Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI.

Mostowski postanowił po namyśle zaczekać na wójta w mieście i pojechać z nim razem. Wymagały tego poniekąd Obyczaje miejscowe. W dodatku Mostowski miał nadzieję zbliżyć się i zapoznać lepiej w czasie drogi z szanownym Piotrem Inokientjewiczem. Nazajutrz jednak zdarzył się wypadek, który zupełnie mu szyki pomieszał. Gubernator w przystępie złego humoru, bez żadnego widocznego powodu, kazał wydalić z miasta wszystkich politycznych, którzy nie mieli pozwolenia na stały tutaj pobyt. Wpadł więc późnym wieczorem oficer policyjny z kilkoma kozakami na „ogólną kwaterę“, obecnych spisał, niektórych aresztował, innych zobowiązał do wyjazdu nazajutrz rano. Nie pomogły przedstawienia i prośby, nawet ci, co mieli pozwolenie na parodniowy pobyt — musieli wyjeżdżać.
— Niepodobna. My tu mamy niepozałatwiane interesa! I za co taka kara!..
Oficer wzruszał ramionami.
— Nie wiem! Musieliście coś zbroić! Śpieszcie się, panowie, bo muszę jeszcze obejść niektóre mieszkania. Gdzie jest Teromianc? Nie widzę go tutaj, a był przecie!...
— My też nie wiemy!...siał odejść!
— Ha, skaranie boskie z wami, panowie. Niby dzieci małe! Aby chwilkę dłużej! Aby nie zrobić tego, czego władza żąda!
— Posiedziałby pan w ułusie z pół roku, a nauczyłby się pan tegosamego! — przekomarzali się z nim wygnańcy.
Rozkaz wykonywano z wielką skrupulatnością, po ulicach krążyły umyślne patrole, które chwytały zesłańców; szukano ich nawet w mieszkaniach prywatnych.
Zdrowy Rozsądek ukrył się w piwnicy Matrony Iwanówny za beczkami kapusty i uniknął aresztowania, a Mostowski należał do tych, którzy uzyskali zwłokę do rana przez wzgląd na konia i wóz, którym w ciemnościach nocy groziło uszkodzenie na bezdrożach jesiennych.
Wyruszyli więc z miasta bardzo wczesnym rankiem, gdy mieszkańcy spali jeszcze mocnym snem przedświtowym, gdy gęsta, zimna mgła wieszała się po ulicach, ćmiąc rozpalający się już na niebie brzask, a biały szron nocnego przymrozku srebrzył dachy i zręby budynków, wykwitał śnieżystym puszkiem w podcieniach domów na czarnej grudzie ulicznego błota. Gdy słońce przedarło się nareszcie przez siwe mgły i zabłysło nad rozlewającą się szeroko na wschodzie rzeką, byli już daleko za miastem, wśród iskrzących się od szronu żółtych ściernisk i brudnych ugorzysk. Wśród tych pól czerniały tu i owdzie milczące budowle, owiane smugami zimnych oparów. Były to podmiejskie „zaimki“ kupców i bogatych kozaków.
Mostowski popędzał konia, aby coprędzej przemknąć się przez te niebezpieczne miejsca, gdzie mogli go łacno dostrzec wypadkowi przechodnie i donieść, że pojechał w surowo wzbronionym kierunku pocztowego traktu.
Wóz stukał i podskakiwał po zamarzłych koleinach, a Zdrowy Rozsądek trząsł się niemiłosiernie i cedził zjadliwe uwagi o ustroju świata:
— Wyboje, zimno i ani śladu szynku!... Gdzież ja nieszczęsny sobie podchmielę! Zaklinam cię na myśl jasną, którą podobno cenisz, i zdrowy rozsądek, który ja cenię nadewszystko, wystaraj mi się jak najprędzej o kieliszek wódki! Zbyt nagłym jest przejście od raju niezwykłej jej obfitości, jeszcze wczoraj, do piekła zupełnego braku dzisiaj, aby nie zachwiała się wobec tego najbardziej zrównoważona pogoda umysłu. Jeśli więc miły ci spokój, myśl o gorzałce! Będę ci dokuczał gorzej niż pani Muszkina swemu mężowi!
Mostowski szarpał konia lejcami i milczał, wreszcie odmruknął:
— Nie trzeba było głupstw robić, spajać kozaków, jeździć nago po mieście...
— Co? Coś powiedział? Paradny jesteś! kpisz sobie ze mnie, czy co? Chcesz w nas wmówić, że wypędzono nas za te niewinne, wesołe kawały. Mogę cię upewnić, że były one jeno tematem dowcipnych dykteryjek... tam... w górnych sferach! Chyba nie wiesz o roli pijanych i „jurodiwych“ w swojskiej mitologji! Zaraz znać, że jesteś „inorodziec“, ale swój zawsze swego pozna. Wspólny duch przesiąka przez wszystkie warstwy i niweluje wszystkie stany. Tak, tak, kochanku! I jeżeli kto, to ty powinieneś się w piersi uderzyć! Byłem wspaniałomyślny i nie wymawiałem ci, lecz skoro na to poszło, to wiedz, że ty byłeś przyczyną naszego nieszczęścia, twoje poszukiwania na drzewie wiadomości dobrego i złego! Napomykał mi nawet na to... sam sekretarz policji! Gdybyś cicho siedział, pilibyśmy teraz, bratku, u Matrony Iwanówny w cieple i pod zacną opieką. A tak co? trzęsiemy się po tej obrzydliwej drodze z wyrzutami sumienia w sercu.
— Zupełnie niesłusznie!..
— Co niesłusznie? Nie masz wyrzutów? W takim razie jesteś skończona ś....a! Przyjaciel drży z zimna tuż obok niego, głowa mu pęka z bólu, a on nic! Jeżeli natychmiast nie zatrzymasz się w tej tu wiosce, którą widzę przed nami, jeżeli — powtarzam — nie zatrzymasz się przed karczmą... Narobię takiego wrzasku, że zakasuję nawet Teromianca! Słyszałeś? Co? Bez żartów! Stój! Musi tu być przecie karczma, inaczej zwątpię, że jestem w ojczyźnie!..
— Nie trzeba! Puść! — bronił Mostowski wyrywanych sobie z rąk przez towarzysza lejców. — Poczekaj! Mam z sobą butelkę wódki, chleb i kiełbasę! Zjemy śniadanie za wioską w tamtym lasku na przełęczy. Widzisz ją tam wysoko!? Damy chwilę wypocząć koniowi. Tam pewnie ładnie! — dodał weselej.
Wkrótce wjechali do wioski brudnej, ubogiej, obdrapanej, gdzie dużo domów stało widocznie pustkami, sądząc z ogołoconych ze szkieł okien, przywartych wrót i porosłych trawą dziedzińców. Spano jeszcze wszędzie na dobre i stuk wozu ledwie tu i owdzie wywoływał na ganeczek albo ku oknu nawpół przyodzianą postać.
Zaraz za wsią wjechali do lasu.
Wznoszące się coraz wyżej słonce bez trudu przesiąkało w głąb obrzydłej, jesiennej gęstwiny i wydawała się ona skrząca od szronu, ubielona koronkową sadzią, złotosrebrną plecionką. Cierpki, octowy zapach gnijących liści płynął z cienistych wądołów i jarów wraz z resztkami nocnych mgieł, niby dymy gasnących kadzielnic. Na drodze topniejąca czarna gruda jeszcze chowała perłowy zamróz w głębokich koleinach.
Stanęli na zakręcie, na siodłowinie wzgórza, skąd roztwierał się obszerny widok na wstęgę wijącej się doliną rzeki, na łęgi sianożęci, na górzysty i ciemny brzeg przeciwny, na białe miasto opodal z płonącemi w blasku porannym kopułami cerkwi.
Mostowski konia rozuzdał, rzucił mu garść siana, wyjął z wozu posiłek i usiadł obok towarzysza na zwalonym pniu. Wkrótce gawędzili przyjacielsko, już zupełnie pogodzeni.
— Pyszny ty jesteś, Mostowski! Doprawdy! Patrzę na ciebie i nadziwić się nie mogę... Zupełnie jakaś odmienna istota! Niby masz zasady i niby ich nie masz. Coby naprzykład na twoim miejscu zrobił nasz człowiek... cnotliwy? Jabym dawno od niego już uciekł. A z tobą żyć można, choć piła też jesteś porządna!
— Cóż, kiedy żadna metoda na was nie działa... Ani dobra, ani zła!
— Stąd właśnie wyszło mądre słowo — nie sprzeciwiaj się złu! Nie sprzeciwiaj się niczemu, bądź jak żywioł, gdyż jedynie żywioł szczęśliwym bywa!.. — szydził smutno Zdrowy Rozsądek.
— Przestań, przyjacielu, doprawdy! Opowiedz lepiej, jak to tam u was z temi kozakami było?
— Mówię ci — pękać ze śmiechu! Gdybyś widział, jak podoficer Chołmogorów wołał: „niech żyje re-wu-cja!“
Śmiał się jak dziecko, naśladował ruchy i głosy pijanych kozaków.
— I wyobraź sobie, w tym rozgardjaszu gruby Teromianc stoi z cieniuchnym szpagatem w ręku i woła basem: „Zwiążę ich! Jak Boga kocham, zwiążę i odstawię do policji!“ — Ledwieśmy go uspokoili!
Raz jeszcze popasali w drodze w następnej wiosce, gdzie dowiedzieli się, że do wójta już „niedaleko — będzie ze dwadzieścia pięć wiorst!“
— Niema go w domu, ale tylko go patrzeć, przyjedzie dziś albo jutro!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.