Jaką sobie Jędruś „Tiutkę“ znalazł

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Rogoszówna
Tytuł Jaką sobie Jędruś „Tiutkę“ znalazł
Pochodzenie Pisklęta
Data wydania 1910
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Juncie.
JAKĄ SOBIE JĘDRUŚ „TIUTKĘ“ ZNALAZŁ


Jędruś jest malutki, ma rumianą, często zamorusaną buzię. Brzuszek ma wystający, oczka niebieskie, któremi ciekawie po świecie się rozgląda. Jasne, jak len, włoski, raz na niedzielę gruntownie myte przez Jagnę, leżą posłuszne, jak przylepione do główki, ale na codzień... pożal się Boże! kręcą i zwijają, w niesfornych loczkach opadają na tłusty, opalony karczek, na wietrze wciskają się do oczków i buzi.
— Wojtek, trzaby wziąć Jendrka do miasta — mówi Jagna do męża.
— Bez co?
— Żeby mu tę głowinę ostrzygli.
— A jużci.
I na tym się kończy. Kto tam ma czas myśleć długo o czuprynie Jędrusia, kiedy tyle roboty w domu i w polu, a od miesiąca kwili w kolebeczce maleńka Marysia.
Od przyjścia na świat Marysi dużo zmian zaszło w życiu Jędrusia. Choć Jędruś nie ma dwuch lat jeszcze i nie bardzo rozumie, co i dla czego się dzieje, przecież odrazu zauważył, że jego siostrzyczka zajęła w domu to miejsce, które dotychczas podzielnie do niego należało. Z początku Jędruś starał się krzykiem dochodzić praw swoich. Krzyczał, kiedy mama układała Marysię w jego kolebeczce, krzyczał, widząc, że mama bierze Marysię na ręce i idzie w pole zanieść tatusiowi jedzenie, a jemu każe siedzieć przy Burce w izbie; że jednak na krzyk jego matka odpowiadała stale:
— Cicho, Jendruś! bo dostaniesz!
Jędruś przestawał płakać, nie ze strachu, bo mama jakoś groźby nigdy nie spełniała, ale dla tego, że oddawna już spostrzegł, że, kiedy nikogo, prócz Burki, niema w izbie, to płakać się nie opłaci.
Teraz już przywykł do tego, że wszyscy daleko mniej nim się zajmują, niż dawniej, kiedy Marysi jeszcze nie było w chacie, zdaje się, że mu się to nawet podoba. Nie napiera się już, żeby go mama brała na ręce, zato coraz częściej i coraz odważniej próbuje stawać na własnych nóżkach. Z początku, co się podniósł, bęc! i już znowu siedzi na ziemi, aż któregoś dnia wpadł na doskonały pomysł. Obiema rączkami złapał Burkę za szyję i uwieszony na niej, przebierał co sił nóżkami. Tak przeszedł się kilka razy po izbie i od tej chwili zrozumiał, że najlepiej zawsze chodzić, trzymając się czegoś, co się rusza. Jeżeli Burki nie było przy nim, chwytał się nogi taty i uczepiony z całej siły, próbował maszerować razem z tatą, potym równie pomocną okazała się spódnica mamy, i ani się Jędruś spostrzegł, kiedy nauczył się chodzić doskonale.
Mama i tato cieszyli się bardzo jego postępami, a kiedy już o własnych siłach przeszedł od skrzyni, malowanej w czerwone kwiaty, aż do samego pieca, tata porwał go raz na ręce i podrzucił w górę tak wysoko, że włoski Jędrusia dosięgły prawie pułapu izby.
— Tęgi chłopak, Jagna! niedługo patrzeć, gęsi nam paść będzie! — wykrzyknął, stawiając rozradowanego Jędrusia na ziemi.
Jędruś zaznajomił się już z całą izbą. Właził pod łóżko, gdzie na garstce słomy Burka dawała ssać „ciuciom“, i pod piec, skąd wysuwał się, zamorusany jak kominiarz; dotarł nawet do koszyka, ukrytego między piecem a nieckami, w którym stara kwoka wygrzewała pod skrzydłami malutkie kaczątka. Jędruś wyciągnął rączkę i powiedział „pa-a“ kwoce, prosząc, żeby mu jedną „tiutkę“ dała, ale kwoka tak się nastroszyła i tak groźnie gdaknęła, że Jędruś czymprędzej uciekł. Żółciutkie kaczątka tak mu się jednak podobały, że nie przestał myśleć o nich; gdy w parę godzin później kwoka oddaliła się na drugi koniec izby, a dwoje kaczątek chlapało się w wodzie, którą im w czerep gliniany z rozbitego garnka nalała Jagna, Jędruś zamachnął się i wprawdzie upadł na brzuszek, ale kaczątko złapał. Bojąc się, żeby mu go kwoka nie odebrała, z trudnością wgramolił się na pierzynę leżącą na łóżku i tu dopiero zaczął kaczątko całować i dusić w tłustych swych rączkach.
Byłby je napewno uśmiercił, gdyby nie Jagna, która, usłyszawszy pisk, podbiegła do łóżka i mimo protestów Jędrusia, odebrała mu nawpół tylko żywe kaczątko i nawet surowo go złajała, zakazując, żeby nigdy więcej nie śmiał łapać „tiutek“.
Bardzo się to Jędrusiowi nie podobało. Niczym tak dobrze się nie bawił, jak „tiutkami“, a „tiutką“ było dla niego każde żywe, małe i ruszające się stworzenie. Rozróżniał „tiutkę-kicię “, o miękkim, czarnym futerku i „tiutki-ciucie“ — dzieci Burki, z któremi przewracał się po podłodze. To też na słowa mamy rozpłakał się serdecznie, potym zesunął się z łóżka i odstąpiwszy aż na środek izby, machnął kilkakrotnie rączką, wołając „be! be!“ Nie wiadomo jednak, czy chciał okazać niechęć mamie, że mu zabawkę odebrała, czy kaczątku, że nie poznało się na jego pieszczotach.
Niedługo potym Jędruś po raz pierwszy sam odważył się wyjść na podwórko. A było to tak:
Mama, wychodząc w pole z Marysią na rękach, jak zwykle posadziła Jędrusia na łóżku, w rączkę wetknęła mu wózek, zrobiony przez tatusia, i Burce kazała pilnować dziecka. Jędruś chciał iść za mamą, krzyczał i płakał, ale łąka była za daleko i mama poszła sama, zamknąwszy drzwi za sobą. Jędruś przestał płakać natychmiast, pobiegł do drzwi i wszelkiemi sposobami próbował je otworzyć. Bił najpierw jedną piąstką, potym obiema, wsadził nawet paluszek w dziurkę od sęka — wszystko napróżno! Jędruś już wiedział, że chcąc drzwi otworzyć, trzeba nacisnąć klamkę z góry; cóż, kiedy klamka tak wysoko, a Jędruś taki malutki! Znudził się wkońcu i powrócił do wózka i Burki. Ale i z Burki niewielka była pociecha, liznęła wprawdzie Jędrusia po zapłakanej buzi, co chwila jednak odbiegała od niego, węsząc niespokojnie po wszystkich kątach. Dwoje szczeniąt toczyło się po izbie, Burka szukała trzeciego. Nagle doleciał ją przytłumiony pisk. Burka nastawiła uszy... Pisk dochodził ją z za drzwi zamkniętych. Widocznie psiątko dostało się do sieni, i tu je przypadkiem zostawiła Jagna. Burka zaskomliła żałośnie, siadła na tylnych łapach pod drzwiami, niespokojnie myrdając ogonem. Obejrzała się raz i drugi na Jędrusia, szczeknęła, a z za drzwi odpowiedziało jej szczeniątko. Burka nie wytrzymała. Raz jeszcze przypadła do Jędrusia, polizała go znowu zamaszyście, powąchała szczeniątka, obiegła dwa razy izbę dookoła, wkońcu dała susa do drzwi, przedniemi łapami skoczyła na klamkę, drzwi z trzaskiem się otworzyły, i Burka dopadła swego szczeniątka, które, nie mogąc się wygrzebać z za beczki z kapustą, piszczało żałośnie.
Ach, jakie serdeczne było powitanie! Burka, skomląc w najtkliwszy sposób, lizała psiątko po główce, grzbiecie i brzuszku. Potym ostrożnie wzięła je w mordę i odniosła do izby, gdzie je w najdalszym kącie pod łóżkiem złożyła. Upewniwszy się, że żadne niebezpieczeństwo dziatwie już nie grozi — wylazła z pod łóżka, ażeby wrócić do Jędrusia. Ale Jędrusia już w izbie nie było. Ujrzawszy drzwi otwarte, przypomniał sobie mamę, czymprędzej rzucił wózek, którym się bawił, dźwignął się z ziemi i za chwileczkę był już w sieni.
— Ma-ma! — zawołał głośno, ale nikt mu nie odpowiedział.
Wtedy Jędruś poszedł jeszcze dalej. Przeszedł sionkę i zatrzymał się przed wysokim progiem otwartych na oścież drzwi, które wiodły na podwórze.
Rączkami oparł się o próg i rozejrzał się po świecie.
— Ma-ma! — zawołał po raz drugi.
Ale, że i tym razem tylko kaczki zakwakały nad sadzawką, Jędruś zrozumiał, że mama musi być bardzo daleko, skoro na wołanie dziecka nie przychodzi. Przestał wołać — ale do izby nie wrócił. Przeciwnie oparł się mocniej jeszcze rączkami o próg, który mu sięgał prawie po brzuszek, przełożył najpierw jedną nóżkę, potym drugą i czerwony jak burak, z wysilenia, ze zdziwieniem zobaczył, że już jest na podwórzu.
W tej chwili nadbiegła Burka. Dopiero teraz sobie przypomniała, że gospodyni kazała jej pilnować dziecka. Jak przedtym do swego szczeniątka, tak teraz przypadła do Jędrusia, polizała go najpierw, a potym raz i drugi zlekka pociągnęła za koszulinę i skomląc dawała mu do zrozumienia, że koniecznie powinien wrócić do izby. Z gospodynią niema żartów! gotowi obydwoje dostać bicie za to, że bez pozwolenia wyszli z chałupy, a Burka to już z pewnością. Wszystko to Burka tłumaczyła po swojemu Jędrusiowi, ale chłopczyna uradowany, że słońce tak ciepło grzeje i że mu się pierwsza samodzielna wyprawa tak doskonale udaje, ani myślał słuchać Burki, a nawet objął ją za szyję i ciągnąc co sił w stronę sadu — wołał: — Chodź! chodź!
Cóż miała robić Burka? Niechby Jędruś był nawet taki, jak Marysia, spróbowałaby może wziąć go za karczek i pomimo jego woli odnieść do izby. Ale Jędruś był już duży, miał mocne nóżki i rączki i potrafiłby się obronić przed przemocą. Biednej Burce nie pozostawało nic innego, jak zwiesiwszy smutnie ogon w poczuciu spełnionej winy, podążyć za Jędrusiem do sadu.
Jędruś biegł naprzód, podnosząc niepewnie bose swe nożęta, aż dopadł do gruszy, pod którą mama zwykle układała do snu Marysię w kolebce. I tu nie było nikogo; za to wiaterek muskał rozgrzaną buzię Jędrusia, rozwiewał mu włoski i koszulinę. Słoneczko przeciskało się przez zielone liście drzew owocowych i złotemi płatkami znaczyło murawę. Jędruś „bęcnął“ na miękką trawkę, a Burka zaraz ułożyła się obok niego. O dużo, dużo przyjemniej było tutaj, niż w dusznej, ciemnej izbie. Wszystko się dziś Jędrusiowi wydawało jakieś inne, większe, nieznane, może dla tego, że po raz pierwszy sam zaszedł tak daleko. Niedługo pozostał pod gruszą. Ledwo odsapnął troszeczkę, już znowu zerwał się i biegł od drzewa do drzewa, ze śmiechem chwytał się rączkami pni chropawych, padał i podnosił się — a krok w krok biegła za nim Burka. Tak przebiegli sad, gdy naraz Burka nastawiła uszy, szczeknęła, z wyciągniętą mordą skoczyła ku ścieżce, odskoczyła znowu. Jędruś, biegnący tuż za Burką, zobaczył, że środkiem ścieżki coś sunie powolutku:
— Tiutka! — krzyknął radośnie, wyciągając obie rączki.
Tiutka była szara, miała cztery nogi. Dwie tylne, wolno, niezgrabnie wlokła za sobą. Patrzyła na Jędrusia wyłupiastemi oczami i wcale przed nim nie uciekała. Burka poszczekiwała niespokojnie, parokrotnie przyskakiwała do „tiutki“, jakby ją chciała ze ścieżki usunąć.
— Nie luś! — zawołał Jędruś, uszczęśliwiony, że wreszcie znalazł „tiutkę“, która przed nim nie ucieka i której mu nie odbierze ani kwoka, ani mama.
— Tiutka ciacia — wymówił pieszczotliwie, po czym przysiadł na ścieżce, obiema rączkami złapał „tiutkę“ i wsadziwszy ją sobie do koszulki, której brzeg mocno w rączkach przytrzymał, co sił zawrócił do domu. Burka pognała za nim. Z wielkim trudem przedostał się Jędruś do izby i zasiadł w kątku, nie przestając ani na chwilę tulić do siebie zdobytej „tiutki“.
Tak był nią zajęty, że nie zwrócił prawie uwagi na wejście taty i mamy z Marysią. Zato Burka powitała oboje gospodarzy radosnym szczekaniem, łaszeniem się, myrdaniem ogona, jakby pragnęła odwrócić ich uwagę od otwartych drzwi. Jagna zaniepokoiła się w pierwszej chwili, myśląc, że Jędruś wyszedł z izby, ujrzawszy go jednak siedzącego niezwykle spokojnie w kąciku, odepchnęła łaszącą się Burkę, ułożyła Marysię w kolebce i zakrzątnęła się po izbie, ażeby podać obiad.
Wojciech rozsiadł się wygodnie na ławie, ręce oparł o stół i czekał, aż żona wyleje kwaśne mleko na miskę.
— Jendruś, a pódź ino do tatusia, będziemy jeść — zawołał na małego.
Jędruś ani się ruszył.
— Wojtek, zaźryj ino, pewnikiem Jendruś chycił kaczątko i zadusi, jak tamto, com je wczoraj ledwo odratowała.
Jędruś usłyszał słowa mamy i mocniej przycisnął do siebie swój skarb:
— Ne! tiutka moja! — krzyknął płaczliwie.
— Ej, Jendruś, oddaj tiutkę po dobremu, bo dostaniesz — zagroziła matka, stawiając miskę na stole.
— No chodź, Jendruś, chodź, pokaż tiutkę tatusiowi — pokojowo przemówił Wojciech.
Jędruś spojrzał na matkę, potym na ojca i widocznie do tatusia poczuł więcej zaufania, bo mocno w koszulinie przytrzymując swoją zdobycz, okrążył Jagnę zdaleka i podszedł do Wojciecha.
— Tiutka moja — rzekł, niespokojnemi oczkami patrząc na tatusia.
— Twoja, twoja, synusiu, pokaż ją ino tatusiowi — odparł Wojciech i rozchylił koszulkę dziecka.
Hyc! hyc! i pod same nogi Jagny wyskoczyła ogromna ropucha.
— Jezusie najsłodszy! — wrzasnęła kobieta, odskakując na środek izby.
— A to ci se piękną tiutkę znalazł — zaśmiał się serdecznie Wojciech.
— Wojtek, zabier ją! Zabier na łopatę i ciśnij do pola! patrzeć na to szkaradztwo nie mogę! — wołała Jagna, bojąc się zbliżyć do stołu, przy którym rozsiadła się ropucha. — Jendruś, nie rusz, to be! — krzyknęła tak gwałtownie, że Jędruś, który się już wysunął, ażeby „tiutkę“ swoją odebrać, cofnął się i szeroko rozwartemi oczkami patrzył na mamę, nie mogąc zrozumieć, co jej się nagle stało.
— Tiutka ciacia! — zapewniał, rozkładając rączki.
— O jakież to głupie dziecko! — jęknęła matka — i ropucha dobra mu do zabawy.
Wyniósł Wojciech łopatę z komory: co ropuchę weźmie na nią — ropucha hyc! i już jest znowu na ziemi. Jagna darła się w niebogłosy za każdym poruszeniem ropuchy, która, jakby na złość, zawsze spadała jej pod nogi. Burka szczekała niespokojnie, a Jędruś, któremu nadzwyczaj podobał się żółty brzuszek „tiutki“, nakrapiany ciemnemi plamkami, śmiał się i klaskał w rączki, uradowany, że jego „tiutka“ takie wywołuje wrażenie.
Po parokrotnych bezowocnych próbach, udało się wreszcie Wojciechowi utrzymać ropuchę na łopacie i wynieść ją na dwór.
Jędruś pobiegł za nim:
— Moja tiutka! — zawołał nagle zaniepokojony. Bo może tato nie wie, że to jest „tiutka“ Jendrusia, którą Jendruś sam znalazł i sam sobie przyniósł ze sadu.
Ale tato szedł naprzód i zatrzymał się dopiero przy sadzawce, która miała wodę ciemną i cuchnącą i nazywała się „gnojówką“.
— Moja tiutka! — powtórzył Jędruś i rozpaczliwie uczepił się tatowego buta.
— Tiutka be! — odpowiedział, śmiejąc się tato i chlup! rzucił ropuchę do gnojówki.
Wtedy Jędruś nagle zrozumiał, że już mu „tiutki“ nie oddadzą, i w poczuciu wyrządzonej sobie krzywdy rozpłakał się żałośnie.
Zato Jagna była uszczęśliwiona, że pozbyła się nieproszonego gościa. Napróżno jednak łamała sobie głowę, skąd ropucha mogła się wziąć w izbie. To pewna, że ani Jędruś, ani Burka nie dopomogli jej do rozwiązania zagadki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Rogoszówna.