Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VII.

Nareszcie pod wieczór dotarli do dużej wsi, luźno rozrzuconej wzdłuż brudno-żółtej wstęgi pocztowego traktu. Trakt biegł środkiem łęgowatej kotliny, okolonej zwartym na pozór pierścieniem stromych, lesistych wzgórz. Trudno było nawet na pierwszy rzut oka odnaleźć w nich przerwę, przez którą przedzierała się płynąca padołem rzeka wśród smug nagich sianożęci i gęstwin wiklinowych zarośli.
Dom wójta stał pośród sioła na małym wzniesieniu i był zupełnie podobny do innych domów, jeno większy i strojniejszy. Miał zielono malowane okiennice, ładnie odbijające od drewnianych, pociemniałych modrzewiowych ścian. Na dziedziniec wiodły z ulicy szerokie i wysokie wrota tarcicowe, które zastali zamknięte. Dopiero po wielokrotnym kołataniu odezwał się z poza parkanu głos kobiecy i po długich pertraktacjach po jakucku i po rusku, po wymienieniu imienia i otczestwa Piotra Inokientjewicza i długich medytacjach odsunięto z wewnątrz zawory.
— Bo to u nas złodzieje — tłumaczyła się służąca, brudna i śniada Jakutka.
— A gdzież pani?
— A oto stoi!
Kiwnęła na ganeczek, gdzie ujrzeli wysoką, pełną blondynę w ciemnej sukni i zgrabnym wciętym do figury aksamitnym kaftaniku, podbitym gronostajami. Uważnie wpatrywała się w nich agatowemi, podłużnemi oczami, nad któremi cienkie brwi ciemne drgały i marszczyły się z lekka.
Mostowski ukłonił się i, zaczepiwszy lejce o róg wasągu, zbliżył się z czapką w ręku.
— Czy mam honor z panią Nikitinową? — zaczął po rusku.
Kobieta uśmiechnęła się, błyskając perłowemi zębami, lecz nic nie odrzekła.
— Piotr Inokientjewicz — ciągnął Mostowski — polecił nam, abyśmy nań zaczekali tutaj, lub... gdyby to pani było.. niedogodne... to możeby...
Spokojny, cokolwiek figlarny wzrok młodej kobiety, jej milczenie i niespodziana uroda, mieszały go.
— Nie rozumiem! — szepnęła wreszcie po jakucku. — Zawołaj starego! — zwróciła się do służącej
„Stary“ już stał od kilku chwil poza nią i teraz wystąpił naprzód. Miał twarz puhacza z okrągłemi wyblakłemi oczami, okoloną siwą, zwichrzoną czupryną i długą, równie białą brodą, potężne pęki włosów wyrastały mu również z rozdętych nozdrzy i ogromnych uszu.
— A co to? — zaszemrał po rusku zapadłemi ustami.
Mostowski powtórzył cierpliwie cały wykład o Piotrze Inokientjewiczu. Stary słuchał pilnie, ale nie odpowiadał.
— Ha! Co? — bąknął wreszcie.
— Wybyście bliżej podeszli, bo on... głuchy, nie słyszy! — objaśniła wreszcie Mostowskiemu służąca. Pani domu znowu się roześmiała, zerkając ciekawie na Wołgina, siedzącego na wozie i zapatrzonego w nią jak w obraz.
Mostowski wszedł na ganeczek i, krzycząc ile sił starczyło, próbował się porozumieć z puszczykiem.
— Aha, aha! Rozumiem! Niema wójta! Niewiadomo kiedy wróci! Może jutro, może za tydzień. Odjeżdżajcie z Bogiem! Z Bogiem, z Bogiem! — szepnął drżącym głosem, wskazując na wrota.
Pani domu już głośnym wybuchnęła śmiechem.
— To ci okazja! — Głuchoniemo-siwy smok, strzegący Andromedy — wykrzyknął Zdrowy Rozsądek.
Mostowski spojrzał nań groźnie i pośpiesznie zagadał do młodej kobiety swą łamaną jakutczyzną. Spoważniała odrazu, skoro dowiedziała się, o co chodzi, i poprosiła ich, aby konia wyprzęgli i weszli do izby.
— Cudeńka!.. — Piękna jak Wenus, biała, złotowłosa, piersi jak dwa pagórki, biodra jak basetla, a mówi po jakucku i — uważałeś — w jakuckich chodzi bucikach z zadartemi nosami!.. Słyszałem ja ci o tych „białych Jakutkach“, ale nie przypuszczałem, że są takie... Doprawdy warta grzechu! — mruczał Zdrowy Rozsądek, złażąc z wozu.
— Cicho!.. Napewno rozumie!.. — wstrzymywał go Mostowski.
— To co?.. Tym lepiej... Skoro stary nie słyszy, a sługa nie pojmie!.. Wymarzone warunki!.. Będę mógł... głośno rozmyślać, jak Hamlet!
— Bardzo cię proszę!..
— Dla czegóż to?.. Bądź pewny, że ci interesu nie zepsuję, owszem okażę wszelką protekcję... Chyba, że sam zamierzasz... W takim razie — pas, bo masz nade mną wyższość o całą znajomość jakuckiego języka!.. Wiesz co, Mostowski, zaczyna mię ta awantura zaciekawiać!
Obruszył się Mostowski i przyszły mu nawet do głowy morały, jakieby należało w tym wypadku powiedzieć, ale Zdrowy Rozsądek już odchodził, nie czekając na nie.
Gdy konia w stajence Mostowski postawił i zatoczył wóz pod kłunię, wszedł do świetlicy i natychmiast służąca Jakutka podała im na tacy miejskim obyczajem filiżanki z herbatą, stare zatęchłe ciasteczka, cukier drobno rąbany i mleko w dzbanuszku. Za drzwiami przymkniętemi sąsiedniego pokoju słychać było, jak krzątała się urocza gosposia, dzwoniąc srebrnym łańcuchem na piersiach i dużemi, srebrnemi kolczykami w uszach.
— Wolałbym zamiast tych honorów... jej własną osobę, a bardziej jeszcze patelnię „oładji“ z masłem... Djabelnie mi się jeść chce! — mruczał Zdrowy Rozsądek.
— Bój się Boga!.. Cicho! Tam wszystko słychać!..
— Cóż u licha!... Pić niewolno, mówić niewolno!.. Cóż więc wolno?.. Ładne przekonania wolnościowe!
Kłócili się z sobą — Mostowski szeptem, Zdrowy Rozsądek basem, aż spostrzegli w szczelinie drzwi... oko... Mostowski umilkł zmieszany, ale Zdrowy Rozsądek zawołał głośno:
— Widzisz: Oko Opatrzności!.. Uspokój się — wszystko pójdzie dobrze!
Oko znikło. Mostowski, nadąsany, siedział przy stole i bębnił palcami jakiegoś posępnego marsza. Zdrowy Rozsądek chodził od ściany do ściany i oglądał rozwieszone na nich fotografje, blado połyskujące w zmroku.
— Skąd oni nabrali takich okazów!.. Same potomki Batyr-Tygina... Wprost intryguje mię, skąd znalazła się wśród nich taka biała perła, jak nasza gosposia!.. Może podrzucona, albo ukradziona?... Może to jaka romantyczna historja?.. Ale ja się dowiem!.. Przez sam wzgląd na... antropologję muszę to zgłębić, tak... zgłębić! Właśnie!
Mostowski wyszedł, aby zobaczyć, czy koń już ostygł i czy można go nakarmić. Gdy wrócił po chwili, zastał na stole świecę, filiżanki od herbaty były sprzątnięte, a Zdrowy Rozsądek leżał na kanapce z wyciągniętemi nogami i palił papierosa.
— Widzisz, „oko“ działa. Szkoda tylko, że czyni to przez służącą. Ale myślę, że nam na noc choć pościel dadzą, bo co do jedzenia, to już zwątpiłem! Stary puhacz miał taką minę, jakby jadał raz na tydzień. My też jesteśmy gośćmi z innego świata... W każdym razie nie dziś to jutro zrobi się tu jakiś ruch, który pozwoli przeniknąć tajemnicę... drzwi zamkniętych... Ale coś ty taki posępny? Pociesz się — początek zawsze bywa trudny...
— Niewiadomo, kiedy ten wójt przyjedzie i czy co z tego będzie!.. — westchnął Mostowski.
— Kiedy wójt przyjedzie? Uważam, że im dłużej nie przyjedzie, tym lepiej. Przez ten czas zdołamy pozyskać dla siebie piękną orędowniczkę! Upewniam cię, a to rzecz nie mała!..
— Ach, przestań!..
— Dziwak jesteś!.. Zamiast się cieszyć, że nareszcie znalazło się coś w tym kraju, co mię interesuje, to się dąsasz... Sam przecież nieraz twierdziłeś, że gubi mię obojętność do spraw życiowych! Teraz chcę zgłębiać, gorzeję pragnieniem zgłębiania... Wyrzekam się wódki, której ten cnotliwy wójt pewnie nie pija... Nie miałby inaczej takiego pałacu i takiej grubej żony... Przyznaj, że niczego babula!.. Taka podobna do naszych bab-młoduch, że aż mi dotąd drżą od wrażenia wnętrzności... Wśród tutejszych czarnych i płaskich Jakutek świeci jak zorza, krągli się, jak posąg, doprawdy, jak marmurowy posąg! Do licha, widzę ją oczyma duszy!.. Ale głównie — gdzie ona śpi? Wójta niema, a ja, wychodząc w nocy na dwór, mogę się przecież z rozespania i w ciemnościach zabłądzić... drzwiami się pomylić... Tak radzi wielebny Boccacio!.. Cóż mi zrobią!.. Najwyżej stąd wyrzucą!.. Phi!.. Wielka rzecz!
— Słuchaj, Wołgin! — przerwał mu surowo Mostowski. — Jeżeli nie przestaniesz, zmusisz mię, pomimo, że mam ważny interes, natychmiast w nocy wyruszyć w powrotną drogę!...
Zdrowy Rozsądek spojrzał nań uważnie, usiadł znowu na kanapie i, zapaliwszy nowego papierosa, zagwizdał cicho arję z „Pięknej Heleny“.
— Przestań, proszę cię... W obcym przecież jesteśmy domu!
— Więc co u licha mam robić!... Jesteś, widzę, despotą, jakiego świat nie widział. A chwaliłem cię niedawno! Pozwól mi samemu sądzić, co właściwe, a co nie!. Każda „jarzyna“ ma swój czas i miejsce... Tu są inne obyczaje... demokratyczne, których ty nie znasz i nie wyczuwasz... Doprawdy lepiej jedźmy!.. Po drodze zostawisz mnie w mieście. Już może się gniew gubernatorski cokolwiek uśmierzył... Oni nas rozumieją!.. Oni nawet powinni nas, tytanów, popierać! Doprawdy!... Matrona Iwanówna napewno ukryje mię u jakiej swojej kumy... Jedźmy! — zapalał się Zdrowy Rozsądek.
Mostowski nie kwapił się jednak; w dodatku w czasie ich targów i roztrząsań zastukano we wrota. Okazało się, że istotnie przyjechał wójt.
Wszedł natychmiast w podróżnym ubraniu do świetlicy i, obrzuciwszy gości podejrzliwym spojrzeniem, zagadał:
— Aha, panowie już są?... A czy dawno?... Pewnie panowie głodni?... Czy dano panom co jeść?!..
— Dziękujemy, piliśmy herbatę! — uspokajał go Mostowski. — Pozwoli pan, że mu przedstawię mego towarzysza Wołgina.
— Aha, doskonale! Czy on też chce się zapisać do gminy?
— Ja?.. Niech mię Bóg uchowa!. Musiałbym płacić podatki, nieprawdaż?..
— Tak, tak!.. Zapewne..
— I słuchać władzy?..
— He, he!.. Zapewne!
— A za to miałbym prawo dostać w skórę na uchwałę gminy!..
— Hm!.. — mruczał wójt. — To rzadko bywa; chyba na żądanie naczelnika powiatu!.. He, he!.. Ale pan widzę wesoły chłop!.. Lubi pan żarty... Ja też lubię wesołość! Hej, żono, pośpiesz się z kolacją! Panowie darują; ja zaraz...
Znikł we drzwiach, za któremi mignęła w przelocie złotowłosa głowa wójtowej. Po chwili ukazał się w aksamitnej kamizeli ze srebrnemi guzami, w czerwonej koszuli, wypuszczonej na czarne sute szarawary aksamitne. Całość ubioru psuły jeno cokolwiek miękkie jakuckie „sory“ na nogach z wysoko zadartemi ostremi nosami. W ręku miał butelkę i srebrną czarkę. Za nim weszła sługa, niosąc talerze i mosiężny pobielany półmisek z trzema kawałami dymiącego mięsa.
Zaczęła się rozmowa, przerywana brzękiem naczyń i stukaniem noży. Po kilku czarkach Zdrowy Rozsądek objął przewodnictwo i nawet do tego stopnia wszedł w swoją rolę, że zaczął gospodarza własną jego wódką częstować.
Wesołe dykteryjki sypały się jak z rękawa.
— A cóż pan nic nie pije? — zwracał się wójt do milczącego cały czas Mostowskiego...
— Dajcie mu pokój, Piotrze Inokientjewiczu, to jest mędrzec... nie z tego świata!..
— Aha, rozumiem: on jest ksiądz!.. Dużo jest księży wśród tych Polaków... no i majstrów, co prawda, to prawda, też nie mało...
— A jaka to sprawa, którą miał mi pan tu opowiedzieć? — zapytał nagle Mostowski.
— Właśnie!... Nie chciałem tego mówić tam w mieście, bo to widzi pan taka rzecz, że pan Kacperski sam ma młyny i od wielu lat nasze zboże miele... I jesteśmy nawet zadowoleni... Ale że to swoja koszula bliższa ciała, więc możeby mu się nie spodobało, gdybym ja mój młyn w ruch puścił... Bo, widzi pan, mam młyn, nowiutki, jak z igły; wszystko jest; zapłaciłem za niego bez mała trzy tysiące rubli... Był tu taki majster posieleniec, cały rok u mnie siedział. Co przejadł, co przepił, tego chyba nikt nie zliczy... A wódczysko chlał, jak dziurawa beczka... kosztował mię sam nie wiem już wiele... Alebym mu wszystko wybaczył, gdyby coś choć zrobił... Tymczasem kiedy był trzeźwy, wszystko szło jak z płatka... Młyn postawił wprost wzorowy — deptak, koła, tryby, kamienie ustawione na miejscu, jak należy... Patrzeć lubo!.. Cóż kiedy nie chodzi!.. Czy mi tak umyślnie zrobił za to, że mu nie chciałem dać pięciuset rubli ponad umowę, czy sam nie umiał skończyć należycie, dość, że wziął na ostatku trzy ruble i przed samym puszczeniem w ruch młyna zwiał w nocy bez śladu!.. Już piąty rok ani słuchu, ani duchu!.. Taką sztukę mi uciął!.. Zwyczajnie: posielszczyk! Oni tak zawsze! Niby dobrze, a czegoś brak!.. Młyn ma wszystko jak się patrzy u innych młynów, a nie chodzi... Mała jakaś omyłka, drobiazg... A nikt nie wie!.. Sprowadzałem tu już rozmaitych ludzi, pochodzą, obejrzą, zadatek nawet wezmą i odejdą bez korzyści... A tych, co mają młyny, co mogliby jednym słówkiem maszynę ożywić, po próżnicy się pytać... Śmieją się tylko, żarty ze mnie stroją... Rozumie się, zarobku tracić nie chcą... Słusznie! Ale tymczasem jaką my mamy w okolicy z tym mękę?!.. Toć wszystko zboże mleć musimy na ręcznych żarnach, albo wozić tam i napowrót do miasta o sto wiorst i płacić za pomół ceny szlacheckie!.. Odechce się na skutek tego i zboże siać... A tu rząd w nic nie wchodzi, ino żąda postępów rolnictwa, sprawozdań z siewoobrotu!.. I wymówki robią, że małe! Tak to, drodzy panowie...
— Aha, więc pan nas sprowadził, żeby okolicę ratować — wtrącił uprzejmie Zdrowy Rozsądek.
— Właśnie. Myślę sobie: ten pan jest przecie polityczny, więc się o chłopa troszczy, i jest Polakiem, więc pewnie wszelki kunszt zna... Powiem mu, może uwzględni. A zato i ja mu wygodzę, do gminy zapiszę... Bo choć to niewolno, ale jak młyn pójdzie, to ja wszystko zrobię dla takiego człowieka... A potym niech oni mi choć głowę zdejmą!..
— Zuch z pana!.. — śmiał się Zdrowy Rozsądek. — To coś jak ja! Robię, co chcę, a potym — niech mi głowę zdejmą!
— Niezupełnie rozumiem!.. — zaczął Mostowski. — Więc pan życzy sobie, żebym ten młyn poprawił i w takim tylko razie pan mi wyrobi przyjęcie do gminy?.. Czy tak!..
— Ależ tak!.. Zrozumiał pan wybornie!..
— Ale w tym rzecz, że ja nigdy w życiu z młynami do czynienia nie miałem i żadną miarą...
— Owszem, kochany panie, my panu ten młyn wyporządzimy... Będzie chodził, jak zegarek... — zagadał szybko Zdrowy Rozsądek, mrugając na Mostowskiego... — Będzie się kręcił jak fryga! Będzie pana błogosławiła okolica, a i za pomół piękny grosz panu do kabzy napłynie!.. Ani wątpić, że zostanie pan „wiecznym wójtem“, a może nawet „dziedzicznym obywatelem honorowym“...
— O, to, to trudno, ale medal to mi mogą dać za popieranie rolnictwa! — wstawił Piotr Inokientjewicz...
— Właśnie!.. I medal przyjdzie i wszystko... lecz my też musi my być swego pewni... Bo skoro młyn pójdzie, to go nic już nie wstrzyma, a wtedy mogą się zdarzyć rozmaite przeszkody...
— Żadnych przeszkód być nie może! Tu dzieje się, co ja zechcę! Tutaj mam wszędzie po okolicy pełno krewniaków, swojaków, kumów... Cała gmina lubi mię i wierzy mi!.. Co ja powiem, to święte!.. Z zamkniętemi oczami, co każę, podpiszą! Niech młyn pójdzie, a nietylko panom uchwałę gminy przedstawię, ale jeszcze pieniędzmi ich obdaruję! Jak mi Bóg miły!.. Dam dwadzieścia pięć rubli... Co?!
— No i wydatki na przeróbkę młyna pan pokryje i poczęstunek należyty, strawę, napoje i t. d. jak się patrzy!.. — ciągnął poważnie Zdrowy Rozsądek.
Mostowski milczał, patrząc ze zdumieniem na tę „nową komedję“ znanego mu kpiarza.
— To się rozumie samo przez się!.. Dostarczę panom do zupełnego rozporządzenia takich dwuch cieśli, że jak panowie ołówkiem cieniuchną kreskę na drzewie przeciągną, to oni z całego rozmachu siekierą w tę właśnie kreskę trafią... A poza tym jakie mogą być rozchody!.. Na drzewo?.. Drzewo mam własne, suchą brzozę, modrzew, sosnę. Co dusza zapragnie!.. Co panowie zechcą... A poza tym, co więcej... co więcej być może?.. Niech pan sam powie, bo pan, widzę, ma głowę!.. Głowacz z pana!.. — pokornie zwracał się wójt już wyłącznie do Zdrowego Rozsądku.
— Niech więc pan nam takie zobowiązanie da na piśmie i swoją wójtowską pieczęcią przypieczętuje! A w razie niedotrzymania: sto rubli „nieustojki“!
— Choćby tysiąc! — odkrzyknął wójt. — Przecież was nie oszukam! Bóg świadkiem, nie oszukam!.. Was skrzywdzić, tosamo co wziąć z ołtarza!.. Takie jest moje zdanie!.. Ale w gruncie rzeczy — poco to panom?.. Doprawdy nie wiem!.. Bo z mej strony, co powiedziałem, bez papieru pewnik!.. Wszyscy to potwierdzą, cała gmina! A wy... Co wy z tym papierem zrobicie, kto was wie?.. Wyście polityczni, rozmaite miewacie pomysły.. A co jeżeli u was ten mój papier znajdą?..
— A widzi pan?! Boi się pan!.. Więc jakże to, Piotrze Inokientjewiczu, obiecujecie nam dać uchwałę gminy? — napadał nań Zdrowy Rozsądek.
— Bo dam, bo to co innego!.. Jak Boga kocham dam! — bronił się wójt. — Wiecie co panowie, chyba my jeszcze wypijemy butelczynę! Co?.. Hej, żono, sparz nam ryby solonej i daj jeszcze butelkę!.. — zwrócił się do żony.
Zanim podano wódkę, toczył się dalej żarliwy targ, pełen podejść, niespodzianych propozycji, zdradzieckich chwytów, sprawiających oczywiście niewymowną rozkosz zacnemu Piotrowi Inokientjewiczowi.
Gadał z nim wyłącznie Zdrowy Rozsądek z niesłychaną werwą i pełną humoru pewnością siebie. Mostowski milczał, ale ze wzrastającą ciekawością śledził za tym turniejem, którego celu niezupełnie rozumiał.
Weszła niebawem sama pani Nikitinowa, przysłuchująca się dotychczas rozmowie za przepierzeniem. Niosła na tacy talerz z „oparzoną“ rybą i butelkę wódki. Miała na sobie już inną, bardziej strojną suknię i spuszczone oczy.
Zdrowy Rozsądek ani na nią spojrzał; perorował dalej ze źrenicami utkwionemi w źrenicach Piotra Inokientjewicza i wójtowa zdawała się być tym trochę zmieszana. Kiedy jednak nieostrożnie stanęła między mężem i wygnańcem i pochyliła się, ustawiając naczynia, Zdrowy Rozsądek, udając, że jej pomaga i nie spuszczając oczu z wójta, pogładził niepostrzeżenie rękę młodej kobiety. Mostowski widział to doskonale, widział, jak wójtowa oblała się mocnym rumieńcem i uciekła coprędzej, kryjąc twarz w cieniu.
Już dobrze po północy stanęła wreszcie umowa, mocą której wygnańcy obowiązywali się puścić w ruch młyn za dwadzieścia pięć rubli i przyjęcie Mostowskiego do gminy. Umowa była ustna, gdyż wójt, choć dobrze podchmielony, nie zgadzał się za nic „podpisać“, a tymbardziej „pieczęci przyłożyć“.
— Więc masz nadzieję tę rzecz wykonać? — spytał Mostowski towarzysza, gdy wreszcie zostali sami.
— Ja?... Ja byłem na prawie! To ty powinieneś zrobić, jako eksinżynjer!
— Mylisz się. Nie byłem nigdy inżynjerem i nie mam pojęcia o młynach... a byłem w instytucie górniczym...
— To wszystko jedno!... Zresztą zobaczymy jutro, co tam trzeba!... Może tam nic nie trzeba prócz małego inteligientnego „szamaństwa!...“ Co się zawczasu martwić!... Bieda i śpiewać uczy!... — mruczał Zdrowy Rozsądek, szykując sobie posłanie z przyniesionych im przez wójtową koców i skór.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.