Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

Po wielu próbach i poszukiwaniach udało się nareszcie Mostowskiemu wykryć wady mechanizmu. Okazało się, że wielkość pionowego koła, a przedewszystkim rozmieszczenie na nim uzębienia, były nieodpowiednie; po kilku obrotach brody zębów nie trafiały w swe gniazda, lecz spierały się brzuścami o siebie i nie łamały jedynie dzięki przedziwnej mocy smolistego modrzewiu, z którego były wyrobione. Należało zrobić zupełnie nowe koło. Gdy wójt się o tym dowiedział, aż przybladł i wziął się za głowę.
— Nie zmieniam naszej umowy, — uspokoił go Mostowski. — Sprobuję rzecz poprawić za cenę naznaczoną przez pana, choć napewno nie obiecuję.
— Niech pan go nie słucha!... On tak zawsze a tymczasem ręczę panu, że zrobi koło jak zegarmistrz!... Niech więc pan sprowadza swoich cudownych cieśli, Jakutów.
— Nie zaraz, nie zarazi... Muszę przedtym zrobić obliczenia! — zaprotestował Mostowski.
— A widzi pan!... — mrugnął znacząco wójtowi Zdrowy Rozsądek.
Wypili dla nabrania otuchy jeszcze po czarce wódki, podczas gdy Mostowski z ołówkiem i teczką papierów odszedł do młyna. Długo tam kreślił, obliczał, z trudem odgrzebując w namułach zapomnienia teorje cykloid, oraz innych krzywych, związanych z ruchem kół, epi- i Ryper cykloid...
— Najprościej byłoby pojechać do miasta i rozpytać się Kacperskiego, lecz... nie powie. Tej próby i jego patryjotyzm nie wytrzyma!... Słuszna zresztą obawa konkurencji. — Możnaby wprawdzie nasłać nań Grzegorzewskiego, lecz ofiara jest tak wielką i rzeczywistą, iż może i im odmówić, nawet napewno odmówi!... — rozmyślał, biedząc się dalej z obliczeniami.
Wójt podchodził kilkakroć na palcach do lamusu i zaglądał do środka przez niedomknięte drzwi, ale wejść nie śmiał, aż rozśmieszony Mostowski sam go nareszcie wezwał:
— Piotrze Inokientjewiczu, niech pan wejdzie i... niech pan zamówi Jakutów na jutro!
— Dzięki niech będą Bogu! — zawołał pobożnie chłop, robiąc znak krzyża; poczym, przysiadszy obok Mostowskiego na stopniach schodków, długo rozpytywał go się o najmniejsze szczegóły przedsiębranych robót.
— Bo, widzi pan, chodzi o to, żebym umiał dać sobie radę, jak się co zepsuje, a pana nie będzie!... Zresztą wiem, co zrobię: każę wszystko jota w jotę tak narychtować, jak pan to teraz uczyni!... Co, nie!?...
— Zapewne, zapewne, ale lepiej, jak pan to zrozumie!... — odpowiadał Mostowski i wykładał mu w dalszym ciągu, jak umiał najprzystępniej, teorję uzębienia kół, toczących się po linjach prostych i krzywych.
Wójt pocił się, ale siedział i słuchał, aż dobiegł ich ze dworza srebrny śmiech kobiecy.
— Pójdziemy lepiej na podwieczorek!... Już czas!... — zawołał i skoczył pośpiesznie ku drzwiom.
Na ganeczku stał spokojnie Zdrowy Rozsądek i palił papierosa; wójt z pewnym zdziwieniem toczył wzrokiem po pustym podwórzu i zamkniętych oknach swego domu.
Cieśle jakuccy istotnie okazali się mistrzami w swym zawodzie. Małe, ostre ich siekiery poruszały się w ich rękach z taką zręcznością, iż wydawały się jeno przedłużeniem ich żylastych ramion. Z równą łatwością przerąbywali oni niemi niezmiernie grube kłody, jak ciosali cieniuchne wióreczki. Mostowski był zachwycony i zaraz przystąpił do konstruowania modelu, aby następnie według otrzymanych w ten sposób wymiarów zbudować już wielkie koło. Od wczesnego ranka wrzała robota we młynie, stukały narzędzia i dźwięczały przyśpiewki jakuckie.
Obaj Jakuci okazali się wesołemi chłopcami. Z wązkich szparek powiekowych świeciły im bystre czarne oczki, a szerokie policzki co chwila poszerzały się jeszcze od młodego śmiechu. Wójt lubił przesiadywać w szopie i przyglądać się postępom roboty, żartować z Jakutami, oraz dyskutować ze Zdrowym Rozsądkiem. Pogoda była piękna, sucha, zimna, słoneczna; przez otwarte drzwi szopy widać było dalekie pola, łąki ze stadami pasącego się na nich bydła i rzekę, połyskującą w zmiennych blaskach dnia.
Na nieszczęście przyszło jakieś wezwanie do miasta i wójt musiał wyjechać. Z wyjazdem wójta znikł z szopy i Zdrowy Rozsądek. Mostowski zupełnie nie wiedział, co on porabia i gdzie się podziewa. Spotykał się z nim jedynie przy obiedzie i wieczerzy, ale był zwykle tak zajęty swemi myślami, że nie miał ochoty do gadania o rozmaitych głupstwach. Nie mógł jednak nie dostrzec szczęśliwej zmiany w powierzchowności towarzysza. Zdrowy Rozsądek mył się codzień, a bujne jego włosy nie przedstawiały już tak beznadziejnie zwichrzonej szopy, jak dawniej, lecz układały się pięknemi puklami.
Na gwałt też uczył się słówek jakuckich.
— Jak to powiedzieć po jakucku: pani jest piękna, jak anioł!... żyć bez pani nie mogę! — zwrócił się raz do Mostowskiego.
— Słuchaj, Wołgin, ty mię zgubisz, zgubisz mię!... A ja muszę stąd wyjechać, rozumiesz — muszę dostać paszport! Muszę więc mieć uchwałę gminy!
— Będziesz ją miał, nie lękaj się. Wszystko idzie dobrze, a pójdzie jeszcze lepiej, bylem tylko mógł się z nią porozumieć...
— Do tego daleko!...
— Wcale nie!... Wyrażenia nie potrzebują być tak nadzwyczajnie dokładne... Byle stworzyć warunki dla... pieśni bez słów... Rozumiesz?... Źle tylko, że muszę się śpieszyć, gdyż ten stary czort może lada dzień powrócić...
Mostowski też się śpieszył i koło było już prawie skończone; pozostawało tylko osadzić je na walcu, gdy pewnego dnia w samym początku roboty, wczesnym rankiem, wtoczyła się na podwórze gromada podnieconych chłopów i z wielkim krzykiem i wymyślaniem skierowała ku otwartym drzwiom młyna.
— Gdzie oni są?...
— Tutaj!...
— Nikt inny!... Widzieli ich!...
— Szpiegują, włóczą się wieczorami, a potym kradną...
— Wychodźcie zaraz, mordy sobacze!
Krzyczeli i wymachiwali pięściami w kierunku pracujących spokojnie Jakutów.
— Co się stało? — spytał Mostowski, stając między niemi.
— Co się miało stać?!... Ukradli krowę, znowu ukradli!... Co noc coś!... Złodziejskie plemię!... Oni inaczej do Boga się nie modlą, jak na kradzionej skórze!...
— Patrzcie ich!... Wyście uczciwcy!...
— A u kogo to w przeszłym roku znaleziono łeb i kiszki mego wołu, nie u ciebie może, Mateuszu?... — odgryzali się Jakuci.
— Co tam z niemi gadać!... Za wielki honor!... Wal ich w łeb, dzikusów!...
— A jakże, tak oni wam pozwolą!... Dla was łby chowają!... Ręce za krótkie, he!...
— Wynoście się ze wsi!... Żeby noga wasza tu nie postała!...
— Powietrzaście nie kupili, a ziemia dla wszystkich otwarta. My też płacimy podatki!...
— Musicie płacić, poto tylko duszę wam oszczędzono!... Ale my tu panowie, nie wy!... Wyście ją, tę ziemię waszą, sprzedali za baryłkę wódki!... Może nie?!... Co? Sam wasz główny król bogatyr ją przehandlował!...
— Tak, tak!... Chwalicie się oszustwem, a nam od złodziejów wymyślacie!
— Bo jesteście!... Gadajcie zaraz, gdzieście podzieli krowę?...
— Wczoraj chodziła, widziałem, a dziś to pewnie leży!...
— Jeszcze się prześmiewasz, nicponiu, zaraz się stąd wynoście!... — krzyknął nagle krępy chłop, stojący na przedzie z grubym kołem w ręku, widocznie do żywego docięty. Chciał przeskoczyć próg, ale Mostowski wstrzymał go ręką.
— Po skończonej robocie pójdą, teraz nie ruszą się stąd. Jeżeli macie co przeciwko nim, poskarżcie się wójtowi!...
— A jakże!... Bóg go wie, kiedy przyjedzie!... A tymczasem z krowy nawet gnatów nie zostanie!
— Co im wójt zrobi!... Oni mają swoją władzę, takich samych złodziei, jak sami!
— Powiesićby ich za nogi pod powałą, zarazby się przyznali i miejsce wskazali!...
— A jakże, wieszajcie siebie... za portki!
— To niech pan im każe, żeby zaraz powiedzieli, jeżeli pan ich chce bronić!... My ich nie wypuścimy stąd żywcem...
Z trudem wielkim udało się Mostowskiemu uspokoić wzburzenie i namówić chłopów, aby rozeszli się i odłożyli całą sprawę do przyjazdu wójta. Pomogła mu w tym dzielnie wójtowa, „stary głuchy puszczyk“ oraz Zdrowy Rozsądek, którzy zjawili się, zwabieni wrzawą i niezwykłym ruchem i samą obecnością swą uśmierzyli rozgorzałe namiętności. Chłopi zwrócili się ku nim ze swemi skargami i żalami, a wysłuchani z oznakami współczucia i ugłaskani obietnicami rozeszli się.
Ostatni odszedł okradziony chłop, ów Mateusz, czarny i krępy, jak opalony pień leśny. W bramie odwrócił się jeszcze i pogroził kołem Jakutom, którzy drwiąco kiwali mu z oddala głowami.
Mostowski robił swym cieślom surowe wymówki. Długo milczeli, szparko strugając i wygładzając zgodnie z rysunkiem wstawione już na miejsce zęby; wreszcie starszy odpowiedział mu z westchnieniem:
— Eh, panie!... Ty nie wiesz i wiedzieć nie możesz, jaką krzywdę od nich cierpimy, ile udręki, ile to naszego bydła i dobytku do nich rokrocznie przechodzi... Ile oni w noce ciemne uprowadzają naszych krów i tłustych kobył... A sprawiedliwości na nich nie doprosisz się, niema!... Panowie z miasta zawsze ich stronę trzymają. I nigdy nic się nie wykrywa!...
— Choćbyś go za rękę ujął, wyprze się własnej ręki, a panowie mu przytwierdzą, pokryją go... — podtrzymał go drugi.
— Wiadomo, jednej są kości, jednego pochodzenia... A my co: — czarni Jakuci.
— Tyle tylko naszego odwetu, co ukradniemy sami!
— Po prawdzie, to swoje jeno odbieramy..
Gadali jeden przez drugiego.
Miał więc Mostowski nowe zmartwienie i z niecierpliwością czekał na powrót wójta.
— Za bardzo się śpieszysz!... — mówił doń Zdrowy Rozsądek. — Jak robota będzie skończona, nie będziemy mieli na tego wygę Nikitina żadnego sposobu... Będzie kręcił. Zobaczysz... Zostaw więc jaki drobiazg niedokończony, aby mieć go w ręku!...
— A głównie, żebyś ty jeszcze mógł tutaj dłużej z tydzień posiedzieć!..
— Wcale tego nie potrzebuję, gdyż i tak zostaję tu... za młynarza...
— Za młynarza?...
— A tak! Za młynarza. Mówiłem o tym już z gospodynią i obiecała mi poparcie. Mówię ci: kobieta pulchna i bardzo... bardzo obiecująca... ponętna!
— No, proszę bardzo!... Rozkoszuj się, ale po moim już wyjeździe...
— Nie wiem! W miłości, jak na wojnie, z każdej chwili korzystać należy. Minęła i już jej nie będzie... Zostaje tylko żal straconej okazji... Niema głupszego uczucia... — odparł tajemniczo Zdrowy Rozsądek.
Następny dzień minął spokojnie; Mostowski osadził koło na walcu i, zdjąwszy żarna, doprawiał, wygładzał ząb za zębem tryby, zwracając przytym pilną uwagę na resztę mechanizmu, gdyż deptak płatał mu wciąż nieoczekiwane małe figielki; to tu, to owdzie okazały się nadpsute lub obluzowane podpory i zazębienia, wyschłe kliny nie trzymały wiązań
Miał pracowity dzień; wrócił do domu na wieczerzę głodny i zmęczony; gniewało go, że nie zastał Zdrowego Rozsądku i musiał nań czekać z jedzeniem. Wtym rozległ się na dworze przeraźliwy krzyk, a potym hałas jakiś na ulicy, szczekanie psów i gonitwa...
— Nowa kradzież!.. Do licha! — szepnął Mostowski, wychodząc na ganek. W ciemnościach na podwórku tłukły się jakieś figury z drągami i zapalonym łuczywem w ręku i piskliwy głos kobiecy coś opowiadał i wołał:
— Ratunku!.. Złodzieje!.. Łapaj!
Jednocześnie gwałtownie dobijano się do bramy. Ale wszyscy tak byli zajęci gwarliwą rozmową i oglądaniem jakichś śladów za węgłem domu, że nikt na to nie zwracał uwagi i do bramy nie śpieszył. Dopiero Mostowski, poznawszy głos wójta, odrzucił wrzeciądze. Wjechał wóz i natychmiast go obstąpili ucichli na chwilę domownicy i sąsiedzi, opowiadając jeden przez drugiego o niesłychanie śmiałej napaści na dom samego wójta, o ponawiających się wciąż kradzieżach.
— Noce ciemne, bezksiężycowe — rzecz zwykła!... Ale żeby u mnie... Tego jeszcze nie bywało!... — oburzał się wójt.
Poszedł zaraz obejrzeć ślady, a wróciwszy, rozpytywał znowu szczegółowo jak było:
— Wychodzę, jak się patrzy, wyrzucić popiół... Pani kazała... A wtym wypada z za węgła wielki, czarny jak leśny bóg, skoczy do mnie, łap mnie wpół i przegina... Zaraz zrozumiałam, że złodziej, przelękłam się strasznie, serce skoczyło mi do gardła, ale mogłam jeszcze krzyknąć... Puścił mię i odskoczył, a potym znikł — opowiadała prostodusznie kucharka.
— Był, był!.. Co noc chodzą!.. — potwierdzali chłopi.
— Biegł polem!... Sam widziałem!... — dodał zdyszanym głosem Zdrowy Rozsądek, który się nagle wśród zebranych pojawił.
— Toś pan go ścigał?... — spytał wójt.
— A jakże!..
— A gdyby on tak pana nożem!... Samemu puszczać się w sprawy takie nie należy!.. Lud tutejszy — zbrodniczy lud... — pouczał Mostowskiego chłop-sąsiad.
— Nic mi nie zrobił!.. Uciekał jak zając!.. — zwykłym już głosem objaśniał Zdrowy Rozsądek. Wójt kiwał głową i zerkał nieznacznie na jego obsypane popiołem obuwie.
— A którędy to pan biegł?...
— A tędy za nim!..
Piotr Inokientjewicz mocniej jeszcze głową pokręcił i spojrzał niespokojnie na śmiejącą się żonę.
Wieczór cały upłynął na ożywionych opowiadaniach o złodziejach, zbójach i krwawych tutejszych i nietutejszych przygodach.
Gadał prawie wyłącznie Zdrowy Rozsądek, gdyż wójt, choć pił wódkę, mówił mało i stawał się nawet coraz pochmurniejszy.
— A jakże tam stoi z młynem?... — spytał nagle Mostowskiego. — Czas już myślę wam kończyć.
— Jutro puszczę młyn, ale muszę mieć papier... według umowy — odparł ten.
Gdy kładli się spać, Zdrowy Rozsądek, dobrze podchmielony, bardzo się rozrzewnił i, ściskając mocno za szyję Mostowskiego — szeptał mu żałośnie:
— Przyjacielu, jedzmy stąd, błagam cię... Ta zdradziecka niewiasta drwi sobie ze mnie!.. Prosiłem ją: wyjdź wieczorem za węgieł domu, a ona mi przysłała... kucharkę z popiołem.
Nazajutrz ku nieopisanej radości wójta młyn ruszył i szedł długo i gładko. Wprowadzono na deptak woły i nasypano w żarna zboża.
— Mąka, doprawdy mąka!.. — wołał wniebowzięty wójt, chwytając w garście białą strugę, sypiącą się z otworu podżarnia. — Patrz, żono!...
Pani Nikitinowa zbliżyła się do męża i dość obojętnie spoglądała na biały pył, zato figlarne jej spojrzenie spotkało się kilkakroć z pełnym wyrzutu wzrokiem Zdrowego Rozsądku, wreszcie wybuchła śmiechem...
— Tak, żono, tak!.. Wesoło robi się, jak, ot, kupka rośnie i rośnie i rośnie bez końca... Niech panu Bóg da zdrowie! Bądź pan pewny — zwrócił się do Mostowskiego, — jutro rano dostanie pan uchwałę... Zawsze dotrzymuję, co obiecuję... Niech panowie jadą do miasta, choćby zaraz, bo widzę, że się wam śpieszy...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.