Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

XI.

— Ach, jesteś nareszcie! — przywitał go Ćwieczkiewicz. — Dobrze, żeś się pośpieszył, bo powiadają, że jutro ma zjechać pomocnik naczelnika z doktorem na śledztwo i autopsję...
— Podobno już są w uprawie! — dodał posępnie Żurawkin.
— Gdzież ona jest? — spytał cicho Mostowski.
— Tu, w swoim pokoju! — odrzekli wraz i kiwnęli głowami w stronę zamkniętych drzwi z wielkiemi pieczęciami u zamku.
— Można jednak wejść przez okno...
— Wchodziliście już?
— Nie!... — odszepnął głucho Ćwieczkiewicz.
Mostowski w milczeniu patrzał dalej na drzwi.
— Właściwie możnaby nie wchodzić! Cóż tam takiego może być w tych listach!... Wszystko to są rzeczy dawne... A my możemy mieć wielkie z tego powodu przykrości — zauważył ostrożnie Żurawkin.
— Tak, ale niektóre były przysłane przez okazję i mogą zdradzić drogę, którą szły, narobić wiele bolesnych niespodzianek, zasypać ludzi... Jak zwykle w takich razach... Kto wie, co on tam pisał?... Marzył podobno o ucieczce...
— Przeciwnie, słyszałem, że wypuszczono go z więzienia na „wolne kwatery“ i że miał się nawet... ożenić!
— Plotka! — wybuchnął Mostowski.
— Być może, ale były pogłoski...
— I pan jej to powiedział?
— Nie. Nigdy nie miałem okazji mówienia z nią o narzeczonym — odrzekł cicho Żurawkin.
— Tak, tak. Zawsze uchylała się od rozmowy podobnej!... — potwierdził Ćwieczkiewicz.
— Chodźmy! — przerwał sucho Mostowski.
Pokoik Róży mieścił się w małej przybudówce, przytulonej skromnie do dużego domu, gdzie mieszkała męska połowa kolonji Ćwieczkiewicza.
Aby nie obudzić śpiących jeszcze towarzyszy, wyszli ostrożnie na palcach, wziąwszy ze sobą siekierę i dłuto dla wyważenia ramy okiennej. Udało się to im z łatwością
Żurawkin został na straży, a Ćwieczkiewicz i Mostowski weszli do wnętrza.
Na łóżku pod białym prześcieradłem rysowała się sztywno posągowa postać młodej kobiety. Mostowski przystąpił nieśmiało i uniósł róg zasłony. W porannym, zlekka różowym świetle, jakie padało z przeciwległego okna, wystąpiła spokojna, marmurowa twarz o miłych rysach. Ale na długich rzęsach i ślicznych ustach — na młodych policzkach już leżał drobny, śnieżny pyłek szronu, osiadłego w wyziębionym pokoju. Bolesny szloch zatargał piersią Mostowskiego, upuścił całun i odwrócił się. Długo stał z głową pochyloną na piersi, aż Ćwieczkiewicz trącił go za ramię.
— Musimy się śpieszyć, kochany!... — rzekł przez łzy. — Tutaj składała listy i dokumenty, w tym pudełku; zaraz po wypadku chciałem papiery zabrać, ale nie mogliśmy znaleźć klucza od pudełka...
— Trzeba było zabrać je całe!
— Tak, tak! Zapewne!... Nie przyszło nam do głowy!... Więc weźmiemy je.
Mostowski znów zbliżył się do ciała i odsłonił tym razem całą figurę, objął ją rozbolałym wzrokiem, ogarnął, zapamiętał, zarytował w duszy, poczym schylił się ku odrzuconej trochę w bok ręce, ucałował ją i odszedł ku oknu, gdzie już czekał nań Ćwieczkiewicz ze zmienioną twarzą i pociemniałym wzrokiem.
— Czy listy przejrzymy na wszelki wypadek? — spytał Żurawkin, stawiając szkatułkę na stole i robiąc ruch dłutem.
— Poco?... Nie chciała widać, żebyśmy wiedzieli...
— Wyjaśniłaby się w ten sposób cała plotka... Moglibyśmy protestować, przeciwdziałać w razie czego!...
Mostowski nie słuchał go i niósł szkatułkę do ognia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.