Jak Gryf-Mostowski budował młyn/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jak Gryf-Mostowski budował młyn |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
W mieście wszystko zwolna wracało do dawnego stanu. Wygnańcy pomimo rozporządzenia gubernatora i prześladowań policji cichaczem, gromadnie napływali do miasta. Konieczność poszukiwania zarobku, potrzeba otrząśnięcia się choć na chwilę ze strasznej szarzyzny i nudy życia, jakie wiedli w ułusach, wreszcie sprawy zakupu potrzebnych przedmiotów oraz zbytu własnych wyrobów — były silniejszemi od wszelkich zakazów i kar. Litościwi mieszkańcy miasta dawali im przytułek, kozacy udawali, że ich nie poznają na ulicach, urzędnicy policyjni patrzyli przez palce na własnowolne przedłużanie pobytu.
— Trzebaby całej armji policjantów, aby wykonać tyczące się was przepisy... Nic innego nie robilibyśmy, tylko za wami biegali... Dla tego, oraz ze względów ludzkości folgujemy wam gdzie można... Wiadomo przecież, że was znowu pełno w mieście, ale oficjalnie tego nie stwierdzono... Tymbardziej jednak wyście sami powinni przestrzegać wszelkiego ujawnienia i widocznego naruszenia rozporządzeń władzy... Tymczasem pan się zjawia w policji osobiście z prośbą... Otwarcie panu powiem, że my tej uchwały ani zatwierdzić, ani nawet przyjąć nie możemy wobec wyraźnego rozkazu gubernatora!.. My powinniśmy pana aresztować... — dowodził Mostowskiemu sekretarz.
— Więc aresztujcie, ale prośbę i uchwałę przyjąć musicie... Ona zupełnie prawna!...
Urzędnik patrzał na podawane papiery i trząsł przecząco głową.
— Przedewszystkim niewiadomo, jak ją pan dostał! Prawo wymaga, żeby wszystko było jasne...
— Rzecz prosta — pojechałem i postarałem się.
— Otóż to właśnie: pojechał pan?... A na jakiej zasadzie?!
— Szanowny pan sam słyszał, jak naczelnik powiatu powiedział mi: dostań pan uchwałę, a dostaniesz paszport!..
— Tak, tak!.. Przypominam sobie, istotnie coś takiego było!.. Ale w takim razie niech pan zwróci się do naczelnika powiatu! Bez niego prośby ani przyjąć, ani zaregistrować nie mogę!
Znowu zaczęło się łapanie naczelnika powiatu, potym chodzenie od biura do biura po „dodatkowe“ wyjaśnienia, potym wskazówki i wiadomości „uzupełniające“ i t. d... Wszędzie tosamo: niewytłumaczony lęk, niechęć, rozdrażnienie, zwalanie decyzji na kogo innego, a w rezultacie mitręga, mitręga bez końca. Uzyskał Mostowski jedynie to, że uznano prawność jego żądań i pozwolono mu przebywać czasowo w mieście dla starań.
Sprawa oparła się znowu o gubernatora i utknęła w Zarządzie Gubernjalnym.
Z niesłychaną cierpliwością rozplątywał Mostowski te wszystkie nici i węzły, ale chudł, mizerniał, nie sypiał po nocach. Mieszkał na „ogólnej kwaterze“, skąd udało się nareszcie ogółowi poważnych „pigmejów“ wyprzeć wesołych ale zdrożnych „tytanów“... Ci zresztą nie dali za wygraną, owszem znalazszy przytułek u jednego ze swych miejskich przyjaciół, atakowali dalej „cnotę“ szeregiem nowych, szeroko wśród publiczności rozbrzmiewających kawałów.
Ten stan rzeczy martwił niezmiernie Matronę Iwanównę, ale musiała się poddać... powszechnemu głosowaniu. Rozpytywała jednak często z macierzyńską troskliwością Mostowskiego o losy Zdrowego Rozsądku, który znikł nagle z horyzontu, pozostawszy jej dłużnym coś około dwuch rubli. Mostowski jednak nic o nim nie wiedział, gdyż o ile nie sterczał w poczekalniach rozmaitych biur, to przesiadywał albo u Kuźniecowa w „jaskini książek“, albo u Grzegorzewskiego w zacisznej pracowni zegarmistrzowskiej, gdzie wśród trosk i zabiegów codziennego życia snuły się wciąż tęskne cienie niepowrotnej przeszłości.
Pewnego wszakże wieczora, gdy wrócił ogromnie znużony niepowodzeniami całodziennych zabiegów, zastał niespodzianie na opustoszałej i cichej „ogólnej kwaterze“ Heffdinga.
— Czekam właśnie na was, towarzyszu! Nie wiedziałem, gdzie was szukać. Byłem u Kuźniecowa, ale powiedziano mi...
O co chodzi? Cóż się znowu stało? — spytał z trwogą w głosie.
— Róża... zastrzeliła się! — zaszeptał Heffding. — Zostawiła list do was, towarzyszu... Oto on! Ćwieczkiewicz wysłał mię, żebyście zaraz wracali. Mówił, że można spodziewać się jakichś kombinacji...
— Komplikacji! — poprawił Mostowski.
— Pewnie komplikacji... wobec tego, że pisarz ułusny i „głowa“ jakucki dowiedzieli się bardzo szybko o wypadku i opieczętowali papiery i rzeczy Róży wcześniej, nim nasi zdążyli je przejrzeć... A tam podobno są tajemne listy do niej od narzeczonego z katorgi... Wy wiecie, towarzyszu, najlepiej, co tam może być, boście byli ich obojga przyjacielem... Trzeba więc, żebyście pojechali natychmiast. Może się uda coś wydobyć. Drzwi zamknięte, ale okno zapomnieli opieczętować i można łatwo wejść do pokoju z bardzo małym zachodem, poprostu podważyć ramę dłutem i wyjąć... Już ja to oglądałem...
Mostowski słuchał ogłuszony, nieprzytomny prawie i patrzał bezmyślnie na podawany mu list.
— Zabiła się... zabiła... Róża... kiedyż to?..
— Wczoraj rano. Całą noc jechałem, gnałem, ile było pary w koniu... Ćwieczkiewicz powiedział, żeby go nie szczędzić, choćby padł... Dał najlepszego konia, jakiego miał...
— I... jakżeż to?.. Gdzież się zabiła?... Mów!.. W domu, na przechadzce?.. Jak było?..
— U siebie w pokoju. Wstała jakgdyby nic, zjadła nawet z towarzyszami śniadanie, a potym weszła do siebie, przymknęła drzwi i trach!.. Skoczyli ratować, a ona już bez tchu... W serce... Nawet krwi niewiele wypłynęło. Na stole list otwarty do policji: „proszę nikogo nie obwiniać...“ potym osobny list do Ćwieczkiewicza i osobny do was, towarzyszu!..
— Zaraz jedziemy!.. Mój kochany, idź załóż konie!..
— Mój nie dojdzie!.. Jeszcze nie obsechł z potu, ledwie trzyma się na nogach... Droga straszna, śnieżyca, wichura, zaspy w górach...
— W takim razie ja sam...
— Na noc...
— Tak, na noc...
— Bójcie się Boga, jeszcze was w lesie zabiją i ograbią, albo zbłądzicie!
— Idź, idź zaraz załóż mi konia, proszę cię bardzo... Ja tymczasem przeczytam... ten list! — dodał z tłumionym bólem.
Heffding ubrał się i wyszedł. Mostowski otworzył kopertę drżącemi palcami.
Żegnaj, odchodzę. Nie jestem już nikomu potrzebna, czuję się zawadą i ciężarem.
Zapewne, że śmierć moja przyczyni wam chwilowo cierpienia, ale stokroć większym dla mnie cierpieniem jest życie w podobnych warunkach. Wszystko rozwiało się, opadło — pustka! Szczęśliwi, którzy mogą wierzyć i walczyć o kruszynę choćby osobistego szczęścia... Moje serce zmęczone nie chce już bić, odchodzę.
Wracaj, przyjacielu, wracaj, uciekaj stąd i bądź szczęśliwy. — Dziękuję ci za chwile otuchy i pomocy, jakiemi mię niegdyś darzyłeś... Raz jeszcze żegnaj!
Patrzał na czarne znaki liter, skaczące po białym papierze, i szukał ręką oparcia o stół. Zimny bolesny podmuch przywiał mu przed oczy złoto-włosą głowę, rozśmiane rumiane usta i szafirowe żałosne oczy...
— Ktoby pomyślał?.. Ktoby pomyślał? I dla czego nie pisze nic o Karolu?..
Wszedł Heffding.
— Koń gotów!..
Mostowski szybko obliczył się z Matroną Iwanówną, zapłacił należność, ubrał się i wyszedł. Heffding pomógł mu wynieść rzeczy.
— Ależ pogoda, towarzyszu! Niech ją gęś kopnie zadnią nóżką. Nie zwalcie się gdzie z urwiska! — ostrzegał Mostowskiego, gdy ten wyjeżdżał już przez wrota na przeraźliwie ciemną, świszczącą od wichru ulicę.
Smugi wilgotnej śnieżycy uderzyły go znagła w twarz jak straszliwy splot siekących nieustannie biczów, owionęły go siecią lodową, przewalającą się wciąż dookoła i wstrząsaną przez szalejącą burzę. Świst wichru, ryk bitych przezeń przedmiotów, jęk ziemi, zalały, ogłuszyły, zatopiły go, oddzieliły od reszty świata. Poczuł się zupełnie samotnym wśród bezwzględnego mroku i burzy, sam na sam z targającą mu wnętrzności gorączką i strasznemi, niejasnemi myślami, od których się bronił. Popędzał wciąż lejcami konia, którego ośnieżony zad ledwie majaczył w ciemnościach. Wóz strasznie podskakiwał po zamarzłej grudzie drogi albo niespodzianie wrzynał się w zaspy. Wtedy koń stawał i czekał, a Mostowski zeskakiwał z wozu i popychał, podważał koła, wołając jednocześnie na wierne zwierzę. Z trudem wielkim pokonywali te przeszkody, którym Mostowski nawet rad był, gdyż przeszkadzały ukształtować się tym myślom niejasnym, których bał się, a których nie był panem... Ale za miastem, gdzie na obszernej, nagiej równinie pęd wichury stał się potężniejszym, lecz zarazem jednostajniejszym, a powłoka śniegu na odmuchniętej drodze równiejszą i cieńszą, musiał siedzieć nieporuszony na wozie i pogodzić się z miarowym krokiem konia, który za nic nie chciał biegu przyśpieszyć. Wtedy mgliste myśli zaczęły się układać w bolesne oskarżenia... Leciały, jęcząc, wraz z lodowatemi smugami wichury...
...Znikła... znikła i... nigdy... nigdy... Winniśmy... wszyscyśmy winni, żeśmy nie umieli zatrzymać...
...„Nie jestem nikomu potrzebna“... — trzepotało żałobne widmo przydrożnego drzewa, wyłaniające się nagle na ciemnym tle skłębionej burzy... O oczy moje żałosne, o usta moje słodkie, wyście nie były nikomu potrzebne! Pocóżem się was wyrzekał, marząc w cichości bezsennych nocy o was i wypierając się po dniu tych marzeń przed samym sobą... Karolu, Karolu, coś uczynił, żeś jej nie mógł powstrzymać, zakląć przynętą słodkich nadziei, złagodzić gorycz cierpień bieżących wizją przyszłego szczęścia!.. Coś się stało!.. Dawno już odgadywałem, że coś się między wami dzieje, ale... nie śmiałem pytać!.. Tymbardziej nie śmiałem, nie mogłem pytać!... — Nie mogłeś pytać? — spytał wewnętrzny surowy głos. — Dawniej podszedłbyś do niej z prostotą przyjaciela, ale teraz... Wmieszałeś się i ty do zgrai tych, tych... co jej przedewszystkim pożądali!... Była samotną, zupełnie osamotnioną wśród usłużnych i schlebiających. Dobra, czysta, czuła, otoczona wieńcem satyrów... Z każdego uśmiechu wyglądało błaganie o ciało, wyciągnięta dłoń płonęła pragnieniem uścisków, rada zawierała ukrytą prośbę i nadzieję... Wstrętne!... I tyś też do nich należał!... — Tak, należałem — westchnął. — Lecz co mogłem zrobić, co zrobić!? Wszak starałem się zmienić, nie widywałem jej tygodnie całe, walczyłem z sobą... A mimo to, gdym znowu ją spotykał, znowu wybuchał stłumiony, zdawało się nazawsze, płomień trujący, słodki i nieubłagany... Chciałem od niej uciec i, oto, ubiegła mię: „Żegnaj raz jeszcze...“ „...Uciekaj stąd i bądź szczęśliwy...“ Ach, nigdy już nie ucieknie od jej widma, od jej wspomnienia!... Cóżeś uczyniła? Coś uczyniła ze mną?...
Koń zatrzymał się. Mostowski zszedł z wozu, obtarł mu zatkane chrapy z namarzłych sopli, oczyścił tułów ze skorupy lodu, obił z kopyt nadeptaną grudę; następnie obrąbał z kół rękojeścią okutego bata nalepłe na nich poduchy śniegowe, poczym wyjął worek z trochą jęczmienia i naczepił go na łeb zwierzęcia. Sam zaś poszedł naprzód drogą, aby przekonać się, wymacać rękami, gdzie się znajduje. Gwałtowne wznoszenie się gruntu oraz obecność po lewej ręce wielkiego, spróchniałego pnia, przekonały go, że drogi nie zmylił, że znajduje się u wjazdu na górę.
— Byle dostać się w lasy!... Tam droga jedna, przerąbana w gąszczu... Zbłądzić niepodobna. Rano będę w domu... — rozmyślał.
Z niemałym wysiłkiem wydostał się na wierzch góry. Koń ślizgał się po chyliźnie i co chwila stawał, Mostowski, podpierając chyboczący się wóz, sam parę razy omało nie upadł i nie stoczył się na dół. Całe szczęście, że wiatr tu już mniej dokuczał, wstrzymywany porastającą stok gęstwiną. Na górze, gdzie zaczynała się zalesiona płasko-wyżyna, było prawie cicho, za to tak ciemno, że istotnie Mostowski nic nie widział, prócz migających mu chwilami przed nosem płateczków śniegu. Zdał się na instynkt konia, kożuch mocniej zapasał, bermycę futrzaną głębiej na uszy naciągnął i, siedząc skulony bez ruchu na wozie, pogrążył się już bez walki w swe myśli żałobne. Ciemności gęste, jak zasunięta powieka, tłumiły mu wszelki widok na świat zewnętrzny. W szczytach drzew szalała burza, las wokoło szumiał, trzeszczał, pojękiwał, ale w szczelinę drogi słabe jeno dobiegały podmuchy... Koń człapał miarowo, zaginiony w czarnej przepaści, wóz podskakiwał i chybotał się wciąż, ale miarowo, jak łódź na uciekających falach...
Znów jak niedawno w szopie młyna przebiegał Mostowski myślą swe życie, lecz jakże inaczej patrzał na nie teraz, jakże marnemi wydawały mu się jego cierpienia, zawody i żale wobec tego, co się stało...
„Żegnam cię, kochany przyjacielu, odchodzę!“
Jakoś dotychczas nigdy mu nie przychodziło do głowy, że można tak poprostu tę całą plątaninę rozwiązać, od tego wszystkiego odejść i że z czasem się przecież od tego odejdzie!... I nagle wstało przed nim pytanie, którego unikał, które odpychał całą mocą swej duszy hartownej, którego trujące skutki nieraz w swym życiu widział: „Poco to wszystko, poco?...“
Nie mógł zbyć go tym razem żartobliwemi odpowiedziami, jakie dawał sam zwykle Zdrowemu Rozsądkowi... Istotnie: czy niema w tym wszystkim jakiejś okrutnej, nieogarnionej, niezrozumiałej sprzeczności?!... Oto widział siebie małym, beztroskim chłopięciem, czule chowanym przez matkę, pieszczonym przez ojca, całowanym przez wszystkich... Jednocześnie uczono go być dumnym, szlachetnym, mężnym, kochać kraj... Uczucia te w atmosferze powszechnej udręki i poniżenia nabierały szczególnego znaczenia i mocy, zatruwały wszystkie ruchy jego duszy jadem cierpkim i palącym, jak dotknięcie do wiecznie krwawiącej się rany. Nigdy wesele jego nie bywało całkowite, pełne i nigdy smutek jego nie był li tylko własnym smutkiem... Cała jaźń jego już na zaraniu życia przesnuta była jadem bolesnym, przejmującym powszechnego cierpienia, który go dręczył ustawicznie, a był mu jednak droższy nad życie... Jeżeli nie uginał się i nie umierał wśród tych mąk i rozterki, to właśnie dla tego, że, zabijając siebie, rozumiał, iż zabije i te święte dla siebie boleści, które wymagały właśnie walki. I to, co było źródłem jego słabości, stawało się źródłem jego siły, dawało mu tę twardą niezrozumiałą zaciętość i nieustępliwość, jaką zachwycali się przyjaciele, a nienawidzili lecz szanowali wrogowie... Ale w gruncie rzeczy był to stosunek niezdrowy, nawspak odwrócony rzeczy porządek. Żył dla idei, dla uczuć, a nie one żyły, aby mu służyć... Właściwie zaś był to zrost tak silny interesów osobistych i ogólnych, że rozdział ich wydawał mu się wprost niepodobieństwem, śmiercią jego istoty. Dla czegóż teraz głos ich osłabł? Dla czego słucha obojętnie tych samych zawołań i rozumowań? Dla czego z odrazą myśli o wszystkim, co może być jutro? Czyż nie wszystko jedno?... Czyż nie było już wielekroć dawniej tego, co jest dziś?... Noc; koń stąpa w ciemnościach, z trudem wlokąc wóz; burza szumi w gałęziach lasu, wiatr zacina co chwila mu twarz swym biczem lodowym... Czegóż on spodziewa się i na co czeka?! Wszak tam w końcu drogi czeka go trup, wczoraj jeszcze piękny, żywy, ponętny, pełen obietnic rozkoszy, pełen wesela, pełen myśli i drgnień prześlicznych... Poco to?... Czyż gdyby, ot, w tej chwili, napadli nań nagle złoczyńcy i zabili go, zmieniłoby się cokolwiek w zwyczajnym biegu nawet najbliższego otoczenia?... Toczy się ziemi kolisko w przestworzu, a na ogarniętej nocą jego połowie — on, proch drobny, mniejszy od drobinki kurzawy... Poco walczyć, poco żyć, kiedy się jest tak bardzo znużonym!... Czyż istotnie nie lepiej... odejść na wieki, utonąć w spokoju nigdy niezmąconym...
Całe brzemię swego ciężkiego losu poczuł nagle na pochylonych barkach i nigdy nie pamiętał, aby był tak słabym, zużytym, zbolałym, jak w ów świt ołowiany, kiedy dowlókł się nareszcie do swej sadyby.
— Ach, poco, pocoś to uczyniła!... — jęknął powtórnie, spoglądając w stronę domu umarłej.
Musiał dać koniowi wypocząć, musiał go nakarmić, musiał się więc zatrzymać. Aby czas jakkolwiek zabić, rozpalił ogień na kominku i, ugotowawszy herbaty, zmusił się do przełknięcia trochę gorącego napoju.