Jamby (na imieninach Jana Czeczota)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Mickiewicz
Tytuł Jamby
Podtytuł na imieninach Jana Czeczota
Pochodzenie Poezje (1929) tom I
Poezje rozmaite (1817-1854)
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gubrynowicz i Syn
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Indeks stron


JAMBY

NA IMIENINACH JANA CZECZOTA

O, zwiedziony, podwójnie, potrójnie, poczwórnie,
Sam ty dureń, gdyś wszystkich poczytał za durnie.
Wszakże jeden nasz węzeł, wszak przyjaźń doznana:
Mogliżbyśmy na sucho puścić święto JANA?
Mówiłem ci, ty sensu nie znałeś w mem słowie,
Mówiłem, że broń niesiesz przeciw własnej głowie.
Przychodzi na nas kolej, a więc słuchaj, ośle,
A ty mu winszowania intonuj wyniośle.[1]


∗             ∗

Uciszcie się! Niech państwo na ustąp pozwolą!
Dziś do mnie na namowę miał zjechać Apollo.
Hejże, pitono-bójco! bożku złoto-cytry!
Znidź sam i Muzy przywiedź za superarbitry!
Oto ich oczekuję z duszą upragnioną,
Z rozkaraczoną bramą, gębą rozdziawioną.
Dajcie mi na pegazim stąd ulecieć puchu,
Wieszczego dajcie łyknąć chuchu i podmuchu!
Albo ty mnie medyczne przypraw fajerwerki,
Niechaj się na wiatr zdejmę z twojej Tabakierki.
Cyt! już intromisyje poczułem bożyszcza,
Już mi się brzuch wypina i oko wytrzyszcza.
Jak bąk, jak bomba, żary karmiąca w saletrze,
Wznieść się i szarmyclować gotówem po wietrze.

Teraz mnie pójcie, bracia, i teraz utuczcie;
Kto wie, czy nazad spadnę, czy będę na uczcie?
Patrzaj, patrzaj: w gawronią wybrałem się drogę,
Drobnych was ledwie z góry wzrokiem schwycić mogę;
Już miejskie gmachy, kryciem miedzianem osute,
Zdają się być na Zańskiej tabakierce kłute,
Świecą się rzeki, wioski i lasów urywki,
Jak pęk rozkosznych włosów jakiej czarnobrywki.
Hej, ty, co w księżycowem uwiązłeś poddaszu,
Od Adama jak niżej zostaniesz, Tomaszu!
Gdzie ty łbem dosiągł ledwie, ja, wsparłszy się piętą,
W całym niebie wytrąbiać będę Jańskie święto.
Lecz, żebym nie spadł nazad na poziome gruzy,
Śmiały zamiar, parnaskie, raczcie wesprzeć, Muzy.
Jeśli kiedy Jan krótki dogodził z was jakiej,
Śpiesz się i u pegaziej siądź ze mną kulbaki.


DIALOGUS MUSARUM

MUZA

Mościa panny! ktoś z nieba i woła i mruga.
Pewnie to jest Merkury — A, najniższa sługa!
Cóż, to, widzę, śmiertelnik jakiś, odpuść Boże?


INNA MUZA

Czy nie Franuś?


INNA

Ten ustał!


INNA

Józef? — Nie — Jan może?


INNA

Nie ... tak górnie nie wzleci nikt oprócz Tomasza...


INNA

On, on: ot, nos niemiecki i kawał kamasza!


KALLIOPE[2]

Siostry, co wam się stało? Czyście zaszły w głowę?
Żadnaż to nie pamięta, że, dziś dnie Janowe?
Na Jana cześć po niebie jambów szuka Adam.
Zaraz mu biegnę pomóc,na kulbakę siadam.
Bo Jan uczeń Kalliopy,
Bo, gdy się na Parnas wdzierał,
Ja mu sama kułam stopy,
Z moich rąk wieńce odbierał.
Jan mój uczeń, Jan mój liryk:
Ja mu splotę panegiryk.


ERATO[3]

Co, co, co? Śmiech, ugryzki, obelga wyraźna!
Co? tak wielkiego męża wystrychnąć na błazna?
Co? onże-by miał stroić waszecine liry?
Przywykł szczęk mieczów słyszeć, wielbić bohatyry.
Pomnisz, jak wnętrznej ulgę chcąc przynieść żałobie,
Błąkał się wśród pustyni i wsparty na grobie,
Skoro noc ziemię w zawój otuliła głuchy,
Pieniem z mogił[4] wywołał bohatyrów duchy.
I z larwą zemsty pędząc kraju zdrajce niecne,
Przyszłe im męki palił i odkrył obecne?
Stój więc! Niechaj Erato na, kulbakę leci!
Od niej chwałę epiczni zyskują poeci.


MUZA

I ja też nie ustąpię, choć już wrzawa wielka,
Ja, z Muz pierwsza, wymowy ja nauczycielka,[5]
Co jeszcze w pośrzód żaków sądowej niesnaski
W głosy Jana sypałam oratorskie kraski.

Prócz mnie, czyż o nim kiedy wspomniała z was która
Z czyich łask adwokacka dana mu figura?
Pod czy jem okiem pasł się, zaokrąglał, wzrastał?
Kto mu pierś wyfutrował i gardło przeszastał,
Tak, że jeśliby z wrzaskiem odezwał się groźnym,
Wszystkie go subsellija chciałyby mieć woźnym?
Jan adwokat: pośpieszę do Adama i ja.


URANIA

Samaż więc pozostanie w domu Uranija?
Głupie, czyście Bachusa dorwały się trunku?
Czy stąd, że się na wyższym nie znacie rachunku,
Chcieć Jana? O, wydrę go, wydrę waszym szponom!
Pocóż tu poetyssy? Wszakże Jan astronom!
Obaczycie, niech tylko nocy szata spadnie,
Zaraz do mej świątyni z domu się wykradnie.
Jeszcze u wszystkich planet nie nakręcę kółek,
On już z tęgim tubusem bieży na zaułek.
I Onufry, na niebie znająca się wyga,
Kark swój tablicowaty w taktach za nim dźwiga.
Żeby Jana dziw gwiazdnej nie wabił struktury,
Pocóżby w noc biegł, okiem strzelając do góry?
Czego w nim krew się burzy i z ust idzie ślina?
Oto chęcią mych nauk pali się chłopczyna.
Lecz biegnę na kulbakę; już Adam, niestety,
Pomiędzy najgorętsze zaleciał planety
I jeżeli mu   ..............
..................
Chce dalej mówić, aż wtem, zaciąwszy gołębie,
Wpadł Kupido i skrzydłem młasnął ją po gębie.


KUPIDO

Skądże się wam, siestrzyczki, tak krzyczeć uwzięło?
Wszystkie pono nie w swoje wdałyście się dzieło.
Oj, gdybym Jana nie pruł mej strzałki żelazem,
Darmo, choćbyście wszystkie obsiadły go razem.
Przeze mnie on wśród wieszczów wylatuje górą,

Ja w nim podniecam zapał, ja mu stężam pióro.
Gdyby go najweselsze wabiły niebiosa,
Przez noc całą z puchówki nie wytknąłby nosa.
Nie wiem, czy dla gwiazd ludzie po zaułkach mokną,
Lub się całe dwa lata kochają przez okno.
Łaszcząc się koło cycek, czy to dla was, siostry,
Jan nieraz zranił pyski o szpigulec ostry?
Czyż dlatego w spodnicy każdej widzi gaik,
Że jest dziarski adwokat, liryk albo traik?


MUZY WSZYSTKIE

Ej, pocóż dotąd tego słuchamy mózgowca?
Ja biegnę: Jan poeta! — Ja biegnę: Jan mowca.

Tak wrzeszczą. Jam bez wsparcia wietrzne zgubił trakty,
Szyja mi się okropnej boi katarakty.
I jeśli nie wspomogą dalej dobrodziki,
Muz plenipotent, spadnę pomiędzy piszczyki.[6]
«Piękna rzecz latać, gdy się komu godzi;
«Bezpieczniej jednak, kto po ziemi chodzi».
(Krasicki: Mysz. p. VI.)
Nie lubię rozrzadzonych eterów żyć jadłem;
Więc pożegnawszy nieba, zleciałem i siadłem.

Janie! Muzy się wadzą o blask twych przymiotów;
Nie chciały mnie dopomóc, ja sam śpiewać gotów.
Czy myśl do grodu cisnę, czy zwrócę do domu,
Kochałżeś kogo bardziej, byłżeś milszy komu?
Na progach świata jeszcze, pomiędzy szpicbuby
Wspólne były zabawy, nauki i czuby.
Prócz nas jakież trząść szkołą ważyły się śmiałki?
Kto przed nami piątklasów słał woźnym pod pałki?
Kto, oprócz ciebie, Janie, oprócz mnie, Adamie,
Przeciw biało-kapturnym[7] silne stawił ramię?

A chociaś zbyt troskliwy był o mą duszeczkę,
Chociaż o djabłach częstą miewaliśmy sprzeczkę,
I gdym na mszy myśl topił w niebieskim migdale,
Nieraz mnie w kark ku Bożej nawracałeś chwale,
Przecież myśl była jedna, taż nauk rachuba,
Póki cię w łapy swoje nie wziął Ludwik Dziuba.
Tam pojąłeś, jak zwolnić cnót stoickie tręzle
I żyć nie tak nabożnie, myślić nie tak zwięźle;
Tam począwszy twe siły reperować wcześnie,
Zwyciężałeś Adama dusznie i cieleśnie.
Cóż, kiedy wileńskiego dorwawszy się świata,
Dawnoś już u Onufra sterrninował lata.
Czynów twych godnie sławić dalej nie potrafię:
Ty, mistrzu, sam opiewaj, lub ty, jambografie!
Wszak znasz, co płacić, jaka działać manijera;
Poczwórne na Zarzeczu zliczyłeś numera.
Mów, jak Walentowego Jan pochwalał mierza,
Jakiego w nim znalazłeś u Zalki szermierza.
Cyt! gdzie mię bies zapędził? U milknę, przestanę,
Przypomniałem Niemcowi pierożki gryczane.
Co, milczeć? A gdzież kodeks przyjaźni stanowi,
Żeby Adam przemilczał prawdę Tomaszowi?
Żeby, gdy całość myśli, wyrzekł jednę czwartę,
I przy zębach rozsadził bojaźliwą wartę?
Powiem, choćbyś nos zgarbił i uciekł do lasu
I złym humorem w ucztę wmieszał niedokwasu.
Czegoś przez dwa dni chodził, jak obmokła sowa?
Czyli cię śmiech nasz ugryzł, zaszkodziły słowa?
Wszakżeż żaden z nas tobie nie zazdrości Zalki,
O rozkosz koźlim rogiem nie chce toczyć walki.
Zaprawdę w każdym czułość ma ustawę własną
I tępe słowa serce rozbolałe drasną.
Ja amantów szanuję, lecz nie chcę pieszczocha.
Jeden że Tomasz czuły? jeden Tomasz kocha?
Jegoż tylko wspomnienie niewczesne zasmuca?
Czyż się to kawał głazu w naszych piersiach rzuca?
Niemiło, gdy się wedrze żartownisia oko
W tajnik, gdzie przeszłe czucia kryją się głęboko.

Zda się, że obcy widok ujmuje im wdzięku.
Jak lichwiarz skarby w własnym chce przetrząsać ręku,
Tomaszu, każde serce ma ciemne zakątki,
Gdzie są boleści, głupstwa i szczęścia pamiątki.
Lecz twoich myśli w chytrej nie wystawiaj szubie,
A gdy nie lubisz czego, powiadaj: «Nie lubię!»
Cóż znaczą w odpowiedziach dzikie labirynty,
Twarz w owsianym kolorze, nos strojny na kwinty?
Czyliż ty być rozumiesz w pochlebników zgrai,
Gdzie każdy pragnie zgadnąć, co pańska myśl tai?
Ale już pióro tępe, kończą się arkusze.
Rozgadałem się. Jeszcze morały pleść muszę.
Baba się tylko razem płacze i uśmiecha,
I sama nie wie często, czy dobra czy licha.
Broń Boże! stąd nie wnoszę, że Tomasz jest baba;
Ale się ukazała raz myśl nazbyt słaba;
Raz tego żałowałeś, coś wprzód z chęcią robił,
Małoś cenił, coś wprzódy z pracą przysposobił.
Między sokołem nie znasz różnic i cietrzewiem;
Czyli to dobre, nie wiem, czyli to złe, nie wiem,
A może (ja nie myślę, lecz przyszłość ukryta)
Może, jeśli cię kiedy kto groźnie zapyta.
...........Cóż ty powiesz? Nie wiem.
Ta myśl inkwizycyjnym razi mię żarzewiem.
Ale nadtom powiedział; sam siebie nie chwalę.
Słowa w pierwszym na papier cisnąłem zapale,
Kiedy nas na przechadzce, czwarty temu tydzień,
Zasmuciłeś dziwactwem gniewów i przywidzeń,
Morał ten zawrzeć miała przeszłych fet perora;
Cóż, kiedym go w szpargałach ledwo znalazł wczora.
Przyłatałem natychmiast, chociaż ladajaki:
Jambom moim długości dodał i tabaki
Notabene długości, może i zbyt długo,
Wszak to już i pod ćwiartką znalazłem się drugą.
Nie skończę: ty się na to krzywisz, Teodorze,
Bom twych pochwał i w przeszłej zapomniał perorze.
Chociaż mi duch ustaje i weny obwisły,
Wspomnę przynajmniej, jakie roiłem zamysły.

Na wieczną Szerokiego pamiątkę imienia,
Dwunastu ludzi chciałem wykroić z kamienia.
Tam by to, Herkulesie, każde twoje dzieło
Pod Adamowem dłutem nowy żywot wzięło,
Stałby mi raz, pod sporą więzią brzezin zgięty,
Na błocie widać wryty ślad ogromnej pięty;
Tam znowu, gdzie cię przyjaźń i męstwo zawiodły,
Jak kołtuniasty bartnik drapiesz się na.jodły;
Indziej, kędy przy twardsza zdarzyła się tama,
W biciu Rzymskich gościńców wspomagasz Adama,
Ale pocoż mam gadać? Dzieł twych majestaty
Przeżyją wieki, ludy, miasta, nieba, światy.
Kogóż nie zdziwią w puszczach te gościńce kręte,
Kioski, spłaszczone góry i bory wycięte?
Niejedna żaba, skacząc do błotnego gmachu,
Widząc to, elektryczny dryg zrobi ze strachu.
Cóż gdy rząd uczty wspomnę i ciebie przyłączę...
Zatykajcie mnie gardło: ja za noc nie skończę...
Łże ten, kto śmie powtarzać, że tam były miody:
Cud się zdarzył, mnie cudu znane są powody.
Gdy bracia sami lepsi tęgo dżgali z garka,
Nie spić się, to do głupstwa była kontramarka,
Głupstwo całe: puhara nie wypić odrazu;
Nic nie pić — na tę zbrodnię nie znajdę wyrazu.
Teraz przemianom winnym dziwić się nie będziem:
I ananas w złem gardle staje się żołędziem.
Wzgardzajcie, że was gani ten niecałkiem pjany,
Ten Rak, ten Chrząszcz, ten Pająk, ten Sztych kropkowany
Wasza sława zabłyśnie... Oj, oj, powiem dalej...
Na kłódkę gębę zamknij, albo winem zalej!...



Przypisy

  1. Zkolei Pietraszkiewicz czytał swoje wiersze.
  2. muza poezji właściwie epickiej, nie lirycznej
  3. muza poezji miłosnej, nie epickiej.
  4. Czeczot czytał u filomatów Dumę nad mogiłami Francuzów <poległych w wojnie 1812 r.>.
  5. Klio, muza historji i wymowy.
  6. pisarków <ros.>.
  7. Dominikanom, uczącym w szkole powiatowej w Nowogródku.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Mickiewicz.