Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXVII
PAN DE SARTINES ZACZYNA WIERZYĆ, ŻE BALSAMO JEST CZARODZIEJEM

Czytelnik zrozumiał już zapewne to, co było niepojętem dla pana de Sartines.
Natychmiast po scenie z pistoletem, Balsamo, korzystając z chwilowego zmieszania urzędnika, zastanowił się i zrozumiał wszystko. Nie wiedząc gdzie jest Lorenza, zwrócił się po kolei w cztery strony świata i rozkazał młodej kobiecie wstać, wyjść i powrócić tą samą drogą, to jest na ulicę Saint-Claude.
Zaledwie zamiar ten powstał w umyśle Balsama, prąd magnetyczny wywiązał się między nim a młodą kobietą, która, ulegając danemu rozkazowi, natychmiast wstała i wyszła, nie zatrzymana przez nikogo.
Tego wieczora jeszcze pan de Sartines musiał położyć się do łóżka i krew sobie puścić; zbyt silne było to wstrząśnienie, aby mogło przejść bezkarnie; chwila jeszcze dłużej, a zdaniem lekarza, rażony zostałby atakiem apoplektycznym.
Tymczasem Balsamo odprowadził hrabinę do karety i chciał ją pożegnać. Ale nie należała ona do tych ludzi, którzy mogą się obejść bez wyjaśnień i nie usiłują rozwiązać zagadki, widzianej własnemi oczyma.
Zaprosiła hrabiego, aby zajął miejsce obok niej, a ten natychmiast zastosował się do jej życzenia.
— Przekonałeś się, hrabio, czy można na mnie liczyć, i czy, jeśli kogo nazwę przyjacielem, ustami to mówię, czy sercem. Wracałam do Luciennes, gdzie król ma przybyć do mnie jutro zrana; ale odebrałam twój list, hrabio, i wszystko porzuciłam dla ciebie. Każdy inny byłby się przeraził samem brzmieniem słów: spiski i spiskowcy, jakiemi nam de Sartines kilka razy bryzgnął w oczy; ale spojrzałam na ciebie, hrabio, i postąpiłam według twoich życzeń.
— Pani hrabino — odpowiedział Balsamo — szczodrze wywzajemniłaś mi się za przysługi, jakie kiedykolwiek mogłem pani wyświadczyć; ale ja dobrą mam pamięć i przekonasz się pani, że umiem być wdzięcznym. Nie sądź pani jednak, abym był występnym spiskowcem, jak mnie nazywał de Sartines. Kochany naczelnik policji, od osoby która mnie zdradziła, dostał tę szkatułkę, zawierającą moje sekrety chemiczne, których udzielę pani, hrabino, ażeby uwiecznić twą nieśmiertelną, cudowną piękność, ażeby zachować tę olśniewająco kwitnącą młodość.
Otóż, widząc formuły chemiczne, szyfrem pisane, kochany pan de Sartines wezwał swego sekretarza, a może i całą kancelarję, która, chcąc pokazać co umie, wytłumaczyła znaki, jak chciała.
Zdaje mi się, że wspomniałem już pani, że zawód mój i dziś jeszcze nie jest wolny od zarzutów i niebezpieczeństw, grożących mu w czasach średniowiecznych, i tylko umysły wyższe, jak pani, pojmują go i oceniają. Jednem słowem, wybawiłaś mnie, pani hrabino, z kłopotu, za co nie omieszkam się pani odwdzięczyć.
— Cóżby jednak groziło panu, gdybym nie przybyła na ratunek?
— Sartines, aby spłatać figla królowi Fryderykowi, którego Jego Królewska Mość niecierpi, byłby mnie może zamknął w Vincennes albo w Bastylji. Że byłbym się stamtąd wydobył, tego jestem pewien, bo ja umiem kruszyć opoki jednym podmuchem, ale byłbym postradał szkatułkę, która zawiera, jak już raz miałem zaszczyt pani oznajmić, wiele ciekawych a bezcennych przepisów, zdobytych szczęśliwym trafem lub potęgą wiedzy.
— Ach, hrabio, uspokajasz i zachwycasz mnie zarazem. Więc mi obiecujesz eliksir wiecznej młodości?
— Tak, pani.
— Kiedyż mi go dasz?
— O! mamy jeszcze czas na środki odmładzające. Zażądasz ich, piękna hrabino, za lat dwadzieścia; obecnie, jak przypuszczam, nie miałabyś pani najmniejszej ochoty cofnąć się w epokę dzieciństwa.
— A! jesteś pan nader grzecznym; ale jeszcze jedno ostatnie pytanie, bo zdaje mi się, że panu się bardzo spieszy.
— Mów, hrabino.
— Powiedziałeś mi, hrabio, że cię ktoś zdradził. Mężczyzna, czy kobieta?
— Kobieta.
— O! o! hrabio, czyżby tu miłość grała jaką rolę?
— Niestety! taki i to miłość, połączona z taką zazdrością, że się równa szałowi, a sprowadziła ona, jak już pani widziałaś, piękne następstwa; kobieta ta nie zadała mi ciosu śmiertelnego pchnięciem noża, bo wie, że mnie nie zabije, ale postanowiła mnie żywcem pogrzebać w więzieniu, lub zupełnie zniszczyć!
— Jakto zniszczyć?
— Tak jej się zdawało przynajmniej.
— Hrabio, czy kazać już konie zatrzymać? — spytała Dubarry ze śmiechem. — Czy to temu żywemu srebru, które płynie w żyłach pańskich, zawdzięczasz nieśmiertelność, tak że wolą cię denuncjować, aniżeli zabijać? Czy życzysz sobie, hrabio, tu wysiąść, czy mam cię odwieźć na miejsce.
— O! nie pani! byłoby to za wiele łaski z pani strony, zbaczać dla mnie z drogi. Przecie masztalerz prowadzi za nami mojego Dżerida.
— A! to cudowne zwierzę, które, jak mówią, może się puszczać w zawody z wichrem stepowym?
— Widzę, że się pani podoba.
— Rzeczywiście, dzielny, przepyszny rumak!
— Pozwól go sobie ofiarować, hrabino, pod tym warunkiem, że tylko ty, pani, będziesz go dosiadać!
— O! nie, nie, dziękuję bardzo, ja nie jeżdżę konno, a przynajmniej bardzo tchórzliwie. Ale chęci pańskie, hrabio, starczą mi w zupełności za uczynek. Dowidzenia tymczasem, a nie zapomnij pan, za dziesięć lat, miej dla mnie eliksir młodości.
— Ja mówiłem za lat dwadzieścia.
— Hrabio, czy nie wiesz, że lepiej zawcześnie, niżeli zapóźno. Więc nawet gdybyś mi go mógł dać za pięć lat... nikt nie wie, co się stać może.
— Jak pani sobie życzy! Wszak pani wie, że jestem jej całkiem oddany.
— Ostatnie słóweczko, hrabio.
— Słucham.
— Muszę już mieć wielkie zaufanie i wiarę w ciebie, aby ci to powiedzieć!
Balsamo, który już jedną nogą był na stopniu, zapanował nad swą niecierpliwością i zbliżył się znów do hrabiny.
— Powszechnie mówią — ciągnęła dalej Dubarry że król ma słabostkę do tej małej Taverney?
— A! czyż to możliwe?
— A nawet mówią, że wielką skłonność. Musisz mi powiedzieć, hrabio, czy to prawda? nie oszczędzaj mnie, powiedz mi jak przyjaciółce, zaklinam cię, wyjaw mi całą prawdę.
— Hrabino, uczynię więcej, bo cię zapewniam, że panna Andrea nie będzie nigdy kochanką królewską.
— A dlaczego to, hrabio! — krzyknęła Dubarry.
— Dlatego, że ja tego nie chcę — odparł Balsamo.
— O! — zawołała hrabina niedowierzająco!
— Wątpisz, pani?
— Czy nie wolno?
— Nie wątp, pani, nigdy o sile i potędze wiedzy. Uwierzyłaś, hrabino, kiedy ci mówiłem: tak; wierz mi, kiedy ci mówię: nie.
— Więc pan masz na to jakieś środki?...
Wstrzymała się z uśmiechem.
— Skończ, pani.
— Środki, które mogą zniweczyć kaprysy króla, zwalczyć jego fantazję.
Balsamo uśmiechnął się.
— Ja wywołuję sympatje — odrzekł.
— Tak, wiem o tem.
— Pani nawet w to wierzysz?
— Wierzę.
— A więc tak samo nakażę odrazę. Uspokój się więc, hrabino, ja czuwam.
Balsamo wygłaszał wszystkie te efektowne frazesy z takiem przejęciem, że pani Dubarry tylko w takim razie nie byłaby uwierzyła wieszczej sile czarodzieja, gdyby była wiedziała, z jaką gorączkową niecierpliwością myślał właśnie w tej chwili co się dzieje z Lorenzą.
— Tak, hrabio — odrzekła zupełnie przekonana, jesteś nietylko prorokiem mego szczęścia, lecz nadto mym aniołem stróżem. Hrabio, pamiętaj, strzeż mnie, a ja cię będę strzegła. Zawrzyjmy przymierze!
— Zgoda! — odparł Balsamo i ucałowawszy raz jeszcze rączkę hrabiny, zamknął za sobą drzwiczki kolasy, którą hrabina kazała zatrzymać na Polach Elizejskich. Potem dosiadł swego rumaka, który zarżał radośnie i zniknął w cieniach nocy.
— Do Luciennes! — rozkazała pocieszona pani Dubarry.
Balsamo w tej samej chwili gwizdnął z lekka, i ścisnął kolanami Dżerida, który puścił się jak strzała.
W pięć minut stał już w przedpokoju na ulicy Saint-Claude, pytając Fryca z niepokojem:
— Co słychać?
— Wszystko dobrze — odparł służący, przyzwyczajony czytać w jego spojrzeniu.
— Powróciła?...
— Jest na górze.
— W którym pokoju?...
— Wybitym skórami.
— W jakim stanie?...
— O!... strasznie zmęczona; biegła tak szalenie, że ja, choć ją widziałem zdaleka, bo jej wciąż upatrywałem, nie zdążyłem wybiec naprzeciw.
— Doprawdy!...
— Aż się sam przeraziłem; wpadła tu jak wicher; przebiegła schody i, wszedłszy prędko do pokoju, padła bez tchu na skórą czarnego lwa. Tam znajdzie ją pan.
Balsamo przebiegł szybko schody i w rzeczy samej znalazł Lorenzą, miotająca się konwulsyjnie w ataku nerwowym. Za długo pozostawała pod wpływem prądów magnetycznych. Wyczerpana strasznie, cierpiała i jęczała. Zdawało się, jakby wielka góra zwaliła się jej na piersi, a ona walczyła z nią i obiema rękami usiłowała ją odepchnąć.\
Balsamo popatrzył przez chwilą na nią gniewnym wzrokiem, i chwyciwszy ją oburącz, zaniósł do jej pokoju, którego tajemnicze drzwi zatrzasnęły się za nimi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.