Jaś Z nad brzegu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Jaś Z nad brzegu
Pochodzenie Herkules nowożytny i inne wesołe rzeczy
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
JAŚ Z NAD BRZEGU

Pisał się górnie „Jan Wierchowy“, mówiono o nim „Jaś Z nad Brzegu“, a wołano na niego zwyczajnie „Jaś“, choć mu, już szło ku trzydziestce, bo był wszystkim oczom miły.
Już też nie było nadeń we wsi parobka honorniejszego. — Kiedy w niedzielę słoneczną, odziany w białe cyfrowane portki, w biały, nowiutki serdaczek, w chazukę czarną, pięknie stamentem z brzegów wyszywaną, w kierpcach misternie szytych, bryzowanych, w koszuli jak śnieg białej, w kapeluszu z białemi kostkami, honornie na bok pochylonym, szedł kamieńcem na sumę do kościoła, widno się aże czyniło od niego.
Dodawała jeszcze uroku postaci twarz biała, światła, gładko ogolona, mile do ludzi wszystkich uśmiechnięta.
Serce miał dobre, uczynne; był walny, jak mówiono. Do każdego, bogaty czy biedny, przyjaźnie się odnosił, każdemu umiał coś miłego powiedzieć.
Pytano go chętnie czasu wesel na drużbę, bo umiał jak nikt prosić, nikt się jego słowom i przyśmiechom nie zdołał oprzeć.
Miał brata żonatego, który dzierżył pół gruntu. Druga połówka przypadała jemu. Ale więcej krawiectwem niż gazdostwem się trudnił; robił chazuki, portki, a cyfrował je tak pięknie, że daleko na okolicę miał z tego słynę.
Nie żenił się, choć wszystkie oczy dziewcząt — siwe, czarne — śmiały się do niego. Chodził od lat ślebodnie wszystkimi chodnikami, jakie mu zachcenie lub fantazja wskazały — parobkował.
Znał całą wieś i wszyscy go znali.
Przy każdym święcie, jarmarku, pełno Jasia było wszędy, na rynku, w karczmie.
Wciągał do szynku, kto mu pod rękę podpadł, częstował wokół, poił.
— Moi mili, kochani...
Wielu ludzi było w karczmie, szanował wszystkich. — Kiedy ścisk się w izbach robił jak w kościele, że do szynkwasu trudno się było przepchać, wstrzymani w progu mówili z uśmiechem pochlebnym do nadchodzących:
— Jaś pije...
Jaś pił i płacił za wszystkich. Miał przyjaciół wszędy, gdzie się pokazał. „Jaś, Jasia, o Jasiu” — dzwoniło naokół po wsi, schlebiało jego sercu.
Tak lata szły, mijały. Jaś cieszył się przyjaźnią ludzi — ludzie częstunkami Jasia. I wszystkim było dobrze. Ale nie bardzo.
Grunt topniał, zastawiany po kawałku, to odsprzedawany bratu, który korzystał chytrze z różnych chwil miętkości Jasia i odkupywał kawałki za bezcen.
Jaś zauważył pochyłość, po której zsuwał się nieznacznie a stale, lecz nie mógł się już wstrzymać.
Gdy gruntu nie stało, jął przepijać las.
Nadszedł dzień wreszcie, że brakło Jasiowi pieniędzy i kredytu. Zaczął się tedy obzierać na ludzi — ale ci jakby się nie dorozumiewali, o co chodzi.
Zauważył ze zdziwieniem, że go inaczej teraz zaczęto traktować. Nie wołano go, jak zwykle, gdy się w progu karczmy jawił, nie proszono go ku sobie, nie częstowano, Nikto się nim nie interesował. — Jakby się nagle w obcej wsi zobaczył. — Gdy zbliżył się nieproszony ku jakiej kompanii siedzącej za stołem, nasłuchał się tylu docinków kłujących, że odchodził ze wstydem i bólem.
Jęła się w sercu jego dźwigać złość, której dotąd nie miał. Przemagał się jednak. Chciał z ludźmi witać się jak dawniej, ale go często to nie zauważano lub odpowiadano skinieniami ledwo, jak z łaski.
— Ho, ho, coż to jest?
Jaś przyjrzał się ludziom lepiej i jakby omamienie z oczu jego spadło. Gniew go obujął. Zaczął prawdę mówić w oczy, kto bądź był, nie przebierając. I tykał wszystkich zajedno.
— Ty myślisz, brzuchaczu — mówił do wójta — że nie wiem, za czyje pieniądze balujesz? Dobrze ogoliłeś gminę przy kupnie lasu.

— Ten zelator — znów o przysiężnym naocznie — co sie na raz z dwóch książek modliwa, tak myśli okpić Boga jak bratańca, co mu grunt zajął.
I tym podobnie. Wytykał wbrew, co go jeszcze więcej od ludzi dzieliło.
Roboty miał coraz mniej, bo trafiło się, że zadatek przepił a nie zrobił. — Kto chciał mieć przezeń zrobione odzienie, brał go na czas roboty do domu. — Otrzymawszy zapłatę pił, dopóki starczyło.
Teraz pił już ze zgryzu. Pił sam. Nieraz przez tydzień nie opuszczał karczmy.
Gdy tak samotny w rogu szynkownego stołu z głową opartą na dłoni w posępie osieroctwa siedział, imały się go marzenia, których dawniej w umyśle nie miewał.
— Coż mi to ta wieś? — mówił głośno. — Nudy! Człowieka nie uświadczy. Jakieś sietniaki pokraczne, a byli tu drzewiej ludzie — ho, ho — tym sie ani przymierzać! Stanął se taki w uboczy, gwizdnął — kierdele owiec za nim jak płatki śniegu. Sypią się, sypią, bieluśkie. Z wierchu na wierzch jak sięgnął, siekierkę drugiemu podał. A jak szli gromadą, w kupie, to jakby szedł las. Wesele jak jechało, to powietrze się trzęsło. Byli ludzie! Hej, hej, ka się to wszystko... Może i są jeszcze kany — bo czy to tu świat?... Świat jest tam — poza morzami — na cypryjowym brzegu...
— Co, Jasiu, pleciesz — ktoś powiada. — Jaki cypryjowy brzeg?
— Co ty wiesz o świecie? — obruszył się Jaś. — Coś ty widział? Płot ze swojego okna. Tuś sie ulęgnął, tu umrzesz i tu cię pochowają. A świat sobie tam rośnie — wielominy kwitną...
— Jakie znowu wielominy?
— Drzewa, mój bracie. Takie drzewa, co same śpiewają.
Uśmiechał się ów wzgardliwie i odchodził za swoimi sprawy ostawiając Jasia marzącego.
Ktoś, co z Ameryki wrócił, przyniósł taką skrzynkę, że gdy się do niej przez szybki wprawione patrzało i pokręcało z boku umieszczoną korbką, można było różne miasta i kraje uwidzieć.
Nasz Jaś potela zabiegał, pokiel tej cudo-skrzynki na własność nie zdobył. Tedy, siedząc w karczmie, patrzył w nią przez szkła godzinami, zwiedzał dalekie kraje, wojażował.
— Cóż tam, Jasiu, widzisz? — pytano kpiąco.
— Przypatrz sie. Wieża... Cudo dziwne. Stoi, a leci.
— Edyć.
— Miasto na morzu... — objaśniał znów.
— Hale — na morzu... To ino łudzi sprzęty takie.
— Ostaw! — odbierał skrzynkę. — Nie każdy godzien świat widzieć.
I wojażował sam. Z czasem znał tak miasta i kraje, które oczami i wyobraźnią zwiedzał, iż opowiadał o nich, jakby tam był. W końcu sam wierzył, że tam był w istocie.
— W New-Jorku takie domy, jakby wieżę na wieży postawił. Na piętra kolejkami wyjeżdżają. Widok na mile dokoła. Ja mieszkał na ostatnim piętrze. Jakech pojrzał z góry, to sie widziało, że mie zemgli. Ludzie na dole mniejsi od pcheł.
— Abo w Madrycie... co za miasto! Gmachy, pałace traktyjernie... Wszędy ścisk, pełno...
— Czemuż tu siedzisz, kiedy tam tak?
— Ja tu ino do czasu, pokiel co nie zaświta. Pojadę. Świat znam. Co mie tu trzymać może? Tu nijakiej przyjemności...
— Ożeniłbyś sie, Jasiu — żartował ktoś uszczypliwie, bo żadna by już zań, podupadłego, nie wyszła.
Na to Jaś obruszony:
— Co mi po tych tu dziewkach, co to ani składu, ani światłości nijakiej. Nie takie ja miał! — poszedł za marzeniem. — Raz we Widniu, kiedych przechodził przez ulicę — a widno mie było, boch sie niósł wysoko — patrzę: przejeżdża powóz — bielutkie konie jak mleko — stangret, panie święty, w luberyi — w powozie siedzi hrabina. Już mnie ujrzała. Kiwła na mnie palcem, kazała stanąć i wzięna mię do powozu. Pojechali my do niej do pałacu. Tam mie gościła — wszystko było, co ino dusza zapragła. I mógłbych był zostać przy niej, bo mie puścić od siebie nie chciała, ale mi sie sprzykrzyło — na trzeci dzień-em uciekł. Szukała mnie, goniła — nadaremnie. Jużech do niej nie wrócił.
— Abo znowu... kiedych stawał na warcie przed Burgiem, to sama cysarzowa — pojmujesz to? — do mnie przez okno kukała. Co pojrzę do okna w górę, to — widzą — firanki się ruszają. Tam stała. A nieraz było, jak na spacer szła i przechodziła koło warty, to mi guldena do ręki wstusiła — tak pochychnie, coby Stary nie widział. Tak, mój ty — różnie było. I ja by ci tu za dziewkami patrzał...
Co Jasia trzymało jeszcze, prócz marzenia, gdy go wszystko inne odeszło — to wiara.
Raz o ćmie czarnej zdążał przez rynek do szynku. A był już przynapity. — Ani pół kroku przed stopą nie widno. — Doplątał się ścian i macając dłonią tak się z mozołem posuwał. Nareszcie dobił do drzwi, pchnął — buchnęło światło na niego. Zdjął kapelusz, podniósł ręce do góry:
— Dej Boże, cobych tak do nieba trafił.
A raz znów zabrał się z karczmy — już było po północy — o swej godzinie do domu. A że noc była ciemna i rzeka po deszczu wezbrała — zaś dom jego stał nad brzegiem za wodą — karczmarka dała mu latarkę. Przyszedł nad wodę ku ławie — woda już ławę opływała. Nie cofnął się jednak — wszedł dzierżąc latarkę w ręku posuwał się po oślizłej belce. Aliści, gdy doszedł do połowy, skiełznął — wpadł do wody i płynie... Jednak tonąc podnosi rękę z latarką do góry i woła:
— Matko Boska! tu mnie masz!
Świeci, aby widziała, gdzie go ma ratować. Matka Boska go też zratowała: — ocalał. Były misje w parafii. Jaś trzymał się na boku, bo wiedział, że do ślubowania od wódki nakłaniać będą, a to by mu z trudnością przyszło. — Jednego dnia kupił sobie w karczmie graniatówkę okowity i szedł koło kościoła do domu.
Właśnie na cmentarzu przykościelnym miał misjonarz kazanie o pijaństwie. — Jaś z ciekawości podszedł i stanął koło furtki, flaszkę w kieszeni dłonią przytrzymując.
Ksiądz woła z ambony, zwrócony ku niemu:
— Nie dość ci, że się w szynku upijesz, jeszcze do domu niesiesz...
Jaś się spłonił i strwożył.
— Dy on wierutnie wie.
Poszedł poza plecyma ludzi i stanął se opodal za drzewem. Aliści słyszy, jak ksiądz w tę stronę zwrócony powiada:
— Kiedy Adam zgrzeszył, to się skrył za drzewo...
Jaś się przeląkł w sercu.
— To on mnie i tu widzi. Wycofał się poza mur cmentarny, wyjął z kieszeni graniatówkę i roztrzaskał ją na kamieniach. Poszedł w skrusze ślubować.
Czas jakiś nie pił.
Był jak pniak wyrzucony z wody na brzeg, zbiedzony, smutny. Dokuczali mu ludzie, zapraszając go pozornie do kompanii. Odpowiadał wzgardliwym spojrzeniem.
Wreszcie jął pić na nowo.
— Bóg widzi Jasia — mówił sobie. — Widzi jego serce. Chce zbawić — zbawi. Wszystko On przenika: wie, kto osiust, a kto ino Udaje dobrego.
Gorycz napływała weń coraz to głębsza. On, który dawniej miał tyle słów przyjemnych dla ludzi, mało się teraz odezwał do kogo. Już i marzyć głośno przestał.
Pewnego razu rzekł stanowczo: — Jo pojadę do Ameryki.
— Po co? — zapytał ktoś.
— Bo ja chcę na morzu umrzeć.
— ? ?.
— Bo ja tym ludziom tej przyjemności nie sprawię, coby ja im tu umarł.
Do takiego osądku doszedł w końcu wszystkim dawniej życzliwy Jaś Z nad Brzegu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.