.
— Po co mnie tam ciągniesz?
— No, bo ci tam będą radzi, rodzice i panna.
Jerzy popatrzał mu w oczy.
— Jesteś przyjacielem ich domu? spytał.
— Wielkim.
— No, to nic powinieneś mnie tam wieźć. Z tego jeżdżenia rodzą się głupie i niepotrzebne plotki, a koniec końców to do niczego nie prowadzi.
— Do niczego? jakże to pan rozumiesz?
— Rozgadano po sąsiedztwie Bóg wie co, przykro mi, boleśnie... Ledwiem ją parę razy widział, a już plotą, że się o pannę staram...
— To ci krzywdy nie robi.
— Ale czyni ją pannie.
— No! a gdyby się sprawdziło?
— Właśnie, że sprawdzić się nie może.
— Dla czego nie może? nie łap ryb przed niewodem. A jeśli ci się podoba, jeśli się ty podobasz, jeśli się pokochacie? Co nie jest, to być może, i bardzo może.
— Jeszcze raz powiadam ci doktorze: być nie może.
— Toś już za katy uparty, ale dla czego?
— Dla tego, rzekł ciszéj Jerzy cedząc po słówku: że ten kto komu innemu przyrzekł i dał słowo, a jest uczciwym człowiekiem, słowa sercu swojemu i osobie wybranéj dotrzymuje.
Doktor stanął zdumiony i trochę zmieszany, pokiwał głową, milczał długo, zażył tabaki, potém począł przechadzać się po pokoju.
— Zły interes, rzekł — zły! Nie ma po co jeździć w istocie. Ale gdzieżeś się wpan u licha mógł tak rychło uplątać? Chyba z jaką garderobianą, boś tu nawet, o ile wiem, nikogo nie widział.
— To rzecz moja.
— A nie wykręt?
— Nie mam zwyczaju kłamać, ani potrzeby się wykręcać!
— Ślicznie robisz, ale to do licha głupio!
— Wróćmy do towarzystwa, rzekł Jerzy.
Maks rozpowiadał o swojém gospodarstwie, jak wprzódy o muzyce, doskonale umiejąc się przechwalać, i w najżywszych malując barwach nowe zajęcia, plany i projekta. Otto słuchał i podziwiał: jak prędko potrafił z artysty stać się obywatelem; jak do serca wziąwszy szlachectwo swe świeżéj daty, bronił już zażarcie tradycyi szlacheckiéj, prerogatyw, patryarchalnéj władzy nad wieśniakami i kochanéj pańszczyzny; jak tłómaczył dawny serdeczny pana z kmieciem stosunek, prawa własności, nietykalność ziemi i t. p. rzeczy do stanu i powołania nowego odnoszące się, których katechizm zwykły już umiał na pamięć.
Obszyty w tę nową skórę, Maks był już solidarną cząstką ogółu, i dorabiał się, wkupował w bractwo, do którego pragnął należeć, powtarzając co chwila: — My szlachta, my właściciele, my posiadacze ziemscy.
W dodatku potrzeba wiedzieć, że go już tak wzięto na seryo i wierzono mu święcie, iż niektórzy sąsiedzi, których przekrzyczeć potrafił, mieli go za wyrocznię i przyszłą obywatelstwa podporę. Maks miał już teraz muzykę za bajbardzo, śmiał się z tych, co się jéj poświęcali, nie potrzebował jéj na nic; a gdy wieczorem grać zaczęli, usiadł z Szemerem do maryasza, by czas zabić.
Jerzy byłby tu sobie szczęśliwe chwile spędzone po przybyciu z Maksem i swobodę swą dawną przypomniał, gdyby wspomnienie Loli bladéj, znękanéj, choréj i smutnej, nie dojmowało go boleśnie. Wyrzucał sobie teraz, że uległ pierwszemu popędowi, że sobie dał z ust i piersi wyrwać wyznanie, że się uczuciu dał unieść... ale już było za późno.


W Zarubińcach hrabia, który wszystkie swe projektu szczęśliwie przyprowadził do skutku, mając teraz obfite do rozporządzenia fundusze, całkiem się oddał swéj namiętności wynalazków, i olbrzymie zakreślał plany, o których tylko jeden Malczak wiedział. Żółtowski uznany za coraz niedołężniejszego, niezdolnego pojąć żadnéj wielkiéj myśli człowieka, całkiem pozostał usunięty, na stronie. Była mowa o podróży do Paryża, dla dopilnowania zamówionych tam wzorów i machin. Malczak na ten czas miał pozostać w Zarubińcach z władzą deskrecyonalną i nadzorem nad wszystkiém. Wzięte za Horycę pieniądze projekt ten jeszcze prawdopodobniejszym czyniły; a choć Żółtowski radził najprzód płacić długi pilniejsze i majątek oczyszczać, hrabia Rajmund ani chciał słuchać. Kredyt jego poprawił się, po cóż miał płacić? Nikt się nie upominał, przyszłość jaśniała mu świetnie.
Marzenie jednak o niéj nie mogło zupełnie zaspokoić potrzeb serca. Często w życiu naszém, maluczkie jakieś na pozór miejsce zajmuje człowiek, lecz gdy go nam zabraknie, wielka po nim zostaje próżnia. Tak się tu stało po wyjeździe Loli z hrabiną.
Oprócz tego hrabia Rajmund dotknięty był w miłości własnéj tém, że go żona opuściła, nie zgadzając się z nim na odarcie synowca i opierając się jego zdaniu. Ten dzień, w którym pokorna dotąd kobieta wypowiedziała mu posłuszeństwo i skazała się na osamotnienie, na ubóztwo, na rozdział jak od zapowietrzonego, boleśnie mu się zawsze przypominał. Cierpiało serce i miłość własna cierpiała. Z razu sądził, że to była tylko pogróżka, że hrabina mogła oddalić się chwilowo, ale nie wytrwa bez niego, że powróci sama upokorzona i zawstydzona, że to są jedném słowem strachy na Lachy. Lecz gdy powoli Marya wszystko, co osobistą jéj własność stanowiło, przewieźć kazała, gdy się zaczęła urządzać jak na zawsze w swéj wiosce, hrabia począł się coraz bardziéj niepokoić. W domu brakło mu czegoś. Był sam, robił co chciał; ale często łapał się w drodze na górę do pokojów hrabiny, i zawracał z przykrém przypomnieniem, że jéj nie ma; uśmiechu Loli, jéj szczebiotania i rannego pocałunku mu brakło. Sam z Malczakiem, który ze swą krzywą gębą na szatana wyglądał, skazany na jednostajny pokarm jego pochlebstw i plotek, czuł, że jakiegoś czystszego żywiołu brak jego życiu.
Miał on usłużnych donosicieli, którzy mu dość regularnie zdawali rapporta z tego, co się działo u hrabiny; ale ci tylko to co widzieli przynieść mogli: wielu rzeczy od nich dowiedzieć się nie mógł. Z razu chciał sam jechać, duma go wstrzymała; potém wstyd, żeby się nie zdało, że upokorzony i skruszony sam się o przebaczenie doprasza; potém coraz żywiéj czując udręczenie, za to co doznawał, począł głęboką urazę mieć do żony, i o zbliżeniu się do niéj mowy ani myśli nie było.
Ale koniec końców niepokój i zgryzoty rosły co chwila. Malczak bacznie na to spoglądał z boku, a choć mu wiele rzeczy dotykać nie wypadało, cieszył się, że sam pozostał, starał się nieznacznie uspakajać, zajmować, rozrywać, aby tęsknoty nie dopuścić. Hrabia miał w nim jednego z owych zauszników bajecznych, jakich tylko słabi ludzie przy sobie ścierpieć i wyrobić umieją.
Codzień z rana, zaledwie wstał, Malczak w swoich pantofelkach i watowanym kaftaniku zjawiał się we drzwiach sypialni i stawał na rozkazy. Rozmowa jednostajnie zawsze zaczynała się od zapytania:
— A co tam na dworze?
Na co Malczak miał talent odpowiadać coraz inaczéj, kreśląc obraz nie tyle tego co było, jak przepowiednię tego co być miało.
Późniéj rozmowa zwykle zwracała się do ukochanych machin, kółek, trybów i t. p. Malczak miał tu sposobność zręcznego podziwiania geniuszu hrabiego, i wprowadzania go w dobry humor, który potém pozwalał mu już bezkarnie mówić co ślina do gęby przyniesie.
Posiedzenia te ranne przy piciu kawy, często tak się rozwijały naiwnemi ze strony hrabiego wyznaniami, że się nawet Malczak z nich, stojąc w ciemnym kątku, uśmiechał.
W obec ludzi nie przyjmował hrabia ani tak bez wyboru każdego kadzidła, ani tak prosto w piersi wymierzonych admiracyj; między nim a Malczakiem przestrzeń stawała ogromna. Tu zacierały się położenia różnice; występowali tylko dwaj ludzie, z których jeden łaknął uwielbień, drugi mu je głodnemu dosyć niezręcznie przyprawione podawał.
— A! proszę jw. hrabiego, mówił Malczak: gdybyś jw. pan żył w innym kraju, na rękachby go nosili, monumentaby stawili. Co to taki geniusz! Ale u nas, proszę jw. pana, czy to się na ludziach poznają?
— Masz racyę! Ja zawsze się dziwuję, jak ty, prosty człowiek, tyle możesz mieć zdrowego rozsądku? U nas się wszystko marnuje, największe geniusze w niwecz idą. Nie pochlebiam sobie, żebym na równi stał z wielu znakomitymi mechanikami i wynalazcami; ale tym rutynistom brak śmiałości w pomysłach, samorzutności, a ja to właśnie posiadam w najwyższym stopniu! Egzekucya jest słabszą stroną u mnie, ale i tu gdyby...
— Ale proszę jw. hrabiego, gdybyśmy sami wszystkiego nie robili własnemi rękami, coby to było?
— Ja ci wprost powiem, dodawał hrabia zwykle: gdyby nie twój talent, i tegobym nie zrealizował co jest. Któż tu u nas co zrobić potrafi? gdzie co wypróbować? kogo zapytać? Wreszcie człowiek potrzebuje zachęty: tu znajdzie tylko śmiech i obojętność.
— Toż to, proszę jw. pana, z nas doprawdy niektórzy śmieją się jak z waryatów.
— Bo zawsze geniusz musi być niepoznany! wołał hrabia w zapale: to jest jego znamieniem. Wszyscy wielcy ludzie dopiero po śmierci zostali ocenieni.
— Już to darmo, wzdychał Malczak, choć w duchu się uśmiechał: taki to los nasz, panie!
Krzywa gęba wielce mu ku temu była pomocna, że choć się czasem i rozśmiał z pana, wyraz szyderstwa niknął w tych fałdach kalectwa, i odkryć go w nich nie było podobna, bo zawsze miał minę złośliwą.
Takie zwykle rano toczyły się rozmowy, niemal codzień jednostajnie się powtarzające, a teraz tylko urozmaicane dopytywaniem nieznaczném o hrabinę, o któréj wszystkich czynnościach Malczak starał się być dokładnie zawiadomionym.
Po dobrowolném zrzeczeniu się Jerzego, hrabia napisał do żony, ale odebrał od niéj odpowiedź tylko zaklinającą go, aby tego daru spowodowanego testamentem nie przyjmował. Na list ten nie odpisał już wcale. Uraza do żony rosła w miarę jéj wytrwałości, a może z tego powodu, że w głębi własnego serca sam hrabia czuł się mniéj od niéj czystym i upokorzonym. Przed Malczakiem nie odkrywał on się z tym żalem, udawał nawet, że się ułożyli tak mieszkać dla zdrowszego powietrza, dla drewnianego domu i t. p.; ale w tém zachowywała się tylko pozornie przyzwoitość. Wiedział hrabia, że Malczak rozumie udanie; Malczak czuł, iż hrabia nie sądzi, by się dał lada czém zaspokoić. Ale dla obu tak było jakoś zręczniéj i składniéj.
Z samego toku rozmów, objaśnień, zapytań znać było, że hrabia się poróżnił z żoną, ale zachowywano powierzchownie decorum.
Malczak ze swéj strony wcale ku zgodzie rzeczy nie obracał, — i owszem, z dawna nie lubiąc hrabiny, czując ją na przeszkodzie, szanować ją zmuszony i wystrzegać się, a nie umiejąc sobie zjednać najpodlejszém pochlebstwem, teraz korzystał z okoliczności, i raczéj rozdzielał niż zbliżał ich ku sobie. Znalazło się zawsze coś dobrodusznie opowiedzianego, co hrabiego rozjątrzyć mogło.
Malczak obrachowywał, stopniował swe wiadomości, wylewał je i cedził po kropelce, dając dowody, że był prawdziwie na intryganta stworzony i mógłby niepospolitą w danych wypadkach grać rolę. Im wyraźniéj czuć mu się dawało usposobienie do tęsknoty w panu, tém zręczniéj zgodę i zbliżenie się czynił niepodobieństwem, trudności zmyślając z tamtéj strony, tłómacząc każde słowo opacznie, posługując się Żółtowskim nawet, który się wcale nie domyślał, co mu mówić kazano.
Jak przy długiém zżyciu się z człowiekiem, proste często stworzenie, wykształceniem niższe, sercem mniejsze, potrafi owładnąć silniejszą istotą, — jest to doprawdy jedna z tajemnic słabostek ludzkich. Chwyta ono zręcznie za objawione mu życiem chorobliwe oznaki, często śmiesznie, często niezgrabnie, ciągnąc przez nie potém gdzie i jak zażąda. Opanowany czuje nawet, że się oddał w niewolę, a oprzeć się jéj nie umie. Tak się i tu działo.
Malczak był już od dawna znakomitą w Zarubińcach figurą; teraz dążył przez faworytyzm do samowładztwa. Zdawało się to niepodobném, patrząc na jego brudną minę, pantofelki i szlafroczek; a jednak tak było w istocie.
Ostatnich dni Malczak wiedział doskonale przez garderobianę, któréj uczynił zwierzenie się swych affektów i kapitałów: że Jerzy kocha się w Loli, ile razy tam był, co z sobą mówili w ganku (bo Julka ich podsłuchywała), co potém zaszło, i jak Lola zachorowała, i jak znów przyjechał Jerzy, jak przyjęła go matka i córka, jak potém się rozstali. Nie śmiał jednak z tą ważną wiadomością wystąpić Malczak od razu, przygotowywał ją powoli, a ile razy o pani była mowa, z wielkiém uszanowaniem, ale z jakąś głęboką odzywał się o niéj boleścią.
W końcu wypadło mu już wystąpić, aby go kto nie uprzedził. Wszedł więc z rana, gdy hrabia wedle obyczaju zapijał kawę powoli, chodząc po pokoju wielkiemi kroki, z myślami wielkiemi, które jakoś w rannéj godzinie żywiéj mu się nasuwały.
Jak sucharka do kawy, brakło mu Malczaka. Zobaczywszy go pokornie przy drzwiach stojącego na swojém miejscu, aż się ucieszył.
— No, cóż stary? jakeś tam spał?
— E! co tam spać, rzekł, drapiąc się po głowie Malczak: czy to tam spać!
— A cóż?
— Człowiek przy jaśnie panu to się takich dziwów napatrzy a namyśli we dnie, że potém nocą ani oka zmrużyć. Koła mu po głowie chodzą, walce warczą, tryby piszczą...
— A no, to coś i ja tak śnię nieraz o moich machinach. Bieda, mój Malczak, tym, co pracują: trud ten szalony i we śnie ich nie opuszcza. Ot, patrz na tę gawiedź próżniaczą: jak to im dobrze, jak to śpi i tyje!..
— A w dodatku, jeszcze się z nas śmieją, dodał Malczak.
— A no! tak zawsze... Cóż na dworze?
— Skwar, jaśnie panie; duszno, słońce rano wstało, deszcz będzie we dnie: nie chybi, i w barometrze spadło.
— A no! a wiatr?
— Zachodni.
— Deszcz pewny. Żółtowski w domu?
— Był z rana, pojechał po gospodarstwie, bo u niego jak na deszcz się zbiera, pewnie kopy w polu.
— A już to prawda, ma szczęście ten człowiek... najniezręczniejszy w świecie.
— Kiedy nikogo nie słucha.
— Uparty i głupi, ale się człek do niego przyzwyczaił... przynajmniéj milczy.
Malczak się rozśmiał.
— We dworze nic nowego? spytał hrabia.
— Nie, proszę pana; nie słyszałem. (Tu chrząknął). Tylko tu się ktoś przyjeżdżał dowiadywać od hrabiny, czy nie ma doktora.
— Co tam, kto słaby?
— Nie wiem, to podobno panienka.
— Panienka? dawno?
— O! to już nie dziś, podobno kilka dni czy więcéj.
— Cóż to tam takiego?
— Ja tam nie wiem! Zwyczajnie, proszę jaśnie pana, hrabina nasza to taka dobra, taka dobra, że sama sobie rady dać nie potrafi... choćby i w tém...
— Tego się domyślałem... dziwy się tam dziać muszą.
— A oczywiście, że się dzieją.
— No, co takiego?
— Zwyczajnie... może to plotki ludzkich języków...
— Ale przecię mnie to obchodzi co gadają.
— At, gadają... nasza pani to dobroć sama...
Hrabia chodził mrucząc.
— A przez tę dobroć to i panienkę może trochę popsuła.
— Może być! uwaga twoja bardzo trafna.
— Ja zawsze, przez przywiązanie do pani i do panienki, mówiłem, żeby-no co z tego złego nie wynikło.
— Rozsądek nad stan i pozycyę! zawsze to powtarzam.
— Ja czułem, że temu tylko oko i opieka jaśnie pana mogły zapobiedz...
— Otoż ja i z daleka czuwam nad niemi, ale zajęcia moje i prace naukowe... No, cóż to tam plotą? bo to mnie obchodzi bardzo; gadaj-no, gadaj!
— Nie warto powtarzać... może to i bajki.
— Mów, mów! ja rozeznam co prawda.
— Ludzie prawią, że pani przez dobroć serca swojego, bo to anioł, proszę pana, jak zaczęła się tak bardzo litować nad panem Jerzym a przyciągać go tam — słyszę, jeździł, jeździł, a płakali tam, a desperowali razem, aż i panienka się w nim słyszę... pokochała.
Hrabia rzucił się i wzdrygnął, a Malczak uląkł się sądząc, że nagle za wielką dał dozę.
— Co ty pleciesz?
— Ja też mówię, że to mogą być bajki.
— Oczywiście: brat stryjeczny, hołysz jakiś.
— Otoż to, słyszę, że i pani bardzo perswadowała, że to brat stryjeczny; ale panienka aż się od tego rozchorowała.
— Z tego się rozchorowała? Malczak!
— Mówią, że jakoby z tego, ale kto tam wie: może zaziębiła się siedząc z nim w ganku albo co...
— I cóż jeszcze?
— Koniec końców, że gdy ostatnim razem przyjechał pan Jerzy, wykłuła się cała historya: zmusili go, że dał słowo, iż bywać daléj przestanie.
— I to wszystko stało się tak, że ja o tém nie wiedziałem ani słowa, gdy chodzi o moje dziecko, o mój dom, o imię moje! Otoż to kobiety! otoż to puść je tylko same! A już, prawda czy nie, ludzie nas wzięli na zęby. Sama myśl przeraża! On moim zięciem! ten przybłęda, którego własny zaparł się ojciec, bez wychowania, bez wykształcenia!.. A potém jeszcze powiedzieliby ludzie, że czułem wyrządzoną krzywdę i chciałem mu ją wynagrodzić!
Hrabia mówił przerywanemi wyrazy, rzucał się i gniewał.
— A! rozumiem! dodał po chwili. Myśl ta tylko w głowie tak niedołężnéj jak ona kobiety urodzić się mogła; ona to sama skleiła. Ale na Boga, nie dopuszczę, by co z tego wyrosło! nie pozwolę! Zaprzęgać konie!
— Ale, proszę jaśnie pana, wtrącił Malczak przelękniony gniewem hrabiego: może to jeszcze wszystko bajki.
— Zaprzęgać mi konie! krzyknął groźnie hrabia, zrzucając szlafrok. A ty tymczasem pamiętaj, aby mi tryb żelazny dopuścić do miary; rozmiar ci dałem.
— Ale, gdyby...
— Nic gadać! ruszaj po konie! ja jechać muszę! Słyszałeś?
— Bo ja — dorzucił Malczak drżąc — z obowiązku wygadałem się. Zwyczajnie, co człek posłyszy, to niesie do swojego pana. Zresztą kto tam wie!
— Cicho! mnie wiedzieć co fałsz a co prawda; uczyć mnie niepotrzeba! Rozumiem jak rzeczy stoją. Dobrześ zrobił, żeś mi powiedział wszystko; reszta do mnie należy. Zaprzęgać konie!
Malczak trochę przestraszony zbyt szybkiemi skutkami zdrady, poszedł rad nie rad kazać konie zaprzęgać; ale znał hrabiego i wiedział, że tylko w pierwszym zapędzie jest niepohamowany, starał się aby konie mogły być dopiero za parę godzin gotowe; potém gdy już stanęły przed gankiem, przybiegł z owym trybem i rozmiarem, zaczął rozpytywać o jakieś koło, wrzucił coś o jakiéjś machinie, o któréj pragnął się objaśnić, i tak kilka dobrych godzin zmarudził, aż hrabia znacznie ostygł. Chmura jednak nie zeszła mu z czoła i wyjechał zasępiony.
W drodze znowu mocno się myślami własnemi rozognił, i gdy wszedł do salonu hrabiny, miał poważną i surową minę sędziego. Loli nie zastał przy matce; znów była chora i stan jéj jakoś się pogorszył.
Małżonkowie znaleźli się sami, a Marya rozczulona przybyciem męża, patrząc mu w oczy, serdecznie ścisnęła jego rękę... Rajmund milczał. Po chwili dopiero zebrawszy myśli, rozpoczął rozmowę.
— Doszły mię wieści dziwne... nawpół tylko daję im wiarę... Mógłbym jednak i muszę spytać: coś zrobiła z Lolą? co się z nią stało?
— Jakież cię wieści dojść mogły? zapytała przerażona Marya.
— Lola chora; szepczą o jakichś tajemnych choroby przyczynach, zmartwieniu... nie wiem. Wytłómacz mi się pani. To dziecię równie mnie obchodzi jak ciebie, równe do niego mam prawa. Chcę wiedzieć, co się tu stało?
— Ale nic! cóż ci mam powiedzieć?
Hrabina zalała się łzami. Rajmund zamilkł.
— Otoż to są skutki samowolności kobiecéj, gdy żony chcą sobą kierować same i od rad doświadczonego wyłamują się towarzysza! Daj Boże, bym przyszedł w porę!
— Na Boga, mój mężu, odpowiedziała Marya z pokorą: mówmy spokojnie. Jeżeli co się stało, byłoby to zarównie i pod twojém spełniło się okiem. Lola jest jeszcze takiém dzieckiem, Jerzy się jéj podobał od pierwszego wejrzenia.
— Tak! a wpani pieszcząc go, użalając się nad nim, przygotowałaś to uczucie, utorowałaś drogę intrydze. Ośmielił się zwrócić na nią oko! Siostra! na Boga! to zgroza! wybuchnął hrabia: to wstyd i hańba dla domu!... Samo podejrzenie czegoś podobnego nas kala! Ja muszę się z nią widzieć, i powiem jéj stanowczo.
Hrabina porwała się przestraszona, i rozkrzyżowując ręce, stanęła we drzwiach, zasłaniając je sobą, blada jak marmur i drżąca.
— Chyba po moim trupie przejdziesz do niéj! zawołała. Ja winna jestem, być może, ale ja znam to dziecię, które przy mojéj piersi urosło: jest to drobniuchny kwiatek, który lada nieostrożne dotknięcie zgnieść może. Jeślim ja winna, odpokutuję, złe naprawię sama; ale nie pozwolę nad nią się znęcać! Dziś Lola jest tak chora, że najmniejsze rozdrażnienie stan jéj nieskończenie pogorszyć może... Hrabio, zlituj się...
— Tak! zawsze te pieszczoty! krzyknął Rajmund: pobłażanie bez końca! obawy! a skutkiem tego choroba dziecka, śmiech ludzki i wstyd rodziny!
— Przyjmuję, niech wszystko spada na mnie.
— Ale to dziecko jest mojém również, nie zapominaj wpani! zawołał Rajmund. Cóż mi z tego, że grzech i wina spadną na ciebie? Ja chcę ja ocalić, ja muszę, jedném słowem, rozbić te czcze marzenia, zamknąć głupie nadzieje, przyprowadzić ją do rozumu.
Hrabina uklękła, złożyła ręce, i płacząc pochwyciła go za nogi.
— Mężu mój drogi, ojcze, panie, nie idź! lub jeśli chcesz zobaczyć chore swe dziecię, przyjdź do niego ze słowem pociechy, z uśmiechem ojca, z pogodą na czole, nie pogarszaj jéj stanu. Zlituj się nad nią, zlituj nademną!
— Dość już tych płaczów i tragedyj! Bezwarunkowo chcę widzieć Lolę; muszę ja widzieć; będę wiedział jak sobie postąpić!
Hrabina opamiętawszy się wstała, ale w oka mgnieniu zamknęła drzwi na klucz, i nie mówiąc słowa, w dłoni go drżącéj ścisnęła; potém wysilona upadła na krzesło.
Gniewny Rajmund stał przed nią i zżymał się.
— Jak to? ja nie mam prawa widzieć własnego dziecka? Cóż to znowu! puścisz mnie wpani czy nie?
— Hrabio, słowo tylko twoje, że jéj nic o tém nie wspomnisz? słowo?
— Nie przyjmuję żadnych warunków: zobaczymy.
— Ja cię błagam.
— Ja dyktuję prawa, rzekł hrabia dumnie. Wpani się zapominasz.
Walka ta przedłużona w końcu osłabiła hrabinę i znużyła do ostatka. Blada bez tchu, skłoniła głowę, zdając się blizką omdlenia, zawołała wody; nim ją podano, klucz odedrzwi położyła na stole.
Hrabia tymczasem z zimną krwią wziął go powoli, otworzył drzwi i wszedł, nie oglądając się na żonę, przez parę izdebek do pokoiku, w którym biedna chora leżała. Marya zobaczyła to, ale osłabienie nie dawało jéj już nic przedsięwziąć; modliła się po cichu i płakała...
W małym pokoiku od ogrodu leżała w swojém łóżeczku blada dzieweczka, a że jéj już oznajmiono o przybyciu ojca, przybrała się do niego w biały kaftanik, w czepeczek świeży, i czekała myśląc, że przyjdzie ją po dawnemu w czoło pocałować. Serce biło jéj trochę, bo myślała sobie: — „A. nuż on wie? co on powie? co ja mu odpowiem?“
Nieśmiała była z ojcem, bała się groźnego wejrzenia i brwi namarszczonych.
Wszedłszy powoli, hrabia stanął w progu, popatrzał na nią, i snadź spodziewając się znaleźć ją gorzéj, widząc tak ubraną i tylko w łóżeczku leżącą, jakby ją trochę zabolała głowa — wszystko co mu żona mówiła o chorobie, wziął za zwykłą przesadę. Postanowił więc, korzystając ze zręczności, od razu skończyć rozprawę.
Widząc, że Lola nie wstaje i nie przychodzi do niego, sam zbliżył się do niéj, a przywitał ją tak zimno, że od razu serce jéj przeczuć mogło z czém przychodzi.
— Wiem o wszystkiém, odezwał się ojciec zmierzywszy ją okiem surowém: wiem... Nie tyle ty winna jesteś, ile matka i ten niepoczciwy młokos...
— Matka! kochany ojcze! łamiąc ręce porwała się Lola. Ona! on! ale cóż za wina ich? jaka moja?
— Cicho, dziewczyno! nie kłamać przedemną!
Lola zbladła, łzy potoczyły się jéj po twarzy perliste, a serce zaczęło bić tak żywo, że ruch jego zdradzało pokrycie. Przestraszonemi oczyma szukała matki.
— Przyszedłem tu po to tylko — rzekł ojciec — abym ci zapowiedział jedno: nie łudź się żadną nadzieją. Wszystko to, coście marzyć mogli, jest szaleństwem, grzechem i hańbą; prędzejbym umarł, niż na to pozwolił! Mogła matka przez słabość pobłażać, mógł on mieć w tém swe rachuby, mogłaś ty uledz niedoświadczona; ale to intryga brudna, któréj ja nie dopuszczę dokonać.
— Kochany ojcze, siadając na łóżeczku odezwała się Lola odważniéj, niżby się spodziewać można: jeśli tu kto winien, to ani matka, ani on, ale ja jedna! Grzech ten zrodził się w sercu mojém, urósł w niém nim go spostrzegłam, wybuchnął nim wiedziałam, że to wina i plama. Matka cierpiała za mnie, on cierpi... jam jedna występna.
— Dosyć mi tych deklamacyj! przerwał ojciec. Zostaw mi sąd o tém. Wiedz tylko jedno, że umrę raczéj niż dopuszczę, abyście choć nadzieję mieć mogli; że pod błogosławieństwem ojcowskiém, słyszysz? że pod błogosławieństwem, zakazuję ci myśleć o tém. To jest moja wola i niezmienne postanowienie.
Lola powoli upadła bez tchu na poduszki — a gdy weszła, a raczéj wlokąc się powoli wcisnęła matka, już oczy jéj stanęły słupem, ręce się ścisnęły, zęby zacięły, i omdlenie w kość i marmur obróciło ją całą.
— Wody! ratunku! lekarza! załamując ręce wołała biedna matka. Lolu! dziecko moje! serce moje! to ja!
Nie spojrzała na męża, nie był to czas czynienia wyrzutów, bo i sam hrabia zatrzymał się przelękły, nie wiedząc co począć, jak się tłómaczyć, i niepokojąc się o skutki swojego uporu.
Słudzy rozbiegli się po leki. Lola leżała jak martwa. Marya wskazała tylko mężowi ręką, aby wyszedł; a Rajmund posłuszny tym razem, znikł za drzwiami.
Sam uczuł, że widok jego przy rozbudzeniu mógł córkę znowu o ten sam stan przyprawić.
Nierychło otwarły się jéj źrenice, usta przepuściły westchnienie, oczy łzy; pierś znowu wciągnęła powietrze i rączki schwyciły za bolące serce.
Budząc się, dziecina najprzód szukała matki, i rzuciła się na jéj szyję, tuląc główkę w objęciach.
— Uspokój się, uspokój, uśniéj, odpoczniéj, pomódl się droga Lolu... w Bogu zawsze nadzieja!
— O! dla mnie nie ma nadziei! Ja noszę na sobie przeklęctwo ojca, bo nie kochać go nie mogę, bo nie myśleć o nim nie potrafię, a ojciec przeklął nas oboje.
— Dziecko moje, to ci się tak zdało. Jam słuchała: on nie to powiedział.
— Serce moje to uczuło.
I jakby opamiętawszy się, powiodła oczyma szukając ojca, a nie znalazłszy go, zamilkła.
Stan jednak Loli pogorszył się mocno, i lekarz wezwany, który nadjechał wieczorem, zostając przy choréj, prosił, aby po drugiego posłano.
— Nic tu nie jest jeszcze, rzekł do matki; ale zawsze ja nie jestem tak biegłym na słabości kobiece lekarzem — wolę mieć kogoś do pomocy. Ze mnie konował; dobrze to, gdy sobie prosty człowiek nogę skaleczy, ale nie gdy dziecko dorastające roznerwuje się, a jeszcze tak delikatne.
Hrabia milczący pozostał chwilę, ale widząc sam, że sobie nieopatrznie postąpił, nie umiejąc poradzić, nie chcąc swych słów odwołać, nie mogąc inaczéj się odezwać, pożegnał żonę i odjechał nie mówiąc słowa. Marya nie robiła mu wymówek próżnych; milcząc przyjęła zimne jego pocałowanie, i rozstali się chłodno, z bólem w sercu oboje.
— To dziecko zgubione, rzekł siadając do powozu Rajmund: zgubione pieszczotami, pochlebstwy; na to nie ma już ratunku.


U państwa Jędrzejowstwa oczekiwano niecierpliwie przybycia Jerzego, którego sprzysiężeni przyjaciele domu obowiązali się żywcem lub martwego dostawić pannie Anecie.
Sam Jędruś mocno około tego latał, matka pracowała po cichu, a Aneta spokojnie, jak pieszczone dziecię, oczekiwała pewnego już skutku. Chciała, — więc być musiało.
Nie mówiono jéj nic o poczynionych staraniach, bo o nich wiedzieć nie była powinna; ale dziewczę przebiegłe łatwo się ich mogło domyślić.
Doniesiono wreszcie, że Jerzy już jest w sąsiedztwie, spodziewać się go zaczęto lada dzień, lada godzina, nie wątpiąc na chwilę, że go przywiozą. Ludzie nawet przygotowani byli na wypadek gościa; paradne serwisy stały poprzykrywane serwetami, owoce w szafach pod kloszami czekały; a Jędruś doglądał tylko, aby na zawołanie wszystko w całym blasku stanęło.
Tymczasem dni mijały, a Jerzy nie przybywał.
Po obiedzie, trzeciego dnia próżnych oczekiwań, spostrzeżono bryczkę w tumanach kurzu, a Jędruś wpadł do żony zdyszany z niespodzianką, że jadą od strony Robowa.
Z tego „jadą,“ zrobiło się wkrótce tylko „jedzie“, bo to był Maks, który dłużéj nie chcąc ich trzymać w niepewności, sam przybywał co rychléj ze złą nowiną.
Jędruś nań już czekał w ganku.
— A co to? sam? spytał.
— Sam, rzekł Maks, ale obawiał się spowiadać przed Jędrusiem, który zresztą czując swoją nicość, nie miał do tego pretensyi, i poszedł tylko za gościem do pokoju żony.
Stasia obejrzawszy się, przyjęła go dość kwaśno.
— A cóż? a on? spytała.
— A on? powtórzył wciskając się pod łokieć Maksowi Jędruś.
— Licho wie co mu się tam stało! zawołał Maks zachmurzony: prosiłem go, ciągnąłem, namawiałem.
— Więc cóż? przerwała Stasia.
— Odłożył to dla niezmiernych zajęć... interesa... nie wiem tam co... strasznie zakłopotany...
— Ale trzeba mu było powiedzieć, że go Stasia bardzo a bardzo prosiła, rzekł Jędruś naiwnie. Pewnie mu tego nie powiedzieli.
— Ale cicho! przerwała żona.
— Tak jest! cicho! Właściwie, poprawił się Jędruś: nie należało mu powiedzieć tego wyraźnie, ale dać do zrozumienia.
— Ja mu różne rzeczy dawałem do zrozumienia, ale zajęty i uparty...
— A doktor? spytała matka.
— Doktor pracował także...
— A finalnie cóż on na to? spytał Jędruś.
— Cicho-bo, panie Jędrzeju!
— No, jak cicho to cicho! rzekł do siebie, ustępując, mąż.
I stanął zakładając ręce jak Napoleon, co było jego metodą w obec ludzi, gdy chciał dać delikatnie uczuć żonie, że sobie już za nadto z nim pozwala.
— To dziwak, to zupełny szaleniec, dodał Maks.
— Ja zawsze od początku mówiłem jedno: szaleniec! rzekł Jędruś.
— Ale cicho, panie Jędrzeju!
P. Jędrzéj ruszył ramionami.
— Ale jakże się rzeczy miały? mów pan, powtórzyła Stasia wskazując krzesło.
— Robiłem co było można; nie dał się wziąć.
— Nas przecię nie skompromitowałeś? spytała gospodyni.
— A uchowaj Boże!
— To głupiec! rzekł po cichu Jędrzéj.
Gdy taka rozmowa po cichu się toczy w pokoju saméj pani, niecierpliwa Aneta wbiegła, rzuciła okiem po twarzach, i zrozumiała wszystko. Odgadła niepowodzenie, ale natychmiast przybrała pozór obojętności i wesela. Maksa przywitała śmiejąc się, zaczęła szczebiotać, i aż się wszyscy zdziwili, tak potrafiła panować nad sobą.
— Po co jéj ten cudak! rzekł Jędruś oszukany, w duchu. Ona sobie żartuje z niego, i ma rozum.
Matka to jednak inaczéj zrozumieć musiała, i wyszła z nią po chwili do drugiego pokoju, a potém powoli w ganek od ogrodu.
— Nie ma tu co grać w ciuciubabkę, moja mamo, odezwała się Aneta pierwsza. Ja tak dobrze widzę jak i wy... Maks przyjechał z rapportem, że Jerzy nie będzie, nie prawda?
— Ale on nie miał czasu, moje dziecko, odpowiedziała zafrasowana matka.
— Rozumiem wszystko, i to, żeście się niepotrzebnie o niego starali, i jak on sobie z nami postąpił. Trzeba się mnie było poradzić: to do niczego wszystko.
Matka zafrasowana milczała; Aneta z zaciętemi od gniewu usteczkami, stała przed nią pozornie spokojna, ale w duszy rozdraźniona.
— Nie ma co taić! ja go kocham, on mnie nie kocha. Kocha Lolę, czy nie wiem tam kogo; ale ja go muszę mieć, mieć będę! dodała tupiąc nóżką: musi być i będzie moim!
— Cicho! na Boga! przerwała przestraszona Stasia.
— Cicho? dla czego? spytała Aneta. Niech słyszy kto chce, on sam; co mi to szkodzi! On będzie moim! dobrym czy złym sposobem, dziś czy jutro, mieć go chcę i będę. Raz w życiu zabiło mi serce, i nie pozwolę, by uderzyło darmo! Rozpaczać nie myślę, rozpacz rozum odbiera; płakać nie będę, płacz oczy psuje; ale przysięgam, musi być moim! będzie!
Wyraz, z jakim te słowa wyrzekła Aneta, czynił je przerażającemi jak groźba śmierci. Szatan nie inaczéj musiał wypowiadać wojnę Bogu, niż ona wypowiadała ją ukochanemu. Matka przelękła się i zadrżała, tak straszne w téj chwili wydało jéj się własne dziecię.
— Co mówisz? na Boga! pomiarkuj się dziecko moje! zawołała.
— Stało się, przysięgłam i dotrzymam przysięgi. Jak? kiedy go mieć będę? nie wiem... ale będzie moim. Jeżeli się ożeni, wydrę go żonie; jeśli uciecze, dogonię; jeśli odepchnie — zabiję!
— Aneto! krzyknęła matka dostając spazmów: to szał! to okropność!
— Tak! to szał! spokojnie mówiła dziewczyna. Ja wiem... ale to nic nie pomoże: kocham go. A teraz, dodała zimniéj: proszę cię matko, żadnych w mojém imieniu starań, ani słowa, ani kroku. Jestem sama dość silna, by pokierować sobą, i zwyciężyć los, jeśli mi się oprze. Ani słowa ojcu, nikomu... Widzisz, żem zdrowa, przytomna, pewna siebie, spokojna; dość tego. Nie jestem dzieckiem. Wróćmy do gości.
I z twarzą, na któréj tylko lekki rumieniec dowodził świeżo przegorzałego uczucia, Aneta śpiewając jakąś piosenkę przeszła do salonu, usiadła przy Maksie, i spokojnie rozmawiać z nim poczęła o rzeczach obojętnych.
Nawiasem ktoś powiedział, że Lola chora, a Aneta mocno się nad jéj losem poczęła użalać.
— Nie daléj niż jutro pojedziemy do niéj, mamo.
— My! a pojedziemy.
— O! pojedziemy! dodał Jędruś.
— Ja tak kocham tę biedny Lolę, ten śliczny kwiatek naszéj doliny! dodała Aneta.
Maks natrącił coś o Jerzym, a dziewczę odezwało się obojętnie:
— Co to za szkoda, że tak zaniedbany, tak zdziczały, że tak późno wszedł w lepszy świat, wnosząc już weń nałogi i obyczaje innego życia!
— Jaki to rozum u téj dziewczyny! szepnął Jędruś; niech ją... anieli kochają! Ja zawsze mówiłem, że im się ta miłość jakaś przywidziała; przecięż sama mówi, że dziki... Ale one mnie tu mają za głupiego! Cóż robić!
Maks, który niedaleko widział, gdy nie o niego chodziło, dał się tak wziąć jak i drudzy. Jedna tylko matka jaśniéj to rozumiała, ale przerażona milczała.
Tak skończył się spokojnie wieczór, a nazajutrz pan Jędrzéj odebrał formalną dyspozycyę kazać zaprządz do karety cztery gniade konie, gdyż panie jechać miały do hrabiny.
Aneta wstała spokojna, tylko oczko jéj błyskało czasem jaskrawym ogniem przytłumionego gniewu. Ubrała się czarno, ułożyła twarz smutną, i zadysponowawszy ubiór dla matki, bo i to od jéj rozporządzenia zależało, punkt o drugiéj siadła do powozu.
Podróż minęła w milczeniu, a gdy wysiadły przed gankiem i weszły do salki, z razu nie zastały nikogo.
Po chwilce, nieubrana, z zapłakanemi oczyma, biedna hrabina wysunęła się zmieszana do swoich gości; bo na wsi niepodobna ich nie przyjąć, choćby kto konał w domu.
— A! cóż to pani dobrodziejce? spytała Stasia: czy nie chora?
— Ja, nie; córka mi słaba. Pojmujesz pani niespokojność moją, odparła hrabina: jedyne dziecię!
— Cóż to takiego? przecięż nic groźnego?
— Nie wiem: dla matki wszystko jest groźne, moja droga pani...
— Teraz to panują katary, febry, i moja Anetka także przez dni kilka była dosyć niedomagającą...
— Mogę pójść zobaczyć kochaną Lolę? przerwała Aneta.
Hrabina zafrasowała się.
— Nie wiem, może zasnęła...
— Ja wejdę na palcach, nie zbudzę jéj, zobaczę tylko — takbym chciała ją widzieć! Proszę mi pozwolić trafię sama.
I nie czekając pozwolenia, wsunęła się Aneta z jedwabnym sukni szelestem jak wąż do ciasnych drzwiczek, przez pokoiki sunąc, aż do łóżeczka, w którém leżała chora.
Lola była na pozór spokojna, ale strasznie zmieniona. Oczka jéj choć suche, zdawały się świeżemi wypalone łzami; źrenice były powiększone, policzki wpadłe; pierś podnosiła się często i gwałtownie.
— A! cóż ci to jest, Loleczku! przybiegając da niéj zawołała Aneta: co ci to? chora jesteś?
— Tak, trochę...
— Wiesz, i ja byłam niezdrowa! dodała Aneta, siadając w jéj nogach; ale nam młodym tylko chcieć trzeba, aby się dźwignąć. Nie słuchaj tylko doktorów; zobaczysz, siły ci przybędą, byleś wstała.
— A jakie rączki masz gorące! rzekła biorąc ją za dłoń białą: czy masz pragnienie?
— O! wielkie!
— Nie mówmy o chorobie! to dzieciństwo! przyszło i przejdzie. Był tu kto u was, mieliście gości? My siedzimy jak zamurowani... A! co to za nudna okolica!
— U nas było kilka osób, ale ja wolę samotność.
— Był Emil?
— Był parę razy.
— Śliczny chłopiec; podobał ci się?
— Nie wiem, doprawdy nie przypatrzyłam mu się nawet.
— Żartujesz chyba, bo cóżbyśmy robiły biedne dziewczęta, gdybyśmy choć w oczy chłopcom nie spoglądały, dodała śmiejąc się Aneta. Prawda, że nic pocieszniejszego nad nasze z nimi na oczy rozmowy... Oczy daleko wyraźniéj mówią niż usta: nieraz się uśmieję myśląc, do czego służą te nasze rozmowy słowami, gdy wejrzenia daleko jaśniéj tłómaczą bez ogródki, od razu, co w sercu i myśli.
— A, mój Boże, ja tego nigdy nie uważałam! słabo odezwała się Lola.
— Przypatrz się tylko kiedy... Język to tak jasny i zrozumiały, a tak nic nie kompromitujący... Wchodzi, kłania się ceremonialnie, mówi o pogodzie i deszczu, a oczyma pyta: — Będziesz ty mnie kochała czy nie? — Ja mu na to powoli odpowiadając o pogodzie: — Nie wiem, zobaczę. — Patrz, jestem bardzo przystojny, mówią znów jego oczy. — I ja też nie jestem brzydka, odpowiadają moje. — Spójrzże na moją postawę... — Zobaczże moją rączkę i nóżkę... — Pokochałbym cię. — Pokochaj... zobaczę... — Jesteś ładna... — Podobasz mi się i tak daléj... A mamy i papy ani wiedzą co się koło nich dzieje; a słowa sobie idą zimne, jak zdawkowa moneta dla dziadów... Nie także to moja Lolu?
— Ty to wiesz lepiéj...
— Rozumiem! ja daleko już dłużéj żyję i doświadezeńsza jestem od ciebie, zawołała Aneta. Powiem ci nawet, że tym mężczyznom czy ustami mówią, czy oczyma, wierzyć nie można: najczęściéj sobie żartują lub kłamią.
— Czyż wszyscy?
— O! nie ma wyjątków! zawołała Aneta. Dla nich ja, ty, druga, trzecia, to wszystko jedno; byle piękna, byle młoda, często byle bogata... Myśmy zawsze dzieci, dajemy się tak uwieść jak ta biedna półkownikowa, któréj się zachciało artysty, a złapała pospolitego ekonomczuka... Wierzymy wszystkie, gdy serce kochać pragnie; wywołujemy fałszywe wyznania, świętokradzkie zaklęcia; potém ich łachmany kładziemy na sercu... a!...
— Ale czyż wszyscy? czy wszyscy? powtórzyła Lola.
— Wszyscy są ludźmi, odpowiedziała Aneta: gorsi, lepsi, ale to zawsze ciż sami ludzie, ta sama w nich płochość i niewiara.
— Nie! to nie może być, zawołała Lola: nie mów mi tego...
— Jeśli chcesz, zamilczę, śmiejąc się przerwała Aneta; ale gdyby kiedy spotkać cię to miało, moja Lolu, żeby ci się na świętości największe zaklął człowiek, poprzysięgając wiekuistą miłość, co niechybnie przyjdzie rychło, lub może już przyszło...
Aneta spojrzała na nią wzrokiem badawczym, a Lola pokraśniała i zadrżała.
— Wiedz, dziecię moje, że u nich przysięga, — kończyła dziewczyna z uśmiechem, — zaklęcie, ślub nawet, to igraszka. My tylko biedne bierzemy to na seryo, chwytamy chciwie cacka, a potém serce nam pęka, a oni się śmieją. Dla nich to sobie zabawka, oni tak liczą swoje podboje jak my boleści.
Smutnie Aneta zwiesiła głowę, bo smutek należał do programu, był przekonywającym argumentem.
— A! nie mów! nie mów! przerwała jéj Lola: słuchając tego, serce zamiera. Miałożby tylko złe być prawdą, a wszystko co dobre i piękne złudzeniem?
— Niestety! my-bo — zawołała Aneta — przychodzimy na świat z jakiemiś pozaświatowemi o nim pojęciami, a póki się człowiek nie zrezygnuje na prozę, dużo wycierpieć musi.
— Ale to tak nie jest! Czyżeś ty miała czas tyle wycierpieć, by się tak wiele nauczyć?
— Ja? Jeśli chcesz prawdy, niejedno mi się zdarzyło w życiu. Ale dziś, to rzeczy powszednie. Wiem, że serc nie ma i nie szukam; dobieram sobie twarz, człowieka, sługę, faworyta, cacko jakieś — więcéj nie chcę. Ja mu się nie poddam; on poddać mi się musi. Miłości nie chcę; potrzebuję posłuszeństwa. Miłość, to dziecinny sen o białych aniołach.
Lola już nic nie odpowiedziała, ale chłód ogarnął ją przykry i serce się ścisnęło. Aneta, jakby wrażenia nie spostrzegła, mówiła daléj powoli:
— I ja przechorowałam na miłość. To tak jak szkarlatyna: raz w życiu przebyć ją potrzeba; potém już człowiek wolny na zawsze. Albo się z tego umrze, albo wyzdrowieje, i potém już nic.
— Ty kochałaś? spytała Lola.
— A! jak! jak kochałam! tak jak ty kochać będziesz, gdy pokochasz! zawołała Aneta. I płakałam, i modliłam się, i chorowałam, i przysięgałam jemu! On mnie przysięgał i zamieniliśmy pierścionki...
Lola zbladła jak marmur; oddech się w jéj piersi powstrzymał.
— Chodziliśmy razem po księżycu, pisaliśmy listy, płakaliśmy wsparci wzajem na ramionach.
— A potém?
— A potém on znalazł bogatszą, i młodszą.
— A ty?
— A ja? płakałam jeszcze trochę, chorowałam i pogardziłam nim i nimi.
— A! trafiłaś nieszczęśliwie! żal mi cię.
— Traf ten wszystkie nas spotyka. Nikt nie jest szczęśliwszy: tylko jedna z nas przeboleje, druga gorzéj, bo pójdzie do ołtarza, by w rok albo prędzéj, jak półkownikowa, zobaczyć, że Maks genialny artysta, jest panem Maksymilianem, kandydatem na podsędka, lubiącym barszcz z rurą i zrazy. Wzdychajże z nim po księżycu!
Tu szczebiotanie się urwało, bo hrabina przeczuwszy, że zbyt długą rozmową córkę znużyć może, weszła z panią Jędrzejową, i salon przeniósł się do łóżeczka Loli.
Ale co się stać miało, już się stało: w duszę Loli wstąpiła niewiara, zwątpienie; obok rozpaczy stanęła obawa, przypomnienie słów, które ją mogły potwierdzać, tęsknota, gorzkie przeczucia. Odpychała je dusza dziewicza; ale te mary, gdy raz przyjdą i staną u łoża, już ich nie odegnać niczém.
Jak w duszy pobożnego człowieka, wątpliwość sceptyka i uśmiech niedowiarka wiecznie szatańskiém piętnują się przeczeniem, które i na modlitwie przychodzi; tak w sercu dziewczęcia zaszczepiona nieufność, przypomina się nawet wśród uścisku szczęścia.
Człowiek przynosi z sobą zapas wielki miłości, nadziei, wiary; kwiaty te młodość rozwija. Lecz jak pączek perskiéj róży, gdy w kielich kropla rannéj rosy padnie, już się nie roztworzy, a plama i rdza zjadają go mimo słońca: tak mała rosy kropelka, tysiączna łzy cząsteczka, co się do serca zakradnie, już uczuciu rozkwitnąć nie da.
Niepostrzeżony to znaczek na listku, plamka niedojrzana, ale z sobą śmierć przynosi.


Jerzy powracał do Horycy roztęskniony, zbolały; stanowczo odmówił bytności u Jędrzejowstwa; nigdzie nie mógł się pokazać w tym stanie ducha; sam potrzebował być z sobą. Przez całą swą podróż, którą odbywał dość powolnie, mimowoli porównywał swobodną swą przeszłość, z trosk pełną chwilą teraźniejszą. W sercu, w myślach wiele się rzeczy zmieniło. Nie pomógł opór przeciwko światu: opasała go powoli żelazném kołem niewola, z któréj ledwie kilka lat młodszych wyrywa. Odzyskać znowu tych chwil swobody cygańskiéj nie było już podobna: dojrzalsze lata przybyły z obowiązkami, z trudem i znojem, od których tylko egoizm mógł wyswobodzić. Jerzy lepiéj zaczynał pojmować życie i treść jego, którą jest boleść; postrzegł, że kto ma serce, cierpieć musi i wpleść się koniecznie w ten Holbejnowski taniec życia, z którego wynijść nie można, chyba do mogiły.
„Więc wszystko było marzeniem! mówił sobie; więc ofiary i sny z przebudzeniem znikły jak mgły poranne!“ Z jednéj strony przybrana matka, z drugiéj ukochane dziewczę, daléj rodzice, starzy słudzy i przyjaciele, nad których losem czuwać było potrzeba: wszystko to trzymało w związku ze społeczeństwem, w konieczności pracy, podległości, czuwania...
Ale pojął, że to, co się poświęca światu i ludziom, płaci się serdeczną pociechą, i pierwszy raz zbliżając się do Horycy, zrozumiał rodzinę i słodycz domowéj strzechy... Tu nań czekano! było serce, oczy, co go wyglądały!
W miasteczku schwycił go ks. Mizerya na drodze, i uściskał, nie mówiąc słowa.
— A widzisz! przemówił po chwili: mizerye ludzkie — co to Pan Bóg robi! wielki z Niego majster! Wróciłeś do ojcowizny, będziesz się modlił w tym kościołku, który dziada twego pamięta, i jeszcze mi w tym roku każesz łąkę wykosić. Bo to ja koniki hoduję, a siano już grubieje; to szuwar, na nic potém, a ja robotnika nie dostanę. Proszę, proszę — a nim się kto zlituje i z kosą pójdzie, to drudzy już w stogi złożą.
— A! mój ojcze! i łąkę skosimy i odmienimy ją, jeśli zechcecie.
— O! już odmienimy! zawołał ks. Mizerya. Stój chłopcze! niech sobie i szuwar będzie, byle stary a mój: ja się z nim znam, a wy mi nowy dacie, to znów będzie sam hnidnik albo łoza. O nie! starych przyjaciół niepotrzeba mieniać. A co to ja tam na téj łące pacierzy namówiłem, a nakląłem grzeszną gębą w czasie słoty! Ale cię już nie wstrzymuję, dodał; jedź, jedź, czekają tam we dworze. Paweł ciągle, słyszę, wychodzi na wzwiady ku grobli i rusza ramionami, że ciebie nie widać. Deus te reducat, bywaj zdrów moje dziecko! A kosarzy mi na wiosnę przysłać nie zapomnij; otawy ja kosić nie będę: non bis in idem.
Przybycie panny Izabelli wiele bardzo smutny dom horycki zmieniło. Ta, co dla siebie nigdy o wygody i piękność nie dbała, pół wieku przesiedziawszy w opuszczoném domowstwie miasteczka, — tu dla przybranego dziecka krzątała się chcąc wszystko jak najwygodniejszém, miłém i wesołém uczynić. Stracony smak i poczucie piękna odzyskała, a Horyca w jéj ręku wyświeżyła się do niepoznania, przynajmniéj zewnętrznie. Wewnątrz bowiem było pusto, tylko na górze pokoje przyozdobiono, dół jak był zostawując dla pamiątki, i zachowując nietykalnemi mieszkania Lacyny, Pawła i Radwanowicza, którzy się byli do nich przyzwyczaili.
Izdebka Siermięzkiego pełna makuter i przejęta wyziewem tabaki, schnących liści, próbek, niewodów, rupieci bez wartości, które wiek i nałóg gromadzą, nietknięta wśród odświeżonéj góry została. Drzwi tylko od niéj pomalowano, co Pawłowi nie do rzeczy się wydało.
Życie nowe wstąpiło w zamarłą Horycę. Zbliżając się do dworu, choć osmucony wspomnieniem Loli, Jerzy uczuł się jakby weselszym, był u siebie, miał rodzinę. Brakło tu tylko téj, któréj uśmiech byłby rozjaśnił i ożywił wszystko: bez któréj już dla niego nigdzie spokoju i szczęścia być nie mogło. Wspomniał to i westchnął wchodząc na próg, w którym powitała go panna Izabella.
Kto ją widział przed niedawnym czasem w Pińsku, a byłby ujrzał teraz, mógł jéj nie poznać, tak przeistoczyło ją szczęście i zamiana uczucia zemsty i nienawiści przepalającego, na poczciwe miłości i przywiązania uczucie. Żyła teraz tak w Jerzym, jak długie lata gryzła się pragnieniem zemsty nad ojcem jego. Wprawdzie twarz jéj postarzała, bo i szczęście przychodząc nagle zjada człowieka; ale oblicze to jaśniało pogodą, oczy śmiały się spokojem, a kiedy rękę podała Jerzemu, dłoń jéj od radości drżała. Przykro jéj tylko było spojrzawszy na twarz syna, znaleźć na niéj ślady cierpienia, zadumę i troskę już rozpoczętego życia.
Razem z p. Izabellą, Lacyna i Radwanowicz, dwór nieodstępny, przywitali w progu młodego pana. Regentowicz był wesół, wyświeżony, rumiany do zbytku, co zawsze przypisywano wódce do poduszki, którą się bronił od bolu zębów. Radwanowicz nie schudł wcale, a z założonemi na tył rękami i okrągłą jak księżyc w pełni twarzą, miał minę niezmiernie poważną.
Serdeczne przyjęcie na chwilę tylko rozjaśniło oblicze chłopca, które zaraz posmutniało znowu. Brakło mu Loli, nie wiedział co się z nią dzieje: niepokój go uciskał.
P. Moroszówna nie śmiała go pytać o nic; przeczuwała, odgadła złe z oczu, ale starała się nie draźnić go nawet troskliwością zbyteczną. Wszyscy zaraz skupili się około młodego pana, który im powracał, niosąc nowe z sobą życie. P. Izabella powiodła go po domu, aby mu porobione w nim pokazać zmiany.
Każdy czémś się miał pochwalić: Paweł sypialnią, w któréj przybór myśliwski i różne wygódki uporządkował i zgromadził; p. Izabella kwiatami; Lacyna gospodarskiemi regestrami i spisami, które położył na oku; Radwanowicz projektem ułożenia systematycznego biblioteki, który od lat kilkunastu ciągle poprawiany, na zawsze miał pozostać w tece autora.
Zacny ex-professor uznawał potrzebę jakiegoś porządku, ale zarazem przeczuwał, że był już za stary, aby się nim posłużyć, i w cichości postanawiał statu quo utrzymać, czemu się nikt nie sprzeciwiał.
Kiedy wreszcie z gorliwością się swą popisawszy, wszyscy się rozeszli, po cichu sobie szepcząc spostrzeżenie, że panicz czegoś bardzo smutny powrócił, — p. Izabella powiodła go z sobą na górę, a towarzystwo dworskie: Paweł, Lacyna, bibliotekarz, zeszli wzdychając do izdebki Radwanowieza, aby wziąć pod bliższe rozpoznanie co wyczytali na jego twarzy.
Paweł pierwszy kwestyę zagaił.
— Nieswój — rzekł — nieswój; nawet oto kiedy mu ten majątek odbierali ten sędzia z Burdą, nie można powiedzieć, żeby nie był weselszy. Dzisiaj powrócił jak przybity.
— Oczywista rzecz, że to nie bez kozery, odparł Radwanowicz powoli. Fizys nie zwodzi, zkąd fizyognomika, nauka jak świat stara. Świat mundus immundus, stary upudrowany popiołem popielcowym intrygant... Intryga i miłość — Kabale und Liebe, Schiller, Goethe, poezya niemiecka, Germania, Arminiusz, Tacyt... Cezarowie, Rzym... i widzicie państwo, że wszelka droga do Rzymu prowadzi.
— Oto! już pojechał! wykrzyknął Lacyna ruszając ramionami.
— A cóż? wszystko w doskonałym związku, rzekł Radwanowicz; czego się wpan skarżysz? co pleciesz!
— Wpan sam pleciesz! odburknął regentowicz.
— Ja plotę! słyszycie!
— Expresse wpan sam! powtórzył Lacyna: co ma za związek panicz z Rzymem?...
— A ja ci pokażę, iż ma... Rzym, zaraz i Romulus fundator nowego Rzymu, Jerzy założyciel nowéj Horycy, a wilczyca...
— Otoż patrz, pannę Izabellę zrobi wilczycą!
Radwanowicz plasnął się ręką po ustach i głowę schował w ramiona jak złapany na uczynku.
— Nie, rzekł: wilczyca, to oczywiście Seredowiczowa.
— At! przystąpiło do nich! przerwał Paweł; zawsze te głupstwa! Co jemu jest!
— A coby miało być, odparł Lacyna, wracając do przedmiotu: on się musi kochać, bo u młodego kiedy na czole smutek, to nie chybi kochanie przyczyną.
— Jest racya, przerwał Radwanowicz: kochanie, amor, co na wywrót Roma, znowu cudny związek rzeczy! Amor omnia vincit... Veni, vidi, vici... Cezar! kommentaryusze... i...
— Ach! dałżebyś pokój! krzyknął Lacyna.
— Nigdy mi wpan mówić nie dajesz i sens nawpół rozcinasz! boleśnie westchnął professor.
— Jak gdybyś kiedy wpan mógł mówić z sensem! westchnął regentowicz.
— E! to już do osobistości dochodzimy! obruszył się bibliotekarz; zkąd honor obrażony, honores mutant mores, sed raro in meliores...
— I znowu jedzie! westchnął Lacyna.
— No! no! nie bój się wpan, powróci, dodał Radwanowicz. O czémże mowa? O miłości naszego panicza, pamiętam...
— To już cała bieda, rzekł Paweł: jak się nam jeszcze to licho domiesza, nie damy z niém rady, póki go nie ożenimy.
— Ale to najgorsza rzecz, szepnął na ucho Lacyna Radwanowiczowi: że kocha się, jak mówią, w córce stryja, a swojéj siostrze stryjecznéj...
— Ehe! a prawo kanoniczne pozostało w lewo! krzyknął professor. Nie będzie z tego słodu piwa! źle! Wprawdzie historya nam wystawia mnóztwo związków podobnych, a nawet daleko bliższych... ale religia kładzie veto i przeklina...
Paweł pokiwał głową.
— To jeszcze może być nieprawda, przerwał: drudzy mówią o Anecie Żeliżance; niczego panna, ale nadto rozumna i dużo już przebierała... oj to organista!
— Przebierała! oczywiście organista! podchwycił professor: zkąd organy i Nowy Organ Bakona, o którym wy nie wiecie, i Logika i Arystoteles, i znowu mój kochany Aleksander Macedoński.
— A żeby go dyabli wzięli! tego Macedońskiego! i z wpanem razem!... krzyknął Lacyna.
— Niechże mnie, ale za cóż Macedońskiego nieszczęśliwego! jęknął Radwanowicz.
— Bo mi dokuczył! ciągle wyłazi...
— A ma do tego prawo najzupełniejsze, odparł Radwanowicz. Pójdę z wpanem o zakład, jeśli chcesz, choćby o kopę gruszek: zaczniéj sobie wpan od czego chcesz, a ja ścisłą logiką dojdę zawsze do Aleksandra Macedońskiego, a zresztą do czego ci się podoba...
— Z nim już gadać nie można...
— Ale i milczeć trudno, dodał zaraz Radwanowicz; więc cóż robić? dwie ostateczności: którą sobie wybierasz?
— A już milczę.
— Że się młody pokocha — rzekł powoli Paweł, który na intermedya rozmowy Radwanowicza i Lacyny wcale nie zważał, — i nie nowina, i nie grzech; ale czy to koniecznie ma już być ta jedyna i koniec? Drudzy się i w dziesięciu kochają, nim na swoją trafią. Ot i ja sam...
— E! ja we dwudziestu się kochałem! przerwał Lacyna. Toby to było nic; ale kto jego wie jakie u niego kochanie. To zważcie państwo, że jaki człowiek, taka u niego expresse miłość: człowiek lekki, miłość lekka.
— A jeśli ciężki, to ciężka, wtrącił Radwanowicz. Pondus, ponderabilis, a ztąd zaraz...
— Dajże mi pokój i nie przerywaj! ofuknął się Lacyna. Nasz pan wygląda, że wszystko bierze na seryo; więc jeśli i miłość weźmie na seryo, może być bardzo źle...
— Świadkiem historya i Abelardus, który był bardzo uczony człowiek, tak uczony, że aż heretyk; jednak jak się zakochał w mniszce Heloizie, mości dobrodzieju, przepadł... Zkąd listy Heloizy, nowa tedy Heloiza Russa i mnóztwo Heloiz tandetnych... zkąd...
— Dosyć, że ty zawsze swoje brednie wtrącić musisz!
— Nieuchronnie, potwierdził professor; ale jakże, kiedy wpan zawsze mówisz z sensem, to dla równowagi europejskiéj mój nonsens jest gwałtownie potrzebny. Koniec końców my tu nic nie uradzimy, i ja solwuję sessyę.
To mówiąc, Radwanowicz wstał, i uczuwszy potrzebę przechadzki, pociągnął uspokojony ku miasteczku, pewien, że Pan Bóg w takich rzeczach lepiéj radzi od ludzi.
W pokoju panny Izabelli ważniejsza po cichu wiodła się rozmowa. Tę chmurę na czole Jerzego, którą postrzegli domowi, widziała i ona; gdy więc zostali sam na sam, odezwała się:
— Nie śmiem cię badać, ale jako twoja przywiązana matka i przyjaciołka, chciałabym wiedzieć, z czém powracasz?
— Bez nadziei, ze smutkiem tylko, rzekł Jerzy — i z mocném postanowieniem wytrwania w uczuciu, które żyć musi we mnie do śmierci.
— Widziałeś Lolę?
— Widziałem ją chorą, biedną, znękaną, we łzach, i pożegnaliśmy się tak, jak na długą wieczność... przyrzekając sobie tylko wytrwanie...
— Jakże przyjęła cię matka?
— Smutnie; ją to przywiązanie przeraża: widzi w niém grzech i przeklęctwo...
— Wszak to są rzeczy, które przewidzieć było można z góry, które’m przeczuła, i dla których jakkolwiek mi tu dobrze i spokojnie, choć odwykłam od świata, ludzi i odwiedzin, muszę do nich pojechać...
Jerzy wstał wzruszony.
— Jak to? chciałabyś?
— Muszę pojechać: może i moje słowo coś potrafi, może uspokoi, może na inne naprowadzi myśli, pocieszy, złagodzi... Chcę widzieć twoją Lolę, pomówić z niemi, jak z rodziną mojego syna. Wprawdzie przyjdzie mi to ciężko, ale czegożbym nie zrobiła dla ciebie? Mam przeczucie, że ta podróż przyda się na coś... Zobaczę się z hrabiną, z hrabią nawet, z którym jeszcze mam resztki interesu przedaży, wezmę z sobą Żerebę... Nie trzeba zwlekać...
— A mnie nie weźmiesz? spytał Jerzy.
— Nie: ty nie pojedziesz, odpowiedziała panna Izabella. Będę swobodniejszą sama... Zostań: miéj nadzieję; czekaj...
— Ale mogęż ja mieć nadzieję?
— Zawsze ją mieć potrzeba, odpowiedziała przybrana matka. Widzisz, że czasem nawet w starości przychodzi babie lato ze słońcem i pogodą, jak dla mnie, dla któréj wszystkie już były nadzieje pogasły.
Ta podróż tak szybko przedsięwzięta, nie była wcale łatwą, jak się na pierwszy rzut oka zdawała. Występując jako przybrana matka Jerzego, chciała p. Moroszówna pokazać się przyzwoicie, a długie zasiedzenie w domu, opuszczenie się, tysiąc potrzeb zbytkowych uczyniło dla niéj obcemi.
Musiano więc nagle wszystko zbierać, skupować, ściągać, urządzać na nowo, a to zajęcie gwałtowne nowém życiem napełniło Horycę. Krzątali się wszyscy, począwszy od poczciwego Porciakiewicza, który się coraz serdeczniéj do Jerzego przywiązywał, aż do Lacyny, który najgłośniéj krzyczał, a najmniéj robił, do staruszka Pawła, który gryzł się i swarzył, ale dreptał skutecznie. Radwanowicz tylko ze stoicyzmem filozofa, poglądał na ten zamęt, i rzucał zdania oderwane, tyczące się Chaosu, Kafarnaum... o co znowu dziesięć razy na dzień kłócili się z Lacyną, wedle starodawnego obyczaju.
Nim powóz nowy przyszedł z fabryki około Stepania, nim sześć koni dobrano do niego, umundurowano służbę, ujeżdżono forysia świeżo z łapciów wyzutego, zaopatrzono garderobę panny Moroszówny i zebrano do gromady wszystko to, co podróż w kraju naszym czyni niezbędném mieć z sobą, to jest całe podróżne gospodarstwo przewoźne, — dobrych dni kilkanaście upłynąć musiało.
Nareszcie panna Moroszówna była gotowa, a cały dwór z Jerzym wyszedł ją wyprowadzać na ganek, żegnać, przestrzegać gdzie wypadało wysiąść na moście, do jakiego dążyć noclegu, żeby noc spokojnie przepędzić i t. d., i t. d. Paweł żałował, bo to była ruchawa natura, że mu niepodobieństwem było rozdzielić się na dwoje, i nie mógł napół pojechać z panią, pół z paniczem pozostać.
Teraz próbował on już powoli, po troszeczku kłócić się z paniczem, tak jak był zwykł ze starym panem, ale mu się to zupełnie nie udawało. Hrabia wiedział, że to Pawłowi potrzebne było, i wywoływał sprzeczki, które się zawsze kończyły czule lub pociesznie; młody ustępował mu w obawie, aby biedaka nie zmartwić, i Paweł musiał się cofać, widząc, że drzwi, które wyłamuje, stoją otworem.
Nie rzucił jednak służby przy paniczu, i ślizgał się cały dzień, chodząc niepotrzebnie po jego pokojach. A że w nim spieranie się i narzekanie długi nałóg drugą uczynił naturą, obrał sobie Wicka na uciemiężonego, na nim żółć swą wylewając. Nieustannie łapał go na jakimś zdrożnym uczynku, dawał morały, a niekiedy kręcił go nawet za uszy.
Wicek począł z rozpaczy przedwcześnie tabakę zażywać, i to nieco złagodziło starego.
Zresztą też same dzieje powtarzały się w Horycy codzień, często nawet jednemi słowy, bo do nowych brakło strawy świeżéj. Jerzy sam pozostawszy, pędził życie, które mu może najlepiéj do stanu jego duszy przypadało: jeździł po polach, polował, łamał się z końmi młodemi, chodził na długie przechadzki.
Raz z jednéj takiéj powracając wieczorem, przyszedłszy do swojéj izdebki, zdziwił się mocno, list nieznajomą ręką napisany znalazłszy u łóżka na stoliku... Ręka i charakter wyraźnie były kobiece; rozerwał pieczątkę żywo, i postrzegł zbiciem serca, że list był od Loli.
Nim jeszcze miał go czas przeczytać, zadzwonił na Pawła, dopytując kto go przyniósł? ale Paweł nie wiedział: podał go ktoś z miasteczka komuś ze dworu, i dojść było niepodobna. Zrobiono poszukiwanie jak najstaranniejsze, ale zdawało się, że oddawca umyślnie się zataił. Po dacie tylko poznać było można, że list musiał przyjść umyślnie i z wielkim pośpiechem.
— „Drogi mój, pisała Lola: obiecałam ci pisać, i choć tak smutna jestem, że nie przyniosę ci pociechy, dotrzymuję słowa. Mama nie wie o liście, muszę się z nim ukrywać: wiem, że pisaćby mi nie pozwoliła. Ja sama czuję, że może robię niedobrze, ale mi tęskno, i choć przez ten zimny papier muszę z tobą pomówić. Tak daleko jesteśmy od siebie! tak daleko! Ja tam i myślą nawet do ciebie dobiedz nie umiem.
„A! żebyś wiedział, jak mi potrzeba ciebie! jak przykre zwątpienie serce mi uciska i życie wysysa! Myślę sobie: ty zapomnisz o mnie; myślę sobie: ty mnie kochać przestaniesz; myślę nawet, że przysięga mogła być czczém słowem, które się rzuca na lekko, aby czyjeś serce ukoić... że to wszystko są sny i marzenia dziecinne dla ciebie, gdy dla mnie to treść życia! to życie samo!
„Nie wiem, chciałabym się wyleczyć z téj wątpliwości, z niewiary, którą może rodzi choroba; chciałabym, żebyś mi dodał ufności i siły, bo ja — ja ci ich nie przeszlę, ja ich już nie mam, mój Jerzy!
„O mój najdroższy! mnie już nie chodzi o to biedne szczęście moje, które pogrzebałam głęboko, ale o wiarę w ludzi, bez któréjbym żyć nie mogła. Jeżeli zwątpię o tobie, w kogożbym uwierzyła? Jeśli zwątpię o ludziach, na cóż mi życie? po co przyszłość?
„A ja wątpię! ja cierpię!

„Napisz mi o sobie, odpowiedz długo. Mnie trudno pisać wiele: nie chcę niepokoić mamy, która zagląda co chwila, płacze i martwi się biedna. I jéj życie zatrute przez nas zostało! Napisz, napisz mi nadewszystko, że mnie kochasz, tak silnie, tak mocno, jakem ci ja pierwszy raz to powiedziała. Chcę być i będę twoją na zawsze.“ L.

„Wyglądam, proszę cię, błagam choć o słówko od ciebie: ono mi da życie!“
List zdradzał cierpienie, i Jerzy ucałował go przelękniony, rozgorączkowany. Oprócz choroby widać w nim było stan duszy niewłaściwy temu dziecięciu, które z taką wiarą i ufnością na pierś się jego rzuciło.
Siadł natychmiast odpisać, chwytając pióro z boleścią razem i rozkoszą.
„Droga moja siostrzyczko! aniele mój! List twój był dla mnie szczęściem, póki trzymałem go w dłoniach, nie śmiejąc czytać; zranił mnie boleśnie. Któż cię napoił tą wątpliwością? Kto cię nauczył nie wierzyć? kto ci natchnął te czarne posądzenia i niepokoje? To nie mogło przyjść z ciebie; ja tak znam serce twoje i duszę, że wiem, iż z niéj ten czarny kwiat wyrosnąćby nie umiał? Nie wiem o niczém, ale domyślam się przeczuciem wielkiego mojego przywiązania do ciebie, żeś ty nie zwątpiła pierwsza. Znam ludzi niewiele, ale serce moje dobrze; za nie ci ręczę, że się nie pokalało kłamstwem, nie zaprzysięgło fałszu, choćby nim życie okupić miało.
„Kochałem cię od pierwszego wejrzenia, kocham jak jedyną istotę wybraną, boś czysta, anielska, boś sobą, a ja nad ciebie nie pojmuję nic wyższego. Kocham cię i kochać będę, a miłość moja to nie igraszka swawolna, to nie zabawka dziecinna, ale uczucie wielkie, poważne, święte, które się nie lęka z czasem walczyć i z ludźmi wojować. Szanuję siebie, bo ty mnie kochasz... pragnę życia, bo w niém spotkamy się jeszcze i dłonie nasze znów się połączą. Nie, Lolu, siostrzyczko moja, nie wątp, nie wątp nigdy. Mogłażeś kiedy na ustach moich schwycić szyderstwo, w oku fałsz, we mnie zaród jaki tego, co cię przestrasza?... To myśl nie twoja: ktoś obcy ci ją przyniósł, z innego świata.
„A jest ich dwa na ziemi, rozdzielonych całą przepaścią: myśmy z tego białego świata, który wierzy, kocha i umiera; oni z tamtego, który śmieje się, rachuje i żyje. Bóg zmieszał te dwa ludzi rodzaje, jak połączył na ziemi drapieżnego zwierza i bezbronne istoty, aby były tamtych pastwą i ofiarą... Zamiarów bożych nikt nie przeczyta z życia, choć księga ta wiecznie otwarta; lecz my jéj pisma nie znamy... Tak jest, — ale Lolu droga, ja nie należę do czarnych, i wolę być pożartym, niż karmić się łzami i bolem.
„Życie moje upływa w ciągłém marzeniu o tobie; chodzisz ze mną, lecisz nademną, jesteś we mnie, czuję ciebie dokoła. Świat mi się innym wydaje, bo wiem, że tam daleko bije to serduszko złote, dziecinne, poczciwe, do którego uderzeń ja mam prawo, które pierwszy raz zabiło dla mnie. Możeszże pomyśleć, abym szczęśliwy twoim wyborem, tak podniesiony przez ciebie, mógł ten mój klejnot najdroższy zmarnować, odrzucić, sponiewierać? Lolu, jeśli ci myśl zwątpienia przyjdzie, odepchniéj ją jak występek... jeśli ja kochać nie potrafię, nie ma miłości na ziemi.

„Spojrzyj na obrączkę moją, jak ja twój pierścionek przyciskam do ust, pisząc te słowa, i wierz, wierz, wierz, bom twój na zawsze.“ J.

Nazajutrz rano chodziło tylko o to, jak list ten, do którego jeszcze przybyły przypiski i dodatki, co najprędzéj wyprawić. Jerzy nie mógł się obejść bez pomocy ludzi, potrzebował kogoś roztropnego i pewnego. Paweł już był za ciężki: stawił się na zawołanie Lacyna, któremu musiał polecić wybór i nauczenie posłańca.
Trochę zarumieniony rodzajem posługi, jakiéj od niego wymagać musiał, przystąpił Jerzy do regentowicza.
— Kochany Lacyno — rzekł — trzeba, żebyś mi pomógł do wysłania tego listu. Jest to list ważny.
— Ja to już wiem! kręcąc wąsa i odchrząkując, odpowiedział regentowicz.
— Potrzeba roztropnego człowieka, któryby go mógł zawieźć co najprędzéj, nie tracąc chwili, i oddać... oddać... jakże ci to mam powiedzieć?
— Już ja się domyślę, tylko komu proszę j. pana? zapytał ochotny pomocnik.
— Siostrze mojéj... dokończył Jerzy; potrzeba go oddać tak... aby... do jéj własnych rąk... Znajdziesz mi wpan kogo?
— Najpewniéj, znajdę, a nawet już znalazłem, bo expresse ja go sam zawiozę.
— Wpan? Nadto jesteś widoczny i znajomy.
— Nikt mnie tam nie zna, a jeśli potrzeba, to się przebiorę.
— Mnieby się zdawało, że dosyć prostego, ale roztropnego ze wsi człowieka.
— Już ja to biorę na siebie. Czy ma być odpowiedź? spytał Lacyna zbyt jakoś pewien, że sobie da radę.
— Nie wiem, nalegać niepotrzeba; to zależeć może od okoliczności.
— Mówmy otwarcie, proszę jw. pana, przerwał regentowicz, który to posłannictwo brał bardzo do serca: ja się expresse podejmuję wszystkiego, ale proszę mnie dobrze objaśnić.
— Nie mam tajemnic dla starych ojca przyjaciół... Jest to list do mojéj siostry. Ona chora, potrzebuje odemnie i czeka wiadomości; ale musi się kryć przed ojcem i matką: nikt o liście wiedzieć nie powinien. Oto rzecz cała.
— To się rozumie już, przerwał Lacyna kładnąc rękę na sercu; to się spełni święcie, jak najlepiéj, jak najbezpieczniéj. Sam jadę, i choćby przyszło głową nałożyć, stanie się jak jw. pan życzysz. Lacyna w tém.
I z pewną dumą, jakby mówił Zawisza, powtórzył jeszcze:
— Lacyna w tém! proszę być spokojnym!
Jerzy, chociaż niewiele w istocie polegać mógł na regentowiczu, którego starego trzpiotowstwa nieraz już doświadczył, nie miał w téj chwili i nie mógł użyć kogo innego. Szło mu niezmiernie o to, aby list doszedł prędko i pewno. Ofiarujący mu się tak natarczywie, zdawał mu się dobréj woli, roztropny, gorliwy, i tyle dał dowodów swojego przywiązania, że choć na ten raz, zaufać mu zdawało się rzeczą możliwą. Pojął rzecz i jéj warunki. Jerzy uściskał go, podziękował serdecznie, i nagląc tylko o pośpiech, odprawił.
Lacyna ze swéj strony niezmiernie był rad temu zaufaniu pana i przedsięwziętéj podróży. Dawało mu to rolę powiernika, stroiło w nową powagę i potęgę; gorzał gorliwością niezmierną i rzucił się do drogi z nadzwyczajnym pędem.
Radwanowicz i Paweł czekali nań w jego izdebce, gdy wszedł do niéj cały przejęty ważnością tego posłannictwa, pocierając czuba, odchrząkując, prostując się i mrugając oczyma, ale tajemniczy i zamknięty jak Sybillińska księga.
Spojrzał po swych gościach i rzekł z westchnieniem:
— Wyjeżdżam.
— Co? wpan? jedziesz? spytał ex-professor; jedziesz? a dokądże?
— To mnie wiadomo.
Klasnął na Wicka.
— Pakować tłomoczek.
— Jak to? zaraz?
— Natychmiast.
— I nie wolnoby wiedzieć?
— To moja rzecz, odparł tajemniczo Lacyna; proszę się nie dopytywać, bo to sekret pański, to święte... trzymaj język za zębami...
— A no! jak tajemnica, to tajemnica, ruszając ramionami, rzekł z cicha Radwanowicz siadając. Zatém sub rosa, stul gębę i nie ma co badać, a nawet radziłbym na drogę, aby nie przyszła ochota paplania, albo chustką gębę zawiązać lub plastrem diachylum zalepić, bo z gębą nie żartować, figle płata; zkąd niedyskrecya, zkąd kłopot i bieda, i puszka Pandory, która nie była puszką od mydła.
— Już jedzie! rozśmiał się Lacyna.
— A kiedy wpan w podróż, to i ja sobie! odpowiedział bibliotekarz.
Podano tedy śniadanie. Lacyna był bardzo poważny, milczący, nieco pochmurny i całkiem zamknięty w sobie. Paweł ani się go pytał nawet. Radwanowicz wyrósł ogromnie, i zdawał się nie widzieć otaczających, tak był swą wielką missyą zaprzątnięty.
Z dwojakiego powodu, oprócz wymienionych już, Lacyna zawsze był bardzo rad wszelkiéj z domu wycieczce. Mówiliśmy już o tém, że miał zwyczaj na noc usta wódką popłókiwać, zmuszony to czynić do poduszki, aby złośliwi ludzie inaczéj tego sobie nie tłómaczyli... Od tego płókania często miewał ból głowy... W drodze zaś mógł sobie i we dnie pozwolić lekarstwa, będąc sam na sam z naturą tylko, powolną w tym względzie, lub obcymi, których użycie tego antydotu tak upowszechnionego nie miało prawa zadziwiać... Powtóre, czułe serce regentowicza, który dotąd nie trafił na miłość prawdziwą, jakiéj się życiem całém dobijał, zawsze marzyło, że gdzieś w podróży znajdzie ową piękną nieznajomą, która go miała pokochać i być nawzajem kochaną. Podróże więc wielce mu smakowały. I gdy furka, którą miał ruszać, stanęła gotowa, a Radwanowicz i Paweł żegnać go poczęli, a on wynosząc nieodstępną dubeltówkę, torbę borsuczą, węzełek z jajami twardemi, wędzoną kiełbasę, chleb i jakieś jeszcze tajemnicze zawiniątko, siadł na wózek, uczuł się tak wesołym i szczęśliwym, że począł nócić półgłosem.
Nigdy człowiek nie wie, kiedy ma zapłakać, a kiedy zaśpiewać.
— Bywajże mi zdrów! rzekł Radwanowicz; a powracaj rychło, bo cię oczekiwać będziemy z sercem bijącém. Serce, cor, zkąd kordyalny i kord, i kordyaczny i opaczny!
— A niech tam pan Paweł mojego wyżła nakarmić pamięta! zawołał Lacyna.
Skinął, i konie ruszyły. Tyleście go widzieli.


Lola wciąż jeszcze była chora. Wstała wprawdzie z łóżeczka, ale blada, smutna, kaszląca i zmieniona, a troskliwość matki, wesołość poczciwego doktora, który ją swojemi żarcikami usiłował rozbudzić, nic na to nie pomagały. Z dniem każdym ślady trawiącego ją cierpienia stawały się widoczniejsze; biedna matka płakała w kątku, aby łez jéj swych nie pokazać, niepokojąc się tym stanem.
Często dni całe siadywała Lola w oknie i poglądała nieruchomemi oczyma na drzewa i lasy, nic nie widząc, jak zwykle ci, których dusza patrzy gdzieindziéj. Napróżno starano się ją rozerwać. Częste nawet odwiedziny Anety, która jakąś nadzwyczajną czułość i przyjaźń okazywała dla Loli, nietylko nie pomagały, ale stan ten zdawały się pogorszać jeszcze. Dostrzegła tego nawet matka, starała się unikać Anety; ale natrętnéj i wylanéj przyjaźni niepodobna czasem się uchronić bez niegrzeczności, która wiele kosztuje. Trzeba było znosić, a pod pozorem książek, zabawy, kwiatów, choroby, przywiązania, Aneta przyjeżdżała coraz częściéj, przesiadywała dłużéj, i nazajutrz na oczach Loli widoczniejsze były łez ślady.
Aneta okazywała jawnie, głośno i z wielkiemi wykrzyknikami swoją najserdeczniejszą przyjaźń dla téj biednéj Loli.
Jednym z najczęstszych teraz gości w domu państwa Jędrzejowstwa, był od niejakiego czasu Maks Fermer. Czułość jego dla żony weszła w stan normalny, w jakim pozostać miała na zawsze: grzeczny był, ale nie mogąc na nieustanne jéj roztkliwianie się odpowiadać, co go zbyt wiele kosztowało, jawnie rozgłaszał swą teoryę, że małżonkowie powinni miłość swą starannie taić przed oczyma ludzkiemi, aby nie napędzać oskomy tym, którzy tego szczęścia nie kosztują. Postępował też z tą biedną Amelią zimno, nawet czasem trochę ostro, aby pokryć głębokie przywiązanie, które miał dla niéj.
Natomiast nie mógł czy nie chciał się wcale z tem taić, że panna Aneta coraz bardziéj się mu podobała. W domu państwa Jędrzejowstwa był to gość nieustanny, sługa najwierniejszy, a Jędruś po cichu nazywał go swoim adjutantem, co się kazało domyślać, że się miał za generała...
Maks, choć głównie naturalnie starał się o łaski panny, któréj był zapalonym admiratorem, potém o względy matki, dla któréj czuł gwałtowny szacunek, nie zapominał wszelako i o Jędrusiu, czułą z nim wiążąc się przyjaźnią do tego stopnia, że długie nawet prowadzić był gotów rozmowy, co wcale nie było rzeczą łatwą, bo p. Jędrzéj wielce w sobie zamknięty, jeśli miał jakie przymioty umysłu, jak najstaranniéj ukrywał się z niemi.
P. Aneta bardzo dobrze znała Maksa, umiała go doskonale ocenić, ale pięknościom tego rodzaju często i najmniejsi słudzy są potrzebni, a gdy dworu ubywa, bierze się kto nawinie. Maks nie był bez użytku: można go było posłać, posłużyć się nim, obracać jak się podobało. Codzienny prawie gość u państwa Jędrzejowstwa, smakował bardzo w rozmowie Anety, ubierał się do niéj zdobywczo, i godzinami całemi słuchał jéj deklamacyi z taką poddańczą uległością i uwielbieniem, że musiał wreszcie choć trochę sobie łaski zaskarbić. Zresztą piękne panie często nie przebierają w kadzidłach, i nie patrzą, z jakiéj one dymią kadzielnicy. Powoli Maks w ten sposób wcisnął się do domu, który go już potrzebował. Aneta mówiła z nim o wszystkiém, między innemi i o Loli, z boleścią przewidując, ile ta jéj przyjaciółka cierpieć będzie z powodu swéj nieszczęśliwéj miłości... Maks mocno też ubolewał, dzieląc we wszystkiém zdanie p. Anety...
— Napróżno pracuję nad nią — odezwała się raz wieczorem piękność, — aby jéj to wybić z głowy. Dziecię rozkołysane pieszczotami, jak już sobie raz powiedziało, że kocha, nie można mu tego wyperswadować. Prawdziwie, byłby to chrześciański uczynek, gdyby co na to poradzić można...
Zdaje mi się, że się teraz już widywać nie mogą, dodała Aneta; bo ojciec i matka są bardzo przeciwni. Ale prawie pewna jestem, że do siebie pisują: mam nawet poszlakę, że niedawno chodził posłaniec tajemnie do Horycy. Moja służąca ma siostrę cioteczną za ekonomem u hrabiny; powiadano jéj, że kogoś po cichu wyprawiono kilka dni temu. Zaczną się listy, i znów to biedne dziecko więcéj cierpieć będzie...
— E! tym listom najłatwiejby można przeciąć drogę, rzekł Maks.
— Ale jakże się w to wdawać? spytała Aneta. Pan sam to czujesz. Choć istotnie byłby to miłosierny uczynek, rozerwać te stosunki; ale jakże tego dokazać? A mnie tak serce boli nad losem tego biednego dziecięcia!...
— Podzielam w zupełności uczucia pani, odparł Maks; ale jakżeby można zadośćuczynić pragnieniu litościwego jéj serca?
— Ja sama nie wiem! Możnaby może dojść jak się z sobą kommunikują... przerwać to, zapobiedz... ja doprawdy nie wiem...
Aneta była trochę pomieszana mówiąc te słowa.
— Ja o tém muszę pomyśleć! odezwał się Maks: bo pani jak zawsze tak i teraz, masz najzupełniejszą słuszność.
Na tém skończyła się rozmowa, i Maks późno w noc potém powracał do domu, gdy o kilkanaście kroków od karczemki stojącéj na granicy między Danowem i Jędrzejówką, coś mu się około koni popsuło: poszedł więc pieszo. Byłby może i tak do téj gospody na rozdrożu wstąpił, bo w niéj umieścił niedawno na szynku bardzo ładną, młodziuchną, świeżo za mąż wydaną garderobianę swéj żony, sierotę, którą się troskliwie opiekował; ale zerwanie uprzęży było najbliższym do tego powodem. Choć noc już była późna, świeciło się jeszcze w karczemce; Maks zastukał do drzwi. Nie wiem czy się go tam pupilla spodziewała; ale to pewna, że zaraz otwarła drzwi z pośpiechem gosposia, utrzymując, że po brzęku dzwonków uprzęży poznała swojego dobrego opiekuna... Zarazem jednak mówiąc to, położyła palec na ustach, wskazując alkierz przedzielony tylko od izby karczemnéj przegrodą z tarcic... W alkierzu się właśnie świeciło...
Nie wiem czy ta, czy inna okoliczność, w dość zły humor Maksa wprawiła.
— Niech tam konie wytchną, rzekł do ludzi. Poprawić uprząż... ja trochę odpocznę...
Piękna Zuzia przyjęła pana i dobrodzieja z oznakami największego uszanowania, starła ławkę, poprawiła ogień w kominie, zaczęła się krzątać bardzo, nawet sukienkę obciągać i włosy gładzić, uśmiechać się, wdzięczyć, tak, że ktoś bardzo podejrzliwy mógłby był Maksa i ją o jakieś poufałe stosunki posądzić. Szeptali, uśmiechali się, podawali sobie ręce, jakby w najlepszém byli porozumieniu; ale między sierotą i opiekunem, cóż dziwnego, że trochę poufalsze wyrodzi się obejście? Godziż się znowu przypuszczać, aby tak świeżo ożeniony z miłości człowiek, dopuścił się tak niedarowanéj płochości? I jak to pogodzić znowu z nadzwyczajną Maksa dla Anety czułością, zakrawającą na zakazany sentyment? Jakieżby to tam było serce? albo raczéj jaki brak jego?
Zapewne sąsiedztwu jakiegoś podróżnego, który odpoczywał w alkierzu, i któremu przerywać nie chciano spoczynku, przypisać było potrzeba szepty między gosposią a panem, które zmuszały do tak często blizkiego ku sobie nachylania się, że złośliwy człowiek byłby ich gotów o całusy posądzić. Zuzia była świeżuchna i bardzo ładna! a taka zalotnica!
W alkierzu tymczasem ów podróżny, który był na noc zajechał, nie śpiąc także, nócił sobie, przechadzając się, piosnkę bardzo czułą, którą niekiedy przerywał potężném, spazmatyczném ziewaniem, to popijaniem czegoś, jakby lekarstwa, w pewnych dość regularnych czasu odstępach.
— Zuziu! kogo to tam masz? zapytał cichutko pan.
— Albo ja wiem! jakiś podróżny, z wąsami, trochę kulawy na jedną nogę; ale wesoły i trzpiot, choć niebardzo już młody...
— Zkąd? kto?
— Nie wiem: gdzieś z Polesia, od Pińska...
Uderzyło to Maksa.
— Pójdź-no mi, spytaj jego człowieka, zkąd i dokąd jadą?
Zuzia posłuszna wybiegła do sieni, zabawiła kilka minut i powróciła szepcząc:
— Z jakiéjś Horycy, od hrabiego Góry...
Maks raptem wstał na nogi i zamyślił się głęboko.
— Dokąd jadą?
— Człowiek nie wie.
Myśl mu przez głowę przeszła dziwna.
— Nastawić samowar, rzekł głośno do Zuzi: coś mi zimno. A mąż twój?
— Pojechał do miasta, proszę pana.
Zuzia zakrzątnęła się około samowaru, który zaraz wyniosła z drugiego alkierza; a podróżny czy zniecierpliwiony tą późną krzątaniną, czy rozciekawiony rozmową, uchylił drzwi i pilno zaczął się przypatrywać Maksowi, który teraz, jakeśmy powiedzieli, wyglądał już na tak poważnego obywatela, że go nawet można było z daleka wziąć za marszałka.
— Héj! gospodyni! zawołał podróżny.
Zuzia pośpieszyła ku alkierzowi.
— Kto to tam przyjechał?
— E! to nasz pan.
— Jak się zowie?
— Albo ja tam wiem! Pan, to i dosyć, który się niedawno z naszą panią półkownikową ożenił; bardzo grzeczny i dobry człowiek.
— A! a! że grzeczny i dobry dla ciebie, to nie dziw, odparł śmiejąc się rumiany podróżny, który przy téj zręczności Zuzię pod brodę pogładził. Ktoby to nie był dobry dla takiego buziaczka! ależ expresse pyszczek, niech go!...
Po tém przysłowiu już, trochę po czułości na wdzięki kobiece, powinniście byli poznać szanownego regentowicza Lacynę.
Regentowicz widząc, że głaskaniu się nie broni gosposia, już miał wąsatą swą twarz przybliżyć do jéj rumianych, śmiejących się ustek, gdy Zuzia rozśmiała się, zakręciła, furknęła, i z alkierzyka wybiegła jak ptaszek.
Podróżny zaczął nócić w alkierzu, Maks głośno z drugiéj strony po izbie... Zuzia dmuchała w samowar i przyrządzała herbatę.
— A maszże herbatę? spytał Maks.
— Nie mam: myślałam, że pan ma swoją.
— A nie mam! do kaduka! cóż to będzie?
— Ten pan ma! szepnęła Zuzia, wskazując na alkierz.
— A cóż mi z tego?
Lacyna ukazał się w progu.
— Jeżeli mogę, expresse, służyć moją herbatą, bardzoby mi było przyjemnie.
Maks spojrzawszy nań, poznał, że ma do czynienia z dobrze już podochoconym człowiekiem. Zbliżył się do niego i spostrzegł, że napół wypróżniona flaszka jakiegoś płynu, stała przy nim na stole.
— Nie zrobi to panu subjekcyi?
— Bynajmniéj: owszem będę bardzo szczęśliwy.
Ukłonili się sobie wzajemnie i Maks wkroczył do alkierza.
— Muszę tu zaprowadzić porządek, żeby w karczmie przecię była herbata.
— Ale bo była herbata, przerwała szczebiotliwie Zuzia, zbliżając się żywo; tylko że mi ją oficerowie wypili, a mąż jeszcze nie przywiózł... Nawet bardzo dobra, bośmy ją po sześć złotych funt płacili w miasteczku...
Tymczasem nie zważając na objaśnienia Zuzi tyczące się herbaty, znajomość robiła się w alkierzu, gdzie Maks zasiadł z cygarem, a Lacyna chodził z fajką.
— Pan z daleka? spytał Maks.
— Ja, od Pińska.
— Cóż tam słychać?
— Nic, panie dobrodzieju: woda duża...
— A wolno spytać dokąd? rzekł Maks.
— Ja tu w sąsiedztwo, odparł Lacyna trochę jeszcze pan siebie i zachowujący resztę przytomności. Mam interesik...
Tymczasem kipiał samowar, przygotowywała się herbata, Lacyna się rozgadywał. Nieznacznie wypaplał coś o Horycy, ztąd o starym hrabi. Maks na to odparł, że zna dobrze dom brata jego w Zarubińcach i że jest jego wielkim, serdecznym przyjacielem. Potém począł mówić o saméj hrabinie z uwielbieniem; potém o hrabiance Loli ze czcią największą.
Lacyna ucha nastawił.
— Różnie to teraz ludzie gadają, i nie wiadomo jak się to wszystko skończy, dodał Maks. Słyszę hrabianka chora, hrabina odjechała od męża, jakieś nieporozumienia, kwasy. Mówią, że poczciwy ten Jerzy kocha się w téj ślicznéj Loli.
Lacyna ukąsił się za język.
— E! bo to gadanie! rzekł.
— Jest podobieństwo, dodał Maks. Ja byłem i jestem w wielkiéj z Jerzym przyjaźni, a coś także o tém wiem, bo dla mnie on sekretów nie ma.
— Doprawdy? spytał Lacyna.
— Przecięż to ja Jerzego pierwszy w te strony przywiozłem; ze mną on tu przybył, razem dawaliśmy ów koncert sławny, na którym go ojciec poznał. To mój serdeczny druh.. O! my z nim jak dwaj bracia. Dla tego — dorzucił Maks z przyciskiem — mówię, że coś i ja wiem, bo wszystko wiem...
— A! a! odparł Lacyna, nabierając uszanowania dla Maksa — to co innego.
Ale jeszcze się ukąsił za język.
— Dla tego to, dokończył Maks patrząc mu w oczy, wiedząc, że wpan jedziesz z tamtych stron, pragnąłem się zbliżyć do niego, aby się czegoś o tym poczciwym naszym Jurasiu dowiedzieć. Ta jego nieszczęśliwa miłość nadewszystko mnie obchodzi; bo co to te biedne dzieci cierpią! Gdyby mnie słuchał lub chciał się poradzić; ale...
Lacyna wciąż milczał. Podano herbatę.
— Gdyby zamiast nieznajdującego się tu rumu, dolać kroplę przedziwnej starki? zaproponował spojrzawszy na Maksa.
— A dobra starka?
— Starka nasza? z Horycy! to sławna przecię, pięćdziesięcioletnia! Ani słychać, ani poznać, że to wódka. Nektar, panie, expresse ambrozya, albo raczéj najdoskonalsza jamajka!
— A no! to spróbujemy.
Lacyna dolał zaraz Maksowi, który jako ex-artysta obowiązany był mieć tęgą głowę, a niemniéj nie skąpił i sobie, choć już czuł, że mu się we łbie mroczy nieco. Ale dowiedzioną jest rzeczą, że człowiek najpochopniejszy do butelki, kiedy już jéj skosztował; zdaje mu się naówczas, że więcéj już zaszkodzić nie może.
Siedli tedy do herbaty, którą Zuzia im nalewała, choć obaj podobno nie bardzo radzi, że im wzajemna bytność ich, umizgi do pięknéj szynkareczki przerwała. Lacyna wszakże miał na widoku, że się Maksa pozbędzie, a Maks myślał, że spoi Lacynę.
— Powiadasz pan, że byłeś i jesteś przyjacielem hrabiego... rozpoczął regentowicz. A! panie! co to za człowiek!
— Ja go znam lepiéj niż wy wszyscy: co za człowiek! Ba! ja go widziałem na próbie, w ubóztwie! Jam go pierwszy wsparł i między ludzi wyprowadził; nie chwaląc się, mnie to on winien wszystko.
— Między nami mówiąc, expresse, co to za dziwne losy!
— Ha! przechodził koleje! rzekł Maks. A nie doleliśmy téj jamajki: wcale piękna!
— O! że doskonała, za to mogę ręczyć honorem. Powiem panu, to szczęście, iż sprzedając Horycę, ludzie ślepi i nieznający się na wartości rzeczy, sprzedali i kufy z tą wódką. To kordyał! to cacko ta starka!
— A dużo jéj macie?
Lacyna zamyślił się.
— Ja to tam nie wiem expresse, rzekł: bo rzadko tego używam, tylko w drodze, gdyż w podróży potrzebuję pokrzepienia.
— Cóż tam się dzieje z Jerzym? spytał znowu Maks. Zmiłuj się, powróciwszy, kłaniaj mu się od Fermera. Cóż? wesół? smutny? co porabia?
— Poluje, jeździ i wzdycha — oj! wzdycha!
— No! bo się taki kocha, przerwał Maks. Ja to wiem, bo mi się ze wszystkiego zwierzył.
— On się panu zwierzył? spytał Lacyna trochę zdziwiony.
— Przecię lepszego nie ma przyjaciela nademnie. A! kocha ją!...
— Hm! rzekł Lacyna namyślając się pod wrażeniem starki, która mu głowę mąciła: gdyby... nie... ale nie!
— Cożeście to powiedzieć chcieli?
— Nic, tak...
— Przysięgam, że zgadnę! Bądźcie bo ze mną szczersi.
Lacyna dolał wódki. Kłopotał go niepomału list, który wiózł, bo nie wiedział sam jak go odda; radby się był poradzić, coś z Maksa wyciągnąć, ale wahał się jeszcze.
— Zacny pan! rzekł.
— Zacny chłopak i dobra jego starka! dodał Fermer.
— Gdybyśmy jeszcze doleli?
— Z miłą chęcią! to nektar nie wódka: mnie to orzeźwia.
— A istotnie i mnie to jakoś orzeźwia! odezwał się Lacyna, który już nietylko na nogach własnych, ale nawet w krzesełku miał trudność się utrzymać, i pochylał się to w prawo, to w lewo.
Zapili tedy znowu.
— Biedny chłopiec! rzekł Lacyna.
— Nieszczęśliwy! każdyby mu rad z serca pomógł.
— Schnie, proszę pana z téj miłości, rzecz widoczna... schnie... ot tak w oczach usycha.
— Czemuż nie szuka sposobów, czy pannę wykraść, czy co? Wszyscybyśmy mu pomogli.
— Nie, kraść! to on nie do tego, ani panny, ani żadnéj rzeczy: zawsze to taki złodziejstwo, rzekł Lacyna. Choć niby to nie jest kraść! bo, uważa pan (język mu się plątał), kraść! co jest? jest to zabierać cudze. Tak? nie prawdaż? a człowiek nie może expresse do człowieka należeć, chyba żona do męża, a tu nie ten jest wypadek.
— Osoba wolna.
— Zatém kraść nie jest kraść, rzekł Lacyna; ale on znowu tegoby nie chciał... E! gdyby się mnie tylko udało!
— Co się to panu ma udać? mów! ja ci z chęcią pomogę.
— E! czyżbyś chciał istotnie?
— Z serca i duszy; zobaczysz...
— Hm! ale przysiążże mi pan, że nie powiesz nikomu.
— Z największą chęcią, przysięgnę...
— Nie! nie! to już ja i tak wierzę: nie przysięgaj wpan, rzekł Lacyna. Wszystko już ci powiem.
— No, jak stoją rzeczy?
— A! odparł Lacyna, przysuwając się z krzesełkiem, którego o mało nie wywrócił, i oglądając się dokoła — wie pan, po co ja jadę?
— Nie wiem, odparł Maks naiwnie.
— Otoż ja, jako przyjacielowi pana mego, którego mam, zaszczyt w nim oglądać... mogę wyznać pod największym sekretem, że wysłany jestem expresse... z listem do hrabianki.
— A! rzekł Maks, któremu w tejże chwili przyszły na myśl słowa Anety, i zaraz gwałtowna owładnęła nim chęć podchwycenia pisma, które niosło życie, wiarę, siłę biednemu oczekującemu go dziewczęciu. A jakże się tam wpan myślisz dostać?
— Już ja to tam na miejscu starać się będę uskutecznić jak naj.., jak naj... (Wódka nie dała wynaleźć przymiotnika). Bo wpan nie wiesz... dodał Lacyna, wyrzekając się wyrazu, który przyjść nie chciał; może być, że jestem niepozorny (tu uśmiechnął się pijano), ale regentowicz Lacyna nie dla proporcyi nosi głowę na karku! Źle mówię, nosi proporcyę na głowie; źle mówię, nosi głowę na proporcyi, czyli kark na proporcyi. Wpan dobrodziéj rozumiesz zresztą! tfu! co u licha!
Maks postrzegł dopiero teraz, że Lacyna okrutnie już jest pijany, i coraz niebezpieczniéj kołysze się z krzesełkiem.
— Niech pan nie zważa — mówił daléj — na niepozorną expresse postać regentowicza; swojego czasu był to koń, ale się trochę zjeździł. Nie! tak! nie! nie zjeździł! W potrzebie jeszcze rachuj na niego jak na Lacynę. Wszystko jedno co Zawisza... to u nas w Pińsku rzecz wiadoma!
— Jestem tego pewien.
— Pan może i nie jesteś pewien, mówił nie mogąc ust zamknąć Lacyna; ale ja, pewnissimus, jak powiada Radwanowicz. Pan nie zna Radwanowicza, ex-professora, który ma zajączki w głowie? Nie? Szkoda! Myślałem, że go pan zna. Mój wielki przyjaciel. Jeszcze tedy nektaru tego!
I znowu dolawszy sobie z flaszki, napił się, chciał wstać, pochylił się jakoś w tył niebezpiecznie i padł na siano, które mu posłano w kącie; a że chmury już oblegały mózg, wnet kilka słów ledwie wybełkotawszy, począł usypiać.
— Lacyna górą! Lacyna i Zawisza! Panno Petronello, mam serce gorące! Daj Pawle tabaki! Do pana dobrodzieja, expresse, jamajka!...
Daléj nastąpiło niewyraźne mruczenie, bełkotanie, uśmiechy, i regentowicz oddał ducha, a Maks poglądając na niego i widząc w jak niewygodném położeniu się znajduje, gdyż nogi miał na poduszce a głowę na podłodze, zawołał Zuzi, aby mu pomogła lepiéj go ułożyć w pościeli.
Z niezmierną troskliwością chodził około niego, rozebrał go nawet, porozpinał, aby się nie dusił, dopilnował położenia, okrył, schował mu sakiewkę i papiery pod poduszkę, a potém wyniósł się cicho z izdebki, gasząc światło, aby nic poczciwemu Lacynie nie przerwało tak potrzebnego spoczynku.
W godzinę jakoś potém, Maks rzeźwy i wesół był już na drodze do domu, gdzie zastał półkownikową jeszcze na niego oczekującą, za co ją czule zgromił, że nie szanuje swojego drogiego zdrowia, ucałował jéj rączki, i uściskiem serdecznym długie chwile oddalenia i niepokoju sowicie opłacił. Biedna Amelia nie śmiała mu robić wymówek, taki tym razem był serdeczny, a choć czuć było jakoś od niego niebardzo estetyczny zapach gorzałki, nic mu za to nie powiedziała, acz nieprzyjemnie na nerwy jéj podziałał. Małżeństwo było w doskonałéj zgodzie, a półkownikowa kilkakroć tylko spytała go cicho: „Ja myślałam, że ty mnie już nie kochasz?“
Maks na to buchnął śmiechem ogromnym, zaczął całować, ściskać, i zmusił, aby swe drogie dla niego szanując zdrowie, niepokojem się i bezsennością nie zabija, gdy on i t. d. Plótł pod koniec jak Lacyna.
Nazajutrz zdziwiła się mocno pani Maksowa, gdy mąż jéj oznajmił wstając, że musi znów jechać do Jędrzejowstwa.
— Znowu do Jędrzejowstwa! zawołała; ale cóż to jest?
— Ale bo to ten Jędruś winien, odparł Maks; tak mnie on już nudzi, a nie mogę mu odmówić... Bo wiesz, szepnął jéj na ucho, znając jéj słabość: obiecuje, że mnie wybiorą na sędziego; słowo ci daję! Użyje wszelkich swych wpływów; tylko dziś tam ktoś u nich ma być ze szlachty, co to najgłośniéj na wyborach krzyczy...
Półkownikowa, która mocno pragnęła, ażeby mąż jéj miał jakiś tytuł, coby dawny zastąpił, zgodziła się już na wszystko; prosiła tylko, aby powracał wcześnie i nie zatrzymywał się nigdzie, co Maks najuroczyściéj jéj przyrzekał, będąc w duszy pewien, że go to do niczego nie obowiązuje.
Pojechał tedy, i w porze obiadowéj stanął u Jędrzejowstwa, z podziwieniem nawet samego gospodarza.
— A! to ty i dziś tu? spytał go pokręcając lewego wąsa, który widocznie podrastał, (dwa włosy w nim od roku przybyły).
Maks nie zważając na niegrzeczne pytanie, odparł:
— I dziś, i zawsze, i na wieki wieków, amen, kochany przyjacielu.
— Aleś ty nie do mnie przyjechał... idźże sobie do tych pań, rzekł Jędruś.
I wyprawił go do salonu, po którym krokiem majestatycznym chodziła właśnie Aneta z książką w ręku. Maks stanął we drzwiach z miną zwycięzką, wesołą, rozpłomienioną, i uśmiechnął się, ukazując jéj z daleka w palcach biały zapieczętowany papierek.
— Dzień dobry pani! Wie pani co to jest?
— Cóż to być może? surowo spytała Aneta.
— Niech pani zgaduje...
— Kobiety zadają zagadki, ale zgadywać ich nie są obowiązane.
— No! to ja pani powiem...
I zbliżył się, pewien skutku jaki uczyni objawienie tajemnicy.
— Przypomina sobie pani, cośmy tu wczoraj mówili o Loli i Jerzym... Wyjechałem ztąd późno, i traf chciał, że właśnie...
Tu począł po swojemu opisywać, jak zajechał do karczemki, jak w niéj napiłego znalazł Lacynę, jak się ten przed nim z poselstwem wydał, i jak mu potém z kieszeni wypadł sam list do hrabianki. Naturalnie, obawiając się, aby nie została skompromitowana, musiał go Maks podnieść i schować...
Fizyognomia Anety w czasie tego opowiadania zdradzała żywy niepokój, owszém nieukontentowanie, niecierpliwość, oburzenie prawie. Maks nie zważając, ciągnął daléj:
— Pamiętny tedy tego, coś mi pani mówiła, bojąc się, by ten list kompromitujący nie walał się po świecie, musiałem go wziąć; a wiedząc, jak troskliwie czuwasz pani nad tą nieszczęśliwą, aby większym w przyszłości cierpieniom zapobiedz, składam zdobycz w ręce przyjaciołki...
Ale panna Aneta cofnęła się o kilka kroków, napozór przelękła i oburzona.
— Co pan mówisz? zawołała; ja sobie życzyłam? jam radziła? jam mogła panu poddać myśl, aby cudze listy przejmować? ja? ja? ja?...
— Ale, pani...
— Wpan mnie obrażasz! Popełniłeś niedelikatność... gorzéj, bo prawie występek! To niegodnie! to szkaradnie! Schowaj pan sobie to pismo! zrób z niém co chcesz: ja wiedzieć o tém nie chcę, nie mogę... mnie to oburza!
Maks osłupiał.
— Ależ proszę pani, jeśli się miało walać?
— Niechby się z niém stało co chciało. Miałże kto prawo go dotknąć? P. Maksie, sam się zastanów.
Maks zarumienił się i zmieszał.
— Cóżem miał robić?
— Nie pytać, nie patrzeć! nie brać! Dziwuję się panu! Pan, co tyle okazujesz zawsze uczucia, mógłżeś popełnić taką... taką niedelikatność?... Czyż to podobna!
Zmieszany do reszty ex-artysta, zabełkotał i umilkł, pomiarkował, że zaszedł za daleko. Aneta oddaliła się od niego, okazując ma prawie wzgardę.
— Przyznaję się, rzekł: w najlepszéj chęci popełniłem niedorzeczność; ale cóż z tém zrobić?
— Spal pan! wyrzuć! zniszcz! dogoń i oddaj Lacynie temu!
— Ja! ja mu oddać nie mogę, bobym się przyznał, że wziąłem.
— Więc zniszczyć.
— Zniszczyć! powtórzył, i chciał zacząć drzeć; ale Aneta szybko z rąk jego list pochwyciła.
— W drugim pokoju jest ogień na kominie — dawaj pan!
I porwawszy pismo wybiegła, a za chwilę wróciła zarumieniona, ale spokojniejsza i ułagodzona nieco. Maks stał przed nią jak winowajca.
— Prawdziwie w tém pana nie poznaję, odezwała się powolniéj: to rzecz dla mnie niepojęta. Jak pan mogłeś dopuścić się czegoś podobnego? A jeśli się ludzie dowiedzą? co o panu pomyślą? Spojony posłaniec, wydarty list! to szkaradnie! Milczże pan przynajmniéj!
— E! o to się nie frasuję, odpowiedział Fermer. Ten pijak dziś już nie pamięta co się z nim wczoraj działo; szynkarka mu też nie powie z kim się spotkał, a poszukiwać nie może, boby się przyznał do winy: to przepadło! Ale nie samaż pani mówiłaś wczoraj...?
— Ja! zakrzyknęła Aneta, tupiąc nóżką; ale cóż to jest znowu? Co pan mi przypisujesz, to szkarada! Obwiniać mnie! kobietę! żebym ja mogła coś podobnego powiedzieć! Pan mnie chyba nie zrozumiałeś!
Maks zahukany zamilkł, a Aneta choć późniéj udawała spokojną, daleka była od zupełnego uspokojenia. Szczęściem, nadejście matki przerwało rozmowę, wprowadziło ją na tór inny, i Maks zagryzając usta, że wpadł w taką łapkę, za którą jeszcze burę oberwał, odjechał wkrótce z dość kwaśną miną.
Trzeba wiedzieć, że w drugim pokoju nie paliło się na kominie; a list?... nie wiem co się z nim stało.


Tymczasem p. Izabella Moroszówna ciągnęła powoli ku Zarubińcom, nie bez niepokoju w duszy, rozmyślając nad środkami, jakich jéj użyć wypadnie, aby uprzątnąć zawady na drodze do szczęścia kochanemu Jurasiowi. W takich zrozpaczonych razach, często osoby jak p. Moroszówna mniéj oswojone ze światem i mniéj uległe jego żelaznym wymaganiom, kiedy niemi owładnie uczucie, lepiéj sobie mogą i umieją dać radę od ostygłych i zbyt przywykłych stosować się do przyjętych prawideł, potrzebujących aż wybuchu namiętności, żeby się zdobyć na siłę rozbratu z przyzwoitością.
We dworze hrabiny smutno było, pusto i cicho. Nie otaczała jéj ta zgraja ludzi, których zwykle bogatsi przywykli używać nie dla istotnéj potrzeby usługi, ale dla pokazu i popisu zamożności; skromnie było w koło, a ten pozór cichy i ubogi, ośmielił nieco przybyłą. Wszedłszy do saloniku, ujęta była jego prostotą, gdyż sprzęty jego stare i niewykwintne, ledwie zamożnemu szlacheckiemu dworkowi byłyby przystały. Hrabiny nie było; po chwili dopiero weszła z twarzą bladą i smutną jak zawsze, ale pełną rezygnacyi i łagodności.
— Przebaczysz pani mojemu natręctwu. Zdawało mi się, że obowiązkiem jest moim podziękować jéj za łaski, jakich od niéj doświadczył mój syn przybrany Jerzy. Jestem Izabella Moroszówna...
— Bardzo miło mi poznać panią, odpowiedziała rumieniąc się hrabina.
Po tych kilku słowach rozmowa pękła od razu; zwróciła się potém na kraj, drogę, porę i nie mogła wejść na tór, którymby się swobodnie toczyła. Między dwiema paniami stała tajemnica, która je oddalała od siebie, o któréj obie wspomnieć nie śmiały, choć nie schodziła im z myśli.
Ale to długo trwać nie mogło. Hrabina męczyła się widocznie, Izabella czerwieniła, nie mogąc się zebrać na odwagę pierwszego słowa; i choć kobiety czuły ku sobie sympatyę, żadna z nich począć od wyznań nie śmiała.
— Gdzież córka pani? spytała panna Moroszówna, słyszałam, że była chora?
— Jest już lepiéj, choć jeszcze niedobrze... westchnęła hrabina. Już wstała, jednak... Doktor właśnie przybył dzisiaj, każą nam jechać dowód, choć spóźniona pora, może do Włoch lub Nizzy na zimę.
— Droga pani, przerwała panna Moroszówna: miarkujesz, że mnie tu nie sama grzeczność przywiodła; jest powód ważniejszy, święty dla mnie. Ja mam syna, pani córkę; ratujmy dzieci nasze, mówmy jak dwie strapione matki.
Hrabina rozpłakawszy się podała jéj rękę.
— A! możemyż je ratować?
— Dla czegoż nie? czyż Bóg ich dzieli? czy prawo to tak nieprzełamane? Na wielkie i czyste przywiązania jest pobłażanie, są wyjątki, są przykłady wyrozumiałości. Czyż ich poświęcimy, nie próbując uratować?
— Ale jestże to możliwe?
— Mnie się zdaje: myślmy tylko, poradźmy się, chciejmy...
— A mąż mój?
— On może z koniecznością zgodzić się późniéj... Te wyjątkowe okoliczności zmuszają do wyłamania się, do wymodlenia się z pod prawa, które tysiąc razy naruszane było dla daleko mniejszych powodów. Sama pani powiadasz, że córce jéj każą jechać do Nizzy; niech Jerzy jedzie do Rzymu, niech prosi Ojca Św., wyjedna pozwolenie, a gdy się pobiorą...
— Ale to być nie może! przerwała hrabina. A! nie! prawo jest niewzruszone. Choćbyśmy uchylenie jego wyjednali, zawsze nad nimi ciężyć będzie niebłogosławieństwo...
— Pani! ludzie szafują tą groźbą, Bóg nie rzuca przeklęctwa na niewinnych... Cóż oni winni?
— Tak, oni niewinni; los, wypadki, może niepatrzność moja, ślepota, pobłażanie; zresztą ja już nie wiem sama... to jak piorun spadło na mnie...
— Jerzy nie przeżyje rozdziału! zawołała panna Moroszówna. Gdybyś go pani widziała! to biedne dziecko kocha całą siłą duszy!
— A! pani! gdybyś ją zobaczyła! Piękny mój świeży kwiatek, jak wiądł, jak się pochylił, jak we łzach się roztopił! Mnie, patrząc na nią, trwoga i rozpacz ogarnia: ona codzień niknie w oczach. Szczebiotliwa pieszczotka moja stała się milczącą, płaczliwą, tęskną, ponurą; widzę, jak życie z niéj ucieka... a ja ją mam jedną! na święcie ona tylko i w niéj wszystko moje!
— I ja mam jego jednego, odparła Moroszówna.
— Radźmy...
— Radźmy, pani, i miejmy dość męztwa, by ich ratować...
— Ale nadewszystko, przerwała hrabina, cicho! nie mówmy nic, nie dawajmy nadziei, którąby potém ciężko odbierać przyszło... Ja znam mojego męża, on człowiek niezłomny, on nie zgodzi się nigdy!
— Nie możeż się to stać bez niego?
Wejście Loli wnet przerwało naradę. Hrabina dała potajemnie znak pannie Izabelli, która go doskonale zrozumiała, i poczęły zimną, ceremonialną znowu rozmowę.
Lola, na którą pierwszy raz wejrzała nowo przybyła zabierając z nią znajomość, była w istocie nie do poznania zmieniona. Biała jak marmur, blada, spokojna a smutna jak grobowy posąg, szła cicho, poglądała obojętnie, nie uśmiechnęła się nawet matce. Poznając się z panną Izabellą, zarumieniła się tak leciuchno, jakby na nią padł odblask z różowego promyka zachodzącego słońca, i siadłszy zbielała znowu.
Śliczna to była postać, coś nakształt wymarzonéj przez poetów rusałki, jak mgliste Ondyny i powietrzne Latawice, co wiekuistą rozpacz noszą na umarłém czole, w nocy się budząc, by cierpieć, w dzień usypiając, by czekać cierpienia. Z dawnej jéj wesołości nic już nie pozostało: starł się uśmiech, znikły wesołe dołki twarzy, a wargi składały się tylko w jakiś wyraz cierpienia zamykającego się w sobie, bo nic już niespodziewającego się od świata.
Popatrzała na pannę Izabellę długo, i łezki jakieś, co się w oczach zbierały, zwilżyły jéj źrenice. Miała ochotę rzucić się ku niéj: nie śmiała; serce jéj biło. Chciała spytać o niego: nie mogła, zamilkła.
Nie będziemy opisywali tego dnia przebytego u hrabiny, który zresztą mało dozwolił dwom matkom sam na sam widzieć się i mówić z sobą; bo i doktor Szemere, i po południu hrabia, który teraz czasem żonę odwiedzał, aby jéj przytomnością swoją wiele złego przebytego przypomnieć, w ostatku Aneta ze Stasią zjechali się jakby umyślnie, aby im przeszkodzić.
Ostatnie odwiedziny tém się zdawały dziwniejsze, że obie panie były bardzo niedawno, i nic nie zdawało się usprawiedliwiać tak prędkiego ich przybycia. Aneta rozdzieliła się na dwoje: napół przy Loli, któréj nieustannie coś szeptała, ciągle ściskając ją i żałując; napół przy Moroszównie, dla któréj osobliwsze miała względy...
Żądała być jéj przedstawioną, i odegrała przed nią przecudnie rolę dzieweczki naiwnéj, prostéj, szczeréj, pełnéj serca, a tak umiała ująć ją sobie, że panna Izabella nie mogła się późniéj odchwalić jéj i nauwielbiać tego poczciwego i miłego dziewczęcia. Własna matka Anety ztrudnością sobie sprawę zdać mogła ze stanu, w jakim ją widziała przy pannie Moroszównie...
Czy to było właściwym charakteru panny Izabelli wypływem, czy spowodowane czémś niezrozumiałém dla ludzi — to pewna, że Aneta inną całkiem była przy tym gościu, a inną dla powszedniego tłumu. Odmłodniała, spokorniała, stała się miłą, potulną; nawet względem własnéj matki, zazwyczaj panująca a niekiedy szyderska, przybrała ton i pieszczotliwość rozserdecznionego dziecięcia.
Skutkiem téj pożyczonéj fizyognomii, która dla obcéj i nieznającéj jéj osoby, mogła się wydać naturalną i zwyczajną, ujęła sobie wielce przybraną matkę Jerzego. Była-li to prosta zalotność kobieca, czy rachuba, wpływ chwili przeważny, czy dziwactwo jakieś, trudno odgadnąć.
Aneta z matką zabawiły bardzo długo, a choć Stasia kilka razy do pożegnania wstawała, zawsze nieznaczne mrugnienie córki jéj odjazd wstrzymywało, tak, że późno dopiero w noc opuściły dom hrabiny.
Skutek tych odwiedzin na Loli był zawsze jeden: czułość Anety sprawiała jéj niewytłómaczoną odrazę, obawę jakąś, nabawiała ją niepokoju i gorączki; a matka coraz się mocniéj przekonywała, że każda bytność téj przyjaciołki pogorszała stan biednego dziewczęcia. Ale możnaż było obwiniać Anetę, która otaczała ją najczulszém staraniem, usiłowała rozbawić, rozerwać, rozśmieszyć, i z tego zamurowanego smutku wywieść znowu do życia, powrócić dziewiczemu weselu i swobodzie?
Im się jéj to więcéj udawało, tem Aneta goręcéj podwajała usiłowania.
Hrabia odjechał nieco wcześniéj. Popatrzał na córkę, na żonę, przemówił zaledwie słów kilka, zimno bardzo i z góry przyjął pannę Izabellę, a wreszcie zawinąwszy się, powrócił do domu.
Lola po odjeździe gości wróciła do swojego pokoiku ze wzrosłą gorączką, i doktor musiał użyć silnych środków, aby ją do normalniejszego stanu uspokojenia przyprowadzić.
Oczekiwanie odpowiedzi, która nie nadchodziła, przyczyniało się wielce do tego rozdrażnienia. Dzień za dniem uchodził próżno, listu widać nie było. Lola nie wiedziała kogo obwiniać: czy obojętność Jerzego, czy jakieś nieodgadnione przeszkody, które na drodze pismo gdzieś wstrzymać mogły. Słowa Anety rzucone jakoś niebacznie, podwójnie teraz na nią działały: coraz więcéj dawała im wiary, widząc jak się iściło wszystko, co jéj przepowiadała.
Dla lekarza, dla matki nie było już wątpliwości, że Lola jest zagrożona chorobą niebezpieczną, która z razu objawiała się tylko jako daleka groźba, a teraz codzień przybierała wydatniejszy, silniejszy charakter. Matka jednak nie śmiała pierwsza mówić o tém lekarzowi, a lekarz nie chciał przestraszać matki. Myślano, że symptomata te przejść mogą, że zdrowie sama natura przywróci.
Ale gorączka rozwijała się coraz uparciéj, trwając dni i noce, coraz silniéj paląc usta i twarz... Środki materyalne, użyte do powściągnienia jéj, okazywały się zupełnie bezskutecznemi.
Matka modlić się tylko mogła; doktor zrobiwszy co był obowiązany jako lekarz, sądził, że jako człowiek coś jeszcze uczynić powinien. Wiedział on że upór hrabiego w znacznéj części mógł być powodem choroby, i pojechał do niego. Biednemu Szemeremu ciężko przychodziło całe życie przywykłemu do żartów z siebie i ludzi, wejść na drogę poważniejszéj rozprawy; ale sumienie kazało — musiał. Siadł więc na wózek, i w parę dni potém pobiegł do Zarubiniec.
Zarubińce były wielce podobne do owych zaczarowanych zamków w bajce, w których wszystko co żyło skamieniało. Zmian tu nigdy nie spostrzegłeś żadnych: wiecznie też same twarze, ruchy, obyczaj, godziny. Teraz tylko, zbogacony spadkiem, hrabia uznał za rzecz przyzwoitą nieco wyświeżyć stare swe gniazdo, zapobiedz gdzie niegdzie rozpoczętemu zniszczeniu, podnieść skalę życia do rozmiarów majątku. Ale Malczak został w swoim watowanym kaftaniku i przydeptanych butach obciętych, a machiny i inwencye szły swoją drogą. Szemere zastał hrabiego przy pompie, która dotąd ssać nie chciała, ale miała być wielkich nadziei wynalazkiem, byle tylko dojść do tego, żeby już w nią woda poszła, która tylko przez upór współdziałania odmawiała. Hrabia obwiniał o to i domorosłych robotników, i zły gatunek materyału, i po cichu nawet rodzaj wody brzydki i mętny. Silił się na wynalezienie wady jakiéjś w wykonaniu, nie przypuszczając jéj w pomyśle.
Gdy doktor wszedł, egzaminował właśnie klapę, któréj część użył Malczak na podeszwy do butów świątecznych. Rozmyślał już nad tém, czémby można skórę zastąpić?
— Do nóg upadam hrabiego! rzekł doktor witając go.
— A, to wpan, doktorze! Dzień dobry! Co tam słychać? czy u nas kto chory?
— Tu, nie panie hrabio; ale...
— No, ale na wsi, chcesz mówić? Któż? co? może ci kazać dać koni?
— Nie, panie hrabio.
Hrabia podniósł głowę i spojrzał nań z wielkim znakiem zapytania: jakąby mógł mieć jeszcze sprawę tak ważną, aby się czuć w prawie jego medytacye nad klapą przerywać?
Doktor stał milczący.
— Pozwolisz mi pan hrabia — rzekł wreszcie — kilka słów z sobą pomówić otwarcie?
— Otwarcie, kochany Szemere, o czém?
— Mam ważne powody.
— No, to mów; bo widzisz jak jestem strasznie zajęty.
I wciąż oglądał klapę skórzaną.
— Muszę spełnić obowiązek, dodał lekarz: chodzi tu już nie o zdrowie, ale o życie jedynego pańskiego dziecięcia.
Hrabia odrzucił klapę i ruszył ramionami.
— No! no! rozumiem! Nasadzony jesteś, abyś mnie strachem przymusił do postąpienia przeciwko moim zasadom. Mów, mów: ale to nic nie pomoże.
— Jak to? nasadzony? a któż doktora, uczciwego człowieka nasadzić może? zapytał Szemere.
— Kto? a no, matka nierozważna, przyjaciele głupi lub t. p. Doktor dobry człowiek w gruncie, podejmuje się zastraszyć, napędzić i doprowadzić ojca do tego, aby niedobranemu i świętokradzkiemu związkowi nie stawał na przeszkodzie.
— Panie hrabio! zawołał perząc się Szemere: co wpan dobrodziéj mówisz? zastanów się.
— A! a! wpan myślisz, że ja ludzi nie znam? że dla tego, iż się przy moim warsztacie zasiedziałem, nie znam sprężyn serca ludzkiego? Mocno się mylisz! mocno!
— Pan hrabia gorzéj się mylisz, przypuszczając, że lekarz szanujący w sobie charakter człowieka i powołania, mógłby się do podobnéj mieszać intrygi.
— No! no! doktor! to się daje babom uwodzić i im służy! Daléj co?
— Ale, panie hrabio! słowo uczciwego człowieka!
— Tak! Wpanu się może zdawać, żeś to sam skomponował i doszedł do tego o swéj sile, a niemniéj narzucono ci! narzucono, nieboraku!
— Nie mogli mi przecię narzucić symptomatów choroby, jéj rozpoznania i przekonania o niebezpieczeństwie, w jakiém się córka jego znajduje.
— Imaginacya! odparł hrabia, ruszając ramionami; imaginacya!
— Nie wiem, chybabyś hrabia i na tém, jak na mechanice, lepiéj się znał odemnie, rzekł z trochą przekąsu doktor.
— A jużciż ją znam lepiéj od wpana, to pewna. Od lat niemowlęcych wrażliwe to, nerwowe, delikatne. Ledwie co, lada podmuch wiatru, zgina tg łodygę, lada co ją orzeźwia i podnosi; dziś zdaje się umierać, jutro będzie w pełni życia i siły. Wy mierzycie miarą ogólną, a to jest natura wybrana, dziwna i nie taka jak u pospolitych ludzi. Co wpan powiadasz!
— Powtarzam jeszcze raz, że córka pańska jest w niebezpieczeństwie. Jeśli co ją dźwignąć i uleczyć potrafi, to pociecha moralna, ulga i nadzieja, któréj pragnie.
— Tak! tak! wiemy i znamy! odparł hrabia zimno. Myśl wpan o innych środkach: tych ja jéj nie dostarczę, nie ustąpię tak łatwo; wolę, żeby odchorowała. Młodość ma w sobie siły potężne: niech przeboleje raczéj, niżbym ja dla niéj miał z zasad moich ustąpić. Wina matki! wina matki nieroztropnéj! Mówiłem, powtarzam: nie ustąpię! darmo się nie trudź... dość tego!
— I wolisz pan, żeby córka umarła! zawołał gwałtownie Szemere.
— Strachy, mospanie, któremi mnie nie weźmiesz!
— Hrabio, ja nie żartuję!
— Doktorze, ja także.
— Spełniłem com był powinien, dokończył kłaniając się Szemere i smutnie zabierając do wyjścia. Teraz umywam ręce i za skutki nie ręczę...
Hrabia ruszył ramionami i popatrzał zupełnie obojętnie.
— Otoź to ludzie! rzekł Rajmund: zdaje im się, że lada lichą intrygą podejdą człowieka! Doktorze, nie spodziewałem się tego po tobie.
— Ani ja tego po was, panie hrabio!
Ukłonili się sobie z wyrazem ironii, i Szemere wyszedł, ale gniewny i zaperzony, spluwając na progu. Od lat kilkunastu już nie pamiętał podobnego wzruszenia, przywykły był bowiem znosić wszystko obojętnie i zbywać żartami.
Hrabia dosyć spokojnie powrócił do oglądania klapy i zawołał w pomoc Malczaka.


Nazajutrz rano po owym noclegu w karczmie, w któréj mu pięćdziesięcioletnia starka tak bolesnego wyrządziła figla, Lacyna obudził się, zupełnie sobie nie mogąc zdać sprawy z tego, co się z nim stało. Przetarł oczy, uczuł lekki ból głowy, ziewnął szeroko, i po chwili zaczął mozolnie rozproszone zbierać myśli. Okienniczka była przymknięta i przez szeroką tylko w niéj szparę promień wesołego letniego słońca zakradłszy się do alkierza, rozciął go na dwoje jasnym pasem, w którym miliony drobnych ruchawych pyłków igrały.
Regentowicz otworzył oczy szeroko. Coś mu się ze dnia wczorajszego przypominało jak sen: jakiś człowiek, kobieta, samowar, rozmowa; ale dobrze tego w całość związać nie mógł. Spojrzał na zegarek.
— O! późno do licha! a to sprawa tak pilna! Héj! jest tam kto? zawołał.
Kaszlnięto, i przez maluczko roztwarte drzwi zjawiła się figlarna Zuzi twarzyczka, która kryjąc usta szydersko uśmiechnięte, ciekawie przypatrywała się zaspanemu Lacynie.
— Héj! samowar! rzekł regentowicz: a żywo! bo jechać trzeba. Kto to był wczoraj? dodał: ten, ten, co tu gadał ze mną? dobrze sobie nazwiska jego nie przypominam.
— Nie wiem, jakiś pan... wybąknęła Zuzia, zamykając drzwi, ktoś podróżny.
Lacyna już całkiem wytrzeźwiony, coraz bardziéj się przerażał przechodzącemi wspomnieniami.
— Co to było? mówił sam do siebie. Piliśmy? Karafinka próżna! O! to bestya lał strasznie, wysuszył ją do dna! Szczęściem mam jeszcze drugą butelkę w sianie, w wózku, opieczętowaną; woźnica jéj naruszyć nie mógł. Ależ pił! ależ ciągnął! No! i ty musiałeś się popisać regentowiczu. Hę? byłeś pijany, przyznaj mi się? Nie? Ba! Ale ze zbytniego gorąca i zaduchu dostałeś zawrotu głowy, nic więcéj. Dyabli cię skusili! Głupia rzecz! musiałeś paplać? Ale gdzież pieniądze? spytał się opatrując rzeczy. Ha! są chwała Bogu!
I wtém uderzył się po piersiach, gdzie miał schowany list w pochewce, zaczął go szukać i struchlał! Listu nie było!
— E! głupstwo! gdzieś wypadł w siano!
Zajrzał pod poduszkę... nie było; przetrząsł naprędce posłanie z gorączkowym pośpiechem... ani śladu.
Usta mu się trząść zaczęły.
— Ależ on zginąć nie mógł! nie! nie! Szukajmy-no jeszcze.
I pobiegł do okna, odrywając je, a okiennicę odpychając konwulsyjnie, aż ściany karczemki od uderzenia jéj zadrżały.
Światło wlało się ogromne do izdebki i oświeciło okropny nieład, który w niéj panował: ślady wczorajszéj orgii i snów niespokojnych. Roztrzęsione siano, rozrzucone posłanie, porozsypywane pakunki podróżne.
Lacyna nie mając czasu do postrzeżeń, jak stał, począł znowu krzątać się około wyszukania listu. Pot kroplisty lał mu się z czoła, wargi drżały, ręce dygotały. Przerzucił pościel, przebrał siano po ździebełku, opatrzył kąty izdebki i śmiecia w nich nagromadzone, szukał po kieszeniach, w odzieniu, na stole, pod stołem i ławą, a gdy raz i drugi przetrząsł wszystko, padł na ziemię jak trup blady i znękany.
— Nie ma! rzekł głosem przerywanym; nie ma! A no, tak być musiało! Pijak! pijak, łajdak regentowicz Lacyna! zapił się, zalał, to i ufność zdradził.... Zgubił, sprzedał, przepił, kto wie, może po wódeczce fajkę zapalił tym świstkiem! A co teraz panie Lacyno? a co teraz?
Czoło mu się zmarszczyło, łzy pociekły z oczu.
— Za chleb, który jadłeś, za gościnę, za łaskę, za wiarę i zaufanie, ot jakeś to się odwdzięczył dziecięciu twojego pana! Zdradą! podłością! Ślicznie! O! o! Lacyna i Zawisza to jedno! prawda! Jakże to nazwiesz? Otoż tobie wódka! otoż starka! Mówiłem zawsze, że się to tak skończy; czułem, że ona cię zgubi! Teraz nie ma co myśleć. Wstyd, hańba i sromota! Tam już oczu nie pokażesz, ani im w oczy spojrzysz. Pijanica! Ale nie! to nie może być, to sen straszny! ten list musi się tu znaleźć! zawołał rzucając się żywo. On tu być musi, jam go nie zgubił, kładąc się czułem go na piersi...
I rozdarł koszulę na sobie, przerzucił suknie raz jeszcze, przebrał siano po listku, ale papieru owego nie znalazł...
I znowu usiadł na ziemi, a wchodząca Zuzia przelękła się zmienionéj nagle, obłąkanéj jego twarzy.
— Co to panu? spytała.
— Nic, chory jestem... nic...
— Może wody?
Lacyna się uśmiechnął i machnął ręką, by jéj się pozbyć co prędzéj.
— Nic mi nie trzeba, rzekł ponuro.
— A no, dodał gdy wyszła: kto źle żył, niechaj choć skończyć umie po męzku. Tu nie ma wyboru. Sromota albo śmierć. Sromoty Lacyna nie zniesie, więc śmierć!
Dobył z torby borsuczéj kawałek zmiętego papieru, przyparł się do stolika i pisać zaczął z gorączkowym pośpiechem, a łzy jak groch ciekły mu na stół, na papier, na ręce, po twarzy.
Nareszcie wstał, rzuciwszy pióro.
— Wszystko trzeba pożegnać! krzyknął rozpaczliwie. Jużby Lacyna oczu nie śmiał podnieść na ludzi; nie ma co tam powracać nazad... Bywajże zdrowa Horyco, Piotrusiu moja serdeczna i stary wyżle! Trzeba umieć umrzeć, kiedy się żyć nie umiało! Otoż taki tobie koniec Lacyno. W karczmie dyabli wezmą pijanicę — i dobrze!
Podparł się łokciem na stole i zapłakał; a ktoby go był zobaczył z tą skruchą, w téj nędzy i upokorzeniu, byłby sam z nim łzę uronił.
— Godziny upływają, rzekł nareszcie. Nie ma co dłużéj robić na nieswoim świecie; nie ma co się z życiem cackać: na tamten świat...
Uderzył się w piersi.
— Panie Boże bądź miłościw grzesznéj duszy mojéj... Ty widzisz, że żal czuję, ale sromoty przeżyć trudno, a uciec niepodobna. Trzeba kończyć.
Poszedł tedy do kąta po dubeltówkę, która stała nabita, obejrzał ją bacznie, gdy myśl jakaś wytrąciła mu ją z ręki.
— Ej! to głupia śmierć! A nuż palec zadrży: chybię i pokaleczę się tylko, wstyd gorszy i cierpienie. Wszak to się tysiąc razy trafia, że kto do kuropatwy w lot nie chybia, do własnego mózgu wycelować nie umie. Nie! nie!
Wyjrzał przez okno. Naprzeciw stała studnia.
— Hm! kto ją wie? a nuż płytka? rzekł w duchu.
Wtém gdy się odwracał, oko padło na strop i wbity weń hak żelazny, który zwrócił mimowolnie jego uwagę. Wisiał tam niegdyś szabaśnik, ale zdjęty został i resztka tylko opylonego sznurka pozostała, opleciona pajęczynami.
Lacyna żywo wdrapał się na stół, sięgnął i wypróbował, że haka dostanie. Sznur od tłomoka leżał na podłodze; chwycił go i zarzucił na kruk, próbując siły. Zrobił pętlę, ale w chwili gdy te przedśmiertne przygotowania były gotowe, serce mu się ścisnęło żalem świata!
— A! rzekł: jeszczeby się żyło i używało... nie takiż to wiek straszny: czterdzieści kilka, siła sama... Piotrusia poszłaby za mnie, w Hołubowie jeszczeby się chata szlachecka znalazła dla regentowicza, a w chacie spokój i szczęście... Ale już z tego nic być nie może: ze sromotą wyżyć się nie godzi, a hańba nad głową... Jest grzech, niechże będzie i kara. Ot tak!
I stojąc na stole, zarzucił pętlę na obnażoną szyję, skoczył, zawisł, rękami strzepnął, sznur wyciągnął się, hak u stropu się zachwiał, a biedny Lacyna padł uduszony, ze straszliwie wykrzywioną twarzą, na któréj czerwoność chwilową już sina barwa i białe po niéj rozrzucone plamy zastępowały.
Szynkarka krzątała się po pierwszéj izbie, nie śmiejąc przeszkadzać podróżnemu. Dopiero w dobre pół godziny zajrzała przez szparę. Zdało jéj się, że podróżny stoi w pośrodku alkierza; myślała, że się ubiera, i odeszła. Upłynęła godzina, zajrzała znowu. Stał na tém samem miejscu, tylko dziwnie pochylony i zgięty. Otworzyła nieco drzwi, i z krzykiem straszliwym odbiegła, załamując ręce.
Ale z obawy jakiéjś urojonéj odpowiedzialności, jak to u nas prawie zawsze bywa, nikt ani śmiał wnijść, ani odciąć wisielca. Rozbiegli się tylko ludzie przestraszeni, jedni do dworu, drudzy do wsi, nie wiedząc sami co począć. Lacyna dawno już nie żył.


W Horycy, dokąd z niewielką nadzieją powróciła zaraz p. Izabella po dwudniowym pobycie u hrabiny, Jerzy równie niecierpliwie oczekiwał matki i swojego posła. Matka nareszcie przybyła, usiłując go natchnąć otuchą, któréj nie zdobyła sama; ale smutna, zamyślona, utaić nie mogła, że hrabia przełamać się nie daje, że trzeba cierpieć i czekać. Długie godziny spędzali razem na opowiadaniach, rozpytywaniu, jak p. Izabella zastała usposobioną hrabinę, jak znalazła biedną Lolę. O niebezpieczeństwie jéj nie chciała mówić Jerzemu, ale go też nie uwodziła kłamstwem o jéj zdrowiu: przyznała, że jest chora. Jerzy czekał tylko na swój list odpowiedzi, aby uspokojony nieco, rozpoczął życie lub pobiegł choć ukradkiem ją zobaczyć.
Tymczasem dni rachował napróżno; mijały jedne za drugiemi, o Lacynie słychać nie było. Jerzy dziwił się, niepokoił, kłamał przed sobą i czynił przypuszczenia różne; ale w końcu nic już tak długiego oddalenia posłańca usprawiedliwić nie mogło. Jednego ranka pod pozorem odległego polowania, pożegnawszy matkę i prosząc, by o niego była spokojna, siadł ze strzelbą na konia i ruszył sam jeden. Przywykły był do przejażdżek dalekich i czuł się w swoim żywiole, gdy dosiadłszy wierzchowca wybiegł w pole jak ptak swobodny, niosąc tylko w sercu tęsknicę i na duszy brzemię, ale pan siebie i wśród ciszy rozmawiając tylko z lasem, niebem i wiatrami.
Nikomu nie powiedziawszy słowa dokąd jedzie, zapowiedziawszy, żeby się go rychło nie spodziewano, Juraś na swoim szpaku, którego sił i wytrwałości wypróbował, wolno z razu wyjechał za miasteczko; ale skoro z oczu stracił Horycę i ujrzał się w polu, gdzie go już niczyj wzrok śledzić nie mógł, ścisnął konia i poleciał.
Młody wierzchowiec wyciągnął się tęgim kłusem, i ruszyli tak szparko, że po parogodzinnym tylko wśród dnia spoczynku, stanęli na noc o parę mil od Robowa.
W karczemce było dużo ludzi powracających z jarmarku, a Jerzy przy koniu nocować musiał na słomie. Tryb ten życia nie był dla niego nowy: wspomniał na krymskie włóczęgi i ukraińskie wycieczki stepowe, i całą tę młodość swoją, która mu upłynęła w walkach i niewygodach a swobodzie; westchnął może do tych lat niepowrotnych...
Jak świt nakarmił sam i napoił siwka, który wyleżawszy się, gotów był do drogi; rzucił nań siodło i pośpieszył daléj. Gościniec wiódł go właśnie pod tę karczemkę nieszczęsną, w któréj się obwiesił Lacyna; stała ona jeszcze dotąd opieczętowana i sąd miał właśnie zjechać dnia tego. Maks blady i pomieszany czekał na urzędników ze śniadaniem przywiezioném z domu i koszem butelek; cicho coś szeptał na ucho Zuzi, która jak liść drżała, gdy Jerzy zatrzymał się, zobaczywszy go niespodzianie. Maks począł nań krzyczeć z całych sił, aby stanął, machać rękami i czapką tak, że podróżny, który nie rad był wcale spotkaniu, wreszcie zastanowić się musiał.
— A! to ty przyjacielu! Dokądże to?
— Do Robowa. Chcę się widzieć z Ottonem.
— Jak to? konno aż z domu?
— Cóż dziwnego? ja lubię to i przywykłem.
— No! tyle mil. Ale wiesz o mojéj biedzie? szepnął Maks bojaźliwie.
— O jakiéj?
— Jakiś czy ekonom, czy pisarz, szlachciura, bodaj czy nie z waszych stron, od Pińska, w karczmie się mojéj obwiesił...
Domawiał tych słów właśnie, gdy z sieni karczemnych wybiegł człowiek, który jechał z Lacyną, poznawszy swojego panicza.
— A! paneńku! ratuj! nieszczęście!
— Co tu robisz? spytał Jerzy, poznając dworskiego parobczaka.
— Mnie tu, proszę pana, wstrzymali. Wielkie nieszczęście. Jeszcze z wieczoru był zdrów i przytomny, a z rana sobie stryczek na szyję założył i powiesił się...
— Kto? co?
— A Lacyna, proszę pana.
Jerzy zbladł i zachwiał się na siodle.
— Lacyna? To być nie może!
— To twój officyalista taką rzeczą? rzekł Maks niespokojnie.
— Tak, wysłany był przezemnie. Lecz cóż mu się stać mogło? uczciwy, spokojny człowiek... Mój Boże! Cóż to jest! to nie bez przyczyny...
— Nikt nie wie, bełkotał żywo Maks, spuszczając oczy. Sprawa niepojęta. W karczmie była jedna tylko szynkarka. Z wieczoru słyszę, wesoły, śpiewał, wychylił butelkę starki, położył się spać napiły, a nazajutrz rano stryczek na hak założył i najniespodziewaniéj się powiesił...
Jerzy drżał ze wzruszenia.
— Jechał? czy wracał? spytał niespokojny.
— Dopierośmy jechali, paneńku, rzekł parobczak płacząc.
— Zlituj się! jeśli to twój człowiek, przerwał Maks błagająco: poświadczże przed policyą, że miał czy pomieszanie, czy co podobnego, a to mi się śledztwo ciągnąć będzie i karczma zamknięta.
— Jakże mogę świadczyć? oburzył się Jerzy. Człek wyjechał zdrów, przytomny... nic nie wiem... przecięż tam gdzieś ślady jakieś być muszą tego co się stało.
— Jest jakiś papier, który nieboszczyk trzyma zmięty w garści, ale mu go chyba doktor wydrze z palców, gdy do obdukcyi przyjdzie.
Jerzy poruszony, przelękły, coraz bardziéj niespokojny o Lolę, nie chciał się zatrzymywać dłużéj. Widok tego miejsca napiętnowanego zbrodnią, do któréj mógł dać jakiś powód, dolegał go, jakby był jéj winien.
— Jedziesz? spytał Maks, widząc poruszenie.
— Muszę, odparł Jerzy spuszczając głowę jak winowajca: śpieszę do Robowa, mam pilną sprawę. Dajcie mi tam znać co odkryje śledztwo. Biedny Lacyna!
— A niech go tamci porwą, do których mu tak było pilno! zawołał Maks gniewnie...
Ale już Jerzego nie było. Biegł co żywo, czując, jak Lola niespokojną być musi, dotychczas nie otrzymawszy odpowiedzi. Ten wypadek z nieszczęśliwym posłem, nagła śmierć jego, tajemniczy jéj powód, napełniały go strachem, przeczuciem, niepojętą jakąś obawą. Zimnym potem oblany stanął w Robowie, a koń rozparł się pod nim gdy zsiąść przyszło i tak bokami robił, że zdawał się ostatki ducha wyziewać.
Ottona nie było; Martynek sam siedział smutny na ławce.
— Co słychać? zapytał Jerzy, gorąco rzucając się ku niemu.
— A! to ty! ściskając go i z zamyślenia długiego wychodząc, krzyknął Martynek; to ty, kochany Jerzy! Co słychać?? Cóż u nas można posłyszeć prócz muzyki? prócz tęsknoty i smutku?
Ale jakoś tak rzewnie to wyrzekł, że Jerzy, który sam jeszcze był niezmiernie wzruszony świeżym wypadkiem z Lacyną, ściskając go, ledwie się od łez mógł wstrzymać.
— Gdzież Otto?
Martynek chciał coś odpowiedzieć z razu, ale nagle się powstrzymał.
— Nie wiem — odparł pomieszany — doprawdy nie wiem; zapewne przy swoich grobach, a może powlókł się gdzie daléj.
— Jakżebyś ty o nim nie wiedział?
— Doprawdy... doprawdy, nie wiem.
— Więc poczekam na niego — rzekł Jerzy ocierając pot z czoła — choć kipi we mnie i pilno mi. A nie wiesz co się dzieje u hrabiny? w Zarubińcach?
— Ja? nic nie wiem. Cóż mnie obchodzi sąsiedztwo, którego nie znam?
Martynek jednak odpowiadał zakłopotany, jakby mu ciężko było zebrać się na słowo, jakby chciał co rychléj przerwać rozmowę, spuszczał oczy pomieszany.
Jerzy też nie pytał go więcéj. Obaj usiedli na ławce w ganka i dumali, a chłopak z ukosa bojaźliwie tylko niekiedy spoglądał na towarzysza, który przygnębiony i pogrążony w zadumie, opadł na siłach całkowicie.
W téj chwili ciężkie wyrzuty sumienia pierś mu szarpały.
To biedne dziecię chore, niespokojne, może zagrożone śmiercią; ten nieszczęśliwy Lacyna, obwieszający się na rozdrożu, gdy do niéj z listem pośpieszał; to splątanie wypadków tak niespodziewanych, tak dziwacznych; otoczenie ludźmi nowymi, wprawiało Jerzego w stan nieopisanego rozdrażnienia i niezgody z samym sobą.
— Jest-li fatalizm jakiś przywiązany do mnie? mówił sobie. Rodzę się i śmierć prawie z sobą przynoszę matce; ojciec nęka mnie i zmusza do ucieczki; zrywam jedyny węzeł, jaki mnie łączył ze światem; wracam do niego, by znowu ojca radością życia pozbawić; by biedne to dziecię wyrwać z jego spokoju i szczęścia; by wreszcie tego poczciwego, starego sługę wysłać na śmierć. Któż wie? może są takie istoty wyznaczone od urodzenia, aby z sobą niosły wszędzie smutek, żałobę, niepokój? Możem ja winien, choć nie rozumiem méj winy? może coś jest we mnie grzesznego, co karę na mnie sprowadza?
Martynek spoglądał na zamyślonego i wzdychał, jakby się nad nim litował. Otto nie powracał. Jerzemu kilka razy łzy zakręciły się w oczach, młodzieńczy żar wewnątrz go palił.
— A! rzekł w ostatku: dajcie mi tam jakiego konia. Muszę jechać, kiedy Otto nie powraca. Siwy mój ledwie żywy, dobrze jeśli nie zdechnie! Martynku, konia! ja jechać muszę!
— Dokąd? spytał chłopak.
— Do stryjenki, rzekł Jerzy.
— E! poczekalibyście tu... Ottona tylko co nie widać.
— Nie mogę! konia mi dajcie! powtórzył Juraś, błagając.
Martynek stał zafrasowany.
— Tam bo i hrabia dziś pojechał! rzekł nareszcie po cichu.
— Ja, ja z daleka tylko się dowiem co tam się dzieje; nie mogę wytrwać — być muszę.
Jeszcze się spierali, a Jerzy gwałtem mu się już wydzierał, gdy Otto nadjechał, ale tak smutny, złamany i zbiedzony, jak nigdy. Spostrzegł Jerzego, wyciągnął ku niemu ręce chciwie, z większą niż kiedy czułością.
— Zkąd ty jedziesz? zapytał Jerzy.
— Od hrabiny.
— Ty?
— Byłem wzywany: przyjaciel nigdy nie jest nadto...
— Cóż się tam dzieje?
— Gorzéj nie jest.
— A więc jest źle? podchwycił Jerzy: źle! mów, co złego?
— Lola chora, i bardzo chora! rzekł Otto powoli.
— Konia mi dajcie! konia! ja tam być powinienem, ja tam być muszę! Na Boga! nie wstrzymujcie mnie, bo popełnię zbrodnię...
Otto ani myślał mu się sprzeciwiać; skinęli zaraz, by podano wierzchowca. Jerzy nikogo nie widząc, nie słysząc co do niego mówiono, rzucił się nań, i w galop puścił się przez pola.
Co się tam w téj młodéj duszy działo wśród téj szalonéj pogoni przez pola, łąki, rowy i lasy, na oślep w stronę, w któréj czuł, że ona była? któż zgadnie i kto powiedzieć potrafi!
Burza na lądzie i burza na morzu, które z otchłani wydobywają fale, zaciemniają widnokrąg, mroczą niebo, osłaniają ziemię, jednym całunem czarnym wszystko spowijając na chwilę, nie dają wyobrażenia tego zamętu duszy człowieczéj, gdy wicher niepokoju, gdy piorun nieszczęścia w nią uderzy... Myśl wówczas i uczucie plączą się w jakieś pasma różnobarwne, bezładne, w których nie ma ciągu i związku. I dobywają się z ich głębi idee dawno uśpione, dawno zabliźnione rany, a wśród nich przytomna jedna, główna myśl ciosu, który nas dotknął, tkwi rozświecona błyskawicami, to czarnym pasem na chmurach. W takich razach człowiek nie jest panem myśli i uczucia, nie kieruje niemi, nie włada: one nad nim jak chmury ciągną się, przeganiają, łamią, błyskają, piorunują lub osiadają mgły gęstemi. Jeśli na chwilę odzyszcze władzę, znowu mu ją wytrąca siła téj burzy, która w łonie powstała, aby dowieść jego niemocy.
Taki był stan duszy Jerzego, który już nie mogąc walczyć, poddał się uczuciom trwogi i namiętnego niepokoju, myślom rozpaczliwym, targającym nim na wszystkie strony.
Ani wiedział jak przebiegł przestrzeń dzielącą go od wioski hrabiny, jak konia zziajanego i rozbitego rzucił pod gankiem, jak wpadł do sieni i do pokoju bezprzytomny.
Hrabina klęczała, i zachodząc się od płaczu, modliła się. Obok niéj druga kobieta łkała także. W kątku doktor siedział ponury ze spuszczoną głową.
Milczenie śmierci, straszne, ciężkie panowało w całym domu... Jerzy spojrzał i pytać już nie potrzebował.
Matka na odgłos kroków jego odwróciła się, spostrzegła przybyłego i żywo pobiegła ku niemu.
— Jerzy mój, pan Bóg cię może sprowadza! Ona już nic nie mówi, ale ciebie wygląda; ona bardzo, a! bardzo chora! Usnęła na chwilę... Gdy się obudzi, a! Bóg mi przebaczy, ja muszę cię do niéj wprowadzić... Jerzy! ona tak kocha cię biedna!...
— A! matko moja! prowadź mnie zaraz! ona już nie śpi, chodźmy... Może tętent konia usłyszała.
Powoli, w milczeniu, poszli ku pokojowi Loli; a matka zostawując Jerzego za sobą, na palcach najprzód wcisnęła się do przyciemnionéj izdebki.
Na łóżeczku cień biednego dziewczęcia, ze złożonemi na piersiach rączkami, spoczywał w bieli. Główkę miała zwisłą jak kwiatek uwiędły, oczy zamknięte, czoło, po którém wiły się włoski rozsypane, blade było jak marmur i wypogodzone kamiennym snu spokojem...
Matka przystąpiła powoli, cichutko zbliżyła się i usiadła przy niéj. Wzięła jéj rękę: ręka opadła bezwładna, zimna, lodowata.
Z krzykiem rzuciła się na jej piersi... i Jerzy przypadł za nią do łóżeczka.
Z ust uśmiechniętych oddech i dusza uleciały: Lola nie żyła.
Zimne jéj zwłoki z usty, na których zdawały się wypiętnowane wyrazy przebaczenia ludziom i światu, spoczywały jakby letargiem ujęte.
— O mój Boże! rzucając się na ziemię, krzyknął Jerzy: — za późno! Ani nawet pożegnania, ani z ust jéj słowa, ani przebaczenia! A! to okropnie! to straszliwie! Wówczas gdy ja, ja ją zabiłem!
Hrabinę wyniesiono omdlałą. Rozruch w mgnieniu oka całym dworem poruszył; ludzie tłumnie zalegli pokój cichy przed chwilą, z którego dusza czysta dziewczęcia, na białych skrzydłach tęsknoty, powędrowała ku niebiosom.
W godzinę potém dwie świece paliły się u łoża; krzyżyk czarny stał w głowach; z kwiatkami i obrazkiem w rączkach Lola leżała na białéj jak twarz jéj pościeli, wybierając się w podróż na ten ocean bezbrzeżny, z którego nikt nie powraca.
Ksiądz szeptał u wezgłowia modlitwy za jéj duszę.




Ranek zastał Jerzego leżącego jeszcze u nóg tych drogich zwłok, które z nim razem łzami oblewała matka, przy których z dala stał ojciec z okiem osłupiałém i wargą obwisłą, jakby i teraz jeszcze chciał niedowierzać śmierci. Milczenie przerywane tylko szeptem modlitwy zalegało dwór, który nawiedziła śmierć, zabierając z niego najświeższy kwiatek, najjaśniejszy promyk wesela.
Na biednego sierotę, któremu pękało serce, niktby nie zwrócił uwagi, gdyby przybiegłszy na wieść o śmierci Otto, nie oderwał go gwałtem od skostniałych zwłok, nieumiejącego się bronić, niemogącego już płakać nawet.
Nikt go tu nie przywitał, nikt nie pożegnał, gdy dłoń przyjaźni wywlekła siłą z pośrodka żalem usamolubionych ludzi. Przy trupie córki tylko ojciec i matka spłakani oboje uścisnęli się i zapomnieli urazy, zbliżając się do siebie znowu, ażeby cierpieć wspólnie.
Tak to biedne, zaledwie rozpoczęte życic, rozwiało się we łzach i boleści, uleciało jak sen z przed oczu ludzi.
Za trumienką dziecięcia, posypaną zielonością i kwiatami, poszła matka aż do grobu, i ojciec, i wierni słudzy. Jerzego nie puszczono, bo na chwilę był jakby zmysłów pozbawiony: szalał miotany gorączką. Dopiero po kilku dniach Otto sam idąc na ten cmentarz, do pokrytego już drzewy i kwiatami grobu swojéj ukoehanéj, do mogiły ojca, wziął go z sobą, i sam zaprowadził na świeżą jeszcze darń, pod którą spoczywały całego życia nadzieje.
— Płacz tu — rzekł mu — jak ja od wielu lat płaczę; płacz modlitwą i rozmyślaniem, abyś się więcéj nie przywiązywał do życia i umiał je znikome poświęcić zawsze obowiązkom, cnocie, przekonaniu, powinności. Obcowanie z umarłymi cię nie popsuje: z nich tylko pozostaje to, co w nich dobrego było; śmierć oczyszcza i ubłogosławia. Masz swojego anioła w niebie; bądźże godnym jego na ziemi. A nie zapominaj, żeś mężczyzna.
— Patrz, dodał nie puszczając jego ręki i wiodąc go po cmentarzysku: oto groby ukochanych niegdyś, na których w pierwszéj chwili boleści poskładano marmury, pozasadzano ogrody, pozakładano obeliski nieskończone. Dziś chwast i ruina. Niech boleść twoja nie będzie tak gwałtowna, niech będzie chrześciańska, męzka, spokojna a trwała! Lada dzieciak rozpaczać potrafi: wielkie tylko serca umieją pamiętać. Téj próby czasu nie wytrzyma niejeden żal, niejedna rozpacz, niejedna miłość... Módl się, płacz, ale bądź mężczyzną. Dla niéj lepiéj jest, że umarła: nie bądź samolubem. Rozwiałyby się sny wasze przy rzeczywistości, która nielitościwie brudną dłonią kruszy alabastrowe marzeń gmachy; dziś, na wieki anioł twój stoi przed tobą jak usnął, w szatach białych swojego dziewictwa i miłości. Nie czujeszże ducha jego w sobie?
Jerzy zapłakał i pokląkł. Otto pomodlił się i usiadł potém na ławce, którą tam sobie na cmentarzu postawił przed grobem ojca i narzeczonéj. Siedział tak długo milczący i patrzał na Jerzego, którego w końcu ujął za rękę.
— Wstań, rzekł mu. My żyjemy, życie ma obowiązki i ciężary; nie godzi się umierać duchem, gdy żyjemy ciałem. Co myślisz? co poczniesz z sobą? mów mi.
— A! nie nalegaj! nie pytaj! Miałżem czas zebrać myśli? wiemże co boleść zrobi ze mną?
— Mówmy lepiéj co ty zrobisz z boleścią, odpowiedział Otto. Płacz sam nie jest dla życia dostatecznym pokarmem; trzeba żałobę nosić na sercu, a pracę na rękach. Masz matkę, masz braci, masz siebie, masz całe życie przed sobą. Ona cię pokochała nie za piękność twoją, ale za duszę i serce; byłeś dla niéj ideałem, stań się nim w życiu.
Jerzy milczał.
— Może zawcześnie — odezwał się Otto surowo — narzucam ci obowiązki; lecz potrzeba, byś je pojął i myślał o nich. Jesteś sam na świecie, a poczciwa kobieta, która ci służy za matkę, nie dźwignie cię, bo sama upada pod ciężarem. Synem być powinieneś! Pamiętaj! A teraz w stań i chodźmy. Będziemy mówili o niéj jeśli zechcesz. Milczenie gryzie, słowo jak łza unosi z sobą życia gorycze. Anioł twój słucha ciebie.
— Ten anioł może i tam mi nie przebaczy! zawołał Jerzy ze łzami.
— O mój drogi! odparł Otto: jeden tylko świat i ludzie nie umieją przebaczać; Bóg i anioły są miłością samą!
W Robowie za powrotem zastali wcale niespodzianych gości. Był to nieznośny Maks, który szczęśliwie pozbył się śledztwa o śmierci Lacyny, i pan Jędrzéj ojciec Anety. Obaj przybyli z serdecznemi kondolencyami do Jerzego, który ich przyjął ponurém milczeniem, oznajmującém jak nie rad był téj niewczesnéj ich czułości. Ale tego rodzaju ludzie wcale nie zważają na obojętność i wstręty, jakie się im okazuje: p. Jędrzéj nie domyślił się tego przez głupotę, Maks przez zarozumiałość.
To zajęcie p. Jędrzeja Jerzym, chociaż szanowny obywatel wcale czułym nie był, uderzyło Ottona. Pomiarkował, czego się zresztą od dawna domyślał, że Jędrzejowstwo i Aneta nie wyparli się swoich widoków na Jerzego, i w chwili nawet tak bolesnéj nie zapomnieli o nich.
Biedny pan Jędrzéj zmuszony do smutku, którego nie doznawał, w wielkim był kłopocie, a nie mogąc inaczéj wyrazić zmartwienia, kiwał boleśnie głową na lewo i prawo, trzymając ręce założone w tył i wzdychając niekiedy dość niewprawnie na różne tony.
Maks nie śmiał być jeszcze wesół, a trudno mu było długo wytrwać z powagą. Okoliczności te szczęściem skróciły wizytę, która wszakże nie była bez znaczenia. Kilka dni potém Jerzy pozostał jeszcze w Robowie, nie mogąc się od tych miejsc oddalić; ale niespokojne i błagalne listy p. Izabelli zmusiły Ottona odwieść go i namówić do powrotu do Horycy.
Tu czekało nań serce, co w milczeniu podzielić umiało jego boleść, i nie słowy, ale czynem dowiodło mu macierzyństwa. Jerzy znalazł, jeśli nie pociechę w nieszczęściu, to kogoś, co je umiał pojąć i poszanować.


W Zarubińcach, do których oboje hrabiowstwo powrócili, smutno było i pusto; brak jednego dziecięcia wszystkim się dotkliwie czuć dawał — pustkowiem i trumną. Dla biednéj matki wspomnienie dziecka żyło wszędzie, obraz jego cieniem za nią chodził, zbierała pamiątki i płakała nad niemi. Wkrótce ten pokoik, w którym lat tyle spędziły razem, stał się jakby grobowém muzeum, pełném wspomnień zewsząd nagromadzonych. Krosienka Loli, jéj książki, kwiatki, seksterna, dziecinne wzory, robotki, sprzęty zebrały się tu i otoczyły matkę, która marzyła chwilami, że Lola jej kochana nagle otworzy drzwi i wnijdzie z uśmiechem na ustach, przyskoczy ją objąć uściskiem, rozweselić szczebiotaniem i piosenką. Ale głuche milczenie śmierci niczém nieprzerwane otaczało ją ciągle; a gdy wieczorem wśród modlitwy przez otwarte okno spojrzała w świat hrabina, gdy pomyślała jak z niego ku niéj nikt rąk nie wyciąga, nikt się głosem serca nie odzywa, nieraz upokorzona westchnęła ku śmierci.
Hrabia odbolał także; ale w téj duszy, która kochać umiała tylko nałogiem, inne przywyknienia zastąpić łatwo mogły te, których jéj brakło. Mechanika powoli odzyskała prawa swoje. Malczak powrócił do dawnych obowiązków. Nieustanne wszakże niepowodzenia, zawody codzienne powoli zrażać i odstręczać zaczynały. Przychodził wprawdzie wedle zwyczaju oglądać nieforemne swe pomysły, nieszczęśliwie wykonane, ale już jakoś nie miał siły brać się do nowych. Czuł potrzebę w sercu, któréj zaspokoić nie umiał.
Przypadek rozwinął w nim wkrótce nową chorobę, która pierwszą miała zastąpić. Hrabia dochodził właśnie wieku, w którym zwykle gasną inne namiętności, a obudzą się chęć znaczenia, przodkowania i głośności. Dotąd siedział tak cicho, że mało go znano; majątek szczupły nie dozwalał mu dobijać się o dość zawsze kosztowną popularność. Teraz bogatszy o wiele, za podszeptem kilku przyjaciół, zwłaszcza pokornego sędziego, pomyślał, że i on mógłby mieć wpływ u współobywateli i jakieś między swoimi znaczenie, którego daleko od niego niżéj postawieni ludzie używali.
— Jw. hrabio, przemówił do niego Majszagolski, który sam coś liczył na rozbudzenie w nim uczucia godności: czyżby to jw. panu nie godziło się zająć w obywatelstwie przyzwoitego urodzeniu, fortunie i imieniu stanowiska? U nas nie ma głowy, coby prowadzić mogła; szlachta na to utyskuje. Byleby jw. pan sięgnął, pochwycisz co zechcesz: marszałkowstwo, prezesowstwo, urząd gubernialny. No! toć przecię człowieka stawi przyzwoicie, a robi go użytecznym ziomkom.
Hrabia popatrzał nań z góry.
— Ja się o nic dobijać nie lubię.
— Po cóż się tu bardzo dobijać? Raz, dwa dać obiad, wejść w obywatelstwo, trochę popularniéj obchodzić się ze szlachtą, a zrobisz jw. pan z nią co zechcesz.
— To może być prawda — rzekł hrabia, — nie wątpię, że od razu mogę pozyskać wziętość; ale bylebym raz inaczéj nosa utarł niż wszyscy, to ją tak samo stracę, i pójdzie nie wiedzieć dla czego, jak przyszła nie wiedzieć za co.
W tém hrabia wcale się nie mylił.
— Ale ba! przerwał sędzia: umieć się tylko potrzeba trzymać, to się zrobi co zechce. Wierz mi jw. pan, obywatelstwo całe oczy ma na niego zwrócone.
Chociaż świeża strata dziecięcia tak zaraz rzucić się w świat nie dozwalała, a opuszczać domu dla hrabiny, pogrążonéj w smutku, nie wypadało, — hrabia wszakże dał się namówić w kilka tygodni, i pojechał do miasteczka na rugi, gdzie nadzwyczaj sympatycznego doznał przyjęcia, jak to zawsze bywa z początku. Szeptano wprawdzie po cichu różne rzeczy, ale kłaniano się i ściskano serdecznie, a większość twierdziła, że to są bajki tylko, rozsiane złośliwie.
— Znasz hrabiego? mówił jeden.
I długo potém szeptano historyę na ucho.
— To nieznośna figura! mówił inny: i skąpy, i chciwy, i dumny! a zaprzedany duszą i ciałem...
— Ale co pan też mówisz! to fałsz! ja go znam!
— A? wpan go znasz?... jednakże słyszałem...
— Na cóż takie słuchy na wiatr rzucane powtarzać?
— Tak, zapewne! dowodów nie ma! jednakże! Mogą to być i bajki, ale ostrożność nie zawadzi.
— Zawsze bardzo podejrzany.
— Na miłość Boga! wołał sędzia: powiedzcież przęcię co zrobił, jeśli potępiać chcecie?
— Zrobić, on nic nie zrobił, to pewna, ale bardzo podejrzany, powtarzał szlachcic. Ja się go boję: zawsze to hrabia!
Téj siły argumentów używano przeciwko niemu, ale się jakoś nie wzięły, i hrabia wkrótce, po naradach i obiadach kilku, jednomyślnie na marszałka obrany został; a choć inni współzawodnicy zadawali mu różne zbrodnie, gdy się zgodzono nań, pierwsi go ściskać i rozczulać się zaczęli nad trafnością wyboru. Dla hrabiego urząd stał się zaraz namiętnością jak przedtém mechanika, nie lepiéj opartą, nie jaśniéj zrozumianą, ale również zaprzątającą. Był to bowiem umysł, który jak młyn raz puszczony, choć nic nie było na kamieniu, mleć musiał, i równo tarł mąkę czy piasek.
W Zarubińcach więc w jednym kątku łzy i modlitwa, w drugim rozpostarło się życie publiczne, obowiązki mozolne naczelnika szlachty, reprezentanta powiatu, a nowe zajęcia o krótkim smutku po stracie dziecięcia zapomnieć kazały.
Maks Fermer prowadził daléj życie, którego ofiarą padła półkownikowa, zmieniona do niepoznania, opuszczona, smutna, całemi dniami osamotniona i tęskniąca, gdy szanowny jéj genialny małżonek latał po sąsiedztwie i kawalersko się zabawiał. Serce jéj zbierało się kilkakroć na wymówki najukochańszemu, ale tak się go już obawiała, że nigdy jakoś do nich nie przyszło; a gdy żal wezbrał i miał wybuchnąć, ostrożny Maks pocałunkiem i pochlebstwem w porze zaadministrowaném, doskonale umiał zapobiedz smutnym następstwom, jakie zbyt otwarte wywnętrzenia sprowadzić mogły za sobą.
Pomimo małego nieporozumienia z Anetą, zawsze ona była jego najulubieńszą sąsiadką, a dom państwa Jędrzejowstwa najpoufalszym dla niego przytułkiem.
Aneta od niejakiego czasu, jak wszyscy uważali, wielce była zmieniona. Ta fizyognomia smutna, prostoty i naiwności pełna, którą była pierwszy raz przywdziała dla p. Izabelli, częściéj coraz służyła jéj za sukienkę powszednią. Szeptali wszyscy z ubolewaniem nad tém, że p. Aneta do zbytku spoważniała i za długo nosiła po przyjaciołce żałobę.
Sam Maks często ją tak zmienioną znajdował, że jéj się lękać poczynał.
Kilku starających się o rękę jéj, mimo wiedzy matki odstręczyła i usunęła; parę razy głośno objawiła zdanie paradoksalne, że za mąż wcale iść nie myśli; lecz w głębi serca, któż wie? może zachowała jakąś nadzieję powrotu Jerzego, któremu teraz nic nie przeszkadzało zakochać się w pięknéj Anecie.
Z matką razem była na pogrzebie Loli, płakała na jéj grobie, tydzień cały nosiła suknię i rękawiczki czarne, potém pilno rozpytywała Maksa o Jerzego, i nie wiedzieć jakim cudem, tak dobrze była o każdym jego kroku uwiadomiona, że on nawet zdumiewał się nad tą wszechwiedzą.
Kilka już miesięcy upłynęło od opisanych wypadków, gdy dnia jednego Aneta przez ojca najprzód podrzuciła matce myśl pojechania do Horycy. P. Jędrzéj służył czasem córce za organ pośredni; ale tak się zwykle niezgrabnie wywiązywał z posłannictwa, że go tylko od biedy używano. I tym razem nie lepiéj mu się udało.
— A żebyś ty, kochaneczko, Stasiu — rzekł prosto z mostu — pojechała sobie odwiedzić w Horycy tę tam matkę Jerzego? co?
— Tobież zkąd ta myśl?
— A! myśl! prawda, że to jest myśl, powtórzył p. Jgdrzéj. Mnie ona znikąd, ot tak sobie. Alboby to co szkodziło? To po drodze do Pińska, toby i śledzi można kupić.
P. Jędrzejowa pokiwała głową: niełatwo ją było oszukać.
— Przyznaj mi się, żeś to nie ty skomponował?
— E! ja bo nic nie komponuję; ty to wiesz... odparł skromnie p. Jędrzéj. Już ty się domyślisz czyja myśl.
Kiwnęli sobie głowami, nic nie mówiąc.
— Dość, że téj Anecie młokosa tego z głowy wybić niepodobna.
— Niepodobna wybić! niepodobna! rzekł smutnie p. Jędrzéj.
— A no, to rada trudna, kiedy on do niéj serca nie ma.
— No, toby jeszcze mogło się znaleźć, ja myślę nie szkodzi próbować. Młody.., tego... i zawsze... dodał Jędruś, nie zbyt jasno wyrażając myśl zresztą zrozumiałą. Ale jak już sobie chcecie. No, a w ostatku gdyby i nie kochał, czyżby się dla tego ożenić nie mógł?
— Co ty pleciesz? groźnie spytała pani.
— Nic! nic! ja tak sobie! zawracając się odparł mąż pomieszany, czując, że na niebezpieczną wszedł drogę.
Skończyło się na tém pierwszym razem; jednakże gdy projekt poddano powtórnie, gdy Aneta coraz smutniejsza wznowiła go jeszcze, p. Jędrzejowa choć wzdychając, musiała się wybrać do Pińska sama, niby przypadkiem mając zajechać do Horycy, z krótką tylko i ceremonialną wizytą od miasteczka do dworu. Projekt był starannie osnuty, a matka wyuczona dokładnie co mówić miała.
Stało się jak pragnęła Aneta, dla któréj te pierwsze wstępne odwiedziny tylko do drugich, w których ona udział mieć mogła, za przygotowanie służyły. Jerzy nie pokazywał się w téj okolicy, trzeba więc było gnać za nim; a Aneta coraz silniéj zdawała się być przekonaną, że byleby ją teraz zobaczył, byle dni kilka swobodnie z nim przebyć mogła, owładnie nim i pochwyci za serce zbolałe.
W Horycy wcale się takich gości nie spodziewano. Oddawna nikt tam nie zaglądał; życie płynęło jednostajnie i dość smutnie.
P. Izabella zajmowała się sierotkami, których całą szkółkę zgromadziła przy sobie. Jerzy urządzał majątek, zbliżał się do tego ludu, ku któremu największą czuł sympatyę, i gospodarskie niekiedy podzielał z nim prace.
Część dnia poświęcano czytaniu, rozmowie, naradom; resztę miłosiernemu krzątaniu się około dzieci i ubóztwa. W krzątaninie i stary ks. Mizerya brał udział chętny, choć niebardzo skuteczny, bo sił mu już brakło. Jerzy oprócz tego końmi i polowaniem, gwałtowném znużeniem ciała leczył się ze smutku, ratował w tęsknocie i skracał długie życia godziny.
Przywiązanie jego do panny Moroszówny, która w chwilach pierwszéj boleści okazała się dla niego najtkliwszą matką, wzmogło się i rozbudziło, a synowskie obowiązki dla niéj choć część serca zajęły. Jerzy starał się pilnie osłodzić jéj życie smętne i puste, to muzyką, to czytaniem, to przechadzką i rozmową, to wreszcie zajęciem około szkółki dzieci, w któréj podejmował się dozoru i nauczycielstwa.
Nowe te zajęcia, nowy też pozór i fizyognomię nadały Horycy, w któréj Pawłowi staremu i Radwanowiczowi bardzo biednego Lacyny brakowało. Długo się po nim utulić nie mogli, długo odtęsknić, ani wytłómaczyć sobie katastrofy. Wyżlisko jego stare wychudło, oślepło, znędzniało, i zaglądając do próżnéj izdebki, wyjąc pod jéj progiem, zdechło w końcu jednéj nocy.
Mieszkanie zostało niezajęte długo, ale potém Paweł namyśliwszy się, wniósł się tam, oszczędzając nogom schodów, a Radwanowicz po staremu przychodził do niego na gawędę, z tą różnicą, że Siermięzki mu na jego dywagacye nie odpowiadał wcale, i rozmowa ograniczała się monologiem, przerywanym tylko kiwaniem głowy i zażywaniem tabaki. Niekiedy zjawiał się tu i Porciakiewicz, ale ten był zbyt żywy. Radwanowicz z nim także nie umiał prowadzić rozmowy, bo się zaraz skłócili i przychodzili do słów ostrych.
Paweł w ostatnich czasach tak nagle postarzał, że już nawet służby się wyrzekł i fabrykacyi tabaki. Najczęściéj siadywał w kątku z rozłożoną na kolanach książką i różańcem, ale więcéj drzemiąc niż modląc się podobno.
Tak płynęło życie w Horycy, gdy niespodzianie jednego poobiedzia, kareta na saniach podjechała pod wielki ganek, i wysiadła z niéj pani Jędrzejowa. Panna Moroszówna była w swéj szkółce, Jerzy na polowaniu, a gość musiał chwilę poczekać w sali na górze, nim gospodyni w bardzo prostéj sukni i ubiorze powszednim nadeszła na jego przyjęcie.
Niemało zdziwiła się nawet odwiedzinom, które ledwie krótkie poznanie się u hrabiny usprawiedliwiało.
— Jadąc tędy do Pińska — odezwała się pani Jędrzejowa — nie mogłam się oprzeć chęci odwiedzenia choć na chwilkę pani dobrodziejki, któréj miła acz krótka znajomość zawsze mi jest pamiętna i głęboko w sercu mojém utkwiła.
Naturalnie potrzeba było za to utkwienie w sercu podziękować czule, posadzić na kanapie przyjaciołkę, i począć ciężką rozmowę, która wlokła się jak po grudzie z niezmierną trudnością, póki nie dobiła do brzegów, ku którym zmierzała. Dosyć nawet zręcznie doprowadziła ją pani Jędrzejowa do Jerzego, do tego zamknięcia się jego w domu, które smutek uwiecznić i pomnażać może, do koniecznéj potrzeby jakiéjś rozrywki dla młodego człowieka i t. p.
— Od rozrywki jeszcze potrzebniejsza jest praca, przerwała panna Izabella; a na téj nam nie zbywa. Jerzy gospodaruje, urządza się.
Myśl jednak rzucona utkwiła w sercu matki, że możeby świat i rozrywka jakaś nie były bez skutku na czarny humor Jerzego.
— Ja sama — odezwała się po chwili p. Jędrzejowa — doznałam tego co może dystrakcya z moją córką; bo chociaż się ona jéj opierała, wszakże zawsze sam przymus, goście, rozmowy, trochę mi ją rozerwały. Bo to, widzisz wp. dobrodziejka, trudno doprawdy uwierzyć jak ona odbolała po śmierci swojéj przyjaciółki hrabianki... One się tak rozumiały, kochały! żyły z sobą, można powiedzieć, jak dwie siostry! Moja poczciwa Aneta długo, długo spać, jeść, utulić się nie mogła... A! co ja z nią doznałam trudności! Dziś jeszcze tego ciosu, który ją dotknął, nie może całkiem zapomnieć!
Pani Jędrzejowa miała to sobie zapewne dysponowane powiedzieć w przytomności Jerzego, ale nie mogąc się go doczekać, choć matce saméj wynurzyła głęboki żal całego domu nad śmiercią Loli, pewna, że p. Izabella powtórzy to synowi.
Wieczór zimowy, szybko nadchodzący, zmusił w końcu Stasię do odwrotu i dalszéj nazajutrz ku Pińskowi podróży, zkąd w myśl małżonka nawet beczułkę śledzi przywieziono. Był to najczystszy zysk téj przejażdżki.
Gdy późno w noc Jerzy powrócił i wedle zwyczaju przyszedł do panny Moroszówny, aby się o jéj zdrowie dowiedzieć, znalazł ją trochę ożywioną temi odwiedzinami p. Jędrzejowéj.
Z razu opowiadanie o nich jakieś przykre na nim zrobiło wrażenie; ale p. Izabella tak czule i wymownie odmalowała mu współczucie tych poczciwych Żeligów nad stratą Loli, że Jerzy musiał im być wdzięczen.
— Jakież to było dobre i kochane dziecię! rzekła w końcu matka: jak wszyscy co się do niéj zbliżyli, co ją tylko poznali, musieli się do niéj przywiązać. Wystaw sobie, że ta Anusia długo po jéj śmierci jak obłąkana chodziła, nie mogąc przemódz żalu po przyjaciołce, ani się we łzach utulić.
— Aneta? spytał Juraś: ależ to dwa charaktery, które wątpię, by kiedy z sobą zgodzić się i sympatyzować mogły! Lola była tak prosta, tak szczera i naiwna! ta tak jest wyuczona i wyegzaltowana na chłodno!
— Musisz się mylić, Jerzy; taką ci się może pod chwilowém wydała wrażeniem, gdyż wiele kobiet przez nieśmiałość przybiera ten ton fałszywy. Ja ją widziałam u hrabiny i podobała mi się bardzo... Znalazłam ją także prostą, otwartą, naturalną, rzewną, a taką śliczną i poważną!
— Nie wiem, mogłem się bardzo omylić, odpowiedział Jerzy. Prawda, że ją widziałem niewiele, i za każdym prawie razem inaczéj.
— To dowód, żeś jéj nie poznał, że z obawy i nieśmiałości nie wiedziała jak być...
Na tém skończyła się rozmowa na ten raz, wznawiana potém przez p. Izabellę, lecz zawsze jedną przyjmowana obojętnością przez Jerzego.
A czas powoli płynął i z nim życie. Dni gromadziły się jedne na drugie, zlatując jak liście jesienne... i nic już na pozór nie zmieniało się w Horycy...




Miało się już ku wiośnie, gdy znowu Maks jadący do Pińska zawrócił z drogi do Horycy i odwiedził starego przyjaciela Jurasia. Nigdy tu nie był jeszcze, i znalazł ten zapadły kąt kraju dosyć nudnym; ale że teraz starając się zostać obywatelem, aby zatrzeć swe pochodzenie artystyczne, musiał przejąć wszystkie upodobania nowego stanu, do których i myśliwstwo należało, więc unosił się nad lasami ogromnemi i doskonałém polowaniem. Zrobiono dla niego nazajutrz małe łowy, które się bardzo powiodły, i Maks wymógł wzajemnie słowo na Jerzym, że do niego na polowanie przybędzie. Jakkolwiek boleśnie dla niego było odwiedzić znowu tamte strony, wyrobił to na sobie, żeby pojechać do Maksa i zarazem być u Ottona. Pomyślał w duszy, że na grobie Loli się pomodli. Pragnął też bardzo zobaczyć hrabinę, dla któréj prawie synowskie uczucie zachował; ale się wahał, wiedząc, że odwiedziny te mogą jéj przypomnieć bolesną stratę, i że hrabia, który zawsze wstręt ku niemu okazywał i teraz zapewne czulszym nie będzie. Zwlekło się jakoś to polowanie u Maksa, bo wilcy byli wyszli, bo mu żona potém chorowała, aż nareszcie w miesięcy kilka przybiegł umówiony posłaniec z zaproszeniem na następujący tydzień, i Jerzy rad nierad wybrać się musiał.
Łatwo się każdy domyśli, że wieczorem po łowach, gdy się wszyscy znaleźli w saloniku półkownikowéj, dziś nie tak świeżym i wytwornie urządzonym jak dawniéj, trafem przybyli państwo Jędrzejowstwo oboje, z Anetą, ubraną czarno, smutną, zamyśloną, a tak wyidealizowaną przybraném czy naturalném cierpieniem, że istotnie zdawała się należeć do sławnéj gruppy Nioby... Śladów dawnéj zalotności i trzpiotowstwa ani znaku nie było na pięknéj jéj twarzyczce; oczy zdawały się we łzach pływać; czoło jakby wieńcem chmur miała opasane; poruszała się z wolna, ciężko, — rzekłbyś, że jéj ciężyło życie.
Gdy ujrzała Jerzego, lekki rumieniec przebiegł po twarzy jéj, i w milczeniu trochę drżąca podała mu rękę.
— Oboje straciliśmy — rzekła głosem, w którym łkanie słychać było — drogą sercu przyjaciołkę... Widzisz pan, jeszcze po niéj noszę żałobę, a z duszy pewnie nigdy jéj nie zrzucę... A! uleciał anioł nasz w niebiosa!
Początek rozmowy był bardzo zręczny, odpychał bowiem wszelką myśl samolubną, wiązał ich wspomnieniem czułém, przemawiał do serca, i Jerzy w imię zmarłéj podaną sobie rękę ścisnął z głębokiém uczuciem. Łza zakręciła mu się w oku. Nie postrzegł, że łza ta wywołała iskrę ognia z oczu Anety, która szybko spuściła powieki, i odezwała się dość znowu głosem smętnym i łagodnym:
— Jakże ja dawno nie widziałam pana! choć sercem zbliżaliśmy się często, o! często byłam przy nim, współczując z jego boleścią. Mój Boże! ileż to pan wycierpieć musiałeś! Ja to tylko pojmuję, i to życia sieroctwo, i tę pustynię przeszłości...
Jerzy westchnął milczący.
— Nieszczęściem — rzekł — gdy człowiek pragnie śmierci, albo mu jéj żądać nie wolno, albo życzenie wywołać jéj nie potrafi. Trzeba żyć i walczyć do końca.
— Boć życie zawsze jest walką, odpowiedziała Aneta. Ale dla czegoż tak się pan zamknąłeś w domu? tak wszystkim swym wydarłeś się przyjaciołom?
— Pracuję, a świata nie lubię wcale, rzekł Jerzy. Jedno czyjeś serce, czyż to nie dosyć dla człowieka? Tłumy mu nic nie dają, a odbierają wiele.
— Ja nie wiem — odezwała się Anna — ale jednak człowiek póki żyje, musi potrzebować społeczeństwa i winien mu jest siebie. Zresztą wybierać można i potrzeba.
— Ja też wybrałem sobie — rzekł Jerzy — ubogich i biednych... tych, którzy nikogo nie mają.
— Dla duszy jednak czegoś więcéj potrzeba, przerwała Aneta: nie dość jéj oddawać siebie, ona i karmić się czémś musi.
— Książka w takim razie jest najposilniejszym pokarmem, w książce jest treść człowieka, któréj on nigdy prawie się nie powstydzi, — ta żywi.
— A jednak żywe słowo więcéj jeszcze warte od najlepszéj książki. Wyznasz pan, że ono czarodziejską posiada siłę. Książkę każdą człowiek jeszcze musi ogrzać myślą własną, musi ją zbudzić do życia, musi dopełnić sobą: to go wyczerpuje.
— I dobrze jest, bo pracować musi...
— Ale się za mało nakarmi, bo i ta praca życie zabiera.
— Prawda — rzekł Jerzy — choć są siły, których używając, wzmagamy je. Samo żywe słowo czyni umysł przywykły do niego wyłącznie, lekkim i powierzchownym; książka, zmuszając do pracy, spoważnia, stęża.
— Nie czyniż go znowu sztywnym i surowym do zbytku? Mnie się zdaje — dodała Aneta — że i tu różne żywioły w pewnym stosunku na życie pełne składać się muszą: książki, myśl, słowo, uczucie, czyn... Zawsze prawie brak jednego z nich okalecza człowieka. Same książki go wysuszają, sama myśl wycieńcza, samo słowo lekkim czyni, uczucie samo ogłupia, sam czyn odbiera władzę sądu; wszystko razem stanowi dopiero człowieka.
— Tak, to jest prześliczna teorya, odparł uśmiechając się Jerzy; ale gdzie ten człowiek pełny? Każdemu z nas braknie czegoś, a ideał nie jest rodem z naszéj ziemi.
— Ja nie wiem, przerwała Aneta: są chwile, w których on się żywym objawia, ale całe życie, równo od brzegu do brzegu, nikomu ideałem być nie wolno. Rozumiem wszakże chwile apoteozy, które każdy w życiu przebywa; nawet zbrodniarz, nawet ubogi i najuboższy pod dachem, podnoszą się w tych chwilach, ów do cnoty, tamten do rozumu. Chwila ta trwa błyskawicę dla jednych, dla drugich godzinę, dla innych lata, a im dłużéj w niéj wytrwa człowiek, tém więcéj jest ideałem.
I spojrzała na Jerzego owym łzawym wzrokiem, który tak pociąga, tak rozbudza na dnie serca leżące, martwe już nawet uczucia szczątki.
— O mój Boże! odezwała się nagle: pan mi tak przypominasz szczęśliwe chwile! — I zasłoniła oczy. — Ja ją tak kochałam.
Maks, żona jego, pani Jędrzejowa, wszyscy jakby sobie słowo dali, odstąpili Jerzego i Anety, zostawując ich na samotnéj rozmowie; a Jędruś, który niezgrabnie o mało się nie wdał między młodą parę, dostał na migi tak groźne napomnienie od żony, że się już potém zbliżyć nie śmiał do Jerzego i jak najdaléj od niego uciekał.
Aneta rzuciwszy raz wędkę, nie puściła z niéj zdobyczy. Ciągle w tym obłoku smutku, melancholiczna, rzewna, karmiła Jerzego wspomnieniami, a wzrok jéj sięgał głęboko do duszy.
Co się z Jerzym działo, trudno zaprawdę tłómaczyć. Aneta wcale na nim przykrego nie zrobiła wrażenia; rozum jéj, smutek, wymowa, zręczność, może potężny urok piękności, sprawiły to, że po godzinnéj rozmowie prawie się uczuł z nią swobodnym i spokojniejszym. Ona tak umiała trafić w myśl jego i sercu pochlebiać!
A tak była prosta, naiwna, szczera, tak niewymuszona i niezalotna, iż prawie posuwała się do zupełnego zaniedbania. Wiedziała zapewne, że to jéj nie ujmie wdzięku.
Zabawa przeciągnęła się późno w noc, Maks ożywiał jak mógł towarzystwo, i choć żona jego chora była na głowę, państwo Jędrzejowstwo czekając na księżyc, dosiadywali do drugiéj.
A złożyło się tak jakoś dziwnie, że cały prawie wieczór Aneta była przy Jerzym. Z początku mówili o Loli, potém o kobietach, potém Aneta wpadła na niespodziane wyznania.
— Pan nie uwierzysz — rzekła — jak jestem stara, jak mnie już nic na świecie nie bawi, nie obchodzi, nie zajmuje. Patrzę obojętnie na ludzi: śmieszą mnie, napełniają litością, nie pociągają ku sobie. Tak to łatwo stracić tę epidermę młodości, która już nigdy nie odrasta, ten pyłek owocu, który lada podmuch zwieje, lada dotknięcie unosi... A to tak dobrze być młodym!
— Ale tak trudno! rzekł Jerzy.
— Jednak są ludzie na wieczną młodość stworzeni! odparła Aneta.
— Chyba na wiekuiste złudzenia i omyłki, dodał z westchnieniem młody człowiek.
— Nie, nie! na świeżość uczucia, która się nie wyczerpuje. Znam takich, których nawet gwałtowna miłość nie potrafiła oziębić, którzy z równą siłą kochali kilka razy w życiu.
— Tego nie pojmuję, zawołał Jerzy, — chyba uczuciem różném, przywiązaniem chłodniejszém, szacunkiem, przyjaźnią, którym niewłaściwie dano nazwisko miłości.
— Nie! nie! Są rośliny, co raz kwitną tylko, i co się rok cały okrywają kwiatami: czemużby i człowiek nie miał być różnie uorganizowanym?
— Może... nie wiem... ale sądzę, że takie uczucie jak wielka i prawdziwa miłość, wyczerpuje się całe do razu.
— O! nie! nie! doprawdy! serce sercem jest zawsze, człowiek zawsze kochać zdolny.
— Czy pani kochała? zapytał naiwnie Jerzy.
— Ja? odparła zarumieniona Aneta — nie! Choć to pytanie dziwne, ale na nie szczerze odpowiem. Dzieckiem marzyłam, kobietą pragnęłam kochać, i nie znalazłam nikogo, kogo ukochaćbym mogła. Ja może za wiele pragnę, wolę jednak nic niż to, coby mi nie wypełniło serca... Zdaje mi się, że gdybym pokochała, miłość moja byłaby ogniem, coby dał życie lub jak piorun je odebrał.
Słowa te wymówiła ciszéj, niewyraźnie. Jerzy spojrzał na nią, i w oku jéj czarném spotkał przerażający jakiś wyraz, jakby straszliwego pragnienia zemsty i nienawiści, który obwiał go chłodem i odepchnął.
Nazajutrz nie wiem jak Jerzy dał się Maksowi zawieźć do sąsiadów. Kiedy im to przyrzekł, nie przypominał sobie, ale weń wmówiono, że przyobiecał, że dotrzymać musi... Pojechał więc niechętnie, z uczuciem prawie zgryzoty jakiéjś i obawy. Tym razem Aneta była znacznie weselsza.
Poufale i po bratersku ścisnęła jego rękę; słowa już nie mówiła o Loli, tylko niekiedy naśladowanym jakby uśmiechem, ruchem, wyrazem, starała się ją przypominać, a wyuczona ta rola czasem się wcale dobrze udawała. Jerzy uczuł bicie serca; nie posądzał jéj, aby się stroiła umyślnie w ten z trupa odarty wdzięk cudzy, ale mu to sprawiło rozkosz niewypowiedzianą; nawet głos jéj srebrny dźwięczał jakby biednéj Loli.
U państwa Jędrzejowstwa znowu się wszystko dziwnie składało; ustępowano im z drogi, nikt nie przeszkadzał rozmowie, wszyscy jakby należeli do spisku, pragnąć się zdawali, aby Aneta miała czas usidlić przybyłego, związać go i pochwycić.
Nie brakło jéj środków ku temu. Serce może było zimne, ale głowa pałała. Któż zresztą wie co serce? Gdzie granice uczucia prawdziwego od kłamanego uczucia? Często zaczyna się od fałszu, a kończy prawdziwą namiętnością, i jak wielu niedowiarków, co wchodzą do kościoła zimni, a wychodzą skruszeni i przejęci, jeśli się to porównywać godzi, wielu też zaczyna od udawanéj miłości, by na najszczerszéj zakończyć.
Tak może było z Anetą. Nie wiem, miłość, fantazya czy rachuba przeważyły, to pewna tylko, że idei swéj poświęcić była gotowa wszystko, i nie dała się żadną zrazić trudnością i walką. Owszem, przeszkody, jak tamy wodę rzeki, więcéj jeszcze nagromadzały zaciętości, a czas, co zwykle niszczy w zarodzie próżną namiętność bez celu, podnosił ją tylko i wzmagał.
Na Jerzego cała ta strategia kobieca, któréj sztuką było, żeby niedostrzeżona została, niewiele podobno działała; jednak chwilami ten głos, ta kobieta przypominały mu głos niewieści z innego świata, chociaż przy najgorętszéj chęci przebrania się za Lolę, umysł Anety, jéj doświadczenie, chłód i sceptycyzm, przebijające się mimowoli, nie dopuszczały jéj téj roli dobrze odegrać. Burzyła jedném słowem co zbudowała wejrzeniem i głosem... Przez najczulsze wyrazy jéj przebijała się niewiara, szyderstwo, zwątpienie.
Jerzy znajdował ją zajmującą, zabawną, ale w sercu nie czuł nic prócz jakiegoś rozdrażnienia. Stopniami, powoli jednak ten niepokój przeradzał się w uczucie, z którego nie mógł, nie umiał sobie zdać sprawy.
O siło i potęgo młodości! która oświecasz, jak promień słońca i słomianą strzechę, czyniąc z niéj złocone dachy, i najpospolitsze lica zmieniasz w twarze aniołów, i słowo ciche w hymn poetyczny przeradzać umiesz! może też i Anetę dla Jerzego, zimną i marmurową postać, czyniłaś już żywą i uroczą istotą!
Wdzięk, który w niéj widział, w nim był samym więcéj niż w téj kobiecie.
Bo w sercu młodzieńca zachowała się cała siła młodości. Nie wyczerpała jéj pierwsza miłość, ani pierwsza wielka boleść, ani grób i tęsknoty grobowe; odzywała się w głębi piersi, promieniała z niego, okrywała swojemi blaski wszystko, na co wejrzał, co napotkał. Tak w bajkach ludowych spotykamy bohaterów, którzy jedném dotknięciem przeistaczają wszystko, starców w młodzieńce. ruinę i śmierć w życie; a tą różczką cudowną, cóż jest jeśli nie czarodziejka młodość?
Czyż w jéj oczach nie takie dzieją się dziwy, nie większe przemiany, w jéj uścisku, w jéj zachwytach? Mój Boże! ileż to cudów późniéj, gdy siła odejdzie, gdy ten wzrok zagaśnie, gdy pierś się ta skurczy i wychłodnie, niedojrzanych wtedy, zaprzeczonych, lekceważonych, niknie lub w prosty tryb powszednich zdarzeń wraca! Młodość tylko posiada ten dar opromieniania, widzenia piękna, poczucia go, wyprowadzenia na zewnątrz tak silnie, że zaciera rysy, któreby szpecić mogły i rozczarowywać. Dopóki człowiek czuje piękno i zdolny jest do uniesienia, póty tylko jest młody, póty dobry; późniéj bywa mądry i silny, ale inne już widzi strony żywota: tamta na wieki dla niego zgasła.
Jerzy posiadał jeszcze w sercu tę siłę, którą utracić tak łatwo, a odzyskać niepodobna; dla niego świat jeszcze chodził w szatach świątecznych, i Aneta też piękniéj mu się wydawała niż innym: bo znał ją taką, jaką chciał mieć, nie jaką była w istocie; nie zaglądał do głębi duszy i wierzył, że Bóg na to stworzył usta, oczy i czoło, aby mówiąc prawdę, świadczyły o duszy.
Na straży jego serca stał jeszcze biały cień umarłéj; pokochać nie mógł. Ale go przyciągnęła już ku sobie; już czuł się tajemniczo pochwycony — ludzka słabości! — tém, że pierwsza zbliżyła się do niego, że mu okazała współczucie, że go potrzebowała.
Większą część miłości silnych rodzi początkowo to uczucie wdzięczności: podana ręka, rzucony wzrok temu, co sam dłoni wyciągnąć nie śmie, ani wejrzenia obrócić. Z dwojga zawsze kobieta pierwsza okazać musi trochę uczucia, bo mężczyzna każdy więcéj ma jeszcze może dumy niż serca; boi się walki, z któréj nie wie czy wyjdzie zwycięzcą.
Aneta jednak była dosyć ostrożna, chciała się podobać, lecz o tę wolę posądzoną być nie chciała; wiedziała, że w oczach Jerzego odjęłoby to jéj część uroku. Dla tego przy drugiém spotkaniu, gdy wyszli na ganek, rozmawiając głośno, odezwała się do niego, wiodąc daléj rozpoczętą rozprawę:
— Wiele jest do poprawienia na świecie, i w naszym nawet bycie kobiecym. Nie przeczę, że obowiązkiem kobiety jest kochać, być żoną i towarzyszką człowieka; lecz społeczność robi jéj z tego więcéj niż powinność, niewolę, wkładając na nią kajdany — i wyrzuca jéj jeśli została wolną, nie dozwalając wybierać. Jest to coś nakształt tego, jakby kto niewolnikowi przykutemu do ściany wiezienia, miał za złe, że nikt go rozkuć nie przyszedł. Jeśli śmieszność i jakaś wzgarda ściga tę, co została panną, dla czegoż jéj nie dano swobody wyboru? więcéj powiem, woli i inicyatywy w przywiązaniu? Musimy czekać, aż nam ktoś raczy rzucić chustkę sułtańską, a jeśli nie rzucił, wina nasza! To śmieszne! to nielogiczne! Każą nam, bądź co bądź, iść za mąż, a potém krzyczą, że nie spełniamy obowiązków, których nie przyjęło serce. Ja to inaczéj pojmuję: nie poszłabym za mąż, chyba wybrawszy tego, który ma być moim mężem; inaczéj śmiało zostanę starą panną — to wolę. Trzeba koniecznie — dodała ośmielając się — aby każda łodyga kwiat wydała; nie wolnoż okryć się zielonością, wystrzelić ku słońcu i zostać palmą samotną? Dla mnie ten stan swobodny mojego panieństwa ma urok, któregobym się nie umiała wyrzec, chyba dla wielkiego przywiązania, dla czegoś, czego nie mam pojęcia, bom nigdy nic podobnego nie doznała.
— W ogólności — rzekł Jerzy — w pojęciach o tém jest wiele konwencyonalnego, przekręconego przez społeczeństwo zepsute, jest tyleż fałszu co prawdy. Kobieta za mało ma swobody i wszystkie wady niewolnictwa... W innych razach granice, które kładą jéj czynnościom, są opiekuńcze i troskliwe.
— Więc wiecznie mamy potrzebować téj opieki? spytała Aneta, — i na zawsze pozostać dziećmi?
— Szukając siły, usiłując ją dobyć z siebie, możecie trafić na utratę wdzięku, który wam daje niemoc właśnie, słabość i dziecięctwo wasze... Nie jestże potęgą to, że siły nie macie? że nikt szlachetny użyć jéj przeciwko wam nie może? Jutro wziąwszy siłę, poślubicie walkę...
— A dla czegoż i my nie miałybyśmy walczyć? spytała Aneta.
— Dla czego? powtórzył Jerzy; dla tego, że i bez walki przy was zawsze zwycięztwo... Wam więcéj o pozór może niż o rzecz chodzi. Panujecie, ale kto inny dźwiga koronę i berło: chciałyżbyście wziąć te oznaki, a pozbyć się władzy?
— Władzy! ale jakiéj? nie jestże to zawsze przewaga faworyty zamkniętéj w ciasnych murach i okutéj w złote kajdany? Dusza moja oburza się na to.
— Boś pani nie kochała nigdy, jak sama przyznajesz...
— To być może... Lecz sądziszże pan, iż wszystkie miłości są jednakowe? że dąb, olsza i sosna jednakim się palą płomieniem? Musiałeś się nieraz przypatrywać ogniowi kominka: jak różowo i sino płonie po cichu rozżarzona olszyna; jak dąb pali się żółto-zieionemi płomyki; jak sosna gorejąc, trzaska i rzuca rozpalonemi iskrami, cała w chwili oblewając się ogniem i stając popiołem. Mnie się zdaje, że tak i z sercami być musi.
— Nie wiem! znam tylko moje, w którém pozostały także węgle i popioły, rzekł Jerzy smutnie, — i jeszcze jedno serce, które spłonęło cicho jak zapalona bryła bursztynu. Któż zbadał tajemnice serc ludzkich!
Aneta zamilkła. To wspomnienie dobyte tak nie w porę, oblało ją lodowatym grobu powiewem: zadrżała i ostygła.
— Zawsze ona! zawsze ona! rzekła w duchu, nawet po śmierci.
Złagodniała i posmutniała; na czole jéj zawisła chmurka zadumy.
Na ten raz zabita już była rozmowa. Aneta czuła, że wspomnienie Loli ścigać ją będzie; cierpliwie zacięła usta, zamknęła piersi i uśmiechnęła się swojéj boleści. Jedna matka poznała, że w niéj utkwił cios jakiś, któremu potrzeba było czasu, ażeby z rany został wydarty.
Gdy tak młodzi zostawieni sobie rozprawiali, Maks, który znał wpływ Ottona na Jerzego i serdeczną ich przyjaźń, nie bez celu także wywiódł go do ogrodu. Stosunki, jakie ich łączyły, łatwo już z rysów poprzednich odgadnąć się dają. Maks obawiał się Ottona i wcale go nie lubił, ale mu wielką okazywał grzeczność. Otto obchodził się z nim obojętnie, nie szacował go wcale, często dając mu to uczuć z otwartością sobie właściwą.
Jak wszyscy ludzie miałkiéj głowy, Maks wszakże pochlebiał sobie, że potrafi podejść Ottona lub myśl jakąś tak mu poddać niepostrzeżenie, że on nie opatrzywszy się połknie ją. Nie domyślał się wcale, że Marzycki wchodząc z cygarem w ustach do ogrodu, wcześnie wiedział po co był prowadzony, i co mu wpajać miano.
— Dom bardzo przyjemny! rzekł Maks.
— Hm! hm! odparł Otto: powiedz chyba panna, bo pani jest jéj podszewką, a pan, poczciwe stworzenie, sługą i niewolnikiem obojga. Ani Stasia, ani Jędruś wcale przyjemni nie są.
— A no! to prawda, zawołał Maks; ale przyznasz, co to za swoboda!
— Zapewne, wielka... Jest jéj może trochę nadto.
— Ale przyzwoicie...
— Nie przeczę...
— A panna Aneta?
— Panna Aneta... śliczna panna i niegłupia!
— Prawda! a już to znacie i umiecie sądzić ludzi. Ja to wciąż powtarzam: śliczna, rozumna i bogata...
— Śliczna, bogata, rozumna, powtórzył Otto, puszczając kłąb dymu: ani słowa!
— I co to będzie za żona!
— A no! to jeszcze pytanie! rzekł śmiejąc się Otto.
— Jak to? przyznam się, że nie pojmuję.
— Powiem ci, jeśli chcesz. Całe życie służył jéj ojciec, służyła matka; jużciż nawykła do tego trybu rzeczy, nie może innego chcieć męża, tylko pokornego sługi: więc...
— Nie idzie za tém! a jeśli pokocha?
— Jeśli pokocha! to znowu pytanie!
Maks uczuł się zbitym z tropu i wpędzonym w zaułek podobny do Niecałéj ulicy, nie wiedząc kędy wyskoczyć.
— A! rzekł: to serce, które kochać musi...
— Nie widzę jasno przyczyny.
— Pełna uczucia.
— Czy serce, czy głowa? spytał Otto.
— Jak to, głowa?
— Czy ona sercem będzie kochała, czy głową? powtórzył Marzycki.
— Pełna uczucia! powtórzył Maks.
— A no! niech będzie pełna uczucia.
Milczeli chwilę.
— Już to z Jerzego i z niéj byłaby para co się zowie.
— Z Jerzego? zapytał stając Otto; jak to, z Jerzego?
— Dziwisz się?
— Dziwię! Wszak wiesz, że Jerzy jest zaręczony.
— On! z kimże? on!
— Z tą, która umarła, rzekł poważnie Otto.
— A! a! zlitujże się!
I Maks serdecznie śmiać się począł.
— Ostrożnie, przerwał Otto surowiéj: szydzisz w oczy człowiekowi, który jak on zaręczony z umarłą, dotrzymał grobowi wiary, posiwiał zachowując słowo dane mogile!...
Maks zmieszał się.
— No! tak! ale przyznasz, że on, tak młodym będąc...
— Byłem równie młody, gdym ją stracił.
— Zresztą nie każdy potrafi tak kochać jak wy, panie Ottonie... odparł Fermer.
— To komplement, rzekł Otto zimno. Każdy kto kochał, kocha; tylko ci, co nie kochali, ale się bawili, znudzić się mogli i zapomnieć. Jerzy kochał!
— Więc sądzicie, że tuby z tego nic być nie mogło? spytał niespokojnie Maks.
— Ja! ja nic nie sądzę!
— Ale jak się wam zdaje?
— Szacuję Jerzego, serca jego nie znam, ale wierzę, że gdy co mówi, nie kłamie... Wczoraj z nim razem byliśmy na jéj grobie.
Maks spuścił głowę.
— To istotnie miłość godna uwielbienia.
Otto zaczął w milczeniu palić cygaro, Maks powkładał ręce w kieszenie, i krocząc powoli, poszli ku gankowi.
— Powiedz mi, mój szanowny panie Maksie, odezwał się po chwili Otto: zkąd to ci te swaty przyszły do głowy?
— Mnie! swaty! Zmiłujże się, to było rzucone na wiatr... a że kocham Jurasia jak brata, szczerze dla niego pragnąłbym szczęścia, które tylko poczciwa żona dać może.
— Czemuż nie sądzisz, że poczciwe, choćby zagrobowe uczucie nie daje także szczęścia?
— Ja jestem pospolity człowiek, rzekł Maks: z gliny prostéj — chcę mówić z mięsa i kości... sądzę o drugich z siebie... Tak mi się zdawało!
— I źle ci się zdawało, rzekł Otto. Dla ludzi jak Jerzy, ta kąpiel prozy życia, brudów i rzeczywistości, które nieustannie prać potrzeba, aby je nosić można, nie jest wcale łaźnią, coby uleczyła. Jego młodość boleścią się unieśmiertelnia, czystém uczuciem spotęgowuje: pierś jego tym ogniem oczyszcza się i złoci... Do téj piersi przycisnąłby na chwilę anioła, któryby mógł zmienić się kto wie w jakie zwierzę drapieżne w uścisku, i rozdarłby mu może poczciwe serce, wyssałby z niego resztkę wiary i miłości. Do czego się to zdało?
— Ale bo my się nigdy nie zrozumiemy.
— Tak, masz słuszność, odparł Otto; na to zgoda, i dajmy sobie pokój.
Obie rozmowy, jak widzimy, wcale się nie powiodły; a Jerzy i Otto wkrótce porozumiawszy się wzrokiem, wyjechali od p. Jędrzejowstwa. Maks sam pozostał.
Aneta siedziała w ganku na ławeczce, odprawiwszy matkę, odesławszy ojca, a łza niepostrzeżona spływała powoli po pięknéj jéj twarzy. Ale to była łza jakaś dziwna, samotna, sierota, wyciśnięta chwilowém uczuciem, które ścisnęło za serce; nie zmrużyło się od niéj oko, nie zarysowała twarz, nie zmarszczyło czoło; była jakby łzą pożyczoną, przeleciała wstydząc się siebie po spalonym policzku, i znikła nieotarta, może nawet niepoczuta.
Maks po cichu stanął we drzwiach, i stał patrząc na nią, nie śmiejąc się odezwać.
Potém spojrzeli na siebie. Aneta zerwała się żywo, wahała chwilę, coś jakby wstyd ją owionął, ale Maks nabrał odwagi za dwoje.
— Mówiłem z Ottonem, rzekł.
— A! na Boga! któż pana o to prosił?
— Naturalnie, mówiłem od siebie.
— Któż panu pozwolił?
— Nic się przecię złego nie stało: sam mnie zaczepiał, rzekł wymawiając się kłamstwem Maks.
— Jakto? on? sam? I cóż mówił?
— No! to marzyciel i dziwak: gadał mi o grobach, o miłości wiernéj, licho wie co! i że wczoraj jeszcze chodzili odwiedzać mogiłę.
— A jutro nie pójdą? spytała Aneta jakby przypadkiem.
— Nie wiem: ci czuli kochankowie chodzą tam podobno codzień. Zgadało się i o pani... dodał Maks.
— A! to wcale niepotrzebnie. Otto mnie nie cierpi, ja to czuję.
— Broń Boże! ale on ma swój ideał.
— A ja do jego ideału nie mogę być podobna, odpowiedziała Aneta. Dobranoc panu!
Maks pożegnany nagle, wyjechał zaraz smutny; Aneta pozostała w ganku rozdraźniona, poruszona, przejęta.
— Nie! zawołała w duszy: tak być nie może... Uczucie wywołać musi uczucie! Ja go mieć muszę: będę czekała, będę cierpiała, upokorzę się, odmienię! On musi, on musi mnie w końcu pokochać! Sto razy, mi mówiono, i sama to czuję, że jestem piękna! młodość jeszcze się nie starła z téj twarzy: miałżeby on jeden być niepokonanym? Czyż cień téj kobiety prześladować mnie będzie wiecznie?
Serce Anety ścisnęło się od bolu.
— Nie! nie! zawołała: ja nie jestem winna jéj śmierci, to myśl dzika i chorobliwa. Truciznę tę szatan mi rzucił w serce!.. To dziecię spaliło się własną miłością, było przeznaczone na śmierć... Cóżem ja winna? Cierpliwości! wytrwania! On będzie, on musi być moim! Walczyć będę z jéj cieniem, z jego sercem. Wezmę go nie napastniczém zwycięztwem, ale pracą powolną; zdobędę po cząsteczce; poznam, wcielę się, opanuję. Ale jedenże on na świecie? spytała po chwili. A! jeden! jeden, który mi się oparł, odpowiedziała. A ja się czuję niezwyciężoną: on musi być moim!
— Kochanie, przerwała jéj matka wchodząc ostrożnie: ty się zaziębisz, moje dziecko. Rosa pada, wieczór tak chłodny, chodź już spać! proszę ciebie!
— A! jakże mnie mama przestraszyła!
— Ale bo też nie wiedzieć po co siedzisz nocą w ganku. Ty wiesz, jak jesteś skłonna do kataru.
— Idę już, mamo, idę, idę.
Nazajutrz rano mglisto jakoś było na świecie i mglisto na czole Anety.
— Moja mamo, odezwała się przy herbacie: gdyby mi konie zaprzęgli, pojechałabym z Franusią lub sama do kościoła.
— Do kościoła? spytała zdziwiona matka, wiedząc, że usposobienia do modlitwy nie miała wcale córka. Ty? w dzień powszedni, do kościoła?
— Tak...
— Chcesz tego?
Aneta kiwnęła głową trochę pomieszana. Stasia pośpieszyła zadzwonić na Jędrusia, który wpadł natychmiast z brodą do połowy ogoloną.
— A co? spytał; a co?
— Koni potrzeba dla Anetki.
— Koni? dokąd?
— Chce jechać do kościoła. Co ci do tego, Jędrusiu? dosyć, że natychmiast potrzeba koni.
— A no! to będą! Ale któż wiedział, że pojedzie!
— Jędrusiu, bez rezonowania!
— Ależ ja ani myślę rezonować! Konie zaprzęgną natychmiast.
I ojciec wybiegł przestraszony natarczywością Stasi, a w kwadrans późniéj Aneta w lekkim koczyku, osłoniona czarnym woalem, jechała ku kościołowi, przy znajomym już nam położonemu cmentarzu. W ręku trzymała prześliczną wiązkę kwiatków.
Wiejski w Muszyńcach kościołek, na pochyłości wzgórza, które się na południe zwraca ku łąkom i płynącéj przez nie rzeczułce, otoczony był cmentarzem, na którym parafianie od bardzo dawnych grzebali się czasów. Świadczyły o tém stare już drzewa, ocieniające tę „rolę bożą“ — zapomniane mogiły, na których kupka gruzów zastępowała pomnik, co miał przetrwać wieki, — kamienie omszone, krzyże z niewyraźnemi na nich wyrytemi głoskami, dziś już niezrozumiałemi. Najpiękniejszemi tu jeszcze pomnikami były jodły, kasztany i topole, które wzrosłszy na grobowcach i rozpuściwszy na nich konary, połączyły splecionemi gałęźmi mogiły może za żywota nieprzyjaznych ludzi. Kościołek był drewniany i bardzo stary, ale utrzymywano go tak, by dożył nowego, na który powoli jakoś zbierali się parafianie. Tuż przy nim rozciągał się po staremu z pogańskich może jeszcze czasów ów cmentarz i przysadzista w rogu kostnica, przypierająca do plebanii.
Mimo smutnych czarnych krzyżów na mogiłach, cmentarz w części tylko obmurowany, zresztą opasany drewnianym płotem, ze swą bramką drewnianą także, na któréj sterczał krzyżyk pochylony, wyglądał dosyć wesoło. Bujna zieloność pokrywała go wszędzie, prócz kilku miejsc żółtą gliną napiętnowanych świeżo i jakby ze skóry odartych, pod któremi niedawno spoczęli ostatni powołani na sąd boży.
Ksiądz staruszek używał swego cmentarza jak ogródka do przechadzki; zbierał nawet na nim owoce z kilku krzaków i drzew wiśniowych, które się przy parkanie rozrosły. Otto, mając tu ojca i narzeczoną, jeden też kątek utrzymywał ze starannością zakonnika, pielęgnującego grządkę swojéj celi. Miejsce to niedaleko ogrodzenia, objęte żelazną kratą, zasadzone drzewy i najpiękniejszemi krzewami, obejmowało dwie proste mogiły, na których dwie wielkie szare leżały płyty kamienne, z dwoma imionami i datami żałobnemi. Ścieżka wysypana piaskiem wiła się dokoła tych grobów, a do parkanu przyparta ława dębowa, czysta i wysiedziana, świadczyła, że tutaj Otto często przychodził. Świeże kwiaty wiosenne, starannie opełte i podlewane, jaśniały jakby w najweselszym dziewiczym ogródku pod kilku jałowcami, jodełkami, krzakami róż i bzów.
Wiosna właśnie wszystko to umaiła i przystroiła w pączki i różnobarwne kwiaty. Nieopodal od grobu Ottona wznosił się kamienny sarkofag Loli, na którym matka napisała imię jéj pieszczone i jedno do Boga westchnienie.
Obok niego także zieleniały już zasadzone świeżo rośliny, ale tu jeszcze nieposłuszna ziemia razem z niemi wyrzucała z łona dzikie swe dzieci: chwast i łopuchy, które walczyły o lepszą z wychowańcami ogrodu.
Ranek powoli z mglistego przechodził w pogodny; opary siadały w dolinach i uściełały się jak zrzucone zasłony, a wyświeżony krajobraz pięknego Wołynia, obmyty rosą, ozłocony słońcem, zarysowywał się już w oddali. Ptaszki gospodarzące na cmentarzu w gałęziach drzew starych i świeżo zasadzonych krzewach, szczebiotały już wielkiemi gromadami, przenosząc się z krzykiem z miejsca na miejsce za najmniejszym szelestem. Cisza zresztą panowała na cmentarzu, przerywana tylko ich wrzawą wesołą i stękaniem człowieka, który grób kopiąc w rogu, to pilno a żywo ziemię odrzucał, to pot z czoła ocierając i wzdychając, spoczywał.
Furtka skrzypnęła: Otto i Jerzy powoli weszli na milczący mogilnik, oczyma szukając swoich grobów. Otto dojrzał zaraz, że mu się jeden krzak róży odwiązał od podpórki i pochylił jak chory na stojące obok kwiatki; poszedł więc tam i zaczął gospodarzyć. Jerzy skierował się też do swojego grobu, przy którym nic nie miał prawa poprawiać i zmieniać; płakać i modlić się mógł tylko.
Obaj potém usiedli na ławce, i spoglądali, dumając, na ten maleńki światek, z Hamletowskiemi myślami o człowieku, tylekroć powtarzanemi, tylekroć powtarzającemi się jeszcze!
Grabarz wciąż kopał i stękał, i pot ocierał z czoła, spoglądając ciekawie na przybyszów. Do pół już stał w mogile, opierał się rękami o jéj brzegi i mierzył, czy jeszcze głęboko dobywać mu się będzie potrzeba, by wygodnie usłać łoże. Ptaszki świergotały mu nad głową, w dali słychać było ryk bydła i wesołe głosy pól i dolin.
— Czyby się nam uczyć potrzeba od natury, czy naturze od nas? rzekł Otto po długiém milczeniu. Patrz-no, co to za spokój i cisza i wiosenne rozkwity na grobach? Nigdzie żałoby: wszędzie przy śmierci, po zgonie życie w innych kształtach, i kolebka tuż przy mogile. Nie ma więc związku między nami a tym światem, który litości dla człowieka nie czuje, czy litość jego i miłość inaczéj się wyraża, że my ich nie rozumiemy? Ja nie wiem.
— Jeżeli przechodniowi wolno pogwizdując minąć cmentarz, dla czegożby wróblom nie miało być wolno śpiewać na nim, kwiatom kochać się i kwitnąć? odparł Jerzy.
— To prawda: smutek, tęsknota nie są w naturze; to płody duszy człowieka. Natura burzy się, gniewa, niszczy, wywraca i wnet odbudowuje i pieści, by znowu łamać i burzyć, — ale nie tęskni długo i nie płacze nigdy swych dzieci.
— Mylisz się, rzekł Jerzy: nie słyszałeś nigdy nocnych jęków stepowego wichru jesieni, ani tęsknego pacierza morskiego za umarłych, kiedy w czarną noc bije falami o brzegi, jak grzesznik dłonią w piersi i płacze. Są kraje wiecznéj tęsknoty, mgły, łez i żalu; są cmentarze ziemi. A zresztą, my jesteśmy maluczką chwilą, nam wolno tęsknić i płakać; tam życie jest wiekuiste i prawa nieznane. Dla nas są przypadki; tam konieczność.
— Człowiek! człowiek! rzekł Otto; ochota bierze umrzeć, aby go zrozumieć.
— Masz słuszność, nie można razem być widzem i aktorem. Ale czy widzami będziemy, gdy to co dla nas dziś ciekawe, późniéj się może stanie obojętném? gdy pękną te węzły, co nas łączyły z maluczkim tutejszym światem?
Spojrzeli na spoconego grabarza i milczeli znowu. Wtém zatętniało na drodze: powóz się jakiś zatrzymał, otwarła się powoli furtka cmentarza, i postać czarno ubrana, osłoniona cała, powoli weszła, rozpatrując się wkoło, nieśmiała, strwożona, smętna. Nikt jéj nie poznał, a zdziwiony z razu Otto wstał, popatrzał i usiadł, zacinając usta i marszcząc czoło.
— Ha! rzekł z cicha: nie sama natura na cmentarzach gotowa słać łoże weselne — umieją to i ludzie. O mój Boże! to profanacya grobów!
Ale Jerzy tego nie słyszał: śledził oczyma nieznajomą postać, która doszła wprost, powoli ku grobowi Loli, przy nim poklękła i bukiet kwiatów rzuciła u stop sarkofagu, a nie widząc nikogo, modliła się długo.
Potém wstała, podeszła kilka kroków, podniosła głowę, jakby nie spodziewając się ujrzeć nikogo; zrzuciła duszącą ją zasłonę, i krzyknęła spostrzegłszy Jerzego, który się naprzód wychylił.
Była to Aneta.
— Spotkanie romantyczne, rzekł Otto w duchu: zaczyna mnie to niecierpliwić. O komedye żywota! o aktorowie życia! Aż tu! mój Boże! gdzież się już skryjemy przed wami?
Jerzy nadto tyle zmiękczony widokiem grobu, że nie posądził Anety o wyrachowanie, że nie mógł jéj wyrzucać, iż tu przybyła. Przez myśl mu nie przeszła nieszczerość.
— Co za dziwne spotkanie! zawołał w duszy.
Aneta stanęła, stała jakby nie wiedząc co począć; otarła łzę niewylaną jeszcze, może ową zapiekłą wczorajszą, i czekać się zdawała powitania.
Czy ludzie i przy grobach muszą być grzeczni? Nie wiem. Otto nie przywitał, Jerzy nie śmiał. Aneta postąpiła kilka kroków.
— A! to pan!
— To pani!
— Wczorajsza nasza rozmowa, sama nie wiem jakie uczucie, wspomnienie biednéj Loli, tak mnie przejęły, żem tu przybiegła odwiedzić choć grób przyjaciołki niezapomnianéj, rzucić nań kilka kwiatków i łzę cichą.
Kłamała — bo łzy w ogrodzie zerwać nie było można, a wypłakać jéj nie umiała.
— A! pani ją kochałaś? pani jéj nie zapomnisz? Przyjm odemnie z serca dzięki.
Jerzy zszedł już na pospolitego bardzo grzecznego człowieka, który kłaniał się i dziękował, i przypominał owych ichmościów niosących trumnę, co się przepraszali, następując sobie na pięty.
W twarzy jego więcéj znać było zmieszania się niż czułości.
Aneta przybrała razem z suknią czarną twarz stosowną, żałobną, a była tak piękna, że gdybyś ją wtedy na jednym z tych grobowców postawił, cudnie majestatyczną malowałaby boleść. Lica nawet wypogodzone były ciszą, oko świeciło głębiną bezdenną, rezygnacya niebiańska zdawała się ją opromieniać. A! gdyby taka była w istocie, jaką się być zdawała!
Spojrzawszy na nią Jerzy, który okiem młodości widział tylko piękno, olśniony został tém zjawiskiem, jakby z grobów wyrosłém, wspaniałém, wielkiém, dojrzałém do życia, a dziewiczy wieniec noszącém jeszcze u czoła. Powoli na widok jéj przejmowało go uczucie coraz dziwniejsze: nie kochał, ale przejęty był i oczarowany.
Otto patrzał na niego nie na nią, z twarzy mu czytał jak z księgi, i smutniał.
— Natura! ludzie! wszystko jedno! życie oplatać musi groby! rzekł w sobie. To początek nowéj miłości. Ten bluszcz uparty uczepi się ruiny i ozieleni ją sobą.
Jerzy w uwielbieniu dla Anety, sądził się być wiernym pamięci siostry, ale serce jego od grobu już poczynało zwracać się do życia.
— Jakże tu cicho! spokojnie! miło! rzekła Aneta, zbliżając się powoli, i kładąc rączkę, odzianą obcisłą rękawiczką czarną, na żelaznéj kracie, która ich dzieliła: co tu kwiatów! to ogród umarłych! Nie dziwię się panu Ottonowi, że tu, jak słyszałam, spędza długie godziny. Pierwszy raz jestem tu sama i czuję, że trudno mi się ztąd wyrwać. Zdaje mi się, że zdrowo być musi czasem wnijść na cmentarz spytać śmierci o życie?
Otto milczał, schylony patrzał na grób swój drogi; Jerzy wdzięcznością popchnięty, wyszedł powoli z za żelaznéj otoki i zbliżył się do Anety. Razem, milcząc, poszli do grobu Loli.
— Biedne dziecię! rzekła postać w czerni.
— Biedny anioł! dodał Jerzy. Lecz byłoż to serce tak gorące przeznaczone na długie lata? mogłoż ono wytrzymać z tém, co je otaczało? nie byłaż lepszą od tego, z czém ją los związał? od nas i od wszystkich?
— Nie od was, przerwała Aneta, nawet w obec grobu odważając się na pochlebstwo: wy jesteście także taką jak ona wyjątkową istotą! Dwie wasze dusze szczęśliwie na krótko się spotkały, ale tym pocałunkiem żyć może ona w niebie... ty na ziemi... dodała cicho.
— A jednak, tęskno mi, duszno i ciasno tu, zwłaszcza gdy na ten grób patrzę, odparł Jerzy ze łzą w oku. Nie umiem nosić godnie płaszcza żałoby: cięży mi na ramionach.
Anecie oczy błysły, zamilkła.
Przeszli powoli około grobowca, a Jerzy spostrzegł świeżą kwiatków wiązankę rzuconą na stopnie, i pochylił się ku niéj. Połowa bukietu była oblana rosą, połowa zwalana pyłem, który na kamieniach osiadł; kwiatki napół przyciśnięte i zgniecione zdawały się skarżyć, choć razem ze świeższemi jeszcze zwiędnąć i uschnąć miały... Z wiązki téj Jerzy zerwał czarnego bratka i zatrzymał go w ręku.
Otto wciąż patrzał z daleka, a warga jego zwieszała się coraz smutniéj i czoło fałdowało groźnie. Jerzy powoli przeprowadził Anetę do fórtki, pożegnał ją u powozu, i stojąc popatrzał jeszcze za odjeżdżającą, bo i ona parę razy piękną główkę ku niemu zwróciła.
Tuman pyłu żółtego uniósł się na gościńcu, rozbił w chmurę, wirował, uleciał i zakrył powóz i cmentarnego gościa.
Powoli z bratkiem w ręku Jerzy powrócił do Ottona, który siedział nie wstając z ławy, a gdy przyjaciel podszedł ku niemu, ruszył się o kiju wychodzić.
— Pokój umarłym! odezwał się Otto: bo dzisiejsze odwiedziny, mój Jerzy, już zarywają na świętokradztwo i szyderstwo... Te wzroki żywych palące, co się krzyżują nad próchniejącą trumną, to coś okropnego, to urągowisko Niebu, wieczności, pokojowi, śmierci!
— Gdzieżeś je zobaczył? spytał Jerzy.
— A! w oczach waszych!
— Moich?
— Jéj tylko! ale z jéj źrenic przeleje się prędko ogień w piersi twoje... Jerzy...
— Przyjacielu! uśmiechnął się boleśnie młody chłopiec, wskazując mu grób: patrz, a ona?
— Ona usypia w białym całunie i uśmiecha się może zwodnicy, która przyszła umyślnie, by jéj wydrzeć ostatek.
— Jak to? umyślnie! oburzył się Jerzy, cofając.
— A! a! naiwny człowiecze! rzekł Otto: myślisz, że przypadkiem tak ślicznie czarno ubrana przyjeżdża wesoła i zręczna dziewczyna na grób przyjaciołki, aby powietrzem wiosny, zaprawném zgnilizną trupią odetchnąć? Myślisz, że po to tu przyjechała, aby rzucić te kwiaty?... O prostoto godna złotego wieku!
— Ottonie, więcéj wierz sercu ludzkiemu.
— A! wierzę w nie i szanuję, Jerzy mój! ale życie uczy wiele! Tyś młody i piękny, nie ma wątpliwości dla mnie, że ona kocha ciebie, że ma odwagę nawet o grób się uderzyć i w pyle poklęknąć, byleby ciebie zobaczyć, zbliżyć się do ciebie i śliczną ci błysnąć twarzą.
— Mylisz się! mylisz na Boga!
— O! nie mylę się, niestety! to jaśniejsze od południowego słońca! Ty jeden możesz tego nie widzieć.
Jerzy się zarumienił.
— A! zawołał: toby było grzechem strasznym!
— To jest tylko namiętnością, a namiętność to burza, mój Jerzy; niszczy ona, nie zasiewa, i przelatuje szybko.
— Więc przeleci?
— Zniszczywszy może.
— Mój Ottonie, odparł młody chłopak: czyś ty już zwątpił o mnie? czy masz mnie za niegodnego jéj pamięci?
— Ja cię kocham! ja cię braterskim uściskiem do mojéj piersi przykułem! ale któż wie? Mnie samego gdyby taka czarodziejka dziewczyna, zimna a rozpłomieniona, rozkochana a chłodna, poczęła dawniéj uściskiem od grobu odciągać, — nie wiem, nie wiem czybym wytrwał! Któż z nas tak silny, by się oparł łzom i westchnieniom?
— To ci się wszystko śni w gorącéj wyobraźni.
— Nie! nie! mówię chłodno, mówię smutno, mówię prawdę. Patrzałem i patrzę na nią: ona cię kocha lub pragnie... nie wiem... ale jedno z dwojga! Ty wiesz francuzkie przysłowie, że „Bóg chce czego chce kobieta“... A! często ona chce tego, czego chcą szatany raczéj, i rajskiego jabłka z pod węża głowy dostanie. Ale dość! nie mówmy o tém.
— Ja dziś, zaraz jadę do Horycy! odparł Jerzy.
— To najlepiéj, rzekł Otto: przed falą przybywającego morza najlepiéj uciekać; z tém się nie walczy... Aneta jest falą morza; fale ścigają daleko!
Zamilkli; ale Jerzy sam o siebie począł być niespokojny. Coś dziwnego się w nim działo. Rzucił kwiatek na ziemię, podniósł go, wspomniawszy, że dotknął grobu Loli, i poszli powoli do Robowa.
I tego poranku więcéj mowy między nimi nie było.


W Horycy oczekiwała na Jerzego niespokojnie panna Izabella i cały stary ich dwór, któremu jak zęba trzonowego, wedle wyrażenia Radwanowicza, brak było heroicznego Lacyny. Nieraz go tam sobie wieczorną porą, przy kominie, przypominali starzy przyjaciele; Jerzy jak winę nosił go na sumieniu.
Przybycie panicza ożywiło dwór, trochę posępny i pusty bez niego; nawet Paweł się ruszył i posunął ku niemu, aby mu w oczy zajrzeć i zobaczyć czy bardzo w nich smutno. Panna Moroszówna śledziła, wypatrywała, szukała w nim jakiéjś spodziewanéj zmiany. Wydał się jéj teraz jakimś podrażnionym i nie sobą. Zwykle Jerzy był bardzo spokojny; życie może jednostajne takim go czyniło. Podróż go rozkołysała; w podróży myśli miał wiele, widział ludzi, wpatrzył się w nowe postaci, z nich ku niemu trysnęło życie nowe. Postać Anety, uparta jak ona sama, snuła mu się nieustannie przed oczyma; ciągle ją tak widział jak raz ostatni zobaczył, u tego grobu klęczącą, pochyloną, osłonioną.
Panna Moroszówna miała już ten zwyczaj matek, że gdy ich ukochany jedynak powróci do domu, to go muszą wybadać do dna, rozpytać o każdy krok, spowiadać z każdéj myśli, uprzytomnić sobie wszystkie czynności. Zaraz więc przy wieczornéj herbacie kazała mu opowiadać o całéj téj wyprawie... Jerzy był posłuszny, choć zbywał lakonicznie ciekawość.
Nie obeszło się jednak bez wzmianki o Anecie, o widzeniu z nią pierwszém i drugiém i ostatniém. To ostatnie Jerzy odmalował jéj jak artysta; utworzył z niego rodzajowy obrazek, smutny, prześliczny. Pannie Izabelli aż łzy zakręciły się w oczach.
— To dobre jakieś dziewczę, rzekła. Mnie się zdaje, że świat i ludzie wcale się na niéj nie poznali. Prawda, że matka śmieszna, ojciec nic nieznaczący ale ta Aneta niepospolitą jest istotą.
— Mówią, że zbyt chłodna i rozumna.
— Mylą się może, odpowiedziała panna Moroszówna: najczęściéj serce drażliwe maskuje się dowcipem i chłodem. Rozum niekoniecznie jest przeciwnikiem uczucia, boć to są dwa koła jednego wozu, téj duszy, która siedzi na rydwanie o tylu złocistych kołach... Lepiéj może niż wy sądzę Anetę, bo jestem kobietą; widywałam ją w różnych chwilach, zawsze serdeczną i uczucia pełną, zawsze łagodną i miłą. To co mi opowiadasz, jeszcze mię więcéj przywiązuje do niéj. Mówże mi, proszę, o niéj.
Jerzy mówił i dosyć wiele powiedział.
— Ale ty to tak opowiadasz zimno, a ja — uśmiechnęła się panna Moroszówna — mam ochotę posądzić ją o miłość to ku tobie.
— A! i Otto mi tę myśl narzuca, ale to być nie może!
— Czemuż? Mnie się to zdaje rzeczą naturalną, prawie konieczną.
— Wie przecię, że jéj kochać nie mogę.
— Ona wie tylko, że kocha ciebie, to dosyć, westchnęła panna Izabella. Pozwól Jerzy, bym ci całą myśl moją wypowiedziała szczerze. Tobie potrzeba nie kochanki, ale żony; dla ciebie trochę, dla mnie bardzo! Czyżby ci Anna nie przystała?
— Matko! ja się nie mogę ożenić: toby było splamieniem jéj grobu i mojéj przeszłości!
— Nie myśl o miłości, dziecko moje; myśl o poczciwém przymierzu z drugą istotą, któréjbyś mógł troskę powierzyć i podzielić z nią życie. Jam nie wieczna! — dodała — a dom bez kobiety, wiekuiste sieroctwo zwłaszcza ku starości... a! to rzecz straszna mój Jerzy! Jam zeschła w tém życiu wdowiém i znam je. Naówczas wyciąga człowiek ręce i pragnie choćby złego, byle wiekuistego towarzysza, byle nie obojętnych obcych twarzy. Dziś, jutro, będziesz się musiał chłodno ożenić dla siebie, dla mnie, dla tego, że ja cię o to na klęczkach błagać będę.
— A ja leżąc twarzą na ziemi będę się wypraszał, odparł Jerzy. Bóg sam chciał, bym nawet tych lekkich, serdecznych nie nosił więzów; nie czuję potrzeby serca, nie potrafiłbym stanąć u ołtarza bez zapału, bez uniesienia, bez rozpromienienia...
— Ha! więc postarzéj jeszcze trochę! Przeżyłeś już dzień miłości, ale ci wieczór pozostał. Późniéj dopiero poczujesz to, co ja ci dziś przepowiadam: zechcesz towarzysza, ale może takiego, jakimby Aneta była dla ciebie, nie znajdziesz. Ja czuję choć przybranéj matki sercem, że ona cię kocha; a miłość choćby niewzajemna, jest wielką dźwignią w życiu.
— Matko, rzekł Jerzy spuszczając oczy: nie! proszę cię, nie namawiaj mnie na nowe życie, które może być lżejszém, ale może też stać się twardszém i cięższém od dzisiejszego. Czegoż mi braknie? Mam serce matki, pracę, spokój, siły, swobodę; a że nie mam pieszczot życia — czyż serce żałobne nie wzdrygnęłoby się na nie? czyż dotknięcie ust jéj nie starłoby mi z nich niebiańskiego pocałunku tego dziecięcia? czyżby nie było męczarnią, przypomnieniem, zgryzotą? Jeśli się podobało Bogu odjąć mi nadzieję, czyż nie powinienem przyjąć wyroku, posłuszny?
Matka nie nalegała już więcéj.
— Wierz mi, rzekła tylko: chciałabym widzieć cię szczęśliwym; chciałabym, aby prócz nas dwojga, nowego coś odżywiło te stare mury tak posępne, na których nadzieja żadna nie rośnie. Może szczebiot płochy dziecięcia, może uśmiech młodéj kobiety, związałby nas z ludźmi i społecznością, od któréj losy oboje nas odcięły.
— Żyjmy pustelnikami, kiedyśmy na pustelnię skazani, odparł syn, całując ją w rękę. Mamy dzieci tych, którzy ojca i matki nie mają: tych nam będzie dosyć.


Marszałkowstwo hrabiego Rajmunda rozpoczęło się pod bardzo szczęśliwą wróżbą. Przez kilka tygodni po wielkim inauguracyjnym obiedzie, był to w święcie i powiecie najpopularniejszy człowiek. Starzy ludzie dziwili się niezmiernie, że mu tak łatwo przyszło pozyskać sobie serca obywatelskie, gdy cały wiek pracując, z żelazem i drzewem tak źle sobie dawał rady.
Ale nie ma nic na świecie trwałego, i hrabia smutnie tego musiał doświadczyć.
Trafiło się, że szlachcicowi bratu odmówił na prośbę bardzo dziwną i niesłuszną; już tedy krzyknęli, acz z cicha, że arystokrata.
Przyszły potém drażliwe sprawy opiek i administracyi. Było tam kilka sierocych majątków w rozporządzeniu opieki i kilku kandydatów urodzonych do administrowania sierocemi i odłużonemi majątkami. Ci zaraz upomnieli się o swoje. Święcie im się należały administracye: jednym dla tego, że przywykli byli żyć z tego chleba. drugim że innego nie mieli. Nieszczęściem hrabia, i co gorsza, sekretarz jego, obaj byli ludzie uczciwi a nieobyci z formą, jaką się korzystanie z cudzego grosza najspokojniéj w świecie odbywa; chcieli więc majątkami rozporządzić w sposób jak najkorzystniejszy dla sierot i biedaków. Ale zwyczaj odwieczny temu się sprzeciwiał. Snadź z czasów pogańskiego jeszcze kommunizmu, dobra tego rodzaju uważają się jakby własność ogólna, jakby jakiś rodzaj starostw, z których ktoś chleb jeść i kieszenie ładować musi; oburzono się tedy niezmiernie, że hrabia chciał wydrzeć zarobek tym, którzy do niego tak słuszne mieli prawo.
Hrabiemu zdawało się w prostocie ducha, że jeśli kto, to bogaci i niezależni ludzie winni się podejmować administracyi; bo ci i więcéj mają wolnego czasu, i mniéj są na pokusy wystawieni, i mogą coś stracie, a nic nie potrzebują zyskiwać. Spotkał się tu z ugruntowaném przekonaniem, że sierocy majątek i dobra odłużone podpadające pod tak zwaną administracyę, są rzeczą do ciągnięcia zysków dla ludzi, co inaczéj mieć ich nie mogą.
Czteréj tedy groźni kandydaci stanęli przed marszałkiem, a że na niego wotowali affirmative, sądzili, że mają zupełne prawo domagać się nawet najniesłuszniejszéj rzeczy. Dawszy mu ten dowód zaufania, zażądali, aby im oddał co od dawna dzierżyli, i z czego takie podawali rachunki, jak się im podobało.
Hrabia osłupiał, nie pojmował rzeczy; ale spotkawszy tak głębokie i silne przekonanie o swych prawach u tych panów, zachwiał się na chwilę, myśląc naiwnie, że jakoś niedobrze rzecz zrozumiał.
— Jakże, proszę marszałka, zawołał najstarszy: my ten sierocy majątek trzymamy już od lat sześciu!
— Ależ to mienie sieroce! Panowie nie podajecie opiece rachunków, lub przysyłacie takie, jakich ona przyjąć nie może; są summy popodnoszone...
— Co pan hrabia w to wchodzisz? My mamy odpowiedzialność, a sieroty podpiszą nam zakwitowanie.
Nie było już co rozumować.
Inni z równie ścisłą logiką dopominali się administracyi majątków, na których ciążył dług niewielki; lat dziesiątek, a mimo ich starań nietylko nie ubywał, ale go jeszcze przyrastało; rachunki misterne pochłaniały wszystko. Hrabia nie mogąc pojąć téj manipulacyi cudzego grosza, choć sam nie tak bardzo był delikatny, gdy o niego chodziło, opierał się.
Upór ten dopełnił miary jego występków.
— A, to taki ptaszek! zawołali ci panowie chórem. My wotujemy na ciebie, abyś ty nas z domów wypędzał! Zobaczysz!
Administracye bowiem prawie za własne się uważają.
— Toś taki! wołał inny: a no! doczekamy wyborów, polecisz negatywami na łeb, a co ci nałajałem, tego ci nikt nie odejmie. Chce mu się być uczciwszym od nas wszystkich. Sumienie! piękne sumienie: ja mam sześcioro dzieci!
Ten, który chwalił się sześciorgiem dzieci, sądził naiwnie, że mu dla nich jak dla ptasząt w gniazdku, wszędzie pokarm zbierać było wolno, choćby w cudzéj kieszeni.
Ostatni wprawdzie dzieci nie miał, ale był potomkiem zasłużonéj w powiecie rodziny, a mienie znaczne przejadł, przepolował i przetraktował ze współobywatelstwem; należało mu tedy coś dać, choćby odjąć sierocie i wdowie. Tego marszałek zrozumieć nie chciał, i dorznął się swoim uporem.
Groźny zastęp uformował się zaraz i powiększył tymi, którzy na pewny obiad w miasteczku nie byli proszeni przez omyłkę, i tymi, którym hrabia wizyt nie pooddawał, i innymi jeszcze, którzy go nie znali, ale kogoś nienawidzieć i na coś krzyczeć musieli; bo są ludzie co hałasy lubią, a wszelkie zgorszenie mają sobie za przysmak. Zaraz tedy dały się słyszeć głosy, że marszałek nowy jest człowiekiem strasznym, że służy tylko dla nagrody, że obywateli chce gubić i z torbami wyprawiać, że zdradliwie chłopom sprzyja, że z Żydami akcyznikami ma złowrogie konszachty, dążące do zaprzedania całego powiatu w niewolę babilońską, i t. d., i t. d.
— To już rzecz dowiedziona, mówili ex-administratorowie: nie ma najmniejszéj wątpliwości. Widziano go wieczorem około domu Goldmana; jeździł cztery razy, pilno, nie wiedzieć po co, do gubernialnego miasta.
Gdy raz podobne puszczono wieści, nic już ich powstrzymać nie było w stanie. Hrabia stał się podejrzanym najprzód o małe grzeszki powszednie miłości własnéj, pychy, ambicyi; potém o zdradę, podstępy, nienawiść współbraci, przedajność i wszelkie zbrodnie, jakie tylko niechęć i głupota wymyślić mogą. Są u nas kamienie i błoto szczególnego rodzaju, któremi obrzucać zwykliśmy nienawistne nam postaci; jednych i tych samych używają na wszystkich. Gdyby z opinii publicznéj, która dziś wieńczy bez zasługi, a jutro strąca w otchłanie bez winy, przyszło wnosić o ogóle, — zwątpiłby każdy o jego przyszłości, tak straszliwym jest mistrzem w wynajdowaniu wszelkiego zła, często nie opierając swych sądów na niczém inném, prócz jakiéjś zazdrosnéj chętki obalenia tego, co głową czy ręką wyżéj tłumu sięgało. Szczęściem ta płochość wyroków sam a się obala, bo nic w świecie niestalszego nad nią.
Opinia jednak daleko częściéj wywraca niż buduje, a na ruiny trudny ratunek.
Brak może u nas ludzi, ale nie taki, jakby się z tego zdawało. Wina ich, że ulegają hałasom i uciekają od walki.
Hrabia, który był pewien, że od razu zyskawszy sobie taką przewagę, potrafi się, mimo trutniów, w sercach większości i opinii utrzymać, zdziwić się musiał niepomału, widząc jak krucha była podstawa w sercach obywatelskich, na któréj się opierał, jak uściski i całusy nieprzeliczone, któremi pieczętowano wiekuiste z nim przymierze po kielichu, wcale do niczego nazajutrz nie obowiązywały.
Mamy to do siebie, niestety! że popularność u nas pozyskać może nawet gracz z professyi, który daje dobre obiady i ściska się ze wszystkimi, a czasem dla oka sypnie sowitą jałmużną; ale przytém tacy też ludzie jak Czacki nie wywiną się od potwarzy i prześladowania. Najczystsze poświęcenie nie pomoże, zawsze ktoś czuwa na straży, żeby nogę podstawić i wywrócić.
Hrabia więc jak z razu miał wielką pociechę ze swojego urzędowania i marszałkowskiéj godności, tak wkrótce potém napił się żółci i goryczy do sytu, opuszczony i odepchnięty od wszystkich. Nawet sędzia Mejszagolski fidus Achates po kryjomu, przyjaciel tylnemi drzwiami, publicznie trzymał się na uboczu i dobrze udawał, że się do niczego nie miesza. To rzecz także ciekawa, że gdy kogo u nas przypadkiem ostracyzm ten wygna i potępi, strach taki ogarnia rodzinę, przyjaciół, blizkich, że wszyscy zaraz pierzchają przed nim jak przed zapowietrzonym, bojąc się, by ich nie spotkał ten sam los. Cofają się, umywają ręce i powiadają sobie: „Winien czy nie winien, po co się mamy w to mieszać?“
— Nawet z przekonaniem o prawdzie, nikt przy niéj obstać i za nią walczyć nie ma odwagi.
Dopóki tryumfował hrabia, ograniczał się tylko opisywaniem przed żoną odniesionych zwycięztw: jak na obiedzie danym dla niego dwanaście razy pito jego zdrowie, jak go noszono na rękach, jak „kochany hrabia“ musiał z kolei dwanaście mów do siebie wystosowanych wysłuchać pocąc się, a dwunastu mówców z obu stron twarzy całować i t. p. Żona biedna cierpliwie słuchała tego z uśmiechem obojętnym, często z cicho wyrażającém się podziwieniem, i choć nie zdawała się wielce tém uszczęśliwiać, mąż przed nią przechwalał się wszakże, bo takiemi rzeczami potrzeba się koniecznie chlubić. Długo w głębi człowieka nie mogą one pozostać, i nie karmią go, jeśli ich drugim nie podaje.
Gdy teraz nagle zmieniły się losy, z razu mając to za coś przypadkowego i przechodzącego, hrabia jeszcze zwierzał się jéj z przeciwności swoich; ona słuchała smutniejsza trochę i milczała. Przyszły otwarte boje, i żona jedna została, z którą można było szeroko nad niemi się rozwieść i z serca użalić.
— Mój mężu kochany, odezwała się wysłuchawszy gniewów i narzekań na ludzką niewdzięczność: do czego ci to wszystko? Nie chcą cię zrozumieć, nie żądają posługi twojéj? dla czego im się narzucać, swobodę swą poświęcać, a potém jeszcze cierpieć? Usuń się, powróć do ciszy domowéj; na co ci to potrzebne!
— Są obowiązki obywatelskie, które raz w życiu spełnić potrzeba, odpowiedział hrabia.
— Ale jeśli ci, dla których się to czyni, odpychają i nie życzą sobie posługi?
— A jeśli my mamy przekonanie, że służyć możemy skutecznie?
— Zdaje mi się — odpowiedziała żona — że Bogu tylko tak służyć można, gwałtem i przemocą biorąc Królestwo Niebieskie; ale ludziom?
— Człowiek publiczny! przerwał hrabia, któremu się ustąpić nie chciało: człowiek publiczny! Pani słyszałaś, w Anglii co to się dzieje, jak łają, a jednak nikt nie ustępuje! Potrzeba mieć ducha publicznego!
I bałamucił się tak biedny, ale gryzł wewnętrznie.
Przyjaciele dawniejsi, którzy w obec wszystkich bardzo z nim byli zimno, pokątnie dawali mu dowody wierności tém tylko, że mu jak najsumienniéj znosili wszystkie krążące o nim plotki, trując spokój często najniepotrzebniejszemi wymysłami.
W takim ucisku potrzeba choć jednego powiernika, przed którymby się można użalić, poskarżyć, wylać z tą żółcią, co się wewnętrznie gromadzi. Hrabia często wywnętrzał się przed Malczakiem nawet, który jak chińska lalka kiwał tylko głową i niewiele umiał odpowiedzieć ani poradzić; żonę jednak poczytywał za najdogodniejszą do zwierzeń. Czuł w niéj serce, doznawał pociechy, gdy się oburzyła; trafiało się nawet, że uwagi jéj znajdował słusznemi, gdy się z jego zdaniem zgadzały.
Tak nieszczęście coraz ich bardziéj do siebie zbliżało; a choć hrabina tak była przygnębiona, pogrążona w smutku i zobojętniała, że trudno się jéj było choć myślą zwrócić znowu do świata, czuła jednak, że obowiązkiem jéj było choć myślą wrócić znowu do świata; czuła, że obowiązkiem jéj było wyciągnąć rękę mężowi, który obecnie pierwszy raz cierpiał, a znieść męczarni nie umiał. Nigdy go jeszcze nic tak boleśnie nie dotknęło, inne razy nie drażniły jego miłości własnéj, znosił je mężniéj, pogardliwie, dumnie: te rozdarły mu serce upokorzeniem, jakiego się nie spodziewał, i bolał na nie srodze. W tym stanie człowiek skłonny jest zbliżyć się nawet do ludzi najobojętniejszych, byle mu okazano czułość i politowanie. Hrabina stała się potrzebną, była dla niego jedyną, umiała osłodzić bole, których doznawał; a ciesząc go, rozrywała się sama.
Tak to dziwactwo hrabiego jeden miało dobry skutek, że zjednoczyło ściśléj znowu rozerwane stadło; a co dziwniejsza, przekonało nareszcie hrabiego, że żona jego nie jest tak pospolitą, jak dotąd mniemał, kobietą. Wiele teraz rzeczy powiedzieli sobie wzajemnie, z których przez ciąg długiego czasu nie mogli się przed sobą wyspowiadać. Malczak też spotrzegłszy ten zwrot, począł panię bardzo szanować, a spadłszy nieco ze stanowiska absolutnego faworyta, spokorniał. Hrabia bowiem codzień mniéj zajmował się mechaniką, mówił o niéj jeszcze wiele przy nadarzonéj zręczności, dawał się sadzać na tego konika, jeździł na nim z upodobaniem, ale już nic nowego nie robił, powtarzając, że dla niewdzięcznego kraju nie warto sobie łamać głowy.
W powiecie tymczasem agitacya przeciwko marszałkowi coraz goręcéj się wzmagała. Byli tacy, którzy głośno utrzymywali, że potrzeba go zmusić, aby się podał do dymissyi, gdy obowiązku swego spełniać nie umie, a wywłaszczeni administratorowie mocno to popierali, dodając, że siłą go zmuszą, aby miejsce opuścił, i odgrażając się w sposób dowodzący, że swą krzywdę kieszeniową sercem poczuli.
Hrabia byłby już może porzucił wszystko, ale na nieszczęście nie tak łatwo pozbyć się urzędu, jak go nabyć. Zniechęconego już trzymały formalności, musiał cierpieć, znosić wprost do niego wymierzane impertynencye, i spełniać to, do czego się zobowiązał. Honorowy urząd, na który miał szczęście być wybranym, wkładał na niego obowiązek dotrwania na stanowisku mimo upokorzenia i kłaniania się wszystkim, nawet tym, którzy mu w oczy łajali.
Nareszcie tak mu obrzydło to życie, że gdyby nie żona, gotów już był z kraju się wynosić, aby na to grono współziomków, co wiwaty tak gorąco na cześć jego przy wyborze spijali, nie patrzeć. W jednéj z tych chwil ciężkich, w których zbolała dusza najwięcéj potrzebowała pociechy, hrabina potrafiła nakoniec przemówić do niego słowem, które od dawna na sercu jéj leżało.
— Mój Rajmundzie, rzekła do niego: życie nasze smutne, dom pusty... nie czujeszże ty potrzeby nigdy zastąpienia tego drogiego dziecięcia, któreśmy stracili, choć przybraném?
— Przybraném? rzekł hrabia. Nie! mamy krewnych, ktoś po nas majątek zabierze... a z tych, których znam, serca nie mam do nikogo.
— Co to za szkoda, żeś się tak przeciw Jurasiowi uprzedził!
— A! o tym mi nie wspominaj.
— Przepraszam cię: o nim to właśnie mówić chciałam. Wszak on nam najbliższy, syn brata, i doprawdy dobre dziecko, serdeczne, kochane; czemużbyśmy nie zbliżyli się do niego?
— Czemużby on nie zbliżył się do nas? poprawił hrabia.
— On... nie śmie.
— No, a ja nie mogę! odparł Rajmund.
— Alebyś go nie odepchnął?
— Nie lubię go, rzekł hrabia.
— Bo go nie znasz.
— Trudno, bym gonił za nim dla poznania.
Na tém się skończyło, a hrabina potajemnie napisała list do p. Moroszówny, wzywając ją, aby ostrożnie namówiła Jurasia, żeby kiedy do nich przyjechał. Opisała jéj swą rozmowę z hrabią i jego usposobienie; dodała, że bardzoby jéj było miło, gdyby się mógł zbliżyć do stryja. P. Izabella pokazała list Jerzemu, który się nad nim zadumał.
— Pojadę — rzekł — zobaczę tamtą matkę, i miejsce gdzie Lolę poznałem; przypomnę krótkie chwile szczęścia, a będzie co Bóg da...
— A gdybyś się jeszcze dał namówić i zbliżył tak samo do téj poczciwéj Anety? dodała po cichu panna Izabella.
Jerzy nic na to nie odpowiedział. W sercu jego było bardzo tęskno, a obraz czarno ubranéj, klęczącej u grobowca Anety, często go prześladował, ale się przyznać nie chciał do tego.
Nie bez bicia serca przyjęła hrabina przybywającego do Zarubiniec Jerzego. Spłakała się, głowę na jego ramieniu złożywszy; ucałowała go w czoło, i milcząca usiadła przy nim, trzymając rękę jego w dłoniach drżących. Dla niéj Jerzy przynosił z sobą żywe wspomnienie córki; kochała w nim miłość jego dla swego dziecięcia.
— Jurasiu mój, rzekła: dobrześ zrobił żeś tu przybył. Bądźże łagodnym dla starego brata twojego ojca; pamiętaj, że on był ojcem Loli, która kochała cię i dla ciebie umarła. Ja pragnę, byś był naszym synem i starości osłodą. Może jest w tém trochę egoizmu, bo chciałabym mieć cię przy sobie, i choć mówić o niéj z tobą. Daruj mi... uczyń coś dla mnie biednéj.
Dziwnym trafem, który podobny był do obmyślanego kroku, hrabia po przybyciu Jerzego wszedł zaraz do żony — i on, co zwykle był bardzo śmiały ze wszystkimi, zdawał się być niepewien siebie i zmieszany. Przywitali się zimno, ale grzecznie. Hrabia pierwszy rękę do niego wyciągnął.
Rozmowę począć było trudno. Rajmund zawiązał ją w sposób wcale niespodziewany.
— No, cóż ty tam panie Jerzy (nigdy go wprzód po imieniu nie nazywał), zasiedziałeś się tam na Polesiu? To kąt zapadły.
— Ale spokojny, panie hrabio.
— Mówże mu: stryju! podszepnęła hrabina.
— Dla młodego to już nadto ciche. Zardzewiejesz tam do reszty, a i tak brakło ci ochoty do ludzi.
— To prawda, mój stryju...
Hrabia się jakoś nasrożył na to nazwanie, ale zaraz ochłonął.
— Czemuż też tu czasem do nas nie przyjedziesz? My tu także jak pustelnicy żyjemy.
— Bardzom wdzięczen stryjowi, ale mam obowiązki względem panny Moroszówny.
— Ale i jéj bylibyśmy radzi, bardzo radzi...
— Pamiętajże, Jurasiu, zawieźć jéj to zaproszenie, dodała hrabina.
— Źleś wpan zrobił, ja ci to zawsze powiem — przerwał Rajmund — żeś ojca opuścił. Dziś masz tylko nas... o tém niepotrzeba zapominać.
Cała ta rozmowa niewypowiedzianie rozradowała hrabinę. Wstała ożywiona i w rękę pocałowała męża, który widocznie wymógłszy na sobie to ustępstwo, szczęśliwy był i kontent z siebie, jakby chciał powiedzieć twarzą: „A widzicie, nie taki to ja jestem zły, jakeście sobie wyobrażali!“
— Spodziewam się — dodał — że u nas dni kilka zabawisz. Powiem, żeby ci Żółtowski polowanie przygotował.
Jerzy zbliżył się poruszony, i ująwszy rękę stryja żywo, ucałował ją ze łzami na oczach. Nie wiem co się tam stało staremu, który na chwilę wychodząc ze swéj sztywnéj oziębłości, pochwycił go za głowę, pocałował i co najprędzéj uciekł za drzwi.
Hrabina płakała, tak była szczęśliwa.
— Stryjenko, rzekł Jerzy do niéj: tę dobrą życia chwilę tobie winienem. Jakże ci za nią mam dziękować? Każdy moment zgody i miłości, to promyk z niebios zstępujący na ziemię; a choćby trwać to nie miało, dobrze z pomiędzy chmur choć błysk słońca zobaczyć.
— O! ono nam jeszcze może zaświecić nad zachodem, serce moje! rzekła hrabina. Ale cierpliwości i trochę pokory!
Jak się to stało, że tegoż samego dnia p. Jędrzejowa z córką, rzadko bardzo bywając w Zarubińcach, wybrała się właśnie je odwiedzić, nie wiemy wcale. Czy to mamy przypisać losowi, jednemu z tysiąca wypadków fatalnie jakoś często przychodzących, czy karczemce na trakcie, z któréj wiadomości o przejezdnych płynęły do dworu, — trudno wyrokować; dosyć że p. Jędrzejowa z Anetą po obiedzie przyjechały.
— A! otoż mamy i gości! odezwała się hrabina. Doprawdy, niezawsze ich lubię, ale dziś całkiem mi nie na rękę. Jerzy, zastąp mnie tam chwilę; wyjdź do salonu; ja się trochę ogarnę i idę za tobą.
Jerzy zbiegł żywo ze wschodów od pokojów hrabiny, u któréj był naówczas, i wszedł do paradnego salonu na dole, gdzie damy przechadzając się, gospodyni oczekiwały.
Aneta wykrzyknęła na widok jego.
— A! pan tutaj! byćże to może! co za traf szczęśliwy, kiedyśmy się go wcale widzieć nie spodziewały!
Kto inny z tego wykrzyknika właśnie byłby się może domyślił, że rzecz była ukartowana; ale poczciwy Jerzy uwierzył święcie zadziwieniu. Serce jego już się było przywiązało do Anety, a nawet do saméj mamy, która ściskała go za ręce powtarzając:
— Proszę! co to za zdziwienie dla nas! pan tutaj!
— Przyjechałem na dni kilka do stryjowstwa.
— A! jakżeś to pan dobrze zrobił! odezwała się Aneta; co za myśl śliczna!.. Przecięż i my pochwycić musimy pana choć na chwilkę! Nie odmówisz? I ja skorzystam.
Jerzy się ukłonił w milczeniu.
— Aleś pan zmizerniał i opalił się! dodała Stasia; doprawdy zmizerniałeś! To Polesie, to smutny kraj! Oczerety, łozy, sosny, piaski... jak tam żyć można?
— Pani, jam już ten kraj pokochał.
— Niech mama nic nie mówi przeciwko niemu; ja znajduję, że okolica ta nawet ładna, trochę może smutna, ale doprawdy wiele ma wdzięku!
— A no! to się nie sprzeczam: dwoje was przeciwko mnie jednéj. Jakże się ma matka?
— Dziękuję pani, zdrowa.
— Co pan porabiałeś?
— Najmniejszéj w mojém życiu nie było zmiany. A państwo?
— Mąż mój od niejakiego czasu bardzo podupadł!
— Cóż to panu Jędrzejowi? spytał Jerzy.
— Posmutniał, schudł, niezdrowie jakieś... Szemere ma mu jakieś wody przepisać.
— Ale to samo przejdzie, moja mamo! odezwała się Aneta, bojąc się szczegółów zbytecznych o zdrowiu i medycynie.
Hrabina weszła na te słowa, a Jerzy naturalnie po pierwszych powitaniach został z Anetą.
Nie wiem jakie tam losy kierowały ich łodziami, ale to pewna, że Aneta zawsze miała jakieś ważne powody usunięcia się od matki i pozostania z Jerzym trochę na uboczu. I teraz tak się znowu złożyło, że ciągle byli razem i ciągle z dala od starszych.
— A nie zatęskniłeś pan nawet do nas! Niewdzięczny! odezwała się do niego.
— Za ostatnie podziękować muszę: to znaczy, jeśli się nie mylę, że miałbym za co pani być wdzięcznym?
— Może! odparła cicho Aneta, rumieniąc się i poglądając ku hrabinie. A ja? spytała ciszéj jeszcze.
— Wierz mi pani, jestem z natury i bez żadnéj zasługi szczerym, odpowiedział Jerzy. Często bardzo przychodziła mi pani na myśl, tak jakem ją widział ostatnim razem, z tym bukietem w ręku, w téj czarnéj zasłonie i sukni; wiesz pani gdzie?
Aneta drgnęła cała, znowu cień umarłéj stanął pomiędzy nimi, ale go odepchnęła udając, że nie widzi.
— Dziękuję panu, jednakże nie zatęskniłeś tak bardzo, ażeby do nas przybyć umyślnie.
— Nie godzi się tak pieścić; ja znajduję, że sercu jak ciału wygódek robić nie można, bo i serce do nich przywyka, i pragnie potém, i rozpieszcza się, a życie... życie jest twarde!
— Czyż całe?
— Są chwile promieniste, ale to chwile tylko, rzekł Jerzy. Hart potrzebny na lata, uczucia tyle tylko, by w chwilkach przelotnych umieć je ocenić.
— A! zawsze te smutki! zawsze groźby!
— Jam dużo doświadczył!
— I dużo przemarzył na czarno.
— Nie mówmy o tém.
— Nie mówmy...
— Pozwolisz pani, bym spytał o Maksa?
— Dawno go już nie widziałam! odezwała się obojętnie Aneta: nudzi mnie.
— Ale uwielbia panię.
— Uwielbienie często bywa nudne; nienawiść tylko nigdy.
— Jużciż pani jéj nie wolisz?
— Jak od kogo.
— Przecięż Maks nie liczy się do tych, od których lepsza nienawiść.
— O! nie, wcale nie! uśmiechnęła się Aneta.
— Jest wyżéj, niżéj, czy osobno?
— A! i pan mnie tym Maksem nudzić zaczynasz, przerwała dziewczyna; a znudzona zacznę obmawiać.
— Gdybyśmy spróbowali?
— Chcesz pan, to powiem, że półkownikowéj żałuję. Dostał się jéj największy bałamut w świecie, zakochany na tydzień we trzech razem, a ona zawsze samotna, bo wietrznik ten lata. Możeby był artystą dobrym, ale niestworzony na męża.
— Zupełnie jak na artystę, rzekł śmiejąc się Jerzy. Otto, który się na tém zna doskonale, rusza ramionami na jego artystyczny talent.
— Może to być, bo teraz wiolonczellę porzucił. Kto kochać nie umie, możeż być artystą?
— O! masz pani słuszność.
— Miłość wszędzie potrzebna, nawet do wiolonczelli, niestety! westchnęła Aneta; a tak mało jéj na świecie!
— Pani mogłabyś się na to uskarżać?
— Ja! nie! owszem, cieszę się, że jéj jest niewiele, bom ją znała tylko nudną i śmieszną; ale tu chodzi o sztukę!
— Mnie się zdaje — rzekł zamyślony Jerzy — że miłości niemało jest na świecie, tylko się ukrywa.
Gwałtem w tych wyrazach szukając jakiegoś ukrytego znaczenia, Aneta spojrzała mu w oczy, ale z nich patrzyła tylko myśl jasna i szczera.
— Dla czegożby się ukrywać miała? spytała.
— Bo ze skarbem każdy się tai; a ten tylko wywozi ją na targ, komu jéj braknie.
— Może pan masz słuszność, odpowiedziała Anna; ale cóż my biedne na to poradzimy! Jak to poznać, gdzie co jest, to fałsz, a czego nie ma, to prawda.
— A! panie macie przeczucie.
— Nie, niezawsze, i ono zdradza.
— Ogromne przeczucie, jeśli to prawda, że miłość wasze życie stanowi!
— Nasze życie? smętnie spytała Aneta; składa się ono nie z samych miłostek i miłości, ale z żalów i nienawiści także.
— A żal czyż to nie miłość? a nienawiść nie jestże nią także, tylko przebraną i wzburzoną?
Aneta widząc go tak ożywionym, stała się śmielszą.
— Teraz ja powiem panu, mówmy o czém inném.
— Na rozkazy! O czémże? naprzykład? o pogodzie?
— Nigdym pana jeszcze tak wesołym nie widziała.
— A, pani! westchnął młody człowiek: to niedługie ciepło jesienne; nie zazieleni ono drzewa.
— Przepraszam, ja się w duszy zielenię, widząc go tak wesołym. To mnie cieszy.
Wtém Jerzy nagle posmutniał, spuścił oczy, poczuł zgryzotę jakby grzech popełnił. A! tu, w Zarubińcach, nie godziło mu się może być tak wesołym, przy innéj kobiecie!
Łza zakręciła mu się w oku.
Drugi raz już widmo stanęło między nimi a chłodny powiew jego całuna dał się przykro uczuć na sercu Anety.
I rozmowa jak zerwany sznur pereł, roztoczyła się po ziarenku.
Aneta wyrzucała to sobie; nie udawało się jéj widocznie. Serce biło, oczy pałały, usta drżały; pragnęła być kochaną; ale że trochę uczucia w ten chłodny marmur się zakradło, nie umiała niém rządzić: ono nią owładywać zaczynało!
— A! zawołała w duchu: nie upadnę! muszę zwyciężyć! mieć go będę, musi mnie kochać, jest już iskierka w téj piersi! Jak ją rozdmuchać?
Gdy po parogodzinnych odwiedzinach siadali do powozu, a Aneta rzuciła się w głąb jego, prosząc matki, by do niéj nie mówiła, bo czuje ból głowy; gdy z myślami i wspomnieniami przyszło do spowiedzi i walki: błysło jéj nagle rozpaczliwe postanowienie. Zerwała się.
— Tak! rzekła: to droga fałszywa, to obudzą wspomnienia tylko! Trzeba być sobą, szyderską, otwartą, szaloną, rzucić mu się na szyję, opasać serce. Cóż mam do stracenia? wszak i tak mnie nie chce? Zwyciężę lub...
Tu zamilkła.
— No! to i ja przecię umrzeć potrafię! dodała. Lub... A! i szał musi mieć swoje rozkosze: będę szalała... Jeśli nie potrafię być szczęśliwą, kochaną, będę okrutną i straszną; zagłuszę w sobie żal, upoję serce. Więc śmierć lub zwycięztwo, teraz lub nigdy.
Zlękła się biedna matka rozognionéj jéj twarzy, błyszczących oczu i zmarszczonego czoła.
— Co to ci Aneto, życie moje?
— Ale nic, głowa mnie trochę boli, moja mamo! Co się to mamie wydaje?... Jerzego trzeba na obiad prosić!
— Bądźże tylko spokojna, moja Anetko... zrobimy co zechcesz; odpowiedziała p. Jędrzejowa, a w duchu dodała: „Co to za nieszczęście! zawsze i zawsze ten Jerzy!“


Jak się z obojętności przechodzi do zajęcia, do tęsknoty i niepokoju, a wreszcie do tego sztucznego uczucia, które często uparte a zręczne niewiasty tak doskonale wyrobić umieją, że go ani odróżnić od prawdziwego — trudno zbadać i określić. Prawdziwa miłość rodzi się sobie jak kwiatek polny w trawie, jednego wiosennego poranku wystrzelając niespodzianie, a nikt nie wie kto go posiał lub wypielęgnował, jak on tam wyrósł tak ślicznie bez ojca i matki. Ale obok są często miłości oranżeryjne i treibhauzowe, które powoli przesadzają się do wazonika, na które chuchają, podlewają, pieszczą je, osłaniają; i jak to potém bujno wyrasta, jakby wazonik był ojczyzną, a ogrodnik rodzonym ojcem tego kwiatka! Niech mi nikt nie mówi, że nie ma sztucznych miłości: są co się tak zasadzają jak cybulki, umyślnie, tylko żeby z niemi było pięknie w salonie, a potém się je wyjmuje lub wyrzuca za okno, gdy przekwitną.
Robi się je niebieskie podlewaniem jak hortensye, dostaje białych i różowych wedle upodobania. Cała to sztuka zaprawdę!
Piękna kobieta, gdy sobie postanowi rozkochać kogoś, co wcale dla niéj nie był przeznaczony, na krótko, na dłużéj, jak zacznie go wzrokiem osnuwać, uśmiechem rozgrzewać, łzami podlewać, musi jéj zakwitnąć choćby na godzinę. Prawda, że w ogóle te sztuczne roślinki nie trwają, ale z czegożby się robiły bukiety balowe?
Otoż nie wiem wcale, nie umiem wam powiedzieć, jak ta biedna Lola drugi raz pogrzebiona została, jak jéj drugi raz serce kochanka odśpiewało „wieczne odpocznienie,“ i jak do tego przyszło nieznacznie i powoli, że w ganku u państwa Jędrzejowstwa, Jerzy ujął rękę Anety i przyłożył ją do ust gorących, a czoło dziewczyny przechyliło się, skłoniło, aż oparło się o głowę chłopca, i...
Biały duch Loli odleciał, tuląc dłonią oczy, na lepszy świat. Nie chciał już patrzeć co się na naszym dzieje.
W chwili, gdy szeptem cichym, zawstydzonym, Jerzy wyznawał jéj miłość swoją, Aneta milczała, a w sercu jéj brzmiało tysiącem ech odbite i powtórzone nie jego: „kocham“ tylko chłodne: „zwyciężyłam!“
Była-li to miłość?
Ja nie wiem. A jednak dłonie drżały, usta się paliły, wzrok omdlewał oczekiwaniem szczęścia, a ponad niemi zasłony złote rozpinała nadzieja, oboje tuląc razem.
— Chodźmy do matki, odezwała się w końcu Aneta; powiedz jéj, a potém! jam twoją!
— Aneto! wstrzymał się chwilę Jerzy: gdy mam postawić krok stanowczy, pozwól mi powiedzieć ci jeszcze słowo... Nie pogardzaj mną, żem się stał niewiernym tamtéj, kochając ciebie. Tam to była miłość braterska; ta...
I znowu ów trup chłodny stał między nimi. „Ale to już raz ostatni,“ pomyślała Aneta, któréj zaiskrzyły się gniewem oczy, i rękę podała w milczeniu Jerzemu.
— Ja nie sądzę, nie wyrzucam, nie pamiętam, bo cię kocham! odpowiedziała, i dodała żywo: Idź do matki!
Nie wiem czy pani Jędrzejowa oczekiwała dnia te go oświadczyn uroczystych przyszłego zięcia; ale to pewna, że miała na sobie od rana szal ponsowy i dobraną do niego postawę wspaniałą... Siedziała poważna, zamyślona, straszna prawie w swym majestacie macierzyńskim, gdy Jerzy poprosił jéj o posłuchanie, które mu natychmiast dać raczyła.
— Pani — rzekł — kocham pannę Annę...
— A! na miłość Boga! co mówisz!
— Najszczerszą prawdę, odpowiedział Jerzy, nieprzyjemnie dotknięty tym wykrzykiem.
— Ależ Anusia?...
Tu szczęściem zbliżyła się Aneta i podała mu rękę.
— Mamo kochana, daliśmy sobie słowo...
P. Jędrzejowa ruszyła trochę ramionami, jakoś to nie było według prawideł; ale nie pozostało jéj nic, tylko wstać, rozpłakać się i pobłogosławić. Tak też uczyniła.
Moja Anetko! droga moja Anetko! wyjąknęła zakrywając się chustką: o mój Boże!
— Teraz pójdziemy wszyscy do ojca, przerwała co żywiéj Anusia; niech rodzice razem nas pobłogosławią.
P. Jędrzéj był doprawdy chory, i od kilku miesięcy brał pigułki, siedział w pokoju, nawet o wąsach myśleć przestając, bo dumał teraz o niechybnéj śmierci. Znaleźli go więc wcale nieprzygotowanym do tego aktu, który się tu miał odbyć — w szlafmycy, w szlafroku, skwaszonego, choć na uroczysty ten pochód spojrzawszy, zaraz przybrał godną postawę i otulił się malowniczo w swój chałat jedwabny, który kładł, gdy goście byli w domu, na wypadek, gdyby go kto, mimo pigułek, chciał odwiedzić.
P. Jędrzejowa płakała, za nią szedł Jerzy z Anetą pomieszany i zarumieniony.
— Mężu kochany, odezwała się matka: oto pan hrabia Jerzy oświadcza się nam...
— Oświadcza się! wykrzyknął zrywając szlafmycę poczciwy Jędruś, który o chorobie i przyzwoitości zapomniawszy razem, dodał: Chwałaż Bogu! a! przecię!
Tu p. Jędrzejowa kaszlnęła głośno, aby ten niefortunny wykrzyknik nie doszedł uszu narzeczonego.
— Serce! więc się oświadczył! powtórzył Jędruś; o! chwałaż Bogu! Niechże was Bóg błogosławi, moje dzieci. A pozwólże się ucałować... (obrócił się do Jerzego, potém do Anny). Widzisz Andziu, ja ci zawsze mówiłem od początku, że on się taki oświadczy.
Tu już srogiego bąka obawiając się jejmość, która znając męża wszystko przypuszczać mogła, spojrzała nań marsowo i palec kładąc na ustach, musiała z cicha szepnąć choremu:
— P. Jędrzeju!
P. Jędrzéj zamilkł posłuszny, ale się rozpłakał ogromnie, i począł, czując, że to bezpieczniejsze, ściskać i całować na wszystkie strony: żonę, córkę i przyszłego zięcia.
Dla patrzących z boku mogło to być śmieszném; na Jerzym, który był wzruszony i przejęty, scena ta zrobiła tylko wrażenie łez poczciwych.
— No, cóż teraz będziemy robili? zapytał p. Jędrzéj, wciąż ocierając oczy i za każdém przypomnieniem szczęścia zachodząc się znowu od płaczu, co sama pani z pigułek pochodzącemu osłabieniu przypisywała. Co teraz będziemy robili?
— Potrzeba się naradzić! rzekła p. Jędrzejowa.
— Więc, radźmy! jak najprędzéj radźmy!
Aneta widząc, że rada może jeszcze bardziéj uwydatnić słabą stronę ojca i zbyt mocną stronę matki, skinęła na Jerzego, by razem wyszli, i upojeni, cicho wysunęli się z pokoju. Teraz już nic im nie stało na przeszkodzie: wrota przyszłości dla zwycięzcy stały otworem; Anna jaśniała, promieniała, spotężniała swém szczęściem.
Jednak chwilami przychodziły jéj jakby wątpliwości jakieś, jakby obawy o szczęście przyrzeczone tylko; pilno jéj było uroczystą przysięgą potwierdzić obietnice dzisiejsze.
Szepnęła więc matce, aby ślubu nie odwlekano; chciała, by się odbył cicho i bez żadnéj wystawy. Jerzy w tém zupełnie się z nią zgadzał.
Wieść o oświadczeniu się tegoż dnia przebiegła piorunem okolicę. Dowiedzieli się o niéj razem hrabia i hrabina, już przeczuwający, że na tém skończyć się musi, nie będąc wcale postanowieniu przeciwni, i Otto, który od dawna takiego końca się lękał.
Maks śmiał się, zacierał ręce i jedném okiem pomrugiwał; uczucia jego trudno było odgadnąć. Nazajutrz rano Jerzy poleciał do Horycy, bo choć znał myśl i życzenie matki, chciał, by z ust jego dowiedziała się pierwsza o zmianie losu i nadziejach.
Po twarzy jego odzwierciedlającéj zawsze każde wzruszenie, poznała zaraz w ganku panna Moroszówna, że coś zaszło niezwyczajnego. Jerzy powitał ją z niespokojném ożywieniem, a gdy weszli do pokoju, padł jéj do nóg.
— Matko — rzekł — chciałaś tego: błogosław!
P. Izabella z radosnym porwała się wykrzykiem.
— O, mój Boże! spełniły się życzenia moje! Aneta?
— Aneta będzie córką twoją!
Milcząc, zdawała się chwilę namyślać panna Izabella; niedopłakana łza jakaś zbiegła jéj z oczu, i zawołała po chwili:
— Błogosławię! błogosławię! Ty ożyjesz, dom ożyje! rozpoczniecie życie nowe po bożemu, nie ze starą biedną matką, która z wyschłego serca szczęścia ci dać nie mogła... Jerzy przywiąże się do domu: stworzy rodzinę...
— Mogłażeś wątpić o mojém przywiązaniu?
— Nie! o sercu nigdy; ale — szepnęła nieśmiało — przyznaję ci się: patrząc, jak nieraz ciężyło ci to życie na uwięzi, przywykłemu do swobody, lękałam się, byś mi gdzie nie uciekł znowu na stepy; myślałam, że ci się tu uprzykrzy, że dostaniesz tęsknoty, że cię doleci głos jakiś z równin dzikich i pociągnie za sobą... że za nim wyrwie się twoja dusza i ciało uniesie...
— Nie! nieraz wśród nocy i ciszy, prawda, coś mnie tam ciągnęło; alebym był płakał a nigdy od was nie poszedł, bom winien wam wiele.
— A dziś przywiąże cię Aneta silniéj i trwaléj nademnie! A mówmyż o weselu, mówmy o przyszłém szczęściu twojém. Rozkazuj, przygotowujmy się, krzątajmy, aby nie czekać długo!
Jerzy wszakże dość jakoś obojętnie chodził około tego szczęścia. Dopóki był z Anetą, ożywiał się, uśmiechał, rozpromieniał; odjechawszy, nie umiał zatęsknić; znikała mu z oczu, wyślizgała się z serca.
Teraz w Horycy przeleciała mu jak błysk wątpliwość: czy nowe życie co tutaj przyniesie lub odejmie? czy z téj marzonéj swobody niepotrzeba będzie znowu coś poświęcić kobiecie, która każdą jego godzinę niecierpliwie liczyć się już zdawała, jak własność swoją?
Wieczorem poszli z p. Izabellą do ks. Mizeryi, który już nie mógł wychodzić z plebanii, bo podupadł na nogi. Siedział w swoim pokoiku na starym jak sam fotelu, z brewiarzem na kolanach, który już umiał na pamięć, a trzymał go tylko dla zwyczaju w rękach, bo na kartkach jego od ciemnych plam używania, litery nawet pogasły.
— A to goście! zawołał, widząc wchodzącą p. Izabellę i Jerzego; a to mi goście! Ho! ho! domyśliliście się starego odwiedzić! Siadajcież moje dzieci.
— Przyszłam się z ojcem podzielić dobrą nowiną! odezwała się p. Izabella.
— No! no! aż dobrą! Cóż tam dobrego w życiu ludzkiém? same mizerye, moja dobrodziejko. Ale cóż to takiego?
— Jerzy mój się żeni.
Ksiądz oczy spuścił.
— Mizerye ludzkie! Aby dobrze, niechaj Pan Bóg błogosławi. A panna młoda? co? poczciwe? a rodzice? godni?
P. Moroszówna zaczęła opowiadać, ale stary pleban spluwał i milczał.
— Mizerye ludzkie! rzekł potém. A no! chwała Bogu! Pan Bóg sam postanowił małżeństwo: to i dobrze. A kochają się? spytał.
Jerzy się uśmiechnął.
— E! nie śmiejcie się, odparł ksiądz Magnacki, grożąc palcem; bo to teraz są i tacy księża, nawet i tacy mądrale, co mówią, że kochać się nic potém i wcale niepotrzeba... Ale ba! mizerya ludzka! chcieliby, żeby człowiek tak brał kogo mu dadzą, z zawiązanemi oczyma, i ciągnął daléj pług z kim się nadarzy... Ale to głupstwo, mój dobrodzieju!.. Miłość uczciwa jest jak smarowidło w wozie: juściż i bez niego jechać można, ale lżéj z niém i nie skrzypi. Tak! tak! mizerye ludzkie, mruczał stary księżyna, poczynając mimowoli mrużyć oczy. No! no! błogosławię! Idźcie do domu, ja tu się już za was pomodlę; niech Bóg da jak najlepiéj.
We dworze i Paweł, i Radwanowicz, i Porciakiewicz cieszyli się tém niewymownie.
P. Eufrazy pierwszy wpadł z tą wieścią do ex-professora.
— Słuchaj waćpan, zawołał: wiwat! nasz panicz żeni się!
— Co mówisz? podchwycił, zrywając się Radwanowicz: jakto? z nieboszczką? i dodał zaraz: Tfu! jakiż ja głupi! Erazm Rotterdamus chwalił wprawdzie głupstwo, ale nie takiego rodzaju. Rotterdam, czerwona grobla: zkąd Hollendry, dukaty, złoto, Kalifornia...
— Rzućże te brednie!
— Ale z kimże?
— Z panną... waćpan jéj nie znasz... z Anną Żeliżanką.
— Ta! ta! nie znam? Ojciec z pozwoleniem taki kiep, że go w około na czterdzieści mil znają! Toż to ten, co chodzi w czepku, a co sobota rózgą bierze od żony albo klęczy w kątku... Żeliga—Szeliga, ale panna...
— Ładna i bardzo rozumna...
Niechby tylko przez pół, to dosyć, przerwał Radwanowicz. Otoż i dytyramb im przyjdzie smażyć, bo bez tego się nie obejdą... „Niech Venus z Kupidem...“ Począł deklamować...
— A wiesz wpan co? przerwał — że teraz Kupidyn wymawia się kopcidym, bo młodzież woli kucharza niż miłość! Ale dobrzeż to jest, że się panicz żeni? hę? Gotów mi książki w bibliotece poprzewracać.
— A! samolubie przeklęty! krzyknął Porciakiewicz: nie plótłbyś!
— Tak! dobrze ci to mówić: kto całe życie plótł, każesz mu raptem ustać... To nawet byłoby niezdrowo. Sam zważ!
Porciakiewicz się rozśmiał.
— Cieszysz się jednak, dodał.
— Nie! niech-no wprzód zobaczę, jak to szczęście będzie wyglądało, rzekł ex-professor. Szczęście bowiem, sors, fortuna, gaudium; ale widłami się pisze. Gaudeamus! gaudeamus! i tak daléj.
— Z tobą gadać nie można!
— Czemu? spytał Radwanowicz; jestem logiczny jak sama osobiście logika.
— Ale pleciesz...
— No! to czemuż gadać nie można?
— A no, widzisz!
— Nie widzę, odparł Radwanowicz: trzeba było dodać, że ze mną z sensem gadać nie można: tak, to co innego!
— Dziękuję za sprostowanie; ale cóż mówisz o ożenieniu.
— Mówię: zobaczymy! Jeśli ona w bibliotece nic nie ruszy, dobrze; jeśli ruszy, źle! Foemina — Fe, jaka mina! A im ładniejsza mina, tém gorsze fe... Mina, minogi, Minos i t. p.
Porciakiewicz począł ruszać ramionami.
— A pan Paweł co na to?
Siermięzki milczał.
— A! a! żeby to tamta! rzekł po zastanowieniu; żeby to tamta! Widziałem i tę. Tamta była czystym aniołkiem.
— Cóż kiedy mu nie sądzono, przerwał Radwanowicz, który nierad milczał; a jak Bóg nie sądzi, darmo roić: zkąd rój pszczół i ul, symbol republikański, i Stany Zjednoczone, i Washington, i Lafayette, i Ludwik Filip, aż do naszych czasów.
— Ten zawsze swoje!
— Zawsze cudze! odparł Radwanowicz; owszem, zawsze cudze. Trzeba się iść nacieszyć biblioteką tymczasem, dodał: bo nuż ją każą układać! Kłaniam! i wyszedł.
Nie bez pewnéj przyczyny zaląkł się o swoją bibliotekę Radwanowicz; gdyż cały dom zaraz zaczęto przystrajać, ubierać, przerabiać dla wielkiego owego gościa. Obstał wszakże ex-professor przy bibliotece, piersią ją swoją zasłaniając od nowych reform i mniemanego porządku, a nawet od ścierania pyłu, który częstokroć był mu użyteczną wskazówką, kędy ręce jego chodzić przywykły i myśl biegała jak myszka.
Paweł przeciwnie, ogromnie się krzątać zaczął, zapominając starości i braku sił; ale zadyszany i zakaszlany, musiał wkrótce ustąpić i wyrzec się czynnego w przyborach udziału. Nie mówimy już o p. Izabelli, która ochoczo i wesoło słała to gniazdko, sama nad niém mając czuwać, i wymyślała jak je uczynić większém i wygodniejszém dla ptasząt swoich, jak je ocienić i najmocniejszą pod nie wybrać drzewa gałązkę.
Jerzy może się tém najmniéj zajmował. To, co się stało, dziwiło go samego: był jak człowiek, co po pijanemu przyrzekł, czemu sam prawie na trzeźwo nie wierzy. Wspomnienie Loli gryzło go; bał się zobaczyć z Ottonem; przeczuwał, że Marzycki choć mu nic może nie powie, spojrzy nań z gorzkim wyrzutem. Nie mylił się w tém. Otto, gdy go wieść o ożenieniu doszła, rzekł tylko:
— Ha! nie spodziewałem się tego! Biedny chłopak! Więc ja już za niego sam chodzić będę na cmentarz. Wiedziałem, że Aneta opętać go musi.
Martynko spojrzał mu w oczy ciekawie.
— Łapany mąż, nie dobra rzecz, dodał kiwając głową. I jemu niewesoło i jéj niedobrze z tém być może; ale na to rady już nie ma.
Inni bardzo dobrze rokowali: boć, mówili, trzeba się raz przecię ożenić; lepszéj partyi trudno było znaleźć nad Anetę, któréj wiek tylko może niestosowny, choć go na twarzy nie widać, bo rokiem lub dwoma od niego być musi starsza. Zresztą czegoż już żądać?
Zajechawszy do Horycy, Jerzy w coraz głębszy wpadał smutek. O małżeństwie ani mówił; gryzł się niém, latał po lasach, i często p. Izabella znajdowała go tak w myślach zatopionego, niespokojnego, wybladłego, jak nigdy wprzódy nie bywał. Pojmowała ona dobrze co go trapić mogło; ale nie śmiała zaczepiać kwestyi draźliwéj, któréj czarną stronę lada słowo obnażyć groziło. Jerzy tak się był dobrze tu na pustyni zapomniał, że do Anety długo bardzo nie pisał. Obiecawszy rychły powrot, zwlókł go na dni parę, bo mu to wszystko dziwnie ciężyło na sercu, i w jakiś niesmak przykry obracała się ta miłość szalona.
Obawiał się Anety, siebie, uczucia tego; chwilami czuł jego poczwarność i występek: rozumiał, że to była namiętność nie uczucie, kiedy upojeniem tylko obudzić się i trwać mogło.
Wśród tego wahania nadszedł list Anety do p. Izabelli, smutny, niespokojny, pokorny, i Jerzy musiał pojechać do swojéj bogdanki.
Już w drodze napadły go znowu te jakieś sercowe strachy i trwogi, a im bardziéj zbliżał się do celu, tém silniéj go coś od Anety odpychało. Znana karczemka na drodze, pamiętna śmiercią Lacyny, wstrzymała go na chwilę: chciał w niéj odpocząć, zebrać myśli, rozchmurzyć się, nimby stanął przed narzeczoną z widomą żałobą i chłodem.
W karczemce jeszcze gospodarzyła piękna Zuzia, która przyjęła gościa z należytemi honorami. Sama własnym fartuszkiem zmiotła mu ławę, pobiegła po wodę i stanęła na rozkazy, do pytań, które przeczuwała.
Ale Jerzy wsparty na stole, milczał.
— Biedny Lacyna! zawołał po chwili: jedna z tych ofiar daremnych, które namiętności po drodze druzgoczą, jak żubry gałęzie w lesie...
— To pan mówi o nieboszczyku, proszę pana? spytała szynkareczka — co to tu umarł? A! mój Boże! to prawda, co ten człowiek nam kłopotu narobił!
Jerzy podniósł nieco głowę. Zuzia chciała koniecznie zawiązać gawędkę.
— Ale to taka niepojęta rzecz! Żeby pan był słyszał jak z wieczoru śpiewał, jaki był wesoły, co naszemu panu wygadywał...
Jerzego uderzyło wyrażenie: naszemu panu. Nigdy wprzódy nie słyszał, że Maks przepędził wieczór z Lacyną; zerwał się z miejsca zdziwiony, ale zmiarkował zaraz, że mu nic po sobie okazywać nie należało.
— A! a! rzekł: jakże to było?
— A! to, proszę pana, było tak dziwnie, że nigdy w życiu, żebym sto lat żyła, tego nie zapomnę... zaczęła Zuzia, zbliżając się i wdzięcząc. Przyjechał sobie wyśpiewując, kazał podać samowar zaraz... baraszkował, śmiał się nawet... Choć ja tego nie lubię, zaczął obcesowo brać się do mnie, ażem mu klapsa dać musiała. Już się był trochę uspokoił, myślałam, że spać pójdzie, aż nadjeżdża nasz pan... Czy oni się gdzie dawniéj znali czy nie znali, tego ja nie wiem. Otoż znowu z sobą zaczęli pić herbatę i gawędzili długo, a nieboszczyk ciągle z flaszki dolewał, bo potem padł jak długi, cośmy go z panem oboje ledwie mogli na sen umieścić.
Nie chciał Jerzy rozpytywać więcéj, ale w głębi duszy pomyślał: „Cóż tam Maks robił? dla czego się z tém tak bardzo przedemną taił? byłożby co w tém? miałżeby wiedzieć co się ze zgubionym listem stało?“
Zimny jakiś dreszcz przeszedł po nim.
Myśl, że Lola umarła nie doczekawszy się tego listu, że ją może obojętność i niewiara zabiły, często zaglądała do jego serca; ale związku tych wypadków, które biedne dziecię dobiły, Jerzy pochwycić nie mógł... Coś jak czarny pas domysłów przesunęło mu się przez głowę i znikło.
— Co on tu robił? pytał siebie.
I mimo woli przyszło mu na myśl jeszcze, że Maks zawsze bardzo gorliwie popierał jego staranie o Anetę, że go ku niéj popychał, że ostatniemi czasy najtroskliwszym był opiekunem ich miłości, co przykro było Jerzemu. Powiedział nawet Anecie, iż się dziwi, że Maksa tak przyjacielsko przyjmuje i zdaje się tak potrzebować.
— To natręt, odpowiedziała Aneta zimno; a wiesz pan, że tych ludzi inaczéj się pozbyć nie można, tylko trochą pozornéj przyjaźni.
Nie wiedzieć czemu tysiące słów, myśli, rzeczy znanych i zapomnianych, razem z tą śmiercią Lacyny zsunęły się w głąb serca Jerzemu. Zamiast wprost jechać do Jędrzejowstwa i narzeczonéj, wytłómaczył sobie, że trochę było późno, i ruszył do Robowa do Ottona.
Z Marzyckim od dawna się już nie widzieli; czuł może potrzebę wytłómaczenia się przed nim, przewidując, jeśli nie wyrzuty, to przynajmniéj politowanie nad słabością.
Ale Otto przyjął go po staremu, otwartemi rękami, i wprowadził do swojéj chaty, ściskając w milczeniu... Milczenie to wymowniejsze było nad wszystko.
Jerzy objął go ramiony młodemi, siłą gorączkową, ale na licu łzę uronioną zostawił.
— Ottonie — rzekł — nie wyrzucaj mi nic: daruj, przebacz, zapomnij...
— Wszak ci nie rzekłem słowa, odpowiedział Marzycki. Co jest, powiadam z Heglem: ist vernünftig. Tyś temu nie winien. Mówmy o czém inném.
Ale o czémś inném mówić było niepodobna.
— Wiesz — dodał Jerzy, po krótkich rozerwanych kilku wstępnych frazach, szukając tłómaczenia swéj niewierności, — wszyscy moi naglili mnie, matka, hrabina, stryj nawet; chcieli, bym się żenił koniecznie... Wolałem już wybrać tę, która mi trochę serca okazała.
— A ty! no! szczerze! kochaszże ją?
— Ja? nie wiem: przywiązuję się...
— Szacujesz?
Jerzy spuścił głowę.
— Do szacunku lat potrzeba długich.
— Co ci mówi serce?
— A! przyjacielu, serce się tylko niepokoi!
Otto przeszedł się parę razy po izdebce zadumany, i nic już nie powiedział.
— Maszże dosyć siły — odezwał się po długim przestanku, aby opanować przyszłość? Często ona od kilku chwil pierwszych zależy! Jak wystrzał, który im daléj idzie, tém chybiony daléj od celu odchodzi; tak życie, jeśli w pierwszéj chwili na włos wynijdzie z drogi, daléj już Bóg wie gdzie się zatoczy. Energii ci nie brak, uczucie tobą nie miota; któż wie? proza życia może być znośną! Ha, a Bóg da resztę!
Jak dziwnie jakoś Jerzy nie śpieszył się do téj, ku któréj powinien był lecieć na skrzydłach, widać było i z tego, że wstąpił do Zarubiniec, że tam pół dnia przesiedział, a po drodze jeszcze wysiadł nawet u Maksa.
Maks jakimś dziwnym przypadkiem był w domu, gdyż teraźniejsze jego życie ciągle go za próg wypychało. Tym razem prządł u nóg swojéj Omfalii nudę, którą szerokiém zdradzał ziewaniem. Rad też był niezmiernie staremu znajomemu.
— A! bardzo mi miło, że cię zastałem, zawołał Jerzy; myślałem, żeś i dziś u Jędrzejowstwa.
— Nie, odparł Maks jakoś kwaśno: nie! kilka dni już u nich nie byłem... Nudzą mnie, prawdę powiedziawszy; ta twoja pani tak tylko o tobie mówi i myśli, że mnie już niecierpliwi... Ot i to za grzech mi pewnie poczytają, że cię tu chwilkę zatrzymałem...
— Nie pojedzieszże ze mną? spytał Jerzy.
— Ot, nie: żona chora, jakoś nie jestem usposobiony do towarzystwa... zostanę w domu.
Maks widocznie był w złym humorze. Coś tam między sąsiadami zajść musiało; lecz kto mieszka o granicę, często i woły w szkodzie zabrane, i ekonomowie, którzy się z sobą o lisią skórkę pokłócą, panów poróżnić mogą; nic więc nie było dziwnego.
Nie wiem czy przez odbicie, czy z innych powodów, Maks i dla Jerzego bardzo się okazał chłodnym.
Jerzy więcéj tym razem zwracał nań uwagi niż kiedy; nie uszło jego baczności, że w pokoju znalazł parę bilecików Anety, i parę pamiątek, które wprzód widział w jéj rękach, dziś przeszłych do Maksa.
To wszystko dziwnie mu się w głowie plątało z Lacyną, ze śmiercią posłańca, ze zgubą listu, i napawało go jakąś dziwną goryczą i gniewem razem.
— Wszak ty ostatniego wieczoru widziałeś, słyszę, tego biednego Lacynę? spytał Jerzy Maksa w końcu rozmowy. Powiedzże mi, jak ci się wydał? Ten człowiek, to wieczna moja zgryzota.
Na te słowa wyrzeczone bardzo spokojnie, Maks otworzył oczy, usta, zbladł straszliwie, zmieszał się widocznie i żywo mówić zaczął:
— Ja? w wieczór? kogo? Lacynę? tego, co się obwiesił? Ale ja go nie widziałem! Prawdziwie nic nie wiem; nie rozumiem co chcesz mówić.
Jerzy zamilkł.
— Taką rzeczą to musi być bajka, ale mi tak mówiono.
— Ale któż taką baśń mógł upleść?
— Zwyczajnie plotki! Ktoś, nie wiem już gdzie mi to powiadał, odparł obojętnie Jerzy, biorąc za czapkę do odjazdu. Nie pamiętam od kogo słyszałem.
Nie chciał kobiety narazić, ale przelotne spojrzenie na twarz Maksa przekonało go, że to nie była plotka, a w sercu obudził się żywszy jeszcze niepokój.
Od wczoraj wiedziano już u państwa Jędrzejowstwa, że Jerzy jest w okolicy, i Aneta darować mu nie mogła, iż wprost do nich nie pośpieszył. Gniewała się, zżymała, a ojciec i matka musieli ją uspakajać i pocieszać, obiecując dać mu zaraz uczuć nieprzyzwoitość takiego postępowania.
— O! bardzo tylko proszę! ani słowa! zawołała Aneta żywo. Mnie to potrzeba zostawić: ani słowa! ani znaku! To jeden z tych ludzi, z którymi nic się nie robi siłą, a więc papa będzie łaskaw wcale mu nie dać poznawać.
— Rozumie się, że kiedy chcesz, to mu się nie da nic poznać! Anetka ma rozum i wie co robić! ho! ho! rzekł Jędruś, który już palec trzymał na ustach.
Matka ruszyła ramionami.
Biedny ojciec od oświadczyn Jerzego tyle miał do czynienia, że mu żona chorować nie pozwoliła. Pigułki zaczęte odłożono na późniéj i zapowiedziano, ażeby starał się być zdrów. A choć się skarżył i mizernie wyglądał, musiał nieboraczysko ubrać się, służyć, i nocami tylko mógł trochę postękać swobodniéj, jeśli konieczną uczuł potrzebę.
— Kochanie moje, skarżył się po cichutku przed jejmością: ty bo nie wiesz, że ja taki doprawdy jestem chory.
— E! to imaginacya! mówiła Stasia.
— Ale kochanie, ja czuję; boli mnie... jak ciebie kocham.
— Cicho! cicho, p. Jędrzeju! mówię ci, że nie ma czasu chorować.
— No! jak tak, to co innego, jeśli czasu nie ma, odparł powolny Jędruś; ale doprawdy mnie boli.
— No! jak boli, to cóż z tego? spytała despotyczna Stasia. Mnie także boli głowa, bok, serce, a nic nie mówię.
— A! to bardzo źle robisz!
— Widzisz sam, że nie mamy czasu! A wyprawa Anety, a to wszystko, któż się tém zajmie?
— Tak! to prawda! kto się tem zajmie? Ale pigułki! któż pigułkami się zajmie, które Szemere przepisał?
— Poczekają.
— A no! niech czekają... a jak mnie się co zrobi? dodał Jędruś.
— Cóż ci się zrobić może?
— To prawda, że znowu cóż mi się gorszego zrobić może?
— I będziesz zdrów! rzekła gładząc go pod brodę Stasia, i dając mu rączkę, którą gorąco ucałować pośpieszył.
— No! to jak sobie chce, wykrzyknął z zapałem; aby wam było dobrze, już ja o nic nie dbam.
I machnął ręką desperacko.
Przyjazd Jerzego rozpędził narady, skargi i ubolewania. Aneta sama wybiegła na ganek, zadysponowawszy rodzicom, aby nie wychodzili.
— A! niedobry, niegrzeczny Jerzy! odezwała się, wyciągając ku niemu śliczne swe białe rączki. Ja oczy wypatrzyłam po tobie!
Jerzy cały był zaczerwieniony i jakby wylękły.
— A! daruj mi.
— Ale wszystko już darowane i zapomniane — zawołała Aneta — jak skoro ty tu jesteś. Nie mamy o czém mówić. Dobrze, żeś przybył; już cię nie puszczę od siebie!
Choć przybył w usposobieniu chłodu i niewiary, ale czarodziejka jedném spojrzeniem, głosem, ruchem, znowu rozbudziła w nim to dziwne uczucie, które uchodziło za miłość, które może prostą tylko było żądzą.
Powoli zimno serca, obawy, trwogi topnieć, rozpraszać się i niknąć zaczęły. Jerzy poczuł na nowo spadające nań więzy, i zrozumiał, że jest niewolnikiem. Jakąś magnetyczną władzą ciągnęła go ku sobie; choćby się chciał był oprzeć, nie umiał, i gniewało go to, upokarzało w duszy, że tak się czuł słabym.
Aneta wiedziała o swéj sile i potrzebie trzymania na uwięzi Jerzego; nieustannie też chciała go mieć przy sobie. Rodzice wcale jéj postępowaniem nie kierowali; robiła co chciała, nic jéj nie krępowało.
— Chodź, rzekła mu, ująwszy go w ganku za rękę: chodź. Nie lubię oczu ludzkich, gdyśmy z sobą; to mnie odrywa i odrywa ciebie: bądźmy sami. Tyś smutny?
Jerzy zdobył się na uśmiech i rzekł:
— Tak długo sam byłem.
— A któż ci winien? a jaż? Ja, przyznaję się, nie byłam smutna, dodała Aneta: byłam gniewna. Godziny życia policzone, ani sekundy więcéj nie przedłuży go szczęście, nie skróci cierpienie; każdéj chwileczki szkoda i żal, a my je zdala od siebie marnujemy! O! niewdzięczny!
I śmiała mu się ze łzami w oczach, i zwieszała na ramię białém czołem, a włosy jéj długie, jedwabne, paliły znów twarz młodzieńca, i żar w nim rozdmuchany pałał jak wówczas, gdy się jéj przyznał, że ją kocha.
Pokoik Anety był prawdziwém caceczkiem jak ona. Możeby po nim poznał wielki badacz serc ludzkich, że ta, co tak miała czas wymuskać swe gniazdko, kochała tylko to, co w niém mieszka; ale jakże to tam było wdzięcznie! Najprzód u okna od ogrodu kliematysy i wino dzikie festonami malowniczemi oplatały dwa nizkie okienka, a żelazne nożyce tym biednym włóczęgom co się tak piąć lubią swawolnie, kazały się pilnować, by na szyby nie weszły, by nadto słońca nie kradły. Z téj strony jeszcze cały gaj kwiatów opasywał oba okna, a takich rozkwitłych, świeżych, przecudnych, a tak poukładanych wdzięcznie!
Był to rodzaj saloniku, w którym mieściło się i pianino Erarda misternie rzeźbione, i stolik do pisania pełny cacek dowodzących, że na to tam leżało tyle rzeczy pisarskich, aby ich nie używano, bo wszystko świeciło świeże i nietknięte! W pośrodku biura stał zegar marmurowy z bronzową postacią, która jedną ręką wskazywała godzinę, a drugą trzymała na ustach, jakby mówiła: „Cicho! bo czas uchodzi!“
Daléj kozetki, kanapki, foteliki, stoliczki, półeczki, cacka zabierały wszystkie kątki, i ledwie dość było miejsca do przejścia wśród tych bawidełek błyszczących. Ściany całe przykrywały śliczne sztychy angielskie i kilka pejzażów nowszéj szkoły niemieckiéj. W kątku, zdobycz z włoskiéj podróży: na kolumnie z marmuru śmiał się młody Faun, tym uśmiechem wesołości wpół dziecinnéj, pół zwierzęcéj, którą znacie wszyscy, bo tych Faunów i Satyrów tylu po świecie się rozbiegło z ruin Rzymu i Pompei.
Dla czego w pokoiku Anety, w którym nie było nic prawie dziewiczego i świętego, który wyglądał raczéj na pokój eleganta niż panienki, zamiast oblicza Matki Bozkiéj łzawego, coby przypominało boleści życia, postawiono owego Fauna przepasanego bluszczem i uśmiechnionego do życia? Któż wie!
Faunik ładny był jak Aneta, poganin jak ona, śliczny jak ona... jak ona marmurowy.
W tym zacisznym kątku, przez którego osłonione okno oko biegło na ogród i padało na dalekie stawu zwierciadło, z po za firanek i draperyj, maluczko przyciemnione, wkradało się światło. Panował w nim mrok szary, pełny tajemnic i marzeń, rozlewając dumanie jakieś rozkoszne i straszne razem.
Na Jerzym nawet salonik Anety czynił wrażenie rozkoszne aż do zawstydzenia; zdawał mu się zbyt umiejętnie, zbyt artystycznie przystrojonym, jak na trwałego spokojnego uczucia mieszkanie. Było w nim coś zimnego jak śmierć, po za nim żadnéj nadziei — to wszystko już. Przypominał mu się mimowolnie dziewiczy pokoik Loli, kilka książek, wianuszek, gromnica, dwa wazoniki, i biało, cicho, zakonnie zasłane łóżeczko.
Tu wszystko aż do rzuconéj po posadzce maty hiszpańskiéj, która ścieżkę chodzącym wyznaczała, było straszliwie wyrachowane, chłodne, ustawione i obliczone dla oka raczéj niż serca.
Zapach nawet, zawsze jeden jakichś niby nieziemskich kwiatów, sztuczny, ostry, upajający, powiększał wrażenie, jakie ten kątek czynić musiał.
Aneta otworzyła drzwi całe z mahoniów, z kryształową rączką, weszła i wciągnęła za sobą Jerzego, a zamknąwszy na klucz, rzuciła mu się na szyję.
— A! tyś mój! mam cię ptaku mój złoty! Chodź tu i usiądź przy mnie.
I obejmując go znowu, z ramion białych spuściła czarną zasłonę, kibicią giętką pochyliła się na piersi Jerzemu, i padła na kanapkę, zmuszając go, by usiadł przy niéj.
Milczeli... białą ręką odgarnęła mu włosy po czole rozpierzchłe, przytuliła się do niego, złożyła mu głowę na ramieniu, zamknęła oczy.
— Cicho! — zawołała — cicho! milczmy! odpoczywajmy! Jerzy, słowa zdradzają uczucie, bo go nie wypowiedzą. Możnaż co powiedzieć, gdy się tyle czuje? Daj mi rękę, mów mi drżeniem dłoni... O! już cię od siebie nie puszczę!
Ale po chwilce tego spoczynku, który dla niéj był może pokojem, a jego żarem i płomieniami oblewał, zerwała się, odsunęła, usiadła daléj i patrzała na niego długo.
— Spójrz mi w oczy! zawołała: niech ci wyczytam coś myślał, gdy mnie tam nie było. Myślałżeś o mnie? nie stałeś mi się niewiernym? tęskniłeś ty do mnie? Śniłeś o mnie? Oczy, mówcie mi prawdę.
— Cóż ci oczy powiedziały?
— O! wiele rzeczy, tajemnic pełnych, które tylko moim wiedzieć wolno, ale im przez usta nie przechodzić, bo są jak promyk, którego schwycić nie można... Jakże zagasłe twe oczy! jakże smutne! kiedy być powinny jasne i zwycięzkie! Jerzy! Jerzy! powiedz mi, powiedz raz jeszcze: kochasz ty mnie?
— Aneto! ja nigdy nie kłamałem.
— Ale jak ty mnie kochasz?
— Jak?
— Powiedz! jak? Ale nie! nie mów lepiéj; któż wie, jabym może nie tak być chciała kochaną!
— Owszem — przerwał Jerzy — mogę ci to powiedzieć. Kocham cię właśnie tak, że sam nie powiem gdzie ta miłość mieszka: w mojéj piersi czy w méj głowie? czy w całym mnie, aż do ostatniéj krwi kropelki? Dotknięcie jednego włoska twego warkocza, porusza we mnie całą krew, wszystkie fibry, burzy mi mózg i myśli. Ja cię kocham nawałnicą i piorunem, kocham cię ogniem i płomieniem, i zdaje mi się, że w uścisku...
Anecie oczy jaśniały.
— Mów — rzekła — mów.
— Nie mogę.
— Ja chcę! ja każę! krzyknęła jak zepsute dziecię, słyszysz! ja chcę...
— Więc słuchaj: w téj miłości jest coś drapieżnych zwierzęcia instynktów, jest namiętność, co zabić może uściskiem...
— Ja taką tylko pojmuję miłość! wstając i obejmując go zawołała Aneta: tak! śmiertelną, szaloną, pijaną, zabójczą! Miłość czarnego Otella, nie mlekiem i miodem wykarmionego Gessnera. Fe! tak niech dzieci kochają.
— Ale długoż potrwa ta burza?
— Musi! rzekła Aneta. Patrz mi w oczy: ja ci z siebie leję strumieniem wzroku tę namiętność, ten szał; ja jestem ta Circe, co się zmienia w zwierzę drapieżne. Patrz mi w oczy jeszcze! Gdy zechcę, wieję płomień w ciebie; kiedy zapragnę, ostudzę; lecz w twoich oczach czerpię siłę moich czarów! Tyś iskra, co mnie zapala; ja ogień, z którego płomień się żarzy. A! oszaleję! oszaleję!... zawołała, zaczynając śmiać się nagle, i jak bezsilna padając na kanapkę, a głowę przechyliła na poręcz, i piękne jéj ramiona białe poruszały się zmordowanym oddechem, który o nie bił jak morze falą o brzegi.
Jerzy także zapomniał się, oszalał. Jéj uściski, jéj słowa, ta atmosfera miękkiéj rozkoszy otaczająca go upojeniem, złamały do reszty człowieka, który przed chwilą smutny był i chłodny. Pierwszy raz usta jego zbliżyły się do ust jéj różowych, szukając ochłody, i spotkały się nie w owym pocałunku czystym, któremu niegdyś śmieli się aniołowie, ale palącym i ognistym, strasznym jak śmierć, bezmyślnym, nieprzytomnym.
Aneta odepchnęła go powoli, jakby z obłędu przychodząc do siebie, już inną jakąś się stała... ostyglejszą. Oczy jéj błądziły jakby wrócone z innego świata na dawny. W milczeniu podniosła głowę i opuściła ją z westchnieniem.
— Moim jest! — rzekła w duszy — teraz go żadna siła nie oderwie odemnie. Pił z téj czary, piliśmy oboje, i powróci do niéj choćby nas dzieliło piekło.
Spojrzała na niego. Jerzy stał rozmarzony i drżący, dziki prawie, a oczy mu błyskały jakimś wyrazem srogim i niepohamowanym.
— Anno! Anno! twoim jestem — rzekł, ściskając ją za rękę tak silnie, że aż krzyknąć musiała — odepchniéj mię, bo oszaleję!
Niby przelękniona, Aneta z lekka go odtrąciła od siebie, ale dłoń jego przycisnęła do serca, które biło żywo, drugą powiodła po czole, jakby resztę snu ścierając z niego.
— Idź — rzekła — idź!... Wieczorem, późniéj przyjdziesz do mnie. Siądziemy dumać razem. Szkoda i chwili. Ja mam wiele, ja ci chcę duszę moją wypowiedzieć.
I wstała żywo, wiodąc go z sobą do pokojów.
Jerzy poszedł jak skrępowany jeniec, rozbolały, nieprzytomny, tak, że gdy weszli do salonu, w którym na nich matka i ojciec czekali, poznano po twarzy młodego człowieka, co się w nim dziać musiało. Aneta już tak była spokojna, tak wesoła, tak pani siebie, jakby tylko co wstała od modlitwy.
I znowu byli sami, bo ojciec i matka usunęli się do kątka i szeptali z sobą, a Jędruś chory czekał cierpliwie, żeby noc nadeszła i stękać mu było wolno, bo teraz uśmiechał się z urzędu, choć cierpiał tajemnie.
W ślad za Jerzym prawie, robiąc mu niespodziankę, nadjechała panna Izabella Moroszówna. Zdało jéj się, że powinna była odwiedzić rodziców narzeczonéj syna, i nic mu nie mówiąc o tém, przygotowała kosztowny ubiór brylantowy, który sama chciała włożyć na białą szyję Anety, drobne rączki i marmurowe skronie. Przybycie jéj poruszyło wszystkich, Jędrusia chorego, Stasię i Anetę, która natychmiast przybrała fizyognomię, w jakiéj się była zwykła przedstawiać p. Izabelli, — cichéj i łagodnéj dziewicy.
Wieczorem Otto powiększył towarzystwo, ale chmurną i zasępioną swą twarzą niewiele mu przyniósł wesela. Aneta nie lubiła go, przeczuwając w nim nieprzyjaciela; ale przyjęła najwdzięczniejszym z uśmiechów, starając się go rozbroić. Jerzy tylko może niezupełnie rad mu był teraz, bo go odrywał od téj, ku któréj czuł się przyciągnionym tak, że ani oczu od niéj oderwać, ani odejść na chwilę od niéj nie umiał. Myśl jego nawet obezwładniona, kręciła się w jakiémś ciasném kółku obrazów, ręką wzburzonéj namiętności kreślonych.
Mieli się już rozchodzić po wyjeździe Ottona, który rękę Jerzego ścisnąwszy z milczącym jakimś żalem, smutny powrócił do Robowa, gdy Aneta szepnęła narzeczonemu:
— Przyjdziesz do mnie? Czekam.
Jerzy teraz przez ogień i wodę byłby pobiegł za czarodziejką. Wyszedł tylko na chwilkę do ogrodu, aby się nieco orzeźwić wieczorném powietrzem, lecz gdy światło błysnęło z za firanek pokoiku Anety, zastukał do drzwiczek od balkonu.
Ręka gorączkowym miotana niepokojem, odsunęła mu rygiel.
— To ty! — zawołała — chodź! chodź! Czekałam na ciebie.
Aneta była sama, zrzuciwszy suknię dzienną, przywdziała białe i lekkie ubranie, rozpuszczone włosy zgarnęła w węzeł czarny, i przystrojona do Jerzego w to tylko, co ją piękną uczynić mogło, nie czyniąc przybraną, czekała na niego z dziwnym uśmiechem pokusy. Śmiech krył niepokój, namiętność razem i rachubę, a oczy jéj się paliły.
— Siadaj — rzekła — tu, blizko mnie, i siedźmy tak, i marzmy, mój najdroższy... Nieznośni ludzie, skradli nam kilka godzin szczęścia; chciałam posunąć zegary, aby ich prędzéj rozpędzić... A! ten wasz Otto tak straszny, jak jakaś groźba grobowa!
— Anetko! to najlepszy z ludzi.
— Ale dla mnie, nie wiem czemu, spojrzenie nań jak na alpejską górę lodową, ścina krew w żyłach i ziębi... Nie mówmy lepiéj o nim: chłód mnie przejmuje, gdy to imię wymawiam.
Jerzy się uśmiechnął. Wzięli się za ręce i usiedli przy sobie na kanapce.
Pokoik był takim jak rano; lampa tylko paliła się na biurku, którego wszystkie szufladki powysuwane były, i papiery w nieładzie chwilowym rozsypały się, pokrywając piękne fraszki.
— Cóż to moja pani robiła, że taki nieład u niéj?
— A! szukałam miejsca na dar twojéj matki, i musiałam powyrzucać listy moje dziecinne... Bóg wie co!... Przeszłość mnie nic nie obchodzi; jutro je wszystkie popalę: cała jestem w tobie i tobą.
— Potrafięż ci dać to szczęście, którego się spodziewasz? westchnął Jerzy.
— Bądź spokojny! Oto już je mam: rękę twoją trzymam w dłoni, oczy w twoich źrenicach, serce bije przy twéj piersi... nic już, tylko żyć, żyć długo i długo...
Jerzy ciągniony tak ręką i słowem, coraz namiętniéj zbliżał się do niéj, szalejąc.
Przesiedzieli tak długą chwilę w milczeniu przedburzowém.
— Ach! zatrzymaj się, zrywając się nagle zawołała Aneta: zapomniałam coś ważnego powiedzieć matce; czuję, że może przyjść po to aż pode drzwi moje; a gdyby tu ciebie o téj godzinie zastała, gderaćby trochę musiała na mnie, żem cię wpuściła do siebie... Muszę pójść i w mgnieniu oka powracam.
Uśmiechnęła się całując go w czoło.
— Nie ruszaj się z miejsca! powtórzyła: za chwilę jestem nazad.
Drzwiczki zamknęły się za białą sukienką...
— Szatan czy anioł? zapytał się oprzytomniając Jerzy: nie wiem, ale bez niéj jużbym wyżyć nie potrafił.
I zapomniawszy zakazu Anety, ruszył się z kanapki, aby się przejść po pokoju. Czuł na głowie jakby żelazną opasującą ją obręcz: płonęła mu cała, w oczach się ćmiło... Zrobił kilka kroków machinalnie ku biurku.
Przed nim leżał zwinięty kawałek papieru.
— A! trzpiot dziewczyna! zawołał, i schylił się, by go podnieść. Ale biorąc w rękę, rzucił okiem, zadrżał, zbladł, zbliżył gwałtownie ów papier, wlepił weń źrenice i zmartwiał jak posąg.
Nieruchomy, skamieniały, powoli z fali krwi i namiętności stygł i obracał się w lodowatą bryłę; tylko ręka, w któréj trzymał papier, drżała mu i latała wściekle.
Oczy stanęły słupem, zęby się ścięły, włos najeżył i urywany krzyk dobył z piersi.
Patrzał na ten papier, jadł go oczyma, ściskał w dłoni...
Wiek, mgnienie czy godzinę przestał tak odrętwiały, nie wiedział sam. Otworzyły się po cichu drzwiczki, na paluszkach wśliznęła się Aneta, śmiejąc się i przechylając główkę upojoną; ale wtém spojrzała na niego, drgnęła, podniosła ręce, i padła jak piorunem rażona.
Stuk upadającego na posadzkę ciała obudził dopiero Jerzego. Popatrzał na nią z pogardą; nie zbliżył się, nie przystąpił, tylko papier, który trzymał w ręku, cisnął jéj na pierś ostygłą, jakby na nią rzucał kamieniem.
Schwycił się za włosy, i wyszedł trzaskając drzwiami, których szyby rozbite zabrzękły i posypały się na ziemię...


ZAKOŃCZENIE.

Maks był jeszcze niezdrów, gdy nazajutrz rano, posłaniec na koniu, bez czapki, wpadł z kartką od pana Jędrzeja do sąsiada, prosząc, żeby co prędzéj sam przybył i doktora z sobą przywiózł.
— Cóż to się tam stało? zapytał Maks człowieka.
— Albo ja wiem! W nocy gdzieś narzeczony naszéj panny uciekł, panna chora, słyszę leży w gorączce i majaczy... Ta pani, co wczoraj była, dziś rano do dnia pojechała płacząc; pan płacze i lamentuje, pani desperuje i mdleje... Już ja tam proszę pana nie wiem co to takiego.
Maks pochwycił pierwszą parę koni z wozem, jakie w dziedzińcu napadł, i pojechał.
W ganku zastał Jędrusia do niepoznania zmienionego.
— Co się u was stało? zapytał Maks.
— Ja... ja... ja nie wiem... może ci powie Stasia, rzekł stary zachodząc się od płaczu. Ja nic powiedzieć nie mogę...
Fermer rzuciwszy go załamującego ręce, pobiegł do salonu. Naprzeciw niemu leciała już zadyszana matka z rozpuszczonemi włosami, ledwie przyodziana.
— Na miłość Boga! doktora! Aneta umiera! doktora!
— Co się stało? spytał Maks: cóż to jest?
— A! okropności! okropności! Jerzy uciekł w nocy. Zastaliśmy Anetę dziś rano obłąkaną, nieprzytomną, drzwi pootwierane, szyby potłuczone, nieład w pokoju... Ten człowiek waryat być musi! Niewiadomo gdzie się podział; matka poleciała za nim.
Maks straszliwie się przeląkł.
— Ale panna Aneta?
— Powiadam ci, że leży nieprzytomna... Bóg wie co wygaduje: przeklina Lolę nieboszczkę... ciebie nawet, panie Maksie, bez żadnego sensu i związku... Jerzego, nas... Jakiś list: ja tego nie rozumiem... A! zlituj się nademną, nad jedyném dzieckiem mojém: doktora! doktora!
I łamała ręce, padając przed nim.
— Nie posłaliżeście po doktora dotąd?
— Ja nie wiem, nie wiem! róbcie co chcecie: doktora! Aneta umiera!
Wtém bryczka rozpędzona cwałem, którą Jędruś wysłał nad rankiem, zatoczyła się przed ganek, wioząc Szemerego, który wpadł krzycząc:
— Co się stało?
— Aneta! Aneta! zabita!
— Co takiego!
— Chodźmy do niéj! chodźmy!
Szemere potoczył się zdyszany.
Po cichu weszli do pokoiku.
W podartéj sukni białéj, z rozpuszczonemi włosami, z oczyma w słup, Aneta siedziała na kanapie, dysząc płomieniami gorączki; ręce jéj szarpały na sobie ubranie, rwały włosy.
Piękność jéj zmieniła się teraz na twarz głowy Meduzy, rzeźbioną przez wielkiego mistrza greckiego, wyrazistą, przerażającą jak rozpacz sama rozwścieczoną.
Szemere powoli zbliżył się do niéj.
— P. Anno, co to pani?
Chciała coś odpowiedzieć, spojrzała na niego, nie mogła; potrzęsła głową, powiodła oczyma.
— Trup! — rzekła nareszcie — trup! on, Lola!
— No nic, to tylko bardzo silna gorączka, rzekł Szemere. Posłańca do apteki! Może wypadnie krew puścić.
— Precz! precz! krzyknęła nagle się zrywając. Wszyscy zbójcy, wszędzie krew niewinna: na ołtarzu, na sukni... Precz! To on! on mnie zabije, zadusi w uścisku! Nie dotykajcie mnie.
I znów osłabiona upadła.
Matka płakała i mdlała.
— Tu się coś stać musiało, czego ja nie rozumiem, zawołał Szemere.
— I nikt nie wie, i nikt nie rozumie, łkając dodała pani Jędrzejowa. A! ratuj nam Anetkę! zlituj się doktorze! ratuj ją!
Doktor ruszył ramionami, sam nie wiedząc co począć.
— Zrobimy co można... bądź pani spokojna...
Anna wciąż była nieprzytomna...
Taką sceną zakończył się ten dramat, który może jeden tam tylko człowiek zrozumiał i struchlał nań w sercu, jeżeli kiedy miał serce.
Spytacie mnie zapewne co się z Jerzym stało?
W nocy do okna Ottona zastukano gwałtownie, okiennica trząść się poczęła od rwania, wszyscy zerwali się i wybiegli. Na podwórzu stał Jerzy, bez czapki, napół ubrany, zbłocony cały... Otto, który go tak wesołego i szczęśliwego widział z wieczoru, zaledwie oczom swym wierzył.
— Jerzy tu? co to jest? zkąd idziesz?
— Przyszedłem... pożegnać cię, odparł głosem przerywanym przybyły. Chodź! słowo! tylko słowo... Każ mi dać konia. Muszę uciekać.
W drugim pokoju stanęli przeciw siebie. Jerzy długo mówić nie mógł, pot zimny lał mu się z czoła, łza z oczu.
— Ty wiesz co jest Aneta?
— Aneta? Jerzy! mój drogi! ale najprzód, cóż ci jest?
— Patrzaj na mnie, to ci odpowie! Jest mi, żem zabity na duszy, na sercu, na wieki; żem skalany, że pokuta stu lat we włosiennicy i popiele nie obmyje mojéj winy. Aneta! to szatan wcielony.
— Ale cóż się stało? co się stało? zapytał Otto. Uspokój się... mów mi...
— Co się stało? zawołał Jerzy. Ja sam nie wiem. Stała się zbrodnia i okropność, którą mnie Bóg ukarał. Słuchaj. Lola żyła jeszcze, chore było biedne dziecię, i napisało do mnie; mój list, mówiła, miał ją uzdrowić, uspokoić, bo do duszy jéj wkradła się trucizna niewiary i niepokoju. Przyniesiono mi list jéj; szukałem do niéj posłańca, nastręczył się Lacyna. Wiesz jak skończył, ale nikt nie wie czemu... Lacynie upojonemu przez Maksa, list mój, by nie doszedł, wydarto... Maks z nim był, Maks pił z nim w nocy: list zniknął... A wiesz gdzie go znalazłem? Wiesz? W posiadaniu téj kobiety, w rękach tego szatana. A wczoraj jeszcze ona mnie obejmowała, jam całował jéj usta. O zgrozo! o zbrodnio! obrzydliwości i upodlenie! Ottonie, na Boga, konia! tylko konia! i braterskie pożegnanie!... Polecę gdzie zginąć; życie mi cięży jak zbrodnia; a wszakże dając je, na coś się przydać można... Czysty wróciłem ze stepu, a tu! a tu!...
— Drogi mój Jerzy, uspokój się, na Boga! Jerzy, tyś może nie widział; posądzasz, domyślasz się.
— Jak to? Ja list mój trzymałem w ręku, jam go téj potworze zemdlonéj rzucił w oczy. To są zwierzęta nie ludzie! Ottonie, konia, w step! w step! w step! na koniec świata! Ja tu żyć nie mogę!
— A matka?
— Ja nie mam matki!
— A przyjaciele twoi?
— Zawsze się umiera: jam umarł, Ottonie... Pożegnajcie mnie jak do trumny, dodał po chwili: w życiu się już nie zobaczymy. To życie wasze nie było stworzone dla mnie; ci ludzie na to mnie wciągnęli, by splamić, odebrać wiarę i nadzieję... Znam gdzieindziéj prostaczych ludzi i pójdę do nich nazad, na pusty step, do wieśniaczych chat... I tam są namiętności, ale nie ma takiego fałszu, ale nie ma zbójczyń jak ona.
— Na Boga! cożeś z nią zrobił? zapytał Otto przelękły: nie zabiłeś jéj?
— Nie; popchnąłem nogą jak żmiję, ukamienowałem owym listem, a sobie włosy drę z głowy myśląc, że mi serce bić mogło do téj istoty skalanéj, fałszywéj, spodlonéj.
— Jerzy — przerwał Otto — nigdym ci jéj nie chwalił, wyznaj; ale nie zapominaj, że to kobieta, i milcz. Może w tém jest coś i twojéj winy: dla czegoś się jéj uśmiechnął? czemu nie odepchnąłeś? dla czegoś szedł naprzeciw pokusie i sam szukałeś upadku?
— Nie mów mi nic, nie czyń wyrzutów: czuję, że winienem; ale pokuta będzie okrutna.
To mówiąc Jerzy zerwał się i biegł do drzwi, ale Otto go pochwycił w silne barki i wstrzymał.
— Dokąd? spytał.
— Najprzód na grób ofiary, potém w świat. Niech to wszystko zostanie za mną jak sen i zmora, jak fałsz; niech zapomnę... Na Boga! choćby umrzeć, byle zapomnieć!
Widząc tę rozpacz gwałtownie znów wybuchającą, Otto go wstrzymać nie umiał.
— Idę z tobą, rzekł.
— Ty? dokąd?
— W świat jak ty! odparł Otto. Samego cię nie puszczę; powlokę się z tobą dokądkolwiek pójdziesz. I ja tu nie rzucam nic prócz grobu.
Podał mu rękę.
— Idziemy razem.


Gdy o świcie przybyła instynktem wiedziona do Robowa panna Moroszówna, ani Jerzego już ani Ottona tu nie zastała: znikli obaj bez wieści. Rozesłano po okolicy, ale śladu żadnego dopytać nie było można, i co się z nimi stało, trudno się było domyślać.
Utrzymywano rozmaicie, rozpowiadano różnie; my tymczasem wstrzymamy się od powtarzania dziwnych pogłosek, bo może kiedy reszta historyi Jerzego na wierzch wypłynie i przybije do brzegu, a my z rozbitych jéj szczątków coś jeszcze skleić wam potrafimy.
P. Izabella, powróciwszy do Horycy, pozostała tam znowu wdową i sierotą, z jakąś nadzieją w sercu, że kiedyś przybrane dziecię zobaczy. Hrabiowstwo w Zarubińcach pozostali przy dawném życiu, z nową tylko boleścią w sercu po stracie Jerzego, którego hrabia już powoli przyswajać sobie zaczynał.
Aneta po długiéj chorobie przyszła nareszcie do zdrowia, a potrzeba było na długo z kraju wyjechać, aby zatrzeć wspomnienie wypadków, których tłómaczenie wszystkich od domu ich odstręczyło i otoczyło ich pustynią. Nim się to stało, biedny Jędruś zmarł sobie po cichu w swojéj izdebce, a matka z córką znikły bez słychu.
Co się tycze Maksa, los, który mu artystyczny zawód narzucił, dając skosztować jakby na żart obywatelskiego chleba, nie wyrzekł się widać zwrócenia go pierwszemu powołaniu. Żona Fermera, po dość nieszczęśliwém pożyciu, zmarła prawie nagle; zjawił się syn, który po niéj cały zagarnął majątek, a Maks opyliwszy wiolonczellę, musiał z nią znowu w świat wędrować. Poprzypominał sobie dawne swe fantazye i kaprysy, a szczególniéj owo wielkie studyum z tematu „Wlazł kotek,“ które, jak wiemy, rozmaicie na afiszach jego figurowało. Czasami zwało się ono fantazyą z tematów ludowych, narodowych lub krajowych, czasem melodyą słowiańską, ale pod jakąkolwiek zjawiało się postacią, wszędzie od światłéj publiczności przyjmowane było z nadzwyczajnym zapałem. Imię Fermera stało się głośném i unieśmiertelniło tym jednym utworem. Korrespondencye gazet z prowincyi, jeszcze dziś z Mławy i Łosic często wzmiankują: „Cichy nasz zakątek miał nareszcie szczęście napoić się nieporównanemi dźwiękami i grą mistrzowską znakomitego ziomka naszego i t. d. i t. d.“
Jak sen tylko pozostało Fermerowi wspomnienie tych chwil, gdy włosy ostrzygł a wąsy nosił i zabierał się już być urzędnikiem od wyborów; mówiono nam bowiem, że znowu zapuścił lwią grzywę, a wargę oczyścił z zarostu.
O innych postaciach, nie wiem czy mam wam jeszcze co powiedzieć. Przeszły jak cień, zeschły jak trawa, znikły jak my wszyscy znikniemy z tych desek, na których przez chwilę robimy wiele wrzawy, jak mówi Szekspir — o jedno nic.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.