Jak Gryf-Mostowski budował młyn/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jak Gryf-Mostowski budował młyn |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Mżył zimny deszczyk jesienny i mgły tłukły się nad okolicą. Szerokim gościńcem zdążał powoli ku chmurnie rysującemu się w dali miastu ciężki, jednokonny wóz chłopski, wrzynając się głęboko kutemi kołami w rozmokłą ziemię. Na wozie otuleni w grube derki siedzieli Mostowski ze Zdrowym Rozsądkiem.
— Licho nadało z deszczem!.. Jedyna pociecha, że człowiek będzie miał prawo odrazu golnąć porządnie wódeczki!.. Ciekawy jestem, kogo też zastaniemy w mieście?.. — gadał Zdrowy Rozsądek, kuląc się, okrywając derą i podzwaniając zcicha zębami.
Mostowski co chwila ruszał niecierpliwie lejcami i podcinał zmęczonego konia.
— Gorzej, że nie znajdziemy miejsca na ogólnej kwaterze; po żniwach przyjechało pewnie dużo ludzi z ułusów...
— Nie myślę. Dopóki rzeka nie zamarznie, dojazd z tamtej strony utrudniony.
— Starczy i z tego brzegu!... — odrzekł niechętnie Mostowski.
W mieście na ulicach rozrobione kołami błoto zdawało się być jeszcze głębszym, gęstszym i czarniejszym. Koń ledwie ciągnął wóz, kołyszący się na wybojach jak miotana burzą łódź.
Z wielkim trudem wjechali nareszcie przez rozwartą szeroko bramę na małe, ogrodzone zmurszałym parkanem, straszliwie zaśmiecone podwórko. Z boku czerniał drewniany dom na podmurowaniu, wychodzący dwoma oknami na ulicę.
Na skrzyp wozu ukazała się na ganeczku gruba baba w mocno podkasanej brudnej spodnicy, z pod której wyglądały grube nogi w męskich, zabłoconych butach.
— Ach, to wy, Wołgin! I pan Mostowski!... — zawołała z uciechą. — Cóż kiedy niema miejsca. Śpią na ziemi jeden koło drugiego jak snopy w zasieku!...
— A dużo?...
— Dużo. Dwunastu!.. Jest Carewski z tamtej strony, Sonnenfeld, Orlenko!..
— Orlenko!?.. Doprawdy?.. To najważniejsza. Może się, Matrona Iwanówna, jakoś te snopy upchnie i dla nas miejsce znajdzie! — dowodził z ożywieniem Zdrowy Rozsądek.
Matrona Iwanówna wzruszyła beznadziejnie pulchnemi ramionami.
— Nie wiem!.. Bardzo ciasno!.. Chyba, że Orlenko dla was to zrobi!..
— Ależ zrobi!.. „Tytan“ dla „tytana“ nie miałby zrobić?.. Może nawet i tego „pigmeja“ uda się przemycić! Za moją protekcją! Co? — wskazał na Mostowskiego. Ten w milczeniu konia wyprzęgał.
— O mnie się nie troszcz!.. W ostateczności pójdę do „powstańców“!.. Byleście mi konia wzięli w opiekę, Matrono Iwanówno!..
— Z największą chęcią!.. Chociaż może jeszcze da się co zrobić... Może który na stole się położy!..
— Właśnie! Jak się pomyśli, to się wymyśli!.. Rzecz w tym, żeby ten leniwy mózg do myślenia zmusić!.. Myślcie więc, Matrono Iwanówno, myślcie bez wytchnienia, gdyż wcale a wcale nie mam zamiaru opuszczać was, nawet wychodzić z domu w takie błoto na miasto!.. Pojmujecie przecie, że nie dla spacerów przyjechałem tutaj, Matrono Iwanówno... Skoro zaś jest Orlenko, to jest wszystko!
Baba rozśmiała się i poprawiła spódnicę.
— Kiedy go niema! Wyszedł!...
— Wróci, wróci!.. — uspokajał ją Zdrowy Rozsądek. — A tymczasem nastawcie samowar i przynieście na początek butelkę wódki!
W ciemnej, posępnej izbie siedział pod oknem szczupły jegomość w niebieskich okularach i pilnie czytał książkę.
Gdy weszli, oderwał wzrok na chwilę od białych kartek i, powitawszy ich krótkim okrzykiem oraz uściśnieniem ręki, zagadał prędko, jakby podjął dalszy ciąg przed chwilą przerwanej rozmowy:
— Wyborny artykuł!.. Mówię wam: jasno jak na dłoni, że dalej tak iść nie może, że finanse państwa stoją już na skraju bankructwa, że głód stał się chronicznym zjawiskiem w dwuch trzecich całego terytorjum, że administracja nic nie warta, że środki rządowe są doprowadzone do ostateczności i bezsilne — słowem, że stanęliśmy u kresu, że dalej w tym kierunku posuwać się niepodobna, że reakcja sama siebie pożarła...
— Daj pokój, Sonnenfeld!.. Za każdym razem mi to mówisz i długo jeszcze mówić będziesz... To tylko postęp ma granice, reakcja nie ma granic, gdyż przecie ludzie od wielu tysięcy lat stawali się zwolna z małpy człowiekiem, a więc tysiące lat trwać może ich odwrót do małpy. Nadto jeszcze pozostanie długa droga od małpy do ameby... Co, może nie?..
— Więc co? więc ty może odrzucasz prawo akcji i reakcji? Więc twierdzisz, że trzeba siedzieć z założonemi rękami?...
— Przedewszystkim siadaj z nami do herbaty i rąk nie zakładaj, ale sięgaj po to, co Bóg i Matrona Iwanówna da. Następnie powiedz, gdzie jest Orlenko?
— Nie wiem. Pewnie gdzie pije!.. — odparł sucho Sonnenfeld.
— Pije?! Co to jest: pije?! Zaraz używasz takich dosadnych wyrażeń.. A niby to socjolog! Powiedz: przebywa w drodze ku „nieświadomemu“!.. Czytałeś Hartmana? Nie!.. Ach wy „pigmeje“ z nosem wiecznie utkwionym w politycznej ekonomji... Myślicie, że na towarach, obrotach, rencie, podaży i popycie — świat się kończy. Ty spojrzyj wokoło siebie, jaka moc ludzi nic nie ma i nic nawet mieć nie chce! A wy powiadacie, że człowiek jest przedewszystkim istotą chciwą i z tego już wyprowadzacie drogą dedukcji...
— Wcale nie dedukcji! Przeciwnie!.. — bronił się Sonnenfeld.
Ale Zdrowy Rozsądek nie pozwalał mu przytoczyć żadnych poważniejszych dowodów, obracał wszystko w żart, w nonsens, w drwiny, a skończył podaniem mu kieliszka wódki.
Sonnenfeld podniósł ręce w górę jak od żmii.
— Co?.. Ja? Ja nie piję!.. Wiesz przecie!..
— Nigdy nie należy tracić nadziei nawrócenia najgorszego grzesznika!.. Jesteś niby poważny człowiek, a powiedz mi, na jakiej podstawie tak potępiasz pijaństwo? Czyś był kiedy pijany?..
— Boże mię uchowaj!.. Pozbawiać się rozsądku, którego wogóle ludzie mają nie za dużo!
— A poco ci rozsądek?..
— Jak to poco?.. Żebym... żebym myślał, żebym był człowiekiem...
— A poco być człowiekiem?..
Sonnenfeld patrzał nań osłupiały...
— Jak to, poco być człowiekiem!.. Jestem człowiekiem!.. Człowiek jest istotą rozumną!..
— Otóż, mój kochany, najrozumniejsi, najszlachetniejsi ludzie w Rosji byli pijakami... im lepszy człowiek, tym więcej musi pić, gdyż jedynie w stanie nietrzeźwym czuje się... pełno-prawnym obywatelem! Ty tego nie rozumiesz, boś nigdy nie przekraczał granic porządku, akuratności i umiarkowania... Przyznaj się!.. Ale sprobuj tylko przekroczyć tę mieszczańską granicę, a zobaczysz, jak tam poetycznie, przestronno, jasno... barwnie i... wzniośle, tak, wzniośle!.. Przeklęte wątpliwości znikają, niema wahań, niema względów i względzików, niema wszystko znieprawiającego tchórzostwa... Osobnik czuje się wolnym, jak orzeł, czyni to tylko, co mu się podoba, przed nikim nie jest odpowiedzialny, skłania się tam, gdzie go pcha upodobanie, nie myśli o przeszkodach, nie ogląda się na następstwa... Jest bezwzględnie szczerym z samym sobą i ze światem całym... Mówię ci — stan boski!... I w dodatku bardzo rewolucyjny, gdyż zło świata jest tak potężne, iż jedynie po pijanemu można się nań rzucać...
— Protestuję przeciw użyciu wyrazu „rewolucyjny“ w tej głupiej sprawie!.. — wołał Sonnenfeld.
— Protestuj, ale pij!.... My pijąc właśnie protestujemy!.. Nie darmo zwiemy się „tytanami“! Sprobuj, niewierny Tomaszu, raz sprobuj, a wiecznie będziesz tego rajskiego stanu pożądał!.. — dowodził Zdrowy Rozsądek, podsuwając mu kieliszek.
Mostowski wypił swoją herbatę, wstał, ubrał się, aby wyjść, a oni wciąż jeszcze przekomarzali się. Śpieszył do powiatu, gdzie miał nadzieję zastać na wieczornym posiedzeniu naczelnika i zaraz mu sprawę swoją przedstawić.
Powiat mieścił się w nizkim, parterowym domu z dużemi zakurzonemi oknami. Wprost z ulicy wchodziło się do oszklonej sionki, a stamtąd do biura, gdzie stał długi stół z „ziercałami“, księgami, pieczęciami, przyborami do pisania, a za nim pod ścianą — trzy fotele.
Mostowski bardzo się ucieszył, dostrzegszy w środkowym opasłą postać naczelnika powiatu. Wyjął więc swą prośbę i z ukłonem zbliżył się ku niemu.
Ale urzędnik udawał, że go nie widzi i dalej przeglądał leżące przed nim papiery. Mostowski cofnął się o krok i stanął skromnie na boku.
Długo tam stał; mimo niego przechodzili urzędnicy, niosąc do podpisania wygotowane rozporządzenia, kwity, sprawy, przedstawiali je naczelnikowi, odbierali wskazówki, ale spojrzenie dygnitarza ani razu nie skierowało się w stronę Mostowskiego. Właśnie podniósł się z krzesła z ciężkim sapnięciem; Mostowski zbliżył się ku niemu i ruchem stanowczym podał papier.
— A, to pan?.. Cóż takiego... Aha, prośba!... Dziś już sesja zamknięta!.. Jutro!..
— Moja sprawa nie zajmie dużo czasu panu naczelnikowi. Podałem już w tej kwestji prośbę przed paru tygodniami. Nie dostałem jednak odpowiedzi... Obecnie ją ponawiam.
— Coś sobie przypominam!.. Pan prosi o paszport. Osiedleńcom się paszportów nie wydaje...
— Właśnie chciałem prosić w tym celu o pozwolenie zapisania się do jakiej gminy włościańskiej...
— Do gminy włościańskiej? Do jakiej gminy, trzeba wymienić!..
— Nie wiem jeszcze! Do jakiejkolwiek...
— Nie wie pan?... Więc poco mi pan czas zabiera?...
— Gmin włościańskich niema w mojej okolicy. Wokoło jakuckie naslegi, do których niewolno zapisywać się osiedleńcom. Gminy leżą o paręset wiorst na pocztowym trakcie. Więc właśnie chciałem prosić o pozwolenie wyjazdu na trakt, aby tam w jakiej gminie uzyskać uchwałę.
— A, to co innego. Na trakcie pocztowym niewolno mieszkać politycznym...
— Ależ ja nie chcę mieszkać, wezmę zaraz paszport... Zresztą gdziekolwiek indziej... Niech mi pan naczelnik wskaże! Wszystko mi jedno gdzie... Przecież prawo pozwala...
— Prawo, prawo!... Proszę mi prawem oczu nie wykłuwać!.. Prawo nie dla was pisane!.. Zwalczacie je, a wciąż macie na ustach... Zresztą powtarzam, że nie mam dziś czasu!..
Skinął na kozaka, który stał przy drzwiach z futrzanym szynelem w ręku i ciekawie przyglądał się Mostowskiemu.
Ten wyciągniętą rękę z papierem cofnął, ale zimnych, spokojnych oczu z naczelnika nie spuszczał.
Urzędnik, sapiąc gniewnie, przeszedł mimo niego, i rozstawiwszy szeroko ręce, pozwolił kozakowi wdziać futro na siebie.
— Dobrze, przyjdę jutro!.. — szepnął wygnaniec w chwili, gdy naczelnik już był na progu.
— Nic z tego nie będzie, Iwanie Kazimierzowiczu, napróżno tylko nas i siebie niepokoicie!.. — zauważył konfidencjonalnie sekretarz, do którego Mostowski z kolei podszedł z zapytaniem o listy i gazety.
— Dla czegóż to „nie ma nic być“?.. Czytaliście mi przecież manifesty, nawet musiałem wydać pokwitowanie, że zapoznano mię z ich treścią... Tam stoi wyraźnie, że po tylu i tylu latach mam prawo...
— Tak, to tak!.. Ale kto za was poręczy, że jak się znowu tam znajdziecie, to nie zbroicie czego?... A wtedy do nas się wezmą: kto go puścił?.. dla czego? Z jakiej racji?.. Nie pogładzą nas po głowie w takim wypadku!.. Nie... A nikt sobie źle nie życzy... Co, nieprawda, hę?... Gdybyście wy choć jaką obietnicę zrobili, wyrazili skruchę za przewinienia młodości... wyrzeczenie się błędów uczynili... możnaby jeszcze rozpatrzyć... okoliczności łagodzące, przedstawić władzy głównej... Ale tak jak wy: paragrafy i paragrafy!.. Co paragrafy?!.. My sami dobrze paragrafy znamy... W każdym paragrafie jest niejasność i w tym mądrość cała i wola władzy się ukrywa... Więc wy już lepiej z paragrafami dajcie spokój! A postarajcie się, żeby z góry przyszedł wprost rozkaz: uwolnić go za skruchę i dobre sprawowanie się, albo jeszcze lepiej za położone dla ojczyzny zasługi... Wtedy my z radosnym sercem wydamy wam wszystko niezwłocznie... Przecież i my nie jesteśmy z kamienia!
— Jednak ja sprobuję jeszcze na paragrafie!... W ostatecznym razie poproszę... o odmowę na piśmie!
— Ha, sprobujcie!.. Życzę wam z duszy serca powodzenia!.. Z przyjemnością wam napiszę, co postanowi Adrjan Walentinowicz, ale widzieliście sami, że i on nie ma ochoty...
Adrjan Walentinowicz było to imię naczelnika powiatu.
Mostowski, przygotowany na podobne przeszkody, wracał na ogólną kwaterę wcale nie zrażony. Po drodze wstąpił do małego, leżącego przy tejsamej ulicy domku i spytał wyszła na jego stukanie dziewczynkę o Kuźniecowa.
— Jest, jest!.. — zawołał z sąsiedniego pokoju wesoły głos i na progu ukazał się rosły mężczyzna z długą, siwą brodą.
— A to ty, Mostowski!.. Chodź, chodź!.. Cóż się z tobą dzieje?.. Przywarowałeś cichutko i nic się o tobie dowiedzieć nie można!.. Czy to prawda, że podajesz prośbę o ułaskawienie?..
Mostowski oczy szeroko otworzył.
— Ja!?..
— No tak, byłem pewny, że to plotka!.. Znam cię przecież nie od dziś... Siadaj więc i mów, co i jak?.. Chcesz herbaty?.. Imbryk świeżo zaparzony!..
Wprowadził gościa do małej stancyjki, zajętej przez łóżko i stosy książek, map, papierów...
— A cóż ty porabiasz?..
— Pracuję dalej nad klimatem tej części Syberji... Niesłychane, mówię ci, rzeczy! Wprost przewrót zupełny w nauce... Sprzeczność zasadnicza ze wszystkiemi teorjami... — mówił z zapałem, zdejmując z krzesła książki, aby gościa posadzić.
Mostowski również się ożywił, zaczął rozpytywać o szczegóły i wstawiać swoje uwagi.
Odbiegli daleko, daleko od nędzy i sromoty swego obecnego życia; skąpali się w cichych, błękitnych toniach czystych rozmyślań i subtelnych wnioskowań...
Po tych wycieczkach poczuł się Mostowski spokojniejszym, mężniejszym, choć bardziej znużonym i smutniejszym niż zwykle.
Gdy wyszedł od Kuźniecowa, było już późno. Na ciemnych, zabłoconych ulicach ledwie tu i owdzie błyszczały w oknach nieliczne światełka. Wiatr ustał i deszcz nie padał, było martwo i cicho jak w grobie.
Mostowski zszedł na środek ulicy i chlupał samotnie po błocie, trzymając się zdala od zdradzieckich węgłów i podejrzliwie pochylonych parkanów.