Jan Jędrzej Morsztyn

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Jan Jędrzej Morsztyn
Pochodzenie Portrety literackie
Data wydania 1865
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


JAN JĘDRZÉJ MORSZTYN
PODSKARBI W. KORONNY.
(1618—1700?)

W historyi jak i w literaturze, przychodzą okresy całkiem ciemne, lub tylko z jednéj oświecone strony; zdarzenia i figury nieraz ważnego wpływu, przesuwają się w tym mroku, podobnie cieniom padającym od posągów, kiedy je olśni blask pochodni.
Z takich to niewyraźnych sylwetkowych rysów składają się materyały, z których dopiéro późniejszy dziejopis publicznego i umysłowego życia narodu odgadywać musi organiczną całość, wyszukiwać sprężyny, wiązać wypadki, działającym osobom przywracać wyraźny ich charakter, potępiać lub uniewinniać!
Praca ta spada całym ciężarem na barki takich epok jak nasza, co żyjąc mniéj życiem czynu, a więcéj reflektującém, mają większą sposobność zastanawiać się, porównywać, oceniać, uzupełniać każde z tych zjawisk, co choć dokonało swego zawodu dziejowego, jeszcze przeciąga się w teraźniejszość, bądź wyobrażeniem jakiem w setnéj swojéj przemianie, bądź utworem czucia i wyobraźni, który potrzebuje tylko odświeżenia, oddmuchania z pyłu, aby mu obywatelstwo przywrócić.
Bez takich cząstkowych prac nad historycznymi momentami, osobami, prawami, instytucyami, bez monografij osobnych gałęzi naukowych i sztuk pięknych, bez ocenienia pojedynczych pisarzy w stosunku do czasu w którym żyli i tworzyli; — niepodobieństwem byłoby przyjść do dziejów narodu w kompletnym ich organiźmie, i do dziejów piśmiennictwa ogarniających wewnętrzną i zewnętrzną doniosłość czynności umysłowéj.
Wyższą do podobnych zajęć pobudką jest chęć odszukania prawdy, o ile być może najmniéj skażonéj uprzedzeniem wieku, a niekiedy uczciwe upomnienie się za człowiekiem niesłusznie osądzonym za życia i na wiarę spółczesnych przez późniejszą potomność potwarzanym. Ostatnie dwa wieki historyi naszéj, pisanéj bądź pod naciskiem namiętności publicznych, rokoszów, zrywanych sejmów, zatargów różnowierczych, intryg fakcyjnych, wojen domowych, konfederackich związków, bądź naciąganéj do nowszych widoków, bądź wreszcie układanéj na wiarę tego co było drukowane, bez krytycznego roztrząśnienia, wymaga nieodzownie nowych studyów, nowego zestawienia przyczyn i skutków, a nadewszystko ukazania zdarzeń i osób we właściwem świetle, a nadewszystko przywrócenia im rysów wyrazistszych, jak te, co się kryły częstokroć pod jakim stereotypowym ogólnikiem.
Dowiedziona to prawda, że trzeba z niedowierzaniem przyjmować zdania spółczesnych pamiętników o zdarzeniach i ludziach mających udział w sprawach publicznych, zwłaszcza pod panowaniem późniejszych Wazów i Piastów. Stwierdzenie téj prawdy znajduję w zdaniu znakomitego naszego statysty, (Jabłonowskiego), co na wskroś znał swój naród, a żył w latach blizkich męża stanu i niepospolitego poety, którego żywot zamierzyłem opowiedzieć. Jakoż mówi on w dziełku swojém Skrupuł bet skrupułu te godne pamięci wyrazy: Przeżyłem lat pięćdziesiąt, żaden za żywota niebył dobry w Polsce, aż po śmierci cnota ich pokazywać się poczęła, i żal dopiero wznieciła ze straty tych wielkich ludzi. Nigdzie téż lepiéj nieprawdzi się wiersz Horacyusza jako u nas: virtutem incolumem odimus, sublattam ex oculis quaerimus invidi. Cnoty, gdy żyje, to jéj niekochamy, gdy z oczu zniknie, zazdrośnie szukamy.“ Zdanie to niezmiernieby podkopało wiarogodność pism ówczesnych, gdyby znowu nie ta uwaga, że jak byli zajadli przeciwnicy, tak i stronnicy zapaleni, a nadewszystko tu i owdzie bezstronny miłośnik prawdy, do czego dodawszy ślad pozostawiony w czynach lub pismach po głośnym w narodzie człowieku, z materyałów podobnych jeśli nie całkiem uda się wskrzesić osobę historyczną, to przynajmniéj zrozumieć jéj zawód i cel jaki sobie wytknęła: czy zwalczyła przeciwności, czy im uległa; czy myśl jéj, padłszy na grunt nieurodzajny, nic niewydała, czy téż długiem odzywała się tętnem między potomnymi; czy wreszcie natchnienie ożywiające pióro jéj, w chwilach wolnych od zajęć publicznych, zatrzymało świeżość uczuć i barw jeszcze i dla nas, i jakie miejsce zająć powinna w dziejach naszéj literatury, w których, choć często pokazują się szerokie przerwy, wskazujące na jałowość pewnych chwil upadku, niemniéj jednak trafiały się umysły wybrańsze, czujące, myślące i produkujące, lecz jak się łatwo przekonać z nowszych poszukiwań, kryjące się ze swemi płodami, bo zleniwiała i stępiała współczesność byłaby im odpłaciła — obojętnością.
Jan Jędrzéj Morsztyn na Raciborsku i Radzyminie, którego żywot przedsięwziąłem napisać, pochodził ze znamienitego rodu, używającego tego samego klejnotu co dom Tarnowskich; był on jednakże przychodnim, zapewne w czasach Kazimierza W., tak gościnnych dla cudzoziemców i tak przyswajających, że się duszą i ciałem stawali obywatelami kraju, wywdzięczając się za to pracowitością, przemysłem, nauką. Dom ten licznie się rozrodził w województwie krakowskiem i sandomierskiem, piastował wysokie urzędy w rzeczypospolitéj, posiadł wielkie imiona i wydawał niepospolitych ludzi do rady, miecza i pióra. Szczególniéj w ostatnim zawodzie w ciągu jednego wieku trzech Morsztynów trzyma przodek w poezyi: Hieronim, Jędrzéj i Stanisław[1], a co osobliwsza, wszyscy trzéj są przedstawicielami nowéj poetycznéj epoki, różnéj już od epoki Reja i Kochanowskiego, bo więcéj zbliżonéj duchem do uczuciowego indywidualizmu, a nadewszystko swobodniéjszéj w formie i mniéj szukającéj natchnienia w książkach, a więcéj w życiu. O roku i miejscu urodzenia się Jędrzeja, niepodobna było coś znaleźć, można tylko z porównania innych lat domyślać się, że urodził się przed 1620 rokiem, z ojca Jędrzeja, starosty bolnickiego. W pięknym bowiem wierszu do Waleryana Otwinowskiego, podczaszego sandomierskiego, prosi aby mu przysłał przekład przemian Owidiusza:

a gdy twoja ona
Księga z prasy wynijdzie, pierwéj od Nasona
Po rzymsku napisana, a w sarmacką zbroję
Od ciebie ustrojona, niech w tem łaskę twoję
Uznam przeciwko sobie; przyślij mi ją, żeby
I tam sława spłynęła twa, póki pod nieby
Okręt wiatrem pędzony pobicży i póki
Żeglarz strachać się będzie scyllijskiéj opoki.

Otwinowski, który go wnukiem drogim nazywa, odpowiada równiéż prześlicznym rymem:

Naso mój jeszcze w cieniu, lecz już w swym niewczasie,
Narzeka na srogiego rzemieślnika w prasie.
Skoro mi jednak Bóg da ztamtąd się wyprawić,
Nie mieszka i do Belgów za tobą się stawić.

Gdy zaś przekład przemian Owidiuszowych wyszedł w r. 1638 w Krakowie u Piotrkowczyka, można przypuścić, że Jędrzej najmniéj mógł liczyć lat dwadzieścia, kiedy się wybierał w zagraniczną podróż do Belgii, a ztamtąd do Neapolu i Sycylii, jak to z powyższych wierszów przegląda.
Zresztą jedyny to szczegół rzucający jakiekolwiek światło na jego pierwszą młodość, do którego dodam, że skłonność do poezyi, a zapewne, i kształcenie się na dobrych wzorach starożytnych winien był dziadkowi swemu, Waleryanowi Otwinowskiemu, który mistrzował mu w nauce, z tém przywiązaniem dziadowskiém, tak wiernie oddaném w tych wierszach:

Bądź mię jednak zastaniesz umarłym, bądź żywym,
Nie znajdziesz, jedno żem ci jest lub był życzliwym,
I rzeczesz kiedyś po mym przechodząc się grobie:
Miałem ja przyjacielem tego człeka sobie.
Jakoż ja tém i teraz to pismo zawieram,
Że niewątpliwie twoim żyję i umieram.

Zapewne po odbytych naukowych podróżach przez Niemcy, Belgią, Francyą i Włochy, których ślady pozostały w urywkowych wzmiankach jego muzy, a mianowicie w téj różnorodności przedmiotów naszemu krajowi obcych, a wtrąconych z łatwością i trafnością świadczącą że je widział własnemi oczyma, dostał się Morsztyn Jędrzéj na dwór Władysława IV. między tę młodzież dworską, zaszczyconą wyborem króla umiejącego wybierać i forytować najdoskonalsze głowy. Tutaj w liczbie dworzan często wspominanych w jego wierszach, jak: Szumowski, Szmeling, Potocki, Przeczkowski, znalazł Jana Grotkowskiego, z którym nietylko łączyło go koleżeństwo, ale i ten pociąg dwóch wyższych umysłów, co gorejąc dla boskiéj poezyi, we wzajemnych zwierzeniach się z wrażeń, spostrzeżeń i uniesień doznanych w życiu lub przy spólnie czytanéj książce, czerpią natchnienie, zapał i tę potrzebę tworzenia, która wmłodzieńczem gronie podsyca się, i utrzymuje zamianą uczuć i wyobrażeń.
Stosunek w jakim Morsztyn znalazł się do Grotkowskiego, starszego zapewne wiekiem, nauką i doświadczeniem, krom koleżeńskiéj zażyłości i prostéj sympatyi, miał jeszcze charakter owego uwielbienia, jakie adept miewać zwykł dla mistrza, którego wyższość uznaje, powadze wierzy, ale zarazem nie traci i wiary w siebie, że kiedyś dla kogoś sam będzie takim mistrzem. Najpodobniéj, że do tych pojęć jakie mu dał dziad Otwinowski, do tych nabytków zdobytych po cudzych krajach, Grotkowski musiał ostatnią rękę przyłożyć, kształcąc w młodym poecie smak i dając mu kierunek, wyższy nad te wybryki rubasznego dworskiego dowcipu, wielkiéj jak się zdaje, używających podówczas wziętości. Wniosek mój o tém mistrzowaniu Grotkowskiego wyprowadzam szczególniéj z tonu tych rymów, jakie Morsztyn do niego pisze, a które jak niebo do ziemi, niepodobne są do jowialnych lub tłustych konceptów dedykowanych innym dworskim przyjaciołom. Myśl w nich zawsze poważna, nastrój wyższy i głębokie natchnienie; znać że zbliżając się do poety którego tak uwielbiał, nieśmiał być rymopisem dla igraszki. To wszystko przekonywa, że strata rymów Jana Grotkowskiego[2] może się policzyć do wielkich uszczerbków dla literatury XVIII. wieku. Posłuchajmy, co Morsztyn doń pisze, a Morsztyn nigdzie nielubił pochlebiać nawet wielkim, więc tém bardziéj niemożna go o to pomawiać z równym sobie:

Drwać to do lasa i do Aten sowy,
Siać ci wiersz, który u ciebie gotowy,
Aleć i bogom, chociaż téż niegłodni,
Choć ich nasz powiew niezaleci spodni,
Przecie im kadzą, przede z uniżenia,
Chleby im kładną i całopalenia.
Kiedy cię niebo tak udarowało,
Że aż do zbytku niedostaje mało,
Jeśli odrzucisz to czego masz dosyć,
Cóż ci przyjaciel ma w darze przynosić?
Choć ja nie za dar teć posyłam wiersze,
Ale abyś je, nim się puszczę w szersze
Granice i na wyższe wstąpię szczeble.
Sam przegremplował i puśdł po zgrzeble.
Bo jeśli twoje odniosę w tem zdanie,
(A bez pochlebstwa) że téż i mnie stanie
Wątku do piórka i tchu do téj sprawy,
Niedbam o cudze przygryski, poprawy.
Dosyć mi na tym rozsądku i śmiele
Pić z hippokreńskiéj już będę kąpiele.
Tyś u mnie pierwszy i tobie przyznawam,
Że w polskim wierszu za tobą zostawam,
I tak leniwo w trop za tobą jadę,
Jak téż po sobie pozad drugich kładę.

W innym wierszu do tegoż Grotkowskiego, posłanym mu do Neapolu, gdzie był internuncyuszem w sprawach spadków i intrat z księstwa Bari jeszcze dobitniéj wypowiedział swe uwielbienie dla tak znakomitego poety:

Jakoż raz tylko usłyszawszy ciebie,
Zapomniał Parnas mówić po łacinie,
Muzy po polsku piszą, i ty Febie
Polski grasz tańce niebieskiéj drużynie,
Zkądeś tak wieki i po swym pogrzebie
Zniewolił Janie, że co tobą słynie,
Dziękujęć że w nim twoje prace wyszły,
Przeszłyć zazdrości, zdziwi się wiek przyszły.

Umyślnie zatrzymałem się na tym stosunku Morsztyna z Grotkowskim, żeby pokazać ruch téj nowéj szkoły poetycznéj, wyłamującéj się z dotychczasowych pęt naśladownictwa, a usiłującéj się przybrać w lekkość i żywość, a mianowicie w formy nowszéj poezyi francuzkiéj i włoskiéj, z którą obydwa zaznajomili się w częstych zagranicznych podróżach. Grotkowski, wnosząc z powyższych słów uwielbienia, musiał być ojcem téj szkoły, co rozkwitnęła na dworze królowéj Ludwiki Gonzagi gdzie grono przybyłych z nią dam francuzkich, słynnych urodą, jak panna de Mailly, d’Arquien, Katarzyna Gordon, Bessain, Anna Schönfeld, wniosło tę galanteryę tę zalotną sentymentalność, niepraktykowaną dotąd w polskim wyższym świecie i na dworze. W poezyach Morsztyna szczególniéj ta romansowość, to rozpływanie się w pięknościach natury, charakteryzuje go i odosobnią od dawniejszych, a nawet późniéjszych wierszopisów; wszakże niema on tego ubóstwienia dla niewiasty, tego idealizowania uczuć, ani téj, że się tak wyrażę, namiętności duchowéj, jak to widzimy w szkole świeżego romantyzmu; u niego gra tylko prosta egzaltacya namiętnéj żądzy, coś podobnego do owéj furyi włoskiéj, pod którą tai się gruby materyalizm, często obrażający delikatne a razem głębokie uczucie, — lubo z drugiéj strony w rodzaju tym erotycznym, pochodzącym z prostéj linii od Owidowych elggij, pokazał się prawdziwym mistrzem, jakiego w literaturze naszéj drugiego poszukać. Czuł to sam, kiedy mówi:

Że mu się w wierszu trochę powodziło
Uznawa Morsztyn że to panien dzieło.

Część pieśni erotycznych, które nazwał konikułą, pisał w r. 1647, z tęsknicy za zostawionym przedmiotem swojéj miłości, a tym była najpewniéj Katarzyna Gordon, margrabianka de Huntléj, panna dworska królowéj, bo imię Kasi często tu wspominane. Zapewne rozkaz królewski zapędził go do rokowań jakich na pograniczu Moskwy,

Gdzie Psół, gdzie Worskla toczą błotne wody
I dwa słowiańskie graniczą narody.

W oddziale tym lutni Morsztynowéj znajdują się tak dziwnéj piękności elegie, że nietylko naszéj ale i każdéj literatury mogłyby się stać ozdobą. Szczególniéj jedna pod napisem: Chłód daremny, nietylko jest arcy-dziełem w swoim rodzaju ale nadto ma wszelkie cechy charakteryzujące styl i kompozycyą Morsztyna. Że nie długa, przytaczam ją w całości:

W powszechnym świata znoju i spaleniu,
Szukałem gdzieby głowę schronić w cieniu.
Raz się przechodzę do blizkiego gaju
I żebrzę łaski zielonego mąju.
Tam mię wspomaga dąb chaoński cieniem,
I grab twardością zrównany z kamieniem,
Piękny i jawor fladrowanéj więzi,
I szkolna brzoza drobniuchnéj gałęzi,
I żyrne buki i klon niewysoki
I lipa, matka pachnącéj patoki,
Jesion wojenny i brzost, który naszym
Krajom intraty przyczynia potaszem
Drugi raz w gęste zapuszczam się bory,
Kędy świerk czarny rośnie w górę spory,
I modrzewina czerwi nieznająca

I terpentyną jedlina płacząca,
I sosna wielkiéj w budynkach wygody
I kadzidłowéj jałowiec jagody.
Trzeci raz różnie próbując ochłody,
Chodzę po brzegach przezroczystéj wody;
Tam mam dostatnie chłody topolowe
Olsze czerwone i wierzby domowe.
Ale cóż potem? Lubo ta zasłona
Schroni méj głowy od Hyperyona,
Lubo mi na czas psia gwiazda sfolguje,
Zaraz te pustki miłość opanuje.
Próżno się tedy cieniem z wierzchu chłodzę,
Gdy w sobie noszę ogień i z nim chodzę.

Młodość Morsztyna upływała na służbie pokojówéj, przy boku obu królów, Władysława i Kazimierza; był bowiem, jak powiada Wespazyan Kochowski, intimae admnissionis cubicularius. Nie była to jednakże służba tak bardzo pokojowa, aby nic nie robić tylko wiercić piętą przed panem, mizdrzyć się, spijać lub grać w kości lub w karty; owszem, możnaby ją nazwać prawdziwą szkołą statystów; tam bowiem wkładano się do spraw publicznych, do traktowań poważniéjszych, tak z postronnemi państwami jak z kołami sejmikowemi, gdy wypadło czasem kierować niemi podług myśli dworskiéj; tam wreszcie biegało się raz wraz gońcem z listy królewskimi po wszystkich krańcach rzeczypospolitéj; z czego znowu rosła dokładna znajomość ojczystéj ziemi, znajomość o jakiéj nawet niemamy dziś wyobrażenia, a jaka w kilku utworach Morsztyna przechowała się, gdzie każdy rys, każde słowo jest tak malownicze i tak ściśle charakteryzujące miejscowość, że niemożna powiedzieć, tylko że zdjął je żywcem z natury. Jakie zaś drogi po kraju odbywał, do jakich poleceń był używany, zapisał to w jednym wierszu do Jana Szumowskiego, pokojowego królewskiego, gdzie zażartowawszy sobie z téj służby pokojowéj, powiada że i teraz na nich obudwóch przypadła bieganina za granicę kraju, chociaż:

Jam już był dobrze cudzych krajów syty
I w domu każdy gościniec mi bity,
A przecież kiedy rozkaz pański tęgi
Nastąpi, muszę znowu do włóczęgi.
Widział mię pierwéj Opatów nasz swojem
Posłem od króla, potem wielkim znojem
Przebyłem Węgry i na ich stolicy
Cesarskiéj pokłon oddałem prawicy,
I pańskie sprawy kończąc przy tym dworze,
Niosłem królewskie listy Leonorze.
Zwodziłem, potem gdzie szła sama głowa
Ojczyzny naszéj panów do Zborowa.

Potem téj zimy, niéżałując bicza
I ostróg, biegiem w Litwę od Łowicza
I poszedłem nią aże ku Dnieprowi,
Wielkiemu, niosąc ordynans wodzowi.
Teraz zaś znowu wielkim obwołany
Posłem z Koroną i Siedmiogrodzany,
Mam zwierać ligę i stwierdzać co mocy,
Co ma sił i co wierności Rakocy.
Przyjdzie go szukać gdzie między Multany,
A snać i śnieżne przechodzić Bałkany.

Ależ to ledwo początek dyplomatycznego zawodu. Późniéj niema prawie traktować znaczniejszych a często bardzo trudnych, żeby go do nich nieużywano, szczególniéj w stosunkach internacyonalnych, jak owo poselstwo do szwedzkiego Karola Gustawa, który niedał nawet posłowi audyencyi dlatego, że niebył żadnym senatorem i z gniewem odpisał do Jana Kazimirza: „missistis nobis quemdam Morstinum.“
Zdolności nienospolite, trafność zdania, a przytem nauka i biegłość w obcych językach, jak go nawet z tego wychwala de Noyers Francuz, sekretarz królowéj Ludwiki, zwracać nań musiały uwagę téj niepospolitéj kobiety, na którą mogli się zżymać przeciwnicy polityczni, ale podziwu jéj geniuszowi i męzkiemu sercu odmówić niemogli. Możnaby zaprawdę powiedzieć, że w szkole téj monarchini Morsztyn wyrobił się na statystę. Kierunek jego dążeń, jego konjunktury polityczne, mające na celu głównie reformę rządu w pojęciu monarchiczném Ryszeliego i Mazarina, a późniéj Ludwika XIV., ztąd nieprzyjazne kardynalnemu prawu wolnéj elekcyi w rzeczypospolitéj, równie jak hałaśliwym sejmom, zanadto wyraźnie przebijają w jego całem życiu, a nawet w poetycznych pismach i noszą cechę tego głębokiego przekonania, które gorzko boleje, gdy wszystkie usiłowania pełzną na niczém.
Żeby mieć wyobrażenie jaki zapał go ożywia, gdy mówi o królowéj Ludwice, jak pojmuje i czuje szlachetne jéj dla rzeczypospolitéj zamiary i trudy podjęte, dość jest przytoczyć kilka ustępów z jego poematu Psyche, wziętego z bajki Apuleusza, gdzie w tg starożytną opowieść wplótł postać królowéj i tych kilka pereł niewieścich, jaśniejących wdziękami na jéj dworze. Pochwały oddane królowéj nie są rodzajem zwykłych kadzideł dworskich, bo téj słabości nigdzie niemogłem w Morsztynie dośledzić; jest to raczéj szczere uwielbienie, prawda z jego wewnętrzném przekonaniem zgodna, słuszność wreszcie, którą jéj badania historyczne przyznają jednogłośnie:

„Jako nad bąjką i pięknym wymysłem
Zdziwi się przyszły wiek nad jéj robotą,
Nad zdrową radą, nad mieszkiem nieścisłem,
Gdzie między stany stwierdza zgodę złotą.
Albo zachęca na nieprzyjacioły,
Albo funduje szpitale, kościoły.“

Morsztyn odgadł sąd przyszłości o téj niepośpolitéj kobiécie, a po wyliczeniu prawdziwie bohaterskich dzieł jéj, dokonanych z Czarnieckim w obronie kraju, a uwieńczonych pokojem oliwskim, tak kończy, dotykając tego najdrażliwszego punktu, który w niwecz obrócił wszystkie jéj zasługi, a nawet drogą pamięć zohydził w narodzie:

„Niedosyć na tém, widząc się niepłodną
I przeczuwając przyszłe mięszaniny,
Chce za żywota łaską dzięków godną
Wcześnie opatrzyć królem te dziedziny,
Lecz i w tém Polskę znajduje niezgodną.
Nie wal na prawo o Polaku! winy,
Chciwość, niesłowność i płonne
Nadzieje, w zguby pędzą cię niechronne...“

Wiadomo z historyi naszéj, jak królowa Ludwika, troskliwa o zaprowadzenie silnego rządu w rzeczypospolitéj; zamyślała za życia jeszcze Jana Kazimirza o następcy tronu. Wybór jéj padł na francuzkiego księcia d’ Enghien Kondeusza, w którym widziała przymioty rycerskie, mogące podobać się wojennemu narodowi. Następca ten, jak się współczesny Kochowski w Klimakterach wyraża: „urodził się w jéj głowie, a konsyliarze i ministrowie króla Kazimirza, zawinęli się to dziecię w miękkie powijać pieluszki faworów pańskich, zachęcając, zwabiając, to pieniędzmi, to podarkami, to promocyami, to bankietami i łaskawym do dworu przystępem, i tak najpierw co zacniéjszych panów senatorów, biskupów, dygnitarzy, potem szlachtę do podpisów sprowadzając, aby widziano że wielu tak zacnych i godnych ludzi na to zezwoliło.“
Dziedziczność tronu, a tém samém zapobiéżenie demoralizacji narodu przez zakupno głosów na elekcyach, było jedynym środkiem dźwignienia rzeczypospolitéj. Konieczność nakazywała rzecz tę prowadzić zręcznie i w sekrecie; tymczasem sekret trudnym był do ukrycia, gdyż wiele osób należało do planu, wreszcie zwietrzyli te roboty posłowie cesarscy bawiący w Warszawie, a widząc na co się zanosi, zaczęli stawać po stronie kardynalnego prawa wolnéj elekcyi i wystawiać przedniejszym osobom rzeczypospolitéj, iż te „praktyki francuskie“ jak je wtenczas nazywano, przyprawią naród o zatratę wszystkich wolności, tak drogo okupionych. Sprawa ta byłaby się może utarła na sejmie r. 1661; lecz już przeciwne miny były podłożone. Lubomirski dał się spraktykować partyi rakuskiéj, i zaraz wybuchnął związek wojskowy, który niemałego zamięszania rzeczypospolitéj stał się powodem. Kto go podniecał?... dziejopisowie nasi jeszcze nierozstrzygnęli, ale zapewne źródło jego to samo, co spraktykowało Lubomirskiego mar. w. k., który zawiedziony w ożenieniu syna swego Stanisława z jedną księżniczką francuzką, pojechał do cesarza Leopolda i wyjawił mu wszystkie roboty partyi francuzkiéj, za co dostał zapewnienie iż cesarz assekuruje wolną elekcyą w Polsce i jego samego popiérać nieomieszka.
Odtąd wyraźnie na tle naszych dziejów odrysowują się dwie fakcye przeciwne, jedna zamierzająca zaprowadzenie silnego rządu, przez zawarowanie dziedziczności tronu i przez zamianę liberum veto na większość w głosowaniu, druga usiłująca utrzymywać status quo wewnętrznego nierządu. Pierwsza szukała wzoru swego i wsparcia we Francyi, zbyt odległéj, aby mogła ciężyć całą swą wagą na prawach rzeczypospolitéj; druga dawała ucho namowom schlebiającym owym swobodom szlacheckim, będącym już w tym rozkładowym stanie, co się z trudnością zdobywa na ofiarę cząstkową, aby ratować całość. Ścieranie się tych dwóch partyi, zrodzonych od chwili, kiedy rzeczpospolita zwątpiła aby sama przez się mogła się dźwignąć z wewnętrznéj niemocy, to dzieje reszty następnych panowań. Jędrzej Morsztyn, którego historycy nasi i literaci zostawili niejako w cieniu, był, można śmiało powiedzieć, najczynniejszym wyobrazicielem téj pierwszéj dążności, on tę myśl ukochał, poświęcił się jéj, przeprowadzał ją statecznie i jeszcze dzieciom swym przekazał.
Sekretarz królowéj Ludwiki, Francuz de Noyers, doskonały znawca interesów polskich, a jeszcze lepszy znawca ludzi, tak ocenia Morsztyna, w instrukcyi danéj posłowi francuzkiemu w popieraniu elekcyi ks. d’ Enghien. To świadectwo z obcych ust, rzadko oddających nam sprawiedliwość, wysokie ma znaczenie.
„Pan Morsztyu referendarz w. kor., mówi de Noyers, jest człowiekiem bardzo zręcznym i zdolnym do służenia naszéj sprawie. W całéj Polsce sposób jego myślenia i charakter najbardziéj królowéj do smaku przypada, z nim ona w sprawach publicznych traktuje i jego do nich najchętniéj używa. Niemasz tu nikogo, komuby królowa tak łatwo dała się powodować, jak jemu, ani téż któryby uczucia i myśli królowéj tak odgadywał, jak on, nawet w rzeczach których niema zamiaru mu udzielić. Marszałek w. (Lubomirski) wprowadził go na dwór i zapoznał z królową. Wkrótce potem stał on się potrzebnym jako pośrednik między królową i marszałkiem, co mu pomogło do urzędów i dało sposobność zalecenia się królowéj; albowiem marszałek był zawsze wąchającym się i trudnym do działania, i prawdziwie niewiedzieć na jakiéj zasadzie królowa oparła się, aby przełamać wstręt, który król jegomość miał ciągle do marszałka i wynieść na godność człowieka, któremu nieufać miała zawsze słuszne powody. Pan Morsztyn dopomógł wiele marszałkowi do osiągnienia dostojeństw i dobrodziejstw, które ten trzymał, i usiłował zawsze dowodzić królowéj, że wziętość marszałka była wielką i że nieomieszka usłużyć jéj skutecznie. Zdaje się że zamiar p. Morsztyna był w tém szczery i że marszałek nieodkrył mu bynajmniéj myśli swojéj przeszkodzenia elekcyi na sejmie w roku zeszłym 1661 zwołanym. W głębi duszy jest on szczerze do nas przywiązany i gotów nam służyć majątkiem i osobą, któréj trzeba bardzo oszczędzać.“ Morsztyn z tém swojem usposobieniem w przykrym się musiał znajdować stosunku do Lubomirskiego, dla którego miał szczere uwielbienie, któremu niedawno najpiękniejszą z swych poezyi poświęcił, sławiąc jego umysł wysoki, „co Tacyta z głowy i bez księgi czyta,“ co „składa Wiernego pasterza z Gwaryna,“ kiedy tenże rzucił się w przeciwne praktyki, a stając niby w obronie kardynalnego prawa wolnéj elekcyi, zasiał nasiona buntów żołnierskich i sam został buntownikiem, służąc fakcyi przeciwnéj, która wszelkiemi sposoby przeszkadzała, aby silny rządowy organizm nigdy się niemógł w rzeczypospolitéj ustalić.
Lecz ani z pism jego, ani z pamiętników ówczesnych niemogłem wytropić, jakie było zachowanie się Morsztyna w czasie rokoszu Lubomirskiego. Domyślać się tylko mogę, że zachowywał charakter pojednawczy między tronem a marszałkiem w. koronnym, w czém mię utwierdza ówczesny wiersz „Echo żałosne,“ zapewne niedrukowany nigdy, w któréjto ostréj satyrze nieoszczędzającéj ani króla, ani ministrów, ani nikogo grającego ważniejszą rolę w partyi francuzkiéj, o jednym Morsztynie, głównym jéj promotorze, niema nawet wzmianki. Tylko z drugiéj strony herb Leliwa, będący klejnotem Morsztynów a położony na rękopisie w miejscu nazwiska autora, mógłby naprowadzać na domysł, że jest pióra Hieronima lub Stanisława Morsztynów, tém więcéj że faktura wiersza wiele przypomina sposób i styl tych dwóch blizkich krewnych Jędrzeja.
Zatrzymałem się dłużéj nad tym ustępem z panowania Jana Kazimirza, bo jak się pokazuje z instrukcyi p. de Noyers, Morsztyn był jednym z głównych czynników reformy rządu. W ciągu tego czasu, wiemy tylko że raz po raz był używanym do różnych negocyacyi. W r. 1660 znajdujemy jego podpis na traktacie oliwskim. W r. 1664 z przeznaczenia sejmu jedzie umawiać się z Moskwą w Krasnem, któreto rokowania wlokły się tak długo, a komisarze nasi nasłuchali się niemało narzekań ze strony moskiewskiéj na tę fakcyą francuzką, co czyha na zgubę wolności polskiéj, a to usiłując przeciwko prawu pospolitemu obrać nowego króla, kiedy stary żyje, a wszystko uskutecznić zapomocą francuzkich pieniędzy i szwedzkiego wojska z przeciągnieniem wojny moskiewskiéj. Pokazuje się że ta wielka sympatya dla naszych bezsilnych swobód, już w siedmnastym wieku należała do arkanów dyplomacyi postronnéj. Morsztyn nieustannie działał przeciwko niéj, nieopuszczając niczego coby doprowadziło do celu. Gdy znikła wszelka nadzieja wybrania następcy za życia Jana Kazimirza, Morsztyn podsunął myśl abdykcyi. Jakoż w r. 1667, zostawszy podskarbim w. koronnym i starostą tucholskim, odbył poselstwo do Francyi, niezawodnie w zamiarze wypróbowania dworu, jak dalece i jakimi środkami popierać zechce elekcją Kondeusza. Poselstwo to odprawił z własnéj szkatuły, wyłożywszy 60,000 ówczesnych złotych. Dwór cesarski baczny na te ruchy, wysłał do Warszawy na elekcyą ogłoszoną po abdykcyi Jana Kazimirza swego agenta, hrabiego de Chavagnac, którego zadaniem było każdego innego kandydata popierać, lecz nigdy niedopuścić Kondeusza. Ciekawy w pamiętnikach Chavagnaca ten ustęp, gdzie powiada że jakiś obdarty szlachetka przyszedł do niego o czwartéj z rana, ofiarując wyrzucić Kondeusza z kandydatury, byle mu sto dukatów pożyczył. Zaryzykował Chavagnac, ale i wygrał; bo ów Pękosławski, zawołany retor, wpadł na zgromadzenie, oskarżył senatorów i stan rycerski, że przekupiony od Kondeusza i tak umysły poburzył, że cały tłum z dobytemi szablami wpadł na prymasa Leszczyńskiego, domagając się aby Kondeusza z listy kandydatów wykreślił. Ten sam tłum obiegał wszystkich naczelników partyi francuzkiéj, a można się domyślać że niepominął i Morsztyna.
Michał wybranym został, z czego nieomieszkała korzystać partya przeciwna, podsuwając nowo wybranemu królowi arcy-księżniczkę za żonę. Morsztyn prowadził niezmordowanie interesa kandydata francuzkiego, nietylko utrzymując ciągłe korrespondencye z zagranicą, ale i między swymi stronnikami w kraju. Jeden z takich listów cyfrowanych, produkowany na sejmiku średzkim, dał powód do krwawéj burdy, dokonanéj na kasztelanie poznańskim Grzymułtowskim a do ciężkich zarzutów przeciw Morsztynowi. Cała ta sprawa wytoczyła się na sejm warszawski w r. 1672, i niemałych zgryzot i kłopotów przyczyniła podskarbiemu. Był to jednakże przedsmak tych ciosów, jakie w 10 lat późniéj spaść miały na jego głowę.
Szukając w jego poezyach pewnéj analogii do przygód jakie w życiu przechodził, znalazłem właśnie kilka poezyi, z datą odpowiednią téj epoce... Jakaż w nich od dawniéjszych różnica! W tamtych igrała myśl młodzieńcza, swobodna aż do pustoty, uśmiechało się życie wszystkiemi barwami miłości i nadziei, było coś niekłopotliwego, niedbającego o jutro, o przyszłość — w tych późniejszych przeciwnie, znać że robak zwątpienia toczy już to serce męzkie, że już niczego niespodziewa się od ludzi, a całą nadzieję pokłada w Panu...
Niewiele jest tych wierszy bardzo wysokiego nastroju, ale te co są, mogą się policzyć do najpiękniejszych utworów, w duchu i namaszczeniu psalmów Dawidowych. Cóż to za wspaniały i głęboki początek téj pokuty! jakie ukorzenie się ducha przed Panem! Znalazła się nawet prostota, któréj Morsztyn, często zbyt wytworny i lubiący włoskie concetti, niejest przyjacielem:

O Boże! jakoż podnieść grzeszne oczy,
Tam, gdzie Twa moc nieznaną światłość toczy,
Jesteś, któryś jest, wieczny, niepojęty,
Pan Bóg zastępów, święty! święty! święty!
Tyś szczéra czystość, niewinność bez skazy,
Jakoż Ci swoje odkrywać mam zmazy?
Jam widział gmachy śmiertelnego grzéchu
Siedmiorakiego, i straszny w pośpiechu
Zakon Twój miałem i Twe przykazanie
Każdem znieważył albo zgwałcił Panie!
Jam niejednego, chociaż Twą przestroga
Przeciwna była, miał Pana i Boga.
Częstom człowieka tak spodobał sobie,
Żem kładł w nim większą nadzieję, niż w Tobie;

Często godności i dobrego mienia
Chciwość tak srodze ujęła sumienia,
Żem ich posadził, jakoby tam Ciebie
Niebyło nigdy za Boga na niebie, i t. d.

W głęboko poetycznéj duszy Morsztyna leżało wiele takich szczytnych tonów, które dopiero wydobyły z niéj cierpienia i niesmaki z doznanych zawodów w rachubach ziemskich. W zbiorach rękopiśmiennych i drukowanych jakie miałem pod ręką, powyższego wierszu początek nosi najpóźniejszą datę, bo r. 1678. Czy późniéj co pisał, niewiadomo — przypadek może naprowadzić na szczęśliwe odkrycie innych utworów téj lutni tak dźwięcznie brzmiącéj, a tak rozmaitéj, o któréj sam powiada:

Bo lubo struny różne głosy mają
Na jednéj lutni wszystkie pieśni grają.
Obierz-że sobie to, co ku twéj myśli,
A coć się niezda, miń albo przekryślij.

Słusznie możnaby przekryślić w niéj niejedno co razi delikatne ucho i co dziś wydanie zupełne jego rymów czyni niepodobném; lecz za to niektóre skończonéj doskonałości płody sowicie wynagrodziłyby to opuszczenie.
Pod panowaniem Sobieskiego, który ożeniony z Francuzką, sam wprzód jeszcze nim został królem, zawsze liczył się do gorliwych partyi francuzkiéj stronników, stosunek Morsztyna do tronu był już mniéj drażliwym, dopóki gra polityki, prowadzona przez niego ciągle w jednym kierunku, niezniewoliła go do kroków przeciwnych polityce polskiego dworu.
Odtąd przygotowuje się katastrofa, która go zmusi do opuszczenia własnéj ojczyzny; przewidywał ją bystry Morsztyn, gdy znaczne summy, zbierane oszczędnie z obszernych swych majątków, posyłał do Francyi dla zakupna dóbr, na mocy posiadłości których starał się o indygenat francuzki.
Duma Ludwika XIV., wygórowańsza nad jego politykę, poświęciła nieraz własny swój interes; ten właśnie przypadek zaszedł z Maryą Kazimirą, którą Ludwik boleśnie obraził przez lekceważenie jéj krewnych. Odtąd oziębiły się mocno stosunki między dworem wersalskim a willanowskim, nietrzeba téż było tylko stosownéj pory, aby szala przechyliła się na stronę Austryi, zagrożonéj teraz buntem Tekielego i ogromnemi siłami jakie Kara Mustafa pod Wiedeń prowadził.
Pod temi wróżbami zaczął się sejm w r. 1683. Pallaviccini legat papiezki i Waldstein cesarski, przekładali w obec zgromadzonych stanów rzeczypospolitéj potrzebę ligi chrześciańskiéj przeciw niewiernym. Alić stronnicy polityki Ludwika XIV., ofuknęli ich, pisma potężnych argumentów posypały się z drukarń, dla odciągnienia dworu i opinii publicznéj od przymierza z cesarzem. Tymczasem poseł francuzki margrabia de Vitry, człowiek gwałtownego charakteru, zakładał podziemne miny, razem z Morsztynem, a podobnoć z hetmanem Jabłonowskim i Sapiehami, aby ligę tę rozerwać. Była to bowiem stanowcza chwila dla polityki Ludwika, w któréj mógł był odnieść tryumf z tyloletnich zabiegów, mających na celu upokorzenie domu rakuzkiego. Lecz Sobieski, w polityce swojéj chrześciańskiéj uważając nieprzyjaciół krzyża, od których kraj jego cierpiał tyle wieków, w rzędzie naglejszych niebezpieczeństw, niż te jakichby się mógł od chrześciańskich panów obawiać, postanowił przychylić się do przedstawień Rzymu i próśb cesarza. Szło mu o to, aby sejm zezwolił na traktaty z cesarzem, jak znowu partyi francuzkiéj szło o zerwanie sejmu. W grze téj Sobieski był panem sytuacyi; od czasu bowiem jak nastąpiło poróżnienie z dworem francuzkim, miał on pilne oko na podskarbiego i na poselstwo francuzkie. Od półtora roku otwierane listy Morsztyna i Vitrego, odkrywały królowi wszystkie zabiegi i zamachy partyi francuzkiéj.... Co więcéj dokumenta te, złożone przed sejmem i obrzucone mianem zdrady kraju, choć to była tylko zdrada przeciwnéj polityki, mogły wielce dopomódz do przeprowadzenia wszystkich zamiarów królewskich; w podobnym bowiem razie łatwo jest o takich, co zrzucając z siebie cień nawet przeniewierstwa, przesadzają w fanatyzmie służalstwa.
Całą tę katastrofę opisał wybornie legat Pallaviccini, a szczególniéj Kozma Brunetti, zdając relacyą księciu toskańskiemu:
„Przywołano do króla, pisze on, trzech biskupów i księdza Franciszka kapucyna; tym oświadczono, iż gdy pewne są wiadomości o spisku przeciw królowi i rzeczypospolitéj, zechcą tedy złożyć przysięgę na tajemnicę i niewyjawić tylko to, na co król jegomość zezwoli.
„Gdy przywołani złożyli przysięgę, pokazano im wiele listów posła francuzkiego de Vitry, niemniéj listy podskarbiego koronnego Morsztyna, podobno i odpowiedzi na nie. Wezwani, zwyż wymienieni, gdy zeznali corpus delicti, przywołano posła francuzkiego de Vitry i podskarbiego Morsztyna, dla konfrontacji. Z początku poseł, all’ uso francese, zaprzeczał wszystkiemu; chciał i podskarbi uczynić toż samo, mniemając że niebyło innych listów, prócz niedawno przejętych. Wtenczas jeden z biskupów odezwał się: „Czy pamiętacie mości podskarbi, jak przed kilką laty w tym samym zamku znajdował się poseł cesarski nazwiskiem dell’ Isola, któremu waszmość wówczas przejmowałeś listy, przepisywałeś je więcéj jak przez pół roku, wprzód nim strona postrzegła się na tém.“ Na te słowa stracił serce podskarbi i błagał łaski królewskiéj; poseł zaś francuzki podniósłszy się rzekł: „Niemam przyczyny sprawiać się komu innemu jak królowi memu“ — i na tém się w dniu tym skończyło.
Dnia 16 z rana król zawołał do siebie kilku najpoufalszych senatorów, z którymi naradzał się przez kilka godzin. Tam postanowiono przywołać podskarbiego do senatu. Posłano więc do niego biskupa chełmskiego i kawalera Lubomirskiego, jako marszałka nadwornego. Gdy stanął Morsztyn, zaczęto czytać listy, tak jego jak i posła francuzkiego, w których okropne odkryły się zamachy. Czytanie to trwało przez półtoréj godziny. Po dwakroć chciał mówić podskarbi, lecz wołania: infamis, zdrajca!“ niedozwoliły mu tego. Wołano: „Jeśli chcesz się usprawiedliwiać, podnieś się z krzesła i stań w pośrodku jak winowajca.“ Była to straszna scena; niewiem, jak podskarbi przeżyje tyle na niego rzuconych obelg.
Dziś dnia 17 marca wcześnie zebrał się senat. Tam po dwakroć przyzwanym był podskarbi; niestawił się jednak, wymawiając się ciężką chorobą; i nie dziw; dziwno raczéj że cios podobny mógł przeżyć. Cytowano go po raz trzeci, a tymczasem naradzano się co uczynić z posłem francuzkim, wykraczającym za przepisy nienaruszalności posłów. Jedni radzili żeby go zaraz wygnać, drudzy żeby go wziąść pod straż, by daléj z stronnikami swymi niepraktykował. Wpośród zdań tych zabrał głos jeden z posłów i rzekł: „Pamiętam, gdym w młodości mojéj był w Carogrodzie, że wtenczas poseł j. k. mości chrześciańskiego za mniejsze daleko wykroczenie dostał kijami w pięty.“ Zdaniem więc jego było, aby odprawić p. Vitry, dając mu 300 kijów, i „proszę, przydał, aby to zdanie moje w protokule zapisanem było.“ Wszyscy śmiać się zaczęli i tak się sesya skończyła.“
Po téj trzydniowéj scenie w senacie, cała Warszawa zaczęła się budzić przeciw winowajcom. Po ulicach napastowano ludzi posła francuzkiego, a jak mówi naoczny świadek: Tyszkiewicz krajczy litewski, „chcąc się królestwu przysłużyć, z siebie samego całe nec minime dworowi się nieopowiedziawszy, najechał na rezydencją posła francuzkiego w nocy, dobywał, okna wystrzelał, aż warty królewskie go spędziły.“....
Zwykłym zbiegiem podobnych spraw, podskarbi w. k. oddany był pod sąd; lecz wspaniałością powodowany umysł Jana III. odpuścił mu winę, pod warunkiem, że od listów pisanych cyframi złoży klucz, co podskarbi przyrzekł uczynić w przeciągu pół roku, a czego niedotrzymał choć się upominano. Tymczasem oddano go pod straż Lubomirskiemu marszałkowi, a że to przyjaźń taka ścisła łączyła Morsztyna z jego ojcem Jerzym, więc i syn pozwolił mu ujść z rzeczypospolitéj za granicę, aby dogoniwszy Vitrego, razem z nim mogli zanieść przed Ludwikiem zażalenie swoje na politykę króla Jana. Zdaje się jednak, że nie sam publiczny interes powodował króla do prześladowania podskarbiego. Przed parą laty odmówiwszy podskarbi córki swéj bratu Maryi Kazimiry, hrabiemu de Maligny, która potem poszła za Bielińskiego, obudził w królowéj zaciętą nienawiść ku sobie, także późniéj kiedy go niemożna było dosiądź w osobie będącéj pod opieką Francyi, starano się jeszcze przez Wielopolskiego kanclerza, wysłanego do Ludwika XIV. z przeprosinami za burdę z Vitrym, o wydanie go w ręce rządu polskiego. Ludwik XIV. niedał sobie nawet mówić o tém, tak cenił wysoko Morsztyna. Niezostało innéj zemsty jak wziąść na nice poczciwą podskarbiego sławę i czernić go że zabrał klejnoty koronne, że łupiąc skarb przez czas 15-letniego urzędowania, przyszedł do ogromnych majątków, które we Francyi zakupił. —
Tymczasem znalazłem tak w Voluminach legum, jako w sprawozdaniach rewizyi skarbu koronnego, wszędzie pokwitowania na ten cel wyznaczonych komisarzy od sejmu, jako podskarbi ze wszystkiego się wyrachował. Co zaś do klejnotów koronnych jakie uwiózł był do Francyi, takowe miał prawo zatrzymać, pożyczywszy na nie dość znaczną summę; a gdy późniéj w r. 1690 odesłał te klejnoty, przecież pieniędzy swoich nieodebrał. Jeden z ówczesnych pisarzy niemieckich pisze: że w całéj téj haniebnéj sprawie o klejnotach, Marya Kazimira nienajczystszą grała rolę; dlatego téż jakoś to prędko się zataiło i trawa na tem porosła.
Oto i żywot publiczny wielkiego podskarbiego. Szczerze kochający kraj swój, chciał go ratować na drodze reformy, a ratować przez obcą, choć może najmniéj niebezpieczną fakcyą; bo to pewna, że wewnętrzna organizacya ówczesnéj Francyi była tak praktycznym wzorem, iż każde państwo, co miało zdolność przyswoić ją sobie do potrzeby i natury swojéj, znalazło się na drodze prawdziwego postępu.
Na zakończenie téj monografii wypada mi jeszcze powiedzieć o domowém kółku wielkiego podskarbiego koronnego.
W młodych latach na dworze królowéj Jadwigi zakochany w Katarzynie Gordon, margrabiance de Huntléj, pannie dworskiéj przybyłéj z nią z Francyi, pisał do niéj wiele miłosnych wierszy, które wcale nie są tak swawolne jak inne, do przelotnych pisane kochanek. Obraz téj panny wystawił nam w przepysznym swym poemacie Psyche, gdzie ją tak w jednéj strofie odmalował:

Angielka rodem i płcią nad anioła,
Co za nią idzie, królów w rodzie liczy.
Anioł dowcipem, głosem anioł zgoła;
Twarzą zawstydza i przykładem ćwiczy
Swe towarzyszki; nie czary, nie zioła
Sławne jéj często poddają zdobyczy

Cnoty i rozum i kształt niezmierzony,
To są jéj pęta i twarde kordony.

W ostatnim wierszu jest igraszka słów, któréj lubił Morsztyn używać często w swoich rymach. Katarzyna Gordon, margrabianka de Huntléj, została jego żoną w r. 1658. Miał z niéj trzy córki i syna. Jedna z córek poszła za Bielińskiego mar. w. kor., druga za ks. Kazimirza Czartoryskiego, w który to dom wniosła ogromny majątek i te same tradycje, jakie po ojcu odziedziczyła, wszczepiła w ten wielki ród statystów; trzecia zmarła panną.
Syn jedyny podskarbiego, znany we Francyi pod nazwiskiem hrabiego de Chateauvillain, od majętności kupionéj po margrabiach de Vitry, dowodził pułkiem piechoty pod marszałkiem de Boufflers przy oblężeniu twierdzy Namur, gdzie zginął w r. 1694. Książe Saint-Simon, połączony osobistą przyjaźnią z młodym Morsztynem, powiada że książę de Chevreuse, mający kilka córek ale prawie bez posagu, a złakomiony majątkiem podskarbiego, wydał jedną z nich za młodego Morsztyna, co bardzo zdziwiło wszystkich. Tymczasem niemógł nic lepszego zrobić, bo młodzieniec ten gdyby był niezginął, byłby w każdym zawodzie niepospolitym został człowiekiem. O samym podskarbim powiada, jako był fort-français, jako w Paryżu wielki dom prowadził i oszczędność posuwał do skąpstwa, co dało zapewne powód sławnemu La Bruyère do umieszczenia jego sylwetki w swych Teofrastowych Charakterach, a co stwierdza komentarz czyli klucz jednego z dawniejszych wydań.
Podobniéż jak roku urodzenia tak i śmierci podskarbiego trudno ze ścisłością oznaczyć; najpewniéj że z samym końcem 17tego lub początkiem 18tego wieku żyć przestał, co i Saint-Simon powiada, a co się tem stwierdza, iż sukcessorowie Morsztyna dobra Chateauvillain, przynoszące rocznie 30,000 talarów dochodu, sprzedali hrabiemu Tuluzy Ludwikowi Alexandrowi de Bourbon w r. 1703.
Co do dzieł jakie po sobie zostawił, znane są w dwukrotnem wydaniu jego dwie prace poetyczne: poemat Psyche i Roderyk Cyd tłumaczony z Kornela, a przedstawiony w zamku królewskim w Warszawie r. 1661. Tłumaczenie to nieustępuje, a nawet przewyższa w energii wiersza nowszy przekład téj tragedyi przez Osińskiego. Lutnia czyli zbiór rymów Morsztyna dotąd zostaje w rękopisie, a choć ktoś w r. 1844 wydał część zawartych w niéj poezyi w Poznaniu pod tytułem domniemanym Zbigniewa Morsztyna, niemniéj skarb ten ukryty w cieniu, zasługuje pod wszelkimi względami na ogłoszenie, aby przynajmniéj tym sposobem odświeżyć pamięć znakomitego poety i statysty 17go wieku, a raczéj naznaczyć mu niepoślednie miejsce tak w literaturze jak w toku ówczesnych dziejów rzeczypospolitéj. —



Przypisy

  1. Drukowane w Poznaniu poezje Zbigniewa Morsztyna, są lirykami Jędrzeja, jak to przekonać się można z rękopisu znajdującego się w bibliotece Ossolińskich, którego używałem do téj pracy. Przypadkowo napisane imię Zbigniewa Morsztyna na rękopisie, z którego robiono edycyą poznańską, było powodem do stworzenia tego poety, który nie istniał.
  2. W czwartym tomie Biblioteki Ossolińskich r. 1864, znajduje się artykuł Ludwika Nabielaka wskazujący na odkrycie rymów Jana Grotkowskiego; są to przekłady z Petrarki Tryumfu Miłości i kilku Sonetów, wszystko przypisane Władysławowi IV. Poezje te znalazły się w rękopisie Biblioteki Ordynackiéj Zamojskich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.