Jak Gryf-Mostowski budował młyn/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Jak Gryf-Mostowski budował młyn |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Było to dawno, na zaraniu nowej fali pielgrzymstwa polskiego...
W długoletniej poniewierce więziennej, w niezmiernie twardych ciężkich robotach, w bolesnej włóczędze po niezliczonych etapach, po nieskończenie długich i dzikich drogach, to zadeszczonych i błotnistych, to zawianych śniegami, to spalonych słońcem i zatrutych nieznośną kurzawą — stracił był zwolna Gryf-Mostowski całą swoją elegancję, cały swój polor zewnętrzny, — stracił Gryfa, pozostał tylko Mostowski.
Pozornie był to najzwyklejszy aresztant, w szarym chałacie z żółtym „tuzem“ na plecach, w szarej czapce-placku na ogolonej głowie, w potwornych żółtych „brodniach“ na okutych nogach.
Niezmiernie skromny, wstrzemięźliwy w mowie i ruchach, starał się sam jak najmniej wysuwać i wyróżniać z masy otaczających go nędzarzy.
A jednak zawsze prawie zwracano nań uwagę. Kiedy konwojowi dawano rozkaz „pouczyć“ więźniów, żołdacy z największą zaciekłością rzucali się na niego właśnie, choć się nigdy nie bronił i nigdy ich nie zaczepiał. Władze również zdawały się być doprowadzane do szału właśnie jego szaremi, spokojnemi, rozumnemi, niezmiernie smutnemi oczyma i do niego przeważnie zwracano się, gdy grzmiało przed frontem więźniów:
— Zegnę w róg barani!... Zgnoję!... Nie ścierpię!... Zapomnijcie raz nazawsze, czym byliście, a pamiętajcie tylko, czym jesteście... Jesteście nikczemnemi zbrodniarzami, pozbawionemi praw i woli aresztantami, których dusze wolno wywlec i rozdeptać, jak brudne onucze!
Na tym właśnie polegała cała wina Mostowskiego, że nie mógł zapomnieć, czym był. I choć nigdy o tym nie mówił, to jednak w poruszeniach swych, w sposobie trzymania głowy, w wyrazie suchej, rasowej twarzy, nawet w noszeniu żebraczych łachmanów, nawet w podwiązaniu łańcuchów kajdan oraz ich brzęku zachował jakiś wdzięk, jakąś schludność i dostojność stłumioną, przeświecające poprzez okropną skorupę więziennej pospolitości, jak cudny zarys bolesnego obrazu Carrière’a przez mgłę.
— Widać zaraz, żeś pan, żeś hrabia!... Dla tego cię biją, dla tego prześladują!... Tybyś powinien, Mostowski, zupełnie, ale to zupełnie, w samej swej istocie, szczerze i niepowrotnie się zmienić, zdemokratyzować się!... — radzili mu przyjaciele.
Bo miał ich, choć ich nigdy nie szukał.
— Cóż... kiedy nie umiem być innym... demokratą, niż jestem!... — uśmiechał się smutno Mostowski.
Niósł więc swój krzyż z rezygnacją do końca, aż wreszcie po odbytej katordze wywieziono go do Jakuckiej Obłasti i dano mu, jako osiedleńcowi, kawałek gruntu na utrzymanie. Towarzysze i sąsiedzi pomogli, pożyczyli nasion na zasiew, wskazali, jak sobie poczynać z rolą, i Mostowski przedzierzgnął się w rolnika.
Dawne jednak cechy nie znikły w nim; owszem w wielu rzeczach wystąpiły jaskrawiej. Miał gospodarstwo najmniejsze i był najuboższym z osiedleńców okolicznych, bardzo naogół niezamożnych. Ale zato nie posiadał wcale prawie długów, a te, które od czasu do czasu musiał robić, skrupulatnie spłacał. Domek miał mały, zwykłą, nawpół zmurszałą jurtę jakucką, nabytą za trzy ruble, ale czystość i porządek panowały tam wzorowe.
— Aż pfe! — mówił mu Zdrowy Rozsądek, najbliższy sąsiad, wygnaniec Wołgin. Przezywano go Rozsądkiem za niezmierne upodobanie w konsekwentnych rozumowaniach, przymiotnik zaś „Zdrowy“ już on sam sobie przyswoił.
— I poco ta czystość? Nawet nikt jej nie zobaczy, bo przecież u ciebie nikt prawie, oprócz mnie, nie bywa. A dla mnie to zupełnie zbyteczne!... Przeciwnie, uważam to za burżujstwo, zupełnie pozbawione sensu! Bo pomyśl tylko, ile ty na to czasu tracisz i sił? Codzień zamiatasz izbę, aby ją za chwilę zaśmiecić... Myjesz naczynia, czyścisz garnki, pierzesz bieliznę... I poco to wszystko?... Kto cię tu widzi? A wyprana koszula tylko krócej się nosi, wiadomo!... No, zapewne, jeżeli ci taką rozkosz sprawiają co niedzielę... święte obłóczyny, że wynagradzają ci ścieranie palców i babranie się w gorącym ługu, to powiedz otwarcie, że taka jest twoja pańska fanaberja... Ale ty próbujesz dowodzić, że to jest jakieś prawo, jakiś... powszechny obowiązek...
— W życiu powinien być jakiś ład, zarówno w wielkich rzeczach, jak w małych... — zaczął Mostowski. Ale Zdrowy Rozsądek nie dał mu skończyć.
— Ład?... Poco ład? Może spróbujesz mi dowodzić, że żyjemy dla... jakiegoś ładu!... Dziwne mniemanie: ład pomaga w drobnych i wielkich rzeczach, vulgo ułatwia życie; a więc życie jest trudne, a więc żyjemy poto, aby zaprowadzać ład i ułatwić je sobie, a ułatwić je sobie należy dla tego, że jest trudne!... I tak wkółko! W istocie zaś wszystko to nicość i głupstwo! Pycha okłamujących się zer... Tchórzliwe omamianie siebie i innych, gdyż w gruncie rzeczy jaki związek zachodzi naprzykład między twoim codziennym czesaniem głowy i starannym mydleniem twarzy, a istotnie wielkiemi zagadnieniami celu istnienia świadomej siebie jednostki, albo powstania prabytu?... Ład w drobiazgach, bo bez niego nie dojdziemy do ładu w wielkich rzeczach!... Paradoks i wierutne kłamstwo!... Przedewszystkim wielkie rzeczy, rzeczy większe od jednostki, od człowieka, wcale od nas nie zależą, a małe, już dla tego, że są małe, nie mają najmniejszego na bieg życia wpływu... Jakie naprzykład ma znaczenie dla problematu wolności woli, albo dla dążeń do zastąpienia współczesnej, wszechludzkiej nienawiści, — wszechmiłością, jakie, pytam, ma znaczenie... porządek w twoim gospodarstwie, te stojące na miejscu miotły i łopaty, albo wyreparowane doskonale grabie, wyczyszczona uprzęż?... Co za znaczenie, pytam, ma to wszystko dla tych istotnie wielkich zagadnień?...
— Zapewne, że wszystko jest błahostką... wobec śmierci!... — wtrącał z uśmiechem Mostowski, nie przestając krzątać się po izbie.
— Albo nie?.. Sam to wciąż powtarzam!... Zresztą niech cię gęś kopnie!... Żyj sobie, jak chcesz, jeżeli ci to sprawia przyjemność, ale za to daj mi coś zjeść, bo u mnie w domu pustynia Sahara, pustynia Gobi i Głodny Step!... Od wczoraj nic nie miałem w ustach!
„Zdrowy Rozsądek“ często nie miał nic w ustach; żył z kilku-rublowej rządowej zapomogi, której starczyło mu zaledwie na pokrycie małej części zaciągniętych „awansem“ na jej rachunek długów. Dla tego większą część miesiąca nie siedział w domu, lecz po kolei odwiedzał wygnańców sąsiadów, pomagał im w robocie i zabawiał roztrząsaniem rozmaitych kwestji.
Nastały piękne wrześniowe dnie, złote od słońca, nakryte nieba błękitem, ciche, przejrzyste, przestronne, gdyż na polach nie było już zbóż, na łąkach traw, a gąszcze lasów mocno przerzedził opad liści. Rolnicy wypoczywali po niezmiernie wytężonej pracy w czasie krótkiego północnego lata.
O tej porze zbierali się zwykle towarzysze u Mostowskiego na specjalną uroczystość „polskiego barszczu“. Miała ona swoją tradycję i swoje powody.
Ogniskiem, gdzie skupiało się życie wygnańcze, była w tej okolicy sadyba Ćwieczkiewicza, syna zamożnych rodziców, któremu odbierane z ojczyzny od czasu do czasu zapomogi pieniężne pozwoliły i dom wybudować obszerniejszy i gospodarstwo prowadzić staranniej oraz udzielać gościnności wciąż napływającym nowym przymusowym przybyszom z dalekiego południa.
Przygarniał ich do czasu, aż znajdywali sobie zajęcie, poczciwy Ćwieczkiewicz z właściwym mu ciepłem i serdecznością, bez względu na ich narodowość, wyznanie i przynależność partyjną.
Było więc wciąż u niego rojno, gwarno; wciąż prawie stały na dziedzińcu wozy i konie przyjezdnych Jakutów oraz wygnańców, z otwartych okien buchał dym tytuniowy, głosy rozmów, wrzawa sporów, albo melodje śpiewów chóralnych. Od rana do wieczora stawiano tam samowary, których było na zmianę aż dwa sporej objętości, wciąż gotowano, pieczono, smażono. Okoliczni zesłańcy i niezesłańcy przyjeżdżali tutaj po nowiny, dla zobaczenia się z przybyłemi, dla zasiągnięcia wiadomości z miasta, o cenach zboża, o urodzaju traw, o polityce, o administracji, o nowych rozporządzeniach rządowych, wogóle o... świecie całym.
Stężałe w ciężkiej pracy, wyczerpane powszednią biedą i troską mózgi zwiezionych tu ze wszystkich krańców państwa niewolników potrzebowały od czasu do czasu takiej umysłowej kąpieli.
Stąd siedziba Ćwieczkiewicza stała się wielkim klubem wygnańczym, areną wiecznych dyskusji i roztrząsań na najrozmaitsze tematy.
Obyczaj z biegiem lat ten stan rzeczy utrwalił i nikt nie próbował z Ćwieczkiewiczem pod tym względem współzawodniczyć, ani on sam nie myślał o zrzuceniu z siebie tej niezawsze łatwej powinności.
Inni wygnańcy wyprawiali jedynie od czasu do czasu okazyjne festyny.
Mostowski, który podtrzymywał ze wszystkiemi dobre sąsiedzkie stosunki, również uważał za konieczne urządzać raz w rok przyjęcie. Ze względu jednak, iż miał domek tak mały, że dwuch ludzi z trudnością poruszać się w nim mogło, wybierał dla uczty porę, kiedy pogoda była najpewniejszą, aby móc gości fetować na... otwartym powietrzu.
Z tego oraz innych względów najdogodniejszą dlań okazywała się druga połowa suchego tu i nocami nawet mroźnego września.
Gwoździem przyjęcia był zawsze wyborny „polski barszcz z uszkami“, sporządzony z kwaszonych buraków czerwonych. Jedynie Mostowski umiał wyhodować w tej okolicy takie buraczki, ochronić je od letnich szronów i żarłoczności niezliczonych tutaj żuków i liszek. On jeden również miewał w swoich inspektach oprócz ogórków... arbuzy, nawet melony.
Zaproszenia rozumie się wobec znacznych odległości były rozsyłane zawczasu, a w wilję dnia Zdrowy Rozsądek zapraszany bywał do robienia „uszek“.
— I doprawdy: poco to wszystko?! Po co tyle zachodu z lepieniem rożków z ciasta?.. Poco mięso siekane, solone, pieprzone, zaprawiane... Zupełnie zbędne, nierozumne zachody!.. Wszystko przecież za dobrą chwilę znajdzie się w tymsamym żołądku!.. Doprawdy, hrabio — rzuć ty to wszystko razem do kotła, zmieszaj, dobrze zagotuj, a skutek będzie tensam, będą palce oblizywać i chwalić pod niebiosa, szczególniej, jeżeli to nazwiemy „potage à la reine“ lub coś w tym rodzaju! W zysku zaś będziemy mieli to, że zamiast męczyć się i trudzić palce, wypalimy sobie fajeczki, leżąc do góry brzuchem, gadając o wzniosłych przedmiotach, i że do twej „kulturalnej“ opinji przybędzie jeszcze jeden laurowy listek niesłychanie wytwornej, nikomu nieznanej potrawy!.. Co?.. Czy nie racja?.. — gadał wygnaniec, patrząc na Mostowskiego śmiejącemi się oczyma.
Mostowski również się śmiał, ale nie przestawał cienko wałkować ciasta i kiwał na Zdrowy Rozsądek, aby śpieszył się z rozstawianiem rzędami kupeczek mięsnej miazgi.
— Dobrze, dobrze!.. Wiesz, że jestem konserwatystą! Tak było w przeszłym roku, więc tak będzie i w tym!.. Zresztą zobaczymy, co powiesz jutro... Może wzgardzisz przestarzałym obyczajem?!
— O, co to, to nie!.. Byłoby znowu rzeczą nierozsądną wyrzekać się osiągniętych już rezultatów... Co innego krytyczne uwagi o ich wartości... — Tak spierając się, żartując, podśpiewując, pracowali pilnie w ciągu dnia. Wieczorem Gryf-Mostowski z dumą spoglądał na pełny przetak białych, ładnie zwiniętych „uszek“.
Zdrowy Rozsądek leżał wyciągnięty na pryczy i dowodził, że nie da się już więcej nabrać na podobny „kawał“, że umiera już od tej... kultury!
— Wstyd pomyśleć, że zmarnowaliśmy tyle godzin, po to tylko, aby gromada dwunogich ssaków pożarła to w ciągu pół godziny...
— I cóżbyś robił w te zmarnowane godziny?.. Wstydź się!..
— Cobym robił?.. Nicbym nie robił!. Czyż nic nierobienie nie jest najwznioślejszym ideałem człowieka. Do czego prowadzą wszystkie naprzykład wynalazki, odkrycia, techniczne ulepszenia, maszyny, jak nie do skrócenia czasu pracy?!. I coby stało się z ludzkością, gdyby miała za ideał pracę, a nie lenistwo!?. Zastój, wieczna niewola, w rezultacie gromada skołowaciałych z wyczerpania bydląt!.. Tak, hrabio, dobrze może takie bydlęta posiadać, ale zostać niemi... brrr!.. Człowiek stworzony został dla raju lenistwa, dla rozkoszy, dla życia wolnego od wszelkiej troski, dla zachwytów, dla użycia i kontemplacji... Niedarmo kolebką jego południe!.. Pomyśl tylko, hrabio — cudne lasy, palmy, ljany, kwiaty o odurzającym zapachu, dziko rosnące pożywne i smaczne owoce, motyle i ptaki o mieniących się barwach i słońce... słońce zamieniające wszystko w ciepły, boski przybytek, gdzie niepotrzebny ani dach, ani odzież... Spoczywam na aksamitnych trawach, a obok ona... hurysa!.. Co?.. Marzenie!
Mostowski zmarszczył się zlekka.
— Cóż jednak począć: los rzucił nas na północ!..
— Aha! Właśnie!.. Czekałem, że mi tak odpowiesz!.. Nieznośnym jest ten twój fatalizm, to godzenie się z losem!.. I nie wiem doprawdy, za co się tutaj dostałeś — niema w tobie krzty burzyciela!
— Racja! Miałem zawsze większą skłonność do budownictwa i zdaje mi się, że w tym właśnie różnię się od was wszystkich...
— Aby coś nowego zbudować, trzeba zburzyć stare, trzeba oczyścić miejsce!..
— Nie widzę konieczności!.. Przeciwnie, myślę, że to nowe trwale wyrastać może ze starych jeno podwalin...
— Przenigdy! Aby mógł wyróść młody las, stary musi paść i zamienić się w mierzwę...
Wszczynał się jeden z tych sporów bez końca i ładu, gdzie, potrącając o wszystko, nie dochodzi się do niczego.
Mostowski mało się sam wywnętrzał, ale podawał krótkie, cięte repliki, nie przestając na chwilę załatwiać spraw gospodarczych: zmywał naczynia, łupał łuczywo, reparował odzież, ostrzył nóż albo siekierę, zszywał rozdarte chomąta lub coś podobnego.
Ogień trzaskał na kominku, sypały się w górę skry z gorejących polanic, obsypywało się z nich zarzewie, tworząc kupy różowego żaru, i uciekało, topniało, niknęło bezpowrotnie paliwo i... czas.
Dopiero gdy sam zostawał w swej izbie, Mostowski przysuwał przed snem na chwilę zydel do komina, siadał bezczynnie, zapatrzony w kupę popielących się węgli i myślał. — Aż niespodzianie dla samego siebie wzdychał głośno i wtedy wstawał.