Przejdź do zawartości

Jaś i Małgosia oraz inne bajki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Jaś i Małgosia oraz inne bajki
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. [1924]
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JAŚ I MAŁGOSIA
ORAZ INNE BAJKI
PRZEŁOŻYŁ
FR. MIRANDOLA










LWÓW = POZNAŃ
WYDAWNICTWO POLSKIE





JAŚ I MAŁGOSIA.

U skraju wielkiego lasu mieszkał biedny rębacz z dwojgiem dzieci i żoną, która była ich macochą. Chłopczyk miał na imię Jaś, zaś dziewczynka, Małgosia. Niedostatek panował w tej rodzinie, gdy zaś przyszła raz wielka drożyzna, zabrakło im poprostu codziennego chleba. Ojciec nie mógł spać po nocach, przewracał się w łóżku i rzekł zatroskany do żony:
— Cóż się stanie z nami. Nie mamy co dać jeść dzieciom i sami też chyba umrzemy z głodu.
— Wiesz co, — odparła macocha, — wyprowadzimy jutro dzieci wczesnym rankiem do lasu, gdzie największy gąszcz, rozniecimy wielkie ognisko, damy po kawałku chleba, potem zaś pójdziemy do roboty, zostawiając je same. Nie znajdą napewno drogi powrotnej i pozbędziemy się ich w ten sposób.
— Nie, nie! tego nie zrobię! — zawołał ojciec. — Jakżebym mógł zostawić własne dzieci w lesie, na pożarcie dzikim zwierzętom?!
— Głupi jesteś! — powiedziała. — Jeśli nie chcesz tego uczynić, to lepiej zaraz zrób cztery trumny, bo umrzemy wszyscy razem z głodu.
Zaczęła tak dogadywać, aż przystał, chociaż mu bardzo żal było dzieci.
Jaś i Małgosia spać też nie mogli z głodu i słyszeli wszystko. Małgosia zaczęła płakać i powiedziała do brata:
— Już po nas!

— Cicho bądź, Małgosiu! — odparł — Nie martw się, ja coś na to poradzę.


Gdy starsi zasnęli, wstał Jaś, ubrał się, otwarł drzwi i wybiegł na dwór. Księżyc oświetlał jasno białe kamyczki wapienne przed domem, tak że błyszczały jak srebrne pieniążki. Jaś nazbierał ich, ile tylko mógł, potem zaś wrócił i powiedział siostrze:
— Śpij spokojnie, droga siostrzyczko, Bóg nas nie opuści!
Potem zasnął.
Macocha zbudziła dzieci zaraz o świcie, mówiąc:
— Wstawajcie leniuchy! Idziemy wcześnie do lasu po drzewo!
Potem dała im po kawałku chleba i zaleciła, by go zaraz nie zjadły, gdyż do wieczora nic więcej nie dostaną.
Małgosia wzięła obie kromki w fartuszek, bo Jaś miał pełne kieszenie kamyków i poszli w las. Jaś oglądał się co chwila i stawał.
Ojciec spytał:
— Czemuż to chłopcze zostajesz ciągle w tyle? Dalejże, idź żwawo z nami.
— Ojcze drogi — odpowiedział Jaś, — oglądam się za białym kotkiem moim, co siedzi na dachu i chce mnie pożegnać.
— Głupcze! — wrzasnęła macocha. — To nie kotek, to słońce wyziera z poza komina.
Ale Jaś nie patrzył na kotka, tylko rzucał co parę kroków biały kamyk na miejsce widoczne.
Gdy doszli w głąb lasu, rzekł ojciec:
— Uzbierajcie gałęzi, dzieci! Rozpalę wam ognisko, byście nie zmarzły.
Dzieci naznosiły dużo suchych gałęzi, ojciec zapalił je, a gdy buchnęły płomienie, rzekła macocha:
— Siedźcież teraz u ogniska i dokładajcie doń pilnie chrustu, my zaś pójdziemy z ojcem dalej rąbać drwa. Niedługo wrócimy tu po was.
Dzieci siedziały u ogniska, a gdy nadeszło południe, każde zjadło swój kawałek chleba. Słyszały też coś jakby stukot siekiery po drzewie, więc myślały, że ojciec jest w pobliżu. Ale nie była to siekiera, jeno sucha gałęź, którą macocha przywiązała do drzewa. Wiatr ruszał nią, tak że uderzała o pień. Macocha uczyniła to, chcąc zmylić dzieci. Jaś i Małgosia zmęczyli się długiem siedzeniem przy ognisku i zasnęli, a gdy otwarli oczy była już głęboka noc. Małgosia zaczęła płakać, nie wiedząc, jak wyjść z głębokiego lasu. Ale Jaś pocieszał ją:
— Zaczekaj jeszcze chwilę! — powieś dział. — Gdy księżyc zajdzie, znajdziemy napewno, drogę.
Gdy księżyc wyszedł na niebo, wziął Jaś siostrę za rękę i zaczął iść od jednego białego kamyka do drugiego. Błyszczały jak srebrne pieniążki i pokazywały im drogę. Szli przez całą noc, a o świcie znaleźli się z powrotem w domu. Zapukali do drzwi, a macocha zawołała gniewnie:
— Gdzieżeście to spali w lesie tak długo, nicponie? Myśleliśmy, że już nie chcecie wracać do domu!
Ale ojciec rad był bardzo, że dzieci wróciły cało, gdyż sumienie nie dawało mu spokoju.
Niedługo potem nastała znowu wielka bieda, a dzieci usłyszały ponownie, jak macocha powiedziała do ojca:
— Już mamy tylko pół bochenka chleba; nie wiem, co potem zrobimy. Trzeba zaprowadzić dzieci głębiej w las, by nie znalazły drogi. Innej rady niema.
— Lepiejby było podzielić się z dziećmi ostatnim kęsem! — odparł ojciec.
Ale macocha nie chciała słuchać, narzekała strasznie i czyniła mu wyrzuty.
Kto powiedział A, musi powiedzieć także B., toteż ojciec zgodził się wkońcu na życzenie złej macochy.
Dzieci znowu nie spały i dowiedziały się o wszystkiem. Jaś chciał wyjść na dwór zbierać kamyki, ale macocha z mknęła drzwi na klucz. Mimoto pocieszał siostrzyczkę jak mógł, mówiąc:
— Nie płacz Małgosiu, śpij spokojnie, a Bóg nas nie opuści!
Rano zbudziła macocha dzieci i dała im po kawałku chleba, ale kromki były dużo mniejsze, niż za pierwszym razem. W drodze do lasu rzucał Jaś po okruszynie na widoczne miejsca, by znaleźć z powrotem drogę.
Ojciec spytał, widząc że przystaje co chwila:
— Czemużto chłopcze zostajesz ciągle w tyle? Dalejże, idź równo z nami!
— Ojcze drogi! — odpowiedział Jaś. — Oglądam się za białym gołąbkiem moim, co siedzi na dachu i chce mnie pożegnać.
— Głupcze! — wrzasnęła macocha. — To nie gołąbek, to słońce wyziera z poza komina.
Ale Jaś pokruszył chleb, rzucając kawałeczki po drodze.
Macocha wprowadziła dzieci głęboko w las, gdzie nigdy jeszcze w życiu nie były. Rozpalono znowu ognisko, a macocha powiedziała:

— Usiądźcież tu sobie, a gdy się zmęczycie, możecie trochę pospać. My pójdziemy dalej po drzewo, a wracając zabierzemy was.


W południe podzieliła się Małgosia chlebem z Jasiem, bo Jaś pokruszył swoją kromkę, rzucając kawałki na drogę. Potem zasnęli i zbudzili się w ciemną noc, ale nikt nie przyszedł po nich. Jaś pocieszał siostrę, mówiąc:

— Zaczekaj jeszcze chwilę. Gdy księżyc wzejdzie, znajdziemy napewno drogę.
Księżyc w zeszedł, dzieci zaczęły szukać okruszyn, ale zjadły je do szczętu ptaki, których mnóstwo żyje w lesie i na polach.
— Znajdziemy drogę! — zaręczał Jaś, ale nie znaleźli.
Szli przez całą noc, ale las się nie kończył, a dzieci zgłodniały strasznie, bo nie miały nic do jedzenia, prócz odrobiny jagód, zebranych w przechodzie. Zmęczone bardzo, położyły się pod drzewem i zasnęły.
Nadszedł trzeci ranek od czasu opuszczenia domu, dzieci szły dalej, ale las stawał się coraz gęstszy i poczuły, że zginą, jeśli pomoc nie nadejdzie.
Około południa zobaczyły ślicznego białego ptaszka, który śpiewał cudnie. Dzieci słuchały, a gdy ptaszek skończył śpiewać, rozpostarł skrzydełka i poleciał przed niemi, wskazując im drogę. Szły za nim aż do małego domku. Ptak siadł na dachu. Dzieci zobaczyły, że domek zbudowany jest z chleba, dach ma z pierników, a szyby z przeźroczystego cukru.
— Podjemy sobie teraz, w imię Boże! — zawołał Jaś. — Ja ułamię kawałek dachu, ty zaś liż szybę, bo słodsza.
Jaś wspiął się na palce, ułamał kawałek niskiego dachu, zaś Małgosia zaczęła lizać szybę.
Nagle ktoś zawołał z domku:

— A to ładna parada!
Któż mi mój domek zjada?

Dzieci odpowiedziały:

— To wiatr, to wiatr,
Co leci od Tatr!

Jadły dalej, nie przeszkadzając sobie. Jaś urwał drugi kawałek smakowitego dachu, a Małgosia wybiła szybę i zaczęła ją chrupać z apetytem.


Nagle otwarły się drzwi i stanęła w nich bardzo stara kobieta, o kuli.
Przerażone dzieci upuściły na ziemię jedzenie, ale starucha potrząsnęła tylko głową i powiedziała życzliwie:
— Skądże to przyszłyście, dzieci? Wejdźcie do domku i zostańcie ze mną, a będzie wam dobrze.
Wzięła oboje za ręce, wprowadziła do domku, potem zastawiła dobre jadło, mleko, babkę z cukrem, jabłka i orzechy. Gdy sobie podjadły, położyła je w czyste, białe łóżeczka, a Jaś i Małgosia myśleli, że są w niebie.
Ale starucha udawała tylko życzliwość, była bowiem czarownicą, czyhała właśnie na dzieci, a domek wystawiła po to, by je do siebie zwabić. Gdy któreś pochwyciła, zabijała zaraz i zjadała ze smakiem, bo lubiła nadewszystko ludzkie mięso.
Czarownice mają czerwone oczy i nie widzą daleko, zato jednak posiadają węch ostry, jak zwierzęta i czują nadchodzących ludzi. Gdy Jaś i Małgosia zbliżali się do domku, zaraz pomyślała:
— Mam ich w garści i nie puszczę.
Wczesnym rankiem popatrzyła czarownica na śpiące dzieci i mruknęła:
— Dobry będzie z nich kąsek, tylko trzeba je trochę podkarmić.
Chwyciła kościstą ręką Jasia, zaniosła do kojca i zamknęła na klucz, nie robiąc sobie nic z jego krzyku.
Potem zawołała na Małgosię:
— Wstańno leniuchu i zgotuj bratu coś dobrego. Siedzi w kojcu i chcę go utuczyć. Potem go zjem.
Małgosia zaczęła bardzo płakać, ale to nic nie pomogło. Musiała robić, co kazała czarownica.
Biednemu Jasiowi zastawiono najlepsze jadło, a Małgosia dostawała jeno same skorupki z raków.
Każdego ranka mówiła do Jasia czarownica:
— Chłopcze! Wystaw palec, bym zobaczyła, czyś już tłusty.
Jaś wystawiał zawsze z kojca kostkę, a czarownica, która miała słabe oczy, dziwiła się bardzo, że nie tyje.
Po miesiącu jednak straciła cierpliwość i postanowiła Jasia zjeść.
— Hejże! — zawołała. — Nanoś Małgosiu wody! Czy Jaś tłusty czy chudy, jutro go zarżnę i zjem.
Biedna Małgosia zalała się łzami i mówiła:
— O Boże, czemuż nas nie zjadły w lesie dzikie zwierzęta! Zginęlibyśmy przynajmniej razem!
— Nie rób mi tu krzyków! — nakazała jej czarownica. — I tak to nic nie pomoże!
Wczesnym rankiem musiała Małgosia zawiesić wielki kocioł i rozniecić ogień.
— Wpierw upieczemy chleba! — powiedziała starucha. — Napaliłam już w piecu piekarskim i zamiesiłam ciasto. Zobaczno, czy piec dość gorący, by wkładać bochenki.
To powiedziawszy, popchnęła Małgosię w kierunku pieca, z którego buchały płomienie. Chciała, by Małgosia włożyła głowę w piec, potem zaś umyśliła sobie wepchnąć ją do środka i zamknąć drzwi. W ten sposób miałaby odrazu jadło z obojga dzieci.
Ale Małgosia domyśliła się, o co idzie i powiedziała:
— Nie wiem, jak to zrobić, nie zmieszczę się tam.
— Co!? — wrzasnęła starucha. — Głupia jesteś! Wszakże otwór pieca jest tak wielki, że ja sama mogłabym tam wejść.
To powiedziawszy, podeszła do pieca i wsadziła weń głowę.

Małgosia skorzystała z chwili, pchnęła czarownicę co sił w piec i zaryglowała drzwi.


— Hu! — wrzeszczała starucha. Jęczała, wyła i skomlała, ale niebyło rady i spaliła się na węgiel.

Małgosia pobiegła coprędzej do Jasia, otwarła kojec i zawołała:
— Jasiu! Jesteśmy ocaleni! Czarownica spalona na węgiel!
Jaś wyskoczył jak ptaszek z klatki i zaczęli się oboje radować. Ponieważ nie potrzebowali już bać się czarownicy, przeszukali cały domek. Znaleźli dużo ciekawych rzeczy, a zwłaszcza mnóstwo skrzyneczek i szkatułek z perłami i drogiemi kamieniami.
— To lepsze, niż białe kamyki! — zawołał Jaś i napchał sobie klejnotów do wszystkich kieszeni.
— Ja też wezmę trochę do domu! — powiedziała Małgosia i nasypała pełen fartuszek.
— Teraz wracajmy do domu! — poradził Jaś. — Musimy koniecznie wyjść z zaczarowanego lasu.
Poszli, ale po kilku godzinach wędrówki zastąpił im drogę strumyk.
— Nie przejdziemy! — powiedział Jaś.
— Niema tu mostu ni kładki!
— To prawda — przyznała Małgosia.
— Ale widzę tam białą kaczkę. Poproszę jej, a pewnie nas przewiezie na drugi brzeg.
Zaczęła też zaraz wołać:

— Kaczuniu, kaczuniu biała!
Prosi cię Małgosia mała,
Przewieź-że mnie razem z bratem,
A nic nie stracisz na tem!

Kaczka podpłynęła, Jaś siadł na jej grzbiecie i chciał posadzić przy sobie siostrę.
— O nie! — powiedziała. — Biednej kaczusi byłoby za ciężko. Lepiej niech nas przewiezie jedno po drugiem.

Dobra kaczka przewiozła dzieci, a gdy się znalazły na drugim brzegu, weszły znowu w las. Ale las był im teraz coraz bardziej znany i w końcu ujrzeli oboje dom ojca swego. Zaczęli oboje biedz co sił w nogach, wpadli do izby i rzucili się ojcu na szyję.


Biedny człowiek nie miał spokoju od chwili utraty dzieci, zaś macocha zmarła z wyrzutów sumienia.
Małgosia wysypała na stół z fartuszka drogie kamienie, tak że zaczęły skakać po całej izbie, a Jaś dokładał raz poraz garściami, dobywając je z kieszeni.
Skończyła się więc bieda i teraz żyli sobie szczęśliwie wszyscy troje.
Na tem historja skończona, myszka tam leci spłoszona, a ten kto ją złapie, będzie chodził w mysiej czapie.



MUZYKANCI MIEJSCY.



Pewien wieśniak miał osła, który długo i cierpliwie nosił worki do młyna. Ale postarzał i nie miał już sił do pracy. Widząc to pan jego, przestał go żywić. Spostrzegł osieł że źle, przeto uciekł i poszedł do wielkiego miasta, pewny że go tam przyjmą za muzykanta. Gdy uszedł kawał drogi, napotkał psa myśliwego, który sapał ze zmęczenia.
— Czemuż tak sapiesz, kolego? — spytał osioł.
— Ach! — powiedział pies. — Jestem już stary, polować nie mogę, a mój pan chciał mnie dobić. Widząc, że źle wziąłem nogi za pas. Ale nie wiem, jak teraz wyżyję.
— Wiesz co? — rzekł osieł. — Idź ze mną do miasta. Ja tam wstąpię do miejskiej kapeli, więc może przyjmą i ciebie. Będę grał na gitarze, a ty możesz bić w bęben.
Spodobało się to psu bardzo i poszli razem.
Niedługo spotkali kota, który miał taką minę, jakby mu kto wbił szpilkę w ogon.
— Cóż ci to, stary lizusie? — spytał osieł. —
— Trudno się radować, gdy śmierć za pasem! — odrzekł kot. — Jestem stary, zęby mi stępiały, więc zamiast łapać myszy, wolę siedzieć za piecem. Nie spodobało się to mojej pani i chciała mnie utopić. To się znowu mnie nie podobało i uciekłem. Nie wiem tylko, czem teraz żyć.
— Chodź z nami do miasta! — rzekł osieł. — Umiesz wrzeszczeć po nocach, możesz tedy wstąpić do miejskiej kapeli.
Kot usłuchał i poszedł z nimi.
Mijali właśnie podwórze jakiejś zagrody, gdy nagle zaczął piać kogut.
— Cóż się tak drzesz, że aż ciarki przejmują? — spytał osieł.
— Ach! — rzekł kogut. — Właśnie wyprorokowałem na jutro pogodę. Jest to święto Matki Boskiej. Ale przyjdą goście, a gospodyni moja postanowiła zrobić ze mnie dla nich potrawkę. Dziś wieczór utną mi głowę, więc pieję, pókim jeszcze żyw, by się pocieszyć.
— Głupiś, grzebieniasty kolego! Stracić głowę można wszędzie, chodź tedy z nami do miasta, tam nic gorszego spotkać cię nie może. Będziemy sobie razem muzykować aż miło.
Kogut rad był temu i poszli we czwórkę dalej.
Ale nie mogąc jednym dniem dojść do miasta, postanowili zanocować w gęstym lesie.
Osieł i pies legli pod wielkiem drzewem, kot wlazł na konar, a kogut wyleciał na sam szczyt, gdzie mu było najbezpieczniej.
Już miał zasnąć, gdy nagle zobaczył w dali światełko i powiedział towarzyszom, że tam musi być dom.
— Ano, to wstańmyż! — rzekł osieł. — Tam nam dadzą może lepszy nocleg, bo tu jakoś niebardzo wygodnie.
Pies także był zdania, że przydałoby się kilka kości, z porządnym kawałkiem mięsa w dodatku.
Poszli tedy w kierunku światła i dotarli do domu rozbójników.
Osieł, jako najwyższy, zajrzał przez okno.
— Cóż tam widzisz kłapouchu? — spytał kogut.
— Widzę nakryty stół, a na nim mnóstwo doskonałego jadła i napitku. Zbóje zajadają, aż im się uszy trzęsą.
— Przydałoby się i nam! — westchnął kogut.
Zaczęli radzić, jakby wypędzić rozbójników i znaleźli w końcu sposób.
Osieł stanął przedniemi nogami na desce okiennej, pies wskoczył na grzbiet osła, kot na psa, zaś kogut siadł na wierzchu, na głowie kota.
Potem zaczęli na dany znak muzykować.
Osieł ryczał, pies szczekał i wył, kot miauczał, a kogut piał co sił.
Potem wybili szyby i wpadli do izby.
Rozbójników przejął strach, gdyż byli pewni, że napadły ich duchy i uciekli co prędzej do lasu.
Czterej muzykanci zasiedli do stołu i pokrzepili się resztkami nienajgorzej, a jedli jakby na zapas.
Po uczcie zgasili światło i poszli spać. Osieł legł na słomie, pies przy drzwiach, kot na ciepłym popiele komina, a kogut wyskoczył na dach. Znużeni długą podrożą zasnęli niebawem.
Rozbójnicy spostrzegli około północy, że w domu ciemno, a ponieważ było wszędzie cicho, przeto rzekł im przywódca:
— Głupio zrobiliśmy, uciekając. Daliśmy się wywieść w pole.
Potem kazał jednemu z rozbójników pójść i zobaczyć, co słychać w domu.
Wysłannik poszedł do kuchni, by zaświecić świecę. Zobaczywszy błyszczące oczy kota, pomyślał, że to węgle i przytknął do nich zapałkę. Ale kot nie znał się na żartach, rzucił się na zbója, opluł go i podrapał mu twarz. Zbój przerażony chciał uciec tylnemi drzwiami, ale natrafił na psa, który go ukąsił w nogę. Biegnąc przez podwórze potrącił zbój osła, który go kopnął potężnie, a zbudzony hałasem kogut zapiał przeraźliwie.
Zbój pognał co tchu z powrotem i przybiegłszy zadyszany do przywódcy, powiedział:
— Ach! W domu siedzi jakaś przeraźliwa czarownica! Opluła mnie, podrapała, u drzwi dostałem cios nożem, a na podwórzu potwór jakiś palnął mnie maczugą. Na dachu zaś siedział sędzia i krzyknął:
— Dawać mi tego draba!
Rozbójnicy nie mieli odwagi wchodzić do domu, zaś muzykantom tak tam było dobrze, że wychodzić nie chcieli.
Historja skończona, a oni pewnie dotąd siedzą sobie w domu rozbójników.



ZŁOTY PTAK.



Pewien król miał piękny sad poza pałacem, a w tym sadzie rosła jabłoń, wys dająca złote jabłka. Gdy dojrzały, liczono je. Pewnego dnia w jesieni brakło jednego jabłka. Rozgniewany król postawił pod jabłonią straż, by pilnowała skarbu.
Król miał trzech synów. Posłał też zaraz pierwszej nocy najstarszego, dla pilnowania jabłek, ale królewicz zasnął około północy i znowu brakło rano jednego jabłka.
Następnej nocy czuwał syn drugi, ale stało się z nim tak samo, jak z bratem. Zasnął, a ktoś skradł znowu jabłko.
Najmłodszy nie dał się opanować senności i gdy północ nadeszła, zobaczył, że nadlatuje ptak, którego skrzydła błyszczały złotem. Ptak usiadł na drzewie, wbił dziobek w jabłko, ale królewicz puścił nań strzałę z łuku. Nie trafił coprawda, lecz strzała musnęła pierzę ptaka i jedno złote pióro spadło na ziemię.
Królewicz pokazał je nazajutrz ojcu, a rada królewska osądziła, że pióro to warte więcej, niż całe królestwo.
— Jeśli to pióro ma taką wartość, — powiedział król — to nie spocznę, dopóki nie posiędę całego ptaka.
Z rozkazu ojca ruszył na poszukiwanie syn najstarszy. Ufając swemu rozumowi, pewny był, że znajdzie złotego ptaka.
Uszedłszy niedaleko napotkał lisa i mierzył do niego z łuku.
— Nie strzelaj! Dam ci za to dobrą radę! — zawołał lis. — Zobaczysz dziś wieczór w pewnej wsi dwie gospody, jedna będzie oświetlona i huczna rozgwarem zabawy, druga zaś skromna i cicha. Wejdź do tej skromnej.
— Głupie zwierzę! Skądże może ono dać dobrą radę? — pomyślał królewicz i puścił strzałę. Ale chybił, a lis uciekł do lasu.
Dotarłszy wieczorem do wsi, zobaczył dwie gospody, jak mu to zapowiedział lis.
— Byłbym nierozsądnym, — pomyślał królewicz — gdybym nocował w lichej gospodzie, gdy mam naprzeciw lepszą, gdzie ludzie tańczą, przy muzyce.
Potem wszedł do lepszej gospody, zaczął hulać i zapomniał o złotym ptaku.
Gdy nie wracał przez czas długi, wybrał się na poszukiwanie drugi królewicz.
Znowu napotkał lisa, ale jak starszy brat, nie usłuchał jego rady i wstąpił do gospody wesołej, tem więcej, że ujrzał przez okno brata. Obaj bawili się w najlepsze i całkiem zapomnieli o złotym ptaku.
Minęło sporo czasu i trzeci królewicz wybrać się chciał w drogę. Ale król nie dowierzał mu.
— Daremny trud! — powiedział. — Nie znajdziesz złotego ptaka, bo jesteś mniej jeszcze zaradny od braci twoich.
Gdy jednak królewicz nastawał, pozwolił mu ojciec i poszedł.
Pod lasem znowu czekał lis i poprosił, by królewicz do niego nie strzelał:
— Nie bój się, mości lisie! — rzekł dobry królewicz. — Nie zrobię ci nic złego.
— Dobrze na tem wyjdziesz! — odparł lis, — siądź mi na grzbiecie, a zaniosę cię gdzie trzeba.
Ruszył lis pędem, aż wiatr świstał w uszach królewicza, a gdy dotarli do wsi, usłuchał on rady lisa i zanocował w cichej gospodzie.
Rano udzielił mu lis takiej rady:
— Pojedziemy teraz prosto przed siebie, aż zobaczysz wspaniały pałac, a przed nim oddział śpiących i chrapiących żołnierzy. Nie zwracaj na nich uwagi, ale przejdź wszystkie komnaty, aż natrafisz na ostatnią, gdzie wisi drewniana klatka ze złotym ptakiem. Obok tej klatki zobaczysz złotą. Ale nie przesadzaj ptaka do tej klatki złotej, bo źle byś na tem wyszedł.
Powiedziawszy to, zaniósł lis królewicza w wielkim pędzie przed sam pałac.
Królewicz wszedł, znalazł złotego ptaka, a na ziemi leżały trzy napoczęte złote jabłka.
Pomyślał jednak, że śmiesznem byłoby zostawiać klatkę złotą, a zabierać ptaka w drewnianej, coprędzej tedy przełożył go do klatki złotej i chciał wracać.
W tej chwili jednak wydał złoty ptak gwizd przenikliwy, zerwali się ze snu żołnierze, pochwycili królewicza i wtrącili do więzienia.
Następnego dnia odbył się sąd, królewicz wyznał wszystko i został skazany na śmierć.
Ale król pałacu był łaskawy, przeto obiecał darować mu życie, jeśli mu przyprowadzi złotego konia, który pędzi prędzej, niż wiatr. Ponadto miał jeszcze otrzymać w darze złotego ptaka.
Smutny królewicz ruszył w drogę. Nie wiedział, gdzie znaleźć złotego konia.
Nagle zobaczył przyjaciela swego, lisa.
— Widzisz! — rzekł lis. — Źle wyszedłeś na nieposłuszeństwie. Ale nabierz odwagi, ja ci powiem, jak masz znaleźć złotego konia. Pojedziemy prosto przed siebie, aż zobaczysz pałac, gdzie stoi w stajni złoty koń. U bramy zastaniesz oddział parobków, ale będą spać i chrapać. Nie zwracaj na nich uwagi i wyprowadź konia, ale nie wkładaj nań złotego siodła, jeno stare, z drzewa i skóry, gdyż źle wyszedłbyś na tem.
Królewicz siadł znowu na lisa i popędził, a dojechawszy do pałacu, minął śpiących parobków i wszedł do stajni, gdzie stał złoty koń.
— Głupstwem byłoby — pomyślał — siodłać takiego konia starem siodłem z drzewa i skóry, gdy jest tu siodło złote.
Zaledwo jednak włożył nań złote siodło, koń zarżał, parobcy się zerwali i wtrącili królewicza do więzienia.
Nazajutrz został skazany na śmierć, ale król pałacu obiecał darować mu życie, w dodatku złotego konia, jeśli mu przywiezie piękną królewnę ze złotego pałacu.
Królewicz był zupełnie zrozpaczony, gdyż nie wiedział, gdzie szukać królewny. Ale na szczęście spotkał znowu wiernego lisa.
— Powinienbym cię opuścić, — rzekł lis, — ale mam dla ciebie litość i pomogę raz jeszcze. Pojedziemy prosto do złotego pałacu. Wejdź do środka nocą, gdy wszyscy zasną, bo o tej właśnie porze królewna idzie się kąpać. Przyskocz do niej i pocałuj, a ona pójdzie bez oporu z tobą. Tylko nie pozwól, by się żegnała z rodzicami, gdyż źle na tem wyjdziesz.
Stało się wszystko, jak powiedział lis, królewicz zastał królewnę w kąpieli, przyskoczył też zaraz i pocałował ją. Zgodziła się iść z nim, ale prosiła, by pozwolił pożegnać rodziców.
Nie chciał zrazu przystać, ale wkońcu ustąpił na jej błaganie.
Zaledwo jednak stanęła u łoża ojca, zerwali się wszyscy ze snu i wtrącono królewicza do więzienia.
— Życie twe przepadło! — rzekł król. — Ale ułaskawię cię i dam ci w dodatku córkę, jeśli skopiesz do równa górę przed oknem mojem, która mi zasłania widok.
Królewicz kopał przez tydzień w pocie czoła, ale stracił potem nadzieję, gdyż nie mógł dać rady górze.
Siódmego dnia przyszedł doń lis i rzekł:
— Nie zasługujesz na pomoc moją, ale lubię cię, więc poraz ostatni pomogę. Idź spać, a ja już wykonam całą robotę.
Nazajutrz rano nie było góry, a król musiał, rad nie rad, dopełnić obietnicy.
Wyruszyli tedy oboje z powrotem, w drodze przyłączył się do nich lis.
— Masz wprawdzie to co najlepsze, — powiedział — ale wraz z królewną, powinienbyś też dostać złotego konia.
— Jakże to zrobić? — spytał królewicz.
— Przyprowadź najprzód królowi królewnę. Wszyscy zaczną się wielce radować i wyda ci król chętnie złotego konia. Siądź na niego i podaj każdemu rękę na pożegnanie. Na końcu podaj rękę królewnie, a gdy ją schwycisz, wciągnij z sobą na siodło i odjedz galopem. Nikt cię nie dogoni, gdyż koń złoty biegnie prędzej, niż wiatr.
Stało się jak rzekł lis i królewicz uprowadził królewnę na złotym koniu.
— Teraz ci dopomogę do uzyskania złotego ptaka, — powiedział lis, który ich dogonił w lesie, na postoju.
Gdy dojedziesz do pałacu, gdzie jest złoty ptak, zesadź królewnę i oddaj mi ją w opiekę. Potem wjedź na koniu w podwórze, a wszyscy tak się uradują, że ci wydadzą złotego ptaka. Mając już klatkę, wskocz na konia i przyjedź tu po królewnę.
Wszystko się udało doskonale i królewicz miał w rękach wszystkie skarby. Wówczas rzekł lis:
— Teraz musisz mnie wynagrodzić za pomoc, jakiej ci udzieliłem.
— Czego żądasz? — spytał królewicz.
— Gdy dojedziesz do lasu, zastrzel mnie i odrąb mi łeb.
— Ładna byłaby to wdzięczność! — odparł królewicz. — Zaprawdę, nie uczynię tego.
— Jeśli odmawiasz, muszę cię opuścić! — rzekł lis. — Ale przedtem udzielę ci dobrej rady. Nie kupuj nigdy mięsa wisielca i nie siadaj na brzegu studni.
Powiedziawszy to, uciekł do lasu.
Królewicz dumał nad dziwnym pomysłem lisa. Któżby kupował mięso wisielca? A siadać nad brzegiem studni, także nigdy nie miał ochoty.
Pojechał dalej z piękną królewną, aż dotarł do wsi, gdzie były dwie gospody. Zastał wielkie zbiegowisko, gdyż miano wieszać dwu ludzi. Królewicz spostrzegł, iż skazańcy są to jego właśnie dwaj bracia, którzy narobili dużo wybryków, więc zaczął pytać, w jaki sposób mógłby ich ocalić.
— Zapłać dobrze! — odpowiedziano mu — Ale szkoda pieniędzy na tych drabów.
Królewicz zapłacił jednak bez namysłu i ruszył z ocalonymi braćmi do domu.
Dojechali do lasu, gdzie poraz pierwszy spotkali lisa, a że dzień był skwarny, po-
stanowili wypocząć trochę. Królewicz zgodził się, a kiedy tak jedli i pili, przez zapomnienie usiadł na brzegu studni.
Natychmiast rzucili się nań bracia, strącili w głąb, zabrali królewnę, konia i ptaka i pojechali do domu.
— Wracamy, — powiedzieli ojcu — nietylko ze złotym ptakiem, ale zdobyliśmy w dodatku złotego konia i królewnę.
W całem królestwie zapanowała wielka radość, ale ptak nie chciał śpiewać, koń jeść, a królewna płakała bezustannie.
Najmłodszy królewicz nie zginął jednak, gdyż studnia była sucha. Spadł na mech i nic złego mu się nie stało.
Po chwili nadszedł lis i powiedział:
— Jesteś nieposłuszny i mam już tego dość! Ale ostatecznie wydobędę cię stąd!
Spuścił do studni ogon, królewicz chwycił go się i wylazł na wierzch.
— Jeszcze nie koniec niebezpieczeństw! — powiedział mu. — Bracia nie byli pewni, czyś zginął, obstawili więc las żołnierzami, którzy cię zabiją, gdy się tylko pokażesz.
Na szczęście spotkali w lesie żebraka. Królewicz zamienił z nim odzież i w ten sposób dostał się na dwór ojca.
Nikt go nie poznał, tylko ptak zaczął śpiewać, koń jeść, a królewna przestała płakać.
— Cóż to znaczy? — spytał król.
— Nie wiem! — odrzekła królewna. — Ale tak mi wesoło, jakby przybył mój ukochany!
Potem opowiedziała królowi wszystko, chociaż bracia starsi zabronili jej surowo.
Król zwołał przed siebie wszystkich ludzi z pałacu, a gdy przyszedł także i żebrak, królewna poznała go i padła mu na szyję.
Chwycono złych królewiczów i ścięto ich toporem, a najmłodszy poślubił królewnę i został następcą tronu.
Cóż się jednak stało z biednym lisem?
W długi czas potem poszedł królewicz znowu do lasu i napotkał tam wiernego przyjaciela.
— Oto masz już wszystko, — powiedział mu lis. — Moje nieszczęście jednak trwa dotąd, chociaż w twojej jest mocy mnie wyzwolić.
To rzekłszy poprosił znowu, by go królewicz zabił, a potem odrąbał mu łeb i łapy. Uczynił to na koniec, a ledwo skończył, lis przybrał postać ludzką. Był to nie kto inny, jak brat królewny, wyzwolony z ciężącego na nim dotąd zaklęcia.
Teraz wszyscy dostąpili zupełnego szczęścia i żyli długo, bardzo długo, aż pomarli do jednego.



ZŁOTA GĘŚ.



Pewien ojciec miał trzech synów, a najmłodszego zwano Głuptaskiem i pomiatano nim przy każdej sposobności. Pewnego dnia wyruszył najstarszy rąbać drwa w lesie, a matka dała mu na drogę doskonałej, słodkiej bułki i flaszkę wina, by nie cierpiał głodu, ni pragnienia. W lesie spotkał on małego staruszka, który go pozdrowił i rzekł:
— Daj mi kawałek bułki i łyk wina, bowiem jeść i pić mi się chce bardzo.
Ale mądrala odrzekł:
— Cóżby zostało dla mnie? Nie dam ci nic! Zabieraj się!
Nie zważając na staruszka ruszył dalej. Ale podczas rąbania skoczyła mu siekiera, raniąc rękę, tak że musiał wrócić i zaopatrzyć skaleczenie. Sprawił to właśnie ów staruszek...
Potem ruszył do lasu młodszy brat, a matka dała mu znowu na drogę bułkę i wino, jak tamtemu. Spotkał i on w lesie staruszka, gdy go zaś tenże poprosił o posiłek, odparł młodszy brat:
— To, cobym ci dał, musiałbym ująć sobie, przeto nie chcę. Wynoś się precz!
Kara nastąpiła bardzo rychło. Po kilku uderzeniach siekierą zaciął się w nogę tak mocno, że go musiano odnieść do domu.
Widząc to, rzekł Głuptasek:
— Pozwól mi ojcze iść do lasu rąbać drzewo!
— Cóż znowu? — odparł ojciec. — Bracia twoi rozsądni i wprawni pokaleczyli się, a tybyś Głuptasie miał podołać? Nie umiesz przecie nic a nic!
Głuptasek prosił jednak tak długo, aż ojciec pozwolił, mówiąc:
— Ano to rób, co chcesz! Nauczy cię to może rozumu!
Matka dała Głuptaskowi na drogę bułkę na wodzie, pieczoną w popiele i flaszkę kwaśnego piwa. W lesie napotkał on również dziwnego staruszka, który go poprosił o posiłek;
— Dobrze, — odparł Głuptasek — ale mam jeno lichą bułkę i kwaśne piwo. Jeśli ci to wystarczy, podzielimy się obaj.
Usiedli, a gdy Głuptasek dobył bułki, przemieniła się w doskonałe, słodkie pieczywo, zaś miast piwa znaleźli we flaszce wyśmienite wino.
Podjedli sobie, a potem rzekł staruszek:
— Jesteś miłosierny i dzielisz się z głodnym, przeto wynagrodzę cię. Tam oto stoi stare drzewo, zetnij je, a znajdziesz coś między korzeniami.
Rzekłszy to, pożegnał go staruszek i odszedł, zaś Głuptasek ściął drzewo i znalazł pośród korzeni gęś o złotych piórach. Zabrał ją i poszedł do gospody, gdzie miał nocować.
Gospodarz miał trzy córki. Zobaczywszy dziwną gęś, zapragnęły posiąść bodaj kilka złotych piór. Najstarsza rzekła sobie:
— Znajdzie się chyba sposobność wyrwania tych piór.
Gdy raz Głuptasek wyszedł, dziewczyna chwyciła gęś za skrzydło, ale natychmiast przyrosły jej palce, tak że nie mogła oderwać ręki.
Nadeszła rychło druga, młodsza, tą samą ożywiona chęcią, by posiąść parę złotych piór. Ale zaledwo dotknęła siostry, ręka jej tak przywarła, że jej nie mogła oderwać.
Zobaczywszy trzecią, najmłodszą, zaczęły obie wołać:
— Nie zbliżaj się, nie zbliżaj się do nas!
Najmłodsza nie zrozumiała jednak, czemu tak wołają siostry i sądząc, że czynią to przez zazdrość, rzekła sobie:
— I ja mogę sobie przecież wyrwać jedno bodaj piórko!
Ledwo atoli dotknęła sióstr, przyczepiła się zaraz do nich, tak że musiały spędzić przy gęsi całą noc.
Rankiem wziął Głuptasek swoją gęś i poszedł, nie zwracając uwagi na dziewczęta, biegnące za nim co sił.
Na drodze spotkał ich proboszcz i widząc dziwne widowisko, powiedział:
— Wstydźcie się, dziewczęta! Któż widział, by trzy naraz biegły za jednym chłopcem, tak natarczywie!
Rzekłszy to, chwycił najmłodszą, chcąc ją odciągnąć, ale zaraz przywarła mu ręka i musiał biec z tyłu za wszystkimi.
Niedługo nadszedł kościelny i spytał, zdziwiony wielce, że ksiądz biegnie za dziewczętami:
— Dokądże to tak spieszno księdzu dobrodziejowi? Proszę pamiętać, że dziś mamy chrzest dziecka!
Podbiegł doń, chwycił go za rękaw, ale już nie mógł oderwać ręki.
Biegli teraz w pięcioro, aż napotkali dwu chłopów, wracających z pola. Proboszcz i kościelny zaczęli prosić, by ich uwolnili, ale obaj chłopi przylgnęli także do kościelnego i wszyscy siedmioro dążyli wbrew woli za Głuptaskiem, który sobie z tego nic nie robił.
Doszli nakoniec do wielkiego miasta. Panował tam król potężny, a miał córkę tak poważną, że nikt jej nie mógł pobudzić do śmiechu. Toteż król ogłosił, że ten zostanie mężem królewny, kto ją rozśmieszy. Wyglądając oknem, zobaczyła ona dziwny orszak i zaczęła się tak śmiać, że nikt jej nie mógł uspokoić.
Wobec tego Głuptasek zażądał, by mu ją dano za żonę.
Ale królowi nie w smak był taki zięć, przeto zaczął się wykręcać i stawiać warunki. Powiedział, że zanim da pozwolenie, starający się o rękę jego córki musi wpierw przyprowadzić człowieka, zdolnego wypić całą piwnicę wina.
Głuptasek pomyślał o staruszku, który mógłby mu pomóc w tej biedzie i wyszedł z miasta. Gdy stanął w miejscu, gdzie ściął owo stare drzewo, zobaczył jakiegoś człowieka, bardzo zasmuconego.
— Czegóż się tak martwisz? — spytał.
— Pragnienie mnie strasznie pali! — odpowiedział. — Wypiłem właśnie beczkę wina, ale to jakby kropla na rozżarzonej blasze!
— Poradzę ja na to! — rzekł Głuptasek, zabrał go i zaprowadził do królewskiej piwnicy, gdzie spragniony zaczął tak pić beczkę po beczce, że zanim minął dzień, wszystkie były puste.
Głuptasek zażądał królewny, ale król odrzekł, że nie odda córki człowiekowi, którego wszyscy zwą głupim, dopóki mu nie sprowadzi kogoś, ktoby zjadł całą górę chleba.
Nie wiele myśląc, ruszył znów Głuptasek do lasu. Zobaczył tam człowieka wielce smutnego, który ściągał sobie brzuch rzemieniem.
— Cóż ci to? — spytał.
— Jestem strasznie głodny! — odparł ów człowiek. — Zjadłem cały piec podpłomyków, ale cóż to jest? Żołądek mój pusty i muszę go ściągać rzemieniem, gdyż boli mnie strasznie.
Głuptasek zaprowadził zgłodniałego do miasta, a król kazał zwieść mąkę z całego państwa i wypiec ogromną górę chleba. Zgłodniały stanął przed nią i zanim jeszcze chleb ostygł, zjadł wszystko, do okruszynki.
Rozgniewany król, powiedział:
— Musisz zbudować okręt, któryby pływał równie dobrze po ziemi, jak po wodzie. Jeśli przypłyniesz takim okrętem, dostaniesz królewnę za żonę.
Głuptasek ruszył znowu do lasu i spotkał owego staruszka, z którym podzielił się jedzeniem.
— Jadłem i piłem z twych zapasów, przeto dam ci także ten okręt w nagrodę, że jesteś miłosierny.
Staruszek dał Głuptaskowi okręt pływający po lądzie i morzu, a gdy to król zobaczył, nie mógł mu dłużej odmawiać córki.
Odbyło się wesele, a po śmierci króla Głuptasek objął rządy państwa i żył długo i szczęśliwie z małżonką swoją.



ŻABI KRÓL.



Dawne to były czasy, kiedy spełniało się to, co ktoś chciał. Wówczas żył król, który miał śliczne córki. Ale najmłodsza była tak piękna, że dziwowało jej się samo nawet słońce. Tuż obok królewskiego pałacu był wielki, ciemny las. W dni upalne chodziła tam królewna, siadała na brzegu chłodnej studni i zabawiała się rzucaniem w górę i chwytaniem złotej kuli. Lubiła tę zabawę nadewszystko.
Pewnego dnia jednak kula odbiła się od ziemi i wpadła do studni.
Królewna spojrzała w głąb, ale studnia była ciemna i przepastna, jakby nie miała dna.
Królewna zapłakała rzewnie, aż nagle głos jakiś spytał:
— Czegóż to płaczesz, królewno?
Obejrzała się i zobaczyła żabę, która wystawiła łeb z wody.
— A to ty jesteś, mościa żabo? — zawołała. — Płaczę, gdyż wpadła mi do studni ulubiona złota kula.
— Poradzę ja na to! — rzekła żaba — Cóż mi jednak dasz wzamian?
— Wszystko! — przyrzekła królewna. — Perły, drogie kamienie, suknie, a nawet złotą koronę moją dostaniesz wzamian za ulubioną kulę.
— Nic mi po twoich klejnotach! — odparła żaba. — Oddam ci kulę, jeśli się zgodzisz zostać moją towarzyszką, jeśli mnie posadzisz u swego stołu, będziesz jadła ze mną ze złotego talerzyka, piła ze złotego kubeczka i pozwolisz mi spać w swojem łóżeczku.
— Wszystko ci to przyrzekam! — zawołała. — Oddaj mi tylko złotą kulę!
Myślała sobie jednak, że niema co zważać na słowa głupiej żaby.
Wobec tego przyrzeczenia, żaba dała nurka na dno, wyniosła złotą kulę i cisnęła ją wysoko, tak, że spadła na trawę. Uradowana królewna pochwyciła ją i pobiegła do domu.
— Czekaj! Czekaj! — wołała za nią żaba. — Weź mnie z sobą. Nie umiem biegać tak, jak ty prędko!
Ale królewna nie zważała na te słowa, niedługo wróciła do pałacu i zapomniała całkiem o żabie, która została w studni.
Nazajutrz siedziała królewna wraz z rodzicami i całym dworem przy obiedzie. Nagle zaczęło coś człapać po schodach, ktoś zapukał i głos jakiś zaczął wołać:
— Otwórz mi, królewno najmłodsza! Otwórz mi!
Królewna pobiegła, otwarła drzwi, ale zobaczywszy żabę, zatrzasnęła je z powrotem i wróciła do stołu.
Król zauważył jednak przestrach córki i spytał:
— Cóż ci to, dziecko moje? Czy tam za drzwiami stoi olbrzym, którego się boisz?
— O nie, ojczulku! — odparła. — To nie olbrzym, ale szkaradne żabsko!
— Czegóż chce od ciebie?
— Ach, drogi ojcze! Wczoraj wpadła mi do studni złota kula moja. Żaba wyniosła mi ją, ale musiałam jej za to przyobiecać, że zostanę jej towarzyszką i wezmę do pałacu. Nie myślałam, że będzie mogła wyleść z wody. Teraz jednak chce, by ją wpuścić.
Żaba zapukała poraz drugi i rzekła:
— Pamiętasz chyba, coś mi obiecała?!
Królewna winna wierna być i stała!
Król powiedział:
— Musisz dotrzymać, córko! Idź i otwórz!
Poszła i wpuściła żabę, która przypełzła aż do jej stóp.
— Podnieś mnie na stół! — zażądała żaba.
Król rozkazał podnieść żabę, a gdy była już na stole, rzekła:
— Przysuńże mi teraz swój złoty talerzyk i kubeczek.
Uczyniła to królewna niechętnie i jadła z żabą, ale każdy kęs stawał jej w gardle.
Gdy sobie żaba podjadła, powiedziała:
— Mam dość! Teraz zanieś mnie do komory swojej, rozbierz łóżeczko i połóżmy się spać.
Królewna zapłakała, nie mogąc znieść tego, by spać miała ze szkaradną, zimną żabą, ale król wpadł w gniew i zawołał:
— Nie namyślałaś się, będąc w potrzebie! Teraz więc nie namyślaj się także, gdy trzeba spełnić niebaczną obietnicę!
Królewna zaniosła żabę do swej komórki, posadziła w kącie i położyła się do łóżka. Żaba jednak przyczłapała do niej i powiedziała:
— Podnieś mnie, jestem zmęczona! Chcę spać! Inaczej powiem wszystko ojcu twemu!
Rozzłoszczona królewna chwyciła szkaradne żabsko i cisnęła o ścianę z całej siły:
— Masz, co ci się należy! — zawołała.
Żaba padła martwa, ale w tem samem miejscu zjawił się natychmiast śliczny królewicz.
Opowiedział królewnie, że został zamieniony w żabę przez złego czarodzieja i ona tylko jedna mogła go wyzwolić.
Przespali potem noc, a gdy wstali rano, zjawił się przed pałacem powóz zaprzęgnięty w ośm białych koni, strojnych w pióra. Uprząż ich była złota, a za powozem stał wierny Henryk, służący młodego królewicza.
Król dał przyzwolenie na małżeństwo.
Henryk zmartwił się bardzo, gdy pan jego został przemieniony w żabę i serce mu tak biło, że kazał na nie włożyć trzy żelazne obręcze, by nie pękło.
Henryk wsadził młodych oblubieńców do powozu i stanął w tyle.
Gdy ujechali kawał drogi, królewicz usłyszał jakiś trzask. Obrócił się tedy i zawołał:
— Henryku, powóz pęka!
— Nie, panie! — odpowiedział Henryk. To pękła pierwsza obręcz, którą okułem serce moje, by nie pękło z żalu, gdyś został przemieniony w żabę.
Po chwili coś znowu trzasło raz i drugi, ale królewicz wiedział już teraz, że to pękają obręcze na sercu wiernego sługi, który radował się szczęściem swego pana.



GOSPODARKA KOTA I MYSZY.



Pewien kot zaznajomił się raz z myszą i tyle jej naopowiadał o wielkiej swej życzliwości, że przystała wkońcu na wspólne gospodarstwo.
— Musimy się zaopatrzyć na zimę! — powiedział kot. — Ty, myszko, nie możesz wszędzie łazić, bo mogłabyś wpaść w łapkę.
Mysz usłuchała dobrej rady, toteż kupili garnuszek smalcu, by nie zaznać biedy.
Nie wiedzieli jednak, gdzieby go schować bezpiecznie.
— Wiesz co? — rzekł kot. — Z kościoła nikt nic nie kradnie. Schowajmyż tedy garnuszek pod ołtarz, a będzie bezpieczny.
Tak też zrobili. Ale niedługo potem zachciało się kotowi skosztować przysmaku.
— Wiesz myszko? — powiedział. — Kuma moja powiła ślicznego kotka i zaprosiła mnie na chrzciny. Musisz sama zostać w domu, gdyż odmówić nie sposób.
— Idź, idź w imię Boże! — odparła mysz. — Baw się dobrze, a pomyśl o mnie, gdy będziesz zajadał łakocie. Radabym i ja pokosztować dobrego winka.
Kot wcale nie był zaproszony w kumy. Poszedł prosto do kościoła i zlizał ze smalcu cały, najtłustszy kożuch.
Potem połaził po dachach, wyciągnął się w słońcu, otarł wąsy i mruknął do siebie:

— Najlepiej, smakuje,
Gdy się sam ucztuje!

Późnym dopiero wieczorem wrócił do domu, a mysz spytała:
— Jakże tam było?
— Doskonale! — odpowiedział.
— Jakie dano imię malcowi?
— Precz z kożuchem!
— Precz z kożuchem? — ździwiła się mysz. — Więc takie imiona nadajecie dzieciom?
— Cóż dziwnego? Wy zwiecie swoje dzieci na przykład «Złodziej krup». Cóż za różnica?
Niedługo potem zachciało się znowu kotowi liznąć smalcu.
— Moja myszko! — powiedział. — Nowonarodzony mej kumy ma na szyi białą obrączkę. Ku jego więc czci urządzoną zostanie uczta. Nie mogę odmówić... rozumiesz.
Dobra myszka przystała sama zawiadywać gospodarstwem, a kot pospieszył do smalcu i zjadł pół garnuszka, z wielkim smakiem.

— Dobre to jest... niema mowy,
Zjadłem sobie do połowy!

Gdy wrócił, spytała mysz:
— Jakież właściwie ma imię malec, bom zapomniała?
— Do połowy!
— Do połowy? — zdziwiła się znowu. — Takiego imienia niema w żadnym kalendarzu.
Po pewnym czasie postanowił kot urządzić sobie ucztę i powiedział do myszy.
— Malec ma cztery białe łaty na łapach, zresztą prócz obrączki jest całkiem czarny. Rzecz taka zdarza się bardzo rzadko, dlatego też kumostwo urządzają wielkie przyjęcie dla kotów, które przyjdą, oglądać to cudo. Naturalnie muszę tam być, jako krewny.
Mysz przystała i tym razem i sama uprzątnęła mieszkanie, kot zaś pobiegł do kościoła i wylizał garnek do dna.

— Kto się na dobrem zna,
To zjada aż do dna!

Tak powiedział sobie i wrócił do domu późną dopiero nocą.
— Znowu zapomniałam imienia malca! — ozwała się mysz. — Jakże mu to?
— Do dna! — odparł.
— Do dna? To śmieszne imię! — zauważyła, ale potrząsnęła tylko głową, a potem zwinęła się w kłębek i zasnęła.
Odtąd nikt nie zapraszał kota w kumy. Czas mijał, a gdy nadeszła zima i zabrakło żywności, mysz postanowiła iść do kościoła po zapas.
— Chodźmy! — przystał kot i poszli oboje.
Znalazłszy pusty garnek, rzekła mysz:
— Ach, teraz rozumiem, co to wszystko znaczy. Ładny z ciebie przyjaciel! Podczas owych przyjęć u kumostwa zjadłeś cały smalec. Naprzód było: Precz z kożuchem. Potem: Do połowy. A potem: Do dna.
— Milcz! — wrzasnął kot. — Inaczej zjem ciebie w dodatku!
Powiedziawszy to, skoczył, chwycił mysz i połknął ją żywcem.
Tak to bywa na świecie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.