Przejdź do zawartości

Jak się dawniej listy pisały (Kraszewski, 1884)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jak się dawniej listy pisały
Pochodzenie Mozajka
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wyd. 1884
Druk Władysław Szulc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VI.
JAK SIĘ DAWNIEJ LISTY PISAŁY.






Było to późną jesienią. Podkomorzy Wereszczaka, powróciwszy z małej w pole wycieczki, dla obejrzenia posiewów, jak się one przed zimą prezentowały, chodził po wielkiej izbie gościnnej, w której nigdy bardzo ciepło nie bywało, a dnia tego szczególniej przenikliwy chłód czuć się dawał.
Podkomorzy, który na cierpkiem powietrzu i wietrze ostrym trochę już był przemarzł, nogami tupał, ręce zacierał, poruszał się, wyciągał, a rozgrzać nie mógł.
Na dworze zmierzchać zaczynało. Przed domem z okien widać było dziedziniec szeroki, prawdą a Bogiem, dosyć niedbale utrzymywany. Z jednego boku przypierały do niego stajnie, przed któremi zawsze coś stało, albo prosty wóz drabiasty, albo ze zwieszonemi na ziemię smutnie hołoblami odarta bieda.
Nie mówię o tem że siano rozsypane, słoma roztrzęsiona i inne nie uchronne następstwa pobytu koni, zdobiły część podwórza bliższą stajen. Z drugiej strony duża oficyna, służyła za dom folwarczny, czeladni, kuchnią, praczkarnię i na wszelki użytek do którego dom nie starczył.
Naturalnie też okolice jej zbyt czysto utrzymać się nie mogły. Tu rąbano drewka, szczepano skałki, wyrzucano węgle i popioły, pozostałości kuchenne, wylewano pomyje, a psy gończe Podkomorzego ilekroć je wypuszczono, same podobno ten śmietnik z grubszego oporządzały.
Wprost na przeciw okien były wrota, stojące tak nałogowo otworem, iż byli ludzie co powątpiewali czyby je już zamknąć można. Nabrały od tej nieruchomości fiziognomii dziwnej, zdawały się walić — lecz stały tak już od bardzo dawna i wrósłszy w ziemię, obiecywały trwać lata.
Gdy Podkomorzy chodził rozgrzewając się po izbie, temi wrotami właśnie wjeżdżał konny, w którym najniewprawniejsze oko mogło poznać posłańca.
Jest to postać przedpotopowa, dziś już zaginiona i z tradycyi tylko znana, ale dawniej istnieli tacy ludzie co przez całe życie sprawiali obowiązki posłańców, było to ich powołanie. Takiego: „umyślnego“ poznać było można zaraz z fiziognomii. Człowiek to zwykle bywał śmiały, z ludźmi obyty, dróg świadomy, zahartowany na wszystko i chętnie przewożący różne wiadomości. Nie gardził on kieliszkiem w szynku i koń jego miewał zwyczaj nawet przed każdym się zatrzymywać proprio motu.
Więksi panowie mieli takich bojarów wielu, szlachta wybierała zdolniejszych z włościan.
List który zwykł był posłaniec przywozić, często do rąk własnych adresowany, zawijany był w szmatkę, trzymany za nadrą, niekiedy pod koszulą na gołem ciele, aby go czuł zawsze poseł, czasem zatykał się w baranią czapkę, między dwie jej ściany.
Pismu niekiedy towarzyszyło ustne pozdrowienie i jaki dodatek słowny. Przyjmowano posłańca różnie, ale najczęściej i kieliszkiem i miską. Czasem garść jaka i konikowi się dostała, który albo szedł do gościnnej stajni, lub — drzemał u płotu.
Podkomorzy Wereszczaka w nadjeżdżającym konno, na srokatym koniu człowieku, który szkapę do kołka przywiązał i nie zważając na szczekanie psów odprowadzających go do dworu, skierował się ku gankowi, poznał zaraz posłańca.
Od kogo? to było dlań tajemnicą, lecz bądź co bądź — zafrasował się. Posłaniec wiózł list, który potrzeba było przeczytać — a co gorzej — odpisać nań. A, trzeba wiedzieć, że od czasu gdy go u Jezuitów w Lublinie zmęczono pisaniem, Podkomorzy, równie manipulacyi samej, jak tego wytężenia myśli, którego pisanie wymaga, cierpieć nie mógł.
— Otóż masz! rzekł w duchu! Posłaniec i — list! a Jejmości w domu niema.
W istocie Podkomorzyna była u córki... a Wereszczaka sam w domu.
W sieniach już słychać było, jak się ów posłany zaczął targować ze służącym Jakóbem. Podkomorzy drzwi otworzył.
— Co tam?
Z odkrytą głową łysawą stojący poseł, szybko odpowiedział.
— Z listem do Jaśnie Pana.
— Od kogo?
— Od Podskarbiego.
To mówiąc i czapkę położywszy na ławie, posłaniec sięgnął za nadrę, wyjął z niej czerwoną chustynkę, rozwinął i dobywszy z niej na szarym papierze z wielką pieczęcią list, z pokornym wręczył go ukłonem.
Podkomorzy przyjął go zmartwiony. Przewidywał widać iż z odpowiedzią ciężko mu będzie, bo się po chwili odezwał łagodnie.
— Niech Jakób powie aby konia do stajni wzięto, a posłańca na folwark.
I szepnąwszy coś staremu słudze, Podkomorzy drzwi zamknął. W pokoju szaro już było, list położył a raczej rzucił na stół kwaśny.
— Jezu mój miłosierny — stęknął — czego on znowu pisze? Pewnie o sejmik i swojego kandydata! ale, niechby go z nim... dałbym głos i ja i moi, żeby mnie listami nie nasyłał. Co tu teraz robić bez Podkomorzyny!?
Oprócz starego Jakóba, który był i sługą i rodzajem majordoma, Podkomorzy miał chłopca — Jaśka, do tych usług pomniejszych, jak naprzykład, zdejmowanie butów, nader zawsze mozolne, któremu przekleństwa i stękania towarzyszyły — przynoszenie drewek na komin, i t. p.
Tym razem właśnie Jasiek wyprawiony był po suche drewka i miał na kominie zapalić. Poszedł, lecz była to rzecz znana powszechnie, że mimo kuksów jakie za to odbierał, Jasiek wszelkie po za oczyma odbywane funkcye — pełnił z niezmierną czasu stratą.
Co robił w czasie tych wycieczek? nie było docieczono dokładnie. Wedle pory roku i zmiennych okoliczności, draźnił indyka, niekiedy do najwyższej doprowadzając go passyi; pędzał kury, dłubał w nosie, wymykał się ku ogórkom i t. p.
Dnia tego nie można go było o co innego posądzić chyba o kaczany od kapusty, na które był też łasy. Klucznica przysięgała się że marchew surową jadał, cóż dopiero słodkie kaczany.
I nie było go, choć drewka leżały na drewutni w szopce tuż około kuchni; a Podkomorzy klął i gderał. Miał ten zły zwyczaj, chociaż skutkiem częstego powtarzania doń — nie robiły skutku.
Wołał pół głosem.
— Gdzie ta jucha Jasiek? kiedy poszedł? a dotąd nie wraca! A, żeby go..... Tu następowało wyliczenie wszystkich plag egipskich, których życzył Jaśkowi. Wchodziły w lik — deptanie kaczek, — zczeźnięcie marne — skiśnięcie, i t. p. Podkomorzy miał wielką tych wyrażeń obfitość.
Jakkolwiek list zbyt ciekawym być nie mógł — draźnił jednak i niecierpliwił leżąc zawarty. Podkomorzy bez świecy go czytać nie mógł, a nawet przy niej nie obchodził się bez okularów.
Zawołał Jakóba aby przyśpieszył powrót Jaśka. Jakób leniwy równie jak poczciwy, pofatygował się tylko na ganek i huknął na stróża; rozkazując mu aby dezertera przyprowadził za uszy.
Lecz w tem i on sam ze ścierką ogromną pełną drewek na plecach, uginając się pod jej ciężarem, ukazał się od strony drewutni. Wyłajał go naprzód stróż, potem Jakób po drodze, naostatek sam pan przypadł, któremu żywo począł coś Jasiek prawić niezrozumiałego — i rzuciwszy drewka, pobiegł po świece.
Świece te dla Podkomorzego nie było łatwo tak na zawołanie podać.
Rurkowe, łojowe, jakich na codzień używano, miała klucznica pod swem zawiadywaniem, trzeba więc było biedz na folwark po nie, potem je w papier oprawić, zapalić, lichtarz z umbrelką oczyścić, i szczypce zawsze pełne, fundamentalnie z knotów wczorajszych wychędożyć.
A że Jasiek zwykł to był czynić nie spiesząc się, zwlokło się zapalenie świec tak, że Podkomorzego niecierpliwość do tego stopnia urosła, iż Jaśkowi wnoszącemu światło i wedle zwyczaju — odzywającemu się w progu — niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — pięścią pogroził.
Teraz należało krzesło przysunąć, podać stołeczek pod nogi.
Podkomorzy usiadł.
— Podaj okulary.
Z okularami od niepamiętnych czasów była zawsze turbacya niesłychana. Wereszczaka dbał niezmiernie o te okulary, które sobie do oczów dobrał z niemałą biedą, czasu swej bytności w Warszawie; chował je, ale nigdy nie pamiętał gdzie położył.
Miały one dwa czy trzy miejsca, przeznaczone dla siebie, w których się jednak nigdy nie znajdowały. Urzędowe ich ulokowanie było w szufladce przy kartach od maryasza i kabały, niekiedy znajdowano je na komodzie około niebieskiej filiżanki, czasem walały się na dużym stole, a raz nawet przydybano je na oknie, co Podkomorzego oburzyło, choć sam je tam położył.
W kieszeni od kapoty extra-rzadko się trafiały.
Poczęło się poszukiwanie okularów, macanie po ciemku, bo duże łojówki z umbrelką niedaleko światło rzucały, ― i klątwy. Szukał Podkomorzy sam, Jasiek, zawołano Jakóba. — Rozstąp się ziemio! okularów ani słuchu.
Powstała burza. Przybiegła stara Dorota ze stoczkiem w ręku na pomoc, i udało się jej, prawdziwym cudem, albo dziwną domyślnością niewieścią odkryć je utkwione, pomiędzy komodą a ścianą.
Tu dopiero potrzeba było posłuchać dociekań czyją winą one się tam dostały, bo, rzecz oczywista — same one, jak powiadał Podkomorzy, wleźć tam nie mogły, ale ktoś sprzątający na komodzie z lekceważeniem karygodnem sprzęt ten drogi — nie dość że zrzucił, lecz nawet występku tego nie był świadom... lub... mogła w tem być niepoczciwa złośliwość.
Przekonawszy się dopiero że zsunięcie się za komodę okularom nie zaszkodziło, i futerał ich tylko szwankował nieco, Podkomorzy włożył je na nos, kopertę rozciął, list dobył, zbliżył go do świec i z uwagą rozpoczął czytanie, od intytulacyi.
„Jaśnie Wielmożny Podkomorzy dobrodzieju a mnie wielce miłościwy panie a bracie?“.
Zwykłe listy, tylko dla formalności pisywane, na ćwiartce papieru rzadko zajmowały więcej niż jedną stronicę, i obrachowywane bywały tak, że podpis w pewnym odstępie u dołu mieszczący, wypadał jeszcze nie na samym skraju. Z przerażeniem dostrzegł naprzód podkomorzy, iż na pierwszej tej stronie nietylko nie było podpisu, ale ani nawet formuł go poprzedzających, odwrócił niespokojnie papier i przekonał się iż list miał trzy całe stronnice, a opatrzony był jeszcze ― postscriptem.
Oczywiście kuso nań odpisać, per dominum pstrum, nie godziło się, zwłaszcza Podskarbiemu; sprawa być musiała magni momenti, ważna.
Opadły mu ręce.
— Masz tobie! rzekł w duchu — nie mówiłem?
Podkomorzy w istocie nie mówił nic — lecz zwykł był wyrażenia tego używać, pocieszając się w każdym kłopocie przenikliwością swoją.
Bądź co bądź, potrzeba było zacząć czytać. Operacya ta, niewprawnemu Podkomorzemu, który i z powodu oczów i dla wstrętu do papieru, zawsze się kimś posługiwał — nie przychodziła łatwo z drukowanego — a cóż dopiero z tych zygzaków kancelaryi Podskarbiego, którego „amanuensis“ grzebał jak kura.
Wereszczaka, któremu przed chwilą było zimno, potnieć zaczynał, a nie stało się to od ognia rozpalonego na kominie, bo Jasiek ledwie go rozdmuchał, lecz z niezmiernego wysiłku wszystkich władz umysłowych, jakiego odczytywanie i sylabizowanie wymagało.
Przerywał sobie tylko.
— A niech że go! — O to pisze? Cóż to znowu jest? — Niema końca.
Sprawa była skomplikowana dosyć. Nie szło o sejmik, ale o dawny proces z powodu zbiegłego poddanego, którego tożsamości Fleming dowodził, a Podkomorzy przeczył.
Rzecz ta uśpioną była przez czas jakiś, teraz ją wznawiano.
Pomijając to, że sama rzecz niemiłe czyniła wrażenie i groziła procesem, — potrzeba było odpisać.
Przenikliwy Podkomorzy odgadywał, że — wznowienie pretensyi było tylko sztuką, ażeby kosztem umorzenia jej pozyskać sobie na sejmiku poparcie.
Należało więc tak odpisać, aby i nie dać poznać że się — zwąchać pismo nosem — (wyraził się Podkomorzy) — i podrożyć się... a potem...
Podparłszy się na łokciu Wereszczaka, dumał i wzdychał długo. Zwlekać z odpowiedzią, i po dniu albo dwóch dopiero, wysłać ją drugim umyślnym do Terespolu — niewypadało.
Dowiodłoby to, że się zbyt namyślano i strwożono. Stante pede należało odpowiedzieć.
Wtem był sęk.
Nadchodził czas wieczerzy, po jedzeniu zaś miał Wereszczaka za stałe prawidło wstrzymywać się od wszelkiej pracy umysłowej, oprócz wieczornego pacierza.
Trzymał się też reguły starożytnej: mille passus meabis, i chodził, pisać więc nie mógł.
Musiał natychmiast zasiąść do listu, wieczerzę odroczyć, kieliszkiem tylko ratafii się pokrzepić i — zbyć się tego licha.
Zawołał Jakóba, który stanął u progu.
— Słyszysz stary, rzekł — ten list przeklęty od Podskarbiego! Oto mi w porę! Muszę zaraz odpisać... a tu — wieczerza, a ja po wieczerzy, niemogę.
Niech z tą kolacyą zaczekają, czy co?
Jakób ręką zamachnął.
— A toż kaczka na rożnie — rzekł, to się w niwecz spali.
— Bodajby go z tym listem — zamruczał Podkomorzy i dodał z heroizmem: — No — to niech się spali. Kat ją bierz... Daj mi kieliszek ratafii, z wieczerzą czekać.
Wereszczace gdy tym tonem mówił, niepodobna było już żadnych czynić uwag. Jakób poszedł po ratafję.
Podkomorzy mentalnie przygotowywał odpowiedź swą, nie szła mu...
Natchnienia nie miał. Dać je mogła ratafia — ale różnie i z tem się trafia. Bywa, że co ma pokrzepić, to w głowie zamęt sprawi.
Jakób przyniósł chleb, sól i flaszkę owej ratafii, którą Podkomorzy badawczem okiem zmierzył, bo mu się coś zdawało, że ostatnią razą we flaszce jej zostawił więcej.
Podejrzenie padło na Jakóba — lecz czasu nie było się o to spierać.
W chwilkę potem, zakąsiwszy chlebem, w istocie uczuł Podkomorzy, iż w głowie mu się wyklarowało...
Wyrazy i wyrażenia ustawiały mu się jakoś zręcznie, przybiegały na zawołanie, wiązały z sobą pięknie; uśmiechał się niektórym z nich.
A, chociaż list by by mógł w takiej chwili natchnienia zaimprowizować śmiało; ponieważ szło o sprawę z Podskarbiną bezpieczniej było i namyśleć się i bruljon sobie zostawić. Raptularz taki przydać się może.
Szło więc już tylko o — pisanie.
Stęknął biedny Wereszczaka, bo ręce miał zawsze trochę nabrzękłe i pióro brał ze wstrętem. Lecz dura necessitas.
Otworzył szufladę, w której zawsze bywało kilka arkuszy papieru, jeśli nie rygałowego, to wcale przyzwoitego... Spojrzał, wpuścił rękę — dobył, ale zamiast białego — siny, prosty, gruby, regestrowy, na którym wstyd było odpisywać.
Gorączkowe wypróżnienie szuflady, z łona jej wydobyło, nożyczki stare, kłębuszek wyporków nawinięty na asa kierowego, kawałek wosku, naparstek podkomorzyny, dwie stare koperty, już na kwitki do arędy poobrzynane — i lineał.
Papieru białego — ani śladu.
Krzyknął Podkomorzy ― Jakób! aż na drugim końcu domu wszystko się poruszyło — Jakób!
Stary, którego już odroczenie wieczerzy podrażniło, wszedł nadąsany.
— Gdzie papier? papieru niema? Gdzie się mógł podziać? kto śmiał ruszyć? Sześć arkuszy tu — w tej szufladzie, sam włożyłem.
Jakób o papierze nie wiedział wcale, pobiegł po Dorotę. Dorota zaklinała się wcześnie, że z papierem nie miała do czynienia nigdy, a na wielkanoc pod placki, oprócz starych regestrów żadnego innego nie brano. Być wszakże mogło, iż Pani Podkomorzyna, obawiając się nadużycia, zamknęła go do swojej komody, której klucz wzięła z sobą.
Wereszczaka w taką już wpadł rozpacz, iż Jaśka natychmiast wykomenderował na wieś po ślusarza, aby komodę otworzył gwałtem — Dorota protestowała — niepomogło. Jasiek już ruszał, gdy Jakób poważny i milczący z drugiego pokoju przyniósł znalezione, prawdziwem jasnowidzeniem trzy arkusze papieru, które w stoliku samej Podkomorzyny spoczywały.
Było ich tylko trzy... lecz mogło się to później wyjaśnić, Podkomorzy ochłonął i siadł...
Rozkazał Jakóbowi przynieść kałamarz.
Sprzęt ten, rzadko bardzo będący w użyciu, szeroki u dołu, z szyjką zwężoną, zwykle zatykany korkiem, stał zawsze, od czasów niepamiętnych na komodzie w sypialni. Jakoż znalazł się w swem miejscu, zapylony, ale bez korka...
Pomimo szkła ciemno-szafirowego z którego był odlany, przeciw świecy okazał się próżnym — atramentu nie było w nim ani kropli.
Lecz na to znany był sposób, wlewało się trochę wody ciepłej, a osad na dnie przyschły, dawał wcale przyjemnej barwy ciecz szarawą, z pruszynkami pyłu, która na papierze przybierała kolor nie zdecydowany lecz czytelny. Dorota podjęła się wskrzeszenia inkaustu.
Teraz dopiero Wereszczaka przypomniał sobie, że oprócz papieru i atramentu, potrzeba było koniecznie pióra do pisania. Jakób poszedł ich szukać i znalazł dwa. Jedno z długim ogonem białym, pokaźne na oko, lecz gdy mu się Wereszczaka przy świecy przypatrzył, okazało się tragicznie rozdarte na dwie części, i każda z nich wykręconą była tak, jakby zaprzysięgła, że papieru nigdy nie dotknie.
Drugie pióro, mało obcięte jak więźniom głowy strzygą, było długie, wyglądało na dające się zużytkować, lecz rozeschłe, starte na końcu — nie spuszczało wcale i pierwszym jego owocem był żyd, którego Podkomorzy, papieru żałując, po studencku językiem zlizał.
Splunął zaraz, lecz smak mu pozostał potem tak niemiły, że musiał sobie kazać dać kapkę ratafij i chleba z soli pruszynką. Dopiero to przeszło.
Zamachnął się już poczynać raptularz — i Jakób uspokojony szedł do progu, gdy krzyk się dał słyszeć, który Podkomorzy, tylko w chwilach zupełnego zapomnienia się wydawał.
— A! wciornastki by cię...
Jakób stanął.
— Nie pisze — szelma!
I cisnął w stół piórem tak, że gdyby nawet potem chciało mu się akomodować, nie mogło by, gdyż zdruzgotał je w kawałki.
— Biegaj mi zaraz do ekonoma na folwark... pióra! na rany ludzkie! pióra! żeby też w domu jednego poczciwego pióra nie było! A to skaranie — a to nieszczęście jakieś...
Jakób wyprawił Jaśka po pióra, a chłopiec nie miał zwyczaju się spieszyć. Przy tem sprawa z ekonomem przedstawiała, mimo prostoty swej, niektóre trudności wykonania.
Ekonoma nie było w domu. O tych absencyach jego wieczornych, ponieważ był nie żonaty, chodziły wieści różne; zwyczajnie plotki. Oficyalnie zaś ekonom miał się znajdować u arędarza z powodu wątpliwości o wódkę znajdującą się w beczce. Posądzano go o dolewanie pokryjomu sprowadzanej.
Jasiek więc musiał biedz do karczmy, a karczma znajdowała się o dobry kawał od dworu. Przyszedłszy tu, ekonoma nie zastał, tylko co się oddalił, lecz gdzie był, niewiedziano.
Tymczasem Podkomorzy klął, a że upływały kwadranse, wpadł na pomysł genialny pisania raptularza ołówkiem.
Egzystencya ołówka w domu, mytyczna trochę — nie dawała się dowieść.
Dorota przysięgała, że raz tylko maleńki kawałek jego widziała — którym — śliniąc go mocno, deseń na perkalu panna Petronela rysowała. Nie wiadomo jednak było, czy ołówek ten jej był własnością, czy skarbową.
Jakób mówił odważnie, że ołówka nie znał żadnego, bo nikt go tu nie potrzebował.
Podkomorzy przypominał sobie, iż coś walającego się w szufladce, podobnego do ołówka, na swe oczy widział.
Strzęsiono wszelkie możliwe kryjówki, w których ołówek miałby prawo spoczywać — nie znaleziono nic.
Tymczasem co się działo z ową kaczką już na rożnie będącą, strach pomyśleć.
Jasiek wrócił w dobre pół godziny, ze trzema piórami, używanemi, zamazanemi, — z których jedno zalecał ekonom szczególniej, jako piszące dobrze, lecz zawczasu zastrzegał się, że on sam nigdy piór temperować nie umiał, scyzoryka po temu nie miał i zwykle pióro dostawał od krewnego swego dominikana w Brześciu.
Przeciwko świecy wzięte pióro owe polecone, jako dobrze piszące, zdawało się mieć wszelkie warunki wymagalne. Ani zbyt spisane, ani zbyt świeże, z nosem trochę przytartym, rozłupane miernie, wyglądało sobie na przyzwoite pióro ekonomskie.
Podkomorzy umoczył je, otrząsnął, przyłożył do papieru — pisało!! Odetchnął.
Cienkich rysów nie można było nim nakreślić, ale zgruba, równo mazało znośnie.
Natychmiast Wereszczaka wystylizował: Jaśnie Wielmożny Podskarbi dobrodzieju, mnie wielce miłościwy panie a bracie!
Lecz, tu był sęk. Fleminga niektórzy zwali — Grafem, inni ze względu, iż w Polsce równość szlachecka tytułom się przeciwiła, tego sasko-niemieckiego atrybutu odmawiali mu.
Nieulegało wątpliwości iż — Graf musiał Flemingowi smakować, z drugiej strony było to — przylizywanie się magnatowi, o które nie chciał być posądzonym Wereszczaka.
Położył pióro — i — uderzył w palce.
— Niech go kaczki, dać mu grafa, kiedy ma to miłe.
Skasowawszy więc intytulacyę, napisał na nowo:
— Jaśnie Wielmożny Grafie, panie Podskarbi dobrodzieju, mnie wielce...
Znowu sęk. Miał li Grafa nazwać bratem?? Ten tytuł niedopuszczał już braterstwa.
Wereszczaka wstał zmęczony i przeszedł się parę razy po izbie.
Potniał — na zegarze było pół do dziewiątej. Kaczka — niechciał myśleć o kaczce, choć była to cyranka, po której palce sobie oblizywać.
Musiała się spalić na węgiel.
Siadł do pisania, lecz sprawę tytułu, braterstwa i tak odkładając na później, począł układać raptularz dalej.
Myśli, które w pierwszej chwili po ratafii tak żwawo i ochoczo mu przychodziły — znikły gdzieś, pochowały się, szło jak z kamienia.
— „Zaszczycony szacownym listem, J. W. Pana dla którego estymacyi mojej i wysokiej weneracyi zawsze.....
Znowu sęk.
Czy weneracya powinna była być — głęboką czy wysoką? — Podkomorzy zaciekał się, splątał — i zaczęło mu się robić na przemiany zimno i gorąco.
Rozstrzygnięcie między, wysoką a głęboką, mógł tylko stanowić usus, potrzeba więc było szukać w listach. Wereszczace zrobiło się zimno — wolał już cały ten początek obrócić inaczej. Zmazawszy więc — rozpoczął na nowo.
Nie dalej jak w czwartym wierszu, zaszła trudność nowa, ― utknął.
Położył pióro, westchnął, w tem wszedł Jakób i chrząknął.
— Cóż będzie z kolacyą? spytał.
Wyglądało to na urągowisko — krew się w nim poruszyła.
— A idź że ty mnie trutniu, do kroć sto tysięcy... nie przeszkadzaj, słyszysz.
Mężny Jakób nie wahał się jednak dodać.
— Blizko dziewiątej.
— Choćby i dwunasta była! zawołał Podkomorzy i pochylił się nad stołem.
Lecz przerwa w pracy umysłowej — ciąg myśli rozbity — przytem samo poruszenie gniewne działa zwykle fatalnie. Podkomorzy pogubił wszystko co miał już przygotowanem, połapać się nie mógł, odczytał co napisał — dalej ani — rusz. Jednym zamachem przekreślił całą robotę swoją i zniszczył ją. Musiał począć raz jeszcze na nowo.
Szło nadzwyczaj tępo, stało przecież półczwarta wiersza ukośnie i fantastycznie nagryzmolonych, tak że jedne od drugich uciekać się zdawały — bo Podkomorzy pojechawszy zanadto do góry, posuwał się potem nadto w dół, — powracał do pierwszego i t. d. W tem odczytując redakcyę tę, która mu się nową wydawała — postrzegł się, że powtórzył tylko najpierwszy swój koncept. Zdumiało go to — bo nie miał poczucia plagjatu popełnionego na samym sobie.
Rozmyślał więc, jakim trybem się to stać mogło? — a czas upływał.
Listu jak nie było tak nie było — bo to, co raz się wydało złem — pomimo recydywy — znajdował podejrzanem.
Pot kroplami spadał mu z czoła — czynił wymówki opatrzności, która go naraziła na tak nieprzyjemny wysiłek. Czekał natchnienia — nie przychodziło.
Upokorzony, ze smutkiem w duszy, pochylił się i rozpoczął czwarty raz, dając sobie słowo, że bądź co bądź wypadnie — nie będzie się już wysilał nadaremnie, i — praeter propter odpowiedziawszy – wyśle Podskarbiemu co Bóg da.
Tym razem po słowie, zwolna stawiąc, kreśląc, zmieniając, o pół dziesiątej dokończył mozolnie sklejoną odpowiedź.
Odczytując, chociaż nie był nią zaspokojony, znajdował uchodzącą. Jasną nie była, ale interes wymagał, aby wątpliwości rzucić umyślnie. W kilku miejscach, styl do życzenia coś zostawiał — lecz do piękności wysłowienia Podkomorzy nie miał żadnej pretensyi. Szło o to, aby czarno na białem, przeciw sobie nie wydać świadectwa.
— Pal go licho! — rzekł, wzdychając — jeżeli nie zrozumie — niech głowę łamie. Moja rzecz — odpisać — a jego tłumaczyć sobie i ciągnąć z tego konsekwencyi jakie chce.
Szło tedy teraz już tylko o przepisanie.
Podkomorzy obciął trzęsącą się ręką papier nie zupełnie równo — poprawił linie krzywe i zasiadł, trzymając w lewej ręce raptularz za świecą, a prawą rozpoczynając, Jaśnie...
Papier nie przytrzymywany, poruszeniem ręki prawej pociągnięty zjechał w dół, a „Jaśnie Wielmożny“ niepostrzeżenie ruszył tak szpetnie w górę, że oparł się na samej krawędzi.
Wereszczaka zajęty kaligrafowaniem, nie widział co robił, i pióro dopiero spadające na podłożony arkusz, oznajmiło mu, że się zaawanturował.
Ćwiartka papieru była zepsutą.
Wprawiło to Podkomorzego w taką rozpacz, że, nie zważając na to, iż się przydać mogła na notatki, kwitki, na pomniejsze listy, zdusił ją w garści namiętnie i cisnął w komin.
Papier, jak wiadomo, jest rzeczą zapalną. W zetknięciu z ogniem zajął się płomieniem, i stoczył na posadzkę tak nieszczęśliwie, że, nim Podkomorzy ruszył się z krzesła, zapalił zwieszoną ku ziemi serwetę na stole.
Ogień ten potężną garścią zdusił zaraz Wereszczaka, ale co się z nim działo — nie podobna opisać. Szalał po prostu.
Ręce się mu tak trzęsły, że obcięcie drugiego półarkuszka przyszło z większą jeszcze trudnością, niż pierwszego, a po brzegach był powykąsywany obrzydliwie.
— Niech sobie kancelarya się śmieje — mówił w duchu — nie jestem tak wielkim panem, żebym trzymał gryzipiórków, skryptorów, darmozjadów...
Tym razem tytuł wyszedł, z opuszczeniem jednej litery, niedostrzeżonem — jako tako. Podkomorzy spieszył się, bo nawykły do regularnego życia, obdarzony apetytem znakomitym — czuł głód nie żartem. W żołądku odzywały się głosy — owo charakterystyczne burczenie, które było jakby przemówieniem natury do sumienia! Trzeba było jednak naprzód raz koniec położyć temu nieszczęśliwemu pisaniu.
Do połowy szło jako tako, gdy, zmuszony uciec się do chustki do nosa, i przerwać kopiowanie — Wereszczaka ani się opatrzył, jak pół wiersza już napisanego, powtórzył iterum...
Dopiero kończąc ten duplikat, powziął podejrzenie!
— Masz tobie!
Nastąpiła chwila zwątpienia takiego, że ktoby był naówczas poczciwego Wereszczakę zobaczył, miałby litość nad nim.
Przepisywać raz jeszcze? — nie miał już siły. Przemazać te wyrazy było to przyznać się do błędu, i obrazić Podskarbiego wysłaniem pisma tak niedbale wykonanego.
Podkomorzy powiedział sobie, że mógł to — ignorować.
Zresztą powtórzenie wyrazów, ściśle wzięte, nie było tak wielkim grzechem.
Jednakże siadając pisać dalej Wereszczaka narzekał na los, który mu się dał rodzić w epoce, gdy listy pisać ludzie musieli.
Wrażenie tego usterku tak podziałało na rękę jego, że prawie wyrazu jednego nie mógł napisać teraz, który by coś do życzenia nie miał. Jednym brakło liter, drugie nadto stały ściśnięte, inne zbyt luźne. O interpunkcyi mowy nie było, gdyż Podkomorzy zawsze ją uważał za zbyteczną. Pieścić tak czytelnika, żeby mu pokazywać, gdzie się miał strzymać, gdzie głos zawiesić, gdzie się myśl jedna kończyła, druga poczynała — znajdował Wereszczaka rodzajem rozpusty.
Do końca pierwszej stronicy dojechawszy, odetchnął. Spojrzał na dokonane dzieło. Nie wyglądało ono w prawdzie lepiej nad inne współczesne — ale też nie gorzej.
— Ujdzie — rzekł w duchu — pal go tam... z elegancyą...
Wziął pióro w rękę i razem półarkuszek dla odwrócenia go, spostrzegłszy dopiero, że grubego pióra rysy nie były jeszcze suche.
Tak już się czuł znękanym i był nieprzytomnym, iż jakimś studenckim dawnym zwyczajem bezmyślnym, jak gdyby piaseczniczkę miał przed sobą, z najzimniejszą krwią, atrament wylał na papier. Postrzegł zapóźno swój błąd i krzyknął.
Z kałamarza wytoczyła się rzeczułka czarna — i kreśląc kilka meandrów na papierze, a słuchając prawa ciężkości, z arkusza listowego polała się na czysty, a z niego na kolana Podkomorzego...
Wereszczaka dłonie załamał, podniósł oczy, Jakób skrzywiony stał przed nim. Pokazał mu co się za nieszczęście przytrafiło, lecz niepodobieństwo było temu zaradzić, bo pod ręką miał tylko Jakób serwetę, a wiadomo, jakiej reputacyi zażywają plamy atramentowe. Ruszył po ścierkę.
Wereszczaka zdrętwiały i zrezygnowany siedział — czekając. Jasiek ze ścierką, i to starą, Jakób dla dozoru, a Dorota przez ciekawość, ze stoczkiem w ręku zjawili się przy stoliku.
Tymczasem Wereszczaka, w stoliku dopytał kawałka bibuły, i list nią uwalniał od resztek powodzi atramentowej; decydowany trzeci półarkuszek obcinać i pisać na nowo.
Nikt nie zaprzeczy, że dawał dowody anielskiej cierpliwości.
Już miał zabrać się do pisania, gdy Dorota, jak wszystkie niewiasty, przewidująca, wzięła do rąk kałamarz, i naprzeciw świecy patrząc, przekonała się, iż — suchuteńki był, atrament z niego wylał się do kropli...
— A co? — zapytał z obawą Podkomorzy.
— Nie ma nic...
— Dolać wody... ciepłej — rzekł Wereszczaka — albo z listem, na folwark do Ekonoma posłać po atrament.
— Gdzie u niego atrament! — zamruczała, zostająca w niedobrych z nim stosunkach, panna Dorota, i wyszła.
Podkomorzy miał czas odetchnąć.
Zegar wybijał dziesiątą.
Tymczasem papier został ostrzyżony na nowo — Podkomorzy nie tracąc chwili usiadł tak gotów, że mu nic nie pozostawało, tylko pióro umoczyć. Jakoż zanurzył je natychmiast, lecz był to dzień feralny (kalendarz stary stuletni świadczył o tem), panna Dorota przepełniła już poprzednio spłukanego staruszka, i miasto atramentu — stał się barszcz, jak mówił Podkomorzy.
Dorota utrzymywała nadąsana, że właśnie taki blady atrament najlepiej czernieje — zresztą innego nie było. Siadł pisać Wereszczaka, chociaż pismo zaledwie było znaczne.
— Pal go ― niech sobie oczy psuje! Co mi tam! — rzekł w duchu Podkomorzy — pisać moja rzecz, jego czytać.
Tym razem szło nierównie lepiej, ręka nieco nabyła wprawy przez poprzedzające próby — przy odwracaniu stronicy zachował wszelkie należyte ostrożności, dobił się aż do respektu i estymacyi z którą zostawał, zakreślił zygzak ku dołowi, podpisał się z tytułem i manu propria — położył datę — odetchnął...
Odczytać list nie było sposobu — lecz nie czuł się też Podkomorzy w obowiązku.
Teraz szło już tylko o skrojenie koperty, której teorya była znaną Podkomorzemu, lecz w praktyce nastręczało się trudności nieprzewidzianych mnóstwo. Stare nożyczki, których bez miłosierdzia wszyscy nadużywali, krajały jeszcze, nie tak jednak gładko i równo jakby były powinny.
Koperta wyszła fantastycznie i krzywo, lecz tem się już Podkomorzy nie frasował. Sygnet herbowny, na krwawniku, ut decet rznięty miał na palcu. Szło o lak.
Klasnął w ręce na Jakóba.
Stary przywlókł się z posępną twarzą.
— Niewiesz gdzież lak!
— Jaki?
— Głupi! a jakiż ma być? Lak do pieczętowania... bałwan!
— Laku u nas dawno niema — odparł Jakób spokojnie.
— Jakto nie ma!
— Bo wyszedł — mówił sługa. — Pani Podkomorzyna ostatni raz gdy chciała pieczętować list do kanonika, to wiem, że odrobinę znalazłszy na pióro nasadziła, żeby palców nie popiekła — i pióro osmoliła... a na pieczątkę nie starczyło...
Dzień był najdowodniej feralny.
Podkomorzy zażądał opłatka. Był to jedyny surrogat możliwy — Dorota znalazła szczątki czerwonego na komodzie i Wereszczaka się wziął do zalepiania koperty...
Dzieło to nie zupełnie się szczęśliwie powiodło, lecz szło o to, aby się do Terespola trzymały z sobą końce. Drżącą ręką położył adres Podkomorzy i głosem grzmiącym zawołał o wieczerzę. List do jutra rana miał pozostać na stoliku, gdyż atrament był tak blady, iż należało po dniu sprawdzić czy zczernieje, wedle zapewnienia Doroty.
Kluseczki na mleku, przydymione, zjadł Wereszczaka z apetytem, po nich nastąpiła wysuszona cyranka, którą na głodny ząb — przyjąć było potrzeba. Podkomorzy wstał, przeżegnał się i z przerażeniem spostrzegł, że on co regularnie po pacierzach o godzinie dziewiątej bywał w łóżku, miał jeszcze przed sobą mille passus i pacierze; a na zegarze północ dochodziła...
A no! dobrze że się jeszcze i tak skończyło.
Wróciwszy do pokoju, w którym list leżał na stoliku, chcąc się przekonać o czernieniu atramentu — Wereszczaka wziął go do rąk i — dostrzegł tylko że... przeciwnie atrament jakby pobladł... Ale — nie mogło to być — po dniu się on musiał wydać inaczej.
Jak potem zasnął znużony, jak okrutnie chrapał, jakie miał sny, w których przypominało się owo pisanie — opowiadać nie widziemy potrzeby. Obudziwszy się rano, pierwszą myślą było, odprawić posłańca... Zaledwie się przeżegnawszy, pobiegł do pokoju, chwycił przygotowane pismo i z nim pospieszył do okna.
Okulary wziął, nałożył... patrzy... adresu położonego — ani śladu... atramentu ani znaku — papier przybrukany, więcej nic.
Uniósł się niepotrzebnie Podkomorzy, i w drobne kawałki podarł wczorajszą pracę.
— Jakób, Jakób!
Jakób z nieodstępnym Jaśkiem biegli oba...
— Posłańca z Terespola mi wołaj!
— On tu już w kredensie czeka od rana...
Podkomorzy w palcach dusił dobytego z sakiewki najpaskudniejszego tynfa, jakiego miał.
U drzwi stał kłaniając się poseł.
— Kłaniaj się, moja duszko, panu Podskarbiemu i — powiedz, że ja z odpowiedzią ustną sam przyjadę...
To mówiąc wręczył tynfa posłańcowi i dodał:
— Każ że sobie dać półkwartek gorzałki!...
Tak skończyła się ta historya, w życiu pana Wereszczaki pamiętna, listu do Podskarbiego — a gdy pani Podkomorzyna wróciła — miała czego słuchać, bo wszystkie tragiczne jej przejścia opowiedział żonie — i długo, długo wydychać jej nie mógł.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.