Jak Gryf-Mostowski budował młyn/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jak Gryf-Mostowski budował młyn |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Młyn był istotnie w porządku; miał wszystko, co porządnemu młynowi mieć należy: wielki, pochyły deptak pod szopą, na którym jako siła poruszająca chodziły konie albo woły, koła wielkie i małe, oraz tryby i dwa nowiutkie kamienie młyńskie, umieszczone w również nowym budynku... Mimo to nie chodził. — Oglądał go wielekroć i bardzo uważnie Mostowski, ale przyczyny wyrozumieć nie mógł. Zdrowy Rozsądek z wójtem zjawili się również i również robili różne na ten temat przypuszczenia. Ale przeplatali swoje roztrząsania taką ilością uwag, anegdotek i spraw z zupełnie innej dziedziny, że przeszkadzali jeno skupić się Mostowskiemu, więc ich rychło wyprosił. Został sam w zakurzonej, ciemnej szopie i usiadł na stopniu prowadzących ku żarnom schodków.
Nigdy nie przypuszczał, że rzeczy wezmą taki obrót. Marzył nareszcie o jawnej, o prawnej, ciężkiej ale dostojnej walce o należne mu prawa, marzył o przetarciu szerokiej, dostępnej dla wszystkich drogi przez urzędowne formułki, przez administracyjne i kodeksowe przeszkody, która mogłaby następnie służyć ogółowi wygnańców; myślał, że uda mu się w ten sposób podnieść ducha towarzyszy niedoli, wlać nadzieję w ich serca, znękane nędzą bez końca i położeniem bez wyjścia. Zamiast tego wyrósł przed nim jakiś żart losu osobliwy, jakiś kawał doraźny, od którego w gruncie rzeczy zależała cała jego przyszłość, a który z kolei zależał od kaprysu pijanego wójta, od zalecanek Zdrowego Rozsądku do ładnej chłopki, od donosu byle rozgniewanego chłopa lub posieleńca... Nawet gdyby uzyskał nareszcie uchwałę gminy, pozostanie dalej pod obuchem, że jej nie zatwierdzą, że naczelnik powiatu ją zatrzyma lub że ją gubernator w przystępie złego humoru wprost odrzuci... Piętrzyły się przed nim, w miarę rozmyślania, góry przeszkód, a szanse powodzenia malały do nici cieniuchnej, spadały do zera.
A jednak na razie była to jedyna droga!... Musi ją zdobyć!... Nawet czekać nie może, gdyż na wiosnę ci szaleńcy Heffding i Barański uciekną, a wtedy napewno zastosują do wszystkich represje, a jego, jako najbliższego sąsiada, pozostającego z uciekinierami w przyjacielskich stosunkach, mogą nawet aresztować lub wysłać gdzie dalej... Wreszcie... Przykro mu było przyznać się nawet przed samym sobą, ale to było tak... Przyjazd Róży Lwowny, kobiety młodej, świeżej, ukształconej, narzeczonej przyjaciela, obostrzył w nim cichą, toczącą go nieustannie ogólną nostalgję... Do pragnienia kraju do potrzeby rodzimego towarzystwa, rodzimego trybu życia przyłączyło się spotężniałe pragnienie słodkiej, kobiecej pieszczoty, której wcale w życiu nie zaznał, pragnienie, zwiększone poczuciem, że gdy minie jeszcze lat kilka, to już jej nigdy nie pozna. — Miał lat 38 i włos mu się srebrzyć poczynał. Musiał wracać, aby jeszcze spodziewać się i szukać... Inaczej... inaczej.... Przypomniał sobie żałobną idyllę Grzegorzewskiego i Jundziłła, ich opowieści o życiu, pracowitym, skromnym, cnotliwym, ale takim nieskończenie szarym, smutnym, bezradosnym, gdzie dnie za dniami opadały z cichym stłumionym westchnieniem, niby zawiędłe liście jesienne...
Nie, on musi, on musi dla wielu, wielu przyczyn wydostać się stąd na szeroki świat z jego nieskończenie wielką rozmaitością i niewyczerpalnemi możliwościami... Tam może znajdzie ukojenie dla swej boleśnie wielekroć zranionej duszy!...
W nagłym, rzadko nawiedzającym go wizjonerstwie, oglądał jak obcy, przerażony widz zawieruchę mknących przed nim wstrząsających, pełnych grozy scen przeszłości, których sam był aktorem...
I niemęskie, żałosne łzy ścisnęły mu gardło.
Niezmiernym wysiłkiem woli wstrzymał je, zmógł się z sobą i skupionym wzrokiem spojrzał w zamgloną głąb szopy młynarskiej. Chwilkę wydało mu się, że siedzi w zupełnie nieznanym mu miejscu, nad brzegiem ciemnej przepaści, na której żałobnych wiszarach tajemnicze, krwawe znaki piszą strzałki zachodzącego słońca... Zwolna wszakże rozróżnił glinianą podłogę szopy, bierwioniaste, pocięte gdzieniegdzie szczelinami ściany i drzwi, przez których szpary sączyło się złote światło. Ocknął się i obrócił za siebie. W ciemnościach, tuż za jego plecami, szczerzyło żółtawe zęby wielkie koło modrzewiowe, dalej przez otwór w ścianie widział gruby cedrowy tram, uchodzący w błękitnawy podcień wielkiej, na licznych krokwiach opartej tarczy deptaka.
Przypomniał sobie wszystko i rozśmiał się.
— Co on tu naplątał, nagadał, nablagował?... Dziwak! Na co on liczył?! Byłem na prawie, ty powinieneś zrobić jako inżynjer!... — powtórzył wczorajsze wyrażenie Wołgina. — Co go to obchodzi!... Byle dzień przeżyć, byle nie myśleć, nie rozważać, nie truć się!... Ha, może to i lepiej!... Cóż, kiedy nie mogę... Trzeba jednak zobaczyć, co tam jest w tym młynie; może istotnie jakie głupstwo?...
Więc znowu niezmiernie uważnie zlustrował wszelkie szczegóły, lecz nigdzie najmniejszego nie dostrzegł feleru. Koła, zęby, tryby, młyńskie kamienie, czopy i gniazda osi — wszystko oddzielnie było ładnie obrobione i dopasowane... Wszedł na deptak i schwyciwszy się rękami za poprzeczne przęsło, odepchnął go silnie wtył nogami, — schodnica z wielkim skrzypem poruszyła się i popłynęła pod nim; zaturkotały, zajęczały tryby, zaszemrały za ścianą żarna, ale trwało to krótko. Maszyna nagle z głuchym trzaskiem zacięła się i wszystko stanęło, umilkło... Nadaremnie wysilał się, aby deptak pchnąć dalej, opierał mu się ze złowrogim trzeszczeniem. Wrócił więc znowu do młyna i znowu badał uważnie tryby, osie, żarna i koła. Wszystko było we wzorowym porządku, a gdy poszedł na deptak i pchnął go ponownie, powtórzyło się to samo.
I tak kilkakroć.
Niewidzialne licho zaczynało go intrygować. Zrozumiał nareszcie, że musi ono tkwić gdzieś w samym biegu kół, które, zwolnione od nacisku, wracają natychmiast do właściwego położenia i utrudniają mu wykrycie błędu. Był mu niezbędny do pomocy Zdrowy Rozsądek. Udał się na jego poszukiwanie, lecz go nigdzie nie znalazł. Wreszcie zajrzał nieśmiało do kuchni i dowiedział się od służącej, że „tajony“ poszły w pole, a pani siedzi u siebie w pokoju. — Wyszedł za wrota i dostrzegł w pewnym oddaleniu na żółtawym tle rżyska ciemne postacie gospodarza i Zdrowego Rozsądku, rozmawiających z wielkim ożywieniem.
— Wyobraź sobie — zwrócił się ku niemu Wołgin, gdy zbliżył się ku nim, — że Piotr Inokientjewicz cuda mi opowiada o kamieniu „siurik“, który wywołuje wiatr i dobrze jest znany Jakutom... Poszło stąd, że ja zapytałem go, dla czego tu nie budują wiatraków. — Otóż okazuje się, że w zimie, kiedy młyny są najpotrzebniejsze, gdyż ziarno na mrozie miele się najlepiej, tu wcale niema wiatrów.
— A panu, jakże się powiodło? — spytał wójt z trochę niepewnym uśmiechem.
— Dotychczas nic nie wiem! Co za licho: wszystko jak należy, a zacina się!...
— Właśnie wszystko jak należy, a przyczyna niewiadoma! Już ja i popa wołałem, modliliśmy się uroczyście wsią całą, kropili wszystkie kąty wodą święconą; potym szaman przychodził, w bęben noc całą żarliwie kołatał, zjadł pół krowy i nic!...
— Potrzebuję twojej pomocy, Wołgin!
— Bardzo chętnie! Służę ci!... Jestem pewny, że wypłoszymy tego biesa, skoroś się do tego wziął... Ode mnie też wszelkie złe ucieka — zwrócił się Wołgin do wójta. — Ale muszę go kropić nie wodą święconą, ale „wodą życia“... Pan wie, „l’eau de vie“... — dodał po francusku i mrugnął znacząco okiem. Wójt rozśmiał się.
— To już chyba po obiedzie, bo dla wszystkich nadchodzi... gieneralski czas!...
Spojrzał na słońce i sam pierwszy poszedł ku domowi.
Obiad podano w świetlicy. Pośrodku nakrytego czystym obrusem stołu postawiono półmisek kartofli, a przed każdym z biesiadników po kawale dymiącego się mięsa na talerzach. Usługiwała im znowu sama wójtowa, ubrana odświętnie, jak wczoraj, i ze spuszczonemi jak wczoraj oczyma.
Zauważył jednak Mostowski w jej uszach większe i ozdobniejsze jeszcze niż wczoraj kolczyki, a na piersiach wspaniałą broszę z ogromnym zielonym szkłem. W kącikach ściśniętych ust taił się stłumiony uśmieszek. Zdrowy Rozsądek słał jej mordercze, porozumiewawcze spojrzenia, rozumie się, poza plecami częstującego gości wódką wójta.