Jak się dawniéj listy pisały

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jak się dawniéj listy pisały
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Jak się dawniéj listy pisały.


Było to późną jesienią. Podkomorzy Wereszczaka, powróciwszy z małéj w pole wycieczki, dla obejrzenia posiewów, jak się one przed zimą prezentowały, chodził po wielkiéj izbie gościnnéj, w któréj nigdy bardzo ciepło nie bywało, a dnia tego szczególniéj przenikliwy chłód czuć się dawał.
Podkomorzy, który na cierpkiém powietrzu i wietrze ostrym trochę już był przemarzł, nogami tupał, ręce zacierał, poruszał się, wyciągał, a rozgrzać nie mógł.
Na dworze zmierzchać zaczynało. Przed domem z okien widać było dziedziniec szeroki, prawdą a Bogiem, dosyć niedbale utrzymywany. Z jednego boku przypierały do niego stajnie, przed któremi zawsze coś stało, albo prosty wóz drabiasty, albo ze zwieszonemi na ziemię smutnie hołoblami odarta bieda.
Nie mówię o tém, że siano rozsypane, słoma roztrzęsiona i inne nieuchronne następstwa pobytu koni zdobiły część podwórza bliższą stajen. Z drugiéj strony duża oficyna służyła za dom folwarczny, czeladni, kuchnią, praczkarnię i na wszelki użytek, do którego dom nie starczył.
Naturalnie téż okolice jéj zbyt czysto utrzymać się nie mogły. Tu rąbano drewka, szczepano skałki, wyrzucano węgle i popioły, pozostałości kuchenne, wylewano pomyje, a psy gończe Podkomorzego, ilekroć je wypuszczono, same podobno ten śmietnik z grubszego oporządzały.
Wprost naprzeciw okien były wrota, stojące tak nałogowo otworem, iż byli ludzie, co powątpiewali, czyby je już zamknąć można. Nabrały od téj nieruchomości fizyognomii dziwnéj, zdawały się walić — lecz stały tak już od bardzo dawna i wrósłszy w ziemię, obiecywały trwać lata.
Gdy Podkomorzy chodził rozgrzewając się po izbie, temi wrotami właśnie wjeżdżał konny, w którym najniewprawniejsze oko mogło poznać posłańca.
Jest to postać przedpotopowa, dziś już zaginiona i z tradycyi tylko znana, ale dawniéj istnieli tacy ludzie, co przez całe życie sprawiali obowiązki posłańców, było to ich powołanie. Takiego: „umyślnego” poznać było można zaraz z fizyognomii. Człowiek to zwykle bywał śmiały, z ludźmi obyty, dróg świadomy, zahartowany na wszystko i chętnie przewożący różne wiadomości. Nie gardził on kieliszkiem w szynku i koń jego miewał zwyczaj nawet przed każdym się zatrzymywać proprio motu.
Więksi panowie mieli takich bojarów wielu, szlachta wybierała zdolniejszych z włościan.
List, który zwykł był posłaniec przywozić, często do rąk własnych adresowany, zawijany był w szmatkę, trzymany za nadrą, niekiedy pod koszulą na gołém ciele, aby go czuł zawsze poseł, czasem zatykał się w baranią czapkę, między dwie jéj ściany.
Pismu niekiedy towarzyszyło ustne pozdrowienie i jaki dodatek słowny. Przyjmowano posłańca różnie, ale najczęściéj i kieliszkiem i miską. Czasem garść jaka i konikowi się dostała, który albo szedł do gościnnéj stajni, lub — drzémał u płotu.
Podkomorzy Wereszczaka w nadjeżdżającym konno, na srokatym koniu człowieku, który szkapę do kołka przywiązał i nie zważając na szczekanie psów odprowadzających go do dworu, skierował się ku gankowi, poznał zaraz posłańca.
Od kogo? to było dlań tajemnicą, lecz bądź co bądź — zafrasował się. Posłaniec wiózł list, który potrzeba było przeczytać — a co gorzéj — odpisać nań. A trzeba wiedziéć, że od czasu gdy go u jezuitów w Lublinie męczono pisaniem, Podkomorzy, równie manipulacyi saméj, jak tego wytężenia myśli, którego pisanie wymaga, cierpiéć nie mógł.
— Otóż masz! — rzekł w duchu. — Posłaniec i — list! a Jéjmości w domu niéma.
Wistocie Podkomorzyna była u córki.., a Wereszczaka sam w domu.
W sieniach już słychać było, jak się ów posłaniec zaczął targować ze służącym Jakóbem. Podkomorzy drzwi otworzył.
— Co tam?
Z odkrytą głową łysawą, stojący poseł, szybko odpowiedział.
— Z listem do Jaśnie Pana.
— Od kogo?
— Od Podskarbiego.
To mówiąc, i czapkę położywszy na ławie, posłaniec sięgnął za nadrę, wyjął z niéj czerwoną chustynkę, rozwinął i dobywszy z niéj na szarym papierze z wielką pieczęcią list, z pokornym wręczył go ukłonem.
Podkomorzy przyjął go zmartwiony. Przewidywał widać, iż z odpowiedzią ciężko mu będzie, bo się po chwili odezwał łagodnie:
— Niech Jakób powié, aby konia do stajni wzięto, a posłańca na folwark.
I szepnąwszy coś staremu słudze, Podkomorzy drzwi zamknął. W pokoju szaro już było, list położył a raczéj rzucił na stół, kwaśny.
— Jezu mój miłosierny — stęknął — czego on znowu pisze? Pewnie o sejmik i swojego kandydata! ale, niechby go z nim... dałbym głos i ja i moi, żeby mnie listami nie nasyłał. Co tu teraz robić bez Podkomorzyny!?
Oprócz starego Jakóba, który był i sługą i rodzajem majordoma, Podkomorzy miał chłopca — Jaśka, do tych usług pomniejszych, jak naprzykład: zdejmowanie butów, nader zawsze mozolne, któremu przekleństwa i stękania towarzyszyły — przynoszenie drewek na komin i t. p.
Tym razem właśnie Jasiek wyprawiony był po suche drewka i miał na kominie zapalić. Poszedł, lecz była to rzecz znana powszechnie, że mimo kuksów, jakie za to odbierał, Jasiek wszelkie po za oczyma odbywane funkcye — pełnił z niezmierną czasu stratą.
Co robił w czasie tych wycieczek? nie było docieczono dokładnie. Wedle pory roku i zmiennych okoliczności, drażnił indyka, niekiedy do najwyższéj doprowadzając go pasyi, pędzał kury, dłubał w nosie, wymykał się ku ogórkom i t. p.
Dnia tego nie można go było o co innego posądzić, chyba o kaczany od kapusty, na które był téż łasy. Klucznica przysięgała się, że marchew surową jadał, cóż dopiéro słodkie kaczany!...
I nie było go, choć drewka leżały na drewutni w szopce tuż około kuchni; a Podkomorzy klął i gderał. Miał ten zły zwyczaj, chociaż skutkiem częstego powtarzania doz — nie robiły skutku.
Wołał półgłosem:
— Gdzie ta jucha Jasiek? kiedy poszedł!... a dotąd nie wraca! A, żeby go...
Tu następowało wyliczenie wszystkich plag egipskich, których życzył Jaśkowi. Wchodziły w lik — deptanie kaczek, — zczeznięcie marne — skiśnięcie, i t. p. Podkomorzy miał wielką tych wyrażeń obfitość.
Jakkolwiek list zbyt ciekawym być nie mógł — drażnił jednak i niecierpliwił leżąc zawarty. Podkomorzy bez świecy go czytać nie mógł, a nawet przy niéj nie obchodził się bez okularów.
Zawołał Jakóba, aby przyśpieszył powrót Jaśka. Jakób leniwy równie jak poczciwy, pofatygował się tylko na ganek i huknął na stróża; rozkazując mu, aby dezertera przyprowadził za uszy.
Lecz w tém i on sam ze ścierką ogromną, pełną drewek na plecach, uginając się pod jéj ciężarem, ukazał się od strony drewutni. Wyłajał go naprzód stróż, potém Jakób po drodze, naostatek sam pan przypadł, któremu żywo począł coś Jasiek prawić niezrozumiałego — i rzuciwszy drewka, pobiegł po świece.
Świece te dla Podkomorzego nie było łatwo tak na zawołanie podać.
Rurkowe łojowe, jakich na codzień używano, miała klucznica pod swém zawiadywaniem, trzeba więc było biedz na folwark po nie, potém je w papier oprawić, zapalić, lichtarz z umbrelką oczyścić, i szczypce zawsze pełne, fundamentalnie z knotów wczorajszych wychędożyć.
A że Jasiek zwykł to był czynić nie śpiesząc się, zwlokło się zapalenie świec tak, że Podkomorzego niecierpliwość do tego stopnia urosła, iż Jaśkowi wnoszącemu światło i wedle zwyczaju — odzywającemu się w progu — niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — pięścią pogroził.
Teraz należało krzesło przysunąć, podać stołeczek pod nogi.
Podkomorzy usiadł.
— Podaj okulary.
Z okularami od niepamiętnych czasów była zawsze turbacya niesłychana. Wereszczaka dbał niezmiernie o te okulary, które sobie do oczów dobrał z niemałą biedą, czasu swéj bytności w Warszawie; chował je, ale nigdy nie pamiętał, gdzie położył.
Miały one dwa czy trzy miejsca, przeznaczone dla siebie, w których się jednak nigdy nie znajdowały. Urzędowe ich ulokowanie było w szufladce przy kartach od maryasza i kabały, niekiedy znajdowano je na komodzie około niebieskiéj filiżanki, czasem walały się na dużym stole, a raz nawet przydybano je na oknie, co Podkomorzego oburzyło, choć sam je tam położył.
W kieszeni od kapoty extra-rzadko się trafiały.
Poczęło się poszukiwanie okularów, macanie po ciemku, bo duże łojówki z umbrelką niedaleko światło rzucały, — i klątwy. Szukał Podkomorzy sam, Jasiek, zawołano Jakóba. — Rozstąp się ziemio! okularów ani słychu.
Powstała burza. Przybiegła stara Dorota ze stoczkiem w ręku na pomoc, i udało się jéj, prawdziwym cudem, albo dziwną domyślnością niewieścią odkryć je utkwione... pomiędzy komodą a ścianą.
Tu dopiéro potrzeba było posłuchać dociekań, czyją winą one się tam dostały, bo, rzecz oczywista — same one, jak powiadał Podkomorzy, wléźć tam nie mogły, ale ktoś sprzątający na komodzie z lekceważeniem karygodném sprzęt ten drogi — nie dość, że zrzucił, lecz nawet występku tego nie był świadom... lub... mogła w tém być niepoczciwa złośliwość.
Przekonawszy się dopiéro, że zsunięcie się za komodę okularom nie zaszkodziło, i futerał ich tylko szwankował nieco, Podkomorzy włożył je na nos, kopertę rozciął, list dobył, zbliżył go do świec i z uwagą rozpoczął czytanie, od intytulacyi.
„Jaśnie Wielmożny Podkomorzy dobrodzieju, a mnie wielce miłościwy panie a bracie.“
Zwykłe listy, tylko dla formalności pisywane, na ćwiartce papieru, rzadko zajmowały więcéj niż jednę stronicę, i obrachowywane bywały tak, że podpis w pewnym odstępie u dołu się mieszczący, wypadał jeszcze nie na samym skraju. Z przerażeniem dostrzegł naprzód podkomorzy, iż na pierwszéj téj stronie nietylko nie było podpisu, ale ani nawet formuł go poprzedzających, odwrócił niespokojnie papier i przekonał się iż list miał trzy całe stronice, a opatrzony był jeszcze — postscriptem.
Oczywiście kuso nań odpisać, per dominum pstrum, nie godziło się, zwłaszcza Podskarbiemu; sprawa być musiała magni momenti, ważna.
Opadły mu ręce.
— Masz tobie! — rzekł w duchu — nie mówiłem?
Podkomorzy wistocie nie mówił nic — lecz zwykł był wyrażenia tego używać, pocieszając się w każdym kłopocie przenikliwością swoją.
Bądź co bądź, potrzeba było zacząć czytać. Operacya ta, niewprawnemu Podkomorzemu, który i z powodu oczów i dla wstrętu do papieru, zawsze się kimś posługiwał — nie przychodziła łatwo z drukowanego — a cóż dopiero z tych zygzaków kancelaryi Podskarbiego, którego „amanuensis“ grzebał jak kura.
Wereszczaka, któremu przed chwilą było zimno, potniéć zaczynał; a nie stało się to od ognia rozpalonego na kominie, bo Jasiek ledwie go rozdmuchał, lecz z niezmiernego wysiłku wszystkich władz umysłowych, jakiego odczytywanie i sylabizowanie wymagało.
Przerywał sobie tylko.
— A niech że go! — O to pisze!... Cóż to znowu jest? — Niéma końca.
Sprawa była skomplikowana dosyć. Nie szło o sejmik, ale o dawny proces z powodu zbiegłego poddanego, którego tożsamości Fleming dowodził, a Podkomorzy przeczył.
Rzecz ta uśpioną była przez czas jakiś, teraz ją wznawiano.
Pomijając to, że sama rzecz niemiłe czyniła wrażenie i groziła procesem, — potrzeba było odpisać.
Przenikliwy Podkomorzy odgadywał, że wznowienie pretensyi było tylko sztuką, ażeby kosztem umorzenia jéj, pozyskać sobie na sejmiku poparcie.
Należało więc tak odpisać, aby i nie dać poznać, że się zwąchało pismo nosem — (wyraził się Podkomorzy) — i podrożyć się... a potém...
Podparłszy się na łokciu Wereszczaka, dumał i wzdychał długo. Zwlekać z odpowiedzią, i po dniu albo dwóch dopiéro, wysłać ją drugim umyślnym do Terespola — nie wypadało.
Dowiodłoby to, że się zbyt namyślano i strwożono. Stante pede należało odpowiedziéć.
W tém był sęk.
Nadchodził czas wieczerzy, po jedzeniu zaś miał Wereszczaka za stałe prawidło wstrzymywać się od wszelkiéj pracy umysłowéj, oprócz wieczornego pacierza.
Trzymał się téż reguły starożytnéj: mille passus meabis, i chodził, pisać więc nie mógł.
Musiał natychmiast zasiąść do listu, wieczerzę odroczyć, kieliszkiem tylko ratafii się pokrzepić i — zbyć się tego licha.
Zawołał Jakóba, który stanął u progu.
— Słyszysz stary, — rzekł — ten list przeklęty od Podskarbiego! Oto mi w porę! Muszę zaraz odpisać... a tu — wieczerza, a po wieczerzy nie mogę.
— Niech z tą kolacyą zaczekają, czy co?
Jakób ręką zamachnął.
— A toż kaczka na rożnie — rzekł — to się w niwecz spali.
— Bodajby go z tym listem — zamruczał Podkomorzy i dodał z heroizmem: — No — to niech się spali. Kat ją bierz... Daj mi kieliszek ratafii, z wieczerzą czekać.
Wereszczace gdy tym tonem mówił, niepodobna było już żadnych czynić uwag. Jakób poszedł po ratafię.
Podkomorzy mentalnie przygotowywał odpowiedź swą, nie szła mu...
Natchnienia nie miał. Dać je mogła ratafia — ale różnie i z tém się trafia. Bywa, że co ma pokrzepić, to w głowie zamęt sprawi.
Jakób przyniósł chleb, sól i flaszkę owéj ratafii, którą Podkomorzy badawczém okiem zmierzył, bo mu się coś zdawało, że ostatnią razą we flaszce jéj zostawił więcéj.
Podejrzenie padło na Jakóba, lecz czasu nie było się o to spierać.
W chwilkę potém, zakąsiwszy chlebem, wistocie uczuł Podkomorzy, iż w głowie mu się wyklarowało...
Wyrazy i wyrażenia ustawiały mu się jakoś zręcznie, przybiegały na zawołanie, wiązały z sobą pięknie; uśmiechał się niektórym z nich.
A chociaż list-by był mógł w takiéj chwili natchnienia zaimprowizować śmiało; ponieważ szło o sprawę z Podskarbiną, bezpieczniéj było i namyśléć się i brulion sobie zostawić. Raptularz taki przydać się może.
Szło więc już tylko o — pisanie.
Stęknął biedny Wereszczaka, bo ręce miał zawsze trochę nabrzękłe i pióro brał ze wstrętem. Lecz dura necessitas.
Otworzył szufladę, w któréj zawsze bywało kilka arkuszy papieru, jeśli nie rygałowego, to wcale przyzwoitego... Spojrzał, wpuścił rękę — dobył, ale zamiast białego — siny, prosty, gruby, rejestrowy, na którym wstyd było odpisywać.
Gorączkowe wypróżnienie szuflady z łona jéj wydobyło: nożyczki stare, kłębuszek wyporków nawinięty na asa kierowego, kawałek wosku, naparstek podkomorzyny, dwie stare koperty, już na kwitki do arendy poobrzynane — i lineał.
Papieru białego — ani śladu.
Krzyknął Podkomorzy — Jakób! aż na drugim końcu domu wszystko się poruszyło — Jakób!
Stary, którego już odroczenie wieczerzy podrażniło, wszedł nadąsany.
— Gdzie papier? papieru niéma? Gdzie się mógł podziać? kto śmiał ruszyć? Sześć arkuszy tu, w téj szufladzie, sam włożyłem.
Jakób o papierze nie wiedział wcale, pobiegł po Dorotę. Dorota zaklinała się wcześnie, że z papierem nie miała do czynienia nigdy; a na wielkanoc pod placki, oprócz starych rejestrów, żadnego innego nie brano. Być wszakże mogło, iż pani Podkomorzyna, obawiając się nadużycia, zamknęła go do swojéj komody, któréj klucz wzięła z sobą.
Wereszczaka w taką już wpadł rozpacz, iż Jaśka natychmiast wykomenderował na wieś po ślusarza, aby komodę otworzył gwałtem — Dorota protestowała — nie pomogło. Jasiek już ruszał, gdy Jakób poważny i milczący z drugiego pokoju przyniósł znalezione, prawdziwém jasnowidzeniem trzy arkusze papieru, które w stoliku saméj Podkomorzyny spoczywały.
Było ich tylko trzy... lecz mogło się to późniéj wyjaśnić, Podkomorzy ochłonął i siadł...
Rozkazał Jakóbowi przynieść kałamarz.
Sprzęt ten, rzadko bardzo będący w użyciu, szeroki u dołu, z szyjką zwężoną, zwykle zatykany korkiem, stał zawsze, od czasów niepamiętnych na komodzie w sypialni. Jakoż znalazł się w swém miejscu, zapylony, ale bez korka...
Pomimo szkła ciemno-szafirowego, z którego był odlany, przeciw świecy okazał się próżnym — atramentu nie było w nim ani kropli.
Lecz na to znany był sposób, wlewało się trochę wody ciepłéj, a osad na dnie przyschły, dawał wcale przyjemnéj barwy ciecz szarawą, z prószynkami pyłu, która na papierze przybierała kolor niezdecydowany lecz czytelny. Dorota podjęła się wskrzeszenia inkaustu.
Teraz dopiéro Wereszczaka przypomniał sobie, że oprócz papieru i atramentu, potrzeba było koniecznie pióra do pisania. Jakób poszedł ich szukać i znalazł dwa. Jedno z długim ogonem białym, pokaźne na oko, lecz gdy mu się Wereszczaka przy świecy przypatrzył, okazało się tragicznie rozdarte na dwie części, i każda z nich wykręconą była tak, jakby zaprzysięgła, że papieru nigdy nie dotknie.
Drugie pióro, mało obcięte, jak więźniom głowy strzygą, było długie, wyglądało na dające się zużytkować, lecz rozeschłe, starte na końcu — nie spuszczało wcale i pierwszym jego owocem był żyd, którego Podkomorzy, papieru żałując, po studencku językiem zlizał.
Splunął zaraz, lecz smak mu pozostał potém tak niemiły, że musiał sobie kazać dać kapkę ratafii i chleba z soli prószynką. Dopiéro to przeszło.
Zamachnął się już poczynać raptularz — i Jakób uspokojony szedł do progu, gdy krzyk się dał słyszéć, który Podkomorzy, tylko w chwilach zupełnego zapomnienia się wydawał.
— A! wciornastki-by cię...
Jakób stanął.
— Nie pisze — szelma!
I cisnął w stół piórem tak, że gdyby nawet potém chciało mu się akomodować, nie mogłoby, gdyż zdruzgotał je w kawałki.
— Biegaj mi zaraz do ekonoma na folwark... pióra! na rany ludzkie, pióra! Żeby téż w domu jednego poczciwego pióra nie było! A to skaranie — a to nieszczęście jakieś...
Jakób wyprawił Jaśka po pióra, a chłopiec nie miał zwyczaju się śpieszyć. Przytém sprawa z ekonomem przedstawiała, mimo prostoty swéj, niektóre trudności wykonania.
Ekonoma nie było w domu. O tych absencyach jego wieczornych, ponieważ nie był żonaty, chodziły wieści różne; zwyczajnie plotki. Oficyalnie zaś ekonom miał się znajdować u arendarza z powodu wątpliwości o wódkę znajdującą się w beczce. Posądzano go o dolewanie pokryjomu sprowadzanéj.
Jasiek więc musiał biedz do karczmy, a karczma znajdowała się o dobry kawał od dworu. Przyszedłszy tu, ekonoma nie zastał, tylko co się oddalił, lecz gdzie był, nie wiedziano.
Tymczasem podkomorzy klął, a że upływały kwadranse, wpadł na pomysł gienialny pisania raptularza ołówkiem.
Egzystencya ołówka w domu, mityczna trochę, nie dawała się dowieść.
Dorota przysięgała, że raz tylko maleńki kawałek jego widziała, którym, śliniąc go mocno, deseń na perkalu panna Petronela rysowała. Nie wiadomo jednak było, czy ołówek ten jéj był własnością, czy skarbową.
Jakób mówił odważnie, że ołówka nie znał żadnego, bo nikt go tu nie potrzebował.
Podkomorzy przypominał sobie, iż coś walającego się w szufladce, podobnego do ołówka, na swe oczy widział.
Strzęsiono wszelkie możliwe kryjówki, w których ołówek miałby prawo spoczywać — nie znaleziono nic.
Tymczasem co się działo z ową kaczką już na rożnie będącą, strach pomyśléć.
Jasiek wrócił w dobre pół godziny, ze trzema piórami, używanemi, zamazanemi, z których jedno zalecał ekonom szczególniéj, jako piszące dobrze, lecz zawczasu zastrzegał się, że on sam nigdy piór temperować nie umiał, scyzoryka po temu nie miał i zwykle pióro dostawał od krewnego swego dominikana w Brześciu.
Przeciwko świecy wzięte pióro owo polecone, jako dobrze piszące, zdawało się miéć wszelkie warunki wymagalne. Ani zbyt spisane, ani zbyt świeże, z nosem trochę przytartym, rozłupane miernie, wyglądało sobie na przyzwoite pióro ekonomskie.
Podkomorzy umoczył je, otrząsnął, przyłożył do papieru — pisało! Odetchnął.
Cienkich rysów nie można było nim nakreślić, ale zgruba, równo mazało znośnie.
Natychmiast Wereszczaka wystylizował: Jaśnie Wielmożny Podskarbi dobrodzieju, mnie wielce miłościwy panie a bracie!
Lecz, tu był sęk. Fleminga niektórzy zwali — grafem, inni ze względu, iż w Polsce równość szlachecka tytułom się przeciwiła, tego sasko-niemieckiego atrybutu odmawiali mu.
Nie ulegało wątpliwości, iż — Graf musiał Flemingowi smakować, z drugiéj strony było to — przylizywanie się magnatowi, o które nie chciał być posądzonym Wereszczaka.
Położył pióro — i — uderzył w palce.
— Niech go kaczki, dać mu grafa, kiedy mu to miłe.
Skasowawszy więc intytulacyę, napisał na nowo:
— Jaśnie Wielmożny Grafie, panie Podskarbi dobrodzieju, mnie wielce...
Znowu sęk. Miał-li Grafa nazwać bratem? Ten tytuł nie dopuszczał już braterstwa.
Wereszczaka wstał zmęczony i przeszedł się parę razy po izbie.
Potniał — na zegarze było pół do dziewiątéj. Kaczka — nie chciał myśléć o kaczce, choć była to cyranka, po któréj palce sobie oblizywać.
Musiała się spalić na węgiel.
Siadł do pisania, lecz sprawę tytułu, braterstwa i t. d. odkładając na późniéj, począł układać raptularz daléj.
Myśli, które w pierwszéj chwili po ratafii tak żwawo i ochoczo mu przychodziły — znikły gdzieś, pochowały się, szło jak z kamienia.
— „Zaszczycony szacownym listem, J. W. Pana, dla którego estymacyi mojéj i wysokiéj weneracyi zawsze...“
Znowu sęk.
Czy weneracya powinna była być — głęboką czy wysoką? — Podkomorzy zaciekał się, splątał — i zaczęło mu się robić na przemiany zimno i gorąco.
Rozstrzygnięcie między: wysoką a głęboką, mógł tylko stanowić usus, potrzeba więc było szukać w listach. Wereszczace zrobiło się zimno — wolał już cały ten początek obrócić inaczéj. Zmazawszy więc — rozpoczął na nowo.
Nie daléj, jak w czwartym wierszu, zaszła trudność nowa, — utknął.
Położył pióro, westchnął, wtém wszedł Jakób i chrząknął.
— Cóż będzie z kolacyą? — spytał.
Wyglądało to na urągowisko — krew się w nim poruszyła.
— A idźże ty mnie, trutniu, do kroć sto tysięcy... nie przeszkadzaj, słyszysz.
Mężny Jakób nie wahał się jednak dodać:
— Blizko dziewiątéj.
— Choćby i dwunasta była! — zawołał podkomorzy i pochylił się nad stołem.
Lecz przerwa w pracy umysłowéj — ciąg myśli rozbity — przytém samo poruszenie gniewne działa zwykle fatalnie. Podkomorzy pogubił wszystko, co miał już przygotowaném, połapać się nie mógł, odczytał, co napisał — daléj ani — rusz. Jednym zamachem przekreślił całą robotę swoję i zniszczył ją. Musiał począć raz jeszcze na nowo.
Szło nadzwyczaj tępo, stało przecież półczwarta wiersza ukośnie i fantastycznie nagryzmolonych, tak, że jedne od drugich uciekać się zdawały — bo Podkomorzy pojechawszy zanadto do góry, posuwał się potém nadto w dół, — powracał do pierwszego i t. d. Wtém odczytując redakcyę tę, która mu się nową wydawała — postrzegł się, że powtórzył tylko najpierwszy swój koncept. Zdumiało go to — bo nie miał poczucia plagiatu popełnionego na samym sobie.
Rozmyślał więc, jakim trybem się to stać mogło? — a czas upływał.
Listu jak nie było tak nie było — bo to, co raz się wydało złém — pomimo recydywy — znajdował podejrzaném.
Pot kroplami spadał mu z czoła — czynił wymówki Opatrzności, która go naraziła na tak nieprzyjemny wysiłek. Czekał natchnienia — nie przychodziło.
Upokorzony, ze smutkiem w duszy, pochylił się i rozpoczął czwarty raz, dając sobie słowo, że bądź-co-bądź wypadnie — nie będzie się już wysilał nadaremnie, i — praeter propter odpowiedziawszy — wyśle podskarbiemu, co Bóg da.
Tymrazem po słowie, zwolna stawiąc, kreśląc, zmieniając, o pół dziesiątéj dokończył mozolnie sklejoną odpowiedź.
Odczytując, chociaż nie był nią zaspokojony, znajdował uchodzącą. Jasną nie była, ale interes wymagał, aby wątpliwości rzucić umyślnie. W kilku miejscach, styl do życzenia coś zostawiał — lecz do piękności wysłowienia podkomorzy nie miał żadnéj pretensyi. Szło o to, aby czarno na białém, przeciw sobie nie wydać świadectwa.
— Pal go licho! — rzekł, wzdychając — jeżeli nie zrozumie, niech głowę łamie. Moja rzecz, odpisać, a jego tłómaczyć sobie i ciągnąć z tego konsekwencye, jakie chce.
Szło tedy teraz już tylko o przepisanie.
Podkomorzy obciął trzęsącą się ręką papier niezupełnie równo — poprawił linie krzywe i zasiadł, trzymając w lewéj ręce raptularz za świecą, a prawą rozpoczynając, Jaśnie...
Papier nie przytrzymywany, poruszeniem ręki prawéj pociągnięty zjechał w dół, a „Jaśnie Wielmożny“ niepostrzeżenie ruszył tak szpetnie w górę, że oparł się na saméj krawędzi.
Wereszczaka zajęty kaligrafowaniem, nie widział, co robił, i pióro dopiéro spadające na podłożony arkusz, oznajmiło mu, że się zaawanturował.
Ćwiartka papieru była zepsutą.
Wprawiło to podkomorzego w taką rozpacz, że, nie zważając na to, iż się przydać mogła na notatki, kwitki, na pomniejsze listy, zdusił ją w garści namiętnie i cisnął w komin.
Papier, jak wiadomo, jest rzeczą zapalną. W zetknięciu z ogniem zajął się płomieniem, i stoczył na posadzkę tak nieszczęśliwie, że, nim podkomorzy ruszył się z krzesła, zapalił zwieszoną ku ziemi serwetę na stole.
Ogień ten potężną garścią zdusił zaraz Wereszczaka, ale co się z nim działo — niepodobna opisać. Szalał po prostu.
Ręce się mu tak trzęsły, że obcięcie drugiego półarkuszka przyszło z większą jeszcze trudnością, niż pierwszego, a po brzegach był powykąsywany obrzydliwie.
— Niech sobie kancelarya się śmieje — mówił w duchu — nie jestem tak wielkim panem, żebym trzymał gryzipiórków, skryptorów, darmozjadów...
Tymrazem tytuł wyszedł, z opuszczeniem jednéj litery, niedostrzeżoném — jako tako. Podkomorzy śpieszył się, bo nawykły do regularnego życia, obdarzony apetytem znakomitym — czuł głód nie żartem. W żołądku odzywały się głosy — owo charakterystyczne burczenie, które było, jakby przemówieniem natury do sumienia! Trzeba było jednak naprzód raz koniec położyć temu nieszczęśliwemu pisaniu.
Do połowy szło jako tako, gdy, zmuszony uciec się do chustki do nosa, i przerwać kopiowanie — Wereszczaka ani się opatrzył, jak pół wiersza już napisanego, powtórzył iterum...
Dopiéro kończąc ten duplikat, powziął podejrzenie!
— Masz tobie!
Nastąpiła chwila zwątpienia takiego, że ktoby był naówczas poczciwego Wereszczakę zobaczył, miałby litość nad nim.
Przepisywać raz jeszcze? — nie miał już siły. Przemazać te wyrazy było to przyznać się do błędu, i obrazić podskarbiego wysłaniem pisma tak niedbale wykonanego.
Podkomorzy powiedział sobie, że mógł to — ignorować.
Zresztą powtórzenie wyrazów, ściśle wzięte, nie było tak wielkim grzechem.
Jednakże siadając pisać daléj Wereszczaka narzekał na los, który mu się dał rodzić w epoce, gdy listy pisać ludzie musieli.
Wrażenie tego usterku tak podziałało na rękę jego, że prawie wyrazu jednego nie mógł napisać teraz, któryby coś do życzenia nie miał. Jednym brakło liter, drugie nadto stały ściśnięte, inne zbyt luźne. O interpunkcyi mowy nie było, gdyż podkomorzy zawsze ją uważał za zbyteczną. Pieścić tak czytelnika, żeby mu pokazywać, gdzie się miał strzymać, gdzie głos zawiesić, gdzie się myśl jedna kończyła, druga poczynała — znajdował Wereszczaka rodzajem rozpusty.
Do końca pierwszéj stronicy dojechawszy, odetchnął. Spojrzał na dokonane dzieło. Nie wyglądało ono wprawdzie lepiéj nad inne współczesne — ale téż nie gorzéj.
— Ujdzie — rzekł w duchu — pal go tam... z elegancyą...
Wziął pióro w rękę i razem półarkuszek dla odwrócenia go, spostrzegłszy dopiéro, że grubego pióra rysy nie były jeszcze suche.
Tak już się czuł znękanym i był nieprzytomnym, iż jakimś studenckim dawnym zwyczajem bezmyślnym, jakgdyby piaseczniczkę miał przed sobą, z najzimniejszą krwią, atrament wylał na papier. Postrzegł zapóźno swój błąd i krzyknął.
Z kałamarza wytoczyła się rzeczułka czarna — i kreśląc kilka meandrów na papierze, a słuchając prawa ciężkości, z arkusza listowego polała się na czysty, a z niego na kolana podkomorzego...
Wereszczaka dłonie załamał, podniósł oczy, Jakób skrzywiony stał przed nim. Pokazał mu, co się za nieszczęście przytrafiło, lecz niepodobieństwo było temu zaradzić, bo pod ręką miał tylko Jakób serwetę, a wiadomo, jakiéj reputacyi zażywają plamy atramentowe. Ruszył po ścierkę.
Wereszczaka zdrętwiały i zrezygnowany siedział — czekając. Jasiek ze ścierką, i to starą, Jakób dla dozoru, a Dorota przez ciekawość, ze stoczkiem w ręku, zjawili się przy stoliku.
Tymczasem Wereszczaka w stoliku dopytał kawałka bibuły, i list nią uwalniał od resztek powodzi atramentowéj; zdecydowany trzeci półarkuszek obcinać i pisać na nowo.
Nikt nie zaprzeczy, że dawał dowody anielskiéj cierpliwości.
Już miał zabrać się do pisania, gdy Dorota, jak wszystkie niewiasty, przewidująca, wzięła do rąk kałamarz, i naprzeciw świecy patrząc, przekonała się, iż — suchuteńki był, atrament z niego wylał się do kropli...
— A co? — zapytał z obawą podkomorzy.
— Niéma nic...
— Dolać wody... ciepłéj — rzekł Wereszczaka — albo z listem, na folwark do ekonoma posłać po atrament.
— Gdzie u niego atrament! — zamruczała, zostająca w niedobrych z nim stosunkach, panna Dorota, i wyszła.
Podkomorzy miał czas odetchnąć.
Zegar wybijał dziesiątą.
Tymczasem papier został ostrzyżony na nowo — podkomorzy nie tracąc chwili usiadł tak gotów, że mu nic nie pozostawało, tylko pióro umoczyć. Jakoż zanurzył je natychmiast, lecz był to dzień feralny (kalendarz stary stuletni świadczył o tém), panna Dorota przepełniła już poprzednio spłukanego staruszka, i miasto atramentu — stał się barszcz, jak mówił podkomorzy.
Dorota utrzymywała nadąsana, że właśnie taki blady atrament najlepiéj czernieje — zresztą innego nie było. Siadł pisać Wereszczaka, chociaż pismo zaledwie było znaczne.
— Pal go, niech sobie oczy psuje! Co mi tam! — rzekł w duchu podkomorzy — pisać moja rzecz, jego czytać.
Tymrazem szło nierównie lepiéj, ręka nieco nabyła wprawy przez poprzedzające próby — przy odwracaniu stronicy zachował wszelkie należyte ostrożności, dobił się aż do respektu i estymacyi, z którą zostawał, zakreślił zygzak ku dołowi, podpisał się z tytułem i manu propria — położył datę — odetchnął...
Odczytać list nie było sposobu — lecz nie czuł się téż podkomorzy w obowiązku.
Teraz szło już tylko o skrojenie koperty, któréj teorya była znaną podkomorzemu, lecz w praktyce nastręczało się trudności nieprzewidzianych mnóstwo. Stare nożyczki, których bez miłosierdzia wszyscy nadużywali, krajały jeszcze, nie tak jednak gładko i równo, jakby były powinny.
Koperta wyszła fantastycznie i krzywo, lecz tém się już podkomorzy nie frasował. Sygnet herbowny, na krwawniku, ut decet, rznięty miał na palcu. Szło o lak.
Klasnął w ręce na Jakóba.
Stary przywlókł się z posępną twarzą.
— Nie wiesz, gdzie lak!
— Jaki?
— Głupi! a jakiż ma być? Lak do pieczętowania... bałwan!
— Laku u nas dawno niéma — odparł Jakób spokojnie.
— Jakto niéma!
— Bo wyszedł — mówił sługa. — Pani podkomorzyna ostatni raz, gdy chciała pieczętować list do kanonika, to wiem, że odrobinę znalazłszy, na pióro nasadziła, żeby palców nie popiekła, i pióro osmoliła... a na pieczątkę nie starczyło...
Dzień był najdowodniéj feralny.
Podkomorzy zażądał opłatka. Był to jedyny surrogat możliwy — Dorota znalazła szczątki czerwonego na komodzie i Wereszczaka się wziął do zalepiania koperty...
Dzieło to niezupełnie się szczęśliwie powiodło, lecz szło o to, aby się do Terespola trzymały z sobą końce. Drżącą ręką położył adres podkomorzy i głosem grzmiącym zawołał o wieczerzę. List do jutra rana miał pozostać na stoliku, gdyż atrament był tak blady, iż należało po dniu sprawdzić czy zczernieje, wedle zapewnienia Doroty.
Kluseczki na mleku, przydymione, zjadł Wereszczaka z apetytem, po nich nastąpiła wysuszona cyranka, którą na głodny ząb — przyjąć było potrzeba. Podkomorzy wstał, przeżegnał się i z przerażeniem spostrzegł, że on co regularnie po pacierzach o godzinie dziewiątéj bywał w łóżku, miał jeszcze przed sobą mille passus i pacierze; a na zegarze północ dochodziła...
A no! dobrze, że się jeszcze i tak skończyło.
Wróciwszy do pokoju, w którym list leżał na stoliku, chcąc się przekonać o czernieniu atramentu — Wereszczaka wziął go do rąk i — dostrzegł tylko, że... przeciwnie atrament, jakby pobladł... Ale — nie mogło to być — po dniu się on musiał wydać inaczéj.
Jak potém zasnął znużony, jak okrutnie chrapał, jakie miał sny, w których przypominało się owo pisanie — opowiadać nie widzimy potrzeby. Obudziwszy się rano, pierwszą myślą było, odprawić posłańca... Zaledwie się przeżegnawszy, pobiegł do pokoju, chwycił przygotowane pismo i z nim pośpieszył do okna.
Okulary wziął, nałożył... patrzy... adresu położonego — ani śladu... atramentu ani znaku — papier przybrukany, więcéj nic.
Uniósł się niepotrzebnie Podkomorzy, i w drobne kawałki podarł wczorajszą pracę.
— Jakób, Jakób!
Jakób z nieodstępnym Jaśkiem biegli oba...
— Posłańca z Terespola mi wołaj!
— On tu już w kredensie czeka od rana...
Podkomorzy w palcach dusił dobytego z sakiewki najpaskudniejszego tynfa, jakiego miał.
U drzwi stał kłaniając się poseł.
— Kłaniaj się, moja duszko, panu podskarbiemu i — powiedz, że ja z odpowiedzią ustną sam przyjadę...
To mówiąc wręczył tynfa posłańcowi i dodał:
— Każ-że sobie dać półkwartek gorzałki!...
Tak skończyła się ta historya, w życiu pana Wereszczaki pamiętna, listu do podskarbiego — a gdy pani podkomorzyna wróciła — miała czego słuchać, bo wszystkie tragiczne jéj przejścia opowiedział żonie — i długo, długo wydychać jéj nie mógł.

1882.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.