Józef Balsamo/Tom XI/Rozdział CXXXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XI jako ePub Pobierz Cały tom XI jako PDF Pobierz Cały tom XI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLXXXVIII
ZEMDLENIE ANDREI

Taverney, oprzytomniawszy i pojąwszy tu, co nazywał swojem szczęściem, zrozumiał, że potrzeba było koniecznie zasięgnąć bliższych wyjaśnień u pierwszej przyczyny tych zaburzeń. Wrząc tedy gniewem, zwrócił się ku mieszkaniu Andrei.
Młoda dziewczyna kończyła właśnie toaletę i podnosząc zaokrąglone wdzięcznie rączki, przygładzała za uchem sploty nieposłusznych włosów. Usłyszała kroki ojca w przedpokoju w chwili, kiedy z książką pod pachą, już zamierzała przestąpić próg mieszkania.
— Dzień dobry Andreo, wychodzisz?
— Tak, ojcze.
— Sama?
— Jak widzisz.
— Więc jeszcze jesteś samą?
— Od czasu zniknięcia Nicoliny nie mam panny służącej.
— Ale ty się nie umiesz ubrać Andreo; osoba tak wyglądająca, nie może mieć powodzenia u dworu; zupełnie ci co innego zalecałem.
— Wybacz, ojcze, ale delfinowa na mnie czeka.
— Zapewniam cię — mówił coraz więcej zapalając się baron — zapewniam cię, że z taką skromnością zostaniesz wyśmianą tutaj!
— Mój ojcze...
— Ośmieszenie jest zawsze i wszędzie zabójczem, a tembardziej na dworze.
— Zaradzę temu na przyszłość, ale tym razem delfinowa wybaczy mniej wykwintną toaletę, bo zażądała abym się ubierała jak najskromniej do czytania.
— Idź więc i powracaj jak tylko będziesz mogła najprędzej, bo z tobą mam do pomówienia w kwestji bardzo poważnej.
— Dobrze ojcze.
Andrea zabierała się do wyjścia. Baron obrzucił ją wzrokiem.
— Poczekaj, poczekaj, nie możesz tak wyjść — zawołał — zapomniałaś różu, jesteś przerażająco blada.
— Ja ojcze? — powiedziała, zatrzymując się Andrea.
— Ależ tak; o czem ty u licha myślisz, patrząc w zwierciadło? Policzki masz jakby woskowe, oczy podkrążone na pół łokcia! Tak się ludziom nie pokazuj, bo ich wystraszysz?
— Nie mam czasu poprawiać teraz toalety, mój ojcze.
— To straszne, to okropne! — wołał Taverney, wzruszając ramionami; niema drugiej podobnej kobiety na świecie i ta właśnie musi być moją córką. Takie to już moje szczęście! Andreo! Andreo!...
Była już na dole i zatrzymała się znowu.
— Przynajmniej powiedz, że jesteś chorą; zrób się interesującą, jeśli nie dbasz o to aby być ładną!
— Mogę to uczynić i nie skłamać, bo w samej rzeczy jestem cierpiącą w tej chwili.
— No, tylko tego by jeszcze brakowało — szepnął baron... Chora znowu!...
— Niech licho porwie te cnotliwe skromnisie! — dodał przez zęby.
Powrócił do pokoju córki i zabrał się do starannego przepatrywania wszystkiego, co mu mogło być wskazówką w jego przypuszczeniach.
Andrea tymczasem mijała klomby i grządki pokryte kwiatami. Od czasu do czasu odwracała głowę, aby wciągnąć świeże powietrze, gdyż mocne zapachy odurzały ją i drażniły.
Chwiejąc się i szukając jakiejś podpory wokoło siebie, walcząc z dziwną jakąś niemocą, młoda dziewczyna doszła nareszcie do Trianon, gdzie pani de Noailles, na progu gabinetu delfinowej, oznajmiła, że na nią oczekują.
W rzeczy samej ksiądz lektor księżnej, siedział przy śniadaniu z Jej Królewską Wysokością, która często przypuszczała do swego towarzystwa osoby z otoczenia.
Ksiądz wychwalał misterność skibek chleba z masłem, któremi gospodynie niemki tak zręcznie umieją otoczyć filiżanki kawy ze śmietanką. Zamiast czytać, mówił nieustannie, komunikował delfinowej różne ploteczki wiedeńskie, zaczerpnięte od gazeciarzy i dyplomatów; bo w tej epoce politykę fabrykowano na poczekaniu tak dobrze, jak w innym czasie w najtajniejszych gabinetach i nierzadko się zdarzało, iż w ministerjum powtarzano sobie wiadomości, które panowie w Palais Royal lub w Wersalu odgadli jeśli nie ukuli.
Opowiadał głównie o tajnych knowaniach, wywołanych drożyzną zboża, o rozruchach, które de Sartines przytłumił — i o wpakowaniu do Bastylji pięciu najgłówniejszych indywiduów wykupujących zboże.
Andrea weszła; delfinowa miała także swoje dni migreny i złego humoru; ksiądz ją interesował, książka Andrei, po pogawędce, nie zachwyciła.
Dlatego też powiedziała lektorce swej numer drugi, aby była punktualną, i dodała, że czytanie choć cenne samo przez się, głównie jest miłem, o ile we właściwej porze przychodzi.
Andrea, zmieszana wymówką, a raczej dotknięta niesprawiedliwością tejże, nie odpowiedziała nic, choć mogła się uniewinnić tem, że zatrzymał ją ojciec, a potem, że musiała iść wolno, gdyż czuła się niezdrową.
Przygnębiona, oszołomiona, spuściła głowę i jakby umierała, oczy jej się zamknęły i straciła równowagę. Gdyby nie pani de Noailles, byłaby z pewnością upadła.
— Zamało panujesz nad sobą — szepnęła jej, „pani Etykieta“.
Andrea nic nie odpowiedziała.
— Ależ, księżno, jej słabo się zrobiło — zawołała delfinowa, powstając, aby podbiec do Andrei.
— Nie, nie — odparła żywo ta ostatnia z oczami pełnemi łez; — nie, Wasza Królewska Wysokość, już mi dobrze, raczej lepiej.
— Blada jest, jak jej chustka, księżno; to moja doprawdy wina, bo ją połajałam, Biedne dziecię, otrzyj oczy, bardzo cię proszę.
— Wasza Wysokość!...
— Proszę cię o to... Podaj jej krzesło swoje, kapelanie.
Andrea usiadła i potrochu, pod wpływem słodkiej dobroci, umysł jej się rozjaśnił, kolory na twarz powróciły.
— No cóż, czy możesz czytać teraz, panno Andreo? — zapytała delfinowa.
— Tak, mam nadzieję przynajmniej.
Otworzyła książkę w miejscu gdzie dnia wczorajszego przerwała czytanie — i głosem, który starała się uczynić wyraźnym i przyjemnym, rozpoczęła.
Zaledwie jednak przebiegła dwie czy trzy strony, litery zaczęły jej wirować w oczach, drżeć, skakać, tak, że stały się nieczytelnemi.
Zbladła znowu, zimny pot wystąpił jej na czoło, a czarne podkowy, które Taverney tak gorzko wyrzucał córce, do tego stopnia powiększyły się pod oczami, iż delfinowa podniósłszy głowę, krzyknęła:
— Jeszcze... patrz księżno, to dziecko jest rzeczywiście chore... znów mdleje.
I tym razem delfinowa osobiście chwyciła flakon i zaczęła cucić lektorkę. Po chwili, powracając do przytomności, Andrea pochyliła się aby podnieść książkę, ale napróżno zrobić to usiłowała; ręce tak jej drżały nerwowo, że niczem ataku pokonać nie było można.
— Andrea jest stanowczo chorą, moja księżno, odezwała się delfinowa — nie chcę aby stan jej się pogorszył, gdy pozostanie tu dłużej.
— W takim razie powinna bezzwłocznie powracać do siebie — odparła księżna.
— A to dlaczego? — zapytała delfinowa.
— Dlatego — odrzekła dama dworu — że w ten sposób rozpoczyna się zwykle ospa.
— Ospa?
— Tak; mdłości, dreszcze, gorączka...
Kapelan uznał że jest zagrożony niebezpieczeństwem, wspomnianem przez panią de Noailles, wstał więc i podawszy za pozór obecność słabej damy, ulotnił się szybko.
Andrea spostrzegła się prawie na rękach samej delfinowej, a obawa utrudzenia tak wysoko położonej osoby, powróciła jej siły. Zbliżyła się do okna aby odetchnąć trochę.
— To nie dosyć, kochana panno Andreo, powracaj do siebie, każę cię odprowadzić...
— Zapewniam Waszą Królewską Wysokość, że teraz jest mi zupełnie dobrze; powrócę, lecz sama, jeżeli mi Wasza Wysokość raczy na to pozwolić.
— Ale dobrze, dobrze, już bądź spokojna, nie będziesz nigdy odtąd połajaną, skoro jesteś tak wrażliwą, pieszczotko!...
Andrea, wzruszona tą dobrocią, ucałowała rękę protektorki i wyszła. Delfinowa ścigała ją oczyma.
Kiedy już była na dole, delfinowa zawołała z okna:
— Nie wchodź zaraz do mieszkania, pochodź trochę po słońcu, to ci dobrze zrobi.
— Boże, ile łaski! — szepnęła Andrea.
— I bądź tak dobrą przysłać mi kapelana, który studjuje botanikę, tam, nad klombem tulipanów holenderskich.
Andrea, aby się zbliżyć do kapelana, musiała zrobić półkole i minąć trawnik. Szła z głową spuszczoną, krokiem ciężkim, niepewnym, z powodu zawrotów jakie cierpiała od samego rana. Nie widziała ani ptaszków, które się goniły i śpiewem napełniały szpalery i altany, ani pszczółek, brzęczących na kwiatach, nie zauważyła nawet dwóch ludzi, rozmawiających o dwadzieścia kroków od niej, z których jeden wiódł za nią jakby strwożonem, niespokojnem spojrzeniem.
Był to Gilbert i pan de Jussieu.
Pierwszy, wsparty na rydlu, słuchał uczonego profesora, tłumaczącego mu jak podlewać delikatne rośliny w ten sposób, aby woda nie stała.
Gilbert zwyczajnie słuchał wykładów chciwie, a pan Jussieu uznawał ten jego zapał do wiedzy; wykład był świetny, biedny jednak ogrodnik nie był w stanie ocenić w tej chwili uroku lekcji wielkiego mistrza, prowadzonej na łonie natury.
Masz tu moje dziecię, masz tu, jak widzisz, cztery gatunki ziemi — mówił pan de Jussieu — ale gdybym chciał, odnalazłbym przymieszkę dziesięciu innych. Dla uczącego się atoli ogrodniczka taka klasyfikacja byłaby za subtelna. W każdym razie, hodowca kwiatów musi próbować ziemię tak, jak sadownik musi próbować owocu. Wszak rozumiesz mnie Gilbercie?
— Tak jest panie — odpowiedział chłopak z oczami w jeden punkt wpatrzonemi, z ustami otwartemi, bo zobaczył Andreę, którą mógł swobodnie obserwować, stojąc na swojem miejscu i nie zdradzając się przed profesorem, że jego wykład nie był znów z takiem nabożeństwem słuchany.
— Aby poznać ziemię — ciągnął dalej pan de Jussieu — trzeba nasypać jej na sitko, połać ostrożnie, po wierzchu, trochą wody i próbować gdy przecieknie przefiltrowana przez tę warstwę. Smak słony, cierpki, mdły z zapachem lub bez, jest wskazówką, które z danych roślin mogą być hodowane z powodzeniem; bo w naturze, jak mówi Rousseau, wszystko jest analogją, asymilacją, dążeniem do jedności.
— O! mój Boże! — krzyknął Gilbert — wyciągając ręce.
— Co to jest?
— Ona mdleje, proszę pana, mdleje!
— Kto taki? czyś ty zwarjował?
— Ona! ona!
— Co za ona?
— Dama!
Przerażenie, bladość jego, byłyby go tak samo zdradziły, jak słowa: pan de Jussieu odwrócił się w stronę, gdzie chłopiec zwracał oczy i wyciągnięte ręce i w rzeczywistości ujrzał Andreę, która opierając się o szpaler grabowy, przywlokła się do ławeczki i padła na nią nieruchoma, bez czucia.
Była to właśnie godzina, o której król odwiedzał zwykle delfinową; przesuwał się zwykle parkiem, przechodząc z małego do dużego Trianon.
Jego Królewska Mość akurat ukazał się w tej chwili.
Trzymał w ręku piękną brzoskwinię i pytał siebie, jak prawdziwy król egoista, — czy nie lepiej byłoby, dla szczęścia Francji, aby on spożył tę brzoskwinię, nie zaś delfinowa.
Pośpiech pana de Jussieu, biegnącego do Andrei i przytłumiony okrzyk Gilberta, przyśpieszyły również kroki Jego Królewskiej Mości.
— Co się stało? — zapytał Ludwik XV, zbliżając się do ławki, od której dzieliła go tylko szerokość alei.
— Król! — zawołał de Jussieu, podtrzymując młodą dziewczynę.
— Król! — wyszeptała Andrea, tracąc zupełnie przytomność.
— Kto tam jest? — powtórzył Ludwik XV, kobieta! co się stało tej kobiecie?
— Zemdlała, Najjaśniejszy Panie.
— Zobaczymy! — rzekł Ludwik XV.
— Nieprzytomną jest, Najjaśniejszy Panie — dodał Jussieu, ukazując baronównę zesztywniałą i wyciągniętą nieruchomo na ławce.
Król się zbliżył, poznał Andreę, wstrząsnął się całem ciałem i zawołał:
— Znowu ona!... o! to okropne; jak się ma podobną chorobę, to się siedzi w domu; nie wypada doprawdy konać tak po całych dniach wobec wszystkich.
I Ludwik XV odwrócił się, dążąc do pawilonu w małem Trianon, i pomrukując tysiące najnieprzyjemniejszych rzeczy na biedną Andreę.
Pan de Jussieu w nic nie wtajemniczony, zdumiał; później, zwróciwszy się i zobaczywszy Gilberta w postawie pełnej przerażenia, zawołał:
— Gilbert!... chodź no tutaj, mocny jesteś, zaniesiesz więc pannę de Tavemey do domu.
— Ja?... — zawołał Gilbert drżąc — ja ją mam zanieść, położyć?
— Nie, nie, nie! nie wybaczyłaby mi tego; nie, nigdy!
I zerwał się, pędząc co sił i wołając pomocy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.