Jak Gryf-Mostowski budował młyn/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jak Gryf-Mostowski budował młyn |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Nazajutrz zjazd zaczynał się od samego rana.
Pierwszy zjawiał się zwykle Pierepiełow, krępy, tęgi syn popa z gubernji nadwołżańskiej, zawołany gospodarz, chlubiący się swemi zbiorami, swemi końmi, swym powodzeniem gospodarczym, swoim zdrowiem, siłą, wytrzymałością. Kazał Mostowskiemu pokazać sobie gospodarstwo, szedł do ogrodu, na gumno, do obórki, wszędzie wtykał swój krótki, kartoflasty nos, wszystko oglądał pilnie bystremi, świecącemi w wązkich szparkach oczyma.
— Niezgorzej, niezgorzej!.. Sto osiemdziesiąt snopów z tego poletka!.. Nieźle, wcale nieźle!.. Ale sypać nie będzie!.. Z kłosa widzę, że spóźniłeś się ze zbiórką!.. Zobaczyłbyś u mnie w tym roku!.. Phi!.. Jakie żyto!.. Egipskie!.. Po dwa kłosy na jednej słomie! Sam Faraon w lata urodzaju nie powstydziłby się go!.. Ha!.. ha!..
Potym przyjeżdżał kandydat praw Muszkin na rozhukanym koniu i roztrajkotanym wózku.
— A gdzież Eugienja Leonowna?.. Obiecała przecież przyjechać?.. — pytał uprzejmie gospodarz, starając się uspokoić i przywiązać do słupa rozognionego kłusaka.
— Właśnie!.. Już nawet ubrała się i wyszła, gdy wtym koń... wściekł się, powiadam wam, wściekł się! Giez go ukąsił, czy co! Dość, że zaczął się rzucać, stawać dęba!.. I tak dalej!.. Żenia nie dowierza, jak wiecie, moim furmańskim zdolnościom... Musiałem sam jechać!..
— Pewnieście znowu za mocno spoprężyli siodełko, albo podogonie zrobili za krótkie!.. Zawsze tak... Wasz Rosynant zawsze dziwy wyrabia! — wstawił pogardliwie Pierepiełow
— Jak to zawsze?!.. Kiedyż to jeszcze był taki wypadek?.. Nie przypominam sobie!..
— A w przeszłym roku, nie pamiętacie, na Boże Narodzenie u Ćwieczkiewicza!..
— O, to co innego!.. Wtedy wcale nie ja byłem winien... Gawron parobek poplątał i zmienił uprząż... z innego wziął konia... Świadkiem Mostowski!.. Pamięta pan?..
Mostowski kiwnął głową, lecz wyszedł, usłyszawszy na drodze dudnienie kół i brzmienie wesołych głosów. Domyślił się, że nadjeżdża Ćwieczkiewicz z towarzyszami.
Siedziało ich na wysłanym słomą wozie pięciu, jak pięć promieni gwiazdy dookoła pani Róży, pełnej, białej i różowej blondyny. Powoził sam Ćwieczkiewicz.
— Jak się masz, Jaśku?.. — krzyknął Mostowskiemu, zatrzymując konie. — Gdzieżeś to przepadał tyle czasu?.. Nosa nie pokazałeś?.. Zapomnieliśmy, jak wyglądasz?..
— Żniwa, żniwa!.. — mruczał ten, wyciągając uprzejmie rękę ku wysiadającej pani Róży.
Spotkali się na chwilę spojrzeniem i młoda kobieta zapłoniła się zlekka.
— Jak ma wyglądać?.. Wygląda jak... z okienka! — żartował wysoki Żurawkin, pochylając się niby niechcący z wozu nad białą szyją pani Róży.
Puk, puk w akienoczko,
Wyjdzi panienoczko..
dodał straszną polszczyzną.
Ćwieczkiewicz zeskoczył z kozła i lejce zaczepił za róg wasąga, gdy tymczasem dwaj inni wygnańcy, ześliznąwszy się na drugą stronę wozu, już przywiązywali kantarami konie do słupa. Piąty jeszcze siedział na wozie, zapatrzony w cudny widok, otwierający się z pagórka sadyby na nieprzejrzane lasy, uchodzące blednącemi falami szmaragdu w błękitną dal słoneczną.
Pustelnicza chałupka Mostowskiego rozbrzmiała śmiechem i gwarem. On sam zajął się rozstawianiem stołów i ławek na dworze, otaczając jednocześnie pilną opieką kocieł z gotującym się barszczem.
Wkrótce potym na steczce z lasu ukazały się jeszcze dwie figury z dubeltówkami na plecach.
— Aha!.. Barański i Heffding!.. A więc są już wszystkie „wewnętrzne i prywislinskija gubiernji“ i nie mamy co czekać!.. — zawołał Żurawkin.
— Odkąd to pan tak wojuje z Polakami i dla czego? Śmiem pytać?!. — spytała, śmiejąc się, pani Róża...
— Cóż robić!.. Kiedy wejdziesz miandzy wrany, krakaj że tak jak i ony!.. To oni na mnie napadają!.. Zaduży tu ich procent w porównaniu z rdzenną ludnością państwa!..
— Zapewne, zapewne: żydzi, Polacy i inni cudzoziemcy!.. — wtrącił niespodzianie Zdrowy Rozsądek...
— Et tu Brute contra me!..
— Pozwólcie!.. — wmieszał się Muszkin.
— Nie pozwalam!.. — rozśmiała się Róża.
— Co wolno nam, to niewolno wam!.. My jesteśmy narodem podbitym, pokrzywdzonym przez was... — zauważył Ćwieczkiewicz.
— Ach, mój Boże, znowu!.. Kiedyż nareszcie zaprzestaniecie tych sporów?.. — krzyknęła niecierpliwie pani Róża. — Czyż nie jednakowo cierpimy? Czyż nie jesteśmy wszyscy niewolnikami i wygnańcami?
— Zapewne, że spory są jałowe, ale... cierpimy niejednakowo!.. Wy nawet tutaj jesteście na ojczystym gruncie, pracujecie dla swej kultury, dla przyszłości swego państwa, a nasze tęsknoty, wysiłki i cierpienia lecą w przepaść obcą i... bezdenną... — rzekł spokojnie Mostowski, zgarniając łyżką pianę z barszczu.
— Cierpicie dla ludzkości!.. — wstawił grubym głosem Pierepiełow.
Długie, miękkie wąsy zadrgały nad kącikami ust Mostowskiego, ale nic nie odrzekł. Zresztą w tej chwili weszli Barański z Heffdingiem i powszechna uwaga zwróciła się ku nim. Pokazywali parę zastrzelonych przez siebie po drodze jarząbków.
— Całe stadko tutaj jest w tym gaju, wiedzą, że Mostowski szkody im nie zrobi, więc się tu chowają!..
— Trzeba będzie wybrać się kiedy na cały dzień z dubeltówką... Co, zgoda, chłopcy!? Choć co prawda koło mnie są niegorsze, nawet tłustsze... doprawdy!.. — dowodził basem Pierepiełow.
Toczyła się rozmowa bezładna, urywana, hałaśliwa, pozornie wesoła, a w gruncie rzeczy pusta i bezbarwna, wcale nieodpowiadająca smutkowi, tającemu się w oczach oraz rysach tych ludzi.
Wreszcie gospodarz zaprosił ich do stołu, obstawionego talerzami gorącego barszczu. Gdy usiedli, podszedł z kieliszkiem i butelką do Róży.
— Dziękuję! Wie pan, że nie piję!..
— No, tym razem... niech pani choć dotknie ustami!.. Będzie to do pewnego stopnia symbolem... A dzień ten doprawdy ma dla mnie poważne znaczenie!
— Cóż takiego? — spytała z niepokojem.
— Zaraz się pani dowie, niedługutko!.. Chwilkę cierpliwości... Muszę przedtym spełnić moje obowiązki gospodarza!.. — odparł, nalewając kieliszek.
Siedzący obok Róży Ćwieczkiewicz podniósł brwi i wstrzymał giestem anegdotkę, opowiadaną mu półgłosem przez Żurawkina.
— Wznoszę zdrowie gospodarza!.. Oby mu się wiodło we wszystkim! Niech ma urodzaje setne, zdrowie końskie, śpichrze pełne... — zaczął Pierepiełow.
— A głównie dużo... buraczków!.. — wtrącił Żurawkin.
— Istotnie barszcz wyborny!.. Ci Polacy mają jednak doprawdy rzeczy godne uwagi!.. Jakże on się przyrządza?!.. — pytał uprzejmie Muszkin.
— Nie jedz, Muszkin!.. To barszcz szlachecki z krwi chłopskich niemowląt!.. — żartował Zdrowy Rozsądek, podstawiając swój talerz Mostowskiemu, aby mu dolał zupy. — Chcesz, a dowiodę ci tego niezbicie!
— Nie trzeba!..
— A możeby kto powiedział speech?..
— Poczekajcie!.. Po deserze!.. — wstrzymywał ich Mostowski.
— A więc będzie i deser!?.. Doprawdy? Cóż to za uczta Lukullusowa? — rozśmiał się Ćwieczkiewicz.
— Powiedz — Baltazarowa!.. — wtrącił Żurawkin. — Mane-tekel... Pamiętasz?
— Jeden melon dojrzał w tym roku, ale tylko jeden!.. — objaśniał Mostowski.
— Ho, ho!.. Pokaż go!..
— Niech żyje Polska!..
— Cicho!.. Nie krzyczcie przed czasem!.. Zaczniemy go honorować po sprobowaniu fruktu!..
— Racja... Może on wart zaledwie... Prywislińskich gubernji.
— A wy zaraz... Polska...
— Tak!.. Tak!.. Ha!.. ha!..
— Kiepska z was „polityka“! To się robi powolutku, pocichutku!.. Niech czuje naszą dobrą wolę!.. Z początku samorząd, potym autonomję...
— Ach, Żurawkin, mógłbyś być nawet niezłym oberpolicmajstrem!..
— Dla czego nie ministrem!?.
— Oho!
— Na ministra byłbyś... za ostry... za wyraźny!
— Ja?.. Boże mię uchowaj!..
Tymczasem Mostowski, który znikł na chwilę ze dworu, ukazał się we drzwiach chaty z pięknym, żółto-plamistym, dość dużym melonem na półmisku.
Zabrzmiały oklaski i wesołe wołania:
— Wiwat hrabia!
— Niech żyje kultura!..
— Jak ślicznie pachnie!..
— Ach, ach! Jeszcze kieliszek wódki, a będzie mi się zdawało, że jestem na pasiece w ojczystej Malinówce...
Mostowski postawił melon przed panią Różą i podał jej nóż.
— Krajcie, krajcie, Różo Lwowno, a ino... sprawiedliwie! — wołano na nią zewsząd.
— Dobrze, ale Żurawkin powie mowę!..
— Owszem!.. Prosimy!
— Żurawkin ma głos!..
Ciężko uniósł się z miejsca rosły Żurawkin, nalał sobie wódki, pogładził łopaciastą brodę i czekał, aż się zupełnie uciszy.
— Szanowni słuchacze moi i współbiesiadnicy!.. Każdy z nas miał okres czasu, kiedy był kwiatem. Wszystko, wiadomo, zaczyna się od kwiatu! Płateczki naszych kielichów ciągnęły się ku słońcu, rwały w górę, drżały w podmuchach ciepłych wiatrów, pragnęły deszczu, tęskniły do burzy... Roje motyli, kolorowych jętek, miodonośnych pszczół oraz innych iluzji... unosiły się nad naszemi głowami, szepcząc o świecie, pełnym błękitnych tajemnic... Byliśmy dumni, dobrzy, wspaniałomyślni, a nadewszystko pewni siebie, gdyż potężna, zielona łodyga, ukryta w cieniu szerokich liści, zasilała nas obficie żyznemi sokami... Grubiała i pęczniała nasza zawięź z dnia na dzień i serce nasze biło pragnieniem czynu... Aż przyszedł dzień i rzuciliśmy w wir gorącej walki płatki naszych koron... Był to bolesny przewrót, upojny zgon, pełen jednak czarownych nadziei... Czuliśmy w sobie taką potęgę nadziei i wiary, że zmiana formy bytu nie martwiła nas... I nawet gdy zimno krwawego zachodu owiało nasze ogołocone z osłon czoła, nie ulękliśmy się go, nie zmartwili się, jeno zamknęli w mocną zawięź pewność naszą, że, bądź-co-bądź, przyjdzie dzień, a pękną zewnętrzne, twarde łuski i rozsypią się po świecie całym wyhodowane przez nas nasiona! Nawet gdy zacny los w osobie ogrodnika przykrył nas pewnego dnia szklaną bańką, nie utraciliśmy wiary w siebie, w swe przeznaczenie i nie ugięliśmy się, owszem mocniej zawarliśmy się w sobie i gromadziliśmy dalej w cichości to, co było naszym celem, naszym życiem, naszą treścią... Tężały dusze nasze w zamknięciu, zabezpieczone od wszelkich trosk światowych, grubiała na nas skorupa hartu i nie opuszczała na chwilę pewność, że oto, jeszcze trochę, troszeczkę tylko, a wzmogą się siły nasze do tyla, iż dźwigniemy w górę nasze ciała i pójdziemy w świat, rozbijając lub unosząc na sobie marne skorupy naszych więzień... Aż wżarły się te skorupy w boki nasze i zrozumieliśmy nagle, że powinniśmy to uczynić zaraz, natychmiast... Inaczej... zaczniemy gnić!.. To też gdy pewnego dnia ogrodnik uchylił szklanej bani, aby nam podłożyć pod boki miększe podstawki, sprobowaliśmy dźwignąć się... Okazało się jednak, że ciężar, ciężar własnego naszego jestestwa, ciężar nagromadzonych w nas wewnętrznych wartości jest ponad nasze siły... Po krótkim kołysaniu się legliśmy więc znowu na dawne miejsce, odkładając ponowną próbę do dogodniejszej chwili... I znów cicho płynęły nam dnie, gromadziliśmy dalej skarby wewnętrzne i cieszyliśmy się niezmiernie, że ciało nasze poczyna się lśnić od naszego wzrostu, że na powierzchnię naszą zaczyna wybijać złota żółtość dojrzałości... Najwyższy czas!.. szeptaliśmy sobie, czekając z niecierpliwością nowej okazji... I oto przyszedł znowu ogrodnik w niebieskim fartuchu, dotknął ręką naszego kadłuba i, poczuwszy ciepło wewnętrzne, odciął nas ostrym nożem z łodygi, zanim mieliśmy czas pomyśleć o oporze!.. Teraz... Róża Lwowna pokraje nasz symbol i da po kawałku zebranym tu, aby pokrzepili z kolei swą jaźń i wzmocnili swą... złotą dojrzałość!.. Skończyłem!..
Wypił wódki kieliszek i usiadł.
— Co, już koniec!?...
— Protestuję!
— Nic nie rozumiem... Bo jeżeli to ma się odnosić do nas, to wcale nie widzę związku...
— Po kolei, po kolei!.. Kto chce mówić? Proszę się zapisywać do głosu!
— Nikt nie chce mówić!.. Kto na takie brednie będzie odpowiadał!.. Melon, psujący się melon — naszym symbolem, według towarzysza Żurawkina.
— Najmniejszego nie widzę podobieństwa!..
— I nawet niedowcipne!..
— Przepraszam, ale ponieważ porównanie tyczy się nietylko nas, lecz całego kierunku, którego my jesteśmy tu przedstawicielami, więc prosiłbym o bliższe wyjaśnienie... — zwrócił się uroczyście Muszkin do mówcy.
Ten wstał i, najeżywszy brodę, odrzekł z sardonicznym uśmiechem
— A więc dobrze: cofam me porównanie i ogłaszam, że przeciwnie jesteśmy granitowemi kolumnami, Bajardami bez strachu i słabości...
— Nie o to chodzi!.. Jesteśmy ludźmi... wiadomo, ale...
— Czyste drwiny!..
— O sobie, o sobie!.. Niech mówi szanowny mówca przedewszystkim o sobie!..
— To też mówię i o sobie, ale... na jakiej zasadzie, naprzykład, my... my, odrzucający prawo własności na ziemię, odbieramy tutaj przemocą grunta u krajowców... Albo: czy zapracowane są przez nas pieniądze, przysyłane nam gdzieś tam niewiadomo skąd i pochodzące z niewiadomego źródła, może wyciśnięte z robotników fabrycznych albo chłopów... Takich sprzeczności pełne jest życie nasze!.. — zaczął zgryźliwie Żurawkin, rzucając bystre spojrzenie na rozmawiającego z Różą Ćwieczkiewicza.
Ten podniósł głowę i chwilę słuchał z drwiącym uśmiechem.
— Przepraszam, przepraszam!.. Jedno nie ma związku z drugim... Poprostu głupstwo!.. — grzmiał Pierepiełow.
Spór groził zamienić się w zwadę. Wtym Mostowski zadzwonił w brzeg szklanki.
— Pozwólcie mi, kochani goście, powiedzieć słów parę w zupełnie innej sprawie. Przed paru dniami skończył się mój termin osiedleńczy...
— Jak to?
— A tak — sześć lat pobytu tutaj! Prawo wymaga dziesięciu, lecz dzięki manifestom...
— Cóż z tego?... Mój skończył się przed dwoma laty, a siedzę wciąż!... — wtrącił grubym głosem Pierepiełow.
— Więc masz zamiar korzystać z tych praw? — spytał Ćwieczkiewicz.
— Tak, mam zamiar skorzystać!...
Zapanowało krótkie milczenie.
— W jakiż to sposób?...
— Zażądam wydania paszportu...
— Aha, i myślisz, że ci go dadzą!...
— Co za wzruszająca naiwność!...
— Sprobuję. W każdym razie uważam, że powinienem korzystać z przyznanych mi ulg...
— Ulg oburzających, praw niewoli! — gorączkował się Muszkin.
— Zostały mi narzucone jedne i drugie!... Nie ponoszę więc za nie odpowiedzialności!...
— Tymbardziej!... Korzystanie z nich uprawomocnia je... Jeżeli przynoszą nawet kruszynę polepszenia w jednym kierunku, to stokroć razy pognębiają nas w innych... Ślizka to droga i nie radziłbym wstępować na nią... Musimy odrzucać wszelkie prawa, pochodzące od naszych przeciwników, dobre czy złe... inaczej zaplączemy się w sprzecznościach...
— Jest to sprawa tak skromna, drobna i osobista, że nie uważam za rzecz odpowiednią podciągać ją pod reguły zasad!... — odparł spokojnie Mostowski.
— Niema rzeczy błahych i drobnych w życiu, szczególniej w naszym życiu, sprowadzonym do poziomu wegietowania... A zresztą nie uznaję tych rozgraniczeń!... Każdą sprawę można podnieść do godności symbolu... W każdą rzecz można tchnąć wielkiego ducha... — grzmiał Muszkin.
Mostowski nalewał, podawał gościom herbatę i nie odzywał się; uwaga i podniecenie zebranych słabły; część wygnańców wstała od stołu, rozproszyła się po podwórzu, poszła do koni, do ogrodu...
— Więc doprawdy wybierasz się stąd? Czemużeś nie mówił nic dotychczas? — pytał Ćwieczkiewicz Mostowskiego, przytrzymując go za rękaw, gdy mu przyniósł herbatę.
— Będziesz musiał uzyskać od jednej z tutejszych gmin chłopskich przyjęcie do swego grona... A to niełatwo... Już się rozpytywałem o to... — zauważył Pierepiełow.
— A po przyjęciu odbiorą ci ziemię, którą masz, a nie wydadzą paszportu, na który liczysz! Zobaczysz!... — doda! Żurawkin.
— Dokąd się podziejesz i co poczniesz wtedy? — pytał Ćwieczkiewicz.
Mostowski spojrzał na Różę, milczącą i zamyśloną.
— A jednak muszę!... Tak się składają okoliczności!
— Zapamiętaj to sobie jednak, że wolność przedewszystkim wymaga pieniędzy! Jest najkosztowniejszym ze współczesnych wyrobów! — dorzucił Zdrowy Rozsądek.
— I skąd ci się to wszystko wzięło... Wczoraj jeszcze lepiłeś uszka do barszczu z takim zapałem, że byłoby zuchwalstwem posądzić cię o jakikolwiek romantyzm!! — ciągnął z kieliszkiem w ręku.
— To też nie jest to wcale romantyzmem.
— Jak to nie jest romantyzmem? Rzucasz wszystko, co masz, i skaczesz jak skalny kozieł na łeb w najeżoną przeciwnościami przepaść!... Co do mnie, to skok taki nawet mi się okrutnie podoba, ale... psuje mi on twój obraz kulturalny, hrabio Mostowski!
— Czas do domu! — rzekła nagle pani Róża.
— Co znowu!... Jeszcze chwilkę! Co za pośpiech? — prosił Mostowski.
Ale pani Róża znalazła tysiące powodów, skłaniających ją do niezwłocznego powrotu, więc Ćwieczkiewicz acz niechętnie poszedł do koni, a za nim pośpieszyło dwuch młodych przybyłych z nim ludzi, którzy cały czas sprawnie jedli, pili, przysłuchiwali się z wielką ciekawością rozmowie, ale nie brali w niej wcale udziału.
Żurawkin zarzucił na rękę okrycie pani Róży i podał jej ramię.
Po odjeździe Ćwieczkiewicza ogólny nastrój obniżył się znacznie; Muszkin próbował wprawdzie dyskutować z Pierepiełowym, lecz ten palił spokojnie fajkę i nie odpowiadał; Zdrowy Rozsądek również milcząco popijał wódkę; milczeli Heffding i Barański, a Mostowski wstawiał tak krótkie i ogólnikowe repliki, że mówca rzekł mu otwarcie:
— Nie trudźcie się, gospodarzu! Widzę, że dzisiaj piwa z wami nie uwarzę! Czas wracać do domu... Jedź ze mną, Zdrowy Rozsądku!... Co?.. Zgoda?!
— W charakterze niby... piorunochronu?... Owszem!... Ale pamiętaj, że w razie okrutniejszego nacisku mogę cię zdradzić, gdyż łaski pani Muszkinowej droższe mi są niż twoje!... Doprawdy!.. Mówię szczerze!
— Ano, zgoda!... Cóż robić! Zawszeć w towarzystwie i śmierć będzie milszą!.. — rozśmiał się Muszkin.
Odjechali, a za niemi niedługo wyruszył Pierepiełow, władowawszy na wóz worek ziemniaków, pożyczony Mostowskiemu na wiosnę.
Został Barański i Heffding.
— Siadajcie!... Przecież wy nie macie się do czego śpieszyć... Nie macie ani żony, ani dzieci, ani żadnej rzeczy z przykazania Bożego!... Doprawdy, napijemy się herbaty, pogadamy!.. — zapraszał ich Mostowski.
Usiedli napowrót, jacyś niezwykle poważni i sztywni...
— Cóż tam u was słychać!? Widzę, że macie mi nawet coś do powiedzenia! No, no, odważnie!... Zaczynaj, Barański, tyś mówniejszy... — zwrócił się do bladego ospowatego blondyna.
— Bo proszę towarzysza, taka rzecz, że my chcemy... uciekać!...
— A no wiem!
— Więc to, co towarzysz powiedział... jakoś z tym... nie idzie!
— Jak to nie idzie?...
— Jak my uciekniemy, to ten paszport towarzyszowi wstrzymają, albo nawet zupełnie nie dadzą!..
— Zapewne, lecz wy już trzy lata uciekacie a jakoś wciąż siedzicie na miejscu...
— Tym razem uciekniemy napewno! — wtrącił Heffding i śniada jego twarz, ciemnemi okolona włosami, rozjaśniła się nagle wesołym błyskiem
— Nowy widzę projekt!..
— Tym razem już nie projekt, towarzyszu, a plan!.. — poprawił go poważnie Barański.
— Aha, plan!?... Sypcie wasz plan!.. O co chodzi?...
— Uciekamy nowym sposobem: łodzią, a potym przez morze!...
Mostowski rozśmiał się:
— Plan wcale nie nowy. Słyszeliście pewnie, że z Wierchojańska uciekała przed laty w ten sposób cała kolonja wygnańcza i że ją najspokojniej złapano przy ujściu rzeki...
— Właśnie!.. Heffding widział jednego z nich w mieście i on mu wszystko wytłumaczył... Oni mieli za ciężką łódkę...
— Nasza łódź będzie mała i lekka jak jaskółka!.. — wtrącił z rozmarzeniem Heffding.
— Któż ją zrobi?
— Heffding. Wiecie przecież, towarzyszu, że on stolarz. Nawet już zaczął i bardzo dobrze mu idzie!.. Zwieźliśmy deski...
— Toście poto pożyczali u mnie konia...
— Poto, towarzyszu...
Przez chwilę milczeli.
— Szkoda, żeście mi nie powiedzieli... Wolałbym wam dać pieniędzy na wynajęcie zaprzęgu u Jakuta... Tak istotnie możecie mnie wplątać!...
— Myśmy nie wiedzieli o waszych zamiarach względem paszportu... A nie mówiliśmy, bo od gadania to tylko niechęć...
— Myśleliśmy, że jak was przyprowadzimy do gotowej łodzi, to w was serce zagra!... — wstawił Heffding.
— I pojedziecie z nami!... — dorzucił Barański. — Nawet rozmiary łodzi obliczyliśmy na trzech...
— A z waszego paszportu nic nie będzie!.. — zaczął znowu Heffding. — Stąd nikomu jeszcze paszportu nie dali, tutejszy kraj przeznaczony jest na piekło wieczne... Tylko będziecie mieli przykrości w tych ich biurach... Naurągają wam i tyle...
— Doprawdy, namyślcie się, towarzyszu... Byłby to taki szyk, gdybyście z nami pojechali...
— Ach, przyjaciele moi, sami nie wiecie, co mówicie!.. Tysiące mil... Przeszkody i trudy nie do przebycia...
— Wiemy, wiemy... lody!.. Ale my naszą łódź lekką wyciągniemy na krę, przewleczemy na drugą stronę i hajda! — odrzekł szybko Heffding i zrobił ruch ręką...
Mostowski patrzał nań ze zdumieniem.
— Wichry, fale, wiry... A pożywienie? Skąd weźmiecie pożywienia?... — powtórzył.
— Weźmiemy z sobą broń, sieci!... Tam ptactwa nieprzejrzane chmary, a ryb, powiadają, tyle, że wiosło je z wody wyrzuca!.. — dowodził Heffding.
— Zginiecie. Dziewięćdziesiąt dziewięć na sto, że zginiecie!...
— A tu nie zginiemy?... I tu zginiemy. Każdy człowiek wkońcu umiera!.. — zauważył Barański. — I jaki zysk z tego życia tutaj... Co tu jest?... Nic niema... Wciąż siedzisz, jak mysz pod miotłą, boisz się, żeby ci czego nawet bez żadnego powodu nie zrobili... Gdy ktoś coś zbroi, a kogo nawet nie znasz i z kim się wcale nie zgadzasz, jak naprzykład my, co jesteśmy z innej partji, ty odpowiadasz!.. Nieprzymierzając jak i was, towarzyszu, czepiać się będą za nas... Dla tego, towarzyszu, chcielibyśmy, żebyście do nas przystali... Myśmy nawet w tym zamiarze łódź większą... — powtórzył z naciskiem.
Mostowski milczał chwilkę, poczym potrząsnął siwiejącą głową.
— Nie, kochani moi, ja swoje wysłużyłem... Nie darmo przecie znosiłem wszystko lat tyle... Widzicie, jeżeli dostanę teraz paszport, to za pięć lat będę mógł wrócić do kraju... Do kraju! Czy wy to rozumiecie!.. Zupełnie jawnie... Będę mógł zamieszkać, gdzie zechcę, i robić, co zechcę!.. O tej chwili marzyłem całe długie lata, zrozumcie to... I ona dawała mi siłę...
Urwał.
— Tak, my to rozumiemy, towarzyszu... My też... Dla tego właśnie... pójdziemy na wszystko... — gadali jeden przez drugiego.
Mostowski patrzał na ich oczy gorejące, na zapłonione twarze i trząsł głową.
— Nie, to się nie uda!...
— Więc co? Więc siedzieć tu!.. Ożenić się z jaką tutejszą i zupełnie się pogrzebać?... — zaczął żałośnie Barański.
— Nie, tego nie mówię!... Poco zaraz się żenić, poco grzebać... Trwają przecież ludzie, żyją lata...
— Nie, my uciekniemy z wami, czy bez was... To już postanowione!... — przerwał mu twardo Heffding.
— W takim razie trzeba pomyśleć, jak to zrobić, żebyście mnie nie zgubili, bo na to się zgodzić nie mogę!...
Teraz oni z kolei zwiesili głowy.
— Jak to zrobić, my nie wiemy! My możemy tylko już nic więcej od was nie brać!.. — rzucił Heffding.
— To nie ma znaczenia. Jak wy uciekniecie, to wszyscy my tutaj będziemy odpowiadać... Wiecie o tym dobrze... Mówiliście sami przed chwilą...
— Więc dla tego mamy siedzieć na łańcuchu?... A wy niby nas pilnować będziecie!... — wybuchnął Heffding.
— Nie mówię tego. Owszem pomogę wam... ale i wy powinniście pomyśleć o innych...
— To też myślimy!.. Jedźcie z nami!.. — znowu prosił Barański.
— Nie, o tym niema mowy... Wasze przedsięwzięcie to jawne szaleństwo... Powiedzcie mi jednak, kiedy się wybieracie?...
— Na wiosnę. Jak powódź przyjdzie. Wtedy wprost od naszej jurty można przetokami wydostać się na rzekę, zgubić wszelki ślad w wyspach, w rokicinach i niepostrzeżenie przemknąć się na północ...
— Do Oceanu Lodowatego, a potym Oceanem wzdłuż brzegów do Ameryki... — dokończył Mostowski. — Ach szaleńcy, szaleńcy!.. Toż waszą łupinę chlust morza rozbije u pierwszych skał...
— Może i nie rozbije!... Będziemy mieli żagiel, będziemy je zdala omijać!..
Mostowski wzruszył bezradnie ramionami.
— Pojęcia nie macie o tym, na co się ważycie!..
— Dla tego chcielibyśmy, żebyście wy albo kto z was... — zaczął znowu żałośnie Barański.
— Kto naprzykład: Zdrowy Rozsądek?..
— No temu, to nawet nie powiemy. Onby nas bez morza na suchym utopił...
— Ćwieczkiewiczowi też nie powiecie...
— Jemu choćbyśmy powiedzieli, to on od swej Róży nie odjedzie.
Lewy wąs Mostowskiego drgnął boleśnie.
— Od jakiej Róży?..
— Ano od Róży Lwowny... Mówią przecież, że ma się z nią żenić!...
— I wygląda na to!..
— To nieprawda!.. Róża Lwowna ma narzeczonego w ciężkich robotach i za nikogo zamąż nie wyjdzie!
Znowu milczeli chwileczkę.
— Więc może powiedzieć Ćwieczkiewiczowi? Jak uważacie, towarzyszu?
— Uważam, że nie należy mówić, gdyż z tego nic nie będzie!.. Nikt się na ten wasz szalony plan nie zgodzi.
Nic nie odrzekli, ale po pochyleniu ich głów, po wyrazie twarzy odgadł upór niezłomny, postanowienie niecofnione.
— Jeżelibyście, towarzyszu, pośpieszyli się, to moglibyście stąd przed nami odjechać... — zaczął łagodnie Heffding.
— Właśnie, chciałem to powiedzieć!... — podchwycił Barański.
— Nie o to chodzi!.. — Żal mi was, chłopcy!.. — zaczął z troską Mostowski.
— I zupełnie bez powodu! Nam dobrze będzie, towarzyszu; ta zima — taka zawsze straszna, tęskna, ciemna, okrutna — przeleci nam jak strzała, nawet za krótka będzie, a potym jeżeli nawet zginiemy, to dobrze zginiemy...
— Ile świata zobaczymy, ile przygód... A może się uda!.. Ech! Towarzyszu, namyślcie się! — szepnął gorąco Heffding.
— Dobrze, dobrze!.. — uśmiechnął się Mostowski. — Opowiedzcie szczegółowo, co wy tam majstrujecie i jak... Wszystko opowiedzcie...
Więc zaczęli jak dzieci jeden przez drugiego snuć przed nim swoje rojenia.
Ich zapał, odwaga, wiara i przedsiębiorczość zaraziły go na krótką chwilę, słuchał z wielkim zajęciem i sam im lepsze myśli poddawał.
— Widzicie, towarzyszu, to nie jest takie złe, więc może się skusicie!..
— Nie!.. Tylko w tych dniach jadę do miasta starać się o paszport!.. Cobyście wy sami o mnie pomyśleli, gdybym nie spróbował przedtym tej drogi...
— Sprobujcie, towarzyszu, sprobujcie... Mybyśmy jej pewnie sami sprobowali, gdybyśmy ją mieli. Ale nam żal...
— Może wam co kupić w mieście?... Może wam co trzeba...
— Trzebaby świderków, ot, takich... i gwoździ. I blachyby trzeba mosiężnej... Bo dla morskiej wody, to, powiadają, dobra mosiężna... — zaczął mu wykładać Heffding.
Przesiedzieli u płonącego ogniska całą noc.