Przejdź do zawartości

Jaś i Małgosia (Grimm, 1924)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Jaś i Małgosia
Pochodzenie Jaś i Małgosia oraz inne bajki
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. [1924]
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Hänsel und Gretel
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
JAŚ I MAŁGOSIA.

U skraju wielkiego lasu mieszkał biedny rębacz z dwojgiem dzieci i żoną, która była ich macochą. Chłopczyk miał na imię Jaś, zaś dziewczynka, Małgosia. Niedostatek panował w tej rodzinie, gdy zaś przyszła raz wielka drożyzna, zabrakło im poprostu codziennego chleba. Ojciec nie mógł spać po nocach, przewracał się w łóżku i rzekł zatroskany do żony:
— Cóż się stanie z nami. Nie mamy co dać jeść dzieciom i sami też chyba umrzemy z głodu.
— Wiesz co, — odparła macocha, — wyprowadzimy jutro dzieci wczesnym rankiem do lasu, gdzie największy gąszcz, rozniecimy wielkie ognisko, damy po kawałku chleba, potem zaś pójdziemy do roboty, zostawiając je same. Nie znajdą napewno drogi powrotnej i pozbędziemy się ich w ten sposób.
— Nie, nie! tego nie zrobię! — zawołał ojciec. — Jakżebym mógł zostawić własne dzieci w lesie, na pożarcie dzikim zwierzętom?!
— Głupi jesteś! — powiedziała. — Jeśli nie chcesz tego uczynić, to lepiej zaraz zrób cztery trumny, bo umrzemy wszyscy razem z głodu.
Zaczęła tak dogadywać, aż przystał, chociaż mu bardzo żal było dzieci.
Jaś i Małgosia spać też nie mogli z głodu i słyszeli wszystko. Małgosia zaczęła płakać i powiedziała do brata:
— Już po nas!

— Cicho bądź, Małgosiu! — odparł — Nie martw się, ja coś na to poradzę.


Gdy starsi zasnęli, wstał Jaś, ubrał się, otwarł drzwi i wybiegł na dwór. Księżyc oświetlał jasno białe kamyczki wapienne przed domem, tak że błyszczały jak srebrne pieniążki. Jaś nazbierał ich, ile tylko mógł, potem zaś wrócił i powiedział siostrze:
— Śpij spokojnie, droga siostrzyczko, Bóg nas nie opuści!
Potem zasnął.
Macocha zbudziła dzieci zaraz o świcie, mówiąc:
— Wstawajcie leniuchy! Idziemy wcześnie do lasu po drzewo!
Potem dała im po kawałku chleba i zaleciła, by go zaraz nie zjadły, gdyż do wieczora nic więcej nie dostaną.
Małgosia wzięła obie kromki w fartuszek, bo Jaś miał pełne kieszenie kamyków i poszli w las. Jaś oglądał się co chwila i stawał.
Ojciec spytał:
— Czemuż to chłopcze zostajesz ciągle w tyle? Dalejże, idź żwawo z nami.
— Ojcze drogi — odpowiedział Jaś, — oglądam się za białym kotkiem moim, co siedzi na dachu i chce mnie pożegnać.
— Głupcze! — wrzasnęła macocha. — To nie kotek, to słońce wyziera z poza komina.
Ale Jaś nie patrzył na kotka, tylko rzucał co parę kroków biały kamyk na miejsce widoczne.
Gdy doszli w głąb lasu, rzekł ojciec:
— Uzbierajcie gałęzi, dzieci! Rozpalę wam ognisko, byście nie zmarzły.
Dzieci naznosiły dużo suchych gałęzi, ojciec zapalił je, a gdy buchnęły płomienie, rzekła macocha:
— Siedźcież teraz u ogniska i dokładajcie doń pilnie chrustu, my zaś pójdziemy z ojcem dalej rąbać drwa. Niedługo wrócimy tu po was.
Dzieci siedziały u ogniska, a gdy nadeszło południe, każde zjadło swój kawałek chleba. Słyszały też coś jakby stukot siekiery po drzewie, więc myślały, że ojciec jest w pobliżu. Ale nie była to siekiera, jeno sucha gałęź, którą macocha przywiązała do drzewa. Wiatr ruszał nią, tak że uderzała o pień. Macocha uczyniła to, chcąc zmylić dzieci. Jaś i Małgosia zmęczyli się długiem siedzeniem przy ognisku i zasnęli, a gdy otwarli oczy była już głęboka noc. Małgosia zaczęła płakać, nie wiedząc, jak wyjść z głębokiego lasu. Ale Jaś pocieszał ją:
— Zaczekaj jeszcze chwilę! — powieś dział. — Gdy księżyc zajdzie, znajdziemy napewno, drogę.
Gdy księżyc wyszedł na niebo, wziął Jaś siostrę za rękę i zaczął iść od jednego białego kamyka do drugiego. Błyszczały jak srebrne pieniążki i pokazywały im drogę. Szli przez całą noc, a o świcie znaleźli się z powrotem w domu. Zapukali do drzwi, a macocha zawołała gniewnie:
— Gdzieżeście to spali w lesie tak długo, nicponie? Myśleliśmy, że już nie chcecie wracać do domu!
Ale ojciec rad był bardzo, że dzieci wróciły cało, gdyż sumienie nie dawało mu spokoju.
Niedługo potem nastała znowu wielka bieda, a dzieci usłyszały ponownie, jak macocha powiedziała do ojca:
— Już mamy tylko pół bochenka chleba; nie wiem, co potem zrobimy. Trzeba zaprowadzić dzieci głębiej w las, by nie znalazły drogi. Innej rady niema.
— Lepiejby było podzielić się z dziećmi ostatnim kęsem! — odparł ojciec.
Ale macocha nie chciała słuchać, narzekała strasznie i czyniła mu wyrzuty.
Kto powiedział A, musi powiedzieć także B., toteż ojciec zgodził się wkońcu na życzenie złej macochy.
Dzieci znowu nie spały i dowiedziały się o wszystkiem. Jaś chciał wyjść na dwór zbierać kamyki, ale macocha z mknęła drzwi na klucz. Mimoto pocieszał siostrzyczkę jak mógł, mówiąc:
— Nie płacz Małgosiu, śpij spokojnie, a Bóg nas nie opuści!
Rano zbudziła macocha dzieci i dała im po kawałku chleba, ale kromki były dużo mniejsze, niż za pierwszym razem. W drodze do lasu rzucał Jaś po okruszynie na widoczne miejsca, by znaleźć z powrotem drogę.
Ojciec spytał, widząc że przystaje co chwila:
— Czemużto chłopcze zostajesz ciągle w tyle? Dalejże, idź równo z nami!
— Ojcze drogi! — odpowiedział Jaś. — Oglądam się za białym gołąbkiem moim, co siedzi na dachu i chce mnie pożegnać.
— Głupcze! — wrzasnęła macocha. — To nie gołąbek, to słońce wyziera z poza komina.
Ale Jaś pokruszył chleb, rzucając kawałeczki po drodze.
Macocha wprowadziła dzieci głęboko w las, gdzie nigdy jeszcze w życiu nie były. Rozpalono znowu ognisko, a macocha powiedziała:

— Usiądźcież tu sobie, a gdy się zmęczycie, możecie trochę pospać. My pójdziemy dalej po drzewo, a wracając zabierzemy was.


W południe podzieliła się Małgosia chlebem z Jasiem, bo Jaś pokruszył swoją kromkę, rzucając kawałki na drogę. Potem zasnęli i zbudzili się w ciemną noc, ale nikt nie przyszedł po nich. Jaś pocieszał siostrę, mówiąc:

— Zaczekaj jeszcze chwilę. Gdy księżyc wzejdzie, znajdziemy napewno drogę.
Księżyc w zeszedł, dzieci zaczęły szukać okruszyn, ale zjadły je do szczętu ptaki, których mnóstwo żyje w lesie i na polach.
— Znajdziemy drogę! — zaręczał Jaś, ale nie znaleźli.
Szli przez całą noc, ale las się nie kończył, a dzieci zgłodniały strasznie, bo nie miały nic do jedzenia, prócz odrobiny jagód, zebranych w przechodzie. Zmęczone bardzo, położyły się pod drzewem i zasnęły.
Nadszedł trzeci ranek od czasu opuszczenia domu, dzieci szły dalej, ale las stawał się coraz gęstszy i poczuły, że zginą, jeśli pomoc nie nadejdzie.
Około południa zobaczyły ślicznego białego ptaszka, który śpiewał cudnie. Dzieci słuchały, a gdy ptaszek skończył śpiewać, rozpostarł skrzydełka i poleciał przed niemi, wskazując im drogę. Szły za nim aż do małego domku. Ptak siadł na dachu. Dzieci zobaczyły, że domek zbudowany jest z chleba, dach ma z pierników, a szyby z przeźroczystego cukru.
— Podjemy sobie teraz, w imię Boże! — zawołał Jaś. — Ja ułamię kawałek dachu, ty zaś liż szybę, bo słodsza.
Jaś wspiął się na palce, ułamał kawałek niskiego dachu, zaś Małgosia zaczęła lizać szybę.
Nagle ktoś zawołał z domku:

— A to ładna parada!
Któż mi mój domek zjada?

Dzieci odpowiedziały:

— To wiatr, to wiatr,
Co leci od Tatr!

Jadły dalej, nie przeszkadzając sobie. Jaś urwał drugi kawałek smakowitego dachu, a Małgosia wybiła szybę i zaczęła ją chrupać z apetytem.


Nagle otwarły się drzwi i stanęła w nich bardzo stara kobieta, o kuli.
Przerażone dzieci upuściły na ziemię jedzenie, ale starucha potrząsnęła tylko głową i powiedziała życzliwie:
— Skądże to przyszłyście, dzieci? Wejdźcie do domku i zostańcie ze mną, a będzie wam dobrze.
Wzięła oboje za ręce, wprowadziła do domku, potem zastawiła dobre jadło, mleko, babkę z cukrem, jabłka i orzechy. Gdy sobie podjadły, położyła je w czyste, białe łóżeczka, a Jaś i Małgosia myśleli, że są w niebie.
Ale starucha udawała tylko życzliwość, była bowiem czarownicą, czyhała właśnie na dzieci, a domek wystawiła po to, by je do siebie zwabić. Gdy któreś pochwyciła, zabijała zaraz i zjadała ze smakiem, bo lubiła nadewszystko ludzkie mięso.
Czarownice mają czerwone oczy i nie widzą daleko, zato jednak posiadają węch ostry, jak zwierzęta i czują nadchodzących ludzi. Gdy Jaś i Małgosia zbliżali się do domku, zaraz pomyślała:
— Mam ich w garści i nie puszczę.
Wczesnym rankiem popatrzyła czarownica na śpiące dzieci i mruknęła:
— Dobry będzie z nich kąsek, tylko trzeba je trochę podkarmić.
Chwyciła kościstą ręką Jasia, zaniosła do kojca i zamknęła na klucz, nie robiąc sobie nic z jego krzyku.
Potem zawołała na Małgosię:
— Wstańno leniuchu i zgotuj bratu coś dobrego. Siedzi w kojcu i chcę go utuczyć. Potem go zjem.
Małgosia zaczęła bardzo płakać, ale to nic nie pomogło. Musiała robić, co kazała czarownica.
Biednemu Jasiowi zastawiono najlepsze jadło, a Małgosia dostawała jeno same skorupki z raków.
Każdego ranka mówiła do Jasia czarownica:
— Chłopcze! Wystaw palec, bym zobaczyła, czyś już tłusty.
Jaś wystawiał zawsze z kojca kostkę, a czarownica, która miała słabe oczy, dziwiła się bardzo, że nie tyje.
Po miesiącu jednak straciła cierpliwość i postanowiła Jasia zjeść.
— Hejże! — zawołała. — Nanoś Małgosiu wody! Czy Jaś tłusty czy chudy, jutro go zarżnę i zjem.
Biedna Małgosia zalała się łzami i mówiła:
— O Boże, czemuż nas nie zjadły w lesie dzikie zwierzęta! Zginęlibyśmy przynajmniej razem!
— Nie rób mi tu krzyków! — nakazała jej czarownica. — I tak to nic nie pomoże!
Wczesnym rankiem musiała Małgosia zawiesić wielki kocioł i rozniecić ogień.
— Wpierw upieczemy chleba! — powiedziała starucha. — Napaliłam już w piecu piekarskim i zamiesiłam ciasto. Zobaczno, czy piec dość gorący, by wkładać bochenki.
To powiedziawszy, popchnęła Małgosię w kierunku pieca, z którego buchały płomienie. Chciała, by Małgosia włożyła głowę w piec, potem zaś umyśliła sobie wepchnąć ją do środka i zamknąć drzwi. W ten sposób miałaby odrazu jadło z obojga dzieci.
Ale Małgosia domyśliła się, o co idzie i powiedziała:
— Nie wiem, jak to zrobić, nie zmieszczę się tam.
— Co!? — wrzasnęła starucha. — Głupia jesteś! Wszakże otwór pieca jest tak wielki, że ja sama mogłabym tam wejść.
To powiedziawszy, podeszła do pieca i wsadziła weń głowę.

Małgosia skorzystała z chwili, pchnęła czarownicę co sił w piec i zaryglowała drzwi.


— Hu! — wrzeszczała starucha. Jęczała, wyła i skomlała, ale niebyło rady i spaliła się na węgiel.

Małgosia pobiegła coprędzej do Jasia, otwarła kojec i zawołała:
— Jasiu! Jesteśmy ocaleni! Czarownica spalona na węgiel!
Jaś wyskoczył jak ptaszek z klatki i zaczęli się oboje radować. Ponieważ nie potrzebowali już bać się czarownicy, przeszukali cały domek. Znaleźli dużo ciekawych rzeczy, a zwłaszcza mnóstwo skrzyneczek i szkatułek z perłami i drogiemi kamieniami.
— To lepsze, niż białe kamyki! — zawołał Jaś i napchał sobie klejnotów do wszystkich kieszeni.
— Ja też wezmę trochę do domu! — powiedziała Małgosia i nasypała pełen fartuszek.
— Teraz wracajmy do domu! — poradził Jaś. — Musimy koniecznie wyjść z zaczarowanego lasu.
Poszli, ale po kilku godzinach wędrówki zastąpił im drogę strumyk.
— Nie przejdziemy! — powiedział Jaś.
— Niema tu mostu ni kładki!
— To prawda — przyznała Małgosia.
— Ale widzę tam białą kaczkę. Poproszę jej, a pewnie nas przewiezie na drugi brzeg.
Zaczęła też zaraz wołać:

— Kaczuniu, kaczuniu biała!
Prosi cię Małgosia mała,
Przewieź-że mnie razem z bratem,
A nic nie stracisz na tem!

Kaczka podpłynęła, Jaś siadł na jej grzbiecie i chciał posadzić przy sobie siostrę.
— O nie! — powiedziała. — Biednej kaczusi byłoby za ciężko. Lepiej niech nas przewiezie jedno po drugiem.

Dobra kaczka przewiozła dzieci, a gdy się znalazły na drugim brzegu, weszły znowu w las. Ale las był im teraz coraz bardziej znany i w końcu ujrzeli oboje dom ojca swego. Zaczęli oboje biedz co sił w nogach, wpadli do izby i rzucili się ojcu na szyję.


Biedny człowiek nie miał spokoju od chwili utraty dzieci, zaś macocha zmarła z wyrzutów sumienia.
Małgosia wysypała na stół z fartuszka drogie kamienie, tak że zaczęły skakać po całej izbie, a Jaś dokładał raz poraz garściami, dobywając je z kieszeni.
Skończyła się więc bieda i teraz żyli sobie szczęśliwie wszyscy troje.
Na tem historja skończona, myszka tam leci spłoszona, a ten kto ją złapie, będzie chodził w mysiej czapie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.