Przejdź do zawartości

Jak Gryf-Mostowski budował młyn/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Jak Gryf-Mostowski budował młyn
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

IV.

Lecz skoro stanął w bramie domu zacnej Matrony Iwanówny, uderzył go odrazu głuchy gwar głosów i miganie światła, przedzierającego się przez zamknięte okiennice, gdy zaś drzwi mieszkania rzył, buchnął nań wprost hałas i kłęby zgęszczonego, zadymionego powietrza. Roiło się tam od ludzi stojących i siedzących jeden prawie obok drugiego.
— Kto?...
— Mostowski!..
— Witaj!.. Witaj!.. Wieczność nie widziany hrabio! Gdzież to się obracasz!?..
— Dawajcie go tutaj!.. — wołał Zdrowy Rozsądek.
— Mostowski, czeka cię kielich nalany, spełnij go, jak przystało potomkowi polskich magnatów, co to za króla Sasa...
Mostowski nie odpowiedział; witał wkoło znajomych, ściskając wyciągające się doń ręce. Dopiero po długiej chwili, gdy znalazł się przy stole, wypił podany kieliszek i zagryzł grubo posolonym Chlebem razowym.
— Brrr!.. Zimno!..
— Właśnie!.. Rozboju możemy się nie obawiać nawet w taką noc, ale katar, katar nie daruje!.. Może drugi wypijesz, hrabio? — częstował go gruby, tęgi wygnaniec z twarzą Ormianina.
— Dziękuję!.. Skądże to dzisiaj taka feta, na czyją cześć?
— Na czyj rachunek, chciałeś pewnie powiedzieć!..
— Orlence przysłali z domu 50 rubli!.. Widzisz, jak śpiewa, niczym słowik!..
Orlenko, smukły, czarnobrewy chochoł w wysokiej smuszkowej czapce na głowie, stał w tłumie ze szklanką w ręku i wywodził pięknym tenorem:

Czy baczysz, lasze,
Jak kozak plasze
Na sywim koniu horoju...

— Przestań, Orlenko! Tu Mostowski, on twojej wódki pić nie będzie!.. Doprawdy, lepiejbyś zaśpiewał:

Idzie po drodze,
I brzęczą łańcuchy...

— Głupstwo!... Ja nic przeciw panu Mostowskiemu nie śpiewam!.. Ja śpiewam przeciw „lachiw i paniw“... Wony nas uhnitały!.. — bronił się Orlenko.
— To było dawno, Orlenko!..
— Wszystko jedno, czy dawno, czy niedawno.. Harna piosenka!.. Pan Mostowski sam powinien z nami ją śpiewać!.. Przecie on nie za „paniw“...
— Rozumie się!.. Wal!.. — podtrzymał go pijanym głosem Carewski. — „Pigmej“ on, jeżeli na takie rzeczy zwraca uwagę... Nacjo-na-lista wązki... nacjo-na-lista!..

Z rusz-ny-ci hrjane,
Aż serce wjane,
A lach zi strachu wmiraje...

wywodził dalej Orlenko.
— Protestuję, protestuję!.. — krzyczał Zdrowy Rozsądek.
— Panowie, panowie, zapomnieliście naszą ustawę: niewolno wszczynać kwestji poważnych! — oponował do Ormianina podobny grubas.
— „Pigmej“ jesteś!.. Wszyscyście pigmeje!... — wołał Carewski.
— Kto „pigmej“?!.. Ja wam pokażę, co ja za „pigmej“!.. Hej, szklankę wódki... jednym tchem!.. Nalać mi zaraz! Ale i ty, Carewski, musisz wypić!.. — rzucał się Zdrowy Rozsądek.
— A potem przejdzie się kolejno po jednej desce!.. Zobaczymy, kto „tytan“, kto „pigmej“!..
— Wybornie! Zróbcie miejsce!.. Panowie, miejsce!..
Zebrani prawie że spłaszczyli się pod ścianami, aby utworzyć wolne przejście dla zapaśników pośrodku izby.
Mostowski zmieszał się z tłumem. Sonnenfeld schwycił go za rękę:
— Gdzieżeście byli?..
— U Kuźniecowa!..
— Ciekawe stary prowadzi badania!.. Dziwna w tym człowieku dusza, niezłomna, wiecznie młoda!.. Tyle wycierpiał, wszystko wytrzymał i taka dobroć, taka jasność!.. My młodzi słabsi jesteśmy od was!.. W porównaniu z wami karły...
— O śnie widzę marzyć tu niepodobna!.. — przerwał mu Mostowski. — A muszę się wyspać i mieć jutro świeżą głowę...
Zagłuszyły go grzmiące oklaski.
— Hurra!.. Hurra!.. Niech żyją!.. Obaj!..
— A teraz wszyscy po szklance!..
— Nalewać!.. Matrona Iwanówna, szklanek!..
Zrobił się ruch, rozemknięty i zastygły na chwilę tłum znowu się zwarł i zakłębił. — Ktoś tańczył pośrodku kozaka, mocno wystukując nogami. — Mostowski ostrożnie przepychał się ku drzwiom
— Uciekasz?..
— Dokąd?..
Pytali go, zatrzymując po drodze.
— Pójdę do rodaków, może mię przytulą, zmęczony jestem bardzo, a muszę wypocząć...
— Szczęśliwy jesteś, że masz gdzie!..
— Protestujcie... Niepodobna przecież zadawać wszystkim takiego gwałtu.
— Przegłosują nas!.. Jesteśmy w mniejszości!
— Prócz tego Matrona Iwanówna dobrze na tym zarobi, jest więc po ich stronie!
— Niech hulają!.. Lepiej, że tu wśród swoich to robią, niż gdzieś po spelunkach!.. Życie po ułusach i wogóle życie obecnie na świecie taka zmora, że nie dziwię się im!.. Gdybym miał zdrowie, sambym pił!.. — bronił towarzyszy chudy, kaszlący wygnaniec.
— Wcale ich też nie ganię, chociaż... — mówił Mostowski, ubierając się... — chociaż można czasami, ale nie wciąż! Nie przysparza to nam powagi!..
— Do djabła powaga!.. Jaka powaga?.. Któż to tutaj śmie nam wyrażać szacunek, albo go odmawiać... Kto śmie? Łyki tutejsze i gryzipiórki, pijawki i łapownicy!.. — wybuchnął ktoś z tłumu.
— Hej, słyszycie panowie?

— Co tam, nie słyszymy!.. Śpiewaj lepiej „tytaniczną“:

Nic nam kraty,
Nic łańcuchy...

Mostowski już był za progiem. Serce mu ściskało się. Wielu z tych ludzi znał dobrze, cenił ich zacne serca i bohaterską przeszłość, lecz pomimo wyrozumiałości nie mógł się oprzeć uczuciu odrazy.
— Hańba ludom, co własne krzyżuje proroki!..
Szedł szybko przez jeszcze bardziej mroczne, zupełnie już wygasłe, wymarłe ulice. Cienie parkanów i budowli ledwie-ledwie majaczyły w ciemnościach. Z trudem odszukał Mostowski znany sobie zaułek, ale nie był pewny, czy przed właściwą zatrzymał się furtką, dopiero ujadanie psa z wewnątrz przekonało go, że się nie myli; więc mocniej zastukał. Długo jednak ponawiał kołatanie, zanim zabłysło światełko w zagasłych okienkach, skrzypnęły drzwi i zacłapały za parkanem kroki.
— Kto tam?..
— Swój, Mostowski!..
— Ach, pan Mostowski!.. Cóż to pana sprowadza? Zaraz, zaraz!..
Zazgrzytał klucz i odsunęły się rygle.
— Przepraszam, że tak późno!..
— Nic nie szkodzi, bardzo prosimy!.. Pan Grzegorzewski będzie bardzo rad!.. Niech pan idzie!.. Zna pan przecież drogę... Ja tutaj muszę zawory dobrze zamknąć i drągiem podeprzeć, bo to niebezpiecznie... Znowu kupca Sołowjewa w mieszkaniu własnym zarżnięto!
Mostowski skierował się ku ganeczkowi i zaczekał na progu.
— A u panów co słychać, panie Jundziłł?
— Zawsze tosamo: robi się potrochu i czeka śmierci!..
— No! Cóż znowu!
— Przecież mi bliżej końca, tego pan nie zaprzeczy! I nic w tym znowu niema tak złego. — Ludzka rzecz!.. Dla czego jej się boją, nie wiem. Tu naprawo! — mruczał stary, popychając zlekka Mostowskiego w ciemnym korytarzu. Otworzył drzwi do oświetlonej izby, gdzie pośrodku stał ze świecą w ręku wysoki, wąsaty mężczyzna.
— A to pan!. Nareszcie pan do nas zawitał!.. Myśleliśmy, że pan o nas zupełnie zapomniał...
— Nie byłem od pół roku w mieście...
— Niech pan daruje, że go tak spotykamy, ale położyliśmy się już do łóżek!.. Tu wszyscy kładą się z kurami, ale i robota zaczyna się z kurami... Jundziłł, pomyśl no, kochany, o samowarze!...
— Dziękuję bardzo, ale o coś innego prosić chciałem... Czy nie przenocujecie mię dzisiaj panowie?.. Mam pilną sprawę jutro rano w powiecie, a na „ogólnej kwaterze“ taki ścisk i zamęt, że o wypoczynku marzyć niepodobna!..
— Ba, ba!.. Wiemy o tym! Wczoraj jeden z waszych goły przejechał konno po mieście... Hałas si zrobił, niech Bóg uchowa!.. Wrzawa, zbiegowisko! Podobno zakład taki miał... Nic go nie wstrzymało, ani deszcz, ani zimno... Dopiero policja! Jundziłł, będzie można posłać dla pana na moim łóżku, a ja prześpię się na kanapce... Ale i o samowarze dobrzeby pomyśleć!.. A cóż to za sprawa pana sprowadza, czy nie można wiedzieć?.. Możebyśmy mogli też w czym dopomóc?
Mostowski zaczął opowiadać szczegółowo o swoich zamiarach i staraniach; Grzegorzewski słuchał i kręcił sumiastego wąsa, a barczysty Jundziłł z postawą hetmana, z białą do pasa brodą, krzątał się dostojnie po izbie, znosił na kanapę poduszki i kołdry, oraz dmuchał w stojący pod piecem samowar
— Wymawiam sobie tylko, kochany panie, że ja spać będę na kanapie!.. Żebym jak najmniej zrobił panom subjekcji, bo inaczej nie będę już śmiał zjawić się poraz drugi.
— Dobrze, dobrze... — kiwał głową Grzegorzewski, zesuwając na róg stołu rozrzucone po nim zegarmistrzowskie narzędzia. — Tutaj daj, Jundziłł, tu będzie nam lepiej!.. Tu się we trzech zmieścimy... Bo stolik do jedzenia mamy maleńki, dla dwuch... A co się tyczy pana sprawy, to ona niełatwa; dobrze my znamy te wszystkie ich fortele... Oto nas, naprzykład, nie puszczają wcale!.. Papierów, powiadają, niema, spaliły się w czasie pożaru w archiwum... A cośmy temu winni?!.. Myśmy pożaru nie wzniecali!.. Ale gadaj z niemi!..
Długo gawędzili, naradzali się, zestawiając rozmaite wypadki, znane im z dawnych doświadczeń, aż Grzegorzewski rzekł:
— A teraz, gościu kochany, kładź się i wypoczywaj! Jutro zobaczymy, co ci naczelnik odpowie. Teraz doprawdy rzecz najważniejsza to wyspać się, aby mieć świeżą myśl, jasny wzrok i mężne serce na wszelki wypadek, jak mawiał nasz dowódca, świętej pamięci Jastrzębiec, kiedy nam kazał nocować w błocie i o głodzie!.. — Pamiętasz, Jundziłł?..
— Ha, bywało!.. Rozmaicie bywało!..
Powiedzieli grzecznie gościowi: dobranoc i odeszli do drugiego pokoju, spokojni, cisi, staroświeccy, jak cienie ze starego zatartego rysunku.
Wkrótce światło u nich zgasło, a następnie i Mostowski swoją świecę zdmuchnął.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.