Jagiellonowie/Kokosza wojna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jagiellonowie
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Kokosza wojna.

Nie osłabła odwaga i męstwo Polaków mimo dobrobytu, nawet zbytku, który rozwijać się zaczął, — mamy z tych czasów wiele wzorów poświęcenia, pogardy życia, mamy wiele szlachetnych i pięknych postaci, jak hetman Tarnowski, kanclerz Jan Łaski, który woli złożyć urząd, niż potwierdzić niesprawiedliwy wyrok króla Aleksandra.
Bracia Strusiowie, Szczęsny i Jerzy, podczas wyprawy wołoskiej zasłynęli jako wzór męstwa i miłości braterskiej. Walczyli obok siebie tam zawsze, gdzie największe groziło niebezpieczeństwo. Gdy Szczęsny poległ, a wróg w przeważnej sile otoczył garstkę rycerzy, cofać się zaczęli, wzywając Jerzego, aby ocalił życie.
— Nie daj, Boże, abym brata samego tutaj pozostawił — odrzekł śmiały młodzieniec — gdzie on poległ, i ja chcę zginąć — lub zwyciężyć.
I zginął, rozsiekany szablami.
Gdy Tatarzy wpadli na Wołyń, mały oddział wojska polskiego zamknął się w Sokalu, a hetman, widząc ogromną przewagę sił nieprzyjacielskich, zabronił surowo zuchwałej młodzieży rozpoczynać walkę, która klęską skończyć się mogła. Ale młodzież nie wytrzymała. Mały oddziałek wymknął się za okopy, a zwabiony w zasadzkę pozorną ucieczką Tatarów, zginął prawie doszczętu, — maleńka garstka w największym popłochu pierzchnęła. Wśród tych znajdował się i Frydrusz Herburt. Lecz gdy dopadł murów Sokala, opamiętał się nagle, — wstyd wielki go ogarnął: on uchodził przed wrogiem?
— Chcę zginać razem z braćmi! — zawołał w uniesieniu. — Nie będzie się wróg chwalił, że tył mój oglądał.
I sam jeden rzucił się na nieprzyjaciół.
Możnaby wiele takich przykładów wyliczyć, a jednak zarzucano już Polakom, że wolą pług niż szablę, że przestają być rycerzami, a chcieliby spokojnie pracować na roli, żyć w wygodach i zbytkach, zamiast myśleć o obowiązkach obrońców kraju, a co gorsza — przekładają dobro własne nad ojczyznę.
Ta ostatnia choroba rzeczywiście rozwijać się zaczęła pośród szlachty i rosła coraz bardziej, — a była to choroba groźna. Bo kraj istnieć nie może, jeśli obywatele dbają tylko o własne swoje interesy. Kto chce mieć własny dom, musi go sobie zbudować, a potem strzec i utrzymywać pracą. Jeśli tego zaniedba, dach runie mu na głowę, i zostanie bez własnej chaty. Ojczyzna to dom własny, w którym każdy jest panem u siebie, ma poczucie praw swoich i wolności, ma to wszystko, w co ten dom swój zaopatrzył. Gdy żałować mu będzie troski i starania — straci go.
Za Chrobrego rycerstwo, kiedy szło na boje, nie myślało, jaką odniesie z nich korzyść osobistą, — szło, bo tak król rozkazał, a kraj tego potrzebował. Pojmowano też doskonale, że pan musi mieć władzę, a na wojnie myśleć o sobie niewolno.
Za Zygmunta Starego już inaczej było, a smutnym tego dowodem stalą się wojna kokoszą, na śmiech i wzgardę tak przezwana.
Zdarzyło się to podczas wyprawy na Wołoszczyznę. Zdradny ten sąsiad znów odmawiał hołdu, trzeba go było siłą zmusić do posłuszeństwa, aby się nie narazić na sąsiedztwo Turków.
Za zgodą sejmu zwołał król pospolite ruszenie, to znaczy, iż każdy rycerz w pełni sił i zdrowia obowiązany był wyruszyć w pole. Jako miejsce, gdzie wszystkie chorągwie spotkać się miały, wyznaczono Gliniany pod Lwowem.
Tam więc zaczęły ściągać województwa i ziemie, rozkładając się obozem i oczekując na resztę. Tymczasem jednak radzić zaczęli o sobie.
Wydało im się nagle, iż są bardzo pokrzywdzeni.
Od Kazimierza Jagiellończyka, który ustanowił sejmy, właściwie oni już rządzili krajem, — panom odebrali władzę, bo senat nic bez sejmu ustanowić nie mógł; rozszerzyli swoje prawa nad kmieciami, których obarczali pracą i przytwierdzili do ziemi; — usunęli mieszczan od wyższych godności, zabronili im kupować majątki ziemskie; — władzę króla ograniczali coraz bardziej, a jednakże — wydało im się teraz, że mają za mało, że panowie jeszcze więcej od nich znaczą, że król im więcej sprzyja, hojniej rozdaje nagrody, i zaczęli głośno wyrzekać na panów, oskarżać ich, stawiać niesłuszne zarzuty, aż któryś z nich, zniecierpliwiony tym krzykiem, oburzony pogróżkami, odezwał się podobno z dumą:
— A ciszej tam, szaraki.
Szarakami nazywano wówczas drobną szlachtę, nie mającą jeszcze wszystkich przywilejów, ani wielkiego dostatku, dla odróżnienia od karmazynów, czyli szlachty możnej i starej, chlubiącej się zasługami swoich przodków, którzy pierwsze miejsca w kraju zajmowali.
Na ten butny okrzyk dopieroż wrzawa powstała w obozie! Porwano się do szabel: — Rozsiekać zuchwalca! — Panowie stanęli za nim, — szlachta kupą naprzeciw. Rosły tłumy, groźby, i byłoby niechybnie przyszło do bójki i rozlewu krwi bratniej, gdyby na szczęście burza z silnym wichrem nie rozproszyła kłótników, zapędzając najzacieklejszych pod namioty.
Ho, teraz już na dobre postanowili postawić na swojem, przekonać panów, kto górą.
Wnet spisali na karcie swe błahe żądania: w jaki sposób król ma rozdawać nagrody, do czego oni mają prawo i pierwszeństwo, — i z tem wysłańcy stanęli przed Zygmuntem, grożąc, iż całe wojsko się rozejdzie, jeśli król nie potwierdzi ich wymagań.
Radził hetman Tarnowski ruszyć natychmiast dalej, a rozpatrzenie żądań zostawić do sejmu. Wstyd im będzie wracać do domów, nie opuszczą wodza i króla, przekonają się, że obóz to nie miejsce obrad.
Ale król nie posłuchał: — a jeśli się rozejdą? — Wołoszyn się roześmieje, Turek rozzuchwali, a bezsilność Polski stanie się jawną dla wszystkich. Lepiej ustąpić w drobiazgach, boć to przecie drobiazgi, czego tak groźnie żądają.
I polecił odczytać głośno Tarnowskiemu zgodę i zezwolenie na wszystkie żądania.
A wtedy — wojsko powracać zaczęło do domów. Chorągwie opuszczały obóz, dziękując dobremu panu za ustępstwo, lecz odmawiając posłuszeństwa. Garść zaledwie została. Każdy miał jakąś wymówkę.
Więc król powrócił z niczem, smutny i zawstydzony, a wyprawę przezwano w kraju kokoszą wojną, bo kury tylko w okolicy Glinian wyginęły.
Kazimierz Jagiellończyk w ważnej sprawie pod Cerekwicą dał obietnicę, lecz żądał spełnienia obowiązku, — Zygmunt, pomimo rady Tarnowskiego, uległ w drobnostce, okazał swą słabość — i przegrał, narażając kraj na śmieszność i niebezpieczeństwo, — dając poznać sąsiadom zaślepienie, ciemnotę i samolubstwo szlachty.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.