Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

V.

Stało się, jak przepowiedział pan Grzegorzewski. Sprawa, pozornie jasna i prosta, nie poszła bynajmniej gładko. Zaczęły się piętrzyć najrozmaitsze nieprzewidziane zgoła trudności. Z powiatu po długich pertraktacjach odesłano Mostowskiego do Zarządu Gubernjalnego, stamtąd skierowano go do Zarządu Skarbowego... I nigdzie nie mógł otrzymać ani odpowiedzi stanowczej, ani znaleźć osoby kompetentnej w jego sprawie...
— Tak, tak!... Oczywiście!.. Ma pan prawo! — Ale my nic uczynić nie możemy bez wyraźnego czarno na białym rozkazu!..
— Cóż może być wyraźniejszego od paragrafów kodeksu!? Tam przecież powiedziano czarno na białym...
— Ale tam powiedziano wogóle, a tu chodzi o zastosowanie do pana, do istoty żywej!.. Jedyna nadzieja w gubernatorze!.. Wszystko zależy od jego poglądu. On może wyjaśnić, jak zechce!..
Musiał czekać na dzień przyjęć gubernatora.
Towarzysze naogół traktowali bardzo sceptycznie jego starania, a „tytani“ wprost zeń kpili.
— Oj, Mostowski, Mostowski!.. Myśmy cię ostrzegali, że wązka i ciernista jest droga, prowadząca... przez Zarząd Powiatowy! Schudłeś, zżółkłeś, sczerniałeś na wiór w te kilka dni!.. Niedługo pociągniesz w ten sposób!.. Bodaj to z nami... U nas szeroko, swobodnie... Jednym skokiem człowiek znajduje się... na wolności... wprawdzie na krótko, ale zato... bez paszportu i pozwolenia!.. Powiadamy ci: raj!.. Dubeltowa przyjemność!..
— Już ja wolę... pojedyńczą! — uśmiechał się Mostowski, błyskając szaremi oczyma.
Wązkie jego usta zacinały się jeszcze mocniej.
— Żal mi cię, ale... nic z tego nie będzie!.. Narazisz się tylko na plotki i przykrości!.. — dowodził mu nawet Kuźniecow.
— Daj pokój, przyjacielu!.. Nie ustąpię!.. Zresztą nie mam nic do stracenia!.. Ostatnie lata żyłem tą nadzieją!.. I nie wiem, co będzie, gdy ją stracę!.. Ja nie mogę żyć bez nadziei!..
— Skoro tak!.. Ha, trudno!.. — odpowiadał stary zesłaniec i zwracał rozmowę na tory naukowe.
Nareszcie po wielu zabiegach został Mostowski dopuszczony na audjencję do gubernatora. Stanął w poczekalni w szeregu petentów ze złożoną w kwadrat prośbą i czekał cierpliwie oznaczonej godziny. Z przykrością zauważył, że serce bije mu żywiej, niżby należało, że wprost jest nadmiernie wzruszony. Ale gdy gubernator, siwy wojskowy z orderem na piersiach, zbliżył się nareszcie ku niemu, wzburzenie nagle ucichło i głosem już zupełnie spokojnym wyłuszczył swą sprawę. — Gubernator słuchał uważnie z pochyloną głową.
— Aha, więc chodzi o wydanie paszportu?.. Tak?.. A uchwałę gminy odpowiednią pan ma?.. Nie? Cóż ja na to poradzić mogę?..
— Właśnie chciałem prosić o pozwolenie wyjazdu w okolice...
— To rzecz policji, to rzecz policji!.. Niech pan zwróci się do naczelnika powiatu... Prawo mówi wyraźnie o pozwoleniach na wyjazdy w obrębie powiatu i żadnych wyjaśnień z mej strony nie trzeba...
Odwrócił się i odszedł, nie wziąwszy nawet prośby. Idący za nim sekretarz spojrzał uważnie na zbielałą z gniewu twarz Mostowskiego i zerknął na stojącego u progu kozaka. Audjencja poszła w przyśpieszonym tempie, poczym zaraz petentów wyproszono za drzwi.
Gdy Mostowski opowiedział Grzegorzewskiemu i Jundziłłowi o przebiegu swych starań u gubernatora, nie wzruszyli się i nie dziwili bynajmniej.
— Tą drogą pan nic nie wskóra!.. Trzeba się starać ubocznie!.. Jest właśnie w mieście „wołostny starszyna“, to po tutejszemu wójt, ze wsi przytraktowych... Niech pan pójdzie, pogada z nim!.. Za pieniądze wszystko z niemi zrobić można!.. Niech pan mu powie wszystko szczerze, niech mu pan da i obieca, ile pan może... On zwykle zatrzymuje się u Kacperskiego, też naszego powstańca... Ten choć się już z tutejszą ożenił i zapuścił tutaj korzenie, ma duży handel mąką i wielkie prowadzi interesa, ale jeszcze zupełnie serca do rodaków nie stracił i słówko za panem temu wójtowi rzuci!.. Niech pan idzie!..
— Może Bóg dopomoże! Niechby się choć pan stąd wyrwał! — wzdychał Jundziłł. — My bo już nie mamy nadziei, jużeśmy wszystko wypróbowali...
Tego jeszcze wieczora udał się Mostowski na kraniec miasteczka, gdzie Kacperski mieszkał we własnym domu.
Gospodarza zastał w składzie wśród worów zboża i mąki, rozmawiającego z przybyłemi z ułusów Jakutami. Przeczytawszy kartkę Grzegorzewskiego, zagadał uprzejmie do Mostowskiego po polsku i poprosił go do świetlicy.
— Pan łaskawie zaczeka!.. Zaraz tam przyjdę!..
Gdy mu Mostowski opowiedział, o co chodzi, obiecał, że chętnie mu dopomoże, choć wątpi, aby wójt zgodził się na wyrobienie uchwały gminnej bez wyraźnego zezwolenia policji...
— Odmowy właściwie niema!.. Nie odmawiają — tłumaczył mu Mostowski. — Owszem: „dostarcz nam pan uchwałę gminy, powiadają, a uzyskasz pan prawo wyjazdu“. — Ale nie dają mi pozwolenia na wyjazd dla postarania się o uchwałę... Nie możemy wydać pozwolenia, gdyż jest pan pozbawionym praw osiedleńcem... I tak wkółko!..
— A no wiem!.. Nie to, to owo, zawszeby coś znaleźli!.. Niech zresztą pan sprobuje, może się uda!.. Ale wszyscy się panów boją...
— Dla czego?..
Wzruszył ramionami...
— Nas się też dawniej bali. Dopiero teraz, kiedy ledwie dyszymy, albo wcale nas niema, kiedy mało co różnimy się od nich, to się nas już niby nie boją!.. Ale i to, byle co, zaraz...
Urwał i popatrzał na drzwi, za któremi zastukały kroki..
— Pewnie idzie nasz wójt!..
Istotnie wszedł do pokoju średniego wzrostu barczysty mężczyzna o twarzy płaskiej, ciemnej, z wystającemi mocno policzkami i małemi skośnemi oczkami. Jedynie bujna czupryna kędzierzawa oraz zarost na policzkach i podbródku wskazywały na domieszkę krwi europejskiej.
— Piotr Inokientjewicz Nikitin... — przedstawił go gospodarz.
Podano herbatę, ciastka, konfitury. Zaczęła się gawęda o tym i owym, wśród której Mostowski ostrożnie kierował wywiad w stronę interesującej go sprawy, a pan Kacperski zacnie mu w tym sekundował. Ostrożny wójt spostrzegł jednak rychło, że coś się wkoło niego mota, i skąpo odpowiadał na te właśnie pytania, które wiązały się celowo, a szeroko rozwodził się o rzeczach odmiennych, o siewie i uprawie zbóż, o hodowli bydła, o tegorocznych urodzajach i zbiorze siana...
Rad nie rad, po godzinie kluczenia, musiał Mostowski otwarcie wyłuszczyć wieśniakowi, o co mu chodzi.
Wójt spoważniał i długo namyślał się, skubiąc swą koźlą bródkę.
— Ha, nie wiem, czy to się da zrobić?.. Ale niech pan przyjedzie, zobaczymy!.. Mam tam ja taką rzecz, którą chciałbym panu pokazać... Jak się panu powiedzie, to i mnie może się uda!.. dodał tajemniczo.
— A cóż to za rzecz?.. Czy nie mogę zawczasu wiedzieć, żeby się przygotować? — spytał po chwili milczenia Mostowski.
Chłop zerknął szybko w stronę Kacperskiego i głową pokręcił.
— Co tam o tym po próżnicy gadać! Może z tego nic jeszcze nie będzie! Ot, takie sobie głupstwo głupiego chłopa. Niech pan przyjedzie. Niedaleko, niema stu wiorst! Niech pan nasze strony pozna, obejrzy, zanim pan zechce zostać naszym gminniakiem. Może się jeszcze panu nie podobają, może pan postanowienie swoje odmieni!.. Dobrze mówi ruskie przysłowie: dwa razy przymierz, zanim odkrajesz! Niech pan jedzie choć jutro. Jeżeli ja nie zdążę w tym czasie tu w mieście uwinąć się, to dam panu list i przyjmą tam pana w domu ojciec i żona! Przytulą jak ptaka na gałęzi... My, przydrożni, tego zwyczajni... Co? Zgoda?.. Niech pan jedzie!..
Śmiał się głośno, szczerząc białe, duże jak u wilka zęby. Nic więcej nie udało się z niego wydobyć, żadnej obietnicy, żadnego zapewnienia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.