Jak to święty Józef orał

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Jak to święty Józef orał
Pochodzenie Opowiadania starej Margośki
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wydania 1927
Drukarz Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Jak to święty Józef orał.

— Trzeba wiedzieć, że Józef Michno niezawdy mieszkał pod górką kościelną podle organisty. Przódzi siedział pospołu z innymi Michniakami za Górkami od strony Ratanic, gdzie dotychczas jeszcze mieszka Feliks, z przezwiskiem Mysik, szewc i Antek zagrodnik, za wapiennikiem siedzący. Gronta zaś miał od Boru, gdzie i my Jastrzębiaki, tak, że naweteśmy miedzą się stykali — ino, że on był bogacz, niby dziedzic jaki, i zagony jego przechodziły aże do Przegini. Wiodło mu się też niezgorsza: pszenica miała kłosy na stopę, a owies, jak trząsł się z wiatrem, to dzwonił kieby one brzękadła u chomątów, kiedy jedzie wesele. O koniczu to niema co i dużo opowiadać, bo nie tak dziewanny w lesie strzelają bujnie, jak on, a kanianki to nikiedy nikt na nim nie uźrał. Chałupę miał jak się patrzy, niczem wójt, a kole niej obejście przyzwoite z kwiatami u płotka i bramką wystawną. Wszyscy mu zazdrościli podówczas, a dzieuchy to ino na niego zerkały — o! bo nie był on zawsze taki stary i zgrzybiały, jak dziś, i krew młoda do lic mu tryskała. Był-ci on śwarny, jak mało który parobek, a kie szło do krakowiaka, to nikt składniejszych śpiewanek nie umiał i nikt się tak nie wyśmyrgał zręcznie, aż dziwo. A kiedy go ojcowie odumarli i sam był na swym majątku gospodarzem, wtedy się paliły do niego dziewki, bo każda chciała być gospodynią na tych łanach. Ale on sobie wszystkie miał za bajbardzo i zwłaszcza kiedy która była biedniejsza, to choćby była jak anioł piękna, to na nią nie poźrał. Juści, że dla gospodarza, i to pierwszego na okolicę, nie pierwsza z brzegu się należy!
Opodal były gronta Jaśka Ciupka, który po matce trzymał swój działek, a był człek biedny, bo nie miał własnej chałupy i tylko na komornem pożywał u Fajty. Nie mógł-ci on nawet się zagospodarować, jako, że nie był miejscowy i nikomu nie krewniak, a jeżeli i był kto z matki rodzeństwa, to się do niego nie przyznawał — bo i cóż się przechwalać dziadziakiem! Wołano go Jasiek Przybłęda albo Przebinda. On se nic z tego nie robił, bo takie miał serce poczciwe, że się gniewać nie umiał, a był tak nieśmiały i potulny, że gdy o coś miał prosić, to czerwienił się na twarzy i zająkiwał, jak przed księdzem na spowiedzi.
Był to już spozimek, gdy Jasiek po matce objął puściznę, a na przedwiośniu do orki wziąć się było potrza, by choć z onej odrobiny na chleb sobie zarobić i komorne z czego zapłacić. Ale skąd tu wziąć pługa do orki? Jego chudobę dawno Żydy rozniesły, bo ojciec Jaśków, nieboszczyk, pijał za życia i wszystko, co miał, przepił; ino żoninego coś niecoś ostało. A o koniu ani wołu to ani mowy nie było, by miał to Jasiek posiadać.
Gryzł się tedy, co pocznie, bo i Fajto, u którego mieszkał, był człek niebogaty i, sam ciężko pracując, nie miał czasu pożyczyć pługa. Zebrał się tedy na odwagę Jasiek i idzie do Józka Michny.
— Gospodarzu! — peda, pieknie w pas sie pokłoniwszy — pożyczcie mi też-ta waszego pługa do orki. Ja się wam później wypłacę, albo i zgodzę się do was na trzy dni w tygodniu do roboty!...
— Widzicie go! Jaki mądrala!... Swoje przepił z ojcem, teraz i moje chce zmarnotrawić. A pomocy z ciebie i tak nie będzie, boś łajdus i czas mi chcesz zbywać.
— Gospodarzu! Józwie! dy ja wam na Panjezusa i świętych pedam sprawiedliwie.
— Kużdy święty ma swoje wykręty, a tyś jest nicpoń i leniuch. I sam nic nie obrobisz i drugiemu czas zabierasz. Nie dam ci pługa i koniec.
— Gospodarzu! toż ja wam i zaraz zapłacę dwa reńskie... na zadatek...
— Za tanie pieniądze psy mięso jedzą. Powiedziałem i tyla!
Cóż miał robić Jasiek? Stropił się i wrócił do chałupy, a bał się do drugiego gospodarza chodzić, by mu tego samego nie powiedziano, co u Józwy Michny. Siadł tedy na przypiecku w izbie i zaczął przemyśliwać, przegryzając suchą kromkę chleba.
— Może do żyda pójść? Z parchem to zawsze łatwa sprawa! — myślał, ale się zaraz pomiarkował, że go psiekrwie gotowe tak samo oszwabić, jak ojca. Gdy tak myślał, usłyszał klekotanie nad strzechą.
— Aha! bociek już wrócił... zdaje się, i święty Józef niedaleko. Wnet się i trawa puści, a ja jeszczem zagonu nie obsiał.
A bociek klekotał nad strzechą: „źle! źle! źle!“ — aż się Jaśkowi markotno zrobiło i płakać zaczął... Jakoś tak długo siedział, aż go zmroczyło i zaczął chrapać, zapomniawszy o zmartwieniu.
Widział zaś tę całą zgryzotę Jaśkową Pan Jezus, co był w obrazie nad jego łóżkiem. Ulitował się nad biedakiem, więc idzie do nieba i powiada świętemu Józefowi:
— Słuchajcie święty Józwie, Jaśkowi Ciupkowi źle się powodzi, aż nad nim ten bociek, ptak wasz, labiedzi. Nieborak nie ma skąd pługa wziąć, a tu orać trzeba. Zróbcie mu ta na mój rachunek pług nowy, by nie narzekał. Z was był przecie majster nielada jeszcze na ziemi...
I święty Józef zrobił pług i postawił go w sieniach. Nazajutrz rano Fajto się obudził i uźrał pług. Przestraszył się, bo se zara pomyślał, że pług ukradziony, więc zaniósł do wójta i opowiedział wszyćko. Wójt się zdumiał, bo pług-ci był nowiuteńki i ładny, jakiego nawet Figuła okuć nie umiał. Tak sobie zaraz wyrozumował, że nic innego, ino ten pług jest ze dworu i ukradł go Jasiek, bo wiadomo, że stary Ciupek dawniej często odsiadywał za kradzież, więc i młody pewnie nie lepszy. Niedaleko, mówią, pada jabłko od jabłoni... Postanowili zatem nic nie mówić, ale Jaśka mieć na oku i to samo polecili wachmistrzowi od ziondrów, Czternastkowi.
Widział święty Józef, że się nie udało, więc poszedł po rozum do głowy. W nocy, kiedy już wszyscy posnęli, zeszedł na ziemię po mlecznej drodze i stanął na gościńcu ratanickiem. Zajrzał do Michny, a widząc, że śpi, otworzył stajnię, wydobył pług i zaprzągł konia, trzasnął batem i zajechał na pole Jaśkowe. Tu uchwycił pług za cepigi, zarznął lemiesz w ziemię i poganiając konia, odkładał skibę za skibą, gładko i równo, jak za sznurkiem.
Wyszedł rano Jasiek w pole i uźrał zagon przeorany. Domyślił się, że to pomoc Boska, więc przeżegnał się i począł się modlić. A bociek, który też obaczył, że pole ktoś przeorał, zdziwiony klekotał: Ciewy, cie, cie!... Tak klekotał, aż się Jaśkowi serce radowało — i miał z czego się radować: dyć boćki zawdy szczęście przynoszą... Wzion ze sobą ziarno, nagarnął go w uziemek parcianki i począł siać. Do południa obsiał wszystko, co był święty Józef nocą przeorał, i skończył wtedy, gdy dzwony w Czernichowie zaczęły grać na Anioł Pański. Wtedy ukląkł i odmówił wszystkie trzy zdrowaśki, dziękując Panjezusowi żarliwie za otrzymaną łaskę. Potem poszedł do chałupy i poobiadował, a zaś legnął na przyźbie i zamyślił się nad tem, kto mu tak po nocach pomaga.
Tak było i na drugi dzień; święty Józef znów przyszedł i orał, ale już stary był i niesilny, nie wydolił jeszcze oborać całego grontu Jaśkowego. Zmiarkował to sąsiad Jaśków, Józef Michno, a że mu to coś właśnie podówczas Fajto o tem szepnął, jak znalazł pług w sieni, — począł zachodzić w głowę, skąd Jasiek przyszedł do pługa i kiedy orał, że go nigdy nie było widać przy robocie i drugi już dzień od obiadu na przyźbie się wylegiwał.
— Ani chybi, on albo złodziej, albo to z djabłem sprawa! — pomyślał sobie. — Muszę to ja zobaczyć, co on w nocy robi.
Właśnie, gdy tak sobie w głowie układał, zobaczył, że pod płotem leży jeden rzemyk od uprzęży, a przypomniał sobie, że uprząż wczora oglądał i była cała; dalej mu się zdawało, że drzwi stajni nie tak zawarte, jak je wczoraj zawierał, ale jakosi niedomknięte. Potem mu się zwidziało, że w nocy przez sen słyszał, jak ktoś otwierał wrota u niego i jakby się odzywał skrzybot orczyków i tupotanie kopyt.
— Nieinaczej! Ciupek u mnie prosił pługa, a widząc, że mu nie dam, to mi go nockiem wykrada i konia mi morduje psiajucha. Ale ja mu pokażę! Nie ujdzie mu to tak na sucho, jak przódzi z tym dworskim pługiem!
Tak-ci rozprawiał ze sobą Józek Michna i umyślił sobie, że stanie w nocy koło swojego płotu, skąd jak na dłoni widać było zagrodę Fajtową i wchód do niej, bo to nocka była jasna i miesiączek przyświecał. Po wieczerzy zara czatował, ale się długi czas doczekać nie mógł nikogo i wkoło było cicho, jak w kościele, ino w Rudnie woda szuściała. Przeczekał tak dobrych kilka pacierzy, aż wreszcie zobaczył, że od strony domu Fajtowego ktoś idzie powoli w jakimś dziwnym stroju, takiejci długiej kapocie, jak organista, i trepkach na nogach, jak kloryki bernardyńskie z Lubernije. Broda mu się ciągnęła długa do pasa, jak u Moszka Wasserteila, ino że nie miał tej przebiegłości w oczach, ale patrzył przed siebie spokojnie i łagodnie, często mrużąc powieki. Trzeba bowiem wiedzieć, że święty Józef (on-ci to był we własnej osobie) był już nieco niewidzący ode starości, podobnie jak nasz Cichoń organista, co czyta w nutach przez sekulary.
Dlatego też, że był taki ślepawy, nie doźrał święty Józef przyczajonego Michny, ale szedł prosto do jego zagrody. Nie doszedł, wziął się otwierać wrota, ażci na niego wypada Michno z pyskiem:
— Kady idziesz, łapserdaku jeden! Ja cię zara oddam do ziondrów!
Święty Józef popatrzył na niego i nie wiedział zrazu, co powiedzieć.
— Przyszedłem do was, gospodarzu, pługa pożyczyć, by Jaśkowi Ciupkowi gront doorać.
— A tuś mi, ptaszku! Zara ci portasy zdymę a wyłoję! To tyś ten złodziej, co mi szkapę po nocach zamęcza i pług bez pozwolenia bierze! — krzyknął ze złości, bo nie poznał świętego Józwa i myślał, że to może jaki kómornik albo prędzej Żyd, bo brodaty. W tej złości tak się zawzion, że już wyrwał kół z płota i chciał nim sprać (Boże, bądź miłościw grzesznej duszy mojej!) świętego Józwa, ale się opamiętał, że mu ręka uschnie, gdy starszego uderzy. Więc się naprzód zapytał:
— A skądeś ty, że cię tu pierwszy raz widzę? Możeś z Liszek uciekł z haresztu?... Jak ci na imię?
Na to święty Józef:
— A Józef, jak i tobie.
— A który Józef?
— Ano ten z nieba, co to mój obraz jest w ontarzu w Czernichowie.
Na to już ozeźlił się Józek Michno.
— A łajdusie! będziesz se ze mnie kpił i świętych przedrzeźniał! — i już podniósł drąg do bicia, kie nagle święty Józef stanął całki w blasku, jako w niebie, a blask był taki, że Michno oślepnął. A na to zeszedł sam Pan Jezus z nieba i peda:
— Józefie Michniaku! Żeś zgrzeszył przeciw opiekunowi memu, świętemu Józwowi, będziesz teraz mieszkał pod kościołem i ciężką ciesielką się zajmował, a będziesz biedny, żeś biednego nie chciał wspomóc.
Tak też się stało. Przyszła bieda na Józka, aż musiał chałupę i gront sprzedać, a do ciesielki się zabrać. A co przódzi w dziewkach przebierał, to go później żadna nie chciała i wydrzeźniano mu się:
— Józek, napraw wózek, nakładź kojca, pojedziemy do ojca.
Jaż se nareszcie znalazł ubogą Salkę Sroczankę i z nią się ożenił. Przy ciężkiej pracy zagospodarował się jako tako, ale już nie było to co dawniej, zwłaszcza, że mu w robocie przeszkadzały oczy, na które źle widział.
A Jaśkowi Ciupkowi dobrze się powodziło. Uciułał sobie grosiwa tyle, że kupił wkońcu gront i chałupę po Michniaku, ka się sprowadził i bociek, co mu szczęście przepowiadał. Ożenił się Jasiek śwarno i podziękował Panjezusowi i świętemu Józefowi postawił figurę, co do dzisiaj stoi wedle drogi od Boru do Przegini. A w Przegini to śpiewają kolendę:

„Janie gospodarzu, wy o tem nie wiecie,
Że na waszej roli sam Pan Jezus stoi,
Święty Józef orze po czarnym zagonie...“






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.